Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Michał Śledziński. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Michał Śledziński. Pokaż wszystkie posty

środa, 21 maja 2025

#2493 - Produkt powraca. Po raz kolejny

Informacja o (kolejnej!) reaktywacji magazynu komiksowego "Produkt" była dla mnie najważniejszą wieścią, jaka pojawiła się na Festiwalu Komiksowa Warszawa. W dodatku zrobiła to całkowicie z tzw. znienacka. 

Wcześniej oficjalnie zapowiedziano, że na specjalnym wydaniu oznaczonym numerem #24 wydanym z okazji 25-lecia się skończy. To miał być tzw. ostatni taniec twórców związanych z P-crew. Sentymentalne pożegnanie. Wydawało się więc, że tę ostatnią kropkę postawiono. Hołd oddano. Poczet sztandarowy można wyprowadzić. 

Jak się jednak okazuje - wcale się nie skończy. Na 36. edycji MFKiG w Łodzi dostaniemy kolejny numer kultowego magazynu komiksowego. 

poniedziałek, 29 września 2014

#1752 - Osiedle Swoboda: Niedźwiedź

Łatwo napisać zdanie: „Osiedle Swoboda to komiks kultowy, ale trudniej już to zdanie uzasadnić. Można oczywiście zwrócić uwagę na premierę w „Produkcie”, na kolorową serię zeszytową, na trzy (sic!) wydania zbiorcze, na planowaną animowaną adaptację oraz na wydany właśnie przez Kulturę Gniewu w album Niedźwiedź – pierwszy, wydrukowany w całości oficjalny spin-off serii.


środa, 15 stycznia 2014

#1488 - Ludzie rysują Blera: sezon pierwszy (2)

Nie mam kompletnie żadnego pomysłu co można by wpisać we wstępie do tego wpisu - dziś wieczorem finiszuje pierwszy sezon blerowych tributów, a jutro zaczynamy jazdę z sezonem numer dwa. W menu między innymi znajdziecie Blera w wykonania Michała Śledzińskiego, który okazał się prawdziwym przebojem!

wtorek, 30 października 2012

#1171 - Zeszyty Komiksowe #14: Michał "Śledziu" Śledziński

Nie zdarzyło się chyba nigdy w historii, aby na jednym konwencie ukazały się, aż dwie publikacje poświęcone jednemu twórcy, nie będące jednak jego własnymi produkcjami. Na 23. Międzynarodowym Festiwalu Komiksu i Gier ekipie ATY udało się przywieźć do Łodzi absolutnie genialny „Szkicownik” poświęcony Michałowi Śledzińskiemu, a Centrala wydała czternasty numer „Zeszytów Komiksowych” poświęcony temu samemu komiksiarzowi.

Śledziu komiksowym klasykiem jest – ta opinia coraz bardziej się upowszechnia i coraz bardziej naturalnym staje się wymienianie autora „Na szybko spisane”, „Osiedla Swoboda” i „Wartości rodzinnych” w jednym rzędzie z Rosińskim, Polchem czy Baranowskim. Mnie to jeszcze trochę razi, ale z zupełnie innych powodów, niż te, na której powołuje się Krzysztof Skrzypczyk zabraniając Śledzińskiemu wstępu na komiksowy Parnas. Bliżej mi do zajętego we wstępie do „ZK” stanowiska Traczyka i Błażejczyka – „nazwisko Śledziński nie jest jeszcze dla komiksu istotne jak Christa albo Chmielewski – ale wszystko wskazuje na to, że za czterdzieści lat tak właśnie będzie”. Po prostu – dorobek Śledzia jest jeszcze ciut za ubogi (w porównaniu do klasyków „starej daty”). Niech ciska komiksy, a ordery same przyjdą. Ale cała ta sytuacja przypomina mi losy innego współczesnego komiksiarza, który miał dołączyć do panteonu…

Całkiem niedawno famy „klasyka nowego pokolenia” doczekał się Krzysztof Gawronkiewicz. Artysta po wydaniu tak znakomitych komiksów, jak „Miasteczko Mikropolis”, „Przebiegłe dochodzenie Ottona i Watsona” czy „Achtung Zelig!” miał komiksową Polskę u stóp. Już liczono w poczet największych, już brązowiono jego pomnik, a popularny „Gawron” po prostu artystycznie zamilkł. Ostatnia jego publikacja ukazała się w 2010 i był to „1940 Katyń. Zbrodnia na nieludzkiej ziemi”. Trudno nazwać ten projekt inaczej, niż fuchą. Zleceniem, które realizuje się pomiędzy „swoimi” projektami. A te były przecież wielkie i ambitne – „Terra Incognita” z Dennisem Wojdą, „Antyromantyzm” z Grzegorzem Januszem, „Zdrada” z Tobiaszem Piątkowskim i Przemysławem Truścińskiem. Cóż z nich pozostało – niespełnione zapowiedzi, wspomnienie dawnej wielkości? Trudno Gawronkiewicza pozbawiać zasług, ale nie mogę oprzeć się wrażeniu, że na tą chwilę jego kariera z perspektywy czasu może być traktowana jako nieudana.

Nie chciałbym, żeby Śledziu stanął niejako w połowie drogi. Żeby sukces uderzył mu do głowy. Ostatni, pełnometrażowy (nie będący szortem), nowy komiks jego autorstwa ukazał się stosunkowo dawno, bo w czerwcu 2010 – były to „Wartości rodzinne” #4. Wszystko wskazuje na to, że w najbliższych latach bibliografia Śledzia zostanie wzbogacona o kilka pozycji. Prace nad finałowym aktem „Na szybko spisane” posuwają się do przodu, w produkcji są cyfrowe „The Strange Years” i „Czerwony Pingwin musi umrzeć”, a na horyzoncie majaczy „Parish”. Jest dobrze. Jeśli większa część z tych projektów zostanie zrealizowania to z czystym sumieniem będę mógł mówić o Śledziu per klasyk. Mam szczerą nadzieję, że tak właśnie się stanie.

Zresztą, warto jeszcze na innej płaszczyźnie porównać Gawrona ze Śledziem. Obaj byli bohaterami monograficznych wydań „Zeszytów Komiksowych” i na tym przykładzie doskonale widać, jaką ewolucję przeszedł magazyn wydawany obecnie przez poznańską oficynę Centrala (i tamtejszą bibliotekę uniwersytecką). Z periodyku z wyraźnie zinowym rodowodem z krytycznymi ambicjami rozwinął się w „magazyn o komiksach” z prawdziwego zdarzenia. Z szatą graficzną na profesjonalnym poziomie (do której wciąż nie mogę się przekonać), o odpowiedniej grubości, wspomagany ze środków ministerialnych (czyli – to musi być poważna publikacja!). Oczywiście, w porównaniu z pismami literackimi o podobny profilu „Zeszytom” nie staje jeszcze uczoności, ale trudno czynić z takiej refleksji zarzut – po prostu środowisko komiksowe nie wykształciło jeszcze kadry zdolnej konkurować pod tym względem ze swoimi kolegami, którzy parają się literaturą.

Zresztą, wydaje mi się, że akurat w przypadku Śledzia teksty unaukowione znajdują się w mniejszości, a przeważają rzeczy pozbawione bibliografii ciągnących się przez kilkanaście linijek, a nawet twory całkiem autorskie i zupełnie osobiste. Wśród nich moim absolutnym faworytem jest gawęda Bartosza Sztybora zatytułowana „Studio Studnia”, dzięki której mogłem zobaczyć Śledzia z zupełnie innej perspektywy. Nie jak twórcę, ale jako człowieka. Można dyskutować o jego wartości poznawczej, ale nie mam wątpliwości, że to kawał dobrej literatury. Bardzo ciekawy przegląd wczesnych komiksów growych przygotował Maciej Jasiński, a na swoim (dobrym) poziomie pisze Dominika Węcławek, drążąc dalej temat elektronicznej rozrywki. Ciepłe słowa należy się również tym, którzy wzięli na warsztat „Na szybko spisane” – Arturowi Wabikowi (fajny, osobisty tekst) i Radosławowi Swółłowi (dla którego „Nss” stanowi przyczynek do szerszej refleksji nad mechanizmami pamięci). Z tym tematem dość słabo poradził sobie Bartłomiej Janicki, który zadowolił się dość powierzchownymi rozpoznaniami

Wśród tekstów naukowych najlepiej prezentuje się opracowanie „Wartości rodzinnych” pióra Aleksandry Duralskiej, w które bardzo sprawnie skorzystano z myśli Jeana Baudrillarda. Co innego tekst Tomasza Bazylewicza i Przemysława Jankowskiego, który cierpi na kompleks nadmiernego unaukowienia i stanowi prawdziwy koszmar dla czytelnika. Bartłomiej Oleszek zdecydowała się na czczą wyliczankę recenzji śledziowych komiksów, a Witold Tkaczyk udowodnił, że twórczości bohatera czternastego numerów „ZK” zupełnie nie czuje (ci, którzy widzieli, prowadzone przez niego spotkanie w Łodzi doskonale wiedzą, o czym mówię). O krótkich notkach Daniela Gizickiego i Łukasza J. Chmielewskiego trudno coś dobrego powiedzieć, a tym bardziej o elaboracie Tomasza Marciniaka. Ale czegóż chcieć od krytyka (uniwersyteckiego!), który (w innym tekście tego numeru „ZK”) pisze o „Wilq”, że to „źle narysowana historia, nie grzesząca komplikacją treści i fabuły…”.

Znamienne jest to, że wszystkie teksty skupiają się na jakimś aspekcie pracy Śledzia, na wycinku jego twórczości. Nikt nie poważył się na uogólniającą syntezę, na artykuł przekrojowy, ale nie ograniczający się tylko do powierzchownego spojrzenia. Z jednej strony – taka postawa wydaje mi się dość charakterystyczna dla współczesnej humanistyki. Z drugiej zaś – trudno spodziewać się, aby ktoś podjął się takiego zadania, skoro Śledziowi zostało jeszcze wiele lat owocnej, komiksowej pracy. We wstępie redaktorzy naczelnie mają nadzieję wrócić do tego tematu za jakiś czas. I oby to zrobili, bo numer o Śledziu jest jednym z najlepszych „Zeszytów Komiksowych”, jakie czytałem.

wtorek, 21 sierpnia 2012

#1113 - Wyjście z getta. Rozmowy o kulturze komiksowej w Polsce

Zazdroszczę Sebastianowi Frąckiewiczowi tej książki. I każdy, kto na poważniej zajmuje się lub chce zajmować się pisaniem o komiksie powinien. Bo „Wyjście z getta” to nie tylko lektura z gatunku tych, które można przeczytać na jednym wdechu. Napisana lekkim piórem, ale z pazurem, o dużej wartości poznawczej, przemyślana i spójna, ale przede wszystkim – stwarzające i poszerzająca pole do dyskusji o „sprawie komiksowej”. Stawiane w niej tezy wręcz zapraszają do rzeczowej polemiki, której w branży jest ostatnio jak na lekarstwo. Szkoda tylko, że „Wyjście z getta” będzie miało wartość głównie dla „komiksowa”, z którym tak usilnie na łamach swojego dzieła zmaga się sam autor.

Nie mam najmniejszych wątpliwości, ze dla ludzi spoza naszej niszy „Wyjście z getta” nie będzie aż tak interesujące, jak dla tkwiących w środowiskowym bagienku. Bo zupełnie inną wartość dla fan-boja mają rzadkie, wygrzebane gdzieś z dna szuflady prace autora „Wilq”, ostre (i całkowicie słuszne według mnie) wypowiedzi Moniki Powalisz czy spór pomiędzy Frąckiewiczem, a Szyłakiem (i niejako korespondencyjnie z Woynarowskim), w którym na dobrą sprawę wszyscy się zgadzają, tylko nie potrafią znaleźć wspólnego języka, a będący odbiciem znacznie głębszego podziału, niż dla czytelnika niezorientowanego w komiksowie. Oczywiście, nie jest tak, że chcący dowiedzieć się czegoś o sytuacji komiksu w Polsce zostaną z pustymi rękoma – dla nich przydatne będą wywiady z Łukaszem Rondudą, mówiącym o problematyce obecności komiksu w galeriach, z Adamem Ruskiem rozjaśniającym mroki komiksowej przeszłości, czy choćby Ryszardem Dąbrowski. Prawda jest jednak taka, że Frąckiewicz, wbrew temu, co stoi w podtytule, wcale nie ma ambicji stworzenia pełnego obrazu „kultury komiksowej” (choć na dobrą sprawę nigdzie nie definiuje tego terminu i czytelnik jest zmuszony rozmieć go sposób intuicyjny), tylko głęboko wikła się w środowiskowy dyskurs. Przez to książka wydaje się być rozpięta pomiędzy dwoma, skrajnymi biegunami – między hermetycznym językiem niszy, a ambitną próbą przybliżenia postronnym tego dziwnego i egzotycznego zakątka naszej kultury. Czyżby inaczej się nie dało?

Rację ma Tomasz Pstrągowski, który w swojej recenzji pisze, że czytelnik „spoza” po lekturze „Wyjścia” może dojść do zupełnie kuriozalnych i nie pokrywających się z rzeczywistością wniosków. Poświęcając wiele miejsca relacjom komiksu ze światem sztuki, niszowym (z perspektywy zarówno komiksowa, art-worldu, jak i krytyki literackiej) działaniom Sieńczyka czy Dąbrowskiego albo marginalnemu (artystycznie i komercyjnie) zjawisku komiksu historycznemu tworzy zafałszowany obraz „kultury komiksowej”. Trudno bez wydawców, którzy w największe mierze kształtuje obraz rynku, bez Thorgala i Rosińskiego, bez Jeża Jerzego i „chamskich andergrandów” próbować dać pełen ogląd tematu. Rozumie, że Frąckieiwcz nie chciał po raz setny przepytywać Kołodziejczaka czy Holcmana, stworzyć inną perspektywę patrzenia na pewne sprawy, ale to wcale nie zmienia sytuacji. Inna sprawa, że jak sądzę nie to było celem publicystyki związanego z „Tygodnikiem Powszechnym” i „Polityką”, tylko (tytułowe) wychodzenie z getta.

Forsując swoje tezy (skądinąd bardzo ciekawe) i zderzając je z opiniami swoich rozmówców Frąckiewicz chce przepracować pewne problemy. Rozświetlić je z różnych perspektyw. Dać ich jak najbardziej krytyczny ogląd i wreszcie – stworzyć punkt wyjścia dla dalszej debaty, jednocześnie proponując pewne rozwiązania. Jak mantra powracają więc kwestie braku rynku i pieniędzy, kolekcjonerstwa, traktowania komiksiarzy, jako twórców drugiej kategorii. Słowem – wszystko to, o czym gada się w konwentowych kulurach, na forach, blogach czy pewnym popularnym portalu społecznościowym. Panaceum na wszystkie zdiagnozowane choroby ma być frąckiewczowska idea fixe – wprowadzenie historyjek obrazkowych na salony, do galeryjnego obiegu. To jedyna słuszna droga, którą momentami Frąckiewicz wydaje się opętany, zupełnie zapominając o innych opcjach. O ile jeszcze jestem w stanie zrozumieć odpuszczenie sobie (choć ten temat przewija się w niektórych wywiadach) komiksu, jako medium masowego, o tyle zupełnie nie rozumiem, dlaczego Frąckiewicz tak po macoszemu potraktował wielkie możliwości drzemiące w komiksie sieciowym/cyfrowym. Nie mówiąc już o poszukiwaniu rynków zbytu na terenach do tej pory czysto literackich i zbliżeniu się do swojej starszej siostry, które w ostatnich latach wychodzi komiksowi tylko na dobre.

Jednego Sebastianowi odmówić nie można – pewnej wizji. Projektu krytycznego, realizowanego w tekstach swojego autorstwa, utrzymanego w duchy szyłakowej maksymy – „jedno spojrzenie na komiks – moje własne”. Chwali się, że Frąckiewicz nie zasłania się uczoną metodologia i nie popada w nijakość, a to (niestety) powszechna w komiksowie postawa. Irytuje za to niezachwiana niczym pewność tego, że słuszną, a zarazem jedyną drogą wyjścia komiksu z niszy, jest zdobycie uznania w świecie sztuki. Ten wątek przewija się przez całą książkę, pytanie o relacje komiksu z nowoczesną sztuką pojawia się niemal w każdej z rozmów, a nieprzypadkowo książkę wieńczy rozmowa z Jakubem Woynarowskim, który maluje perspektywy przełamywania barier między tymi dwoma obiegami.

Oczywiście, nikt przy zdrowych zmysłach nie zaprzeczy, że komiks sam w sobie i szeroko pojęta narracja wizualna jest obecna w nowoczesnej sztuce. Koza i Sieńczyk, Woynarowski i Sasnal, story-artowcy i maszinowcy, „Black and White” i „Orbis Pictus” – to tylko kilka przykładów z brzegu. Ale to Frąckiewiczowi nie wystarcza, podobnie, jak nie wystarcza mu już tylko komentowanie komiksowej rzeczywistości. Poznański krytyk jest święcie przekonany, że droga komiksu na Parnas wiedzie przez galeryjne ściany. Z żarliwością jezuickiego akolity próbuje przekonać do swego pomysłu przepytywanych przez siebie twórców, którzy niespecjalnie przekonani są do jego tezy. Dąbrowski przyznaje się do swojej całkowitej ignorancji w temacie. Śledziu wypowiada się w podobnym tonie mówiąc, że „nie mam ochoty go [świata sztuki] poznawać. Nie interesuje mnie”. Potem, naciskany przez Frąckiewicza przyznaje jednak, że mógłby ewentualnie zaangażować się w projekt galeryjny, jeśli wydałby się odpowiednio interesujący. Najmocniejsze słowa padają z usta Krzysztofa Ostrowskiego. „(…) trochę mi to wygląda na łatanie jakiegoś kompleksu. Na zasadzie: w Polsce nikt nie chce czytać komiksów to może chociaż przymusić do tego krytyków sztuki. Oni są w stanie dużo wytrzymać.” I twórca klnącego Chopina trafia w samo sedno.

Krzysztof Masiewicz zwraca uwagę (a wtóruje mu na przykład Marek Turek), że komiks sam w sobie nie jest dziełem sztuki, jako takimi. Jest tekstem. Książką, mówiąc brzydko. Jego naturalnym obszarem występowanie są kioski, księgarnie (a także sieć, należałoby dodać). Mógłby oczywiście funkcjonować w galerii, na takiej samej zasadzie, jak street-art czy plakat, ale wtedy, w takim kontekście mógłby stracić swój ontologiczny status komiksu strojąc się w piórka sztuki korzystającej z narracji wizualnej. I nie ma w tym nic złego – taka zamiana mogłaby mu wyjść na zdrowie. Uświadomienie sobie konwencjonalności środków używanych w komiksie, otwarcie się na konceptualizm, otwarcie się na krytyków, którzy do tej pory zajmowali się sztukami wizualnymi, wreszcie odświeżenie języka poprzez czerpanie z doświadczeń twórców z zupełnie innych rejestrów estetycznych – to tylko kilka pomysłów, które przychodzą mi do głowy w pierwszej kolejności. Ale pytanie o to, czy aby wejście obieg galeryjny nie będzie zamianą jednego getta (komiksowego), na drugie (galeryjne), nieco bardziej elitarne i cieszące się większym społecznym uznaniem wciąż pozostaje otwarte. I Frąckiewicz nie potrafi dać na nie odpowiedzi.

czwartek, 29 grudnia 2011

#932 - Rok 2011 okiem twórców (część pierwsza)

Z pytaniem „jaki był ten 2011 rok?” najpierw zwróciliśmy się do najważniejszych ludzi w komiksowie – twórców. Trochę wbrew utartym opiniom o kryzysie z ich wypowiedzi bije optymizm – niekiedy ostrożny, mierzący siły na zamiary, ale jednak optymizm. Może więc z tym naszym komiksem nie jest aż tak źle, jak się powszechnie uważa? Wraz z pierwszą serią ich odpowiedzi podzielonych na dwie części startujemy z tradycyjnym podsumowywaniem mijającego roku na Kolorowych Zeszytach. Kolejni w kolejce czekają krytycy i wydawcy, którzy zabiorą głos w przyszłym tygodniu, a potem dołożymy jeszcze kilka słów od redakcji.

Michał Śledziński (jeden z głównych zamieszanych w morderstwo polskiego komiksu, były redaktor „Prodktu”): mijający rok to potężne zwolnienie lokalnego ryneczku komiksowego. To ograniczanie oferty, najbardziej dotkliwe w przypadku Egmontu, który przez ostatnie lata przyzwyczaił czytelników do bogatej, comiesięcznej oferty wydawniczej, i lizanie ran po tym, jak pewna sieć dystrybucyjna i jej, delikatnie rzecz nazywając, niefrasobliwe metody (nie)płacenia za sprzedany towar niemal rozłożyły na łopatki wszystkie wydawnictwa w kraju. Kilka miesięcy temu sytuacja była wręcz rozpaczliwa, ale wyjście niektórych edytorów z półek wspomnianej sieci i oparcie dystrybucji na sklepach specjalistycznych oraz własnych siłach (sklepy na stronach wydawców) okazały się strzałem w dziesiątkę. A przy okazji jedynym możliwym strzałem, zważywszy na środki, jakimi dysponują wydawcy. Po prostu, zmienienie nawyków czytelnika trwało kilka miesięcy.

Ten rok to także wysyp wydawnictw niezależnych. Zinów, artzinów (których omówienie pozostawiam bardziej kompetentnym osobom) oraz komiksów, które na własne potrzeby nazywam indie action („Henryk Kaydan”, „Kamień Przeznaczenia” czy zapowiedziany na koniec roku „Biały Orzeł”). Komiksy tego typu, autorów zapatrzonych w amerykański mainstream spod znaku superhero, są od lat ściółką na której wyrastają autorzy, wyłuskiwani potem przez majorsów tamtejszego rynku. Oczywiście, nie ma to żadnego przełożenia na nasze realia, ale szczerze kibicuję tego typu inicjatywom. Tym bardziej, że swoją przygodę z komiksem zaczynałem od bardzo podobnych klimatów.

Zważywszy na to, jak ciężki był ten rok, tym bardziej należy docenić działalność rodzimych twórców (wszystkich, bez wyjątku), których albumy wylądowały na rynku. Przeglądałem ostatnio komiksy nominowane do nagród w Angouleme i po raz kolejny utwierdziłem się w przekonaniu, że absolutnie nie mamy się czego wstydzić. Zważywszy na to, że specyfiką polskiego komiksu jest komiks autorski od A do Z, nie mamy czego się wstydzić podwójnie.

Choć nasz komiksowy tort w tym roku przypominał bardziej skromnego muffina, zostanie jednak zwieńczony wisienką, czyli emisją w TVP2 dokumentu „W ostatniej chwili” w reżyserii Mateusza Szlachtycza o komiksie w PRL-u. Miałem przyjemność obejrzeć go w czasie przedpremierowego pokazu w stolicy i jedyne, do czego mógłbym się przyczepić to jego długość. Jestem pewien, że materiału (anegdotek na temat minionej epoki wypowiedzianych przez klasyków gatunku) wystarczyłoby na dodatkowe dwie godziny.


Łukasz Okólski (komiksowy talent czystej wody, dopieszczony w Łodzi nagrodą dla najlepszego polskiego albumu): wow, ten rok to był mój najpełniejszy okres w komiksowie!

Poznałem mnóstwo ludzi, to cieszy mnie najbardziej. Doświadczyłem chyba wszystkiego, czego się da doświadczyć, jako fan i jako twórca komiksów. Jako fan jęczałem nad kryzysem, paradoksalnie kupując mnóstwo komiksów, tylko po to, żeby później mieć przed sobą mnóstwo ciekawych tytułów i nie mieć ani grosza na ich kupno kolejnych (od Komiksowej Warszawy kupiłem tylko jeden komiks – drugiego „Blera”).

Akurat najwięcej pracy nad „Scientią” przypadło na rok 2010, a nie 2011, ale to właśnie konsumowanie owoców własnej roboty jest najbardziej ekscytujące! Aby oszczędzić wszystkim spazmów radości podsumuje krótko. Zjawianie się na imprezach nie, jako widz tylko, jako gość, wygrywanie nagród i miliony dobrych słów, to w tym roku najjaśniejsze punkty całego zwariowanego potoku związanego z byciem rysownikiem z albumem na koncie. Epicko! To była ciężka praca, ale na takie wynagrodzenie, jakie mnie spotkało, nawet będąc takim mega optymistą, jakim jestem, kompletnie nie liczyłem. Nie będę zgrywał skromnisia. Uwielbiam gadać i być w centrum uwagi, więc moje spełnienie i satysfakcja z tego, że robie komiksy w tym roku były większe niż kiedykolwiek. Niestety boje się, że już nigdy takie nie będą…

Oczywiście, żeby nie było tylko kolorowo, ten rok ma również swoje komiksowe minusy. Otóż z dzieciaka wydającego całą mamonę na komiksy, stałem się człowiekiem pracującym, który nie tylko nie wydaje ani grosza na zeszyty (choć kasy teoretycznie mam więcej niż miałem kiedykolwiek), ale jeszcze nie ma właściwie w ogóle czasu, żeby je czytać, a co dopiero rysować. Nie da się ukryć, dostałem w pysk od dorosłości i to mocno. Właściwie tylko praca i kobieta mi w głowie. Musze wpaść w rytm i jakoś sobie to poukładać, bo choć jestem człowiekiem fartownym i ogólnie szczęśliwym, to bez komiksów mi ciężko. Bardzo ciężko.

Na szczęście pracuje z tabletami Wacoma, więc z rysunkami i około-komiksową działalnością (w ogóle Kraków komiksowo mocno ruszył, warto obadać Małopolskie Studio Komiksu na facebooku, udzielam się tam okazyjnie z chłopakami i jest naprawdę fajnie) cały czas mam styczność. Jednak to nie to samo, co dłubanie plansz wieczorami.

Oj nie to samo.


Tomasz Kleszcz (komiksowy fanatyk, który nie oglądając się za innych realizuje swoje zajawki): rok 2011 był dla mnie zdecydowanie rewolucyjny, jeśli o komiks chodzi. Po piętnastu latach udało mi się narysować i wydać komiks. A nawet dwa. Od zawsze było to moim marzeniem i z tego powodu macie okazję czytać moje wypociny na Kolorowych, gdyż dołączyłem do zaszczytnego grona twórców i dostałem zaproszenie od Kuby. Tak więc wszelkie skargi zgłaszajcie w tej materii do niego.

Zaistniałem także w blogosferze, przed czym długo się wzbraniałem, ale okazało się, że jakiś materiał się zawsze znajdzie i blog nie wieje pustką. Coś tam się powolutku dzieje. Widzę tylko, że to medium zaczyna ustępować powoli wszechwładnemu fejsbukowi, więc nie chcąc zbyt zostawać w tyle zastanawiam się, czy iść także w tym kierunku i patrzeć z nadzieją, czy też ktoś to polubi czy nie. Ale nadal nie mogę się zdecydować…

Istnieje też druga strona medalu, mianowicie nadal pozostaję głównie zwykłym odbiorcą, który komiksy kupuje, czyta i kolekcjonuje. Tytułów mamy sporo, różnorodność niezła. Całe mnóstwo twórców, redaktorów, krytyków, recenzentów. Tylko jakby czytelników tego wszystkiego trochę brakuje, że już nie wspomnę o czytelnikach kupujących…

To, co mnie, jako czytelnika martwi to ciągły wzrost cen. Zasłanianie się tym, że cena okładkowa to pic na wodę niewiele daje, bo i tak komisy są drogie, a z pustej kieszeni i Salomon nie wyciągnie. To najlepszy dowód na to, że rynek coraz bardziej się kurczy, pomimo różnych inicjatyw wpieranych przez Skarb Państwa. Martwi mnie także tendencja do coraz większego oceniania komiksów na podstawie tylko i wyłącznie zawartej w niej historii. Czytam sporo recenzji i w większości recenzenci roztrząsają wątki fabularne, sposób prowadzenia opowieści, rysownikowi poświęcając zaledwie akapit bądź czasem nie poświęcając mu uwagi w ogóle. Podobnie ma się sprawa we wszelkiej maści konkursach. Może to staroświeckie podejście, ale dla mnie komiks to była, jest i będzie historia OBRAZKOWA.

Kończąc to wypracowanie chciałem powiedzieć, że tak mi podpowiada mój prywatny, ukształtowany przez TM-Semic i amerykańską pulpę gust, a o gustach się nie dyskutuje, więc mam nadzieję, że nikt się nie obrazi. Mam jeszcze sporo rzeczy do powiedzenia, ale trzecia część „Kamienia” już się grzeje na stole, więc pozwólcie, że wrócę do rysowania. Mam nadzieję, że za rok znowu będę mógł was zgnębić tekstem podsumowującym, i pochwalić się kolejnymi wydanymi tomami kamienia. Czytelnikom mojego bloga, oraz nabywcom komiksu serdecznie dziękuję.


Marek Turek (kończący obchody piętnastolecia swojej twórczości, jeden z najosobliwszych komiksiarzy na naszym rynku): to był dziwny rok. Może jeszcze nie przełomowy, ale powoli zaczyna się klarować kompletnie inny, nowy i jak do tej pory nieznany w naszym kraju „układ sił”. Spróbuję więc jakoś tutaj, w skrócie, go podsumować. Zapewne zapomniałem o wielu ważnych i istotnych kwestiach, więc z góry przepraszam wszystkich żywotnie zainteresowanych.

In minus:

-„komiksowy cweloholokaust”, a właściwie cała medialna otoczka tej „afery”, która z drugiej strony miała też pozytywne aspekty, bo w końcu można było się dowiedzieć, co o komiksach myślą nasi kochani rodacy;
- komiksy praktycznie całkiem zniknęły z dużych sieci księgarskich i „masowy/przypadkowy czytelnik” został odcięty od jedynego „źródełka”, z którego czerpał swoje „obrazkowe historyjki”. Już nie kupi sobie od niechcenia komiksu na pasażu handlowym, ani nie skonsumuje albumu w empikowej czytelni. Zostały mu skany na sieci, (czyli wersja dla nielicznych „zaawansowanych technologicznie”), albo wmówienie sobie, że w Polsce nie wydaje się komiksów (przerażające, ale większość „przypadkowych” tak właśnie to postrzega). Podejrzewam, że jakiś promil „masowych czytelników” właśnie odkrył, że komiksy można kupować w małych, specjalistycznych księgarniach, a także (o dziwo?!) przez sieć;
- wydawcy musieli zwolnić tempo, ale bądźmy szczerzy, małe oficyny, czyli większość „komiksowa”, są w stanie działać i reagować bardzo elastycznie. Mniej tytułów, w dłuższej perspektywie możliwe ograniczenie nakładów i inne działania, której już mają przetrenowane, więc jakoś się o nich nie martwię;
- rosnąca popularność „komiksów kwejkopodobnych” i umacnianie się ich w świadomości zarówno odbiorców, jak i mediów (łącznie z TVP), jako jedynej wartej uwagi formy komiksu. Nie ogarniam tego (i chyba nie chcę ogarnąć);
- pokutujący stereotyp „komiksy są dla dzieci”.

Plus/minus:

- lekki chaos organizacyjno-logistyczny na kilku imprezach, ze szczególnym wskazaniem na Komiksową Warszawę i Ligaturę. To nie czas i nie miejsce na wnikanie w szczegóły, ale przed organizatorami jeszcze sporo pracy. Na szczęście mają świadomość tego, że muszą jeszcze „małe co nieco” doszlifować;
- „afera wystawowa”, czyli nic o nas bez nas. Mimo wszytko dobrze się dzieje, że w „komiksowym grajdołku” wszyscy powoli uczymy się trochę bardziej profesjonalnego podejścia do tematu;
-„komiks artystyczny” versus „komiks historyczny” versus „komiks mainstreamowy” versus „komiks internetowy” versus „komiks eksportowy” versus „komiks zeszytowy” versus „komiks kobiecy” versus… ech!

In plus:

- imprezy małe i duże, rozsiane po całym kraju, zróżnicowane tematycznie i formalnie, warsztaty, wystawy, prezentacje, prelekcje. W końcu zaczyna się coś naprawdę dziać i jest to dostępne dla każdego;
- ziny, masa nowych zinów;
- albumy krajowych autorów;
- „komiksiarze” w telewizji, „komiksiarze” w sklepach odzieżowych, „komiksiarze” w prasie wszelakiej, „komiksiarze” robiący filmy i teledyski, „komiksiarze” grający w serialach telewizyjnych… To w końcu musi zacząć przynosić jakieś efekty.

Reasumując: naprawdę dziwny rok, bardzo intensywny. Jestem ciekaw, co z tego wszystkiego wyniknie. Idę dalej dłubać swoje.