Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Tomasz Pastuszka. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Tomasz Pastuszka. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 3 lutego 2011

#686 - Rok 2010 okiem wydawców

Podobnie jak w roku ubiegłym do podsumowania ubiegłych dwunastu miesięcy zaprosiliśmy rodzimych wydawców. Swoje wrażenia przedstawił nam Radosław Bolałek z Hanami, Szymon Holcman z Kultury Gniewu, Tomasz Pastuszka zajmujący się magazynem Karton, Paweł Timofiejuk z timof comics/Mroja Press oraz Robert Zaręba ze Strefy Komiksu. I podobnie jak w roku ubiegłym chcieliśmy nieco pomóc naszym wydawcom i przedstawiliśmy kilka pytań/zagadnień/rejonów, które nas najbardziej interesowały:
1. Komiksowe wrażenia z roku 2010.
2. Jak wypadł miniony rok dla Twojego wydawnictwa, w porównaniu z planami na 2010?
3. Najlepszy komiks Twojego wydawnictwa w 2010 roku to...
4. Największe nadzieje na 2011 rok Twoje wydawnictwo wiąże z...
5. Jak to właściwie jest z tym kryzysem?
Oto jak odpowiadali nasi goście (kolejność alfabetyczna):
1. Pod względem wydawniczym rok nie był wyjątkowy, był zwyczajnie bardzo dobry. Od kilku lat my, wydawcy przyzwyczajamy polskiego odbiorcę do wysokiej jakości publikacji. Tu niestety pojawia się problem, bo tytuły, które zagranicą uznawane są za bardzo dobre, u nas to są "przeciętniaki" lub wręcz "słabizny". Powtarzam się (bo mówiłem o tym niejednokrotnie), ale w Polsce sporadycznie wydaje się tytuły mniej niż "dobre". Ostatnio pracowałem przy międzynarodowej publikacji "1001 komiksów, które musisz przeczytać przed śmiercią" i bardzo dużo z listy tych komiksów mamy już wydane w Polsce, co jest pewnego rodzaju świadectwem, że jest nieźle. Problem polega na tym, że część z tych pozycji została przez tak zwane "portale branżowe" uznana za tytuły słabe i niejednokrotnie łapałem się za głowę czytając recenzje (ale do tego już się chyba przyzwyczailiśmy). Pod względem imprez, kolejny rozwojowy rok. Tu nie ma co się rozpisywać - z roku na rok jest lepiej. Dla wydawców - kolejny trudny rok, ale o tym później...

2. Plan minimum wykonany. Udało się rozpocząć inwazję na Czechy. W sumie wydaliśmy więcej tytułów niż rok temu. Pod względem ilości wydanych tytułów utrzymaliśmy 4 pozycję w rankingu wydawnictw (po Egmoncie, JPFie i timof comics). Żałujemy, że w Polsce nie rozwinęliśmy się bardziej, ale nie nastawialiśmy się na to, więc niezgodności z planem nie ma.

3. Nie lubię tego pytania, bo nigdy nie wiem jak na nie odpowiedzieć. Zawsze jest kilka obsypanych nagrodami tytułów, które nasuwają się jako pierwsze. Dla mnie jednym z wybitnych dzieł z naszej stajni jest "Pitu pitu". Wiele osób od razu pokochało ten dwutomowy zbiorek (druga część już w lutym) krótkich historii, inni ominęli go szerokim łukiem, ze względu na opinie, że nowele w nim zawarte są zbyt japońskie i hermetyczne. Nie jest to prawdą. Opowieści te są zwyczajnie oniryczne i naładowane abstrakcyjnym humorem. Fakt, bazują na japońskim folklorze, ale dla samych Japończyków większość z tych wierzeń jest nieznana, więc każdy może się nimi cieszyć. Sam autor nie zakładał, że do obioru będzie wymagana znajomość podań. Do tego dochodzi fenomenalna kreska, której próbki można było już zobaczyć w antologii "Japonia...".

4. Tym, że mimo podwyżek cen, ilość klientów nadal będzie rosła. A do tego ostatnie niedobitki, które twierdzą, że manga to zło i kicz, przekonają się, iż komiksy Made in Japan mogą być równie dobre (o ile nie lepsze) niż te zrobione w Europie czy w Stanach.

5. Kryzys jest, ale to nie jest coś, co pojawiło się znikąd. Może powiem, jak to było u nas... Pierwszy pełen rok - wiadomo, że jest trudno bo jest pierwszy. W drugim złoty poleciał na łeb, na szyję przez co koszty materiałów wzrosły niemożebnie (np. Jeny z poniżej 2 zł, skoczyły do prawie 4 zł!). W trzecim nagle skoczyły ceny papieru (ze względu na trzęsienie ziemi w Chile, gdzie są fabryki celulozy - to się nazywa globalizacja!). A teraz VAT... Co rok myślimy - "ten rok jest wyjątkowo trudny, za rok będzie już lżej", ale tak nie jest. W międzyczasie pojawiło się słowo klucz - "kryzys". Każde wydawnictwo komiksowe dostało w kość, gdy pojawiał się każdy z tych czynników, ale to ich kumulacja sprawiła, że dobrze nie jest. Do tego dwa odwieczne problemy - dystrybucja i piractwo. W wypadku pierwszego dwoimy się i troimy, żeby nasze pozycje były jak najszerzej dostępne, ale 90% nie jest zależne od nas. Natomiast piractwo jest inną kwestią. Tutaj nie wystarczy, żeby zniknęły nielegalne komiksy z sieci. To podniosłoby sprzedaż w stopniu minimalnym, ale wystarczającym do ustabilizowania się rynku. Część osób nastawiłoby się na inne formy rozrywki z nielegalnych źródeł. Dopiero całkowite zlikwidowanie piractwa (w co nie wierzę) lub znaczne jego ograniczenie spowodowałoby realną walkę o pieniądze, które ludzie wydają na kulturę lub po prostu na spędzanie wolnego czasu. Co więcej, dałoby to możliwość przyciągnięcia większej ilości osób na imprezy komiksowe.

1. Mieszane. A żeby się specjalnie nie rozpisywać – w 2010, a szczególnie jego drugiej połowie – czułem się, jak uczestnik balu na Titanicu. Pięknego balu. Ze znakomitą orkiestrą, w fantastycznym towarzystwie i drinkami gratis (no, tego elementu nie było niestety w nadmiarze; a może inaczej: tego elementu nigdy nie ma w nadmiarze). Ale poszycie statku już rozorane, woda wdziera się na pokład i za chwilę trzeba będzie się w popłochu ładować do szalup. I po tym wspaniałym balu, okazałym Titanicu zostaną właśnie te smutne pojedyncze szalupy ciskane morskimi wodami raz w tę, a raz w tę. Ale żeby było jasne – nie być na tym balu to grzech!

2. Zrobiliśmy mniej niż było w planach. A z części rzeczy musieliśmy zrezygnować, przełożyć, opóźnić, itp. Ale też zrobiliśmy tyle, że patrząc na to teraz, z pewnego niewielkiego czasowego dystansu, to jestem bardzo zadowolony. Mogło być naprawdę dużo gorzej.

3. Nienawidzę takich pytań. I z tej złości odpowiem, tak jak zawsze – kochamy wszystkie nasze komiksy. Naprawdę. Ślepą rodzicielską miłością. I tu wymieniam wszystkie tytuły, które wydaliśmy w 2010.

4. Z tym, że to zatonięcie Titanica, to tylko zły sen wynikający z potwornego przejedzenia się i opicia na cudownym balu. I zaraz wszystko wróci do normy. Komiksy będą wjeżdżały tysiącami do sklepów i wynoszone stamtąd będą przez szczęśliwych klientów (oczywiście po uregulowaniu rachunku przy kasie!). I będą to małe sklepy, duże sieci, komiksy kupione w e-handlu i ze "szczęk" pod dworcem oraz w kioskach. Bardzo byśmy sobie tego życzyli.

A tak poważnie, to mam taką nadzieję, że ta proza życia okaże się na tyle nieuciążliwa, że dalej będzie nam się chciało to wszystko robić. I że będziemy mogli to robić. Tyle i aż tyle.

5. Powyżej było trochę poezji. To teraz konkrety. Z tym kryzysem to jest tak, że od ponad roku hurtownia, która dostarcza nasze komiksy do Empiku albo wcale nam nie płaci za sprzedane egzemplarze, albo płaci w ratach. Ich dług wobec nas przekroczył już granicę przyzwoitości. Zostaliśmy postawieni przed dylematem, czy dawać im kolejne nasze pozycje i kredytować ich działalność, czy rozwiązać tę sprawę, licząc się z nieobecnością w największej sieci handlującej dobrami kultury.

Nie mamy teraz ani należących się nam pieniędzy, ani nowego komiksu w Empiku, ale też dług – który dopóki go nie odzyskamy jest dla nas pieniędzmi wyrzuconymi w błoto – nie rośnie. W pozostałych punktach sprzedaży wiele przez ostatnie lata się nie zmieniło. Jest w porządku. I jak na 38 milionowy kraj nie jest w porządku.

Co będzie dalej? Nie mam bladego pojęcia. Może się okazać, że bez Empiku cała ta zabawa w wydawanie komiksów nie ma sensu, nie kalkuluje się po prostu (byłoby to bardzo, bardzo smutne). Wtedy pewnie powiemy sobie "dość", bo nie bawi nas wydawanie w 300 egzemplarzach. Bo wtedy wydawnictwo przestaje być potrzebne, autorzy sami powinni sobie wydawać komiksy i sprzedawać je na rozmaitych imprezach i w sieci. A może jednak ta hurtownie zacznie z powrotem normalnie płacić i nie będzie strachu oddawać im komiksów?

1. Rok 2010 udowodnił, że chęci promowania i wydawania komiksów znacznie przerastają możliwości zaangażowania się w to ludzi zainteresowanych. Zdecydowana większość osób wychodzi z założenia, że krytykowanie działań tych nielicznych "coś robiących" jest wystarczającą pracą w kierunku poprawy sytuacji. Wizerunkowo najaktywniejsi okazują się ludzie, którzy nie potrafią wstać od komputera i przestać stukać przypadkowe klawisze. Skutecznie przesłaniają tych, którzy coś faktycznie robią. W tym miejscu chciałbym podkreślić "cichych bohaterów" minionego roku: Michała Słomkę, Bogdana Ruksztełło i Radka Bolałka (w duecie) oraz Andrzeja Janickiego, którzy aktywnie robią coś w temacie promocji komiksu. Jak i rysowników, którzy zazwyczaj skutecznie offline rysują komiksy. A to trochę ginący gatunek. Tu wskazanie moje pada na Januarego Misiaka, który mnie bardzo pozytywnie zaskoczył objawiając się z komiksem "Siedem tygodni".

2. Plany zawsze stawiamy przed sobą jak najbardziej optymistyczne i nie wszystkie udało się zrealizować niestety. Ale fakt pojawiania się kolejnych numerów i przezwyciężenie niezależnych od nas przeszkadzajek napawa optymizmem. Udało się wystartować z pierwszym zeszycikiem około-kartonowym ("Ratman") i okazał się to strzał w dziesiątkę.

3. Poza "Kartonem" wydaliśmy tylko "Ratmana". Na naszą niewielką skalę okazał się bestsellerem wymagającym dodruków. Jest to niebywały sukces, gdy udaje się ograniczonymi możliwościami dystrybucyjnymi upłynnić cały nakład dorównujący innym "profesjonalnym" wydawnictwom. Tym bardziej, że w związku z problemami jakie nas spotkały w drugiej połowie minionego roku, zeszyt ten nie trafił nawet do sklepiku na naszej stronie, gdzie zazwyczaj sprzedawaliśmy najwięcej naszych komiksów.
Oczywiście też dumą napawa nas każdy kolejny numer Kartonu. Bystre oko zauważy, że jakościowo jest tendencja zwyżkowa.

4. Nie mamy nadziei tylko plany. Plan, aby ożywić się w internecie, z czym ostatnio mieliśmy trochę problemów. Idąc za ciosem, planujemy odpalić porządny sklep z Kartonowymi publikacjami.

5. Dokładnie to jest tak, że kryzys ekonomiczny się kończy (chwilowe przyspieszenie jest zauważalne na rynku). Zwiększa się zatrudnienie i co raz więcej osób będzie pracować zamiast rysować, czy wydawać komiksy. To trochę tak autotematycznie. Od grudnia mój czas, jaki jestem w stanie poświęcić komiksowi, skurczył się do godzin między 22:00 a 7:00, gdy jestem w domu. Jeśli jeszcze kilku innych aktywnych komiksiarzy także "wchłonie babilon", kryzys komiksowy będziemy mieć pełną gębą. Brzmi trochę jak żart, ale tak nie jest. Ubiegły rok aktywnie starałem się udzielać w środowisku komiksowym i kończyłem go mocno pod kreską. Na szczęście w przypadku Kartonu jest sprawna ekipa, i nawet jeśli osobiście nie mam dostatecznie czasu i możliwości aktywnie się udzielać, ten projekt trwa i się rozwija (ukłony dla Piotrka Nowackiego).
Rysowanie komiksów to w większości przypadków duża frajda i to się raczej nie zmieni.
Wydawanie i promowanie komiksów to w większości przypadków męczący i niewdzięczny wolontariat.

1. Mijający rok w polskim komiksie zaznaczył się spadkiem ilości wydawanych tytułów. Ukazało się ich mniej więcej tyle ile w 2005 roku, ale nie jest to jeszcze zapewne koniec spadków, gdyż lata 2011 i 2012 przyniosą powrót rynku do stanu z lat 2006-2007. Oczywiście tylko jeśli największy wydawca – Egmont, postanowi dalej pozostać w tej piaskownicy. Tak, piaskownicy, bo właśnie takie wrażenia pozostawia po sobie rok 2010. Spada liczba tytułów, ukazują się głównie te lepsze, a coś wobec czego bezzasadnie używa się pojęcia "środowisko" wciąż pozostaje przy swoich przyzwyczajeniach – narzekania na wszystko w kółko bezustannie. Prowadzi to do postrzegania tego roku jako bardzo słabego. Pomimo wielu interesujących imprez i bardzo udanych komiksów, w dyskursie pozostało wrażenie, że rok jak to rok, był nijaki i minął nijako. Cóż wrażenie pozostanie po nim takie, co widać już po zachowaniach i wypowiedziach wielu osób zaangażowanych w działania na tym poletku, że może nie warto się wysilać. Ogólnie wygląda na to, że mamy rok przemęczenia komiksem.

2. Ubiegły rok odstaje tym od planów założonych przed nim, że nie udało się zrealizować tych projektów, które utknęły, albo z powodów nieukończenia komiksów przez autorów – "Wrota Alicji", "Dom żałoby 8", albo z powodów bardzo powolnych działań zagranicznych partnerów – "Lost Girls", "Strefa bezpieczeństwa Goražde". Na chwilę obecną jest szansa, że wszystkie te tytuły ukażą się w końcu w tym roku. Założeniem była realizacja około 20 pozycji i to się udało. Nie udało się jednak powiększyć oferty, gdyż widać wyraźne osłabienie dynamiki na rynku oraz zmalała docieralność z tytułami do czytelników niekomiksowych, w wyniku działań największej sieci sprzedaży Empiku, która uznała, że w supermarkecie kultury nie ma za wiele miejsca dla wielu dziedzin kultury (nie tylko komiksu).

3. To bardzo trudne pytanie. Bo naprawdę trudno wybrać ten jeden, czy też po jednym dla imprintu. Ale spróbujmy. "Dziennik podróżny", dlatego że nie jest to stricte komiks tylko travelogue i wydając go nie zakładałem sukcesu, właśnie z powodu odmienności od standardowego wyobrażenia o komiksie. Natomiast jest to rzecz, która w doskonały sposób pokazuje potencjał tkwiący w komiksie jako dziedzinie sztuki. W Mroji natomiast są to 5. "Rewolucje", gdyż doskonale ukazują to, że z polskim komiksem można pokazać się na świecie i znajdą się ludzie, którzy go kupią.

4. Jako że jesteśmy realistami to nie żyjemy nadziejami. Zakładamy jednak, że nastąpi w końcu stabilizacja i w tym roku uda się dotrzeć z komiksem do umysłów ludzi zarządzających w sieciach księgarskich, że jednak warto go mieć u siebie. Liczymy na to, że uda się nam zrealizować parę projektów komiksowych, w tym i kilka dosyć dużych m.in. "Lost Girls".

5. Kryzys na polskim rynku już raczej się skończył, to co obecnie obserwujemy to zbieranie się rynku po nim. Niestety czkawką kryzysu okazało się ograniczenie przez sieci handlowe sprzedające kulturę oferty, uprymitownienie jej i zawężenie głównie do dóbr środka. Do tego dochodzą zatory w płatnościach, które w 2010 roku znacznie urosły. Efektem tego jest zmniejszanie oferty przez wielu wydawców i producentów kultury, a to sprawia, że oferta ta kierowana jest coraz bardziej do zamkniętych środowisk fanowskich – w tym wypadku komiksu. A to oznacza, że jak się nie odwróci trendu, to kryzys nas dopiero czeka… za kilka lat.

W 2010 roku wydaliśmy 4 komiksy, co jest znacznym wzrostem w stosunku do 2009 roku, kiedy to w ramach "Strefy Komiksu" ukazały się tylko trzy albumy. W 2010 roku udało nam się utrzymać niskie ceny naszych komiksów, zaś ich średnia sprzedaż nie odbiegała od tej z lat poprzednich. Wygląda więc na to, że kryzys na rynku komiksowym szczęśliwie nas ominął (bądź też jest mocno przereklamowany), a to dzięki stałej liczbie czytelników, którzy w miarę regularnie kupują nasze komiksy. Jest ich wystarczająco dużo, byśmy dalej działali i wydawali komiksy czarno-białe, ale zbyt mało, aby opłacało się drukować albumy w full kolorze.

W ubiegłym roku wydaliśmy kilka wyjątkowych albumów. Mocnym otwarciem była antologia autorska Artura Chochowskiego, jednego z najzdolniejszych polskich rysowników, podsumowująca jego dotychczasowe twórcze dokonania na polu komiksu.

Kolejną pozycją była wzbogacona o dodatkowe plansze reedycja "Laleczek" Macieja Pałki, To klimatyczna, posapokaliptyczna opowieść będąca szczytowym komiksowym osiągnięciem lubelskiego twórcy.

Końcówka roku zaowocowała dwoma albumami narysowanymi przez Zygmunta Similaka: trzecią częścią "Triumwiratu" oraz drugą autobiografii, pt. "W ciemiu gwiazdy". Zarówno "Triumwirat" (pierwsza od wielu lat ukończona polska seria komiksowa) jak i "W cieniu gwiazdy" (najprawdopodobniej ostatnia część autobiografii Zygmunta Similaka) zamykają pewien etap w działalności łódzkiego twórcy.

Co nas czeka w tym roku?

Najważniejszym wydarzeniem nadchodzących miesięcy będzie zakończenie prac i wydanie na wiosnę dwóch pierwszych albumów wielotomowej sagi science-fiction "Exodus", komiksu rysowanego przez Jacka Brodnickiego na potrzeby "Magazynu Fantastycznego". Na Komiksową Warszawę planujemy druk drugiej części "Mroku", którego pierwszy tom autorstwa Nikodema Cabały, rozszedł się w rekordowym dla "Strefy Komiksu" nakładzie. Tym razem obok Nikodema w komiksie wystąpią: Artur Chochowski, Zygmunt Similak oraz Tomasz Kleszcz. Latem ukażą się dwa komiksy historyczne Zygmunta Similaka: "Zawisza Czarny" i "Bitwa pod Grunwaldem". Na jesień planujemy drugą część "Gwiezdnych bezdroży" (czytelnicy "Magazynu Fantastycznego" mieli już okazję zapoznać się z dwunastostronicowym shortem z tego albumu, pt.: "Jestem Błąd, James Błąd"). Tym razem w roli rysownika Ryszarda Dąbrowskiego zastąpi Zygmunt Similak.

piątek, 24 września 2010

#566 - Karton 5!

Rok mija od czasu kiedy na komiksowych półkach pojawił się pierwszy numer magazynu "Karton". I dziwię się, że to dopiero rok, bo w przeciągu ostatnich 12 miesięcy ukazało się 5 odsłon tego periodyku, co jak na nasze warunki jest sporym sukcesem. W każdym razie kartonowa ekipa nie zwalnia i na Międzynarodowy Festiwal Komiksu przygotowała numer piąty.Jest solidnie - do czego przy okazji ostatnich odsłon można się było przyzwyczaić. To co bardzo podoba mi się w "Kartonie" to to, że redaktorzy nie osiedli na laurach i cały czas zaskakują czymś nowym - czy to w środku pisma, czy w działaniach marketingowych... W przypadku #3 była to nowa, fenomenalna seria "Rubino" Patricio Didlo, a w #4 może niespecjalnie oryginalny acz sympatyczny jednorazowy (póki co) wyskok w postaci "Nerdówka" Karola Konwerskiego i Pawła Zycha oraz nowej serii pasków "Robić nie ma komu" Tomasza Kontnego i Tomasza Zycha. W piątce nowością jest seria autorstwa magistra Macieja Łazowskiego "Odpowiedzi na palące pytania", która jest zdecydowanie najmocniejszym punktem numeru, któremu nie postawił się nawet różowy jednorożec ze swoimi dwiema nowymi planszami przygód. Magister Łazowski w jednoplanszowych przerywnikach pomiędzy regularnymi kartonowymi seriami, z mądrością i humorem odpowiada na dręczące kolejne pokolenia pytania pokroju "dlaczego kobiety są głupsze od mężczyzn?" (pokochacie tę planszę!) czy też "dlaczego dzieci nie mówią?". Chylę czoła i proszę o więcej.

Nie jest to jednak jedyny komiks Maćka w "Kartonie" bowiem w środku znajduje się jeszcze jedna plansza "Cyberdetektywów z kosmosu". Jedna jedyna i będąca finałem tej sympatycznej (szczególnie w dwóch ostatnich numerach) serii. Szkoda, tym bardziej, że ostatnia strona wygląda jakby była zrobiona na siłę, ot, żeby już zakończyć przygody K.R.Y.S.T.I.A.N.A. i spółki.

No ale w zamian jest Łazowski solo.

Nieustannie wysoką formę prezentują "Ćmy" Tomasza Pastuszki, "Flatties" tego samego pana oraz Ewy Juszczuk (chociaż tutaj mówiąc o wysokiej formie mam na myśli warstwę graficzną) oraz komiks Marka Lachowicza (tym razem kolejne perypetie Grand Bandy!). Podobnie jak w poprzednich numerach raczej średnio wypada "Byle do piątku trzynastego" Bartosza Sztybora i Piotrka Nowackiego - po lekturze nowego epizodu ciężko powiedzieć mi cokolwiek innego ponad to, że był. Podobnie ma się rzecz z "168" Marcina Surmy oraz "Diogenesem" Przemysława Surmy. Tyle tylko, że przy tych seriach zaczęła mi przeszkadzać konieczność zapoznania się z poprzednimi ich epizodami aby zrozumieć (bądź przynajmniej mieć wrażenie, że się zrozumiało) sens dotychczas opublikowanej części historii. O ile w przypadku poprzednich odsłon miałem jeszcze siły na te "powroty do przeszłości", o tyle teraz jedynie przeczytałem, a ze zrozumieniem poczekam do ostatniego epizodu (ewentualnie jakiegoś albumowego wydania). Paskowe "Wyjście" i "Robić nie ma komu" na plus.

Jak co numer jest również gość zagraniczny. Prawie co numer, bo w czwórce nie było. Za to w najnowszym numerze jest dwóch - i to jakich! Tym razem Szczypta Realizmu należy do Filipe Andrade, który ma na swoim koncie m.in. pracę dla Marvela (!), a dwie plansze skradł znany w naszym kraju z "Trupa i sofy" oraz "Nokturno" Tony Sandoval!

Piąty numer trzyma poziom i ten piątak, który trzeba na niego wydać nie jest żadną kwotą! Jednak jeśli komuś za mało będzie komiksowych wrażeń to za kolejne 3zł może zaopatrzyć się w pierwszą kartonową zeszytówkę "Terror na wizji" Tomka Niewiadomskiego, którego pierwszą recenzję można przeczytać na Komiksofilii. Za to jutro odbędzie się wernisaż wystawy z pracami twórcy m.in. Nerwolwera, na którym bardzo możliwe, że będzie można zakupić ową zeszytówkę z nowymi przygodami Ratmana. W naszym kolorowym imieniu zapraszamy i do Kawangardy i do zakupienia nowych wydawnictw od Jaszcza i spółki - jak zawsze warto!

środa, 4 sierpnia 2010

#523 - Powstanie '44 w komiksie (2009)

To już szósta antologia komiksowa traktująca o Powstaniu Warszawskim, a druga wydana przez Egmont. Pierwsze trzy zostały opublikowane przez Muzeum Powstania Warszawskiego wraz z pomocą oficyny Print Partner, a mecenasem projektu „PW 44” było firma Ciech. To setki, jeśli nie tysiące stron, dziesiątki nazwisk, niekiedy ze ścisłej krajowej czołówki i ogrom komiksów poświęconych tematyce ostatniego z wielkich zrywów narodowych. Wydawałoby się, zatem, że tematyka Powstania świetnie przyjęła się na komiksowej glebie i wydała znakomite frukta.


Mówienie o Powstaniu to rzecz trudna, wymagającego sporego przygotowania merytorycznego, popartego solidnymi badania u źródeł. Ale nie wystarczy wiedzieć, jak powstańcy byli umundurowani, jakimi karabinami strzelali, na jakich ulicach ścierali się z Niemcami i jakie mieli pseudonimy, bo komiks to nie obrazkowa kronika wydarzeń z 1944 roku. Na opracowanie materiału historycznego trzeba mieć jeszcze pomysł, poparty najlepiej solidnym, komiksowym warsztatem. Pomniki o wiele lepiej wyglądają wykute w marmurze, niż w kadrach i dymkach. Niestety, nie wszyscy twórcy raczą o tym pamiętać.

Powstanie Warszawskie wciąż budzi żywe kontrowersje, a historycy diametralnie różnią się w jego ocenie. Wciąż pozostaje przedmiotem sporów, zarówno wśród ideologów z lewa i prawa oraz w środowiskach literackich. Można powiedzieć, że linia frontu wśród pisarzy rozciąga się od Jarosława Marka Rymkiewicza po Sylwię Chutnik. W zażartym, ale pobudzającym sporze padają argumenty za i przeciw, ścierają się różne propozycje artystyczne, postawy etyczne, podejścia do naszej historii i tradycji. Ja chciałbym, aby i komiks mógł doszlusować do tej dyskusji.


Nie wiem jednak czy jest to możliwie w proponowanej przez Muzeum Powstania Warszawskiego formule dorocznego konkursu. Celem, jaki organizatorzy wyznaczyli całemu przedsięwzięciu jest propagowanie pamięci o Warszawie walczącej, epizodzie w polskiej historii przez wiele lat przemilczanym. Jak sądzę, ten zamiar udało się w pełni zrealizować. O Powstaniu jest głośno, o Powstaniu się pamięta, oddając hołd jego bohaterom i ofiarom. Nieco mniej się o nim dyskutuje i spiera, a to – jak pisałem – powinno być najlepszym materiałem dla twórcy.

Wymogi formalne odnośnie objętości, które mają mieć prace, nie pozwalają na zbyt wiele, a formuła konkursu wręcz wymusza na autorach coraz bardziej karkołomne pomysły na zaskoczenie jurorów. Dążenie do tego, aby prace wyróżniały się czymś, wśród dziesiątek innych, prowadzi do powstawania prac, które gubią gdzieś istotę i problematykę Powstania. Tak jest na przykład w "Ostatnim…" Arkadiusza Lorenca (stylizowanym na grę platformową w stylu „Mario Bros”), estetycznie powalającym "Golemie" Tomka Pastuszki i Pawła Sambora czy przedziwnie kolorowym "Przewodniku" Romka Gajewskiego. Niestety, czasem takie "eksperymentalne" podejście ma opłakane skutki – tematyka Powstania niekoniecznie musi sprawdzić się w sensacyjnym ujęciu (kiepskie graficzne "Na ratunek" Pawła Lulewicza) czy w estetyce superhero ("Bohaterowie nie przegrywają" Istvana Hromko i Zoltana Kormendi).

Z grona prac tego typu wyróżniłbym dwie – "Zrzuty" Michała Romańskiego (według mnie jedna z najlepszych prac w całym zbiorku) oraz "Czarno to widzę" Michała Makowskiego i Rolanda Cabana. Oba utwory tragizmowi powstania przeciwstawiają pogodną ironię, rubaszny humor, czarny, często purenonsensowy dowcip i groteskowe przerysowanie, a do tego stoją na bardzo wysokim poziomie warsztatowym. Uderzają w zupełnie inne tony, niż typowe utwory o charakterze martyrologicznym.


Tych jest chyba w zbiorze najwięcej. Rzadko są nieznośnie patetyczne i wyświechtane ("Nie damy się" Samiego Kiveli, oryginalny w formie, choć wtóry w treści "Syn Warszawy" Bartłomieja Stefanowicza), a niekiedy dobry pomysł psują kiepskim wykonaniem ("Warszawskie dzieci" Szymona Kaźmierczaka). Znacznie częściej trzymają dobry poziom ("`44 Powstanie Bohaterów" świetnie narysowane przez Krzysztofa Brynieckiego, solidne "5 Dni" Pawła Hupy, niezła "Litost" Łukasza Chmielewskiego, intrygujące "Taubstumm" zespołu Serkowski-Pitura-Gościniak).

Spośród prac wyróżnionych, najsłabiej prezentuje się "Film" Tomasza Beraźnickiego, zwycięzcy jednej z poprzednich edycji. Gwiazdorzy Hollywood dyskutujący o potrzebie upamiętnienia herosów Warszawy na taśmie filmowej graficznie prezentują się świetnie, ale w swoim symbolizmie są niezrozumiali i niewyraźni. "Dziady" Andrzeja Łaskiego szokują swoim konceptem. Grzegorz Janusz i Ernesto Gonzales podarowali sobie powstańczy sztafaż i skupili się zagadnieniu pamięci o Powstaniu. "Wyście" to dobra, metaforyczna przypowieść o losach trudnej, historii najnowszej. Zwycięska praca Mirosława Urbaniaka prezentuje się świetnie. Dobrze narysowana, świetnie przykrojona do formy szorta "Biedronka" traktuje o miłości podczas powstania. Fajnie, że jest skupiona na głównych bohaterach, a walki o Warszawę stanowię jedynie konieczny, wojenny kontekst. Jest lekka, bardzo przewrotna, fantastycznie spuentowana i troszkę odbrązawia mit powstańca.

Niestety, wśród dziesiątek najróżniejszych prac powstałych na konkurs, w natłoku silenia się na oryginalne i niekonwencjonalne ujęcie tematu gubi się znaczenie Powstania Warszawskiego (jakiekolwiek by ono nie było). Zbyt często ginie dyskusja o potrzebie ostatniego, wielkiego zrywu Polaków, jego skutkach, jego kontrowersjach. Dobre (i dobrze zrobione) komiksy stanowią niestety mniejszość w antologii konkursowej z 2009 roku. Choć może jest to spowodowane wyczerpaniem się tematu? Bo ile można opowiadać o jednym powstaniu i ciągle wałkować jedną i tą samą tematykę?

środa, 23 czerwca 2010

#486 - Karton 4

Podczas ubiegłorocznej BeeFKi jedną z ciekawszych informacji, która "wyciekła" podczas imprezy, była zapowiedź nowego magazynu komiksowego o nazwie "Karton", który miał być pierwszą od czasu "Produktu" tego typu profesjonalną i cykliczną publikacją. Równo rok później, jedną z premier Bałtyckiego Festiwalu Komiksu będzie czwarty numer magazynu prowadzonego przez Piotra Nowackiego, Bartosza Sztybora i Tomka Pastuszkę i tym samym dobry to moment do podsumowania tej prawie rocznej (pierwszy numer miał premierę we wrześniu) obecności "kwartalnika kultury kartonowej" na naszym rynku (tudzież w świadomości czytelników).

Patrząc po nazwiskach osób zaangażowanych w "Karton" spodziewałem się mocnego uderzenia od samego początku - co jak co, ale trio ojców założycieli, bracia Surma, Karol Kalinowski czy Marek Lachowicz powinni gwarantować dobrą zabawę od pierwszej do ostatniej strony. W przypadku debiutu i numeru drugiego jednak tak nie było (przynajmniej w moim przypadku). O ile przy pierwszym "Kartonie" mógłbym to tłumaczyć niezaznajomieniem z bohaterami i seriami, o tyle w przypadku "dwójki" powinno być już nieco lepiej. A cały czas nie było, czemu "przysłużył" się również długi (prawie półroczny) okres oczekiwania na kontynuację przygód Flitlicza i całej reszty kartonowych bohaterów.

Zawiedzeni kibice z mniejszą werwą dmuchali w wuwuzele i z lekkim niepokojem czekali na "drugą połowę" w której dream-team powinien w końcu strzelać gole.

I zaczął! Trzeci "Karton" był co najmniej o klasę lepszy od poprzedników (o czym pisałem już w kwietniowej recenzji) - z ławki rezerwowych wyskoczył nagle przesympatyczny jednorożec Rubino (autorstwa Patricio Didlo), a "Cyberdetektywi z kosmosu" (duetu Szymkiewicz/Łazowski) bez problemu rozmontowali ponurą obronę przeciwnika, zostawiając na jej obliczu sporej wielkości uśmiech. O świetnej okładce (Jakub Tschierse), "Ćmach" (Tomasza Pastuszki) i bardzo dobrym występie Człowieka Paroovki (Marka Lachowicza) wspominać nie będę - KCTW (Kto Czytał, Ten Wie). Po dwóch miesiącach przyszedł czas na numer czwarty, który swoją premierę będzie miał właśnie na zbliżającej się beefce. Przechodząc z terminologii piłkarskiej w muzyczną - o klasie zespołu można się ponoć przekonać dopiero przy czwartej płycie. O ile debiut, drugi album czy nawet trzeci mogą być nie wiadomo jak dobre, o tyle właśnie po czwartej pozycji w dyskografii można stwierdzić, czy wcześniejsze były "chwilowym" wybrykiem czy też dany band ma rzeczywiście pomysł na swoją twórczość.

Od razu zdradzę, że kartonowa ekipa jak najbardziej te pomysły ma. Czwarty numer jest równie dobry, jak nie lepszy od swojego kwietniowego poprzednika!Dla wszystkich znanych z poprzednich numerów serii znalazło się miejsce również w najnowszej odsłonie magazynu. Marek Lachowicz, wspomagany w szarościach przez Tomka Kuczmę, zaprezentował kolejny epizod z życia psotnej "Grand Bandy" i przy okazji po raz kolejny pokazał, kto znajduje się w czołówce polskiego cartoonu. "Ćmy" Tomasza Pastuszki zaliczyły nieco spokojniejsze chwile, co nie znaczy, że obyło się bez śmiechu - najnowszy epizod, chwalonej chociażby przez Tomasza Pstrągowskiego serii, spotkał się u mnie z najbardziej entuzjastyczną reakcją. Ciężko powiedzieć coś konkretnego o nowym odcinku innej serii do której scenariusz napisał Asu, bowiem "Flatties" tym razem zajmuje tylko jedną planszę. Acz na rysunki Ewy Juszczyk zawsze miło się patrzy. Coraz lepiej radzi sobie wspomniany już Flitlicz i reszta kompanów, która w kolejnym epizodzie "Byle do piątku trzynastego" musi poradzić sobie z wydarzeniami z poprzedniej części. A sądząc po ostatniej stronie serii Bartosza Sztybora i Piotrka Nowackiego na horyzoncie czają się kolejne problemy (z Domatorem i jego nowym wyglądem w roli głównej). Po poszukiwaniu złodzieja obrazu, "Cyberdetektywi z kosmosu" stają przed kolejnym zadaniem - tym razem muszą sprawdzić czy pewien jegomość zdradza swoją żonę. Jako że obserwacja to dosyć żmudna i nieciekawa sprawa, to bohaterzy próbują wypełnić sobie czas przyjemniejszymi rzeczami - jednak cały czas zachowując czujność i uwagę. Kolejny epizod komiksu twórców odpowiedzialnych za "Hell Hotel" to taka futurystyczna wersja przygód Pierre'a Dragona ("RG: Rijad nad Sekwaną") pokazująca, że praca detektywa nie jest tak obfita w adrenalinę jak można by się tego spodziewać. W przypadku "168" Marcina Surmy nadal niezbyt wiele wiadomo i domyślam się, że cała zagadka zostanie rozwiązana dopiero w ostatnim epizodzie, po którym to będzie można właściwie ocenić całą serię. Gwiazdą numeru, podobnie jak w poprzednim numerze, jest widniejący również na okładce "Rubino" za którego przygody odpowiada niejaki Patricio Didlo. Tym razem na czytelników czeka aż sześć epizodów jego perypetii - w tym spotkanie twarzą w twarz z trolem Karolem, czy... własnym bratem! A jak wiadomo z komiksów (i nie tylko), nagłe pojawienie się takiej persony musi oznaczać jeszcze większe niż zwykle kłopoty. Szczególnie, jeśli brat ów uznany był za zmarłego! Przy okazji rozkoszny jednorożec potwierdza, że mógłby stanąć do pojedynku na bucowatość z samym WilQ'iem! A wynik nie musiałby być tak oczywisty jak to się wydaje.

Oprócz rzeczy dobrze już znanych czytelnikom "Kartonu", w środku numeru czwartego znajdują się także dwie nowości za których warstwę graficzną odpowiadają bracia Zych. Tomek (znany również jako Titos) wraz ze swoim imiennikiem, Tomaszem Kontnym, co numer, w kilku kadrach nowej serii "Robić nie ma komu" będą przedstawiać "zmagania pewnego człowieczka ze sprawdzaniem się w różnych zawodach". Na pierwszy ogień poszła fucha trenera psów. Drugi z braci Zych, Paweł, wraz z Karolem Konwerskim postanowili przedstawić losy trio Dejzi, Makrela i Promyczka, którzy są głównymi bohaterami "Nerdówka" - dosyć stereotypowo i niezbyt zaskakująco przedstawiającego losy twórców gier. Mimo tego, dobrze by było zobaczyć jeszcze ową trójkę w kolejnych numerach "Kartonu", chociaż przypisanie Konwerskiemu i Zychowi roli gości numeru oznacza raczej, że to jednorazowy wyskok. A szkoda.Oprócz tego w środku tradycyjnie znajduje się "Szczypta realizmu" za którą tym razem odpowiada Wojtek Stefaniec; Zuzanna Kochańska powraca z rubryką "Kar://Net" i prezentuje komiks "The Meek" Der-Shing Helmera; Karol Kalinowski prezentuje kolejną część "Wyjścia" - komiksu z życia wziętego, którego wszystkie epizody (oby jak najwięcej) za kilka lat z chęcią zobaczyłbym w osobnym wydawnictwie. Dwie ostatnie strony okładki to tradycyjnie komiks sponsorski, który tym razem jest komiksem-prezentem, oraz czwarta plansza "Diogenesa" Przemka Surmy, w której podobnie jak w "168" jego brata niezbyt wiele wiadomo ponad to, że jest ona półmetkiem komiksu.

W numerze zabrakło tym razem komiksowego występu gości z zagranicy, ale wspomniany "Nerdówek" bardzo dobrze wypełnia tę lukę. Jednak co swoi to swoi.

Dwa ostatnie numery "Kartonu" to zdecydowany progres jeśli chodzi zarówno o sam kształt magazynu, jak i serie w nim występujące. Widać, że twórcy za nie odpowiedzialni mają pomysły na zaskakiwanie swoich czytelników i w przypadku samych komiksów (w zasadzie z każdym odcinkiem coraz lepszych) i promocji samego magazynu/całej jego "otoczki". Przy pierwszym numerze sympatycznym doń dodatkiem była karta kolekcjonerska, a przy wystawie "Kartonowe ludziki" odbywającej się w Lorelei (z okazji Komiksowej Warszawy) można było dostać/zakupić piwo "Krew Vladymira" z etykietą autorstwa Tomka Pastuszki - niby drobiazgi, ale cieszą. Dużym plusem jest również strona magazynu na której pojawiają się wszelkie informacje kartonowe (i około kartonowe), a od jakiegoś czasu można na niej również podziwiać kolejne epizody (póki co dwa) z życia sympatycznego generała znanego z komiksów sponsorskich.

I pomyśleć, że tyle dobrego można dostać za piątaka.

środa, 21 kwietnia 2010

#428 - Karton po raz trzeci

O komiksowym kwartalniku Piotra Nowackiego, Tomasza Pastuszki i Bartosza Sztybora szersza publiczność miała okazję dowiedzieć się podczas ubiegłorocznej beefki. Po wyjściu na światło dzienne szczegółów projektu, w tym głównie listy twórców mających odpowiadać za historie w nim zamieszczone, wiązano z "Kartonem" spore nadzieje, przebąkując gdzieniegdzie o nadchodzącym następcy "Produktu". Jednak pierwsze dwa numery (wrzesień 2009, luty 2010) spotkały się głównie - przynajmniej z tego co kojarzę po recenzjach, czy rozmowach - z mniejszym lub większym rozczarowaniem. Jak jest więc z "trójką", która na zbliżającej się wielkimi krokami Komiksowej Warszawie będzie mieć swoją premierę?

Rozwiewając już na samym wstępie wątpliwości powiem, że jest dobrze. Ba, bardzo dobrze!* Po lekturze najnowszego numeru nie było mowy o niedosycie, czy zawodzie, który towarzyszył mi przy wcześniejszych częściach. Hitami trzeciego "Kartonu" są dwie serie - debiutujący "Rubino" oraz "Cyberdetektywi z kosmosu". W komiksie Karola Kali... W komiksie Patricio Didlo tytułowy jednorożec borykać się musi nie tylko z elfami i trolami, ale też z malejącym zapotrzebowaniem wśród czytelników na jego przygody. Jednak z każdym z tych problemów radzi sobie z wyjątkowym wdziękiem i klasą. Jest przy tym tak sympatycznym stworzeniem (wiadomo - legendarny jednorożec), że tylko kwestią czasu jest, kiedy trafi na koszulki czy badziki (jedną stronę już zaatakował). Natomiast kolejny odcinek serii Łazowskiego i Szymkiewicza to nie tylko pełnokrwista zagadka kryminalna z którą zmierzyć się może sam czytelnik, ale i kilka innych łamigłówek rodem z "Kaczora Donalda" czy innych periodyków dla tych nieco młodszych komiksiarzy. Stałą (czyt. wysoką) formę trzymają "Ćmy" Tomasza Pastuszki oraz "Flatties" tego samego pana i fantastycznie rysującej Ewy Juszczuk. Widniejący na (uznawanej przez wielu za najlepszą dotychczas) okładce Człowiek Paroovka znalazł swoje miejsce i w środku numeru, w historii, gdzie głównym miejscem akcji jest Bar Bara, a gościnny występ zalicza jedna z ciekawszych postaci stworzonych przez Marka Lachowicza (wcześniej można było ją zobaczyć w wydanym w 2007 roku albumie "Człowiek Paroovka. Dorysuj mu wąsy"). Po lekturze "Gangu Wąsaczy" nieco zwątpiłem w trójmiejskiego twórcę, ale ten jeden odcinek przywraca mą wiarę i wzmaga apetyt na kolejny album przygód tego bohatera (i spółki).

Nieco lepiej (w porównaniu z poprzednimi odcinkami) jest w przypadku "Byle do piątku trzynastego" Sztybora i Nowackiego. Jednak o ile nie można się czepiać warstwy graficznej, o tyle sama historia jest nadal niezbyt wciągająca. Póki co wygląda na to, że oprócz tytułowej daty, główni bohaterowie nie mają za wiele do roboty. A przynajmniej nic takiego co mogłoby się równać z morderczym szałem, który ma zapewne miejsce kiedy już nadejdzie ten właściwy dzień. Chyba jednak oprócz perypetii związanych z szukaniem pracy, wolałbym, aby Flitlicz i spółka zajęli się tym co potrafią robić najlepiej - mordowaniem. Mam nadzieję, że ostatni kadr jest tego miłą zapowiedzią. Jeśli chodzi o dwie ostatnie stałe serie wchodzące w skład "Kartonu" to obie one wychodzą spod rąk braci Surma. Przy lekturze komiksu "168", warto by przypomnieć sobie poprzednie dwa odcinki, tak żeby wszystkie one mogły łączyć się w jedną, jeszcze nie do końca logiczną, całość. Obyczajowa seria Marcina Surmy wydaje się idealną historią do czytania za jednym razem, bo w przypadku rozpoczynania jej lektury załóżmy od tego odcinka, czytelnik będzie mocno zdezorientowany. Na szczęście, patrząc po numeracji poszczególnych stron, w przyszłości można się spodziewać takiego właśnie wydania zbiorczego. Co do komiksu drugiego z braci, Przemysława, zarzut jest od początku ten sam - za mało! A przymykając oko na ten fakt, pełen profesjonalizm - i kreska i kolor to najwyższy poziom rodzimego cartoonu. Chociaż nie miałbym nic przeciwko pomysłowi rzuconemu na spotkaniu z Surpiko podczas ubiegłorocznej emefki, aby przynajmniej w jednym numerze "Diogenes" zagościł na większej ilości stron. Nawet kosztem koloru.

To tyle jeśli chodzi o stałe serie komiksowe. Oprócz nich w środku znalazła się bardzo klimatyczna grafika Pawła Sambora (w ramach "Szczypty realizmu"), oraz cztery pozbawione słów i niezwykle zabawne jednoplanszówki zagranicznego gościa, Oscara Mediny Hernandeza (który jak dla mnie mógłby co numer dorzucać przynajmniej jeden taki smakowity kąsek do zawartości kwartalnika). Nie można też nie wspomnieć o paskach Karola Kalinowskiego z serii "Wyjście" traktujących o codziennych perypetiach wielbiciela mocnych trunków - przy ich lekturze niejeden czytelnik zaduma się i powie "tak było" (tudzież "tak właśnie jest"). Na trzeciej stronie okładki tradycyjnie znajduje się komiks sponsorowany i moim zdaniem - naszym redakcyjnym pewnie też - jest to najśmieszniejszy i najlepszy komiks, który póki co wszedł w skład tej umiejętnie łączącej wątki serii. W porównaniu z poprzednim numerem zabrakło tylko rubryki "Kar://Net" Zuzanny Kochańskiej i jej gościa, ale z dobrze poinformowanych źródeł wiem, że wróci ona na łamy magazynu w przyszłym numerze (planowanym na Bałtycki Festiwal Komiksu)

Reasumując - trzeba ten "Karton" na swej półce mieć. Szczególnie, że za dodatkowe cztery strony komiksów (łącznie jest ich 40 + okładka) nie trzeba dopłacać ani grosza więcej do tych i tak już symbolicznych i niezmiennych od pierwszego numeru pięciu złotych.

A na dodatkową zachętę, która powinna rozwiać wszelkie wątpliwości (jeśli jeszcze jakieś są) prezentujemy wcześniej nigdzie nie publikowany pierwszy odcinek z serii "Rubino" Patricio Didlo (pozostałe przykładowe plansze z trzeciego "Kartonu" do wglądu na WRAKu).
* po przeczytaniu tej recenzji, a później też i całego magazynu, połączenie pewnych faktów wynikających z tych dwóch lektur, może skłonić do posądzenia mnie o nieobiektywność w całym swoim zachwycie nowym numerem "Kartonu". Zarzekam się jednak, że wspiąłem się na wyżyny obiektywności i stamtąd głoszę te wszystkie komplementy pod adresem "trójeczki".

poniedziałek, 12 października 2009

#271 - Karton

Magazyn "Karton", zgrabnie przez Łukasza ochrzczony, jako "kwartalnik kultury kartonowej" był dla mnie jedną z najbardziej (jeśli nie najbardziej!) oczekiwanych premier łódzkiego festiwalu AD 2009. Z kilku powodów. Po pierwsze, od dawna, czyli od czasów "Produktu", brakowało mi na rynku periodyku komiksowego z prawdziwego zdarzenia (niestety "Ziniol" nie spełnia moich oczekiwań). Miałem nadzieję, że "Karton" tę lukę wypełni.

Po drugie, dostrzegłem w magazynie potencjał na choć niewielki sukces poza komiksowym grajdołem. Liczyłem, że ktoś zobaczywszy zachęcająco wyglądająca okładkę, po przejrzeniu kilku stron będzie gotów wysupłać te pięć złotych. Może to jest właśnie recepta na sukces? Po trzecie – no cóż, wystarczy spojrzeć na listę płac, aby poznać ostatni z moich powodów. Lachowicz, Kalinowski, Pastuszka, Nowacki, bracia Surmowie, coraz bardziej jaśniejąca gwiazda Sztybora – same uznane firmy, po których można i należy spodziewać się komisów na wysokim poziomie. Moje oczekiwania były dodatkowo podgrzewane przez hype wokół tego tytułu, do którego Kolorowe Zeszyty również przyłożyły rękę. Kończąc ten przydługi wstęp – czy "Karton" przysłowiowo daje radę?

Jeśli chodzi o prezentowane komiksy, to (głównie) "jest nieźle", ale "jak na pierwszy raz" mogło być lepiej. Czterokadrówki KRLa ilustrujące walkę ze zgubnym nałogiem alkoholowym należą właśnie do grupy "jest nieźle". Natomiast otwierająca numer i wracająca po dłuższej nieobecności "Grand Banda" Marka Lachowicza stanowi chyba najjaśniejszy punkt numeru. Tym bardziej boli, że kolejna absurdalna przygoda dwójki poczciwych staruszek, Kazi i Mirki, pozbawiona jest kolorów. O prymat najlepszego komiksu numeru mógłby ubiegać się jeszcze Tomek Pastuszka ze swoimi "Ćmami". Trzeba sporego kunsztu, by z tak wyświechtanego motywu, jak parodia super-bohatera, wycisnąć tak wiele, jak Asu. Tym bardziej dziwi obecność kilku końcowych kadrów, które wydają się zupełnie zbędne. A strony to towar deficytowy w "Kartonie". Pierwszy epizod "Flatties" wspomnianego już Pastuszki i Ewy Juszczyk przynosi na myśl "Atomówki" i stanowi niezłe wprowadzenie serii. Podobnie rzecz ma się w przypadku "Cosmocosmosis" Bartosza Szymkiewicza i Macieja Łazowskiego, którzy sprytnie poradzili sobie mając do dyspozycji zaledwie dwie strony. "168" pod względem graficznym prezentuje się wybornie - Marcin Surma ze swoim "realistic cartoon" stylem pozamiatał. Fabularnie – nieco zamotane. Jak na wstęp do dłuższej historii sprawdza się słabo i tematyką (historia obyczajowa?) nieco odstaje od przyjętej konwencji pisma. Na drugiej stronie okładki autorstwa jego brata, Przemka "Surpiko" Surmy ciężko cokolwiek napisać, napiszę więc – zapowiada się nieźle. Rewelacyjnie prezentuje się natomiast reklamowy szorciak, do którego rękę przyłożył każdy z trzech ojców założycieli. Gościa numeru, czyli Hiszpana Juanele jak dla mnie mogłoby nie być. Największy zgryz mam jednak z "Byle do piątku trzynastego" Bartosza Sztybora i Piotra Nowackiego. Humor, będący parodystycznym ujęciem slapstickowego żartu jest doprawdy uroczy, ale pod względem fabularnym Sztyborak poległ i jako wprowadzenie nowej serii jest dosyć nieskładnie i chaotycznie.

Lektura "Kartonu" pozostawia spory niedosyt. Nie wiem czy dobrym pomysłem jest upchanie na 38 stronach wstępów do historii zaplanowanych na kilka odcinków, które będą ukazywać się w rytmie trzymiesięcznym. A na tym, już niejeden się przejechał. Ja wolałbym zamiast tych wprowadzeń i introdukcji kilka konkretnych i zamkniętych szortów. Podsumowując ogólny poziom pierwszego numeru – jest nieźle. Muszę jednak napisać, że nieco się zawiodłem, bo moje oczekiwania nie miały zbyt wiele wspólnego z rzeczywistością. Zamiast rasowego periodyku komiksowego, który ma koncept na trafienie do szerszego audytorium, dostałem coś na kształt "Jeju Bis". Zin, a nie magazyn, tyle że za piątkę i w nieco wyższym nakładzie (500 egzemplarzy). W ten sposób "Karton" będzie kolejnym tytułem, który zginie w konwentowej nawałnicy zakupów i innych zinów.