Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Tomasz Kontny. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Tomasz Kontny. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 7 lipca 2025

#2503 - Kontynuacja Funky`ego Kovala - czy klasyk polskiego komiksu powróci?

Czy kontynuacja Funky`ego Kovala powstanie? Na razie - oficjalnie - nie można podać żadnych konkretów. Natomiast za kulisami prace w tym kierunku jak najbardziej trwają. 

Są autorzy z pomysłem, jest chętny wydawca, rozmowy z właścicielami praw autorskich do kultowego bohatera komiksowego epoki PRL`u - a już wiadomo, że część z nich jest chętna wydać odpowiednią zgodę - są w toku.

Statki kosmiczne, PRL i piersi Brendy

Funky Koval to klasyk polskiego komiksu i jeden z najbardziej rozpoznawalnych bohaterów literatury fantastyczno-naukowej. Seria komiksowa autorstwa scenarzystów Macieja Parowskiego i Jacka Rodka, rysownika Bogusława Polcha oraz kolorystki Danuty Polch zadebiutowała w listopadzie 1982. Początkowo w ukazywała się odcinkach, w wersji czarno-białej na łamach czasopisma Fantastyka. Dopiero z czasem doczekaliśmy się edycji i albumowej, i w kolorze, tym razem w magazynie Komiks – Fantastyka (1987).


środa, 20 lutego 2019

#2481 - Hellboy z PRL-u

Autorem poniższego tekstu jest Michał Ochnik, który o kulturze popularnej i nie tylko pisze na blogu Mistycyzm popkulturowy.

"Hellboy" jest zaskakująco powszechnym punktem odniesienia dla twórców polskiego komiksu z określonej generacji. Mamy bowiem Marka Oleksickiego, który w zamierzchłych czasach wydawnictwa Mandragora debiutował komiksem w treści i formie mocno na Hellboy`u wzorowanym, Kajetana Kusinę i jego "Ivana Kotowicza"… 


środa, 20 października 2010

#589 - Biceps nr. 01, czyli "ej, zróbmy sobie zina!"

"Biceps" okrutnie mnie zaskoczył, kolejny raz udowadniając, że Kraków leży na peryferiach komiksowego środowiska. O nowym zinie redagowanym przez tercet arcz, TeO i Ystad (w skrócie – kolektyw wydawniczy ATY) musiały chodzić jakieś kawagardowe ploteczki i kto miał wiedzieć, ten i tak wiedział, ale do mnie żadne wieści nie docierały. Oczywiście Łukasz coś tam półgębkiem wspominał, że pochłonięty jest przez jakieś papierowy projekt, ale gdzieżbym się spodziewał, że do Łodzi przywiezie swój własny komiks!
Pisanie o pierwszym numerze "Bicepsa" z pewnością będzie łatwiejsze niż konwentowe spotykanie się "w realu" z Łukaszem, którego znam już od dobrych kilku (czterech? - dwóch z kawałkiem! a.) lat, a ciągle czuje się trochę niezręcznie, jak nie przymierzając Pstrąg przy Śledziu. W sensie, że taki nieśmiały jestem. W przypadku recenzji jego komiksu, którego jest współredaktorem nie ma się co krygować!

Pomysł na "Bicka" narodził się w jednej z warszawskich knajpek, którą nie była jednak osławiona Kawangarda, tylko w Bar u Flisa. Wspomniany już Łukasz Mazur, a także Mateusz Trąbiński i Jacek Jastrzębski chcieli mieć własnego zina, który wpisywałby się w piękne tradycje rodzimej xeroprasy. W dobie komiksowego kryzysu i w czasach, kiedy ziny wychodząc z podziemia, stają się głównonurtowymi magazynami (przypadki "Jeju!"/"Kartonu", "Kolektywu" i "Ziniola") wydawałoby się, że takie spontaniczne przedsięwzięcia, robione przez zapaleńców dla czystej zabawy nie mają już racji bytu. Łukasz, Mateusz i Jacek udowadniają, że wcale tak nie musi być.

Graficznie rzecz biorą "Biceps" prezentuje się pysznie. Pozbieranych z różnych rejonów Polski (i nie tylko) artystów, różniących się stażem i komiksowym stylem łączy jedno – świetnie rysują. Wojciech Stefaniec, Daniel Grzeszkiewicz, Tony Sandoval, Marcin Podolec w nowym (znakomitym!) wcieleniu i reprezentant starej szkoły, Jacek Skrzydlewski, to prawdziwa pierwsza liga. Niestety, scenariuszowo nie jest już tak różowo i tak naprawdę trudno znaleźć coś, co by się wyróżniało się z typowej, zinowej młócki robionej dla kumpla. Natomiast ekipa "B" wpadła na kilka znakomitych pomysłów z "Na chłopski rozum/Babskie gadanie", kulinarnym kącikiem czy komiksową krzyżówką na czele. Szkoda, że to tylko smakowite rodzynki, umilające smak głównego, dość nijakiego, dania. Życzyłbym sobie więcej tego typu atrakcji w kolejnych numerach.Natomiast wszystko wskazuje na to, że mocną stroną "Bicepsa" będzie publicystyka. Redakcji udało się zebrać mocną kadrę ludzi umiejących o komiksie ciekawie pisać (Szymon Holcman, Tomasz Pstrągowski, Przemysław Pawełek oraz Andrzej Janicki w dość zaskakującej roli kulinarnego publicysty). Mam nadzieję, że do ekipy kilka piór jeszcze dołączy. Nieśmiało sugerowałbym mistrza ciętego felietonu Karola Kalinowskiego i pigułowe wcielenie Dominika Szcześniaka. Na tym tle dość niemrawo prezentują się teksty TeO i Ystada, a recenzje niepotrzebnie zajmują miejsce i powinny wylądować na stronie, albo tu, na Kolorowych Zeszytach.

Po zaliczeniu pierwszego "Bicka" miałem podobne wrażenia, co po przeczytaniu premierowego "Kartonu". Bo to niby szybka, lekka i w założeniach przyjemna lektura, ale szału nie ma. Miałem spore wątpliwości, co do potencjału magazynu kultury cartoonowej, ale z czasem zostały one całkowicie rozwiane. "Karton" wyrobił sobie swój charakter, kilkoma komiksami zbudował dobrą markę i tego przede wszystkim wypada życzyć ekipie "Bicepsu" – czegoś, czym będą się wyróżniali na rynku, czym będą mogli przyciągnąć czytelników. Nie licząc kilku fajnych patentów i publicystyki na razie jest dość nijako. W perspektywie Komiksowej Warszawy, na której ma ukazać drugi numer, warto oprócz masy, wyrabiać również charakterność.

środa, 18 sierpnia 2010

#537 - Z muzyką w tle

W ostatnim czasie na naszym rynku pojawiło się kilka komiksów, w których ważną rolę pełni muzyka, tworzona przez bohaterów. Jakoś tak się dzieje, że w przeważającej większości są to tytuły zagraniczne. A jako, że wielkimi krokami zbliża się publikacja następnego, wraz z premierą filmowej wersji – mówię tu oczywiście o komiksie "Scott Pilgrim" Bryana Lee O’Malleya, postanowiłem pokrótce rzucić na nie okiem.

Myślę, że dużo z nas miało w swoim życiu (lub wciąż ma) okres gdy próbowało ze znajomymi, bądź samotnie tworzyć i nagrywać utwory, po cichu pewnie marząc o zostaniu gwiazdą i zarabianiu na życie graniem muzyki. I na ogół niewiele z tego wynikało. Ale hej! Patrząc wstecz z perspektywy lat przecież nie o to chodziło! Ważniejsza była swoista więź z członkami kapeli, radość ze spotykania się, grania, śpiewania, wywrzaskiwania do mikrofonu swoich frustracji i żali i poczucie jakiejś tam wyjątkowości. Uczucia, którego pewnie w "dorosłym", zabieganym życiu wielu z nas brakuje.

I mniej więcej o tym traktują takie komiksy, jak "Bend" Mawila czy "Sala Prób" Gipiego. Młodzi ludzie, którzy mimo różnych trudności jak choćby brak dobrych instrumentów, brak wielkich umiejętności spotyka się by móc się wyszaleć, by móc być sobą, by w pewien sposób spełniać swoje marzenia. Oczywiście muzyka nie jest jedynym tematem tych komiksów, bowiem autorzy pokazują także różne osobiste zawirowania dotyczące członków zespołów a jak wszyscy doskonale wiemy życie nastolatka w takie zawirowania obfituje. Myślę, że warto zwrócić uwagę jak Mawil i Gipi pokazują młodych muzyków w momencie grania. Główny bohater "Bendu" raz jest wesoły innym razem z całej jego postury bije frustracja spowodowana niewiarą we własne umiejętności. Natomiast u Gipiego, gdy zespół daje czadu, to ten czad jest mocno odczuwalny dla czytelnika. Włoskiemu twórcy udało się narysować muzykę i uniesienie jej towarzyszące. Gdy chłopaki grają to są prawdziwie wolni – cokolwiek to znaczy.

"Solanin" Inio Asano to historia nieco innego typu. Tutaj nie ma już nastolatków, którzy bawią się muzyką w czasie wolnym od szkoły. Tutaj muzyka jest dla bohaterów odskocznią od codziennej dorosłości. Frustrujące prace, zawiłości związków i wszystkie inne problemy z jakimi borykają się młodzi ludzie, którzy kończąc edukację nagle muszą zacząć na siebie zarabiać i radzić sobie z problemami, do rozwiązywania których nie przygotowuje żadna szkoła. Jednak te krótkie momenty, gdy Taneda z kolegami może grać, to jedyne chwile prawdziwej beztroski, zresztą wystarczy spojrzeć na zawarte w komiksie sceny z koncertów. Zakompleksieni, niepewni siebie ludzie na scenie zmieniają się nie do poznania.

Aż szkoda, że nie doczekaliśmy się jeszcze polskiego komiksu, w którym wątek zespołu byłby tak istotny. A przynajmniej ja się takiego nie doczekałem bądź do niego nie dotarłem. Z rodzimych dzieł podejmujących temat muzyki warto zwrócić na pewno uwagę na krótką nowelkę "Jazz" ze scenariuszem Tomasza Kontnego i rysunkami Daniela Gutowskiego, zawartą w antologii "Opowieści Tramwajowe" (można ją także przeczytać na stronie scenarzysty). Autorzy podejmują tu intrygujący temat wielkości artysty i kompleksów marzącego o takiej wielkości. Choć podana w anegdotycznej i metaforycznej formie, refleksja jest zaiste bardzo celna. Marek Turek w cyklu "Fastnachtspiel" również przedstawia muzykę. W historii "Opera mundi" pokazuje w bardzo ekspresyjny sposób sam akt "grania", zaś w pełnej czarnego humoru nowelce "Śpiewacze" sugeruje, że muzyka ma różne mocno "alternatywne" skutki. Zresztą gra z muzyką ma miejsce nawet w jednej z finałowych, bardzo przewrotnych scen cyklu.

Wkrótce polski czytelnik dzięki wydawnictwu Kultura Gniewu będzie się mógł zapoznać ze wspominanym już bardzo popularnym cyklem "Scott Pilgrim", w którym wątek zespołu również się pojawia. Myślę, że najbliżej mu do sposobu, w jaki granie przedstawia Asano, aczkolwiek w komiksie O’Malleya nad wszystkim dominuje bardzo charakterystyczne poczucie humoru. A zresztą, ci którzy nie znają jeszcze tego cyklu niedługo będą mogli się o tym sami przekonać. Osobiście czekam na polski album, podejmujący temat młodocianych zespołów. Kto wie? Może będzie to nostalgiczna autobiograficzna historia, wesoła komedia, a może bardzo poważne dzieło? Ja oczekuje na komiksowy odpowiednik filmu "Wszystko co kocham", pokazujący radość towarzyszącą szaleństwom z instrumentami, ale jednak opisujący także naszą bardzo specyficzną rzeczywistość.

A Wy? Chcielibyście coś takiego przeczytać?

wtorek, 6 kwietnia 2010

#414 - W sąsiednich kadrach. Polacy i Czesi o sobie w komiksie

W lecie zeszłego roku Centrala, fundacja zajmująca się promocją komiksu środkowoeuropejskiego, ogłosiła konkurs na reportaż opowiedziany za pomocą kadrów i dymków. Projekt "W sąsiednich kadrach - Polacy i Czesi o sobie w komiksie" miał, jak sam tytuł wskazuje, traktować o wzajemnych relacjach dwóch, graniczących ze sobą nacji. Czesi mieli pisać o Polakach, Polacy - o Czechach. Najlepsze prace konkursowe, wraz z utworami zaproszonych twórców, miały się znaleźć w dwujęzycznej antologii.

Zachęcenie polskich i czeskich komiksiarzy do przygotowania rzetelnych, mających oparcie w materiale źródłowym lub własnym doświadczeniu dokumentalnych komiksów zdaje się tyle oryginalnym, co ryzykownym pomysłem. Reportażowy "Komiks W-Wa" Kłosia, Kwaśniewskiego i Truścińskiego to raczej odosobniony przypadek utworu tego typu w skali rodzimego rynku, zdominowanego przez autorskie ambicje.

Paradoksalnie, typowej literatury faktu w polsko-czeskiej antologii jest jak na lekarstwo. Właściwie jedynym komiksem, który do takiego miana mógłby pretendować, są "Perspektywy" Tomka Kontnego i Pawła Piechnika, którzy ruszyli z piórem i ołówkiem do Cieszyna, aby zrobić reportaż o ludziach z pogranicza. Cóż z tego, jeśli ich efekt pracy jest zwyczajnie nieciekawy, choć spełniający założenia wydawnictwa? Inni twórcy, jak Maciej Pałka, którego praca otwiera album czy Karol Kalinowski, ograniczyli się jedynie do wypytania swoich znajomych o to, z czym im kojarzą się Czechy. Na tym ich reporterska praca się skończyła. Pół biedy gdyby potrafili jeszcze zrobić z takiego materiału dobre komiksy, ale niestety obaj nie mogą wyjść poza banał stereotypowych skojarzeń. Czechy, w "Piwie i knedliczkach" (Pałki) i "Czeskich dziewczętach" (KRLa) to… no cóż, piwo i knedliczki. I dziewczyny. Krecik i "Szpital na peryferiach", ateizm i beheroovka, Hrabal i Prokupek (najbardziej znany czeski artysta komiksowy).

Nieco inną drogą poszli Dennis Wojda i Krzysztof Gawronkiewicz, którzy przygotowali nową opowieść z miasteczka Mikropolis. Od strony warsztatowej w żaden sposób do "Klątwy Wodnika" nie można się przyczepić. Jeden z najlepszych polskich duetów scenarzysta-rysownik wciąż znajduje się w mistrzowskiej formie. Gawron w swojej kresce świetnie przeplata realistyczną manierę (tła) z karykaturalnym przerysowaniem (postacie), a Wojda snuje oniryczną, nieco kafkowską opowieść pełną czeskich smaczków, nie mającą zupełnie nic wspólnego z reportażem. Nieco bardziej tej konwencji trzyma się Tomasz Niewiadomski ("Spotkanie") opowiadając bardzo ciepłą opowieść o miłosnych perypetiach między dwoma zaprzyjaźnionymi narodami. Równie sympatyczna jest historia pewnej urodzinowej peregrynacji, z fabularnymi zakrętasami godnymi Guy'a Ritchiego, opowiedziana przez Grzegorza Janusza. "Plan", zilustrowany przez Berenikę Kołomycką, obok "Klątwy Wodnika", najbardziej przypadł mi do gustu.

Z autorów czeskich obecnych w antologii najlepiej zaprezentowali się twórcy znani z trylogii "Alois Nebel", Jaroslav Rudis i Jaromir 99. W krótkich, jednostronicowych fabułkach pokazują codzienne życie w Białym Potoku, prowincjonalnym miasteczku zagubionym w Sudetach, na polsko-czeskiej granicy. I jak to w życiu - łzy mieszają się z gromkim śmiechem, absurd i groteska towarzyszą uważniej obserwacji miejscowych obyczajów, a ludzkie dramaty wyzierają z pustych kufli po piwie. Słabiej prezentuje się praca Ticho 762, Bohumira Tabaka i Petra Vicka " nie znaczy laska!", traktująca o spotkaniu dwójki przyjaciół, a "Polska jako horror vacui" to już spore nieporozumienie, które lepiej przemilczeć.

Z prac konkursowych najlepiej prezentuje się zwycięski komiks Emilii Skupień o przydługim tytule "Co Olza widziała. Rzecz o kontrabandzie na Moście w Cieszynie". Szkoda, że kuleje nieco forma tej sentymentalnej, autobiograficznej opowieści. O pozostałych z wyróżnionych prac, czyli sympatycznych "Rozmówkach polsko-czeskich" Michała Romańskiego i świetnej pod względem graficznym "Pradze" Pawła Timofiejuka i Wojciecha Stefańca można powiedzieć tyle, że są.

Z reguły wydawnictwa dwujęzyczne publikowane są jako flipbooki - z jednej strony znajduje się rodzima wersja językowa, a z drugiej, tzn. od końca - obca. W przypadku produkcji Centrali jest inaczej - najpierw mamy stronę po polsku, potem (tą samą) - po czesku. Może i pomaga to w nauce czeskiego, ale z pewnością nie w lekturze. Wyjątkiem od tej reguły jest komiks Gawronkiewicza i Wojdy tłumaczony z polskiego na czeski przez asteriksy.

Niestety, obraz, jaki wyłania się z kart antologii "W sąsiednich kadrach - Polacy i Czesi o sobie w komiksie" nie nastraja zbyt optymistycznie. Wzajemna wiedza Polaków o Czechach i Czechów o Polakach nie wykracza poza stek stereotypów i powierzchownych opinii. Niewielu z autorów biorących udział w antologii kwapiło się, aby swoimi pracami pogłębić wiedzę czytelników o sąsiedzie zza południowej (czy północnej) granicy. Sądzę, że sporo w tym winy organizatorów projektu, którzy zaprosili do współpracy autorów nie mających nic ciekawego do powiedzenia na "zadany temat" i narzucili zbyt sztywne regulamin krępujący twórców. Może gdyby go nieco rozluźnić, wyszłoby z tego coś lepszego, bardziej wartościowego i spełniające swoje zadanie?