Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Piotr Nowacki. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Piotr Nowacki. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 19 stycznia 2017

#2286 - Rok 2016 wg. twórców (1)

Dziś w sprawie 2016 roku oddajemy głos naszym artystom komiksowym. Na pierwszy ogień idą Grzegorz Pawlak, ("sama praca przy tym projekcie była przygodą, która wiązała się z podróżą do Sankt-Petersburga, poznawaniem tego miasta, ich twórców i uczestnictwem w festiwalach komiksowych") Łukasz Mazur ("skali szkolnej minione dwanaście miesięcy oceniłbym na czwórkę"), Piotr Nowacki ("dużo rysowałem, ale też zbierałem plon z pracy wykonanej w poprzednim roku") i Maciej Pałka ("pod wieloma względami jest to najlepszy komiks jaki kiedykolwiek narysowałem").

piątek, 15 lipca 2016

#2179 - Detektyw Miś Zbyś na tropie. Kosmos to za mało

Zupełnie niedawno, bo w maju, ukazał się trzeci album z przygodami detektywa Misia Zbysia i jego pomocnika Borsuka Mruka. Seria "Detektyw Miś Zbyś na tropie" zadebiutowała w 2013 roku. Komiksowy serial chwycił. Nie wiem, czy autorzy i wydawca spodziewali się tak dużego zainteresowania czytelników. Raczej nie, skoro jakiś czas temu nadkład jedynki się wyczerpał i Kultura Gniewu zmuszona jest przygotować dodruk. Skoro mam przypiętą łatkę „specjalisty od komiksów dla dzieci” (i wcale mi to nie przeszkadza), pozwolę sobie napisać, że bardzo mnie cieszy sukces produkcji Jasińskiego, Nowackiego i Rybarczyka. 


sobota, 11 czerwca 2016

#2151- Niebieska Kapturka

Miesiąc temu, podczas Dnia Darmowego Komiksu, który odbywał się w Bibliotece Uniwersyteckiej w Poznaniu, miałem okazję prowadzić spotkanie zatytułowane "Pokembry – wyjście z podziemia". Przepytywałem wówczas Bartosza Sztybora, Łukasza Mazura i Piotr Nowacki z ich wzmożonej, ostatnimi czasy, działalności w ramach tej nieformalnej grupy.


piątek, 1 kwietnia 2016

#2110 - Moe to moja komiksowa wizytówka… – wywiad z Piotrem Nowackim

Nauczeni doświadczeniem nie kombinujemy już z żadnymi dowcipami na Prima Aprilis, bo zupełnie nam to nie wychodzi. Zamiast jakiegoś suchara lub czegoś co jedzie po bandzie za bardzo proponujemy dziś krótki wywiad z Piotrem Nowackim, którego "Moe" właśnie doczekał się eleganckiej reedycji.


czwartek, 14 stycznia 2016

#2046 - Rok 2015 wg. twórców (2)

Artyści komiksowi - runda druga. Dziś, w kolejnej odsłonie rozrachunków z minionym rokiem głos oddajemy Piotrowi Nowackiemu ("przeszedłem w tym roku na pełnoetatowe rysowanie"), Maciejowi Pałce ("bez ciśnienia i niepotrzebnych nerwów"), Grzegorzowi Pawlakowi ("trzeba tylko zakasać rękawy") i Berenice Kołomyckiej ("to był bardzo dobry i pracowity rok").

 

poniedziałek, 16 lutego 2015

#1810 - Detektyw Miś Zbyś na tropie t.1: Lis, ule i miodowe kule

Jak zapewne wszyscy wierni czytelnicy pamiętają (a jak nie, to tu dla przypomnienia moja recenzja: klik! klik!), w pierwszej części komiksu, detektyw Zbyś i jego dzielny pomocnik – Mruk, rozwiązali sprawę znikającego z pszczelego ula miodu. Śledztwo wymagało od naszych bohaterów sprawnego łączenia faktów, bezwzględnej dedukcji, co skutkowało szeregiem dynamicznych pościgów za złoczyńcą.


czwartek, 16 stycznia 2014

#1490 - Ludzi rysują Blera: sezon drugi (1)

Startujemy z drugim sezonem cyklu Ludzie rysują Blera. Dziś pierwsza partia ilustracji wykonanych dzięki zaangażowaniu przez Rafała Szłapę śmietanki polskich rysowników komiksów (i nie tylko komiksowych). Wszyscy oni przedstawili swoje interpretacje pewnego krakowskiego bohatera.



wtorek, 12 listopada 2013

#1420 - Detektyw Miś Zbyś na tropie t.1: Lis, ule i miodowe kule

"Lis, ule i miodowe kule" to pierwszy album opowiadający o przygodach detektywa Misia Zbysia, który w bieżącym albumie jest na tropie znikającego miodu. Zlecenie odnalezienia miodu realizuje wespół ze swoim marudzącym współpracownikiem – granym przez borsuka Mruka.


Fabuła wymyślona przez Macieja Jasińskiego ma charakter emblematyczny. Opiera się na znanych kulturowo ramach gatunku. Dodam od razu: znanych dorosłym czytelnikom (skojarzenia z Sherlockiem Holmesem i doktorem Watsonem są jak najbardziej na miejscu). Zasadniczo akcja książek kryminalnych opiera się na dość utartych schematach i nie inaczej jest w wypadku Misia Zbysia…. Oto mamy inteligentnego detektywa, mniej rozgarniętego współpracownika, piękną panią składającą zlecenie (w tym wypadku królową pszczół), tropienie złoczyńcy, pościg, a na końcu oddanie złego w ręce sprawiedliwości i zadośćuczynienie.

Scenariusz jest prosty, ale nie prostacki! Jego siła polega na klarowności wymyślonych sytuacji i zdarzeń, na braku moralnej dwuznaczności. Mówiąc ogólnie: jest wyraźny podział na Zło i Dobro, na miłych i niemiłych bohaterów. Nie ma żadnej przemocy, ba!, nawet cienia przemocy. Wszyscy bohaterzy odnoszą się do siebie przyjaźnie i z szacunkiem. Sądzę, że tak rozpisany scenariusz może być atrakcyjny dla małych czytelników, a także dla rodziców chcących wpajać swoim pociechom pozytywne wzorce.

Akcja skupia się przede wszystkim na pościgu. Na wielu kadrach widzimy Misia i Mruka biegnących, goniących czy szukających. Ściganie złoczyńcy, przemieszczanie się z miejsca na miejsce uatrakcyjnia publikację, ponieważ nie jest ona nudna. Dużo się w niej dzieje (na płaszczyźnie zmiany otoczenia), dało to możliwość wprowadzenia do komiksu wielu bohaterów drugoplanowych, ale także atrakcyjnych planów/widoków.

Czytając starałem się ze wszystkich sił pamiętać, że to nie jest książka dla mnie, że to nie ja jestem „grupą docelową”. Dla mnie książka jest trochę za krótka, ale dla właściwych czytelników – dzieci w wieku przedszkolnym – długość jest pewnie w sam raz. In plus działają także duże kadry (na pół strony), ale są także i takie na całą oraz rozkładówki na dwie.


Rysownik, Piotr Nowacki, spisał się bardzo dobrze. Zadbał o wyrazistych bohaterów. No, może borsuk jest zdeczko za gruby. Dzieci bez problemu rozpoznają, mimo uproszczonego rysunku, występujące w albumie zwierzęta. Perspektywa także nie ma problemów, a głębię kadru udało się uzyskać dzięki kolorom naniesionym przez Norberta Rybarczyka. Uważam, że najlepiej z całej trójki autorów spisał się właśnie kolorysta. To właśnie dzięki jego atrakcyjnym barwom komiks jest miły dla oka i przyciąga uwagę.

Na marginesie dodam jeszcze, że album pozytywnie przeszedł czytelniczą weryfikację u mojego niespełna sześcioletniego chrześniaka. Nie chciał, abym mu czytał dymki. Nasze wspólne czytanie polegało na tym, że on opowiadał historię na podstawie plansz. I jedynie w dwóch miejscach się rozminął z intencjami scenarzysty.

czwartek, 1 sierpnia 2013

#1341 - Znudzony robot walczy o codzienność

Komiks niemy to na Polskim rynku zjawisko spotykane bardzo rzadko. Choćby z tego powodu warto się przyjrzeć historii stworzonej przez Piotra Nowackiego i Bartosza Sztybora.

150186 prowadzi żywot typowy dla robota służebnego. Jego dni mijają na gotowaniu, sprzątaniu, podlewaniu ogródka i przycinaniu żywopłotu. Nie jest to zbyt wdzięczna praca, bo właściciele traktują go jak zwykły przedmiot, ale robot znosi to spokojnie odliczając dni do zasłużonej emerytury. Jednak ta sielanka mija, kiedy pojawia się nowocześniejsza maszyna robiąca wszystko sprawniej i lepiej. Przestarzały robot będzie musiał podjąć działania, by bronić przypisanej mu roli w życiu właścicieli. Historię opowiedzianą w komiksie trudno w jakikolwiek sposób nazwać oryginalną, bo pojawienie się lepszego zamiennika to jeden z najbardziej klasycznych motywów fabularnych. Fakt, że bohaterem jest w tym przypadku robot też wydaje się dość ogranym i prostym do zinterpretowania rozwiązaniem. Można się doszukać dość oczywistej metafory na temat automatyzacji życia, która wydaje się przekleństwem, ale tak naprawdę jest nam niezbędna do funkcjonowania. Cybernetyczny bohater nienawidzi swojej codzienności, ale gdy ją traci odkrywa, że tak naprawdę nie posiada niczego innego, a ona sama nie była wcale taka zła. Jest to zagadnienie mocno sztampowe i poruszane już tysiące razy.

Całość ratuje trochę przewrotne zakończenie, ale to jednak za mało by uznać fabułę i poruszane w niej problemy za specjalnie wymyślne. Ale też nie one są najważniejsze w tym komiksie. "It's not about that" jest raczej popisem sprawnego opowiadania historii za pomocą samych obrazków. Przy tego typu opowieściach trudno stwierdzić, czy sprawność ta jest zasługą rysownika czy scenarzysty, więc pochwały spłyną na obydwu panów. Sztybor i Nowacki wykonali kawał dobrej roboty. Ich komiks czyta się lekko i przyjemnie bez problemów z zrozumieniem tego, o co dokładnie chodziło w danej scenie, a to na pewno trzeba uznać za zaletę. Zdarzają się może z dwa albo trzy panele, gdzie chwilę musiałem się zastanowić, ale nie była to mocno odczuwalna niedogodność.

Oglądanie rysunków Nowackiego sprawia bardzo dużo przyjemności. Wyrobił on sobie charakterystyczny parodystyczny styl, który idealnie sprawdza się w lekkich i przewrotnych historiach tego typu. Wydaję mi się jednak, że dla niektórych jego styl może okazać się zbyt prosty i mało szczegółowy. Co ciekawe pomimo tego, że w komiksie nie występują żadne słowa to da się w nim wyczuć także pewne narracyjne cechy charakterystyczne dla Sztybora.

"It's not about that" nie jest może komiksem w jakikolwiek sposób wybitnym, ale wart jest polecenia chociażby ze względu swoją formę opowieści niemej. W naszym kraju to ciągle rzadko eksploatowany rodzaj historii obrazkowych, więc należy się cieszyć z każdej podjętej próby w tym zakresie. To sprawnie poprowadzona historia, która w parodystyczny sposób stara się poruszyć jeden z podstawowych problemów codziennej egzystencji. Życia czytelnika nie zmieni, ale czas na nią poświęcony nie będzie zmarnowany. Zwłaszcza, że całość czyta się wyjątkowo szybko.

Autorem tekstu jest Kajetan Kusina

środa, 10 lipca 2013

#1327 - Tim i Miki. W Krainie Psikusów

Tradycyjne, na Festiwalu Komiksowa Warszawa wydawnictwo Timof i cisi wspólnicy we współpracy z Polskim Stowarzyszeniem Komiksowym oraz ze Sklepem Gildia przygotowali gratisową publikację w ramach Polskiego Dnia Darmowego Komiksu. Każdy, kto odwiedził w maju stołeczny Stadion Narodowy mógł wyjść z zeszytem "Tim i Miki. W krainie psikusów" pod pachą.

Podczas FKW za tym komiksem szczególnie powinni rozglądać byli się rodzice, bowiem wspólne dzieło Dominika Szcześniak (scenariusz), Piotra Nowackiego (rysunki) i Sebastiana Skrobola (kolor) jest utworem przeznaczonym dla najmłodszych. I to dobrym – przynajmniej, z mojej, dorosłej perspektywy, bo ocenianie komiksów przeznaczonych dla kogoś o tak skrajnie innej percepcji, jak dziecko, jest dla mnie nie lada wyzwaniem.   

Scenarzysta wychodzi o dość konwencjonalnego motywu – dwaj główni bohaterowie komiksu, Tim i Miki, między szafą, ścianą i parapetem znajdują przejście do tytułowej Krainy Psikusów. W tym magicznym uniwersum przyjdzie im przeżyć wiele niezwykłych przygód, ale staną również przed nie lada wyzwaniem – uratowaniem zaginionych rodziców. I tu konwencjonalność przygodowej opowieści dla najmłodszych się kończy, bo "Tim i Miki" co i rusz zaskakują zwrotami akcji i nieszablonowymi rozwiązaniami fabularnymi. Trzeba przyznać, że Szcześniak ostro sobie poszalał i efekt jest więcej, niż zadowalający. Postawił na zwariowaną przygodę, w której nic nie jest takie, jakie na pierwszy rzut oka wygląda.  

W historii bolą jedynie dość toporne nawiązania do kultury masowej. Niewidoczne dla dzieciaków, a dorosłych rażące swoją schematycznością. Szcześniak nigdy nie miał szczególnej ręki do dialogów, a w komiksie nie dość, że napisane są one w dziwnym stylu, będącym mieszanką języka młodzieżowego i infantylnej, dziecięcej dykcji. Uderza również spora ilość dymków z tekstem, która każe na długo parkować na niektórych stronach, co momentami może wybijać z czytelniczego rytmu.  

Dla Piotrka Nowackiego "Tim i Miki" to niejako powrót do cartoonowych korzeni. Po do pewnego stopnia awangardowych "Om" i "Moe", Jaszczu zawitał w strony, gdzie czuje się najlepiej. Pod względem wizualnym nie sposób się do czegokolwiek przyczepić. Wyraziści bohaterowie, oszczędne tła, prosta, ale nie prostacka kreska, którą trudno pomylić z innym twórcą – to standard, do którego zdążyłem przywyknąć. Kawał solidnej roboty odwalił również Sebastian Skrobol, choć nieco drażni mnie zbyt cukierkowo-komputerowa estetyka całości.

Lucek i Jaszczu to zawodnicy, którzy poniżej pewnego poziomu nie schodzą. Zdarza im się błysnąć czymś wyjątkowym, jak to było z „10 Bolesnymi Operacjami” czy „Om”, ale zwykle prezentują równą formę. I tak też jest w przypadku „Tima i Mikiego”, któremu ciężko cokolwiek zarzucić. Ciekawe, uciekające od szablonowości postacie – są. Wciągająca i niebanalna fabuła, z odpowiednią ilością zwrotów akcji – jest. Sympatyczne, skrzące się kolorami, stylowe w swojej prostocie rysunki – no ba! Igranie sobie z schematami opowieści dla dzieciaków, bez zbędnego dydaktyzmu – jak najbardziej. Efektowne zakończenie i fantastyczna ośmiornica-wróżka – wszystko jest obecne.

czwartek, 16 maja 2013

#1292 - Komiksowa Warszawa według Sztybora i Nowackiego

Na pokładach wielu pociągów i autobusów zmierzających obecnie w kierunku stolicy znajdziemy fanów komiksu i powieści graficznej. Można się domyślać, iż w torbach mają już zakreślony neonowym mazakiem, program Festiwalu Komiksowej Warszawy, a w telefonie wbitą mapkę ze Stadionem Narodowym, jako punktem docelowym. W czwartek o 12.00 oficjalnie otwierają się Warszawskie Targi Książki, a wraz z nimi możliwości spotkań z komiksowymi autorami, obejrzenia wystaw, uczestnictwa w wykładach i panelach dyskusyjnych. I tak, jak okolice Alei Poniatowskiego z pewnością będą przyjazne komiksiarzom, tak w innych rejonach łatwo o zgubę. Ratunkiem niech będzie podręczny i subiektywny przewodnik po stołecznych miejscach przyjaznych komiksowi, autorstwa Bartosza Sztybora i Piotra Nowackiego.

Po pierwsze, nie bójcie się podróżować warszawskim metrem. -Od poniedziałku do piątku spędzam w wagonach metra około 50 minut dziennie. Słucham muzyki, czytam książki, komiksy, obserwuję ludzi. Metro jest w porządku, chociaż działa też lekko depresyjnie z powodu braku normalnych widoków za oknami.- mówi Piotr Nowacki.

Po drugie, nie zapomnijcie o rozrywce. W tej kwestii radzimy polegać na zdaniu Bartosza Sztybora, który podpowiada: Plac Zbawiciela. Nie taki smutny, jak w filmie Krzysztofa Krauzego. Raczej pełen pozytywnej energii i twórczych rozmów, które często zapomina się - z wiadomych przyczyn - na drugi dzień. Cała masa różnych ludzi sprawia, że Plac Zbawiciela (a dokładniej knajpy Plan B i Warszawska) jest ogromną kopalnią pomysłów. Podsłuchane tu rozmowy i zaobserwowane sytuacje często trafiają później do moich scenariuszy. Tutaj też zazwyczaj z kolegami komiksiarzami odpoczywamy i witamy wiosnę. A witamy ją wielokrotnie...

To jednak nie koniec. W ciągu weekendu powinniście również zahaczyć o Beirut i Kraken. Dwie knajpy na ulicy Poznańskiej 12. Świetne jedzenie, bardzo dobre piwa i przede wszystkim sami przyjaciele za barem. To tutaj spotykamy się w większym gronie z innymi twórcami komiksów, by porozmawiać tak o kolejnych projektach, jak i wszystkim innym, czyli po prostu o życiu. Czasami spotykamy się tutaj o 12 w południe i siedzimy (czasami prawie leżymy) do samego końca, by na drugi dzień znowu tu wpaść kilka minut po otwarciu. Kilka takich wypadów było przyczyną, że niektóre komiksowe premiery w tym kraju uległy opóźnieniu, ale o wiele więcej tego typu spotkań sprawiło, że narodziły się kolejne projekty i współprace. – kontynuuje Bartosz Sztybor.

Gdzie jeszcze komiksiarze czują się jak ryby w wodzie? Odpowiedź brzmi: u siebie. Moje mieszkanie na Bielanach. A dokładnie sypialnia, przez domowników nazywana pokojem taty, czyli moim. Tu powstają rysunki plansze, bazgroły. Tu na półkach zalegają sterty komiksów. Tu też oglądam często kreskówki z moim synkiem, z których często czerpię inspirację. No i śpię, wiadomo.- mówi Piotr Nowacki.

Wiadomo również, iż autora można często zastać w mieszkaniu Bartosza Sztybora w Śródmieściu. Oficjalna nazwa - Studio Studnia. W tym klimatycznym miejscu najczęściej spotykamy się i omawiamy skończone i planowane projekty. Do klimatycznej kawalerki w starej kamienicy co chwilę wpadają jacyś mniej lub bardziej komiksowi przyjaciele, znajomi, a czasem nawet psy. Stąd też jest blisko na ulicę Poznańską, gdzie w fajnych knajpach lubimy napić się piwa albo wódki. Albo piwa i wódki.

Wersję tę potwierdza sam Bartosz Sztybor: Moje mieszkanie na Alejach Jerozolimskich. Bardzo ciemne - bo nie dochodzi tu światło słoneczne - ale i bardzo klimatyczne. Wcześniej mieszkał tu Jakub Rebelka, później jego miejsce zająłem ja, a w międzyczasie dołączył do mnie na pół roku Michał Śledziński. Nie ma tygodnia, a zdarzało się, że nie było i dnia, żeby nie przyszedł tutaj jakiś komiksiarz (często w obstawie kilku innych twórców). By porozmawiać, pośmiać się, napić, a i często - pod wpływem tego picia - zanocować. To tutaj piszę swoje scenariusze, tutaj też wpadłem na pomysł i napisałem "It's Not About That", które - także tutaj - omawiałem z Piotrem Nowackim. I w końcu to tutaj miało miejsce pierwsze (a później drugie i trzecie) oblewanie wyżej wymienionego komiksu. – wspomina właściciel.

piątek, 14 września 2012

#1132 - Om/Moe

Paradoksalnie, zwrot Piotra Nowackiego ku małoletniemu odbiorcy, który można dostrzec w ostatnich autorskich pracach świadczy o jego dojrzewaniu, jako twórcy, szukającego swojego unikalnego, artystycznego głosu. Sam sobie dziwię się jak mocno brzmią te słowa w odniesieniu do tych niewielkich rozmiarów broszurek, wydanych nakładem kartonowej oficyny i Polskiego Stowarzyszenia Komiksowego, ale to fakt. Jaszczowi od jakiegoś czasu było nieco zbyt ciasno w ramach dość konwencjonalnych humorystycznych opowiastek i zaczął szukać. Niekiedy z Bartkiem Sztyborem na stanowisku scenarzysty, ale chyba częściej na własną rękę.

Porównując „Om” i „Moe” z innymi pracami Nowackiego, choćby z tymi, z okresu „kartonowego”, bardzo łatwo można dostrzec, w którą stronę zwrócił się jeden z redaktorów nieodżałowanego „magazynu kultury kartonowej”. Odpuszczając sobie fabuły bliskie, powiedzmy, stylistyce rodem z Cartoon Network („Byle do piątku trzynastego”, ale też „Kapitan Mineta”), odpuścił sobie realizowanie pewnej konwencji, a do pewnego stopnia także – zwyczajne opowiadanie historii. Po pierwsze, jakby mocniej skupił się na samym akcie tworzenie, na jakieś atawistycznej przyjemności z samego rysowania. Tak przynajmniej ja to odbieram, choć oczywiście mogę się mylić. Raczej nie pomylę się natomiast, jeśli napiszę, że Nowacki eksperymentuje również w warstwie samego języka komiksowego, choć nie wiem czy to odpowiednie słowo. To ten sam typ zabiegów formalnych, uprawianych przez Tadeusza Baranowskiego – zabawa fakturą kadru, rozgrywającą się gdy świat przedstawiony przenika się z samym tworzywem z którego jest zrobiony. To raczej zabawa sama w sobie, a nie poszerzanie formalnych możliwości medium.

W sferze fabularnej Jaszczu zwrócił się natomiast w stronę fantastycznie przerysowanej przygody. Pojawia się klasyczny wręcz repertuar postaci i chwytów komiksowych – ninja, roboty, podróż po ukryty w głębinie oceanów skarb, stworki, potworki i tak dalej. Akcja nieskrępowana jest żadnymi narracyjnymi prawidłami, żadnymi żelaznymi zasadami logiki przyczynowo-skutkowej. Rozwój wydarzeń podpowiadany jest przez wyobraźnie i właśnie dzięki temu, takie rzeczy, jak „Om” czy „Moe”, pomimo swojej surowej, a wręcz ascetycznej formy, mogą świetnie trafić do dzieciaków, a nie do komiksiarzy, pytających dlaczego główny bohatera połyka co rano budzik (bo ma dużą paszczę, głupku! Taki stary, a takich oczywistych rzecz nie wie…)

Wydaje mi się, że Jaszczu (w pewnym sensie, oczywiście) chce podążać drogą wyznaczoną przez Bohdana Butenkę. Doskonale zna swoje ograniczenia. Wiedząc, że jego kreska, w swoich założeniach maksymalnie uproszczona, nigdy nie będzie tak efektowna (przynajmniej w pewnych cartoonowych kategoriach), jak dokonania Tomka Zycha, Januarego Misiaka czy Marka Lachowicza. Zamiast z nimi „konkurować”, Nowacki skupił się na bardziej syntetycznych podejściu do opowieści obrazkowych. Zarówno „Moe”, jak i „Om” są oczywiście niemymi, zabawnymi opowieściami, o antromorficznych stworach, przeżywających niesamowite przygody, przeznaczonymi dla czytelnika dziecięcego. Ale, rzecz jasna, nie tylko. To również pewne komiksowe ćwiczenie polegające na (o)powiedzeniu, jak największej ilości treści, przy minimalnym nakładach formy. To szkolenie się w oddawanie emocji za pomocą kilku kresek czy budowanie napięcia poprzez operowanie wielkością kadru. I Nowacki zdaje je celująco. Choć może nigdy nie zostanie policzony w poczet najwybitniejszych współczesnych twórców komiksowych, takich jak Skutnik, Śledziński czy Minkiewicz, to jego ostatnie autorskie projekty, pomimo ich pozornej błahości i ulotnej formy, w jakiej zostały opublikowane, są godne uwagi. Nie tylko wśród dzieciaków.  

piątek, 30 grudnia 2011

#933 - Rok 2011 okiem twórców (część druga)

Maciej Pałka (niestrudzony animator lokalnego i globalnego środowiska komiksowego, twórca, redaktor, krytyk): zauważyłem, że w Waszych dorocznych podsumowaniach, w których biorę udział po raz trzeci, zawsze patrzę z nadzieją w przyszłość. Miło mi stwierdzić, że nie pomyliłem się w ocenie stanu polskiego komiksu. Co więcej, błądziłem tylko i wyłącznie w temacie wypalenia się zinów. Owszem, wczorajsze „cudowne dzieci” się wyprztykały i spoczęły na laurach, ale oto już nadchodzi kolejne pokolenie. Wysyp (świetnych!) zinów podczas MFK był dla wielu osób pozytywnym szokiem. Dla mnie też. Tak więc, tradycyjnie, z optymizmem stwierdzę: jest super! Polski komiks żyje i ma się coraz lepiej.

Mimo zauważalnej zwyżki formy artystycznej, rok 2011 ma wielkie szanse, aby w historii zapisać się, jako rok żenady. Przyczyną tego są działania niezwiązane bezpośrednio z tworzeniem, ale z atmosferą wokół komiksu i jego postrzeganie. Zaczęło się od Afery Szopenowskiej, która gdy już ucichła w mediach, dała wodę na młyn wielu marudom w komiksowie. Być może, utrącono jakiś medal od jednego ministra, ale za to drugi minister w tym czasie wykładał kasę na kolejny komiks. Akurat w apogeum Szopęgejt realizowałem projekt dla katowickiej „GW”. Ani razu nie usłyszałem choćby cienia aluzji do tej sprawy. Z mojej perspektywy, zwalanie winy za wszystkie komiksowe niepowodzenia na ten nieszczęsny cweloholokaust jest więc nadużyciem.

Po Szopenie posypały się kolejne przepychanki do koryta, petycje, listy do ministra od Rejtanów obrażonych za nieobecność w Tokio i jakieś smuteczki post-itowe. Wszystko to przy znaczącym milczeniu Polskiego Stowarzyszenia Komiksowego, które jawi się jako twór okaleczony. Wykastrowany, pozbawiony języka i na domiar wszystkiego wbity na pal. Nawet już nie podryguje, a tylko wali ścierwem. Efektem jest ostateczne obnażenie ściemy pod nazwą „solidarność polskiego środowiska komiksowego”. Gdy chciałem dołączyć do PSK, ktoś mądry powiedział mi: „po co się w to angażować, skoro cała zabawa skończy się na rogatkach Warszawy”? Okazuje się, że milcząca większość wiedziała swoje i obrodziło inicjatywami lokalnymi: na Śląsku, w Krakowie, w Poznaniu czy w końcu w Lublinie. A każde środowisko wczepia się pazurami w funkcję reprezentowania polskiego komiksu na swoim podwórku. Totalna decentralizacja, patrzenie na czubek nosa i olewanie ciepłym moczem idei wspólnej walki o dobry los polskiego komiksiarza. Co śmieszniejsze, w tym szaleństwie jest metoda! To działa! Komiksowa mapa Polski powiększa się z każdym dniem. Oto kraina pełna udzielnych księstewek, zwaśniona, połączona siecią intryg – polskie komiksowo! Oto kraina obdarowana bogactwem różnorodności, pełna pracowitych pasjonatów kultywujących etos wolontariatu – polskie komiksowo!

Osobiście, rok 2011 będę wspominał bardzo miło. W ubiegłym roku narzekałem, że „jako artysta czuję się doceniony, ale nadal nie jestem dopieszczony, jako twórca”. Wydawało mi się, że stanąłem pod ścianą i swoją metodą pracy osiągnąłem już wszystko, co było do ugrania w polskim komiksowie. Perspektywa kolejnej dekady żmudnego doskonalenia się po godzinach. Co rok-dwa nowa (oby lepsza) książka, raz w roku dowartościowanie się podczas MFK i rosnąca frustracja wiecznej trzeciej ligi. Rok temu nie spodziewałem się, że 2011 będzie przełomem. Zacząłem od prestiżowego projektu komiksowego wydania „Gazety Wyborczej” dla Katowic starających się o tytuł Europejskiej Stolicy Kultury, a kończę inauguracją działalności „Domu Słów – Pracowni Komiksu” w Lublinie. A to dopiero początek, co aż mnie nieco tremuje.

W ubiegłorocznym podsumowaniu obiecałem, że za rok wrócę też do tematu „Ziniola”. Udało się – „Ziniol” nie umarł, ale umocnił się jako marka. W sieci magazyn radzi sobie dobrze dzięki codziennej mozolnej pracy Dominika Szcześniaka. Ja pomogłem nieco w lokalnym wyjściu do ludzi - poza internet. Współorganizowaliśmy „Lubelskie Spotkania z Komiksem”, nawiązaliśmy współpracę z „Tekturą”, supportowaliśmy poetycki slam, zaprosiliśmy do Lublina Kasię Szaulińską i Sexy Armpit. Włączyliśmy się w działania związane z Nocą Kultury, Miastem Poezji i staraniem się Lublina o tytuł ESK. Udało nam się zrobić dwie akcje billboardowe – za drugą otrzymaliśmy nagrodę Ministra Spraw Zagranicznych. W międzyczasie był wykład na KUL`u. Zrobiliśmy przymiarkę do powrotu na papier, czego efektem jest antologia „The Best Off The Ziniols”. Symbolicznie żegnaliśmy się z xero (wydając specjalny 51 numer), aby 13 grudnia wrócić do tej formy oddając hołd twórcom niezależnej prasy drukowanej na powielaczach. „Dom Słów – Pracownia Komiksu” to w dużym stopniu efekt naszych lat w wolontariacie, dążenia do profesjonalizmu i zachowania szczerości w twórczości. Na pewno w przyszłym roku skoncentrujemy się jeszcze bardziej na działalności lokalnej, ale postaramy się o nieco większy rozmach. Plany mamy spore – chociaż ciągle liczymy siły na zamiary. Do tematu wrócimy dokładnie za rok.

Zresztą, wszystko się może zdarzyć. Trzymajcie kciuki.


Wojciech Stefaniec (któremu wreszcie udało się ukończyć „Szelki”): ten rok był świetny. Przede wszystkim dla polskiego komiksu.

Wielkie brawa dla twórców! Nie przypominam sobie, aby jednego roku powstało tyle świetnych komiksów, ile w mijającym. Ukazały się tak genialne komiksy jak „Rewolucje”, „Czasem”, „Tymczasem”, nowy „Diefenbach” i wiele innych. Brawa dla promotorów, którzy w 2011 roku z zapałem promowali komiks w mediach. Brawa dla wydawców. Stanęli na wysokości zadania, dając nam do ręki doskonale przygotowane albumy. Podziękowania należą się również czytelnikom, za to, że nie przechodzą obok polskiego komiksu obojętnie

Porzucając ton patriotyczny musze powiedzieć, że ten rok był dla mnie bardzo pracowity, emocjonujący, stresujący i rozczarowujący. Pracowity, gdyż musiałem w tym roku skończyć komiks, nad którym pracowałem około sześciu lat. Deadline to w sumie dobra rzecz. Mobilizuje i każe skończyć coś, co można robić w nieskończoność. Oprócz tego zajmowałem się innymi rzeczami. Emocjonujący, ponieważ nasze festiwale komiksowe są świetne. Czy ktoś policzył ile na taki mały, polski rynek komisowy przypada imprez? Dużo. I fajnie. Stresujący, gdyż twórczość musi mieszać się z rzeczywistością. Trzeba pracować, ponieważ z samego tworzenia komiksu pieniędzy nie ma. Trzeba godzić obowiązki życia wśród ludzi, ich zasad, zamiast robić albumy komiksowe. To jest trudne. A dla twórcy załamujące. Rozczarowujący przez kilka osób, ale nad tym nie będę się rozwodził.

Ten rok był świetny. Podsumowując, lepszy od poprzedniego. I o to chodzi. Z szacunkiem go pożegnam.



Marcin Podolec (kolejny komiksowy talent czystej wody, do którego należy tegoroczny rekord w szybkości ukończenia albumu): rok 2011 dla mnie to współpraca z Grzegorzem Januszem ukoronowana „Czasem”, „Urobkiem”, jednoplanszówkami „Uroboros” i „Miłosz”. W planach są kolejne projekty. Obecnie adaptuję scenariusz Grzegorza na potrzeby filmu animowanego, który swoją premierę będzie miał w październiku 2012 roku. Na moim blogu możecie śledzić pierwsze tła, niedługo pojawią się kolejne wycinki. Jakoś w okolicach maja usiadłem na poważnie do „Czasem”, dzięki czemu udało się zamknąć rysowanie albumu na przełomie lipca i sierpnia. Traktuję to jako trzymiesięczną podróż, nieobecność, choć w międzyczasie przyszło mi zdać sesję i kolejny raz wpakować nogę do gipsu, przy czym ostatnia kontuzja okazała się kontuzją ostateczną – nie mogę już grywać w kosza. Premiera „Czasem”, odbiór albumu, recenzje – wszystko wypadło wzruszająco pomyślnie. Bardzo się cieszę, że na nasze spotkanie autorskie przyszło 50 osób. Moment, kiedy komiks (a za nim twórca) wychodzi do ludzi jest zawsze bardzo emocjonujący.

Ciężko oceniać mi sytuację w środowisku – jakiś czas temu postanowiłem trzymać się z dala od dyskusji, które odbierają mi energię do zajmowania się komiksami. Uważam, że w tym roku zrobiliśmy w Polsce kilka naprawdę, naprawdę wartościowych rzeczy. Z tego, co widzę, przyszły rok również zapowiada się interesująco, jeśli chodzi o naszą scenę. Wciąż lubię identyfikować się ze światem komiksiarzy, a tegoroczne konwenty wspominam, jako bardzo udane, szczególnie ten w Łodzi, gdzie mieszkam od roku. No właśnie, 2011 rok to dla mnie faktyczna przeprowadzka z mieściny do dużego miasta. Studia: kilogramy obejrzanych obrazów i filmów, mocne poszerzenie horyzontów.

W styczniu zawiązaliśmy projekt kolec-lagu, lecz w grudniu skład (nie projekt) rozpadł się. Od czerwca nie mam już -nastu lat i myślę, że to był właśnie rok pewnego przejścia, przyspieszonego dorastania, jako twórcy. Przewartościowałem sobie to, czym jest dla mnie bycie rysownikiem. W ciągu ostatnich 12 miesięcy dostałem więcej, niż sobie zamarzyłem i naprawdę nie mam pojęcia, co stanie się w 2012 roku.

Choć pewne plany, oczywiście, są.


Piotrek Nowacki (jeden z redaktorów naczelnych „Kartonu”, który w komiksowie jest od zawsze): 2011 był dla mnie kolejnym udanym komiksowo rokiem, choć pojawił się również smutny akcent. Mam tu na myśli zamknięcie „Kartonu” po siedmiu numerach (o ile siódemka się ukazała - kiedy piszę te słowa raczej nie została jeszcze wydrukowana). Tłumaczyliśmy już powód takiego stanu rzeczy, więc nie będę się powtarzał. Szkoda, bo miałem nadzieję, że będzie to magazyn funkcjonujący na rynku ładnych parę lat.

Cieszę się jednak, że pod szyldem „Kartonu” udało mi się wypuścić mój autorski zeszycik „Moe”. Rozesłałem go kilku zagranicznych recenzentom specjalizujących się w tzw. mini komiksach i zebrał same dobre oceny, co oczywiście bardzo mnie cieszy. Nic jednak nie zastąpi mi radości, jaką odczuwam, kiedy widzę jak dużo frajdy ta moja komiksowa krotochwila, daje mojemu niespełna dwuletniemu synkowi. Uwielbia oglądać ze mną perypetie Moe i zdrowo zaśmiewa się kiedy np. osa robi pieskowi w łapę „kłuj, kłuj”. Choćby dla niego warto było narysować i wydać ten komiks.

W czerwcu udało mi się załapać do reprezentacji polskich komiksiarzy, którzy byli gośćmi festiwalu komiksowego w Strasburgu. Fajną relację z wyprawy napisał Marek Turek - http://turucorp.blogspot.com/2011/06/strasbulles-2011.html. Tam również „Moe” cieszył się wzięciem głównie wśród młodszej części odwiedzających nasze stoisko.

W tym roku pracowałem również nad pełnometrażowym albumem do scenariusza Bartka Sztybora. Kilka dni temu narysowałem ostatnią planszę. Teraz komiks jest na warsztacie kolorystki i mam nadzieję, że w 2012 uda się nam go wydać. Nie chcę w tym momencie za dużo zdradzać. Dodam tylko, że jest to historia bez słów. Mam również nadzieję, że w przyszłym roku uda mi się skończyć również inny pełnometrażowy projekt, jakim jest historyjka roboczo zatytułowana „Ti i Miki”. Jest to raczej rzecz dla młodszego czytelnika. Za scenariusz odpowiada Dominik Szcześniak, a kolory kładzie Sebastian Skrobol. Na tą chwilę jest gotowych piętnaście plansz. Obecnie czekam na dalszy ciąg scenariusza. Jak tylko go dostanę, ochoczo zabieram się do dalszej pracy.

Były jeszcze mniejsze publikacje, jak krótki komiks w antologii „Jazda” (sc. Sztybor, kolor Grzesiek Nita), inny szorciak w antologii „Silence” (sc. Sztybor, kolor Tomek Pastuszka), kolejny Kapitan Mineta w „Kolektywie”, plansza w cyklu „Klasyka na nowo” w trzecim „Bicepsie” czy plansza w sympatycznej broszurce z tributami dla Binio Billa. Oby w przyszłym roku udało się dalej tworzyć i jarać komiksem, tak jak dotychczas.

W kończącym się roku przeczytałem sporo komiksów, w tym kilka naprawdę znakomitych albumów autorstwa kolegów z Polski. Takie tytuły jak „Czasem”, „Diefenbach”, „Szelki” czy szósty tom „Rewolucji” to światowy poziom . Mam nadzieję, że naszym autorom uda się docierać poza nasz wciąż malutki rynek, bo naprawdę ich dzieła na to zasługują.


Jakub Kijuc (reanimator kioskowych zeszytów, którego ostatnio skusiły uroku cyfrowej dystrybucji): dziś w Krasnymstawie z samego rana spadł pierwszy poważny śnieg. Zrobiło się świątecznie i jakoś tak cieplej. Zaraz po tym, jak odczytałem pocztę, gdzie Kuba Oleksak delikatnie przypomniał mi o tym, że miałem coś napisać o mijającym komiksowym roku, zafundowałem sobie przedpołudniową dawkę wu-efu i porąbałem drwa na opał. W szczapki.

Uspokajam. Mail Kuby nie miał z tym nic wspólnego. Potem było „piro-piro”, bym już za chwilę pędził przez zimowe zaspy na pocztę.

Cały czas zastanawiałem się, co napisać o komiksikach w mijającym 2011 roku. Byłem pewien, że powinienem odnieść się przynajmniej w małej części do publikacji, które wydaję. Jednak nie do końca wiedziałem, w jakim ujęciu. Uwierzcie, że trzymając w rękach siekierę przed oczami miałem dosyć niepokojące obrazy. Kolorowe. Karmazynowe...

Ale bez reklamy. Bez promocji. Dlaczego?

Ano dlatego, że wracając z poczty, kiedy to spożytkowałem już sporą część nadmiaru energii, opanował mnie jakiś kosmiczny spokój. Nie zrozumcie mnie źle. Żadnych tam Cthulhu i Nyarlathotepów. Po prostu micha mi się śmiała. I wreszcie wiedziałem, co napisać. Albo inaczej. Wiedziałem, czego nie pisać. Bez sensu przy okazji tak miłych okazji jak Święta, czy nadchodzący Nowy Rok pisać elaboraty o tym, co będzie, i o tym, co było. Zważywszy na fakt, że nie w każdej chwili 2011 roku wokół moich działań panowała zdrowa atmosfera.

Nie będę niczego potwierdzał, ani niczego dementował. Wszystko, co miałem napisać w tym roku już napisałem. Nie będzie wrzutek z okrągłymi gadżetami, które wszyscy tak bardzo kochają. Nic z tych rzeczy. Mam po prostu nadzieję, że te Święta były dla Was wesołe, a Nowy Rok okaże się jeszcze bardziej komiksowy. Mam nadzieję, że pod choinką znaleźliście komiksy, których sami sobie nie wybraliście. Oby to był dobry znak na przyszłe 366 dni. Do usłyszenia w styczniu.

poniedziałek, 24 stycznia 2011

#678 - Rok 2010 okiem twórców

Podobnie, jak w roku ubiegłym, także i w tym, przy okazji naszych rozrachunków ze "starym rokiem" oddajemy głos komiksowym artystom. Olga, Piotrek, Maciej, Marcin, Wojciech i Robert opowiadają o tym, jaki ten ponoć feralny, kryzysowy 2010 rok był. I okazuje się, że wcale nie był taki zły. Rozpoczynamy wrażeniami Olgi Wróbel, a później w kolejności alfabetycznej oddajemy głos męskiej części podsumowania - zapraszamy do lektury!

Zazwyczaj jestem miła i nie krytykuję nic, ani nikogo ze strachu, że ludzie przestaną mnie lubić, ale w tym roku doszłam do wniosku, że może wreszcie czas przestać się tym przejmować. Dlatego też zacznę od narzekania.

W tym roku rozczarowało mnie PSK, które zapowiadało się na prężną grupę ludzi z pomysłami, którym będzie chciało się coś zmienić i wyciągnąć komiks polski z małej niszy do nieco większej. Tymczasem po Komiksowej Warszawie, która zebrała nieco pochwał, ale też wiele krytycznych uwag, zapał oklapł niczym duszek w XI Księdze Tytusa. Na posterunku został tylko Tomek "spałem w tym tygodniu 4 godziny" Pastuszka, organizując pod Sejmem akcję Publicznego Czytania Komiksów Przeciwko VAT. Nie będę się tutaj bawiła w publiczne i subiektywne szukanie winnego, tym bardziej, że PSK z minionego roku to także ja. Powiem tylko, że bycie działaczem tak mnie zniechęciło do tego typu aktywności, że postanowiłam w przyszłości skupić się tylko i wyłącznie na pracy nad komiksami. To jedyny sposób, w jaki mogę pomóc – robiąc albumy na przyzwoitym poziomie.

W nurcie krytyki, podobało mi się to, co napisał Karol Konwerski, chyba na facebooku (jeżeli się mylę i przypisuję tę myśl niewłaściwemu autorowi, przepraszam) o środowiskowym samozachwycie i chwaleniu z automatu wszystkiego, co się tylko da z dwóch przyczyn: albo ku chwale polskiego komiksu albo według mechanizmu "lubię go/ją, pijemy razem na festiwalu, nie mogę powiedzieć, że to kiepskie, bo będzie mu/jej przykro". Zauważyłam to też u siebie. Stąd powyższe akapity – w ramach ćwiczenia szczerości. Podobał mi się też boleśnie prawdziwy tekst Tomasza Pstrągowskiego "Nikt was nie kocha" w "Bicepsie", chociaż akurat "7 tygodni" Januarego Misiaka to mój ulubiony polski komiks w tym roku ( z zagranicznych – "Epileptic" Davida B. i "Mój syn" Schrauwena).

Jestem też dość zniesmaczona całą aferą wokół komiku kobiecego, i nie dlatego, jak można by przypuszczać, że godzi we mnie jako "twarz polskiego komiksu kobiecego" (do którego to miana nigdy nie pretendowałam), ale dlatego, że w tej dyskusji widzę mnóstwo zacietrzewionych ludzi, posługujących się pojęciami, które nie do końca rozumieją lub piszących całe elaboraty z punktu widzenia "bo mi się wydaje" i oczekujących, że może to być poważnym głosem w dyskusji. Na studiach humanistycznych nauczyłam się wiele, ale przede wszystkim wbijano nam do głowy, że nauki takie, jak chociażby krytyka literacka to dyscypliny ścisłe, w których obowiązują standardy starannego formułowania osądów według precyzyjnych, ostrych kryteriów, a "wydawać się" nam może najwyżej w niedzielnej rozmowie na obiadku u rodziców. I taki właśnie status przysługuje tym opiniom – subiektywnych pogawędek, a nie rzetelnego opisu stanu rzeczy. Tymczasem ze zdumieniem patrzyłam, jak w kolejnych flame'ach walczy armia ludzi, którzy zjedli wszystkie rozumy i mają monopol na rację. Na tym tle pozytywnie wyróżnił się w komentarzach pod tekstem Gizickiego i Wyrzykowskiego na "Kolorowych Zeszytach" Maciej "Repek" Reputakowski, co nie zostało jednak docenione przez jego współdyskutantów, niezbyt zachwyconych tym, że nagle pojawia się ktoś z solidnym aparatem badawczym (przepraszam za dwuznaczność). Co do samej afery, cóż. Gender studies (studia nad płcią kulturową) są faktem, czy się to polskim twórcom obojga płci podoba czy nie. Tak samo krytyka genderowa i wynikające z niej klasyfikacje. Można się z nimi nie zgadzać, ale negowanie ich racji bytu jest, delikatnie mówiąc, niepoważne.

U mnie wszystko dobrze, może z wyjątkiem syndromu opuszczonego bloga, na którego nie mogę wrzucać "Silva Rerum", żeby nie zdradzać czytelnikom, jak będzie wyglądało. Rok 2010 był pracowity, okraszony występami w prasie i telewizji, rok 2011 zapowiada się jeszcze bardziej ekscytująco, ale to na razie tajemnica.

Chciałabym zakończyć noworocznymi podziękowaniami dla Centrali, która zaczęła mnie wspierać zanim jeszcze napisałam pierwsze zdanie scenariusza, dla Dominika Szcześniaka, który kibicuje mi na swoim blogu i dla ekipy BFK za robienie najlepszego festiwalu komiksowego w Polsce. Dziękuję też Danielowi za cierpliwe wyjaśnianie mi arkanów rysowania dłoni w różnych konfiguracjach.

Nie mogę określić ubiegłego roku innym słowem niż znakomity. Obfitował w masę pozytywnych momentów, które na zawsze odmieniły moje życie i "nic w nim już nigdy nie będzie takie jak przedtem!", jak to w superbohaterskich komiksach bywa. A zaczęło się od "Komiksowego Becikowego". Był to komiks, który jeszcze przed przeczytaniem dostarczył mi największej ilości wzruszeń i pozytywnych emocji. Nawet teraz, kiedy piszę te słowa, kręci mi się w oku łezka na samo wspomnienie. Ale pomimo pojawienia się na świecie mojego synka (w lutym 2010), na szczęście znajduję czas na komiksowanie (Ewelina, dzięki za wsparcie i wyrozumiałość - jesteś najlepsza!).

Wraz z Tomkiem Pastuszką, Bartkiem Sztyborem i masą świetnych ludzi pchamy wózek pod tytułem "Karton". W 2010 wypuściliśmy cztery numery magazynu, plus zeszyt z przygodami Ratmana Tomka Niewiadomskiego. Myślę, że jest całkiem nieźle, a będzie jeszcze lepiej. Oczywiście jednym z najważniejszych zeszłorocznych wydarzeń jest premiera "Tainted". Zbiorek krótkich, niemych historii miłosnych podsumował zaledwie początek mojej współpracy z Bartkiem Sztyborem. Początek, bo obaj mamy nadzieję, że nasza kooperacja potrwa jeszcze wiele, wiele lat, a jej owocem będą liczne albumy i plejada nietuzinkowych bohaterów. Chętnie chwalę się albumikiem zagranicą, czego efektem są wzmianki o nim na kilku zagranicznych serwisach, m.in. na węgierskim portalu Kepregeny.net.

Swoje cienkopisy maczałem w antologii "Sceny z życia murarza", a w "Kolektywie" ku radości jednych i ubolewaniu innych ukazały się dwie nowe przygody Kapitana Minety. Wspólnie z Asu rozpoczęliśmy współpracę z dziecięcym magazynem "Tropami przyrody", gdzie opublikowaliśmy trzy odcinki komiksu "Doktor Leszcz i przyjaciele". To kolejna rzecz, z której jestem bardzo zadowolony, bo robienie komiksów dla dzieciaków to opcja, która daje mi mnóstwo frajdy i chodziła za mną od dłuższego czasu. A jeśli już przy dzieciakach jesteśmy, to w ostatnim "Ziniolu" znalazła się 8-planszowa historyjka, którą narysowałem do scenariusza Dominika Szcześniaka. Jest to zapowiedz dłuższej rzeczy, skierowanej do młodszego czytelnika. Strasznie się jaram tym projektem i żeby nie zapeszać nic więcej już nie napiszę. Zbierając moje publikacje do kupy, warto jeszcze wspomnieć o kilku małych, ale bardzo fajnych drobiazgach, jak plansza o Zachęcie w "Komiksowym przewodniku po Warszawie" (sc. Bartek Sztybor), stworzona we współpracy z Szymonem Holcmanem jednoplanszówka do "Antologii memoria Janusza Christy", strip w "Lodach" (znowu Sztybor), pin-up w "Osiedla Swoboda".

Podsumowując zeszły rok nie mogę nie napisać o komiksie, który w holenderskim konkursie Plastiken Plunk zdobył nagrodę publiczności. "Just One Different Thought" do scenariusza Bartka Sztybora i ze znakomitymi kolorami Tomka Pastuszki nie znalazł uznania w oczach jurorów emefkowego konkursu i postanowiliśmy spróbować szczęścia gdzie indziej. Holendrzy umieścili nas w finałowej dwunastce, a internauci wyklikali nam trofeum. Następstwem tego wydarzenia jest ipadowa wersja "Tainted" (poszerzona o nagrodzony komiks) dystrybuowana przez holenderską firmę StripDatabank. Wspomnę jeszcze, że w brytyjskim magazynie internetowym Comical Animal ukazał się odgrzebany przeze mnie szort "Nine Lives", który kilka lat temu narysowałem do scenariusza Mikołaja Tkacza z kolorami Norberta Rybarczyka. Uznałem, że rzecz jest na tyle sympatyczna, że można bez obciachu zaprezentować ją zagranicznym czytelnikom. Drobna rzecz, ale zaowocowała nawiązaniem fajnego kontaktu z twórcą serwisu, Jimem Medwayem i być może w przyszłości coś się jeszcze z tego urodzi.

2010 rok przyniósł mi również udział w komiksowych imprezach. W Warszawie, Gdańsku i Łodzi jak zwykle bawiłem się znakomicie w gronie ludzi, z którymi dzielimy wspólną pasję. Szczególnie mile wspominam prelekcję o tworzeniu komiksowych bohaterów, którą poprowadziliśmy ze Sztyborem na BeFKa. Przyszło naprawdę sporo młodych ludzi i wywiązała się ciekawa dyskusja z Mateuszem Skutnikiem. Lubię takie akcje i mam nadzieję, że tym roku również ich nie zabraknie. Smuci fakt coraz mocniej zarysowującego się kryzysu na polskim rynku komiksowym, ale nie wpływa on (przynajmniej na razie) negatywnie na mój zapał do rysowania. Cały czas czuję zajawkę i nie mam zamiaru zwalniać. Wręcz przeciwnie, plany na nadchodzący rok są ambitne i mam nadzieję, że uda się bez przeszkód nadal komiksować. Życzę naszym wydawcom, żeby przetrwali ten ciężki czas i dali radę. Oprócz tego, że rysuję komiksy, jestem również ich czytelnikiem i drobnym kolekcjonerem i nie wyobrażam sobie, że nie będę mógł dostawiać na półkach kolejnych świetnych albumów wydawanych przez naszych edytorów.

Jeśli chodzi o 2011, to plany są, jak już wspomniałem ambitne, ale nie chcę tu się szczegółowo z nich zdradzać, żeby nie rozśmieszać Boga:)

W porównaniu z poprzednim rok 2010 był dość intensywny. Miałem kilka faz na ostre zasuwanie, a z drugiej strony zrobiłem sobie w międzyczasie miesiąc wakacji pod palmami. Właściwie udało mi się dotrzymać prawie wszystkich swoich komiksowych postanowień. Doprowadziłem do wydania dwóch niezłych albumów ("Laleczki" i "Sceny z życia murarza"), wystartowałem z webkomiksem ("Degrengoland") i emocjonowałem się premierą dwóch kolejnych gier wyprodukowanych pod szyldem pastelgames. Ogólnie każde przedsięwzięcie rysunkowe miało satysfakcjonującą otoczkę związaną z ujawnieniem danego materiału. Zwłaszcza MFK był dla mnie osobistym przełomem. Jako artysta czuję się doceniony, ale nadal nie jestem dopieszczony jako twórca. Czasami mnie to nieco irytuje, ale nie powoduje frustracji, raczej mobilizuje w stylu "ja wam jeszcze pokażę" albo "jeszcze przyjdziesz ze szklanką po sól". Czuję, że przez ostatnie 10 lat przeszedłem do wyższej ligi, ale czasami czuję się jak "cudzoziemka w raju kobiet".

Obecnie na tapecie mam kilka projektów z bardzo dużym potencjałem. Powoli zaczynam się też otwierać, jako scenarzysta i zaczynam ufać swoim możliwościom. Ale tutaj jeszcze długa droga przede mną. Rok 2011 będzie dla mnie sprawdzianem, bo mam zamiar poświęcić się całkowicie autorskiemu albumowi. Czeka mnie ogromna ilość pracy, ale jednocześnie czuję że ten rok będzie pasjonującym wyzwaniem. Już się nie mogę doczekać! Albumu w roku 2011 nie planuję. Plan minimum to dwa odcinki "Najwydestyluchniejszego" w "Kolektywie".

W komiksowie miniony rok można podsumować sporym plusem. Tak, jak się spodziewałem (i o czym pisałem w podsumowaniu na "Kolorowych Zeszytach" rok temu), ukazało się sporo niezłych polskich albumów. Na stronie "Ziniola" stale kibicujemy polskim twórcom, wiadomo więc, co w trawie piszczy i jestem głęboko przekonany, że utrzymamy rosnący trend. Kto uważa inaczej, ten niestety z reguły chuja się zna na polskim komiksie i po prostu pierdoli farmazony. Fakty mówią za siebie i nie ma sensu gadać niepotrzebnych rzeczy. Lista wydanych polskich albumów to samo dobro. Nie jest tego dużo, ale jak na naszą skalę, pod względem ilości jest przyzwoicie. Robimy swoje. Dokładamy cegiełkę do polskiej kultury.

Co mnie martwi, to postępujący niedowład segmentu zinów. Nie jest ich dużo, sprofesjonalizowały się pod względem edycji i prezentowanego materiału, ale straciły jaja. Tutaj mają rację piewcy komiksowych lat '90, którzy pamiętają, że pomimo ogólnej masakry i kłód rzucanych pod nogi, w zinach wrzało, jak w tyglu. Ścierały się poglądy, eksperymentowano na dużą skalę. Skutkowało to często brnięciem w ślepe uliczki, ale trafiał się też świetny materiał, który jest pamiętany do dziś. Obecnie mamy bezwładny pęd ku poincie i prymat sitcomu. Rzemieślniczo sprawne komiksiki o niczym. To mnie zraża do zinów. Czytam komiksy twórców, którzy mają u mnie kredyt zaufania, ale czasami zaczynam wątpić, gdy widzę wszechobecną stratę czasu i marnotrawienie talentu na pierduły. Ale to jest tylko moja prywatna opinia, gdyż kibicuję mądrym, przemyślanym dziełom pisanym nie przez idiotów i nie dla idiotów. Tak więc w grę wchodzi kwestia targetu. Do zinów straciłem serce, nudzą mnie. Nawet nie chciało mi się robić przeglądu do ostatniego numeru "Ziniola". Raczej nie będę się więcej zajmował tą tematyką.

Co do samego "Ziniola", to w związku z (mam nadzieję, że tymczasowym) zdjęciem z ramion Dominika Szcześniaka wielkiego ciężaru przygotowania kolejnych numerów pisma, na pewno rozbuduje się jego mutacja internetowa. Polecam śledzić stronę magazynu i czekać na zmiany. Zakończenie wydawania magazynu u Timofa nie jest ostatnim powiedzianym słowem. Nie gasimy światła – wręcz przeciwnie. "Ziniol", jako marka w komiksowie nie zginie. Dominik ciągnie ten wózek już przez 50 numerów, hibernacje zdarzały mu się kilkukrotnie. Wiadomo jak to jest, gdy wszystkim zajmuje się jedna osoba. Do tematu chętnie wrócę za rok. Zobaczymy wspólnie, co "Ziniolowi" udało się zrealizować. Ja ze swojej strony postanowiłem pomóc i dla dobra publicznego uszczknąłem trochę czasu, który mógłbym poświęcić na doglądanie swojego blogaska. Na rzeczonym, nadal będę regularnie kibicował sobie. W końcu, nikt inny za mnie tego nie zrobi.

Tu mi się narzuca apel do twórców:

Kochani! Nikt za Was nie zajmie się promocją Waszych talentów. Po to mamy serwisy komiksowe takie, jak "Kolorowe Zeszyty", "Ziniol", "Komiksomania", "Aleja Komiksu", "Gildia" czy "Polter", aby z nich korzystać. Współtworząc je, pomagamy przede wszystkim sobie. Ideałem jest spokojna praca nad komiksami w zaciszu pracowni, ale czasami trzeba wyjść do ludzi i coś zaproponować. Weryfikacja, uwagi redaktorów, wymiana opinii, feedback – to wszystko jest bardzo ważne! Napierdalajmy, ale nie bądźmy odludami, bo stąd tylko krok do frustracji, zniechęcenia i ciśnięcia komiksami w kąt.

Zacznę od tego, że w tym roku znów miałem nogę w gipsie i to w czasie matur. Skoro już zostałem przymuszony do siedzenia w domu w maju, odebrałem to jako dostateczną karę za wszystkie występki i zamiast dokładać sobie nauki, zacząłem rysować drugi album. Skończyłem na stronie dwunastej. W wakacje naszkicowałem sześćdziesiąt stron albumu, ale innego. Potuszowałem jedną i odpadłem, to nie to. W te same (bo studenckie) wakacje dogadałem się z jednym scenarzystą i zaczęliśmy produkcję kolejnego, ale wciąż drugiego albumu. Wiem, że uda nam się go zrealizować, a relację z postępów będziecie mogli śledzić na blogu, który w tym roku stanie się czterolatkiem.

Jeśli chodzi o przygotowywanie "Kapitana Sheera", motywator blogowy sprawdził się w 100%. Dziękuję z tego kolorowego miejsca wszystkim komentującym, naprawdę bardzo nam pomogliście. Decyzja o wydaniu "Kapitana Sheera" zapadła ostatniego dnia Komiksowej Warszawy, album ukazał się na Bałtyckim Festiwalu Komiksu (przepraszam, że podczas spotkania ciągle kierowałem mikrofon w stronę głośników, wywołując poruszenie zebranych), więc tempo było słuszne. Rozumiem, że dla Kultury Gniewu nie była to łatwa decyzja wydawnicza i tym bardziej doceniam zaufanie, jakim nas obdarzono. Gdyby kogoś to ciekawiło – z Kulturą współpracuje się świetnie.

Wydaje mi się, że w tym roku pisano o komiksie więcej, niż dotychczas. Sam natknąłem się na parę wystąpień w telewizji i artykułów w prasie ogólnopolskiej. Przechodząc z powrotem na grunt osobisty, muszę przyznać, że nie spodziewałem się takiej ilości recenzji mojego komiksu. Pisano o nim w kilkunastych miejscach, od blogów po ogólnopolskie dzienniki, a także mówiono w radiowej Jedynce (audycja "Plus-Minus") i Radio Jarosław.

Na koniec może jeszcze o planach. Moim niespełnionym marzeniem, którego prób realizacji na razie się nie podejmuję, jest zilustrowanie jakiegoś artykułu w ogólnopolskim magazynie. Projektem, który leciutko zahacza o to marzenie, ale ma jednak inny wymiar, jest nawiązanie przeze mnie i Łukasza Grassa współpracy, której forma zostanie przedstawiona czytelnikom mojego bloga jeszcze w styczniu. W przerwie międzyświątecznej zapadła kolejna decyzja. Wraz z jedną z najzdolniejszych polskich rysowniczek komiksów zaczynam realizować nowy, duży i strasznie ciekawy od strony artystycznej projekt na cztery ręce. Więcej o tym przeczytacie tam gdzie zawsze, pewnie na przełomie stycznia i lutego (już wiadomo, że chodzi o komiks z Lagu i Lagu - przyp.red.)

Poza tym w 2010 roku nauczyłem się prowadzić samochód i robić placki z cukinii.


Rok 2010. Rok kryzysu. Wszystko się wali. Takie podobno chodziły słuchy. Dla mnie miniony rok był naprawdę udany. Co sylwester powtarzasz sobie, że wreszcie zmienisz coś w swoim życiu i nagle niespodziewanie dotrzymujesz danego sobie słowa. Ale tak patrząc dogłębniej – rozbijmy go na kategorie:

"The Movie": początkowo planowałem tylko trzy sezony, ale nie wytrzymałem bez tych postaci nawet roku. Czwarty sezon wrócił, ale pracy nawaliło tyle, że postanowiłem się powyręczać znajomościami. No i udało się też wbić do Stopklatki, co sprawiło, że mogłem podjąć ryzykowną decyzję porzucenia stałej, ciepłej posadki w firmie, która dostarczała mi weny na wieczne twitterowe narzekanie i wyprowadzić się na drugi koniec kraju. Doskonała decyzja i póki co jej nie żałuje. Czekały na mnie zlecenia, Stopklatka i cała masa innych rzeczy - w tym albumowe "TheMovie", które planuje od kilku lat. Powstały już trzy wersje początku, liczę, że rok 2011 pozwoli mi wreszcie opowiedzieć tę historię. Długo nie byłem pewny czy przedłużę "TheMovie" o piąty sezon. Niedawno jednak udało mi się znaleźć doskonałe rozwiązanie, aby "TheMovie" trwało dalej, ale w nieco innej formie niż dotychczas. Nie chcę jeszcze wchodzić w szczegóły, bo projekt jest wciąż w dość wczesnej fazie rozwoju.

"Robociki" seria, którą razem z Demem stworzyliśmy by tłuc ludzi na portalu bitwy.com, a potem jakoś tak przeszła do okazjonalnych szortów. W tym roku wznowiliśmy ich działalność głównie dzięki "Braku zrozumienia dla realizmu". Dzięki temu roboty powróciły w nowym "Kolektywie" i świątecznym specjalu na Kolorowych. Obecnie siedzę nad kolejną ich przygodą do ósmego "Kolektywu". Co dalej, to się okaże.

"Scientia Occulta": to trochę taki projekt roku. Miało być skromnie, a wyszło z pompą. Po skończeniu 3. sezonu "TheMovie" chciałem odpocząć i zacząć osobny paskowiec w innym klimacie. Wymyśliłem historię, narysowałem pasek i się ze wstydu schowałem, bo moja kreska do poważniejszych tematów zupełnie nie podchodzi. Zrobiłem to, co każdy by zrobił na moim miejscu - "przekonałem" Łukasza Okólskiego by to rysował. Zapieprzaliśmy solidnie, ale komiks udało nam się skończyć. W sprzedaży powinien być na Komiksowej Warszawie.

"Kolektyw": nasze dziecko rośnie i chowa się dobrze. Ma elegancki grzbiet i lepsze komiksy w środku. Jestem strasznie zadowolony ze strony, w którą magazyn zmierza. Nie będę ukrywał, że z moich serii również jestem zadowolony. To "Recours" i "Drużyna A.K", która zostanie przechrzczona na "Rycerz Janek przedstawia" i skupiać będzie różne szorty osadzone w uniwersum znanym z historii z Rycerzem.

Podkasting: "Schwing" się rozrósł. Dużo bardziej niż spodziewałem się tego, kiedy po pijaku namawiałem Konrada do nagrania pierwszego odcinka. Postanowiłem odejść po 100-tnym odcinku, ponieważ zaczynała mnie nużyć zabawa w radio. Mieliśmy lepszą organizację, lepszy dźwięk i systematyczność, ale drażniło mnie to, że nie mogę przeklinać i mówić bardziej kontrowersyjnych rzeczy. Nie musiałem ich mówić, ale brakowało mi tej psychicznej swobody, że w każdej chwili mogę. Brakowało mi tego luzu, który towarzyszył nam na początku. Tak właśnie narodziła się "Spuścizna". Chciałem gadać z kumplami na przeróżne tematy, bez obaw, że ktoś wyżej da mi po łapach, jeśli przemycę do wypowiedzi malutką "kurwę". Cały czas dorzucamy kolejne pomysły na urozmaicenie podcastu, więc myślę, że zanim dojdziemy do 10 odcinka formuła "Spuścizny" powinna być już porządnie opracowana. Póki co motamy się z kwestiami technicznymi i organizacyjnymi, ale to przecież zabawa, więc nie ma się co spinać, prawda?

Imprezy: Było ich dużo. To był dla mnie naprawdę imprezowy rok. Postanowiłem nie opuszczać komiksowych spotkań i jeśli dobrze liczę, to jedynie Leszka w tym roku nie zaliczyłem. O każdej z nich da się powiedzieć coś miłego:

- Ligatura: Bawiłem się doskonale, mimo przeziębienia (które skutecznie odeszło kiedy zacząłem popijać Tabcin piwem). Udało mi się nawet poznać moją dziewczynę.
- Wąsata premiera: Śledziu, Kolektyw i Marek Lachowicz. Wszyscy zapuściliśmy wąsy i bawiliśmy się przednio. Zaskoczenie wieczoru to darmowy egzemplarz "Osiedla Swoboda" (w życiu bym się nie spodziewał, że narysowanie jednego, malutkiego pinupu zapewni mi egzemplarz "autorski"), czyli bonusowa kasa w kieszeni do przepicia. Co też zrobiłem.
- FKW: Cudowna impreza, przynajmniej dla mnie. Cała masa znajomych twarzy i bar z alkoholem pod ręką. Największe zakupy w moim życiu. Do domu przywiozłem chyba 11kg komiksów i odciski na dłoniach od noszenia torby.
- Bydgoszcz: kameralny wieczór z tańczącym KaeReLem i naprawdę niesamowitym hostelem. Tanio i na wysokim poziomie. Cztero-gwiazdkowy hotel w którym nocowałem na wyjeżdzie służbowym nie był tak przytulny.
- BFK: striptiz, komiksy i plaża. Czego chcieć więcej od wyjazdu nad morze?
- MFK: jak zawsze klasa. Wielkie wydarzenie, duża impreza i kupa zabawy. Gdybym tylko nie rozchorował się na samo after-party. Ale wspominam bardzo miło!

Rok temu pisałbym te słowa w mieszkaniu rodziców, zapewne o godzinie 22, bo trzeba będzie szykować się do snu. Obecnie jest godzina 3:13, mieszkanie rodziców jest prawie 600 km stąd, a ja jutro wstanę pewnie po 12 i zacznę poprawiać ten tekst. Usiądę wygodnie, podrapię się po brodzie, łyknę herbaty i z uśmiechem spojrzę na 2011 rok. Rok w którym dostanę w łapki mój pierwszy gruby twardo-okładkowy album. Rok w którym po raz kolejny zabiorę się za "Festiwal Filmowy". Rok, który jeśli Wszechświat pozwoli, będzie przynajmniej w połowie tak dobry, jak poprzedni. Czego sobie i wam życzę. Chyba, że wasz rok 2010 ssał. Wtedy nie.

Rok 2010 minął bardzo szybko. Do takiego stopnia, że sprawy, które działy się w 2009 roku, mieszają mi się z rokiem ubiegłym. Osiemdziesiąt procent mojego "wolnego" czasu poświęcałem na robienie komiksów. Większą część zabierał mi jeden projekt, nad którym od wielu lat pracuje i chciałbym ukończyć go w tym roku. Mam na myśli "Szelki" do scenariusza Jerzego Szyłaka.

Trzydzieści procent ze stu zajęły mi krótkie formy stworzone z różnymi autorami. Wolna ekspresja komiksowa "Filtr codzienności" z Dominikiem Szcześniakiem, "Egzamin z Norwidem" do scenariusza Pawła Timoiejuka, który ukazał się w "Przewodniku po Warszawie", "Mendy", zrobione razem z Pawłem Kumpiniewskim do zina "Biceps". Tam również ukazał się jednoplanszowy komiks bez tytułu, który popełniłem z Przemysławem Pawełkiem. Zrobiłem też kilka krótkich historyjek, które nie miały ukazać się w druku. Powstały od tak, po prostu. Wolne formy, wolne myśli. Natchnienie wywołane chwilą. Są to komiksy: "Muzyka", "Początek końca", "Magik", "Dziecięce zabawy" i "XXX". Resztę czasu poświęcam robieniu ilustracji i innych projektów graficznych. Niestety większą część mojego życia zabiera praca (tak to już jest, z tą pracą), która pozwala mi kupować komisy w Empiku, a nie czytać komiksy w Empiku.Inaczej mówiąc - mam na chleb. Jak najwięcej czasu staram się poświęcać ludziom mi bliskim. Najgorsze jest to, że to bardzo mało czasu.

Z rokiem 2010 zakończyłem współpracę z "Ziniolem", która polegała na przerabianiu obcojęzycznych tytułów w komiksach zagranicznych na tytuły polskie. Podobnie było z onomatopejami. Mam nadzieję, że nie przez to magazyn znika z półek. W 2010 roku w kilku głowach urodziło się parę projektów, które są w fazie powstawania... Pozdrowienia dla tych, którzy wiedza, że o nich mowa!

Jeśli chodzi o polską scenę komiksową w 2010 roku, to w mojej ocenie, pod względem tytułów wydanych na naszym rynku, było słabiej niż w roku ubiegłym. Ale pod względem imprez znacznie, znacznie lepiej! Świetna organizacja, super atmosfera, wiele atrakcji. Oby tak dalej!

wtorek, 28 września 2010

#570 - Tainted

Mający swoją premierę na łódzkim Międzynarodowym Festiwalu Komiksu (i Gier) album "Tainted" zbiera komiksy wspólnego autorstwa Bartosza Sztybora i Piotra Nowackiego w jednym woluminie. Dwaj twórcy, współpracujący ze sobą od kilku ładnych lat, dorobili się wreszcie pozycji, która może stanowić podsumowanie ich wspólnej obrazkowej działalności.


Wydaje mi się, że Jaszczu bardzo mocno "siedzi" w klasyce polskiego komiksu. Estetyka jego prac przesiąknięta jest staroszkolnym klimatem najlepszych prac Janusza Christy czy Tadeusza Baranowskiego. Bije od nich to komiksowe ciepło, dzięki któremu niejeden dzisiejszy czytelnik kilkadziesiąt lat temu zakochał się w kolorowych zeszytach. Dzięki temu Jaszczu łagodzi smutną wymowę "Tainted". Żadna z miłosnych historii obecnych na łamach tego zbioru nie kończy się typowym happy endem, co dość mocno kontrastuje się z ich radosną i kolorową oprawą graficzną. Scenariusze Bartka Sztybora są na wskroś nowoczesne. Pozbawione słów, silnie zikonizowane, odwołują się do modnej ostatnio tradycji komiksu niemego. Połączenie "nowego" i "starego", pierwiastków "sztyborowego" i "jaszczowego" (jak mogę jedynie przypuszczać) dało dość ciekawą kombinację. Oprócz tego, że Sztybor nie boi się mocna zagrać na uczuciach, lubi się również zabawić z komiksową materią. Najlepszym tego przykładem jest ostatni z szortów, przygotowany specjalnie na potrzeby tej publikacji. Na tle historii znanych z kart "Ziniola" czy "Jeju", to chyba najlepsza rzecz z "Tainted", zaraz obok znakomitego "Szóstego dnia", który swego czasu mocno zamieszał na digarcie.
 
Od czasów swoich pierwszych prac, Piotrek Nowacki fantastycznie się rozwinął i bardzo niewiele brakuje mu do czołówki polskiego cartoonu. Bardzo pewne, dopracowana technicznie, ale delikatna i krągła krecha została uszlachetniona delikatnymi wpływami wspomnianych mistrzów, Christy i Baranowskiego. Formie Jaszcza wtórują zatrudnieni na potrzeby projektu koloryści. Mieniące się (prawie) wszystkimi barwami tęczy rysunki Nowackiego prezentują jeszcze lepiej. Każdy z nich na swój sposób odrobił zadanie domowe. Juszczuk poleciała w cukierkowe klimaty, w przeciwieństwie do Pastuszki, który zdecydował się na bardziej przybrudzoną kolorystykę. Skrobol i Czyż jak najwierniej chcieli oddać estetykę prac, którymi się zajmowali i wyszło im to naprawdę znakomicie.









Mroja Press dba o wysoki standard edytorski swoich pozycji (choć Tomek Pastuszka udowadnia w komentarzach, że niekoniecznie) co, niestety, znajduje odbicie w dość wysokiej cenie. "Tainted" nie jest wyjątkiem od tej reguły. Nie wiem, czy warto było się spinać na twardą okładkę i błyszczącą kredę, skoro prace Sztybora i Nowackiego przywykły do zinowej oprawy. Jedynym mankamentem, do którego mogę się przyczepić jest dość niewyraźny i rozpikselowany spis treści. Podobnie, jak "Rewolucjach", innym komiksie Mroji, cena "Tainted" została podana w złotówkach, ale też w euro i dolarach. Dzięki temu, że nie znajdziemy w nim żadnych dymków, komiks od razu można przeznaczyć na eksport. 
 
Może "Tainted" wielkim komiksem nie jest i zachodnich rynków nie podbije, ale czułem wielką satysfakcję odkładając ten tomik na moją półkę. A to już bardzo dużo. Paradoksalnie zbiór opowieści o niespełnionych, trudnych, niemożliwych lub zwyczajnie bolesnych związkach został przygotowany przez twórców, którzy świetnie się rozumieją. Współpracy między Sztyborem, a Nowackiem nie brakuje chemii, a w ich związku świetnie się układa, czego najlepszym dowodem jest właśnie "Tainted".

piątek, 24 września 2010

#566 - Karton 5!

Rok mija od czasu kiedy na komiksowych półkach pojawił się pierwszy numer magazynu "Karton". I dziwię się, że to dopiero rok, bo w przeciągu ostatnich 12 miesięcy ukazało się 5 odsłon tego periodyku, co jak na nasze warunki jest sporym sukcesem. W każdym razie kartonowa ekipa nie zwalnia i na Międzynarodowy Festiwal Komiksu przygotowała numer piąty.Jest solidnie - do czego przy okazji ostatnich odsłon można się było przyzwyczaić. To co bardzo podoba mi się w "Kartonie" to to, że redaktorzy nie osiedli na laurach i cały czas zaskakują czymś nowym - czy to w środku pisma, czy w działaniach marketingowych... W przypadku #3 była to nowa, fenomenalna seria "Rubino" Patricio Didlo, a w #4 może niespecjalnie oryginalny acz sympatyczny jednorazowy (póki co) wyskok w postaci "Nerdówka" Karola Konwerskiego i Pawła Zycha oraz nowej serii pasków "Robić nie ma komu" Tomasza Kontnego i Tomasza Zycha. W piątce nowością jest seria autorstwa magistra Macieja Łazowskiego "Odpowiedzi na palące pytania", która jest zdecydowanie najmocniejszym punktem numeru, któremu nie postawił się nawet różowy jednorożec ze swoimi dwiema nowymi planszami przygód. Magister Łazowski w jednoplanszowych przerywnikach pomiędzy regularnymi kartonowymi seriami, z mądrością i humorem odpowiada na dręczące kolejne pokolenia pytania pokroju "dlaczego kobiety są głupsze od mężczyzn?" (pokochacie tę planszę!) czy też "dlaczego dzieci nie mówią?". Chylę czoła i proszę o więcej.

Nie jest to jednak jedyny komiks Maćka w "Kartonie" bowiem w środku znajduje się jeszcze jedna plansza "Cyberdetektywów z kosmosu". Jedna jedyna i będąca finałem tej sympatycznej (szczególnie w dwóch ostatnich numerach) serii. Szkoda, tym bardziej, że ostatnia strona wygląda jakby była zrobiona na siłę, ot, żeby już zakończyć przygody K.R.Y.S.T.I.A.N.A. i spółki.

No ale w zamian jest Łazowski solo.

Nieustannie wysoką formę prezentują "Ćmy" Tomasza Pastuszki, "Flatties" tego samego pana oraz Ewy Juszczuk (chociaż tutaj mówiąc o wysokiej formie mam na myśli warstwę graficzną) oraz komiks Marka Lachowicza (tym razem kolejne perypetie Grand Bandy!). Podobnie jak w poprzednich numerach raczej średnio wypada "Byle do piątku trzynastego" Bartosza Sztybora i Piotrka Nowackiego - po lekturze nowego epizodu ciężko powiedzieć mi cokolwiek innego ponad to, że był. Podobnie ma się rzecz z "168" Marcina Surmy oraz "Diogenesem" Przemysława Surmy. Tyle tylko, że przy tych seriach zaczęła mi przeszkadzać konieczność zapoznania się z poprzednimi ich epizodami aby zrozumieć (bądź przynajmniej mieć wrażenie, że się zrozumiało) sens dotychczas opublikowanej części historii. O ile w przypadku poprzednich odsłon miałem jeszcze siły na te "powroty do przeszłości", o tyle teraz jedynie przeczytałem, a ze zrozumieniem poczekam do ostatniego epizodu (ewentualnie jakiegoś albumowego wydania). Paskowe "Wyjście" i "Robić nie ma komu" na plus.

Jak co numer jest również gość zagraniczny. Prawie co numer, bo w czwórce nie było. Za to w najnowszym numerze jest dwóch - i to jakich! Tym razem Szczypta Realizmu należy do Filipe Andrade, który ma na swoim koncie m.in. pracę dla Marvela (!), a dwie plansze skradł znany w naszym kraju z "Trupa i sofy" oraz "Nokturno" Tony Sandoval!

Piąty numer trzyma poziom i ten piątak, który trzeba na niego wydać nie jest żadną kwotą! Jednak jeśli komuś za mało będzie komiksowych wrażeń to za kolejne 3zł może zaopatrzyć się w pierwszą kartonową zeszytówkę "Terror na wizji" Tomka Niewiadomskiego, którego pierwszą recenzję można przeczytać na Komiksofilii. Za to jutro odbędzie się wernisaż wystawy z pracami twórcy m.in. Nerwolwera, na którym bardzo możliwe, że będzie można zakupić ową zeszytówkę z nowymi przygodami Ratmana. W naszym kolorowym imieniu zapraszamy i do Kawangardy i do zakupienia nowych wydawnictw od Jaszcza i spółki - jak zawsze warto!

czwartek, 23 września 2010

#564 - Kolektyw #7

Pół roku temu omawialiśmy z Danielem szósty numer "Kolektywu" a tu bęc - już siódmy ma swoją premierę lada dzień. Siedem numerów to już poważne zinisko; jakby nie patrzeć, "Kolektywów" ukazało się do tej pory tylko o jeden mniej niż "Jejów", natomiast więcej niż "Maszinów", "Hardkorporacji" czy "B5". Dolnej Półce gratulujemy wytrwałości w redagowaniu magazynu, budowaniu marki i bezwzględnej selekcji nadsyłanych prac. Aż miło taki projekt wspierać - i dlatego właśnie Kolorowe zdecydowały się na objęcie najnowszego numeru patronatem medialnym.
Dla tych co preferują wersję "tl;dr" - jest dobrze i stabilnie, "Kolektyw" nie obniża poziomu, selekcja u drzwi klubu z wielką pandą w szyldzie wciąż działa bez większych zarzutów, na kartach magazynu przewija się wielu nowych twórców. Warto sięgnąć.

Dla tych co wolą dłużej i o każdej nowelce po kolei (zwłaszcza jeżeli są komiksiarzami zaangażowanymi w ich powstanie i łapczywie wypatrują każdej wzmianki o sobie) - poniżej krótki przegląd tego, co czeka na czytelników w magazynie. Mogą zdarzyć się jakieś minimalne spoilery. Zaczynamy od serii odcinkowych:

Miska owoców (Jakub Dębski i Igor Wolski) - powrót mojej ulubionej serii, której bardzo mi brakowało w #6. Jest absurdalny humor, są dobrze zarysowani bohaterowie, jest Nieśmiały Żuczek, cichy faworyt kilku czytelników. Dębski pokazuje lwi pazur jako scenarzysta humorystyczny, Wolski czaruje lekką i brawurowo dynamiczną krechą. Cieszy mnie to niezmiernie.

Kapitan Mineta (Bartosz Sztybor i Piotr Nowacki) - po debiucie w "Hardkorporacji" ta seria przeniosła się do poprzednich edycji "Kolektywu", z którym żyła niejako na kocią łapę - nieoficjalnie i gościnnie, za to regularnie. Z tym numerem następuje sformalizowanie związku i "Kapitan Mineta" awansuje do miana pełnoprawnej kolektywowej serii. W tym odcinku jest to, do czego przyzwyczaił nas w tej serii duet Sztybor&Nowacki, czyli mocne oparcie fabuły na erotycznych żartach. Przy okazji satyra na artystowskich krytyków filmowych. Jest OK, chociaż nie dorównuje poprzednim "Minetom".

Recours (Robert Sienicki i Łukasz Okólski) - porządny humorystyczny akcyjniak, jedyna seria w tym numerze, która kończy się jakimś cliffhangerem. Sienicki w jednej z trzech odsłon jako sprawny scenarzysta, miło też popatrzeć na to, jak się przez wszystkie numery rysunkowo wyrobił Okólski. Daje czadu po prostu.

Drużyna A.K. (Robert Sienicki, Jan Mazur i Igor Wolski) - cztery humorystyczne jednoplanszówki o nieudanych próbach ucieczki z więzienia czwórki karłów, znanych z poprzedniego numeru "Kolektywu". Ponownie Igor Wolski daje popis swojego dużego talentu, natomiast bele z makowcem serwują lekkie i bezpretensjonalnie zabawne sytuacje, okraszone dobrymi dialogami.

Najwydestyluchniejszy (Bartosz Sztybor i Maciej Pałka) - zgłębianie zagadki rozsianego po różnych zinach "Destylucha" odpuściłem już sobie jakiś czas temu, czekam na album. Całość chyba specjalnie nie posuwa akcji do przodu, warto jednak nadmienić, że Bartek pokazuje się w tym epizodzie jako świetny dialogista.

Czas przejść do tematycznych szortów. Na szczęście narzucająca się automatycznie tematyka religijna (siedem dni stworzenia, siedem grzechów głównych) nie została tutaj do cna wyeksploatowana, autorzy pokusili się o inne tropy.

Świnia w trawie – (Jakub Dębski, Robert Sienicki i Radosław Czyż) - szort pełen powrotów! Powrót Sienickiego do rysowania w "Kolektywie" (wreszcie!), powrót Dębskiego do swoich starych bohaterów - robotów D19 i B20, mocno wzorowanych na scenarzyście i rysowniku. Niezły strzał humorystyczny, mocno w stylu "Dużej Ilości Naraz Psów", ale jednak blednie w porównaniu z "Miską owoców". Radek Czyż wykonał świetną robotę jako kolorysta.

Całość – (Jan Mazur i Błażej Kurowski) - enigmatyczny i intrygujący w wymowie komiks komiks makowca i Qrjusza. Szort pobudza do dziesięciosekundowej refleksji, potem już zupełnie nie zostaje w głowie. Widzę w tym jednak dobry materiał na dłuższy album.

Jezioro (Paweł Stróż) - autor daje popis szerokim umiejętnościom w operowaniu różnymi stylami (czy wręcz nawet ich kopiowaniu). Robi to wrażenie, chociaż w przypadku tej historii taka żonglerka różnymi konwencjami graficznymi z kadru na kadr nie służy chyba niczemu poza naprężaniem rysunkowych muskułów. Ale i tak jestem pod wrażeniem.

Seven sins for fun (Agata Wawryniuk i Klaudyna Bajkowska) - stylizowana czcionka męczy oczy, ale tak poza tym, to jeden z najciekawszych i najbardziej pomysłowych komiksów w tym zestawieniu. Podobał mi się, poza tą czcionką.

Odpoczął (Mariusz Ciechoński) - popularny Wonder serwuje zgrabny, jednoplanszowy żart dla nerdów. Daje radę, graficznie też nie jest najgorzej.
7 minut w piekle (Małgorzata Szymańska) - dla wielu jeden z komiksów numeru, grafika przywodzi na myśli O'Malleya, odpowiedzialnego za "Zagubioną duszę" czy oczekiwanego na polskim rynku "Scotta Pilgrima". Fabuła nie zostaje w w głowie, ale jest na co popatrzeć, na zgrabną konstrukcję plansz, lekką krechę, wyśmienite wyczucie języka komiksu. Najdłuższy z szortów, a czyta się to migiem. Chcę więcej.

Siedem grzechów głównych (Maciej Łazowski) - jednoplanszówka artmaca w dość nietypowym dla niego stylu. Graficznie daje radę i chciałoby się zobaczyć więcej w takiej właśnie konwencji. Kadr o lataniu zapada w pamięć, reszta niestety mniej. Taka jakby blogowa notka w sumie o tym czego autor nie lubi w innych ludziach.

07:00 rano (Tomasz Grządziela) - spellcaster jak zwykle wymiata i pociska jeden z komiksów numeru, oferując to, do czego przyzwyczaił czytelników zarówno rysunkowo jak i fabularnie. W porównaniu do poprzedniego "Kolektywu" tym razem nie jest to komiks niemy. Jedyna wada to czarno-biała kolorystyka, wymuszona przez warunki techniczne.

W gąszczu liczb (Paweł Grześków) - zarówno typ humoru jak i strona graficzna dadzą się określić jednym tylko słowem - "sympatyczne". I nic poza tym. Chociaż nie jest to szczególnie oryginalne.

0.7 życzeń (Łukasz Bogacz / Romek) - styl rysunkowy przypomina mi Romana Gajewskiego, być może to on właśnie kryje się za pseudonimem "Romek". Cały pomysł oparty na prostej grze słów, ale dobrze opowiedziany, lektura wciąga. Raduje nawiązanie do kultowego serialu "Siedem życzeń".
Człowiek Szynszyla (Biram Ba) - Szynszyla to klasa sama w sobie, tutaj Biram ją tylko potwierdza, fachowo bawiąc się pastiszem superhero. Jak się mam już do czegoś przyczepić, to powiem, że nie pasuje mi to przymglone kolorowanie, dla mnie ono trochę zarzyna ten komiks i daje poczucie ociężałości. Ale poza tym jest mocno git.

Spełnienie (Magdalena Danaj) - chyba najbardziej "komikskobiecy" ze wszystkich komiksów w zbiorku. Troszkę odstaje graficznie od reszty in minus, puenta po namyśle jednak całkiem zabawna. Chociaż całość mogłaby być dwa razy krótsza.

Twoja stara jest boska (Grzegorz Teszbir i Weronika Kołodziej) - drugi z komiksów, który podejmuje motyw "siedmiu dni stworzenia", pierwszym był ten Mariusza Ciechońskiego. Fajna, fajna kreska i wykonanie; pomysł prosty i niepotrzebnie rozciągnięty na dwie plansze. Ale daje radę.

Clayton Howard (Robert Sienicki i Łukasz Okólski) - te dwie plansze trzeba chyba bardziej traktować jako teaser nadchodzącego papierowego "Scientii Occulty". Co zresztą sugeruje końcówka, z okładką komiksu i datą "kwiecień 2011". Tak, tak to absolutnie należy traktować, dla dobra twórców. Bo jako standalone szort jest jednak mocno przeciętny, ale jako blooper spełnia swoje zadanie.

Jeszcze jeden (Konrad Okoński) - Konrad Okoński w stylu jakiego nie znamy. I to w bardzo ciekawym stylu. Komiks niemy, wybitnie nie-mangopodobny. Przyzwyczajonych do wcześniejszych komiksów Konrada ten szort mocno zaskoczy - ale myślę, że bardzo na plus. Bardzo dobry kawałek komiksu.7 (Krystian Berlak) - Berlak inspiruje się baśniami braci Grimm, dorzuca trochę kadrów a la "Sin City", bawi się kompozycją planszy. Mocno tak sobie w porównaniu z innymi tytułami z antologii, ale nie da się odmówić, że to dość intrygująca rzecz.

Siedem stóp (Krystian Garstkowiak i Maciek Kowalski) - spotkanie na cmentarzu grabarza z wampirem. Intryga prosta i niewydumana, ale elegancko rozegrana. Rysownik mocno się postarał - w sumie daje to jeden z lepszych komiksów w tym numerze.

Wehikuł czasu (Tomasz Pastuszka) bardzo sympatyczna i pomysłowa plansza Asu, kapitalnie pomyślana jeżeli chodzi o konstrukcję i odniesienie do tematu numeru. Naprawdę doskonała Tematycznie kojarzy się z tym komiksem Tomka, który niedawno pojawił się na pierwszej stronie Metra.

I tyle.

Słowem podsumowania - warto sięgnąć, tym bardziej, że w tym momencie "Kolektyw" pozostaje wciąż jedynym zinem z otwartym naborem do kolejnych numerów. "Karton" funkcjonuje w ramach zaproszeń; natomiast "Ziniol" chętnie przyjmuje nadsyłane prace, ale nie informuje oficjalnych o żadnych terminach. I tu właśnie pozytywnie wyróżnia się "Kolektyw", który daje szansę na papierowy debiut twórcom mniej znanym. W tym numerze pojawia się sporo nowych nazwisk, zarówno absolutnych debiutantów, którzy jeszcze nigdzie nie publikowali, jak i znanych twórców, którzy do tej pory w "Kolektywie" nie gościli (Pastuszka, Ba). I to jest bardzo dobra droga, tak trzymać.