Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Erik Larsen. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Erik Larsen. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 19 marca 2026

#2533 - 4000 znaków... O Savage Dragonie od PolishComicArt.pl

We wrześniu 2025 roku wydawnictwo PolishComicArt.pl zapowiedziało sprowadzenie Savage Dragona do Polski. Plany były ambitne. Bohater stworzony przez Erika Larsena miał występować na łamach "Relaksu" w ramach pojedynczych, niezależnych historii, jak zapowiadał właściciel wydawnictwa PCA Krzysztof Garula na łamach Komiksopedii. Równolegle "Dragon" miał ukazywać się w formie wydań zbiorczych wzorowanych na edycji Ultimate Collection. Pierwsze z nich miało zostać opublikowane jeszcze w zeszłym roku zgodnie z pierwotnymi zapowiedziami, a kolejne tomy miały ukazywać się z częstotliwością jednego rocznie.

Co z tego wszystkiego wychodzi? Póki co - nic. 

W mediach społecznościowych PCA przeprowadzono wybory okładek do wersji limitowanych. Wydawca zgarnął pieniądze w ramach przedsprzedaży. 

A komiksu - póki co - nie ma.



wtorek, 12 listopada 2013

#1419 - Krótki zarys historii Image Comics cz.3: Highbrow i Shadowline

Dziś na „historyczną” rozkładówkę biorę nie jedno, ale aż dwa studia Image Comics, ale poniższy tekst i tak będzie najkrótszy w cyklu. Dlaczego? Zarówno Highbrow Entertainment, jak i Shadowline przez lata robiły po prostu swoje, wydając komiksy. Ich historia obyła się bez większych skandali i innych tego typu wydarzeń.


Studio założone przez Erika Larsena, czyli Highbrow Entertainment jest obecnie najspokojniejszym „zakątkiem” Image. Pierwotnie twórca ten planował stworzyć całe uniwersum w swojej części wydawnictwa i początkowo nawet mu się to udawało. Do Image Larsen sprowadził swoje postacie, które stworzył dla krótko istniejącego Megaton Comics, a byli to Savage Dragon i Vanguard. Po dużym sukcesie mini-serii z tym pierwszym herosem, Highbrow oficjalnie ruszyło z kopyta w 1992 roku. W ofercie imprintu znalazł się wydawany do dziś „The Savage Dragon”, a także serie „Vanguard”, „Freak Force”, „Star” czy „Super Patriot”. W obliczu początkowego sukcesu wydawało się, że każde z nich zdobędzie sporą popularność i na dłużej zadomowi się w ofercie Image, lecz z czasem wyniki sprzedaży zweryfikowały te śmiało założenia. Komiksy z  Highbrow były tymi, które najmocniej ucierpiały na nieporozumieniach ze sklepami komiksowymi. Po 1996 roku Larsen tylko dwukrotnie zdecydował się na opublikowanie czegoś poza kolejnymi przygodami Dragona, ale bohaterowie wszystkich spośród wyżej wymienionych serii nie zostali zapomniani. Każde z nich do dziś okazyjnie pojawia się w kolejnych numerach „The Savage Dragon”. Vanguard był nawet częścią planowanego na 2006 rok przez Roba Liefelda odrestaurowania „Youngblood”, lecz krótki żywot tej serii poskutkował powrotem do gościnnych występów w autorskiej serii Larsena.

Sam twórca wsławił się tym, że jako pierwszy pośród założycieli Image Comics opowiedział się przeciwko ścisłemu, komiksowemu uniwersum w charakterystycznym dla Marvela albo DC stylu. Powodem takiej postawy było to, co stało się na łamach "WildC.A.T.S." vol.1 #14, gdzie gościnnie wystąpili Freak Force i Savage Dragon. Studio Highbrow próbowało zaistnieć również na małym ekranie. Podobnie, jak Spawn i WildC.A.T.S., Savage Dragon został w 1995 bohaterem serialu animowanego, ale nie odniósł zbyt wielkiego sukcesu. Powstało jedynie 26 odcinków.

Aż do 2004 roku Erik Larsen po cichu funkcjonował sobie na boku wydawnictwa Image, ograniczając się do tworzeniach kolejnych przygód swojego zielonoskórego bohatera. W tym czasie został też nominowany na naczelnego Image Comics, ale nie można powiedzieć, że jako editor-in-chief miał jakiś znaczący wpływ na rozwój wydawnictwa. Nie powstrzymał on powolnych spadków wyników sprzedaży, a dziś zapamiętany zostanie pewnie z tego powodu, że to on pozwolił powrócić na łamy Image Robowi Liefeldowi. W końcu, nie mogąc pogodzić obowiązków naczelnego z tworzeniem „The Savage Dragon”, Larsen zrezygnował z posady, co okazało się świetną decyzją. Jego następca – Eric Stephenson – znów uczynił z Image trzecią siłę na rynku.


Pod koniec 2013 roku Highbrow Entertainment wydaje jedynie kolejne numery „The Savage Dragon”, który pomału zbliża się do 200 numeru. Larsen próbował jeszcze reanimować „Supreme” dla studia Extreme, ale o tym dowiecie się więcej z kolejnych wpisów. 

Jak już mogliście dowiedzieć się z poprzednich wpisów, Shadowline jest studiem założonym przez Jima Valentino. Oficjalnie powstało ono w grudniu 1992 roku, gdy małe, lecz znane do dziś logo, pojawiło się na wewnętrznej stronie okładki komiksu „Shadowhawk” #3. Właśnie ten tytuł miał być wiodącą pozycją imprintu, oczywiście tworzoną przez samego Valentino. Jakież musiało być zdziwienie twórcy, gdy okazało się, że jego flagowa kreacja okazała się jednym z najgorszych (pod względem wyników sprzedaży) tytułów w ofercie Image. „Shadowhawk” w krótkim odstępie czasu zaliczył trzy krótkie serie (łącznie osiemnaście numerów), po czym odszedł w zapomnienie.

Valentino publikował także prace innych twórców, ale w były one w większości przypadków po prostu kiepskie. W końcu przyszedł rok 1997, gdy twórca wymyślił sposób na ratowanie swojego tworu. Oficjalnie ogłoszono, że Shadowline przestaje istnieć, a w jego miejscu pojawi się „Non-line” – zarządzany przez Valentino imprint, nie będąca osobnym studiem, który publikować będzie wybrane komiksy zdolnych twórców, a od czasu do czasu sam twórca coś napisze i narysuje. Oznaczało to również kres istnienie uniwersum Shadowline i od tamtego czasu każda seria istnieje „sama dla siebie”, bez powiązań z innymi tytułami. Może Non-line nie odniosło spektakularnego sukcesu, ale jego założenie pozwoliło jednemu z założycieli Image przetrwać.


Jim Valentino jednak nie był zbyt zadowolony z tego, co osiągnął w wydawnictwie. Gdy w 1999 roku nominowano go na naczelnego Image, Non-line jako osobny twór de facto przestaje istnieć. Owszem, wciąż ukazywały się komiksy „bez studia”, lecz nie było jednej osoby sprawującej nad nimi pieczę. Spekuluje się nawet, że Valentino został naczelnym, by ponownie poczuć się ważnym w Image, skoro większość jego kolegów-współzałożycieli odnosiło zdecydowanie większe sukcesy. Miał on ogromnego pecha, ponieważ na samym początku to właśnie jemu przyszło posprzątać po odejściu Jima Lee, gdy ten przeniósł Wildstorm do DC Comics. Cała kadencja twórcy polegała na tym, by ustabilizować pozycję wydawnictwa po zdarzeniu, które rozwaliło wspólne uniwersum Image. Efekt rządów Valentino jest widoczny do dziś, ponieważ to właśnie za jego czasów wydawnictwo przebranżowiło się i otwarło na autorskie projekty młodych, zdolnych twórców. W 2004 roku, Jim zostaje zastąpiony przez Erika Larsena.

W tym też okresie dwudzieste urodziny obchodził Normalman – jeden z herosów stworzonych przez Valentino. Specjalny komiks z jego udziałem był jednocześnie odrodzeniem się Shadowline. W 2005 roku pojawia się pierwszy zeszyt, który znów posiada charakterystyczne logo na okładce. Jest nim (oczywiście) „Shadowhawk” vol. 2 #1. Tradycji stało się jednak zadość i seria nie przetrwała zbyt długo (tym razem 15 numerów), lecz pociągnęła za sobą całą falę tytułów do scenariusza swojego twórcy. Gdy ta przeszła, Shadowline skupiło się na publikacji 3-5 tytułów miesięcznie, za powstanie których rzadko kiedy odpowiada sam Valentino. Tak studio funkcjonuje do dziś, wydając między innymi takie hity jak „Peter Panzerfaust” czy „Rebel Blood”. Na zakończenie warto jeszcze wspomnieć o Silverline – założonej przez Valentino linii wydającej od czasu do czasu powieści graficzne.

Autorem tekstu jest Krzysztof Tymczyński, a to już trzecie miejsce w sieci, gdzie jest publikowany. Najpierw był Kazet, a potem autorski blog Krzyśka, na który wszystkich serdecznie zapraszam.

środa, 6 listopada 2013

#1413 - Krótki zarys historii Image Comics

Na początku było... wydawnictwo Marvel Comics. Historia Image Comics rozpoczyna się w 1991 roku, gdy do biura Terry’ego Stewarda – ówczesnego prezydenta Domu Pomysłów – przychodzi grupka twórców niezadowolonych z tego, w jaki sposób są traktowani przez swoich szefów. W większości rysownicy mają pretensje o to, że ich prace traktowane są jako taśmowy wyrób, nie mają żadnego wpływu na proces twórczy, a najbardziej chyba boli ich fakt, że nie posiadają praw autorskich do stworzonych przez siebie postaci i historii.


Na czele grupy, która domagała się zmian w funkcjonowaniu Marvela stali Todd McFarlane oraz Rob Liefeld, twórcy w tamtym czasie z absolutnego topu. Niestety, Steward pozostał głuchy na ich prośby, więc obaj panowie postanowili odejść z wydawnictwa. Przy okazji pociągnęli za sobą innych niezadowolonych - Jima Lee, Erika Larsena, Marca Silvestriego, Jima Valentino, Whilce`go Portacio oraz Chrisa Claremonta. Rok później ósemka uciekinierów ogłosiła otwarcie wydawnictwa Image Comics. Nowa, założona przez artystów oficyna miała przede wszystkim zapewnić pełną wolność twórczą. Nikt już nie mógł powiedzieć Jimowi Lee, żeby kolejne numery pisanej przez niego serii mają być częścią większego crossovera. Kolejny fundamentem Image miało być to, że prawa autorskie do wszystkiego, co stworzyli poszczególni twórcy miały zostać w ich rękach. Jedyną „częścią” wydawnictwa będącą jego własnością okazało się znane już od dwudziestu lat logo, stworzone przez Hanka Kanalza

Od początku głównym założeniem twórców Image Comics było stworzenie osobnych studiów dla każdego z nich, aby w jego ramach mogli realizować swoje własne, nie narzucane przez nikogo, komiksowe pomysły. I tak każdy z twórców zrzeszonych w wydawnictwie stworzył swoją markę. Wyjątkami byli Chris Claremont, który wolał pozostać freelancerem i przeżywający w tym czasie zawirowania rodzinne Whilce Portacio. Ostatecznie Image dorobiło się sześciu imprintów:

Extreme Studios – założone przez Roba Liefelda. Tu publikowano takie tytuły jak „Youngblood”, „Prophet” czy „Supreme”.

Highbrow Entertainment
– którego twórcą był Erik Larsen, twórca „The Savage Dragon” oraz „Freak Force”.

Shadowline – stworzone przez Jima Valentino. Na początku największym hitem studia była seria „Shadowhawk”.

Todd McFarlane Productions – tu raczej nie trzeba pisać kto był założycielem, prawda? W tym studiu powstał „Spawn”.

Top Cow Productions – „dziecko” Marca Silvestriego i dom takich serii jak „Witchblade” czy „The Darkness”

Wildstorm Productions – gdzie swój dom znalazły wszystkie pomysły Jima Lee, na czele z „WildC.A.T.S.” oraz „StormWatch”.

Losy każdego z tych studiów, a także tych, które powstały w późniejszym okresie, zasługują na osobne notki. Ale wróćmy do Image. Na samym początku swojego funkcjonowania, nowy gracz na rynku podczepił się pod wydawnictwo Malibu Comics i korzystał z jego kanałów dystrybucji, marketingu oraz administracji. Trwało to tylko do 1993, ponieważ Image bardzo szybko stało się poważnym graczem na rynku i mogło się już ostatecznie usamodzielnić. Jak do tego doszło? Niemal każdy z opublikowanych przez nowe wydawnictwo komiksów stawał się rynkowym hitem. Tak było z historycznie pierwszą pozycją od Image – „Youngblood” #1, a także właściwie z każdym kolejnym komiksem. Przykładowo, „Spawn” #1” sprzedał się w nakładzie 1.7 miliona egzemplarzy, co do dziś jest rekordem wśród komiksów spoza Marvela i DC. Część spośród ojców-założycieli uznało, że warto stworzyć coś na kształt uniwersum Image i, przy zachowaniu swobody twórczej, niektóre serie zaczęły się przenikać. Dzięki temu czytelnicy mogli być świadkami team-upu Spawna z Youngblood czy Wild C.A.T.S. z Savage Dragonem. Erik Larsen oraz Jim Valentino obawiali się, że doprowadzi to do przekształcenia Image w korporację podobną do tej, którą z hukiem opuścili i z czasem zaczęli się wycofywać ze idei wspólnego uniwersum.

Stereotypowo wyobrażenie o komiksach z wczesnego Image równa się zbiorowi wszystkiego, co najgorsze w komiksie superbohaterskim lat dziewięćdziesiątych, ale pamiętać należy, że wydawnictwo nie publikowało jedynie pozycji napakowanych nawalankami kolorowych trykociarzy. Przejrzyste zasady funkcjonowania i stawianie artystów na pierwszym miejscu zaczęło stopniowo przyciągać kolejnych twórców, którzy chcieli stworzyć coś całkowicie po swojemu. I tak wkrótce Image zaczęło publikować takie tytuły jak „The Maxx” Sama Kietha, „Pitt” Dale’a Keowna czy „Astro City” Kurta Busieka oraz Alexa Rossa. Ale już wkrótce sielanka miała się skończyć...

Pierwsze kłopoty Image Comics pojawiły się w połowie lat 90-tych, gdy sklepy komiksowe dość mocno okroiły ilość zamawianych u wydawcy komiksów. Wszystko ze względu na dość niekorzystne dla nich zasad współpracy, przez które sprzedawcy zostawali z ogromną ilością komiksów, których nikt nie chciał kupować. To zabolało poszczególne studia, zwłaszcza pod względem finansowym. Rozwiązaniem okazało się zatrudnienie Larry’ego Mardera, który nawiązał nowe kontakty z poszczególnymi dostawcami komiksów i ustalił  jasne oraz korzystne zasady dla obu stron. Po jakimś czasie zamówienia na komiksy od Image znów zaczęły wzrastać, a kolejne serie pokroju „Witchblade” czy „Gen13” znowu lądowały na liście bestsellerów. Image wyprzedzając upadające już Malibu Comics oraz Valiant Comics stało się trzecią siłą na rynku, sadowiąc się tuż za plecami wielkiej dwójki.

Niestety, gdzie kucharek sześć tam... spore kłopoty. Jak to zwykle bywa sukces okazał się przyczyną upadku. Jak to się potocznie mówi, sodówka uderzyła do głowy. Pomiędzy ojcami-założycielami projektu, zaczęły pojawiać się spięcia. Rob Liefeld został naczelnym całości wydawnictwa i zaczął wykorzystywać swoją pozycję do promowania Maximum Press – autorskiego wydawnictwa komiksowego, którego nie włączył w struktury Image. Jako pierwszy zaprotestował Marc Silvestri, któremu nie podobały się próby podkupienia Michaela Turnera z jego studia przez Liefelda. Pierwszym odszczepieńcem okazało się Top Cow. Te wydarzenia odbiły się na całym Image. Po wielu naradach w 1996 roku postanowiono wyrzucić twórcę „Youngblood” z wydawnictwa. Ten zabrał ze sobą całość studia Extreme, połączył z Maximum Press i przekształcił w wydawnictwo Awesome Comics. Silvestri w reakcji na te wydarzenie powrócił z Top Cow w struktury Image. Gdy wydawało się, że nastały spokojniejsze czasy, w 1998 roku prawdziwą bombę zrzucił Jim Lee. Jego WildStorm zostało sprzedane DC Comics i można powiedzieć, że w tym momencie nastąpił faktyczny koniec „uniwersum Image”, co sprawiło sporo kłopotów poszczególnym twórcom i ich komiksom. Już odejście Liefelda sprawiło, że Todd McFarlane musiał dość poważnie zmienić origin Spawna, lecz zniknięcie WildStormu wpłynęło na takie serie jak „Cyber Force”, „Hunter Killer”, a także na miesięcznik, którego bohaterem był Al Simmons.

Wraz z odejściem Lee, poszczególne studia zmieniły nieco taktykę wydawniczą. Komiksy z Top Cow stały się praktycznie osobnym uniwersum, podobnie jak wspomniane już prace McFarlane’a. Erik Larsen skupił się wyłącznie na „The Savage Dragon”, co zresztą robi do dziś, a Shadowline zostało zamknięte. W 1999 roku z pracy odszedł Larry Marder, a zastąpił go Jim Valentino. Od tego czasu Image postanowiło zdywersyfikować swoją ofertę i skupić się na publikowaniu komiksów określanych jako „non-studio”, oczywiście nie zabraniając poszczególnym twórcom publikować pod własnym szyldem. Valentino ustąpił w 2004 roku, zastąpiony przez Erika Larsena. Ten nie wsławił się niczym, ponieważ kontynuował dzieło swojego poprzednika. Nie był to najlepszy okres dla Image, które osiągało coraz gorsze wyniki sprzedaży i musiało rywalizować z Dark Horse Comics oraz IDW Publishing o miano trzeciej siły na rynku. Wszystko miało zmienić się jednak w 2008 roku.

Wtedy też w Image pojawił się Eric Stephenson. Nie tylko namówił on Jima Valentino do wskrzeszenia Shadowline, ale przede wszystkim postawił na scenarzystę, który nazywał się Robert Kirkman. Chyba bez przesady można powiedzieć, że to właśnie ojciec „The Walking Dead” oraz „Invincible” uratował Image przed popadnięciem w całkowitą przeciętność i (być może) rychłym upadkiem. Komiksy Kirkmana wpłynęły na zmianę profilu wydawnictwa – superherosi zeszli na bok, a w cenie zaczęły być komiksy o znacznie bardziej różnorodnej tematyce. Niesamowitym przebojem okazały się „Żywe trupy”, ale znowu – ich fenomen to materiał na osobną notkę.

W Image znów wzrosła rola poszczególnych studiów, lecz komiksy „non-studio” nie straciły na swojej ważności. Dziś można śmiało powiedzieć, że aktualna oferta Image to w połowie pozycje studyjne, a w połowie komiksy wydawane pod wspólnym szyldem. W połowie 2010 roku Kirkman zakłada własny imprint Skybound, a w 2012 roku John Michael Straczynski reaktywuje Joe’s Comics. Wcześniej była to mała część Top Cow, dziś pełnoprawne studio Image. Wspomnieć należy także, że w 2007 roku do Image wraca Rob Liefeld. Próbuje on reanimować markę „Youngblood”, a w 2012 roku ze średnim skutkiem przywraca do życia studio Extreme.

Pomimo tego, rok 2012 ogólnie był pasmem sukcesów wydawnictwa. Z okazji dwudziestolecia istnienia Image, nie tylko przyciągnięto masę uznanych twórców, ale także ruszono ze sporą ilością nowych pozycji. Wśród nich „Saga”, „The Manhattan Project” czy „Fatale”. Image odzyskało pozycję trzeciej siły na rynku, a rok 2013 pokazał, że na tym wydawnictwo nie ma zamiaru poprzestać.

Autorem powyższego tekstu jest Krzysztof "Lokus" Tymczyński. Pierwotnie ukazał się on na  ostatnio założonym przez niego blogu poświęconym Image Comics. Wpadajcie tam, jak chcecie poczytać coś fajnego o wydawnictwie, które wydaje Spawna, Żywe trupy i przygody pewnego zielonego smoka.  

wtorek, 8 września 2009

#244 - Nadchodzi niebezpieczeństwo!

O zbliżającym się wielkimi krokami pierwszym w siedemnastoletniej historii wydawnictwa Image Comics crossoverze "Image United" przez długi czas nie było wiadomo nic ponad to, że ma się ukazać w bieżącym roku. Jednak im bliżej pojawienia się w sklepach pierwszego numeru tym szum medialny coraz większy, a języki twórców zamieszanych w całe przedsięwzięcie jakby bardziej rozwiązłe. Ostatnio nieco szczegółów wyjawił Robert Kirkman serwisowi Comic Book Resources.

W "Image United" główne role grają tacy herosi jak Spawn, Savage Dragon, Witchblade, Shadowhawk, członkowie grup Youngblood i Cyberforce oraz zupełnie nowa postać o imieniu Fortress. Dzięki połączonym siłom mają oni stawić czoła wielkiemu niebezpieczeństwu, zagrażającemu istnieniu świata w którym żyją, jednak czym ono jest, jak działa i kto za nim stoi - tego póki co nie wiadomo. Za stronę graficzną odpowiada sześciu (z siedmiu) założycieli wydawnictwa, czyli Todd McFarlane, Erik Larsen, Marc Silvestri, Whilce Portacio, Jim Valentino i Rob Liefeld. Brakuje jedynie Jima Lee, który ma podpisany kontrakt na wyłączność z DC Comics, ale czynione są starania, żeby mógł on chociażby stworzyć okładkę do jednego z sześciu numerów mini-serii. Scenarzystą serii mianowano Roberta Kirkmana, który od dobrych kilku lat z powodzeniem tworzy hitowe serie dla Image jak "Żywe Trupy" czy "Invincible".

Wyczekujący listopadowego terminu będą mogli już miesiąc wcześniej zacząć przygodę z "Image United" - na łamach czterech regularnych serii zostanie przedstawiony prolog do eventu, określanego przez Kirkmana jako "świetny, duży, mega-crossover". Wstęp ten skupi się nieco na herosie stworzonym przez Whilce'a Portacio (Fortress), który przyodziany w tajemniczy skafander nie wie skąd go ma, co się z nim ostatnio działo, jakie ma moce i jak to jest być superbohaterem. Wydarzenia przedstawione w prologu poprowadzą prosto do numeru pierwszego, który rozpocznie się wizją nowego bohatera dotyczącą zbliżającego się niebezpieczeństwa, któremu czoła będzie musiał stawić zarówno on jak i reszta tych "dobrych". Oprócz wymienionych wyżej herosów możliwe są występy gościnne innych postaci z Image Comics - Kirkman zapowiada w prologu występ kogoś, kogo czytelnicy się nie spodziewają, ale na pytanie czy będzie to jego Invincible odpowiada "Bez komentarza". Wszystko to co wydarzy się na łamach mini-serii ma odbić się na uniwersum Image, jak i na samych głównych bohaterach. Scenarzysta omówił z każdym z twórców postaci co może on zrobić ich "dzieciom" i należy się spodziewać, że zarówno Spawn, Witchblade, Dragon i reszta zapamiętają to wydarzenie na nieco dłużej.

"Image United" zapowiada się przede wszystkim jako świetny wizualnie komiks, będący swego rodzaju graficznym jam session. Już kilka razy pisaliśmy na czym będzie to polegać, ale nie zaszkodzi raz jeszcze - każdy z twórców rysuje tylko i wyłącznie swojego bohatera, więc jeśli na jednym kadrze występuje i Spawn i Fortress to można być pewnym, że nad obrazkiem pracował zarówno McFarlane jak i Portacio. Jeśli zaś chodzi o tła to będą one głównie zasługą Erika Larsena.

Szczerze przyznam, że o ile jestem bardzo zainteresowany tym crossem ze względu na udział Dragona i jego stwórcy, to nie specjalnie przyciąga mnie (na razie!) do niego dość sztampowa historia (wizja nadchodzącego niebezpieczeństwa) i chwyt z wprowadzeniem nowego herosa, który okaże się zapewne głównym rozgrywającym. Mam jednak nadzieję, że Kirkman stanie na wysokości zadania i w przeciwieństwie do swojego jednonumerowego crossoveru (jak określano sześćdziesiąty numer "Invincible") poradzi sobie o niebo lepiej z całą tą zgrają bohaterów. Jak na razie bowiem, całe to wydarzenie wygląda mi na dobrze się graficznie zapowiadający skok na kasę w stylu "chodźcie zobaczcie jak sobie świetnie radzimy po połączeniu sił!". Obym się mylił.

Pierwszy numer "Image United" trafi do sklepów 25 listopada, a prolog do tego wydarzenia rozegra się w październikowym "Savage Dragon" #153, "Witchblade" #131, "Invincible" #67 i "Spawn" #197.

(wszelkie nowości odnośnie tego wydarzenia można śledzić na imageunited.info)

poniedziałek, 31 sierpnia 2009

#236 - Larsenowe Poniedziałki: Złowieszcza Szóstka

Podczas wieloletniej współpracy Erika Larsena z Marvel Comics, miał on okazję zajmować się takimi herosami jak Fantastyczna Czwórka, Wolverine, Punisher, Nova czy Defenders. Najbardziej jednak kojarzony jest ze swoją przygodą ze Spider-Man'em, którego początkowo tworzył wraz z Davidem Michelinie ("Amazing-Spider-Man" #324, 327, 329-344, 346-350), aby niedługo potem samodzielnie zająć się tworzeniem przygód Pajęczaka ("Spider-Man" #15, 18-23). W obu tych przypadkach najciekawszymi historiami były te, które traktowały o potyczkach Petera Parkera ze Złowieszczą Szóstką - grupą złoczyńców, która po raz pierwszy pojawiła się przy okazji "The Amazing Spider-Man Annual" #1 (w składzie Doc Ock, Mysterio, Vulture, Electro, Sandman, Kraven), a ich "larsenowe" spotkania z Pająkiem były kolejno drugą i trzecią bitwą. Pierwsza z nich - "The Return of the Sinister Six" - miała miejsce w ASM#334-339 (Kravena zastąpił Hobgoblin), natomiast druga "Revenge of the Sinister Six" w SM#18-23. Jako że z "Powrotu.." posiadam jedynie 4 zeszyty, a z "Zemsty.." całość, to zajmę się dziś tą drugą historią.

Tak jak wspominał Larsen w publikowanym u nas wywiadzie, moment w którym przejął on "Spider-Mana" był dość ciężki - chwilę wcześniej odszedł z serii Todd McFarlane (ówczesna supergwiazda) i zastępując go na stanowisku zarówno scenarzysty jak i rysownika, musiał on wspiąć się na wyżyny, żeby utrzymać sprzedaż i zainteresowanie serią. Z tego też względu postanowił stworzyć sześcionumerową serię o potyczce Parkera z bandą jego odwiecznych przeciwników dowodzonych przez Doktora Octopusa. Jednak w przeciwieństwie do "Powrotu Złowieszczej Szóstki", Spider-Man może tym razem liczyć na wsparcie wielu innych superbohaterów, co sprawia, że bitwy pomiędzy złymi a dobrymi obfitują w wiele starć jeden na jeden, w których nikt nie pozostaje "bezrobotny". Jak zawsze w tego typu wydarzeniach chodzi o podbicie świata - Doc Ock, posiadające nowe, zbudowane z adamantium macki, po raz kolejny łączy się ze starymi towarzyszami broni (Vulture, Electro, Mysterio, Hobgoblin i Sandman) i z ich pomocą chce przejąć władzę nad światem. Problem jest jeden i zawsze ten sam - Spider-Man (i jego towarzysze), który zawsze musi się wtrącić na chwilę przed ostatecznym triumfem. "Zemsta Złowieszczej Szóstki" to typowa historia z lat 90tych, w której chodzi głównie o bijatykę i przedstawienie efektownych pojedynków. A że numerów jest sześć, to i starć Spider-Mana z przeciwnikami jest wiele - mimo porażek, pobicia, konieczności zamontowania mechanicznego ramienia i dodatkowych, wielkich wyrzutników sieci Parker zawsze ma siły, żeby po raz kolejny zmierzyć się z Octopusem i spółką. W pierwszych numerach i pierwszych starciach u jego boku pojawiają się pojedynczy bohaterowie w postaci Hulka, Ghost Ridera, Solo czy Deathloka, lecz finałowa bitwa to już zdecydowanie bardziej wyrównane liczebnie szanse. Jej wynik jest łatwy do przewidzenia, a sama historia nie należy do takich, które miałyby zmienić wiele w życiu Pajęczaka. Mimo tego "Zemsta Złowieszczej Szóstki" to kawał solidnej lektury z końca ubiegłego wieku, z typowymi dla tamtych czasów elementami pokroju herosów dźwigających ogromne pukawki i posiadających niezliczone ilości pasów, pasków i opasek z kieszeniami (np. Solo) czy wzbudzających strach u przeciwnika a śmiech politowania u czytelnika tekstów pokroju powtarzanego co rusz "Kiedy Solo żyje, terror umiera!" czy patetycznych tekstów Ghost Ridera "Musi zapłacić za niewinną krew, którą przelał!" i tym podobnych. Dostawanie kolejnych klapsów nie jest jednak jedynym problemem Petera Parkera, bowiem musi się on również zmierzyć z faktem, że jego żona Mary Jane dostała rozbieraną rolę w filmie z niejakim Arnoldem Schwarzenheimerem, czemu oczywiście jest on przeciwny. Nie jest to konflikt czy dylemat w którym od źle podjętej decyzji zależałyby losy świata, ale pokazuje to, że oprócz lania po pyskach Spider-Man ma też inne życie, z którym niekoniecznie sobie dobrze radzi. No i plus dla postaci Mary Jane, że nie jest jedynie miluśną żoną superbohatera, a ma swoje plany i ambicje. Zresztą Erik doskonale radzi sobie w przedstawianiu superbohaterów jako zwykłych ludzi, którzy po zrzuceniu kostiumów mają problemy nie mniejsze niż kolejna potyczka z Doktorem Ośmiornicą. Z larsenowych ciekawostek warto wymienić kilkukrotny występ Cyborga X - prototypu obecnego SuperPatriota z uniwersum Savage Dragona, czy też pojawiającego się co jakiś czas Jona Daya - czwartoplanowej postaci, którą Erik umieszcza w swoich komiksach od wielu, wielu lat. Jeśli chodzi o grafikę, to w porównaniu z chociażby "Return of the Sinister Six", jest ona znacznie bardziej "gęsta", z większą dbałością o plan drugi i dalsze i lepszym cieniowaniem chociażby samych postaci. Ciężko jednak powiedzieć mi czy to tak wyraźnie ewoluował talent Larsena, bowiem "Powrót.." publikowany był w trybie dwóch numerów na miesiąc, więc żeby zdążyć z terminami Larsen zajmował się samym szkicem. W "Zemście.." twórca Dragona miał więcej czasu na jeden numer (tryb miesięczny) i tym samym mógł dokładniej zająć się rysunkiem i inkowaniem. Jakby nie było "Revenge of the Sinister Six" było tą historią, którą Larsen zdobył komiksową część mojego serca.

Powyższe potyczki ze Złowieszczą Szóstką zostały opublikowane u nas dzięki legendarnemu wydawnictwu TM-Semic. I o ile "Powrotowi Sinister Six" poświęcono trzy numery polskiej edycji przygód Pajęczaka (11-12/92, 1/93), o tyle sześcionumerowa "Zemsta Sinister Six" musiała się zmieścić w zaledwie dwóch zeszytach (8-9/93 - standardowo zbierających po dwa amerykańskie numery). Wiązało się to oczywiście z pomijaniem niektórych stron, z czego zresztą wydawnictwo słynęło. Poniżej małe podsumowanie tego, które oryginalne numery wchodziły w skład naszych wydań, ile i które ze stron zostały wycięte i mniej więcej co się na nich znajdowało:

"Spider-Man" TM-Semic 8/1993 r. (nr 38):
"Spider-Man" #18 - brak 1 strony (pominięta strona 1 na której Pająk podąża za Cyborgiem X; dodatkowo zamieniona kolejność pierwszych 3 stron - to co w TM-Semicu jest na str 1 powinno być na 3)
"Spider-Man" #19 - komplet (w tym numerze kolejna część "Zemsty.." liczyła zaledwie 12 stron - powodem tego było to, że doszczętnie spłonął dom Larsena i zajęty był on innymi sprawami niż Pająk i spółka; drugą połowę numeru wypełniała pierwsza część historii Terry'ego Kavanagha i Scotta McDaniela "Diabolique!")
"Spider-Man" #20 - brak 2 stron (ponownie tylko połowę numeru poświęcono Złowieszczej Szóstce, a resztę numeru drugiej części "Diabolique!"; w polskiej edycji pominięto dwie pierwsze strony na których Nova na dachu jednego z budynków znajduje pobitego Spider-Mana i po krótkiej rozmowie odlatuje wezwany przez New Warriors)

"Spider-Man" TM-Semic 9/1993 r. (nr 39):
"Spider-Man" #21 - brak 6 stron (pominięta str 2 - strzelanina z udziałem Solo, 5 - MJ w bieliźnie martwiąca się o Petera, który nie wrócił na noc, 6 - Parker budzący się w rządowym laboratorium, 11 - rozmowa Spidera z Deathlokiem, 15-16 - Spider-Man i Deathlok przechodzą na chwilę do innego wymiaru w poszukiwaniu Ocka i spółki)
"Spider-Man" #22 - brak 8 stron (pominięta str 1 - splash z Ockiem, 3 - budzący się w swoim domu Parker, 9 - MJ informująca Parkera, że dostała wymarzoną rolę w filmie, 10 - szykujący się do kolejnej bitwy Solo, 12-14 - Dum Dum Dugan znajduje rannego Deathloka, a Sinister Six morduje agentów Hydry, 17 - Sleepwalker porażony przez Electro)
"Spider-Man" #23 - brak 9 stron (pominięta str 1-3 - Spider vs Vulture i Electro, podwójny splash z Gog'iem w tle, 5 - MJ pukająca do drzwi reżysera, 6 - Spider vs Hobgoblin, 9 - pojawienie się Solo i Novy, 14-15, 17 - bitwa; dodatkowo w rodzimej wersji zmieniono kolejność pierwszych stron)

Tym samym w naszym wydaniu zabrakło 26 stron, czyli nieco więcej niż jednego oryginalnego zeszytu - nożyce redaktora były chyba rozgrzane do czerwoności. Zgodność polskiej i amerykańskiej wersji sprawdzałem wraz z zeszytową wersją. Co ciekawe, wydanie zbiorcze tej historii (z 1994 roku, posiadające błędy w stylu purpurowa skóra Hulka na niektórych stronach) również nie uniknęło edytorskich cięć, jednak nie tak drastycznych jak nasza rodzima edycja - usunięto jedynie ostatnią stronę pierwszej części.

W bieżących przygodach Spider-Mana, Sinister Six dawno nie uprzykrzało życia Petera Parkera, ale w ciągu najbliższych kilkudziesięciu numerów może się to zmienić. Na 2010 rok, w którym zgodnie z planem ma ukazać się #666 serii "Amazing Spider-Man", zaplanowana jest historia "Sinister 666" o której jak na razie nie wiele wiadomo. Spekulacje mówią o ponownym pojawieniu się Mefisto w życiu Parkera czy też kolejnym zjednoczeniu oryginalnej Szóstki, co wiązałoby się z powrotem zza grobu Kravena (bądź zastąpnieniu go jego córką). Może pojawienie się nowej wersji Octopusa w jubileuszowym #600 jest jakąś wskazówką? W każdym razie - może to również jest to ze sobą powiązane - Marvel zaplanował reedycję dwóch pierwszych spotkań Parkera ze Złowieszczą Szóstką w jednym tomie o nazwie "Spider-Man: Sinister Six", która lada dzień ma pojawić się na sklepowych półkach. Jest więc nadzieja, że kolejne wydanie "Revenge.." nawiedzi sklepy przed zbliżającym się "Sinister 666", bo mimo upływu tylu lat, warto w całości, bez wyciętych stron, zapoznać się z tą historią.

Tym samym dobiegł końca mój czterowpisowy cykl o Larsenie, który mam nadzieję dla niektórych był taką samą frajdą jak dla mnie. O Dragonie, Eriku i innych jego projektach jeszcze nie raz będę pisał, chociaż może już nie na Kolorowych Zeszytach, a w zupełnie innym miejscu. Szczegóły (mam nadzieję) wkrótce!

środa, 26 sierpnia 2009

#232 - Kolorowe Zeszyty (6)

Zgodnie z obietnicą daną kilkadziesiąt wpisów temu, dzisiejszy tekst poświęcony będzie kolejnym krótkim recenzjom pojedynczych numerów. Niektórzy może już zauważyli, że brak u nas notki o numerze 231, ale uspokajamy - przez naszą mini zabawę z blogowym continuum, żaden wpis nie ucierpi i nie przepadnie, o czym będzie można przekonać się już jutro. A starsze pozycje, zapowiadane przy wspomnianej wyżej okazji, musiały mimo wszystko ustąpić miejsca nowościom. Ale ich czas jeszcze nadejdzie. Poniżej pięć zeszytów (każdy z innego wydawnictwa) ułożonych rosnąco pod względem numeracji - endżoj!

Deathklok versus The Goon (one-shot, Dark Horse 2009)
scenariusz: Eric Powell, Brandon Small
rysunki: Eric Powell

Po pracowitym roku dwa tysiące ósmym Eric Powell zwolnił nieco tempa i obecnie odpoczywa, raz na jakiś czas wydając na świat swoje nowe twory. Tym razem padło na dziwną hybrydę świata Zbira i fikcyjnej deathmetalowej kapeli Deathklok, stworzonej na potrzeby kreskówki "Metalocalypse" przez Brendona Smalla i Tommy'ego Blacha. Panowie - w sensie muzycy - są ponoć całkiem znani (mają na koncie płytę "The Dethalbum", a druga jej część jest w drodze), ale dla mnie był to pierwszy z nimi kontakt. I to bardzo nieudany. Po przeczytaniu tego zeszytu, pierwsze co powiedziałem to "Boże, co za syf". Podobnie jak w przypadku ponoć niezwykle kontrowersyjnego "Satan's Sodomy Baby" z 2007 roku, żarty o penetrowaniu odbytu i tym podobnych nie śmieszą zupełnie. A że wypełniają niemal cały komiks, to przejście przez niego jest niezwykle męczące i momentami załamujące - jeśli fabułę opiera się na tanich chwytach w stylu stosunek ze staruszką, to ja wolę jednak tego nie czytać. Jedyne co ratuje ten zeszyt przed rzuceniem w kąt to niezawodny Franky i jego pokokainowe jazdy. No i sama grafika, która jak zwykle w przypadku Powella stoi na najwyższym poziomie. Ciekaw tylko jestem, czy Eric rzeczywiście jest całkowicie za nią odpowiedzialny (tak stoi w creditsach), bo przy połączeniu świata Goona i deathmetalowców postanowiono pozostać przy obydwu sposobach rysowania, bez przeciągania którejkolwiek ze stron na bardziej malowniczy świat Zbira, czy bardziej kreskówkowy styl Dethkloka. I wygląda to tak, jakby rzeczywiście pracowało przy tym dwóch artystów. Tak czy inaczej słabiutko i nie warto zawracać sobie tym zeszytem głowy.

Bigfoot #1 (IDW 2005)
scenariusz: Steve Niles, Rob Zombie
rysunki: Richard Corben


Szybki rzut oka na nazwiska twórców tej czteroczęściowej mini-serii wystarczy, żeby mniej więcej wyczuć o czym może być ten komiks. Niles, Corben i Zombie - mistrzowie horroru z różnych dziedzin - do swojego trio dołożyli jeszcze tajemniczą Wielką Stopę, której to postanowili poświęcić nieco czasu i talentu. Pierwsza część, to szybki, nieco szablonowy wstęp do historii na który złożyły się takie elementy jak: las, drewniana chatka na odludziu, szczęśliwa rodzina szukająca kilku dni odpoczynku i Wielka Stopa kręcąca się wokół ich schronienia. Nie muszę pisać, że kiedy zapada zmrok, robi się jeszcze ciekawiej. Richard Corben - znany u nas ze średnio przyjętego "Bannera" - czuje się jak ryba w wodzie, mając okazję rysować wielkie monstra, dużo juchy i goliznę, a wszystko to w leśnych krajobrazach, które wychodzą mu fenomenalnie (jak chociażby w późniejszym "Hellboy: The Crooked Man"). Na tych dwudziestu kilku stronach scenariusz dopiero co się rozkręca i ciężko powiedzieć / przewidzieć, co też będzie miało miejsce w kolejnych trzech zeszytach (szczególnie po lekturze ostatniej strony). Niestety, pierwszy numer był dla mnie tym ostatnim i dopiero teraz, po kilku latach, znalazłem go pośród sterty innych mu podobnych. Wydanie zbiorcze jest jeszcze dostępne, ale nie powiem, żeby znajdowało się na szczycie mojej listy życzeń - przy okazji, po przecenie, można by kupić.

Ultimate Comics Avengers #1 (Marvel 2009)
scenariusz: Mark Millar
rysunki: Carlos Pacheco


"Ultimates" Loeba i Madureiry zapisało się w pamięci fanów jako jedna z najgorszych serii ostatnich miesięcy, a może i lat. I nikt się chyba nie spodziewał, że Loeb w niedługim czasie sam jeszcze bardziej podniesie poprzeczkę o nazwie "żenada i kał", tak jak to zrobił przy okazji zakończonego niedawno "Ultimatum". O obydwu tych seriach - które znacznie wpłynęły na ogromny spadek poziomu świata ultimate - wielu chciałoby szybko zapomnieć. Zapewne miał w tym pomóc twórca pierwszych "Ultimates" Mark Millar, którego ponownie sprowadzono do przygód nowocześniejszych Mścicieli. Pierwszy zeszyt "Ultimate Comics Avengers" jego autorstwa pod względem akcji nie różni się aż tak bardzo od tego co prezentował Loeb - pojedynek Capa, Hawkeye'a i debiutującego Red Skulla wypełnia niemal cały numer. Mimo to, różnica pomiędzy tym co zrobił wcześniej Jeph, a tym co robi obecnie Millar jest ogromna - na korzyść tego drugiego oczywiście. Lektura tych dwudziestu kilku stron zajmuje mniej niż dziesięć minut, ale nie pozostawia niedosytu. Nie jest to może jeszcze to co przygody Starka, Capa i spółki sprzed kilku lat, ale mam nadzieję, że w szybkim czasie poziom zrówna się z tym co było prezentowane przy "Ultimates" v1 i v2. Mangowy styl Madureiry został zastąpiony bardziej realistycznym dzięki Carlosowi Pacheco, który w przeszłości pracował już nad Mścicielami (do scenariusza Busieka) - tyle, że tymi z uniwersum 616. Jedynym minusem jest cliffhanger, który zaskoczył chyba tylko Kapitana Amerykę - tak jak w przypadku "Ultimates" Loeba wszyscy wiedzieli co naprawdę łączy Pietro i Wandę, tak i tutaj każdy ukrywał przed Rogersem wyjawioną na ostatniej stronie tajemnicę. Czytelnicy natomiast już kilka miesięcy temu mieli okazję przeczytać w jednym z "Wizardów" o co chodzi z Czerwoną Czaszką, przez co zakończenie tego numeru kompletnie nie zaskakuje. No ale taka teraz widać polityka wydawnicza - najpierw wyjawić sekrety, a dopiero później wypuścić komiks z nimi na światło dzienne. Numerze drugi - przybywaj!

Savage Dragon #151 (Image 2009)
scenariusz: Erik Larsen
rysunki: Erik Larsen


Zeszyt ten rozpoczyna drugą połowę drugiej setki przygód Dragona i podobnie jak sto numerów temu, tytułowy bohater praktycznie w nim nie występuje - co tutaj związane jest z wydarzeniami z ostatnich stron jubileuszowego #150. Swoją drogą ciekawe, czy za kolejne sto numerów Larsen podtrzyma tę tradycję? Mimo tej nieobecności, jest to jeden z lepszych ostatnio zeszytów (które i tak prezentują wysoki poziom) - akcja skupia się na dzieciakach Dragona (Malcolmie i Angel), które muszą stawić czoła rekinogłowemu Mako demolującemu ulice i przy okazji DareDevila. Standardowa superbohaterska bijatyka kończy się dosyć emocjonalnym monologiem Mako, na temat swojego fatalnego przeobrażenia w szaroskórą kreaturę i przykrych tego konsekwencji - co nie powiem, daje do myślenia. Ostatnie dwie strony wyglądają jak zapowiedź tego, co zbliża się wielkimi krokami czyli "Dragon War". Larsen w formie, Koutsis (kolory) w formie. Nic więcej do szczęścia nie potrzeba.

Superman #666 (DC 2007)
scenariusz: Kurt Busiek
rysunki: Walter Simonson


Na początek ciekawostka (może przydać się krzyżówkowiczom): lęk przed liczbą 666 to inaczej heksakosjoiheksekontaheksafobia. W październiku 2007 roku, seria z przygodami bohatera z loczkiem osiągnęła taki imponujący i budzący uznanie wynik, więc i jego tematyka musiała być iście "szatańska". W historii Kurta Busieka nawiedzony przez Phantom Strangera Clark Kent ma dosyć dziwny jak na siebie sen - nie jest on już poczciwym do-rany-przyłóż superbohaterem, a złośliwą i egoistyczną super istotą, która bierze odwet zarówno na wrogach jak i przyjaciołach, którzy przez tyle lat "wykorzystywali" jego dobrotliwość i miękkie serce i koniec końców ląduje w piekle jako (Super)Szatan. Nie jestem niestety zbyt dobrze zaznajomiony z mitologią Supermana, więc nie trafiają do mnie nawiązania do śmierci planety Krypton i pewnie kilka innych smaczków, które ze względu na moją niewiedzę mi umknęły, ale i tak czyta się to nad wyraz dobrze. Po numer ten sięgnąłem (oprócz trzech szóstek rzecz jasna) ze względu na gościnny udział obecnie nieco chyba zapomnianego Waltera Simonsona - noszonego niegdyś na rękach za to co zrobił przy okazji swojej przygody z serią "Thor" czy "Fantastic Four", a obecnie zajmującego się jak nie pisaniem scenariuszy ("World of Warcraft") to robieniem okładek dla serii klasy B ("Hawkgirl", "Vigilante"). Tutaj, na tych dwudziestukilku stronach, udowadnia, że spokojnie dałby sobie radę w mejnstrimie z XXI wieku, w jakimś hitowym tytule czy crossoverze - bez zbędnych fajerwerków odwracających uwagę od hitorii, z dynamicznymi rysunkami podrasowanymi kolorami wprost z komputera pokazuje młodziakom starą szkołę kadrów i dymków. Choćby dlatego warto nabyć ten zeszycik. No i może dla sceny zagwizdania na śmierć piegowatego Olsena. O! I może jeszcze ze względu na tyci-tyci występ Szatańskiej Ligi Sprawiedliwości!

Tyle na dziś. Kolejna porcja zeszytowych recenzji zaatakuje niespodziewanie. Uprzejmie prosi się o zachowanie czujności!

poniedziałek, 24 sierpnia 2009

#229 - Larsenowe Poniedziałki (3): Inspektor Gadżet prezentuje (4)

Przedostatni wpis Larsenowego cyklu to powrót do dawno nie widzianego u nas Inspektora Gadżeta. W wywiadzie, który ukazał się u nas dwa tygodnie temu, Erik wspominał o niekomiksowych występach Savage Dragona - między innymi o figurkach, w tym o Dragonie, który wyszedł za sprawą McFarlane Toys. I to jemu właśnie poświęcę główną część tego wpisu. Oczywiście oprócz tych rzeczy, o których wspomniał Larsen, pojawiło się też kilka innych- zabawek czy statuetek - o których kilka słów napiszę pod koniec tego wydania "Larsenowych Poniedziałków".

W grudniu 2002 roku wspomniane McFarlane Toys, z okazji dziesięciolecia Image Comics, wypuściło serię figurek "Image 10th Anniversary", zawierającą bohaterów stworzonych przez czterech (z siedmiu) założycieli wydawnictwa. Oprócz oczywiście Spawna (McFarlane), był to Ripclaw (Silvestri), Shadowhawk (Valentino) i zielonopłetwy Dragon. Zostały one zaprojektowane w oparciu o prace wymienionych artystów, tak aby były jak najbardziej podobne do swoich komiksowych pierwowzorów w najmniejszych detalach. Zresztą McFarlane Toys znane jest z tego, że ich figurki bogate są w szczegóły i z tego przedziału cenowego (około 20$ za sztukę) są zdecydowanym numerem jeden. W moim prywatnym rankingu po piętach deptała im przez długi czas Neca, ale musiała ustąpić po tym, jak w przypadku kilku figurek ot tak odpadły sobie kończyny (i nie wiem czemu, były to zawsze lewe ręce). Aha - jeszcze jedno - odwieczny problem z nazewnictwem: czy coś jest już figurką, figurą czy może jednak jeszcze zwyczajną zabawką. W przypadku firmy Todda M. określiłbym to jako figurki, ozdobniki do postawienia przy kolekcji komiksów na przykład. Są co prawda części ruchome, ale raczej nie po to, żeby robić sobie w pokoju "wojnę" z typowo zabawkowymi G.I.Joe czy herosami z serii Marvel Legends (które to spokojnie można ustawić w pozycji "na baczność"), tylko raz na jakiś czas podnieść a to rękę, a to nogę, albo "kazać" na przykład takiemu Spawnowi patrzeć w drugą stronę. Przejdźmy do Dragona.

Jako oddany fan tej postaci, nie mogłem nie skorzystać z możliwości i nie nabyć tej figurki - druga taka okazja (nie tyle samego kupna, co dostania w swe łapy innego modelu) mogła się nie powtórzyć. Nie jest to heros na miarę Spawna, któremu twórca poświęcił przeszło 30 serii z figurkami - każda po minimum cztery różne figury, co razem daje 120 różnych modeli z uniwersum Ala Simmonsa (łącznie z wariacjami w stylu Spawn Pirat, Spawn Kowboj czy Spawn Święty Mikołaj). Savage Dragon robi wrażenie. Jak u większości superbohaterskich figurek, jego pozycja wyjściowa oznacza gotowość do walki - zaciśnięte pięści, naprężone zielone muskuły i zacięty wyraz twarzy mówią wszystko. Zgodnie z komiksowym pierwowzorem Dragon jest niezwykle szeroki w barach, natomiast w biodrach cieniutki jak tyczka. Brawa dla rzeźbiarzy, ale przez to zachowanie komiksowych proporcji figurka jest niezwykle trudna do ustawienia. Trochę trudu kosztuje postawienie jej w pozycji pionowej tak aby za chwilę się nie przewróciła - nie pomaga w tym też jej lekko pochylona do przodu postawa, przez co trzeba nieco dłużej pobawić się z odpowiednim ustawieniem potężnych rąk, aby góra figurki nie przeważyła. Co prawda Dragon jest wykonany z solidnego plastiku, który raczej nie pęknie po jej przewróceniu się, ale lepiej dmuchać na zimne. Ustawienie zielonego kolosa bezpośrednio na półce czy stole graniczy niemal z cudem - na szczęście do figurki dołączona została podstawa, która nieco zmniejsza problem co chwila przewracającego się herosa z plastiku, ale nie w takim stopniu jak powinna. Ową podstawkę stanowi fragment ulicy z kawałkiem zniszczonego muru, leżącymi cegłówkami i dziwną metaliczną czaszką z wykrzywioną żuchwą oraz kawałkiem korpusu denata. I za każdym razem jak na nią patrzę, zastanawia mnie czyj to czerep, bo nie przypominam sobie postaci do której mógłby on należeć. Najwidoczniej twórcy figurki poszli po najmniejszej linii oporu i wrzucili coś takiego, zamiast np. maski Overlorda czy innego przeciwnika znanego z kart komiksu. Szkoda. Kolejną rzeczą, która mi nieco psuje radość z posiadania plastikowego Savage Dragona jest jego słaby kostium - biała koszulka, jeansy i tenisówki to nie jest jakiś znak charakterystyczny tego herosa. Owszem, przez wiele (większość nawet) numerów latał on w podobnie nijakim wdzianku, ale znacznie bardziej rozpoznawalny jest on w klasycznym policyjnym uniformie, czy od biedy w kostiumie Special Operations Strikeforce. Po raz kolejny - szkoda.

Tyle co mogę napisać o tym kawałku plastiku. Dobrze jest mieć go w swojej kolekcji, dobrze wygląda na półce z dragonowymi komiksami, ale nie uważam go za jakiś wielki artefakt, jakim jest np. figurka Hellboya z Mezco Toyz, czy Sama i Twitcha od McFarlane'a. O nich może jednak kiedy indziej.

Oprócz Savage Dragona z serii "Image 10th Anniversary", fani zielonego giganta mogli swego czasu zaopatrzyć się w kilka innych gadżetów podobnego typu - zarówno samego Dragona jak i jego przyjaciół. Światło dzienne ujrzały popiersia i statuetki, jak i normalne zabawki o których mówił Larsen we wspomnianym na początku wywiadzie. W skład serii z Playmate Toys weszły dwie wersje Zielonego - Savage Dragon i Battle Damage Dragon, do tego She-Dragon (również w dwóch odsłonach) i Barbaric. Oprócz tego Dragon pojawił się jako podobnej klasy plastikowa zabawka dwa lata temu przy okazji nowej serii "Legendary Comic Book Heroes", którą stworzył ToyBiz w jakiś czas po tym jak stracił (na rzecz Hasbro) prawa do produkcji kolejnych serii figurek "Marvel Legends". W pierwszej edycji LCBH obok Madmana, Ripclawa czy Witchblade pojawiły się dwie wersje Dragona (ponownie z fatalną białą koszulką i bez) oraz SuperPatriota (w masce i bez niej, z różnymi zestawami broni). Druga seria zabawek od ToyBiz przyniosła plastikowy debiut innej postaci z uniwersum Dragona, drugoplanowego ulubieńca wielu czytelników o imieniu Star. Kolejne już się nie ukazały. Zestawy zabawek zbierające najbardziej znanych bohaterów z wydawnictw innych niż Marvel czy DC nie były wielkim hitem i zaprzestano wydawania następnych serii. A szkoda, bowiem wraz z trzecią odsłoną miał się pojawić Vanguard, a przy kolejnych nie wykluczone było pojawienie się takich postaci jak Overlord, czy Mr. Glum. Fani tego ostatniego nie powinni być zawiedzeni, bo zamiast kawałka plastiku, mogli się zaopatrzyć w pluszową wersję kurduplowatego tyrana. Jedną z ostatnich dragonowych rzeczy, którą można postawić na półce z komiksami, jest statuetka mocno roznegliżowanej She-Dragon autorstwa przyjaciela Erika Larsena Clayburne'a Moore'a. Pojawiła się ona w dwóch wersjach - z długimi blond włosami (500 egzemplarzy) i z irokezem. Ta druga wersja jest o tyle ciekawsza, że w zestawie znajduje się również mały Mr. Glum dzierżący w dłoni God Gun (kurdupel nie jest przyczepiony do She-Dragon, przez co spokojnie można go ustawić w innym miejscu). W tej wyliczance do kompletu brakuje mi tylko SuperPatriota, którego figurka trzynaście lat temu pojawiła się w ramach szóstej serii plastikowego "Spawna".

Teraz jest już chyba komplet - o innych Dragonach nie słyszałem, bądź nie pamiętam - Inspektor Gadżet może się odmeldować.

A za tydzień zapraszam na finał poniedziałkowego cyklu, w którym obiecuję, że ani słowa nie pisnę o Dragonie. No może delikatnie.

poniedziałek, 17 sierpnia 2009

#222 - Larsenowe Poniedziałki (2): w ostatnim roku..

Jednym z głównych problemów, które dotknęły "Savage Dragona" w ostatnich latach były długie przerwy pomiędzy kolejnymi numerami, spowodowane piastowaniem przez Erika Larsena stanowiska redaktora naczelnego Image Comics. W ciągu czterech lat pełnienia tej funkcji udało mu się opublikować mniej więcej 20 numerów przygód swojego bohatera, co jest oczywiście bardzo słabym wynikiem. Szczególnie jeśli dodać, że po przekazaniu stołka Ericowi Stepehnsonowi w czerwcu 2008 roku, do dnia dzisiejszego ukazało się kolejnych 15 zeszytów serii, którym to poświęcony będzie ten wpis. Głównym powodem takiej zmiany, była dla Larsena chęć rysowania i tworzenia nowych rzeczy, które były niemożliwe do zrobienia jeśli miało się na głowie całe wydawnictwo. A jak zaznacza sam zainteresowany: "Fani chcieli więcej Savage Dragona i ja też chciałem robić więcej jego przygód." - wybór był więc prosty. Na samym początku istnienia tego bloga pisałem o #135 numerze serii, więc żeby nic nie pominąć zajmę się tym co miało miejsce w zeszytach kolejnych, aż do jubileuszowej 150ej odsłony przygód zielonego herosa.

A działo się wiele. Najwyraźniej Erik postanowił zrobić to samo co w przypadku trzeciej serii przygód Novy (Marvel) jego autorstwa, w której ze wszystkich sił i przy pomocy wielu środków starał się zainteresować nowych czytelników swoją wersją historii tego herosa. Tak samo tutaj, po latach nieregularnych publikacji i dosyć słabych historii, chciał aby jego heros powrócił na szczyt w glorii i chwale. Pomóc mieli mu w tym liczni goście z całego uniwersum Image Comics, jak Jack Staff, Invincible, Spawn, Witchblade, Shadowhawk czy Adam Archer. W kilku numerach pojawiają się również herosi ze Złotej Ery, którzy są obecnie dobrem publicznym i każdy kto ma chęć, może tworzyć komiksy z ich przygodami ("Project Superpowers" Rossa i Kruegera dla Dynamite Entertainment). Jeden z nich - o skądinąd znanej ksywie Daredevil - zagościł w serii Larsena na dłużej i ma być kimś w rodzaju sidekicka z doskoku dla Dragona. Aby dodatkowo przyciągnąć nowych czytelników, Larsen postanowił dokonać czegoś w rodzaju relaunchu - zakończył definitywnie sprawy, które ciągnęły się od dłuższego czasu (kwestia zaginięcia Jennifer Dragon - żony głównego bohatera, pobyt syna Malcolma w Dimension-X) i wrócił do tego co zdaniem wielu fanów było najlepszym okresem dla całej serii - Dragona w szeregach policji. A skoro heros wrócił do munduru, to w numerze 150 pojawił się również jego największy przeciwnik z czasów pierwszego policjantowania - Overlord (tyle tylko, że nie wiadomo kto siedzi w jego zbroi). To co pozostaje niezmienne dla klimatu serii to nieustanne zmiany - w zasadzie pewnym można być tylko tego, że zielony olbrzym (jako główny bohater) prędzej czy później wyjdzie z tarapatów, które serwuje mu Erik. Jednak żadna inna postać (może z wyjątkiem Malcolma) nie może liczyć na podobne przywileje i każdy kolejny numer może dla niej oznaczać ogromne (zwykle negatywne) zmiany, czy też najzwyklejszą śmierć.

Powrót do regularnego wydawania przygód Savage Dragona, przyciągnął większą niż zazwyczaj uwagę serwisów komiksowych na których dosyć często można przeczytać wywiady z Larsenem, czy też teksty traktujące o bieżących wydarzeniach z życia jego superherosa. W przeciągu tych kilkunastu ostatnich numerów można wyróżnić trzy momenty o których było dosyć głośno czy to na Newsaramie czy na Comic Book Resources czy innych tego typu stronach. Pierwszym z nich była obecność na okładce numeru #137 ówczesnego kandydata na prezydenta Baracka Obamy, którego w wyborach oficjalnie poparł Dragon. Zresztą numer ten, który potrzebował trzech dodruków żeby zaspokoić chęci czytelników, można uznać za pierwszy sygnał zbliżającej się w komiksach obamomanii. Drugim takim mocno nagłośnionym momentem był wspomniany wyżej powrót Dragona do szeregów policji z Chicago oraz poprzedzający go numer 144 w którym każdy ze 121 kadrów ilustruje jeden dzień z życia bohatera (co, jak mówi Larsen, było potrzebne do nadgonienia straconego czasu związanego z opóźnieniami i tego, żeby seria wróciła do czasu rzeczywistego). Trzecim był natomiast jubileuszowy numer 150 i powrót dawno niewidzianego Overlorda, któremu poświęcono trzyodcinkową kampanię z wykorzystaniem promocyjnych grafik. Warto w tym miejscu jeszcze wspomnieć o numerze 148, który został udostępniony w ramach tegorocznej akcji Free Comic Book Day, gdzie główna historia została poprzedzona czterostronicowym streszczeniem losów Dragona - w sam raz dla nowych czytelników. Oprócz darmowej edycji dostępna była również wersja płatna, która zawierała stałą rubrykę z listami i inne bonusowe historie obecne niemal w każdym numerze serii i poszerzające wiedzę o uniwersum Dragona.

Jak widać w ciągu ostatniego roku Erik Larsen wykonał kawał roboty i nie wygląda na to, żeby obecnie chciał sobie dać nieco więcej odpoczynku. Najbliższe 12 miesięcy ma przynieść równo 12 numerów i plan jest taki, żeby każdy kolejny ukazywał się na półkach w pierwszą środę miesiąca. Co jest nie lada wyczynem, jeśli jest się odpowiedzialnym jednocześnie za scenariusz, szkice i inkowanie dwudziestukilku stron miesięcznie - z kolorowania i liternictwa Larsen zrezygnował już jakiś czas temu. Zresztą jeśli chodzi o kolory, to nie mają one sobie równych od czasu kiedy zajmuje się nimi grecki artysta Nikos Koutsis.

Twórca zielonego herosa zrobił chyba wszystko co było w jego mocy, żeby przywrócić wiarę w serię starym czytelnikom, jak i zaciekawić nią nowych. No, może jednak nie wszystko. Jedynym minusem, o którym trzeba wspomnieć, jest brak wydań zbiorczych ostatnich historii. Ostatni trejd ("Resurrection", vol.11) ukazał się w kwietniu 2007 roku i zawierał zeszyty od 53 do 58. Do nadrobienia jest więc około 85 numerów (#76-81 ukazały się w wydaniu zbiorczym z 2003 roku "This Savage World", vol.15), czyli znacznie więcej niż połowa przygód Dragona. Kilkanaście miesięcy temu Larsen tłumaczył na swoim forum, że jest to spowodowane tym, że wydania zbiorcze najzwyczajniej w świecie nie sprzedają się dobrze i nie widać, żeby było na nie jakieś wielkie zapotrzebowanie. Mimo to wydaje mi się, że warto by spróbować jeszcze raz - chociażby ze względu na znacznie większe zainteresowanie serią, niż to było w przypadku wypuszczonego ostatnio TP. Oprócz tego, dostępne są na rynku dwa opasłe czarno-białe "Savage Dragon: Archives", zbierające połowę pierwszej setki przygód Dragona. Od dawna zapowiadany jest również vol3 i 4 tych archiwów, ale póki co ich terminy pojawienia się na półkach sklepowych przekładane są w nieskończoność. Na początku Larsen tłumaczył to chęcią wydania najpierw kolorowych wersji tych historii w TP, ale obecnie wygląda na to, że szkoda mu na razie na to czasu. Inna sprawa, że pierwsze numery pojawiły się po raz kolejny w nieco innym wydaniu - po zeszytach, trejdach, HC'kach i archiwach przyszła pora na twardookładkowe "Ultimate Collection", którego kolejne tomy mają się ukazywać co pół roku. Póki co jedynym rozwiązaniem jest comiesięczne zaopatrywanie się w kolejne numery serii. Do czego zachęcam, bo oprócz regularnej historii zawierają one sporo dodatków - oprócz wspomnianych wyżej listów i historii pobocznych, można znaleźć pin-upy (zarówno profesjonalistów jak i zwykłych fanów), niewykorzystane okładki, reprinty starszych historii i tym podobne.

poniedziałek, 10 sierpnia 2009

#215 - Larsenowe Poniedziałki (1): wywiad

Erik Larsen to twórca, który w pewnym momencie mojej fascynacji komiksami stał się numerem jeden. I tak po prawdzie, to nie wiem do końca dlaczego tak się stało. Pierwszy raz zachłysnąłem się jego twórczością przy okazji "Spider-Manów" z TM-Semica - szczególnie po wielokrotnym czytaniu i oglądaniu dwóch numerów z pociętą, w porównaniu z oryginałem, historią "Zemsta Sinister Six". Później usłyszałem o jego przenosinach do Image Comics, nowej serii o niewiele wtedy mówiącym tytule "Savage Dragon" i na dobrych kilka lat zaprzestałem kupowania i interesowania się komiksami. Mimo to, Dragon siedział mi w głowie i kiedy już wróciłem do kadrów i dymków, to był pierwszym komiksem, który po dłuższej przerwie wpadł mi w końcu w łapy. Od tamtego czasu udało mi się uzbierać wszystkie numery serii i nadrobić kilka rzeczy Larsona sprzed okresu, kiedy tworzył dla Image. Od dłuższego czasu chodziła mi po głowie myśl, żeby nieco więcej miejsca poświęcić na Kolorowych zarówno Dragonowi jak i jego twórcy, czego efektem jest czterowpisowy cykl o niezwykle wymyślnej nazwie "Larsenowe Poniedziałki". I jak sama ona wskazuje, kolejnych wpisów poświęconych sprawom larsenopodobnym można się spodziewać każdego pierwszego dnia tygodnia, aż do końca sierpnia. Od niedawna, na serwisie Comic Book Resources, Bill Mitchel publikuje obszerne wywiady z cyklu "In-Depth" i dotychczas miał on okazję dogłębnie przepytać Petera Davida, Ethana Van Scivera i właśnie Erika Larsena. Dzisiejszy wpis jest tłumaczeniem tego wywiadu, który jest o tyle ciekawy, że poruszone są w nim tematy zarówno z teraźniejszości, jak i z zamierzchłej przeszłości, sięgającej początku fascynacji Larsena komiksami i jego pierwszych prób tworzenia własnych historii. A że miały one miejsce gdzieś na przełomie lat 60/70tych, to było o co pytać. Samo tłumaczenie zajęło mi nieco ponad trzynaście stron standardowego wordowskiego pliku, więc od razu uprzedzam, żeby zarezerwować sobie nieco większą ilość czasu na jego przeczytanie. W porównaniu z oryginałem zmieniłem większość grafik, jak również w kilku miejscach dopisałem pewne fakty, które niekoniecznie muszą być wszystkim znane, czy też podałem dane komiksów o których jest mowa w wywiadzie i które ukazały się w naszym kraju. Moje wtrącenia zaznaczone są zieloną kursywą. Tyle tytułem nieco przydługiego wstępu. Oddaję głos Billowi Mitchel'owi i Erikowi Larsenowi.

Bill Mitchel: Czy pamiętasz pierwszy komiks który czytałeś, bądź też taki który wciągnął cię w komiksy?

Erik Larsen: Nie mogę tego stwierdzić na 100%, bo dorastałem wraz z komiksami. Mój tata kupował je kiedy był mały, więc pierwszy z nimi kontakt obejmował kolekcję komiksów ze Złotej Ery. Pierwszy zeszyt jaki pamiętam, że kupiłem za swoje własne pieniądze to „Incredible Hulk” #156, ale wiem, że były przed nim jeszcze inne. Przypominam sobie, że „podwędziłem” sposób rysowania Batmana przez Sala Amendolę z jednego z numerów „Detective Comics”, więc można powiedzieć, że Dragon „wyskoczył” z Batmana. A ja rysowałem komiksy zanim jeszcze zacząłem je kupować.

Czy miałeś jakiegoś ulubionego artystę w czasach swojego dzieciństwa?

Pierwszym, którego znałem z imienia i nazwiska, był Herb Trimpe, który był moim ulubionym. Ale kiedy natknąłem się na prace Jacka Kirby’ego, byłem przekonany że tak właśnie powinny wyglądać komiksy. Trimpe’a pierwszy raz spotkałem przy okazji „The Incredible Hulk”, natomiast pierwsze prace Kirby’ego zobaczyłem przy okazji „Kamandi: The Last Boy on Earth”.

Mówiłeś, że tworzyłeś swoje pierwsze komiksy już w czasach dzieciństwa. Czy wiedziałeś już wtedy, że chcesz z nimi związać swoją karierę zawodową, czy miałeś jeszcze inne aspiracje?

To było to co zawsze chciałem robić – komiksy rysowałem od zawsze. Kiedy byłem w pierwszej klasie podstawówki, pewien starszy chłopak odkrył, że umiem rysować i skopiowałem dla niego kilka rysunków Popeye’a i Myszki Miki. Z tego co pamiętam, zapłacił mi on za nie flamastrami i była to dla mnie najlepsza rzecz na ziemi. Pomysł, że mogę rysować i dostawać za to zapłatę, zaczął kiełkować. Rysowałem nieustannie. Wydaje mi się, że pomysł na postać Dragona powstał chwilę później, ale nie mogę dokładnie określić daty. W drugiej klasie przeszedłem do szkoły bardziej otwartej na poszczególnych uczniów, bez wyraźnego planu nauczania. Jej idea była taka, że dzieciaki są po prostu ciekawe świata i chcą się uczyć same z siebie, więc było to miejsce gdzie nauczyciele są cały czas dostępni i pomocni. Pamiętam, że spędziłem kilka dni tylko na rysowaniu.

Dragon był z tobą od początku, jeszcze zanim stałeś się profesjonalistą. Czy od zawsze był taką samą postacią, czy też znacząco wyewoluował od czasów twojego pomysłu z dzieciństwa?

Zmieniło się całkiem sporo. Dragon był kombinacją Kapitana Kirka, Batmana, Speed Racera i Kapitana Marvela. Oryginalnie był on superbohaterem z miejsca, które nazywałem Czerwoną Planetą - mieszkał w górach i opuszczał je, żeby walczyć ze złem. W tamtym momencie był on w zasadzie kimś w rodzaju Batmana z innej planety. Miał pelerynę, kaptur i pas o długości 9 jardów (około 8,1 metra).

Miałem jeszcze kilka innych postaci, które lubiłem; klon Speed Racera o nazwie Flash Mercury (heros o takim imieniu występuje od czasu do czasu w „Savage Dragonie”) czy postać podobną do Kapitana Kirka, której imię wyleciało mi z głowy. W pewnym momencie stopiłem te trzy postacie w jedną i tak powstał mój nowy Dragon. Jakiś czas później trochę to pozmieniałem i o tej pory Flash Mercury przemieniał się w Dragona przy pomocy magicznego słowa - tak jak to robił Captain Marvel. W tym początkowym momencie tworzenia mogłem być wszędzie – robiłem wszystko to, co uważałem, że jest ciekawe. Kasowałem jedną wersję Dragona i zastępowałem go innym, ledwo co wyjaśniając to w fabule. Rok później Dragon był Williamem Johnsonem. Mógł on przemienić się w Dragona na tej samej zasadzie, na której Bruce Banner stawał się Hulkiem. Przy czym cały czas nosił on (Dragon) maskę, którą kilka lat później mu odebrałem. Oddzieliłem Williama od Dragona i od tej pory stał się on zielonym kolesiem z płetwą na głowie.

Wydawałeś fanzin „Graphic Fantasy”, zawierający historię „The Dragon”, która pozwoliła ci zaistnieć w innym magazynie komiksowym – „Megaton”. Czego nauczyłeś się z tego całego przedsięwzięcia jakim była produkcja „Graphic Fantasy”? Chodzi mi nie tylko o sam proces jego powstawania, ale również promocję siebie i swoich bohaterów.

Każdego dnia uczyć się czegoś nowego, wszystko co robisz jest doświadczeniem. To był pierwszy raz kiedy stworzyłem cały komiks na dużym formacie papieru, po czym zmniejszyłem go. W liceum miałem zajęcia z rysunku / komiksu i widziałem jak przebiega cały ten proces, dodatkowo książka „How to Draw Comics the Marvel Way” była już dostępna i lektura jej również bardzo mi pomogła. Używanie prawdziwych narzędzi i możliwość zobaczenia jak prace wyglądają po zmniejszeniu, było bardzo pomocne. Kiedy „Graphic Fantasy” ujrzało światło dzienne, wysyłaliśmy kopie do wszystkich ludzi, których uważaliśmy za takich, którzy będą chcieli je zrecenzować. Kilku z nich rzeczywiście to zrobiło i to małe nagłośnienie sprawy zaprowadziło mnie do Gary’ego Carlsona i jego „Megatona”.

Uważasz, że ludzie, którzy chcą związać się z komiksami na poważnie, powinni spróbować publikowania swoich rzeczy przez samych siebie? Jakaś rada, której mógłbyś im udzielić?

Jeśli chcesz robić komiksy – po prostu je rób. Nie pozwól nikomu wejść ci w drogę. Po prostu pisz, rysuj i wydawaj komiksy. Możesz je sam wydrukować, bądź zrobić kserokopie, które będziesz mógł później pokazać innym. Ważne jest, że robisz coś, co pozwala ci zauważać błędy, których możesz później uniknąć. Patrząc na swoje prace zmniejszone do formatu komiksu, widzisz co trzeba jeszcze przerobić dla przejrzystości historii. Pamiętam, że na początku rysowałem mnóstwo ciasnych, małych kadrów z mnóstwem detali, które po zmniejszeniu stawały się nieczytelnymi bazgrołami.

Czy uważasz udział w magazynie „Megaton” za swoje wejście do komiksowego przemysłu? Jak w ogóle doszło do tego, że tworzyłeś dla tego pisma?

„Megaton” był pierwszą płatną pracą. I owszem, uważam to za moje wejście na rynek, które bardzo mi pomogło w przyszłej karierze. Wydawca i scenarzysta „Megatona” Gary Carlson, przeczytał recenzję „Graphic Fantasy”, po czym kupił mój zin i skontaktował się ze mną. Pracował on wtedy nad pewną antologią i szukał ludzi, którzy mogli mu w tym pomóc. Byłem całkiem chętny do tego.

Czego nauczyła cię praca przy „Megatonie”?

Pomogła mi ona udoskonalić kilka rzeczy i nauczyła nieco odnośnie współpracy z innymi. Razem z Garym stworzyliśmy postać Vanguarda, co było dla nas mnóstwem zabawy. Jestem jednak pewien, że doprowadzałem go do szaleństwa, bo szybko zrobiłem co do mnie należało i prosiłem o więcej. Próbował on więc pośpieszać innych artystów biorących udział w tym przedsięwzięciu, ale mimo to nie posuwali się oni z pracami nad swoją częścią, a ja byłem obok i mówiłem „Daj mi więcej do roboty!”. Lata później, Gary przyznał, że powinien mi powierzyć pracę nad całym numerem, dzięki czemu byłaby możliwość opublikowania większej ilości numerów tego magazynu. Pomiędzy numerem pierwszym a drugim była dwuletnia przerwa, ponieważ inni artyści dostawali w międzyczasie lepsze propozycje i zostawiali nagle biednego Gary’ego albo po prostu nie mogli zebrać się do kupy i zrobić na czas swojej części materiału.

„Megaton” poprowadził cię do pracy nad serią „DNAgents” dla Eclipse Comics oraz jednorazowego występu przy okazji „Thora”. Myślisz, że twoje wcześniej publikowane prace pomogły ci zdobyć te nowe zlecenia w takim samym stopniu jak twoje rysunkowe zdolności?

Tak, oczywiście. Zresztą spędziłem również trochę czasu w AC Comics rysując „Sentinels of Justice”, „Nightveil” czy kilka innych rzeczy. Każde zlecenie prowadziło do następnego. Przez lata nie dawałem spokoju Jimowi Shooterowi i kiedyś w Chicago poszedłem do niego i pokazałem górę komiksów mojego autorstwa. Jim powiedział „Więc co, jesteś teraz profesjonalistą?”, odpowiedziałem „Jasne”. Następnie spytał czy chciałbym stworzyć historię dla „Marvel Fanfare”, na co powiedziałem „Jasne, czemu nie pogadamy o tym teraz, podczas konwentu?”, co spotkało się z jego pozytywną reakcją. Usiedliśmy na zewnątrz baru i rozmawialiśmy o tym, co później stało się owym występem w jednym numerze „Thora” (#385, listopad 1987 r.). Kiedy go narysowałem, wszystkie drzwi stały przede mną otworem. Opuściłem „DNAgents” i wylądowałem na chwilę (póki co!) w „The Amazing Spider-Man”.

Tak więc „Thor” pomógł ci w zdobyciu zlecenia na gościnną pracę przy „Amazing Spider-Manie” (#287, kwiecień '87 r.). Czy praca przy tym jednym numerze przygód ikony Marvela była dla ciebie bardzie ekscytującym czy stresującym przeżyciem? Pamiętając, że w swojej historii jeszcze kilkukrotnie wracałeś do przygód tego bohatera, muszę spytać czy jest to jakiś twój ulubieniec?

Lubiłem Spider-Mana, ale nie był to dobry okres, żeby pracować przy jego przygodach. Miał on wtedy ten swój czarny strój, a historia przy której pracowałem była zwyczajnie głupia. Musiałem użyć znacznie więcej kadrów tak żeby to pasowało do poszczególnych stron. Cały czas uczyłem się komiksowego rzemiosła i było tam zbyt dużo momentów z akcją, żebym mógł jakoś to uprościć. Nie wyglądało to dobrze. Głupkowaty kostium, Hobgoblin i cała ta reszta nie sprawiła, żebym czuł, że pracuję nad Spider-Man’em.

W tym czasie narysowałeś gościnnie kilka rzeczy dla DC, jak „Secret Origins” czy „Supermana”. Czy praca nad tymi tytułami otworzyła ci drzwi do pierwszego regularnego zlecenia, jakim była praca nad „Doom Patrol”?

W DC zwolennikiem moich prac był Mike Gold, który próbował mnie zdobyć do przygód „Teen Titans”. Skończyłem pracując nad „Teen Titans Spotlight” i jednym numerze „Secret Origins” w którym występował Nightwing. Mike ustawił dla mnie kilka rzeczy. Pierwsze co narysowałem to crossover Doom Patrol / Suicide Squad. To zaprowadziło mnie do regularnego rysowania serii „Doom Patrol”.

Byłeś fanem tej drużyny? Czy po prostu skorzystałeś z możliwości regularnej pracy nad tytułem?

Nie byłem za bardzo zaznajomiony z Doom Patrolem. Z Teen Titans znałem Robotmana i zapoznałem się jedynie z ich powrotem na łamach „Showcase”, przy czym żadnej ze starych historii nie czytałem. Chciałem regularnie pracować nad jakimś tytułem, co umożliwiła mi ta seria, więc skorzystałem z okazji.

Powrót do Marvela przyniósł kilka innych jednonumerowych występów zanim na dłuższy czas trafiłeś do „Punishera”. Czy praca nad tą postacią była dla ciebie przyjemnością, czy też jedynie kolejną okazją do otworzenia następnych drzwi w Marvelu?

Nie byłem fanem Punishera. Lubiłem to, co Mike Baron napisał dla „Nexusa”, ale nie uważam, żeby jego historia z Frankiem była równie mocna. Podjąłem się tej roboty, bo byłem tak naprawdę gościem z Marvela i liczyłem, że zaprowadzi mnie to do pracy nad jakimś tytułem Jacka Kirby’ego. Wiedziałem, że to dobre zadanie (Punisher). Nie zabrało mi jednak dużo czasu, żeby stwierdzić, że nie pasuję do tego tytułu. Lubiłem rysować niezwykłe rzeczy, a Punisher nie był czymś takim. Wymagano ode mnie realnie wyglądających samolotów i karabinów i rysowanie ich przychodziło mi z prawdziwym trudem (pięć numerów „Punishera”, przy których maczał palce Larsen, ukazało się u nas za sprawią TM-Semic: „Punisher” 5-7/91).

Czy pracując wtedy zarówno dla DC jak i Marvela, wolałeś któreś wydawnictwo bardziej od drugiego? Czy jedno z nich miało bardziej atrakcyjną bazę postaci nad którymi chciałeś pracować?

Zawsze byłem większym fanem Marvel Comics. Preferowałem ich bohaterów.

Odszedłeś od „Punishera” by pracować przy „Marvel Comics Presents”, jednak nie wszystko poszło zgodnie z planem. Co się stało z przygodami Novy, twojego autorstwa?

Byłem wielkim fanem tej postaci i chciałem zarówno pisać jak i rysować jej przygody. Przyniosłem swoje projekty na potrzeby „Marvel Comic Presents” Terry’emu Kavanagh’owi, który je zaakceptował. Mając to w garści, odszedłem z „Punishera”. I wtedy wszystko się rozpadło. Wprowadzono w tamtym czasie grupę The New Warriors (do której należał również Nova) i pracowano nad serią z ich przygodami. Moja historia nie pasowała do wizji Fabiana Niecezy, więc została anulowana a ja zostałem bez pracy. Terry zaoferował mi wtedy serię „Excalibur”, więc nie mając nic lepszego do roboty, przyjąłem ją. Nie żywiłem żadnej miłości do tej grupy, ale wziąłem to co było mi dane. Terry powiedział mi, że próbował ściągnąć do inkowania Al’a Milgroma, ale nie miało to jednak miejsca. Ostatecznie został do tego zatrudniony Terry Austin i wykonał tak świetną robotę, że już przestaję narzekać.

Koniec końców przejąłeś po Todd’zie McFarlane schedę regularnego artysty „Amazing Spider-Mana”. Czy był to dla ciebie najważniejszy moment twojej kariery?

W tamtej chwili tak. Ale Spider-Man nie był tym co do mnie pasowało. Po prostu skłaniałem się bardziej w stronę masywnych postaci jak Thing, Hulk czy Thor, a Spider-Man taką nie był. To była dobra fucha, która sprawiała przyjemność, ale przyszło mi to jednak z trudem.

Czy czułeś jakąś presję zastępując McFarlane’a, który zostawił po sobie wyraźny ślad na tej postaci i stał się dzięki temu jednym z najważniejszych twórców tamtych czasów?

Kiedy kilka lat wcześniej pracowałem przy „Doom Patrol”, gdzie fani serii nienawidzili mnie za to, co zrobiłem zastępując Steve’a Lightle. Wiedziałem, że przychodząc w takim a nie innym momencie do Spider-Mana, będzie to dziesięć razy gorsze niż wtedy. Na szczęście mój styl rysowania nie był aż tak daleki od tego co robił Todd, więc dodałem nieco tu, nieco tam, tak żeby przejście do mojego własnego sposobu rysowania było nieco łatwiejsze - tak jak to zrobił John Romita Jr., kiedy zastąpił Paula Smitha w X-Men. Kiedy już przeszedłem do mojego własnego stylu, nie było to tak gwałtowne i niespodziewane jak w przypadku mojej pracy przy „Doom Patrol”, a czytelnicy wyglądali na zadowolonych. W każdym razie sprzedaż tytułu poszła do góry.

Ponownie zastąpiłeś Todda McFarlane’a, kiedy odszedł on z bezprzymiotnikowego „Spider-Mana”, tym razem zarówno pisząc i rysując ten tytuł. Był to pierwszy raz kiedy miałeś szansę odpowiadać za całość historii od czasów, kiedy tworzyłeś i publikowałeś swoje rzeczy własnym sumptem?


Wcześniej napisałem jeszcze trzyczęściową historię ze Spider-Manem i Wolverinem do „Marvel Comic Presents” (wydane u nas przez TM-Semic – „Spider-Man” numer 6/1991). Pamiętam jeszcze, że w takim samym stopniu odpowiadałem za przygody Novy i jeszcze kilku innych podobnych projektów, które ostatecznie nie zostały nigdzie wydane. Nie byłem więc kompletnym nowicjuszem jeśli chodzi o pisanie i rysowanie jednocześnie.

Miałeś dużo swobody przy swoich scenariuszach, czy też wydawca w szczegółach wykładał ci co i jak ma wyglądać?

Pomysł był całkowicie mój. Naniesiono jedynie kilka poprawek, no i z jakichś powodów nie mogłem użyć postaci Wolverine’a, ale początkowa idea była moja.

Historia „The Revenge of the Sinister Six” (TM-Semic „Spider-Man” nr 8-9/93 r.; historia pt. „Zemsta Sinister Six”) była wypchana Marvelowymi postaciami – począwszy od Ghost Ridera, po Hulka, jak również Deathloka i innych. Czy była to dla ciebie i twoich pisarsko-rysowniczych zdolności pewnego rodzaju próba co do tego jak wielu bohaterów będziesz potrafił umieścić w tej jednej historii?

Idea była taka aby zmierzyć ze sobą takie grupy jak New Fantastic Four (Spider-Man, Ghost Rider, Wolverine i Hulk) i Sinister Six – okazało się jednak, że odpadł Wolverine i powstał pewnego rodzaju miszmasz. W końcu to ja zastąpiłem Todda i bardzo chciałem, żeby sprzedaż tytułu nie spadła. Nie chciałem być tym, o którym będzie się mówić, że „zabił” Spider-Mana.

Jaka była twoja rola w powstaniu i rozwoju Image Comics? Czy kiedy dołączałeś do wydawnictwa to było już kilka osób na pokładzie, czy też byłeś tam od samego początku?

Byłem tam od pierwszego dnia. Wszystko zaczęło się ode mnie, Roba Liefelda i Jima Valentino. A idea wyszła od rozmowy z Davem Olbrichem z Malibu Comics. Rob był bardzo zainteresowany robieniem serii na kształt X-Menów, tyle że poza Marvelem. „Odkrył”, że nie mają oni praw do litery „X”, więc czemu nie spróbować? Spytał Dave’a czy ten opublikowałby jego komiks pod szyldem Malibu, i ten odparł „Tak, opublikuję rzeczy każdego z was”. Ziarno zostało zasiane.

Czy „Savage Dragon” był twoim pierwszym pomysłem na komiks dla Image Comics, czy też na początku miałeś plany odnośnie innych twoich postaci?

Rozważałem „SuperPatriota”. Zamierzałem go przedstawić szerszej publiczności już przy okazji mojej historii dla Marvela „Zemsta Sinister Six”, ale wydawca był temu niechętny, ponieważ była tam scena w której strzelał on w centrum handlowym, a dodatkowo nosił on maskę wykonaną z amerykańskiej flagi. Myślał (wydawca), że to będzie zbyt kontrowersyjne, więc dokonałem pewnych zmian. Razem z Fabianem (Niciezą) mieliśmy przejąć serię „X-Factor” i wygląd (SuperPatriota) miał być nową, przeprojektowaną wersją postaci, która zwała się Crimson Commando. Mieliśmy skrócić jego imię do zwykłego Commando, ale niestety nie dostaliśmy ostatecznie tej roboty. Fabian wprowadził tę postać do swoich „X-Men’owych” annuali, a ja odpłaciłem mu się w ten sposób, że heros ten pojawił się w mojej historii dla Spider-Mana. Skończyło się na tym, że zmieniłem jego imię na Cyborg-X, ale jeśli przeczytacie jego dialogi – które pochodzą z historii Fabiana dla X-Men – to zauważycie, że to po prostu wspomnienia tej samej postaci.

W każdym razie wcześniej obiecałem sobie, że jeśli kiedykolwiek zacznę profesjonalnie pracować nad Dragonem, to będę to robił już do końca życia. A że nie chciałem być uwiązany tym przyrzeczeniem już w tamtej chwili, to stąd moja chęć zabawy z SuperPatriotem. Ale ostatecznie się złamałem. Najzwyczajniej w świecie bardziej lubiłem Dragona i pomyślałem, ze powinienem zrobić z nim krok naprzód.

Pierwotnie „Savage Dragon” pojawił się jako mini-seria. Czy testowałeś grunt z nową postacią? Czy zostawiałeś sobie otwartą furtkę?

W tamtej chwili miałem jeszcze inne plany co do Marvela i DC. Zamierzałem najpierw zrobić tę mini-serię, a później zając się innymi - „Novą” dla Marvela i „Lobo” dla DC – po czym wróciłbym do regularnego już tytułu z Savage Dragonem. Nie muszę mówić, że nic z tego nie wyszło.

Czy byłeś zaskoczony ilością sprzedanych egzemplarzy swojego nowego tytułu? 640.000 (w takiej ilości rozszedł się pierwszy numer on-goinga „Savage Dragon”) jest olbrzymią liczbą dla nowego charakteru i jego nowej serii.

Nie była to dla mnie wielka niespodzianka, patrząc na to jak sprzedawało się „Youngblood” (autorstwa Roba Liefelda). Ale żeby była pewność – byłem zadowolony.

Przy okazji innych wywiadów wspominałeś, że zatrzymałeś pieniądze, które zarobiłeś w tych pierwszych latach istnienia Image Comics. Przewidywałeś, że sprzedaż z tamtych czasów nie będzie trwała wiecznie? Czy o prostu nie widziałeś potrzeby by je wydawać?

Spłaciłem swój kredyt hipoteczny. A później nie miałem już żadnej wyraźnej potrzeby, żeby gromadzić te pieniądze. Nie jestem typem materialisty, nie kupuję sobie kilku samochodów. Tak naprawdę to nie kolekcjonuję niczego innego oprócz komiksów. To był o prostu rozważny krok. Miałem przeczucie, że te dobre czasy nie przetrwają długo i kiedy widziałem innych inwestujących swoje pieniądze w nowe studia komiksowe, mój zmysł podpowiadał mi, że nie jest to dobry pomysł. Rozegrałem to ostrożnie. Pomogło również to, że w 1992 roku ożeniłem się, a moja partnerka należy do osób dosyć ostrożnych. I ja tak też postępowałem.

Co stało za tym, że zrobiłeś z Savage Dragona policjanta, a nie kogoś w rodzaju nieoficjalnego „stróża prawa i porządku” jak to bywa w przypadku większości superbohaterów? Większym sensem było wcielenie go do sił policji?

Moim zamiarem było podążać w stronę historii, które stworzyłem jako dzieciak. W tych młodzieńczych latach Dragon był superbohaterem i ostatnie dwie historie, które wtedy z nim zrobiłem, ukazały w moim „Graphic Fantasy”. Chciałem wystartować z zupełnie innego miejsca, aby później podążyć ku tym wczesnym historiom, a następnie zrobić coś nowego. W tamtych czasach Dragon był częścią rządowej supergrupy i zastanawiałem się, co też mogłoby to poprzedzać. Miałem kumpla, który pracował w policji i wyglądało to na dobry punkt startowy.

Miałeś jakiś ogólny plan gdzie chciałeś zaprowadzić „Savage Dragona”, kiedy zaczynałeś z regularną serią? Czy po prostu pracowałeś z numeru na numer, od jednej historii do drugiej?

Miałem historię w kierunku której podążałem i ogólny pomysł na to gdzie chciałem dojść, ale nie było to coś sprecyzowanego. Była grupa postaci, którą chciałem wprowadzić do serii oraz historie którymi chciałem się zająć, ale gdybyś spytał mnie co będzie się działo w danym numerze, nie potrafiłbym ci odpowiedzieć.

W przeciwieństwie do niektórych założycieli Image, nie wyglądało na to żebyś bardzo szybko zajął się rozwijaniem swojego zakątka uniwersum w takim stopniu jak to inni zrobili, zakładając osobne studia wypełnione twórcami i tytułami. Był to świadomy wybór z twojej strony?

Chciałem robić to co będzie ode mnie zależne. „Savage Dragon”, „Vanguard” i „Freak Force” jako regularne serie brzmiało rozsądnie, cała reszta miała być mini-seriami. Założenie własnego studia i zarządzanie talentem innych zapowiadało się jako konieczność odejścia od rysowania na dłuższy czas i mogło też być finansowo dosyć ryzykowne. Wszystko co robię ma swój cel i nie chciałem wypuszczać produktu tylko ze względu na fakt wypuszczenia czegoś nowego. Chciałem aby każda seria miała swój własny cel i tożsamość.

Czułeś jakąś rywalizację pomiędzy poszczególnymi założycielami wydawnictwa, o której kilku z nich później wspominało? Czy byłeś bardziej skupiony na wydawaniu najlepszych tytułów pod szyldem Image? Czy była wywierana presja na to, żebyś wydawał więcej komiksów?

Nie czułem się częścią tego o czym mówisz. Pozwoliłem innym walczyć do upadłego. Nie chodziło nigdy o to, żeby być numerem jeden, tylko o to, żeby robić takie komiksy, jakie sam bym chciał czytać. Tworzyłem je dla siebie – dla dzieciaka, który siedzi we mnie – dla fana.

Były jakieś problemy w robieniu „Savage Dragona” i nadzorowaniu twoich innych tytułów jednocześnie? Czy też unikałeś bezpośredniego doglądania ich i twórców, tak żebyś mógł skupić się na swojej serii?

Jasne, był to problem. Miałem nad wszystkim kontrolę. Chodziło o to, żeby wiedzieć gdzie i kiedy się wycofać. Wszystko przy czym pracowałem zaczynało się od określenia statusu danej postaci. Zaczynałem od powiedzenia sobie „Ten heros jest tu i chcę go zabrać tam”. Było tak nawet z tytułami, przy których byłem jedynie redaktorem. Zazwyczaj sprawdzało się to całkiem nieźle, ale w kilku przypadkach zawiodłem.

Czy herosi tacy jak SuperPatriot, Freak Force czy Deadly Duo byli postaciami, które również stworzyłeś w czasach dzieciństwa, czy już podczas pracy w Image Comics?

Koncepcja SuperPatriota bazowała na superbohaterze, którego wymyśliłem będąc dzieckiem, ale tak naprawdę w tym przypadku chodziło o danie mu wyposażenia jakie stworzyłem na potrzeby Commando. Freak Force byli mieszaniną starych i nowych pomysłów – Barbaric, Richochet i Rapture byli nowi, a Dart i Horridus były starymi pomysłami. Mighty Mana wymyśliłem do pojedynku z Vanguardem w „Megaton” #2. SuperPatriota przerobiliśmy. Deadly Duo stworzyłem w szóstej klasie wraz z moim kolegą Aaronem Katzem, który wyszedł z pomysłem Kill-Cata. Wszystkie te postacie nieco ulepszyłem na potrzeby swoich komiksów.

Jak byli wybierani nowi twórcy – tacy jak Dale Keown czy Larry Stroman - podczas pierwszego dużego rozszerzenia się składu wydawnictwa, w pierwszych latach jego działalności? Sami się do was zgłosili, czy to wy zgłosiliście się po nich? Czy ich dodanie do grupy było poddane głosowaniu?

Przebiegało to dosyć chaotycznie, w większości to my ich pytaliśmy o taką możliwość. Todd był bardzo aktywny na polu rekrutowania nowych artystów, zresztą tak samo jak cała reszta. Czasami dzwoniliśmy wszyscy między sobą, żeby to uzgodnić, a czasami nie.

Jednym z zespołów twórców, którzy zrobili serię z SuperPatriotem, byli pomysłodawcy „Invincible” – Robert Kirkman i Cary Walker. Czy w tych wczesnych latach widziałeś jakim potencjałem dysponuje Kirkman? Spodziewałeś się jak bardzo płodnym artystą stanie się on dla Image?

Robert zwrócił się do mnie w momencie, kiedy byłem bardzo zainteresowany pomysłem robienia innych tytułów. Miał w ręku historię, którą chciał opowiedzieć, a ja znałem go już od czasów „Battle Pope”. Wiedziałem, że Robert bardzo chce zrobić serię dla Image, ale nie miał do tej pory za dużo szczęścia z Jimem Valentino, który był wtedy głównodowodzącym w wydawnictwie, więc po prostu pozwoliłem mu to zrobić. Kirkman pokazał, że jest w stanie zrobić komiks od początku do końca. I to jeszcze dobry komiks. Zaprowadziło go to do „Invincible” i udowodniło, że potrafi robić komiksy w cyklu miesięcznym. Wiedziałem, że ten gość ma dużo ikry. Nie wiedziałem tylko, że stanie się aż tak dobry.

Czy są gdzieś jacyś artyści, których chciałbyś zobaczyć jak tworzą dla Image Comics?

Oczywiście – jest ich mnóstwo. Głównie dlatego, że chciałbym zobaczyć, co ci goście mają do zaoferowania. Widziałem milion ludzi rysujących Spider-Mana czy Batmana – ale to, że przy nich pracowali, nie za bardzo mnie obchodzi. Bardziej interesuje mnie to co mają oni własnego do zaoferowania. Mogłyby być setki bohaterów takich jak Savage Dragon, Hellboy, American Flagg czy Invincible, ale nie poznamy ich póki ich potencjalni twórcy siedzą i pracują nad Iron Man’em czy Green Lantern’em.

Twój Dragon pojawił się również w kreskówce, jak również powstało kilka jego zabawek. Czy miałeś w nie jakiś wkład i czy pasował ci efekt finalny?

To był zarówno sukces jak i porażka. Miałem pewien wkład do kreskówki, ale nie miałem szans większej kontroli końcowego efektu. Na przykład przesyłano mi taśmy, na których ludzie czytali dialogi bohaterów, a później nie uwzględniano moich decyzji, co było całkiem frustrujące. Z zabawkami różnie - do tych od Playmate zaprzęgłem mojego własnego gościa, rzeźbiarza Clayburne’a Moore’a, który zrobił figurki Battle-Damage Dragona i She-Dragon, które były niesamowite. Niektóre z pozostałych były już jednak mniej ciekawe. Uwielbiam za to poziom detali jaki uwzględnili ludzie od Todd’a do jego serii figurek, ale mam kilka zastrzeżeń co do twarzy mojego herosa.

W 1998 wróciłeś do DC, żeby zrobić swój run w „Aquamanie”, podobnie jak dodatkowe rzeczy dla Marvela z seriami takimi jak „Nova”, „Defenders”, „Fantastic Four” i „Wolverine”. Czemu wróciłeś po tylu latach pracy z własnymi postaciami? Brakowało ci pracy z bohaterami tych dwóch wydawnictw?

Tak, brakowało mi tego. Pomyślałem sobie, że jeśli popracuję nieco gdzieś indziej, pomoże mi to bardziej skupić się na swoich własnych tytułach i pomóc „Savage Dragonowi”. Myślałem, że będzie to niezła zabawa, jednak nie było to do końca takie jak sobie zakładałem.

Przez lata starałeś się o możliwość opowiedzenia swojej historii Novy – pierwszy raz przy okazji „Marvel Comics Presents” i drugi po odejściu od serii ze Spider-Manem. Czy w końcu udało ci się zrobić to co zamierzałeś? Jako że, nieustannie próbowałeś podjąć pracę nad tą postacią, co w końcu ci się udało, można chyba powiedzieć, że jest on twoim ulubieńcem? Czy był jakiś aspekt tej postaci, którym byłbyś najbardziej zainteresowany?

„Nova” był pierwszym komiksem, za którym podążałem od pierwszego numeru. Nie było zbyt wiele nowo startujących serii w latach 70-tych, więc każdy tytuł z którym zaczynałem swoją przygodę ukazywał się od wielu lat. Z serią „Nova” miałem możliwość obcowania od pierwszego dnia, kiedy ujrzała ona światło dzienne, a poza tym bardzo lubiłem tę postać. Uważam, że Fabian Nicieza zrobił straszną rzecz, kiedy miał możliwość prowadzenia tego herosa. Zrobił z niego zupełnie innego bohatera, który zupełnie nie przypadł mi do gustu. Więc sam chciałem zrobić to, co uważałem za „właściwego” Novę. To był mój cel – przywrócić go takim jakim był wcześniej.

Pamiętam pracę nad „Doom Patrol” i obserwowanie jak Paul Kupperberg (scenarzysta) powoli budował ten tytuł, wprawiał maszynę w ruch. Pamiętam jak bardzo żałowałem, że po moim odejściu od serii Paul został zwolniony i nie dano mu możliwości dokończenia tego co zaczął, opowiedzenia swojej historii do końca. Doszedł do momentu, który sobie zaplanował, użył kilku klasycznych przeciwników tej grupy, ale wyglądało na to, że było zbyt dużo „wypełniaczy”, które go pogrzebały.

Wiedziałem, że „Nova” był tytułem, który ciężko będzie sprzedać w porządnej ilości, więc spróbowałem zaatakować ze wszystkich sił to „wrogie terytorium” i zrobić wszystko to co chciałem zawsze w tym temacie zrobić. W tych siedmiu numerach użyłem wszystkich największych przeciwników Novy, co było bardzo zgodne z oryginalną wersją postaci i jej przygód. Nie muszę mówić, że fani „New Warriors” nie bardzo to załapali. Co jest dziwne, bo zarówno w mojej serii jak i tym co się wyprawiało na łamach „New Warriors” postanowiono nieco odświeżyć tę postać, więc moje podejście do niej nie było jakieś przesadnie radykalne. Jednak fani porównywali Novę do tego co sami kiedyś czytali, a dla większości był to właśnie czas kiedy Fabian pisał historie dla tej postaci.

Czy to ty zaproponowałeś DC swoje usługi odnośnie „Aquamana”? Czy było to raczej na zasadzie zobaczenia czy mają oni coś wolnego do roboty i trafiło właśnie na tę postać?

Pewnego razu zadzwonił do mnie Chris Eliopoulos (który zajmował się liternictwem do pierwszych stu numerów „Savage Dragona”) i powiedział, że DC szuka scenarzysty do tej serii. Rozmawialiśmy o tym dłuższy czas i mieliśmy wystarczająco dużo pomysłów, aby dać tej jej szansę i spróbować swoich sił. Rzuciłem im pomysł, na który się zgodzili.

Seria “Fantastic Four: The World's Greatest Comics Magazine” wpasowana była w klasyczny run Stana Lee i Jacka Kirby'ego. Czy był to dla ciebie taki „twórczy kopniak”, jako fana Kirby’ego i Fantastycznej Czwórki?

Był. Życzyłbym sobie jednak, żeby efektem końcowym była lepsza seria. Tworzyliśmy to z najlepszymi intencjami, ale powstał z tego jeden wielki bałagan.

Czy rozważyłbyś jeszcze kiedyś pracę dla Marvela lub DC?

Nigdy nie mów nigdy, ale w tej chwili mam nadzieję, że do tego nie dojdzie.

Wróćmy do Savage Dragona – na przestrzeni lat kilka razy łączyłeś jego siły z Wojowniczymi Żółwiami Ninja. Jesteś fanem tych bohaterów? I czy był to twój pomysł, aby włączyć ich serię z przygodami do Image Comics?

Byliśmy kumplami razem z Michaelem Dooney’em, który pracował dla Mirage Comics (wydawca „Teenage Mutant Ninja Turtles”) i chciałem po prostu zrobić z nim jakiś crossover. Nie pałam wielką miłością do tych Żółwi – lubię ich, ale nic ponad to. Kiedy Mirage zaprzestało publikowania ich przygód, spytali mnie czy ja mógłbym to wydać pod szyldem Image i zgodziłem się.

W ciągu tych wszystkich lat, Dragon nie raz był przez ciebie masakrowany, nie tylko w znaczeniu fizycznym, ale i psychicznym. Myślisz, że to zły los, który heros napotyka i z którym musi sobie radzić, jest taki przyciągający?

Z pewnością duża w tym jego zasługa. Od czasu do czasu życie takie jest – po zadanym ciosie musisz dojść do siebie najlepiej jak potrafisz.

Jedną z twoich najbardziej pamiętnych, żeby nie powiedzieć kontrowersyjnych historii, było sprowadzenie Savage Dragona do piekła, gdzie był świadkiem bijatyki pomiędzy Bogiem i Diabłem, o czym informowała już sama okładka. Spodziewałeś się „ognia i siarki” od swoich fanów w reakcji na to co pokazałeś?

Nie wiedziałem czego oczekiwać. Właściwie to nie dostałem żadnego negatywnego listu odnośnie tej historii, po czym stwierdziłem, że najwidoczniej mógłbym poruszyć każdy temat.

Na łamach „Savage Dragona” dochodziło do wielu gościnnych występów herosów nie tylko z uniwersum Image, takich jak Maxx czy Invincible, ale również takich jak Hellboy (Dark Horse). Czy twórcy tych postaci dali ci wolną rękę odnośnie ich użycia, odżegnując się od końcowych efektów? Czy polegało to raczej na pewnego rodzaju współpracy?

Zazwyczaj staram się włączać w ten proces innych twórców – czasem chcą oni zobaczyć efekt finalny, a czasem nie. Z Hellboyem było tak, że Mike Mignola ostatecznie zmienił kilka dialogów i miał pewien wkład w sam scenariusz. Kiedy natomiast zrobiłem crossover ze Spawnem, żaden z twórców nie widział efektu pracy drugiego, dopóki komiks nie trafił do sklepów. To zależy od przypadku (dwunumerowy crossover ze Spawnem miał miejsce w poprzedzającym wspomnianą wyżej walkę Boga i Diabła „Savage Dragon” #30 i „Spawn” #52, wydanym swego czasu przez Mandragorę – nr 28, 2004 r.).

W Image nie obyło się bez wiadomości przeznaczonych dla pierwszych stron gazet – dwie najważniejsze dotyczyły odejścia z różnych powodów Roba Liefelda i Jima Lee. Nagromadzenie tylu osobowości przy zakładaniu wydawnictwa było problemem?

Problemem było to, że zamiast być dla siebie partnerami, byliśmy konkurentami, którzy czasem atakowali siebie i swoje talenty. Z czasem stało się to obrzydliwe.

Jest jakaś szansa, że film z Savage Dragonem kiedyś ujrzy światło dzienne? Komu powierzyłbyś rolę Dragona, jeśli miałbyś taką możliwość?

Bruce Willis jest idealnym Savage Dragonem – chociaż obecnie jest już chyba na to za stary. To jest taki typ aktora, którego szukam. Taki, który potrafi być i zabawny i brutalny, jeśli sytuacja tego wymaga (ciężko spodziewać się innej odpowiedzi, skoro Larsen na forum Image Comics ma w swoim avatarze fanowską przeróbkę zdjęcia Willisa stylizowanego na Dragona).

Kilka lat temu, podczas Free Comic Book Day, ponownie spotkała się cała siódemka założycieli Image i powstał z tego wspólny projekt o nazwie „Image United”. Możesz powiedzieć nieco o genezie tego przedsięwzięcia i czego fani mogą po nim oczekiwać?

W przeszłości, w jednym z komiksów, Dragon połączył siły z Megaton Man’em, gdzie ja rysowałem swojego bohatera, a Dandy Don Simpson swojego i wyszło to całkiem nieźle. Co ciekawe obie te postacie wyglądały tak jak powinny wyglądać – nie było tak, że któryś z nich był „przefiltrowany” przez styl drugiego artysty. Lata wcześniej, Wally Wood rysował samą postać Daredevila w jednym z numerów „Fantastic Four”, a jeszcze wcześniej Mac Raboy narysował Captaina Marvela Jr. w przygodach dorosłego Captaina Marvela i od zawsze wydawało mi się to ciekawym pomysłem. Rysowaliśmy (założyciele Image) takie prace już wcześniej i podobną zrobiliśmy przy wspomnianym Free Comic Book Day – bardzo nam się to spodobało. Zapoznałem pozostałych ze swoim pomysłem (odnośnie „Image United”) i wszyscy postanowili w to wejść. Po czym zadzwoniłem do Roberta Kirkmana (scenarzysta tego crossoveru), który właśnie rozdawał autografy na tym konwencie. Rozmowa z nim była zabawna, ponieważ stał on wtedy przed wszystkimi tymi ludźmi i starał się bardzo ukryć o czym właśnie rozmawia.

W każdym razie prace trwają. Pierwotnie każdy z naszej szóstki miał w jednym numerze odpowiadać za layout danej części, ale okazało się to zbyt trudne do ogarnięcia, więc obecnie jest to w większości moja robota.

Daaaawno temu, wraz z numerem 13 „Savage Dragona” wziąłeś udział w pewnym przedsięwzięciu, które polegało na tym, że każdy z was (założycieli Image Comics) na jeden numer przejął serię swojego kolegi – Jim Lee był tym, który zabrał się za twojego herosa (a Larsen przejął jego „WildC.A.T.S.” #14 – opublikowane również w Polsce – „WildC.A.T.S.” 3/98). Podobało ci się to co zrobił w tym zeszycie? Dlaczego po powrocie do „Savage Dragona” zrobiłeś swój własny numer 13?

To co zrobił Jim było w porządku. Nie byłem jednak zadowolony z tego, że jeden numer robiony przez innego gościa, mógłby w pewien sposób zepsuć moją całą opowieść o tym bohaterze. Nie zrobiłem tego przeciwko Jimowi, chciałem tylko, żeby mój run pozostał nietknięty.

Nigdy nie wstydziłeś się, ani nie bałeś, wyrażać swojej opinii czy też stawać w opozycji do wszelkich newsów czy wydarzeń z przemysłu komiksowego. Uważasz, że to ważne dla twórców, aby wyrażali to co myślą? Myślisz, że byłoby więcej takich przypadków jak ty, gdyby twórcy skorzystali z większej wolności wypowiedzi, wynikającą z pracy przy własnych seriach czy też własnych wydawnictwach, a z pracy dla obcego wydawcy?

To tylko ja. Takie zachowanie może wkurzać ludzi i zrażać do siebie fanów, więc w zasadzie nie polecałbym tego. W kilku przypadkach powstała niezbyt komfortowa sytuacja, w której fani musieli się opowiedzieć za jednym bądź drugim artystą. Jako fan nie powinieneś krępować się i czytać co tylko zechcesz. Osobowość twórców nie powinna mieć tu żadnego znaczenia.

Była kiedyś taka sytuacja, że jakiś fan w dosyć wyzywający sposób ogłosił, że właśnie idzie dostać autograf na jednym z komiksów Petera Davida (on i bohater tego wywiadu nie przepadają za sobą) i powiedział to tak głośno, że nie mogłem tego nie usłyszeć. Ten wyzywający ton wypowiedzi, sprawił, że czułem się bardzo, bardzo głupio wiedząc, że ktoś chciał mi w ten sposób dopiec. W przeszłości miałem kilka nieprzyjemnych sprzeczek z innymi twórcami, ale mimo to kupowałem ich komiksy. Nie pozwolę, żeby moja opinia o danym człowieku, przesłoniła moje zdanie na temat jego prac - chciałbym, żeby fani wykraczali poza te spory, nie zwracali na nie uwagi i po prostu cieszyli się komiksami, które dają im radochę.

„Savage Dragon” jest również miejscem, gdzie możesz się uzewnętrznić. Nie tylko sprawiłeś, że Dragon poparł Baracka Obamę w wyborach prezydenckich, ale posunąłeś się do tego stopnia, że pokazałeś na jednej z okładek jak ten uderza George’a W. Busha. Czy kiedykolwiek obawiałeś się ostrej reakcji ze strony fanów po przedstawieniu tych historii?

Jasne. Ale nie pozwolę, żeby mnie to w jakiś sposób powstrzymywało. Na każdego fana, który może się nie zgodzić z tym co przedstawiam na łamach komiksu, przypada inny, którego może to ściągnąć do jego kupna. To działa w obie strony.

Posadę głównodowodzącego wydawnictwem przejąłeś od Jima Velentino. Jak do tego doszło, że objąłeś tą pozycję i kiedy już stało to się faktem, to jaki był twój plan działania?

Nie obchodziło mnie wiele z tytułów, które Jim publikował. Chciałem, żeby Image wypuszczało więcej lepszych pozycji. Rozmawiałem z innymi współpracownikami, którzy przyznali mi rację i to był koniec tamtych rządów. Moje komiksowe pochodzenie to mainstream, natomiast Jim wywodzi się z alternatywy. Miałem wrażenie, że nasze wydawnictwo za bardzo oddala się od rynku, staje się mniej znaczące przez twórców, którzy nie pozwalali nam się rozrastać. Doprowadziło to do momentu w którym nie chciałem nawet patrzeć za bardzo na to co publikowaliśmy. Zrobiliśmy swego czasu zbyt wiele amatorskich komiksów i chciałem zmienić to na lepsze.

Oddałeś później tę pozycję Ericowi Stephensonowi. Czy czułeś, że zrobiłeś już wszystko co sobie zamierzyłeś, czy też może byłeś gotowy do powrotu do tworzenia komiksów na pełnym etacie?

Miałem poczucie, że nasz statek podąża we właściwym kierunku. Chciałem skupić się na bardziej twórczej pracy, a funkcja redaktora naczelnego znacząco mi to utrudniała. Koniec końców, byłem dobrym rozwiązaniem dla Image Comics jako twórca regularnego tytułu. No i nienawidziłem być złym przykładem (jako twórca, który nie ma czasu na swoje komiksy).

Niedługo do sklepów trafi 150 numer „Savage Dragona” (w minioną środę pojawił się już 151). Czy jesteś dumny z tego, że twoja seria jest cały czas obecna na rynku i ma oddane rzesze fanów? Czy jest coś co zrobiłbyś inaczej mając taką szansę?

Zrobiłbym wiele rzeczy zupełnie inaczej, gdybym miał tylko taką szansę, ale nie jest to możliwe. Jestem szczęśliwy będąc w miejscu w którym obecnie się znajduję, ale nigdy nie jestem usatysfakcjonowany. Nie ma takiej rzeczy, której bym nie podrasował, gdyby tylko dać mi taką szansę. Jestem bardzo zadowolony, że czytelnicy są przy mnie przez tak długi czas i mam nadzieję, że zatrzymam ich przez najbliższe dekady.

Co dokładnie byś zmienił?

Skakanie po równoległych światach było – patrząc wstecz – bardziej niż lekko tylko poplątane dla wielu czytelników i uczyniło historię niepotrzebnie skomplikowaną. Jeśli miałbym zajmować się tym raz jeszcze od początku, to chciałbym zrobić coś innego, ponieważ pewne rzeczy zrobiłem już wcześniej i powtarzanie siebie, nie byłoby już taką zabawą. Ciężko wybiec w przyszłość o 50 numerów i zobaczyć gdzie podjęta decyzja cię zaprowadzi - sam ciągle zapędzam się do narożnika. Na szczęście, mam pewien plan awaryjny z Malcolmem (Malcolm Eugene Jackson Dragon – syn Savage Dragona). Jeśli kompletnie zniszczę Savage Dragona, zawsze mogę sprawić, że jego serię przejmie Malcolm. Co prawda na razie ma on dopiero 12 lat, ale moja seria osadzona jest w czasie rzeczywistym, więc kiedyś będzie starszy.

Masz zamiar pracować nad „Savage Dragonem” aż do czasu swojego przejścia w stan spoczynku? Czy nawet jego nie planujesz?

Mam nadzieję, że będę pracował nad serią aż do dnia mojej śmierci. Jeśli „Savage Dragon” będzie na mojej desce kreślarskiej kiedy odejdę, będzie można powiedzieć, że wiodłem szczęśliwy żywot.

Masz w najbliższych planach jakieś nowe projekty, czy wielkie historie?

Zawsze. Pomijając „Savage Dragona” i „Image United”, można się spodziewać kolejnych numerów „Next Issue Project” oraz innej regularnej serii, jak również specjalnego tytułu z Brucem Timem i tysiącem innych. Ciągle znajduję sobie jakieś zajęcia.