wtorek, 16 lipca 2013

#1332 - Powieści graficzne. Leksykon: "Dracula. A Symphony in Moonlight & Nightmares" (J. J. Muth)

Album "Dracula. A Symphony in Moonlight & Nightmares", zrealizowany przez Johna J. Mutha, ukazał się w 1986 roku w serii Marvel Graphic Novel, chociaż trudno go uznać za komiks. Podstawowy, choć często naruszany układ kompozycyjny albumu jest taki, że strony, na których znajdują się malowane akwarelami ilustracje przeplatają się ze stronami wypełnionymi drukowanym tekstem literackim. 


Układ tekstu przypomina dramat: wersalikami oznaczone zostały nazwiska, imiona lub funkcje osób mówiących, wytłuszczonym drukiem ich wypowiedzi, komentarze narracyjne skrócone zostały do tego stopnia, że przypominają uwagi o inscenizacji. Niekiedy ustępują one miejsca zapiskom bohaterów – "cytatom" z pamiętników Lucy czy doktora Sewarda lub z dziennika pokładowego statku "Demeter". Dwukrotnie pojawia się typowa narracja literacka. W najbardziej dramatycznych momentach literacki narrator milknie jednak, ustępując pola grafikowi. Sceny uwiedzenia Miny przez Draculę i późniejsza - zabicia dziewczyny przez Van Helsinga - rozgrywają się w całkowitym milczeniu, "opowiedziane" obrazami, które jednak w znaczący sposób różnią się od komiksowych kadrów.

Na samym początku opowieści Muth okala kolejne obrazy ramkami, z jakimi możemy spotkać się w komiksach. Potem rezygnuje z nich, uznając, że granicę między rysunkami wyznaczy miejsce, w którym kończy się dane przedstawienie i odrobina białej przestrzeni pomiędzy nim i następnym obrazem. Różnice w kolorze tła, miejsce, w którym kończy się wizerunek jakiejś sylwetki i obiektu rzeczywiście wystarczają do tego, by dostrzec granice między obrazkami. Początkowo obrazy pojawiające się w opowieści mają prostokątne kształty, a granice między nimi mają kształt linii prostych. Potem jednak i to się zmienia. Poszczególne obrazy zaczynają sprawiać wrażenie, jakby były wydarte z większej kartki papieru: mają nieregularne, postrzępione brzegi, a linie granice pomiędzy nimi nie mają regularnych kształtów. Zdarza się, że Muth zacytuje scenę z jakiegoś starego filmu lub obraz malarski. Zdarza się, że pokaże nam coś, co bardziej jest szkicem niż gotowym wizerunkiem. I wreszcie, zdarza się także, że tym, co nam pokaże będzie niewielki fragment sceny i czasem trudno rozpoznać, co się na obrazku dzieje.

Zestawianie ze sobą fragmentów obrazów (wzajem uzupełniających swój przekaz) i posługiwanie się zapisem, który polega jedynie na przytoczeniu słów i wskazaniu, kto mówi (jak w dramacie) są zabiegami, w największym stopniu przybliżającymi dzieło Mutha do komiksu. W innych miejscach jest ono bliższe książce ilustrowanej, a w jeszcze innych książce obrazkowej (picturebook), posługującej się ikonotekstem. Jako pewna – starannie przemyślana i skomponowana z dopracowanych szczegółów - praca Mutha bezustannie narusza wymogi gatunku, szukając na różnych obszarach sztuk narracyjnych sposobów wzbogacenia ekspresji i połączenia w jedną całość słów i obrazów po to, by osiągnąć nową jakość, nazywaną graphic novel. Dokładniej zaś, by stworzyć coś, co Jon J. Muth chciałby widzieć jako dzieło zasługujące na nazwę powieść graficzna.

"Dracula" Mutha nie jest dziełem wyjątkowym, choć z pewnością odbiega od standardowej produkcji komiksowej. Pod pewnymi względami jest to utwór podobny do zrobionej przez Chaykina adaptacji powieści "Gwiazdy moje przeznaczenie". Jest on podobny też do innej opowieści, także wydanej jako Marvel Graphic Novel i to nieco wcześniej od "Draculi". Historię tę stworzyli J.M. DeMatteis i Dan Dreen, bohaterem jej czyniąc doktora Strange’a, znanego z serialu wydawanego przez Marvel Comics Group. Choć w opowieści "Doctor Strange into Shamballa" podział na kadry jest stosowany zgodnie z obowiązującymi w komiksie konwencjami, to jednak mamy tu do czynienia z wyraźnym zwiększeniem objętości komentarzy narracyjnych i prowadzeniem specyficznej gry z czytelnikiem. Jej podstawą jest fakt, że narrator mówi... do bohatera, komentując jego działania i przytaczając jego słowa (nie wszystkie i nie zawsze), zdradza też, że zna jego przeszłość (co jest sygnałem, iż mamy do czynienia z narratorem wszechwiedzącym). W pewnym momencie, gdy Strange przeklina szpetnie (co zostaje przytoczone w dymku – pierwszym, jaki w ogóle pojawia się w komiksie; potem dymki pojawią się w komiksie jeszcze kilkakrotnie, dla przytoczenia bardziej rozbudowanych wypowiedzi i dialogów), narrator stwierdza, że słowa te są niegodne jego pozycji (co z kolei budzi mocne skojarzenie z poematem dygresyjnym). Pod koniec komiksu okazuje się, iż narrator pochodzi ze świata przedstawionego komiksu, a jego tożsamość jest czymś, co i czytelnik, i bohater muszą odkryć. DeMatteis – podobniej jak Muth – tworzy opowieść, w której komiksowe środki wyrazu są modyfikowane i podporządkowywane idei stworzenia opowieści bardziej skomplikowanej niż typowa historyjka obrazkowa.

Podczas gdy w latach siedemdziesiątych poszukiwania artystyczne twórców historyjek obrazkowych zmierzały ku zwiększaniu precyzji w przekazywaniu znaczeń przy pomocy samych obrazów, a nawet zastępowania słowa ikonicznymi wizerunkami, w latach osiemdziesiątych sytuacja zmieniła się radykalnie. Do komiksu powróciła „literatura”. Towarzyszące obrazkom teksty słowne przestały jedynie informować o miejscu i czasie akcji czy charakterze zdarzenia, i stały się rodzajem subiektywnego dopowiedzenia, dopisania do obrazu komentarza nasyconego liryzmem lub ironią, ton współczucia lub nagany, w każdym zaś wypadku wprowadzającego ton osobisty, zdradzający obecność komentatora i jego zaangażowanie w opowiadaną historię. Zgodnie z tym, co zaproponował Eisner w swojej "Umowie z Bogiem", rysownicy próbowali na nowo zdefiniować relacje między słowem i obrazem lub też od nowa (ignorując konwencje) je ustanawiać. Europejscy twórcy takim poszukiwaniom mogli oddawać się z większą swobodą (i robili to), wydawcy w USA mniej byli skłonni, by na nie pozwalać, stąd lokowanie ich pod szyldem graphic novel.

Zanim ukazał się "Dracula. A Symphony in Moonlight & Nightmares", Muth opublikował (pod szyldem Epic) dwunastoodcinkową opowieść "Moonshadow" (ze scenariuszem J.M. DeMatteisa). Ponadto publikował już na łamach magazynu "Epic Illustrated" odcinki komiksu "The Mythology of an Abandoned City" (na podstawie scenariusza własnego), niedokończonego wówczas i wydanego w postaci albumowej dopiero w połowie lat dziewięćdziesiątych. Były to dzieła nietypowe, ale i jedno, i drugie respektowało poetykę komiksu w stopniu znacznie większym niż "Dracula". Również zrobione przez niego później komiksy respektowały reguły opowiadania obrazami.

Jon J. Muth dzieli swój czas pomiędzy malarstwo, robienie książek dla dzieci (trzy z nich: "Trzy pytania", "Zdumiewające opowieści pandy" i "Nowe przygody pandy" ukazały się w Polsce) i tworzenie komiksowych opowieści. Razem z Kentem Williamsem zrealizował czteroczęściowy komiks "Meltdown", w którym występowali dwaj mutanci znani z serialu X-men: Havok i Wolverine. Każdy z twórców rysował swojego bohatera (Muth odpowiadał za wygląd Havoka). W roku 1990 – dla niezależnego wydawnictwa Eclipse Comics – namalował czteroczęściowy komiks "M" – adaptację filmu Fritza Langa pod tym samym tytułem. W 1995 roku we współpracy z Grantem Morrisonem stworzył "The Mystery Play" (publikacja w Polsce pod tytułem "Misterium" w 2008 roku). W 1994 roku Vertigo wznowiło jego "Moonshadowa". Ponadto rysownik narysował – opublikowaną poza regularną serią z tym bohaterem - opowieść o Lucyferze (nosiła tytuł "Nirvana") oraz siedemdziesiąty czwarty odcinek "Sandmana". Brał także udział w robieniu innych komiksów, a ponadto napisał dla Image scenariusz serialu komiksowego "The Crow" na podstawie graphic novel Jamesa O’Barra (został on zakończony po opublikowaniu dziesięciu odcinków).

Autorem tekstu jest Jerzy Szyłak. Ilustracje pochodzą od redakcji.

poniedziałek, 15 lipca 2013

#1331 - Kto pocieszy Maciupka?

Maciupek to mały, szary troll, o strachliwym i płochliwym charakterze. Co już na wstępie jest zaskakujące, ponieważ gdy mówimy „troll”, widzimy postaci duże, brzydkie i groźne. Pewnie za sprawą filmowej adaptacji „Władcy Pierścieni” jesteśmy przeświadczeni, że muszą tak wyglądać.


Tove Jansson opowiada historię, jak Maciupek, który strasznie boi się ciemności i sapania Paszczaków, dudnienia ich ciężkich kroków oraz wycia Buki, zbiera się w sobie, by o świcie z małą (a ciężką) walizką i w przyciasnych butach wymknąć się o świcie z domu. Autorka właściwie nie uzasadnia, dlaczego szary troll ucieka.

Wiem przed czym, ale nie wiemy dlaczego. Z obrotu dalszej akcji dowiadujemy się, Maciupek nie szuka przyjaciół. Chciałby ich mieć, to oczywiste, ale spotykając na swojej drodze Filifonki, Homków, Mimblę i Małą Mi, Włóczykija zamiast próbować się z nimi zaznajomić, on chowa się za kamieniami i drzewami. Do wspomnianych wyżej cech charakteru małego trolla dodać należy jeszcze, że jest śmiertelnie nieśmiały. Maciupek po prostu boi się wszystkiego i wszystkich, dlatego aż dziw bierze, że wybrał się w taką długą podróż. W końcu dociera nad morze, siada na plaży, jest mu dobrze, bo nie słychać Paszczaków ani Buki, ale nadal nie czuje się szczęśliwy, ponieważ jest samotny.

Całe życie naszego bohatera odmienia się w jednej chwili, gdy wyławia z morza butelkę, w której znajduje list od dziewczynki, która wszystkiego boi się bardziej od niego. Co daje mu siłę i odwagę. List od Drobinki nadaje podróży małego trolla sens, wyznacza kierunek. Już nie może się bać Buki, bo przecież musi ocalić dziewczynkę, dodać jej otuchy, zaprzyjaźnić się z nią.

Jaki jest finał podróży malutkiego trolla? Czy zapanuje nad swoimi emocjami, które skutecznie utrudniają mu zawieranie przyjaźni? Czy spotka i uratuje Drobinkę przed Buką? Tego już nie będę zdradzał.

„Kto pocieszy Maciupka?” to druga po „Co było potem?” książka obrazkowa Tove Jansson w ofercie wydawnictwa EneDueRabe. Oficyna z Gdańska zadbała o bardzo wysoka jakość edytorską publikacji. Książka opublikowana została w dużym formacie, w twardej okładce.

Całostronicowe ilustracje pięknie się w tym formacie prezentują. Autorka „Muminków” oddaje klimat opowiadania poprzez kolory, gdy Maciupek we mgle przed świtem wymyka się z domu, to dominują szarości. Z drugiej strony nawet na najbardziej kolorowych planszach łatwo odnaleźć głównego bohatera, bo on także jest szary. A gdy pojawia się Buka, to nawet czytelnik może się bać, a co dopiero Drobinka.

Tekst opowiadania został umieszczony w białych ramkach, nie zajmuje więcej niż 1/3 strony. Uwagę przykuwa także kaligrafia, naśladująca odręczne pismo. Oryginalnie „Vem ska trösta knyttet?” jest napisane wierszem. Bardzo dobrze się stało, że wydawca zdecydował się przygotować nowy przekład (oryginalne wydanie ukazało się w 1960 roku; pierwsze polskie wydanie opublikowane zostało w 1980 roku, staraniem oficyny Nasza Księgarnia w przekładzie prozą Teresy Chłapowskiej), którego dokonała Ewa Kozyra-Pawlak (na podstawie „rybki” Anny Szmit). Miejscami rymy nie są dokładne, czasem mamy do czynienia z asonansami. Niekiedy rytm tekstu również szwankuje (W pewnym miejscu tłumaczka, chcąc go utrzymać, multiplikuje Bukę: „Nagle przed małym Maciupkiem wyrosły ogromne skały, / trzy góry ponure, w których strachy i Buki mieszkały”).

Wydawnictwo EneDueRabe opublikowało już dwie książki obrazkowe Tove Jansson. Zapowiada publikację „Niebezpiecznej podróży” - trzeciej (i ostatniej). Nie mogę się doczekać. A tak przy okazji, to ciekaw jestem, czy oficyna z Gdańska zdecyduje się także na publikację komiksów fińskiej autorki.

niedziela, 14 lipca 2013

#1330 - Komix-Express 193

Polscy komiksiarze podbijają zachodnie rynki! W minionym tygodniu aż roiło się od informacji o tym, jak to nasi będą walczyć o uznanie czytelników z bardziej komiksowo ucywilizowanych krajów. Najpierw pojawiły się wieści o przełożeniu najnowszego albumu Michała Śledzińskiego na język francuski. „Czerwony Pingwin musi umrzeć” ma szansę pojawić się na największym z europejskich rynków komiksowych pod wspaniale brzmiącym tytułem „Mort au Pingouin Rouge”. Nieco później gruchło o rychłej francuskiej premierze Agaty Bary. Jej „Ogród”, jako „Le verger” również ukaże się w ojczyźnie Asteriksa. Natomiast za Oceanem kolejny krok w swojej komiksowej karierze postawi(ł) Piotr Kowalski. Po współpracy z Boom! i Image przyszła pora na... Marvela! W ramach nowej odsłony imprintu Marvel Knights twórca znany z „Gaila”, „Wydziału Lincoln” i „Sexu” zilustruje czteroczęściową mini-serię z Hulkiem do scenariusza Joe`go Keatinge. Opowieść o przybyciu zielonego giganta do Paryża zadebiutuje już w grudniu.

18 lipca (czwartek, o godzinie 19:00) swój wernisaż będzie miała pierwsza wystawa w nowej przestrzeni wystawienniczej mia Art Gallery i będzie ona związana z komiksem. Na ulicy Czystej 4 we Wrocławiu będzie można podziwiać prace jednego z najwybitniejszych współczesnych twórców komiksowych, Michała Śledzińskiego, a ekspozycja zatytułowana będzie „Kadry w środku”. Wystawa otwarta będzie do 31 lipca, a reklamowana jest w następujący sposób:

Komiksowe fabuły i ich tajemniczy bohaterowie opanują galerię sztuki w dość niecodzienny sposób, angażując widza w światy postaci zrodzonych w głowie Śledzińskiego. „Kadry w środku” to prezentacja najnowszych prac Śledzia oraz specjalnie stworzonych na wystawę postaci – pojawią się m.in. Szemrany typ; Bocian w boju; historia królika, który szuka zielonego dzbana; cartoon z życia rysownika. By jeszcze mocniej przybliżyć widzom komiksowe fabuły, pokazać, jak i gdzie powstają, artysta przeniesie do wnętrza galerii swój pokój komiksotwórcy i zaprosi nas w ten sposób do wnętrza swojego świata. Będzie to unikatowa okazja do poznania samej idei tworzenia komiksu i niecodziennego klimatu, panującego wokół procesu wyrysowywania kolejnych kadrów.

Otwarty wernisaż „Kadrów w środku” odbędzie się w mia ART GALLERY 18 lipca (czwartek, o 19:00). Smakosze i koneserzy sztuki komiksu na pewno ucieszą się ze specjalnie wydanego na wystawę artbooka (nakład 50 sztuk, do nabycia od dnia otwarcia wystawy w galerii mia) oraz serii limitowanych, sygnowanych i numerowanych printów (w liczbie 150). Autor przeprowadzi również w galerii otwarte warsztaty komiksotworzenia 20 lipca 2013 (szczegóły i rejestracja na www.allthatart.pl).

Wydawnictwo Komiksowe oficjalnie potwierdziło nabycie praw autorskich do „Wież Bois-Maury”. Umowa obejmuje pierwsze pięć tomów serii autorstwa Hermanna Huppena, które będą ukazywać się w formie albumów, cyklicznie, co miesiąc, począwszy od 20 września 2013 roku. W Sklepie Gildii już teraz można zamówić w prenumeracie komplet w cenie 165 złotych. Po więcej szczegółów odsyłam na stronę. W sierpniu ma pojawić się więcej oficjalnych informacji, a w sieci pojawi się dedykowana projektowi strona. Poza tym, znane są już szczegóły edytorskie zbiorczego wydania „Kota Rabina” Joanna Sfara. Integral zbierający pięć tomów w tłumaczeniu Grzegorza Przewłockiego będzie miał swoją w styczniu 2014 roku. Ukaże się w formacie ciut mniejszym od standardowego dla albumów europejskich i kosztować będzie 112 złotych. Z mniej przyjemnych wieści – premiera pierwszego tomu „Krucjaty” została opóźniona. O całe... trzy dni. Na osłodę prezentujemy opis tego komiksu Jeana Dufaux i Philippe` Xaviera:

Ziemia Święta jest ponownie zagrożona wybuchem wojny. Pod wodzą Grzegorza d'Arcos i niepokojącego diuka Tarente, chrześcijanie szykują się do odbicia Jerozolimy z rąk sułtana Abdula Razima. Mężny Walter z Flandrii przeciwstawia się wyprawie, uważając ją za szaleństwo. Ale nikt się z nim nie liczy, a w cieniu działa Qua’dj, demon który postanowił posiąść dusze wojowników. Jego ponurym planom przeciwstawia się Walter i zachwycająca, lecz groźna Syria d’Arcos.

Marcin Podolec na finiszu praca nad „Fugazi Music Club”. Nowy album twórcy „Wszystko zajęte” i „Czasem” ma być gotowy na 1. września, akurat gdy wystartuje Fugazi FESTiwal, podczas którego ma mieć swoją premierę. Trwają prace nad okładką i wklejką, niemal gotowa jest też licząca blisko 40 stron galeria zdjęć, która będzie dodatkiem do komiksu. Całość ma w sumie liczyć około 230 stron. Nie ma co, Kolec wykonał kawał solidnej roboty i to w rekordowym czasie. Mam nadzieję, że jej efekt będzie równie znakomity, co w przypadku pozostałych produkcji jego autorstwa.

Kultura Gniewu zapowiada. W ramach imprintu Krótkie Gatki startuje seria „Detektyw Miś Zbyś na tropie”. Pierwszy tom serii tworzonej przez Macieja Jasińskiego (scenariusz), Piotra Nowackiego (rysunki) i Norberta Rybarczyka (kolor) będzie zatytułowany „ Lis, ule i miodowe kule”. Jego premierę zaplanowano na sierpień tego roku, natomiast jeszcze bez konkretnej daty ukazania się na rynku pozostaje nowy komiks Jacka Świdzińskiego. Wiadomo tylko, że „A niech Cię, Tesla!” ukaże się nakładem KG w najbliższym czasie (za miesiąc, dwa?). Jestem niezmiernie ciekaw co też Świdziński wymyślił i liczę, że reklamowy slogan KG o „komiksie, który swoim geniuszem zbliża się do geniuszu słynnego wynalazcy” okaże się czymś więcej, niż tylko reklamowym sloganem.

Na konwencie Image Expo 2013 scenarzysta Ed Brubaker zapowiedział swój nowy, autorski projekt. W serii "Velvet" połączy swoje siły z rysownikiem Steve`m Eptingiem, z którym współpracował przy okazji swojego runu w on-goingu "Captain America". I ten marvelwswoki trop jest słuszny, ponieważ "Velvet" ma być szpiegowskim thrillerem z metatekstowym twistem. Głowna bohaterka komiksu, Velvet Templeton, jest asystentką pracującą w jednej z największych światowych agencji szpiegowskich. To postać w stylu Moneypenny, która zwykle w filmach o Jamesie Bondzie odgrywa marginalną rolę. Bru oglądając szpiegowskie filmy z lat sześćdziesiątych, siedemdziesiątych i osiemdziesiątych dostrzegł w takim typie postaci olbrzymi potencjał. Oprócz tego "Velvet" będzie igrała sobie ze schematami zarówno w opowieściach o szpiegowskich potyczkach, jak i podejmowała mocno genderowe treści związane z sposobem portretowania kobiet w produkcjach spod znaku espionage.

Po niemal dekadzie nieobecność w przemyśle komiksowym, Andrew Hope powraca do świata dymków i kadrów. Wraz z rysownikiem Shawnem Crystalem i Francesco Francavilla, który przygotuje okładki, pracuje nad mini-serią "Fantomex MAX". Bohater znany z kart "New X-Men" Granta Morriosna, gdzie zadebiutował i "Uncanny X-Force" Ricka Remandera, gdzie zdobył wielką popularność, dostanie wreszcie solową serię. I oczywiście, jako największy złodziej w historii będzie musiał ukraść pewien przedmiot. Hope obiecuje napakowaną akcją, utrzymaną w filmowym stylu, fabułę, choć skupi się również na bardziej ludzkim aspekcie tej postaci. Bo co robi Fantomex jak nie wykonuje brudnej roboty z Wolverine`m i nie kradnie wartych miliony dolarów dzieł sztuki? Pomimo tego, że komiks ukaże się w imprincie MAX, a więc w linii nie związanej z główną, marvelowską continuity, scenarzysta obiecuje trzymać się jak najściślej kanonicznej wersji tytułowego bohatera.

George Perez podpisał ekskluzywny kontrakt z Boom! Studios. Ikona komiksu superbohaterskiego, autor współczesnej wersji „Wonder Woman”, kultowego runu w „Avengers”, rysownik „Kryzysu na Nieskończonych Ziemiach” i wielu innych klasycznych pozycji miał dość wydawniczej polityki DC Comics i korporacyjnych porządków, jakie zaprowadził Dan DiDio i decydenci Warnera. W barwach Boom! Perez czuje, że odzyskał tą twórczą energię, która była tłamszona przez kilka ostatnich lat. Wreszcie, będzie mógł zająć się realizacją swój pomysłów, za które nigdy nie miał okazji się zabrać. Niestety, artysta nie może jeszcze zdradzić nad jakimi projektami będzie pracował. Konkretne tytuły i daty mają pojawić się na konwencie w Baltimore we wrześniu.

Obowiązkowy news serialowy - w prawie dziesięć lat po premierze ekranizacji „Ligi Niezwykłych Dżentelmenów” (dość nieudanej, zresztą), znakomita seria Alana Moore`a i Kevina O`Neilla może dostać swoją drugą szansę. Tym razem nie w kinie, ale w telewizji. Serial produkowany przez Foxa na razie doczeka się pilota, nad którym pracować będą Micheal Green, znany między innymi z serialu „Herosi” czy "Green Lanterna", oraz Erwin Stoff. Ciekawe czy Kapitan Nemo, Niewidzialny człowiek i Dr. Jekyll (w oficjalnym opisie nie pojawia się postać Alana Quatermaina) będą mieli więcej szczęścia na małym, niż na dużym ekranie. O ile oczywiście do realizacji projektu dojdzie. Fiasko telewizyjnych adaptacji "The Sixth Gun" i The "Chew" daje do myślenia...

piątek, 12 lipca 2013

#1329 - Powieści graficzne. Leksykon: "Alack Sinner" (A. Muñoz i C. Sampayo)

José Antonio Muñoz i Carlos Sampayo są Argentyńczykami, którzy spotkali się w Hiszpanii i zaczęli robić komiks, który ukazywał się we Włoszech i Francji, a następnie w Belgii. Pozytywnie na ich karierę wpłynął fakt, że Art Spiegelman zauważył to, co robią i zamieścił w swoim „Raw” komiksy Argentyńczyków pochodzące z albumu „Le bar à Joe”, („Joe’s Bar”), co doprowadziło do tego, że w USA ukazały się także ich inne prace. Najprawdopodobniej to właśnie fakt publikacji przez Spiegelmana spowodował, że dziś „Joe’s Bar” jest uważany za najważniejsze dzieło Muñoza i Sampayo, chociaż jest to tylko spin-off serii komiksowej Alack Sinner, tworzonej od 1975 roku.

Alack Sinner jest prywatnym detektywem, mieszkającym i pracującym w Nowym Jorku. Opowieść o nim ma strukturę regularnego serialu: opowieści odcinkowej, składającej się samodzielnych epizodów, połączonych osobą głównego bohatera i kryminalnym charakterem fabuły. W jednym z tych epizodów Sinner poznaje dwóch Argentyńczyków (jego wyobrażenie o tym, gdzie leży kraj, z którego pochodzą, jest dosyć mętne), tworzących komiks o prywatnym detektywie, nazywającym się tak samo, jak on. Nazywają się oni Muñoz i Sampayo, chętnie przesiadują z Alackiem w barze „U Joego”, żłopią piwo, dziwią się wszystkiemu wokół i wprowadzają nieco humoru w opowieść. Budulec do swojej opowieści czerpią autorzy z konwencji czarnego kryminału. Mamy zatem w „Alacku Sinnerze” zmęczonego życiem bohatera, który sam opowiada o swoich przygodach, zachowując ironiczny dystans wobec tego, co mu się przydarza. Mamy skorumpowanych policjantów, zbrodnie popełniane z nie zawsze racjonalnych powodów, wielkomiejską dżunglę, a w tle dobrze zarysowany obraz społeczeństwa, nieco różniący się od typowych amerykańskich opowieści tym, że spotykamy w komiksie sporą liczbę życiowych rozbitków i nie zawsze legalnych imigrantów.

Ameryka z tworzonego przez Argentyńczyków komiksu nie jest rzeczywista: to raczej kraj utkany z obrazów filmowych, literackich opisów i wyobraźni, która te elementy wiąże ze sobą. Ów na poły fantazmatyczny charakter świata przedstawionego podkreślają rysunki José Muñoza, oparte na ostrych kontrastach, częstym ukrywaniu postaci w głębokim cieniu i łączeniu realizmu w odtwarzaniu scenerii z silnie groteskowym przerysowaniem wyglądu postaci ludzkich. W gruncie rzeczy te rysunki „kradną opowieść”, odwracają od niej uwagę, swoją szczegółowością, niezwykłością i jakimś rodzajem tajemnicy, którą w sobie kryją. Sugestią, że za tymi twarzami kryją się historie, które warto poznać.

Album „Viet Blues”, zawierający zbiór opowieści o Alacku Sinnerze, otwiera historia „Rozmawiając z Joe” (a może „Plotkując z Joe”; po włosku było to „Conversando con Joe”), idealnie nadająca się do przedstawienia nowego bohatera. Widzimy tam mężczyznę, który wchodzi do baru, zamawia drinka, siada przy stoliku, czyta gazetę, w szafie grającej wybiera utwór Charliego Parkera. Siedzi tam długo. Za oknem zapada noc, inni goście opuszczają lokal, barman znacząco spogląda na zegarek. Pod koniec piątej strony komiksu barman (który już opróżnia popielniczki) i ów gość zaczynają rozmawiać. Dość szybko zaczynamy się orientować, że to nie jest ich pierwsza rozmowa, choć do tej pory obaj wyglądali, jakby byli sobie całkowicie obcy. Alack Sinner (bo to on jest owym mężczyzną) zaczyna opowiadać Joemu (łatwo się domyślić, że to jego imię widnieje na szyldzie baru) o tym, jak porzucił pracę w policji i został prywatnym detektywem. W rzeczywistości historyjka ta powstała dopiero w 1978 roku. Wszystkie inne opowieści zebrane w albumie (włącznie z tą, w której detektyw spotyka Muñoza i Sampayo) są od niej starsze.

Bar u Joego, który był idealnym miejscem do tego, by Sinner opowiedział historię swojego życia, okazał się także idealnym miejscem do tego, by opowiedzieć o tajemnicach osób, które w sztandarowej opowieści Muñoza i Sampayo pozostawały jedynie elementami tła. W 1981 roku w wydawnictwie Casterman opublikowali oni album „Le bar à Joe”, w skład którego wchodziły opowieści o ludziach, którzy przewijali się przez lokal Joego. Z kart opowieści o prywatnym detektywie wyjęli też bohaterkę swojego kolejnego komiksu – anarchistkę polskiego pochodzenia – Sophie Milasewicz. Postać Alacka Sinnera wykorzystali także w albumie opowiadającym o Billie Holiday po to, by w trzydziestą rocznicę śmierci piosenkarki, złożył kwiaty na jej grobie.

Chociaż ani serialu Alack Sinner, ani zbioru opowiadań „Le bar à Joe”, żadną miarą nie da się uznać za powieści graficzne, wkładu José Muñoza i Carlosa Sampayo w rozwój tej odmiany komiksu nie można jednak ograniczać do prac, jakie zrobili w późnym okresie swojej kariery, takich jak „Billie Holiday”, czy – znany w Polsce – „Carlos Gardel. Głos Argentyny” (wydanie polskie 2011). Gdyż to właśnie to, co pokazali w „Alacku Sinnerze” i opowieściach z baru „U Joego”, wywarło ogromny wpływ na twórców tak różnych jak Frank Miller i Manuele Fior.

Ilustracje pochodzą od redakcji.

czwartek, 11 lipca 2013

#1328 - Zabawny ptaszek

"Zabawny ptaszek" to kolejna pozycja w ofercie Wydawnictwa Widnokrąg, która przykuła moją uwagę. Przeglądając przykładowe strony, które prezentowane były na fanpejdżu oficyny, książka wzbudziła moją niekłamaną ciekawość, ponieważ warstwa graficzna zdaje się być nadrzędna w stosunku do warstwy słownej. "Kolejna" po "Czarnej książce kolorów" oraz "Emigracji" (o której już pisałem, kto ciekaw niech czyta: klik! klik!). 

Teraz, mając najnowszą publikację Widnokręgu przed sobą, potwierdzają się moje wcześniejsze intuicje: ilustracje grają pierwsze skrzypce. Oczywiście są słowa, choć nie za dużo. Zasadniczo można domniemywać, że zostały przez autorkę ograniczone do minimum. Pod ilustracjami u dołu strony znajdują się kilkuwyrazowe, emblematyczne podpisy, które im ściśle nie odpowiadają. Ta rozbieżność przypomniała mi o spotkaniu z Piją Lindenbaum (autorką świetnej serii książek obrazkowych dla dzieci z udziałem bohaterki o imieniu Nusia), które miało miejsce niedawno w Poznaniu. Wówczas szwedzka autora została poproszona o podanie swojej definicji książki obrazkowej, odpowiedziała mniej więcej tak (cytuję z pamięci): „Książka obrazkowa to jest książka, w której ani tekst, ani obraz nie mogą być osobno. Tekst i ilustracje są potrzebne, aby opowiedzieć historię. Często tekst i ilustracja traktowane rozdzielnie są ze sobą sprzeczne, dopiero gdy widzimy je razem mają znaczenie”.

Wrócimy jednak do utworu autorstwa Jennifer Yerkes. Historia tytułowego bohatera nie jest porywająca. Właściwie jest bardzo prosta. Można ją streścić w kilku zdaniach. Oto mały ptaszek, który jest na wskroś zwyczajny, przez tę swoją pospolitość czuje się samotny, niedoceniany, przeźroczysty, ignorowany i nieszczęśliwy. Mając już dość takiego traktowania, wyrusza w świat. Po drodze spotykają go różne przygody. Próbuje zostać kimś innym, udając i przebierając się w nie swoje piórka. Jednakże ostatecznie dochodzi do przekonania, że zdecydowanie najlepiej być sobą. Wystarczy zaakceptować siebie, a pojawią się i przyjaciele.

Wiele już podobnych historii czytałem. Ale ta książka jest inna, intrygująca właśnie przez warstwę swoją graficzną, w której dzieje się więcej niż w słowach. Także dosłownie, ponieważ możemy zobaczyć przygody, o których nie wspomina się w tekście. Sami możemy je sobie opowiedzieć na podstawie tego, co widzimy.

To, co przykuwa uwagę czytelnia, to fakt, że Yerkes na żadnej stronie nie narysowała tytułowego ptaszka, choć na każdej go widzimy. Autorka poprzez obrysowanie czy lepiej odcięcie konturu od tła, pokazała bohatera. Dosłownie nie widzimy go, raczej "przeczuwamy". Ten zabieg zrobił na mnie duże wrażenie: pokazać kogoś, kto jest, a kogo wprost nie widzimy. Przeźroczystości tytułowego ptaszka została potraktowana dosłownie, ilustratorka zastosowała zabieg polegający ukazaniu kontrastu między symboliczną obecnością głównego bohatera, a całościowymi rysunkami pozostałych postaci - lis jest rudy, mysz brązowa, a motyl kolorowy.

Na zakończenie jeszcze kilka ciepłych słów o edytorskim przygotowaniu publikacji. Książa została wydrukowana na ekologicznym papierze z certyfikatem FSC.Wydawnictwo Widnokrąg zdecydowało się na tekturową, miękką okładkę z szytym grzbietem, na którym witać białą nić szwu. Stopka redakcyjna umieszczona została na III stronie okładki, możemy się z niej dowiedzieć, że Ministerstwo Kultury i Dziedzictwa Narodowego dofinansowało wydanie, ale nie dowiemy się, że "Zabawny ptaszek" został wyróżniony w konkursie Bologna Ragazzi Award w 2012 roku, a szkoda.

środa, 10 lipca 2013

#1327 - Tim i Miki. W Krainie Psikusów

Tradycyjne, na Festiwalu Komiksowa Warszawa wydawnictwo Timof i cisi wspólnicy we współpracy z Polskim Stowarzyszeniem Komiksowym oraz ze Sklepem Gildia przygotowali gratisową publikację w ramach Polskiego Dnia Darmowego Komiksu. Każdy, kto odwiedził w maju stołeczny Stadion Narodowy mógł wyjść z zeszytem "Tim i Miki. W krainie psikusów" pod pachą.

Podczas FKW za tym komiksem szczególnie powinni rozglądać byli się rodzice, bowiem wspólne dzieło Dominika Szcześniak (scenariusz), Piotra Nowackiego (rysunki) i Sebastiana Skrobola (kolor) jest utworem przeznaczonym dla najmłodszych. I to dobrym – przynajmniej, z mojej, dorosłej perspektywy, bo ocenianie komiksów przeznaczonych dla kogoś o tak skrajnie innej percepcji, jak dziecko, jest dla mnie nie lada wyzwaniem.   

Scenarzysta wychodzi o dość konwencjonalnego motywu – dwaj główni bohaterowie komiksu, Tim i Miki, między szafą, ścianą i parapetem znajdują przejście do tytułowej Krainy Psikusów. W tym magicznym uniwersum przyjdzie im przeżyć wiele niezwykłych przygód, ale staną również przed nie lada wyzwaniem – uratowaniem zaginionych rodziców. I tu konwencjonalność przygodowej opowieści dla najmłodszych się kończy, bo "Tim i Miki" co i rusz zaskakują zwrotami akcji i nieszablonowymi rozwiązaniami fabularnymi. Trzeba przyznać, że Szcześniak ostro sobie poszalał i efekt jest więcej, niż zadowalający. Postawił na zwariowaną przygodę, w której nic nie jest takie, jakie na pierwszy rzut oka wygląda.  

W historii bolą jedynie dość toporne nawiązania do kultury masowej. Niewidoczne dla dzieciaków, a dorosłych rażące swoją schematycznością. Szcześniak nigdy nie miał szczególnej ręki do dialogów, a w komiksie nie dość, że napisane są one w dziwnym stylu, będącym mieszanką języka młodzieżowego i infantylnej, dziecięcej dykcji. Uderza również spora ilość dymków z tekstem, która każe na długo parkować na niektórych stronach, co momentami może wybijać z czytelniczego rytmu.  

Dla Piotrka Nowackiego "Tim i Miki" to niejako powrót do cartoonowych korzeni. Po do pewnego stopnia awangardowych "Om" i "Moe", Jaszczu zawitał w strony, gdzie czuje się najlepiej. Pod względem wizualnym nie sposób się do czegokolwiek przyczepić. Wyraziści bohaterowie, oszczędne tła, prosta, ale nie prostacka kreska, którą trudno pomylić z innym twórcą – to standard, do którego zdążyłem przywyknąć. Kawał solidnej roboty odwalił również Sebastian Skrobol, choć nieco drażni mnie zbyt cukierkowo-komputerowa estetyka całości.

Lucek i Jaszczu to zawodnicy, którzy poniżej pewnego poziomu nie schodzą. Zdarza im się błysnąć czymś wyjątkowym, jak to było z „10 Bolesnymi Operacjami” czy „Om”, ale zwykle prezentują równą formę. I tak też jest w przypadku „Tima i Mikiego”, któremu ciężko cokolwiek zarzucić. Ciekawe, uciekające od szablonowości postacie – są. Wciągająca i niebanalna fabuła, z odpowiednią ilością zwrotów akcji – jest. Sympatyczne, skrzące się kolorami, stylowe w swojej prostocie rysunki – no ba! Igranie sobie z schematami opowieści dla dzieciaków, bez zbędnego dydaktyzmu – jak najbardziej. Efektowne zakończenie i fantastyczna ośmiornica-wróżka – wszystko jest obecne.

wtorek, 9 lipca 2013

#1236 - Lux in Tenebris t.1: Romowe

Sławomir Zajączkowski, scenarzysta znany z komiksów „ortodoksyjnie” historycznych („Zamach na Kutscherę”, „Korfanty”), tym razem przedstawia opowieść, w której pierwiastek fikcyjny dominuje nad faktografią. Akcja „Romowe” rozgrywa się na ziemiach polskich około XI wieku. Nękane przez najazdy pogan z południa państwo Piastów znajduje się w stanie kryzysu.

Król Kazimierz musi salwować się ucieczką za granicę, a po jego schedę zaczynają sięgać lokalni, co mocniejsi możnowładcy. Co więcej, zagrożenie ze strony Prus wciąż jest aktualne. Krótko mówiąc – źle się dzieje w państwie polskim. Nie tylko zresztą w aspekcie politycznym, ale również religijnym: chrześcijaństwo zaczyna tracić swoje wpływy na rzecz odradzających się pogańskich obrzędów. Zaprawiony w bojach rycerz Wojmir i młody mnich Jakusz wyruszają na Mazowsze z misją otrzymaną od króla polegającą na odzyskaniu głowy Świętego Wojciecha. Czy im się to uda?

... ciąg dalszy recenzji komiksu "Romowe" Sławomira Zajączkowskiego i Huberta Czajkowskiego do przeczytania na stronie magazynu ArtPapier, gdzie zaliczyłem swój debiut i mam nadzieję jeszcze niejeden tekst napisać. Czytajcie i odwiedzajcie, bo całkiem sporo komiksowego się tam dzieje.


#1325 - O powieściach graficznych (Jerzy Szyłak)

Z dniem dzisiejszym rozpoczynamy prezentacje nowej książki pod redakcją Jerzego Szyłaka. Obszerną zapowiedz jego leksykonu powieści graficznych, można było przeczytać w zeszłotygodniowym wydaniu Komix-Expressu, a w tym i przyszłym tygodniu będziemy publikować fragmenty esejów, jak i poszczególne hasła. Grafiki pochodzą od redakcji.

Dzięki uprzejmości Macieja Gierszewskiego możemy zdradzić nieco więcej informacji o książce. Publikacja będzie nosiła tytuł "Powieści graficzne. Leksykon". W powstaniu książki udział wzięło 13 autorów: Jerzy Szyłak, Sebastian Jakub Konefał, Przemysław Zawrotny, Radosław Bolałek, Paweł Sitkiewicz, Przemysław Kołodziej, Michał Traczyk, Agata Włodarczyk, Marta Tymińska, Agnieszka Kiejziewicz, Damian Kaja, Kinga Kuczyńska i Michał Błażejczyk. Wydawcą "Leksykonu" będzie Centrala, a premiera została zaplanowana na  20 listopada 2013 roku. W sumie na całość mają składać się 144 hasła.

[…]

Formalnie rzecz biorąc, powieść graficzna to utwór komiksowy, opublikowany jednak w postaci książki i zawierający rozbudowaną (w stosunku do typowych amerykańskich komiksów) fabułę, będącą dziełem jednego autora lub duetu, składającego się z rysownika i scenarzysty. W tym miejscu trzeba przyznać, że na dobrą sprawę powyższy opis przystaje – niemal idealnie – do rysunkowych adaptacji utworów literackich, choćby takich, jakie były wydawane w USA w latach czterdziestych i pięćdziesiątych, w serii "Classics Illustrated": większość z nich dosłownie była powieściami przedstawionymi w wersji graficznej (choć w serii ukazywały się także komiksowe adaptacje opowiadań i dramatów). Kłopot w tym, że owa seria i cała praktyka przerabiania utworów literackich na wersje obrazkowe, była w okresie, kiedy się ukazywała, przedmiotem nieustających krytyk, gdyż spełniała wszystkie cechy homogenizowanego produktu przemysłu kulturowego. Krytycy zwracali uwagę na to, że walory artystyczne utworu literackiego tkwią w słowie, które pobudza wyobraźnię do wyobrażania sobie tego, co opisane, a komiks operuje rysunkami, które nadmiernie konkretyzują elementy przedstawienia, eliminując wyobraźnię z procesu odbioru. Wskazywali też na to, że w całej serii utwór literacki przykrawany jest do z góry narzuconej (określonej przez wymagania drukarskie) objętości i wtłaczany w tomik o objętości 48, 56 lub 64 strony, co wiąże się z upraszczaniem fabuły i redukcją treści do banalnego streszczenia.

Pamiętając o tych głosach krytycznych z łatwością dostrzeżemy w propozycji, jaką składał Will Eisner nazywając  „Umowę z Bogiem”  powieścią graficzną, obietnicę usunięcia wad, jakie wytykali komiksom krytycy obrazkowych adaptacji utworów literackich. Po pierwsze, był to utwór o objętości zdecydowanie większej niż najgrubszy tom  "Classics Illustrated". Po drugie, podejmowana przez Eisnera tematyka pozostawała w niejakiej sprzeczności z cenzorskimi ograniczeniami, choć nie epatowała naruszeniem obyczajowych tabu. W dodatku była to tematyka obyczajowa, przedstawiona w konwencji realistycznej, w literaturze cenionej najwyżej, a w komiksach spotykanej rzadko. O tym, że Umowa z Bogiem miała charakter utworu autorskiego wspominać nie trzeba, ale warto wspomnieć o tym, że prowadzona w niej narracja różniła się od typowych sposobów snucia opowieści w komiksie – autor ujawniał się w niej nie tylko poprzez to, o czym opowiadał, ale i to, w jaki sposób to robił.

Tym, o czym pamiętać przychodzi nam raczej trudno, jest fakt, że w USA nazwanie publikacji graphic novel wiązało się z możliwością zmiany sposobu jej sprzedaży, czy też – szerzej – rozpowszechniania. Duncan i Smith napisali:  "Twórcom, nazwanie ich pracy powieścią graficzną dawało możliwość zdystansowania się wobec komercyjnego i cyklicznego charakteru publikacji w postaci komiksów (comic books). Wydawcom termin graphic novel dawał możliwość wywindowania statusu ich produktu i otwierał drogę do księgarń, bibliotek i akademii".

Wprowadzenie komiksów do księgarń i bibliotek, to bardziej sprawa reklamy, niż czegokolwiek innego. W dodatku zaś w Europie problem ten albo nie istniał, albo nie był tak istotny, jak w Ameryce. Po tej stronie Atlantyku również akademickie badania komiksu rozwijały się żwawiej niż po tamtej – Umberto Eco swoich "Apokaliptyków i dostosowanych", w których zamieścił teksty o komiksach "Steve Canyon", "Superman" i "Fistaszki", opublikował już w 1964 roku. Sprawa stworzenia czegoś osobistego, wyjątkowego i autorskiego, w dodatku zaś legitymującego się wyższą jakością niż dotychczas wydawane komiksy, wydaje się być w tym miejscu (i z naszej – europejskiej, czy nawet wschodnioeuropejskiej - perspektywy) istotniejsza. Jeśli jednak chcemy się nią zająć, musimy zauważyć, że jakość utworu zależy nie tylko od chęci jego twórcy, ale także od jego umiejętności, od jego wyobrażenia na temat tego, czym jest owa jakość i w jaki sposób powinna się przejawiać oraz od stopnia swobody, jaki autorom pozostawiali publikujący ich wydawcy.

2. Wcześniej, po tej i po tamtej stronie Atlantyku.

Można powiedzieć, że w Europie od zawsze wydawano komiksy jako powieści graficzne, gdyż za najstarszą autorską książkę zaliczaną do tego gatunku, można uznać "Dzieje świętej Rusi" napisane i narysowane przez Gustave’a Dorégo, opublikowane w 1854 roku (a w Polsce wydane po raz pierwszy 150 lat później). W kategorii tej z powodzeniem mieści się również stuczterdziestostronicowy "Tintin w kraju sowietów". Jeśli zaś uświadomimy sobie, że wymóg dużej objętości, ponad 100 stron, jest dość niedorzeczny (a taki wymóg stawiają autorzy hasła powieść graficzna w polskiej wikipedii), gdyż o klasyfikacji gatunkowej decyduje kompozycja utworu i stopień skomplikowania przekazywanych treści, to będziemy mogli przyznać, że mianem powieści graficznej moglibyśmy określać każdą opowieść o Tintinie, jaką Hergé opublikował. Analogicznie, do grona graphic novels moglibyśmy zaliczyć każdą część "Asterixa" czy "Thorgala", czy jakiejkolwiek innej europejskiej serii, publikowanej w albumach liczących 48, 56 lub 64 strony (o ile nie więcej) każdy. Pomysł ten przestanie być absurdalny, jeśli sobie uświadomimy, że w Stanach Zjednoczonych albumy o takiej właśnie objętości były publikowane i sprzedawane jako powieści graficzne.

Pozwalając sobie na pewne uproszczenie można powiedzieć, że w USA publikacja "Umowy z Bogiem" wywołała spore zamieszanie, ponieważ amerykański rynek komiksowy opierał się na publikacjach gazetowych i wydawanych co miesiąc broszurkach (liczących 32 strony, z których co najmniej osiem było przeznaczonych na reklamy), zawierających odcinki popularnych seriali, takich jak "Superman", "Batman" czy "Tarzan". Wydawano również broszury zawierające kilka różnych opowieści (te miewały większą objętość). Określano je mianem comic books, czyli książki komiksowe i fakt, że owa – nadana na wyrost – nazwa, była już w użyciu, sprawił, że w momencie, gdy na rynku pojawiły się prawdziwe książki zawierające komiksowe opowieści, pojawiła się też potrzeba nadania im innej, wyróżniającej je nazwy.

Comic books tworzono zespołowo, często także anonimowo, pod nadzorem redaktora prowadzącego serię, nie wahając się zmieniać rysowników lub scenarzystów. Wbrew obiegowym opiniom nie robiono tego z odcinka na odcinek, gdyż czytelnicy przyzwyczajali się do twórców i byli niechętni zmianom. Niemniej żaden z rysowników i scenarzystów nie mógł się w pełni czuć autorem tego, co robił. Typowa opowieść miała bohatera, a nie autora. Na okładkach lub stronach tytułowych pojawiały się co prawda nazwiska ich autorów, ale niekoniecznie były to nazwiska osób, które tę akurat historyjkę narysowały. W wypadku komiksów o Kaczorze Donaldzie do dziś zachował się zwyczaj umieszczania na okładce nazwiska Walt Disney. W minionych dziesięcioleciach towarzyszył mu zwyczaj zachowywania anonimowości rysowników, którzy te komiksy tworzyli. W komiksach o Batmanie pojawiało się nazwisko scenarzysty Boba Kane’a, który był na tyle sprytny, że zachował prawa autorskie do wymyślonej przez siebie postaci. W numerze "Whiz Comics" z lutego 1940 roku, tym numerze, w którym pojawił się pierwszy odcinek komiksu "Captain Marvel", którego bohaterem był Billy Batson, w późniejszym okresie znany lepiej jako "Shazam"", na sześćdziesięciu czterech stronach opublikowano epizody siedmiu rożnych historii, ale nie podano nazwisk autorów żadnej z nich (przy opisie komiksu korzystam z reprintu wydanego w 1974 roku).

W Europie było lepiej niż w USA, jeśli chodzi o poszanowanie praw autorskich. Przyczyniał się do tego fakt, że we Francji i Belgii, czyli na największym rynku komiksowym na kontynencie, za podstawową formę publikacji przyjęto 48-stronicowy album, najczęściej zawierający zamkniętą fabularnie opowieść, wykorzystujący jednak bohaterów znanych z innych opowieści. Amerykańskim wydawcom wzorzec taki jawił się jako formuła idealna dla prezentowania takich komiksów, które mogłyby (i powinny) trafić do księgarń, bibliotek i akademii i dlatego wykorzystywali go na przełomie lat siedemdziesiątych i osiemdziesiątych (i wykorzystują go także dzisiaj). W ostatecznym rozrachunku okazało się jednak, że nie jest to wzorzec, w którego ramy da się wtłoczyć to coś, co Will Eisner nazwał graphic novel.

Tym, co łączyło komiksy europejskie i amerykańskie, i zarazem tym, od czego ucieczką miała być formuła powieści graficznej, była typowa dla kultury masowej homogenizacja twórczości komiksowej. Podporządkowane prawom popytu i podaży komiksy po obu stronach Atlantyku były typowym produktem przemysłu kulturowego. W pierwszej połowie XX wieku adresowano je do wszystkich, co oznaczało, że nawet jeśli nie były przeznaczone bezpośrednio dla dzieci i młodzieży, to jednak nie grzeszyły szczególnym wyrafinowaniem intelektualnym. Podlegały też cenzurze, która również potrafiła (choć nie to było jej zasadniczym celem) skutecznie przeciwstawić się wzbogaceniu treści przekazywanych przez historyjki obrazkowe treści. W Europie na straży przyzwoitości komiksów stały różne urzędy, najczęściej związane instytucjami wychowawczymi. W USA wydawcy komiksów – od 1954 roku – byli zobowiązani do przestrzegania zasad określonych w Kodeksie Komiksowym, który był rodzajem autocenzorskiego zapisu, analogicznym do hollywoodzkiego Kodeksu Haysa. Jego poszczególne punkty mówiły, że w komiksach nie można pokazywać nagości, zachęcać do zbrodni, epatować obrazami grozy (obecność tego zapisu w Kodeksie Komiksowym skutecznie zahamowała w USA rozwój komiksów grozy, co jest czasem określane jako zahamowanie rozwoju komiksów dla dorosłych - jest w tym trochę racji, gdyż horror uważany jest za jedną z głównych, obok erotyki, atrakcji nie dla dzieci) lub obrażać uczuć religijnych. Ale mówiły też, że nie wolno tam pokazywać lub sugerować korupcji władzy bądź używać słowa „narkotyki”, nie mówiąc już o scenach ich zażywania. Słowem, Kodeks ograniczał dość radykalnie ilość możliwych do podjęcia tematów.

Na początku lat sześćdziesiątych europejscy twórcy odkryli, że mają coś do powiedzenia dorosłym czytelnikom i że ci czytelnicy z chęcią za ich dzieła zapłacą. Byli w dodatku gotowi na toczenie z cenzurą bojów o prawo do prezentowania w formie historyjek obrazkowych poważnych i przeznaczonych dla dorosłych treści. W USA w tej samej dekadzie wraz z falą ruchów kontestacyjnych pojawili się rysownicy zbuntowani przeciwko ograniczeniom Kodeksu, gotowi drukować swoje komiksy własnym sumptem i rozprowadzać je poza oficjalną siecią dystrybucji. I to oni właśnie, jako pierwsi poczuli się prawdziwymi autorami amerykańskich komiksów. Oni także byli tymi, którzy nakłonili Willa Eisnera do powrotu na scenę komiksową, co w 1978 roku zaowocowało "Umową z Bogiem".

poniedziałek, 8 lipca 2013

#1324 - Trans-Atlantyk 211: Ofensywa Vertigo

Jesień 2013 ma należeć do Vertigo. Imprint prezentujący komiksy skierowane do dojrzałego czytelniku w wyniku zmian, jakie zaszły w DC Comics we wrześniu zeszłego roku, znalazł się na marginesie. Wraz z odejściem wieloletniej redaktor naczelnej Karen Beger i ograbieniem z najpopularniejszych marek (Hellblazer, Swamp Thing, Animal Man, Shade), mówiło się nawet o zamknięciu tej zasłużonej dla amerykańskiego rynku oficyny. Akurat wtedy, gdy stuknęło jej dwudziestolecie…

ale wygląda na to, że pogłoski o niechybnej śmierci Vertigo były mocno przesadzone. Oprócz murowanego przeboju, jakim z pewnością stanie się prequel „Sandmana”, nowa szefowa imprintu Shelly Bond, planuje jesienną ofensywę. Na jej czele stała będzie sześcioczęściowa mini-seria „The Sandman: Overture”, która opowie historię o tym, w jaki sposób Władca Snów stał się tak słaby, że został pochwycony przez śmiertelnika. Napisana przez autora oryginalnego cyklu Neila Gaiman, który po ponad dziesięciu latach wraca do wykreowanego przez siebie świata. Rysunkami zajmie się J.H. Williams III, który w swoim dorobku ma takie tytuły, jak „Batwoman” czy „Promethea”. Alternatywne okładki przygotuje Dave McKean, a redakcyjną pieczę nad projektem sprawować będzie sama Beger.

Premierę pierwszego zeszytu zaplanowano na 30 października. Seria będzie ukazywał się w trybie miesięcznym, zarówno w wersji cyfrowej, jak i papierowej. Oprócz zeszytów o standardowej objętości, ukazywać się będą również edycje limitowane poszczególnych odcinków. Te wersje zostaną wzbogacone o wywiady z twórcami, rzadkie ilustracje, szkice, fragmenty skrytpu i inne niespodzianki. „Wydania specjalne” mają ukazywać się w dwa tygodnie po premierze właściwego zeszytu i na dwa tygodnie przed ukazaniem się kolejnego. Gaiman opowiadając o swoim nowym projekcie chwali prace swojego partnera. „To najpiękniejsze prace, jakie widziałem w serialu komiksowym. Poprosiłem Williams o niemożliwe, a dostałem znacznie więcej!”. Oczywiście więcej informacji o „Uwerturze” pojawi na konwencie w San Diego, na specjalnych panelach poświęconych „Sandmanowi” i Gaimanowi.

Ale to nie wszystko! Jesienią ma ukazać się takż szereg nowych serii, dzięki którym Vertigo ma znowu stać się czołowym dostawcą dojrzałych, interesujących i wyrafinowanych komiksów, przeznaczonych dla zmęczonych konwencją super-hero czytelników. Shelly Bond uderza w optymistyczne tony zapowiadając nową epokę w dziejach Vertigo. Tak przedstawia się sześć nowych propozycji w ofercie imprintu:

Dead Boy Detectives” – prosto z kart „Sandmana” na łamach swojej własnej, solowej serii wylądowali dwaj młodzi chłopcy. Dodajmy – martwi. Ich przygodami w XXI wieku zajmie się znany brytyjski pisarz Tony Litt, a za oprawę graficzną odpowiadać będzie Mark Buckingham, znany między innymi z „Fables”.

The Discipline” – w grudniu wystartuje nowa seria pisana przez prawdziwego weterana Vertigo, Petera Milligana. „The Discipline” będzie mrocznym, pełnym perwersji thrillerem erotycznym, opowiadającym o odwiecznej walce dobra ze złem, toczonej w cieniu rzeczywistości. Fabuła będzie kręciła się wokół romansu Melissy, pochodzącej z wyższych sfer głównej bohaterki komiksu, z tajemniczym Orlandem. Właśnie on w cyklu seksualnym rytuałów otworzy jej oczy na to, co dzieje się na świecie i uwolni jej wewnętrzne moce. Brzmi to okrutnie słabo i kiczowato, a i kredyt zaufania do Milligana szybko się wyczerpuje. Rysuje Leo Fernandez.

Coffin Hill” – kiedy miała 15 lat Eve Coffin wezwała mroczne moce, które powinny być pogrzebane na zawsze. Teraz bohaterka będzie musiała zmierzyć się ze złem, które zniszczyło jej przyjaciół i powoli pochłania senne miasteczko Coffin Hill. Pisana przez Caitlin Kittredge, młodą pisarkę mrocznych powieści fantasy, z rysunkami niezwykle utalentowanej Inaki Mirandy seria pełna jest magii, szaleństwa i tajemnic. Premiera zaplanowana została na październik.

Suiciders” – na grudzień zaplanowano nową, autorską serię Lee Bermejo. W „Suiciders” śledzić będziemy losy dwóch „futurystycznych bokserów” – jednego znajdującego się na szczycie i drugiego – próbującego na ten szczyt się dostać za wszelką cenę. Akcja komiksu rozgrywa się w Los Angeles, a tytuł serii nawiązuje do popularnego sportowego reality show. Jego uczestnicy są gotowi na wszystko, aby być jego częścią. Zapowiedz brzmi dość enigmatycznie, a i Bermejo na stołku scenarzysty to wielka niewiadoma.

Hinterkind” – wiele lat po zagładzie ludzkości Matka Natura odzyskuje to, co należało do niej. Ale nie tylko ona – na Ziemi zaczynają pojawiać się stworzenia z mitów i legend. I nie są zadowolone z tego, co zastały. Bohaterem serii jest Prosper Monday, który po śmierci swojego dziadka musi opuścić bezpiecznie schronienie w Central Parku i ruszyć w podróż w dzikie i nieznane. Nie ma jednak pojęcia, jak bardzo świat się zmienił i jak jest niebezpieczny. „Hinterkind” to utrzymana w konwencji fantasy opowieść o świecie po apokalipsie. Pisze Ian Edigton, rysuje Francesco Trifogli. Pierwszy numer ma ukazać się także w październiku.

The Witching Hour” – w Halloween premierę będzie miała antologia zbierające krótkie historie, których tematem są wiedźmy. Wśród twórców zarówno weterani, jak i debiutanci - Kelly Sue DeConnick, Cliff Chiang, Lauren Beukes, Emily Carroll, Matthew Sturges, Shawn McManus i Tula Lotay żeby wymienić tylko kilka nazwisk.

Te tytuły, razem z zapowiedzianym wcześniej nowymi seriami mają stanowić trzon nowej oferty Vertigo. Przypomnę, będą to nowa seria „Astro City” Kurta Busieka, Brenta Andersona i Alexa Rossa, spin-off „100 Naboi” zatytułowany „Brother Lono” w wykonaniu Briana Azzarello i Eduardo Risso, a także podwodny thriller „The Wake”, będący autorskim projektem Scotta Snydera i Seana G. Murphy`ego.

niedziela, 7 lipca 2013

#1323 - Komix-Express 192

Komiks ma odegrać ważną rolę podczas kampanii promocyjnej Europejskiej Stolicy Kultury w 2016 roku, czyli Wrocławia. Już w grudniu (lub na początku przyszłego roku) ma ukazać się kolejny tom przygód „Tytusa, Romka i A`Tomka” autorstwa niezmordowanego Henryka Jerzego Chmielewskiego. Po Powstaniu Warszawskim, bitwie pod Grunwaldem, odsieczy wiedeńskiej i walce o niepodległość Stanów Zjednoczonych Papcio Chmiel cofnie się ze swoimi bohaterami aż do czasów średniowiecznych. Tytus nie tylko weźmie udział w bitwie na Psim Polu pod Wrocławiem, która rozegrała się w 1109 roku, ale także spotka Galla Anonima i Bolesława Krzywoustego. Nie będzie to jedyny komiksowy projekt organizowany pod szyldem ESK 2016. W planach jest również opowieść o codziennym życiu wrocławian, nad która pracować będą znani polscy rysownicy. "Na żywo", cokolwiek miałoby to znaczyć. A z pomocą Adama Radonia i Witolda Tkaczyka w mieście ma zostać zorganizowany festiwal komiksowy...

Podczas Bałtyckiego Festiwalu Komiksu Jerzy Szyłak zapowiedział publikację poświęconą powieściom graficznym. Określił ją jako „leksykon”, ale z jej opisu wynika, że będzie to coś więcej. Na publikację mają się składać 144 hasła omawiające konkretne tytuły w układzie chronologicznym: od „Ballady o słonych morzach” Hugo Pratta po „Building Stories” Chrisa Ware’a oraz eseje omawiające różne zagadnienia związane z problematyką graphic novels. Wśród tych ostatnich będą teksty Szyłaka o problemach z ustaleniem, co się kryje za terminem „powieść graficzna” i o relacjach między graphic novel, a serialem komiksowym, Radosława Bolałka o japońskich powieściach graficznych, Pawła Sitkiewicza o literaturze w obrazkach od połowy XVIII do połowy XX wieku, Sebastiana Konefała o filmowaniu graphic novels i Przemysława Zawrotnego o sposobach definiowania tego pojęcia. Oprócz osób wyżej wymienionych wśród autorów haseł znaleźli się także (m.in.): Michał Traczyk („Zeszyty Komiksowe”), Kinga Kuczyńska (antologia „Polski komiks kobiecy”), Przemysław Kołodziej i kilka innych osób.

Na spotkaniu Szyłak powiedział, że hasła będą zarazem odzwierciedlać sposób myślenia o tym, czym jest powieść graficzna, jak i przeciwstawiać się nadużyciom owego terminu (za takie uważa on nadanie kolekcji wyimków z seriali wydawanych przez Marvel Comics Group nazwy Marvel Graphic Novel Collection). Nie ukrywał też faktu, iż nie wszystkie hasła będą opisywać powieści graficzne, gdyż część z nich została poświęcona także zjawiskom granicznym. Wśród przykładów wymienił "Umowę z Bogiem" Willa Eisnera (która jest zbiorem opowiadań), serial "Sandman" Neila Gaimana (jest to serial, ale autorski i zamknięty w ramach jednej spójnej fabuły). Pełnej listy haseł Szyłak nie zdradził, choć wspomniał, że znajdzie się tam omówienie dwudziestu komiksów japońskich („bo komiks, to komiks, niezależnie od tego, czy nazwiemy go mangą, czy inaczej”). Zapowiedział też, że w planach są inne opracowania tego typu – między innymi o polskich powieściach graficznych. A już wkrótce na Kolorowych opublikujemy obszerne fragmenty tej pozycji.

Wydawnictwo Zielony Front zapowiedziało komiks z nowymi przygodami Likwidatora. To będzie już 13. tom, jeśli dobrze liczę. Tym razem Likwidator, którym odwiedził już Ukrainę, aby szerzyć anarchię, wybiera się do Hiszpanii roku 1936, aby... szerzyć anarchię! Ryszard Dąbrowski, niczym Papcio Chmiel Tytusa, przenosi swojego bohatera w czasie, na fronty słynnych konfliktów zbrojnych. Album zostanie wydany w likwidatorowym standardzie – klasyczny, europejski format, czerń i biel, miękka okładka, cena – 30 złotych. Tak prezentuje się opis "Likwidator w Hiszpanii":

Tym razem bohater przenosi się w czasie do ogarniętej wojną domową Hiszpanii 1936 roku. Likwidator przyłącza się do kolumny anarchistów jadących na front i swoim starym zwyczajem urządza radosną masakrę - tym razem skierowaną w oddziały faszystowskie generała Franco. Nie oszczędza też komunistów i księży oraz walczy ze strasznym demonem Jezulogiem, odpowiedzialnym za religijny fanatyzm. W jednym z epizodów spotyka nawet Georga Orwella, rzeczywistego uczestnika tamtych wydarzeń. Zakup komiksu wspiera rozwój inicjatyw anarchistycznych.

Wydawnictwo Komiksowe przyłącza się do obchodów Polskie Dnia Darmowego Komisu. Na MFKiG 2013 ukaże się krótki (i darmowy, rzecz jasna) komiks „Zabójca Hunga”. Jego współautorem jest Jacques Tardi, jedna z największych gwiazd francuskiego komiksu. „Zabójca Hunga” powstali do scenariusza Dominique Grange, a komiks po raz pierwszy został opublikowany w 1982 roku na łamach "L'Echo des Savanes", popularnym francuskim kwartalniku prezentującym przegląd twórczości komiksowej. Następnie w 2008 r. komiks opublikowano po angielsku w zbiorze "The Mammoth Book of Best Crime Comics" i w tym samym roku we francuskim zbiorze komiksów Jacquesa Tardiego poświęconych Nowemu Jorkowi, "New York. Mi Amor". Do Polski trafia jako samodzielna historia w tłumaczeniu Wojciecha Birka. Polską okładkę komiksu na podstawie grafiki Tardiego przygotował Robert Sienicki. Komiks będzie można otrzymać na stoisku WK na Festiwalu oraz... na łódzkich ulicach.

Trwa odliczanie do Comic-Conu w San Diego. Największy w Ameryce (a może i na świecie) festiwal komiksowy w tym roku odbędzie się między 18, a 21 lipca w San Diego Convention Center. Komiksowo za Oceanem huczy od plotek o tym kto, co i jak zaprezentuje, co skrzętnie wykorzystują wydawcy jeszcze bardziej podsycając fanowskie spekulacje. Wiadomo, że San Diego nie może się obyć bez spektakularnych zapowiedzi. Mówi się, że Marvel uchyli rąbka tajemnicy w sprawie swojego kolejnego eventu. „Age of Ultron” ledwo dobiegło końca, a „Infinity” jeszcze się nie zaczęło, ale redaktorzy Domu Pomysłów już myślą nad kolejnym wielkim crossoverem w 2014. Scenariuszem mieliby zająć się Jason Aaron i Rick Remander, a wśród rysowników wiodącą rolę gra John Romita Jr. W historii mieliby pojawić się Celestials, Apocalypse, Archangel i Magneto. Oprócz tego plotkuje się o nowej serii „Inhumans” Matta Fractiona, która z jednej strony miałaby przygotować grunt pod kinową adaptację, a drugiej – całymi garściami czerpać z sukcesu „Gry o Tron”. Między wierszami wspomina się o crossoverze między „All New X-Men” i „Guardians Of The Galaxy” - obie pisane są przez Briana M. Bendisa więc jest to jak najbardziej prawdopodobne. Bohaterem „sensacyjnego” zgonu może stać się Wolverine. Paul Cornell i Alan Davis w historii „Killable” mocno osłabili czynnik samogojący. Zbliża się premiera nowego filmu z Loganem, więc rozgłos wokół tej postaci na pewno nie zaszkodzi. Być może w San Diego dojdzie również do dwóch transferów na linii DC-Marvel – ekipę Axela Alonso mają zasilić George Perez (może okazać się, że chodzi o inne wudawnictwo) i Kyle Higgins (co wydaje się niemal przesądzone).

Właśnie, DC Comics – coraz bardziej prawdopodobne staje się powstanie szóstego miesięcznika z latarnikami w rolach głównych – tym razem miałby to być miesięcznik z Żółtym Korpusem, który pewnie związany w jakiś sposób będzie z eventem „Lights Out”. Niewykluczone jest, że z „Forever Evil” wykluje się inny on-going z jakimś villainem w roli głównej (Vandal Savage?). W kuluarach chodzą głosy, że DC wystartuje również z nowym tygodnikiem, a także rozpocznie prace nad filmowym „Aquamanem”. Arthura Cury`ego dużym uczuciem darzy Geoff Johns, który będąc szychą w zarządzie DC może mocno lobbować ten projekt, choć mnie wydaje się akurat mało prawdopodbne, żeby Warner wykładał grube pieniądze na tak niepewny projekt. O wiele bardziej prawdopodobny jest film animowany oparty o pierwszy run nowej „Justice League” i współpraca Johnsa z scenarzystami „Arrow”.

Damian Wayne powraca - no, przynajmniej w pewien sposób. DC Comics na październik zapowiedziało czteroczęściową mini-serię z synem Batman w roli głównej. "Damian: Son of Batmana" będzie rozwijało wątki, które pojawiły się w 666. numerze "Batmana". Grant Morison stworzył alternatywną przyszłość, w której Damian przejmuje po ojcu pelerynę nietoperza i staje się nowym strażnikiem futurystycznego Gotham. Jego dalsze losy opowie odpowiedzialny za rysunki i scenariusz Andy Kubert. Artysta, który wraz z Morrisonem wprowadził do mitologii Mrocznego Rycerza Damiana w historii "Batman i syn" zapowiada, że zaproponuje zupełnie inne spojrzenie na batmańskiego dziedzica, który nie jest lubiany przez komiksowych czytelników.

Boom! Studios kupuje wydawnictwo Archaia. Katalog wydawnictwo założonego przez Marka Smylie w 2002 roku zostanie włączony do oferty Boom!, a sama Archaia ma stać się jednym z imprintów oficyny kierowanej przez Matta Gagnona. Wydawnictwo, które w 2012 opublikowało znakomitą „Tale of Sand” boryka się ze sporymi problemami finansowymi. Przez ostatnie cztery miesiące komiksy Archaii znajdowały się poza dystrybucją Diamonda, co okazało się gwoździem do trumny dla tego małego wydawnictwa. Boom! obiecuje utrzymanie przy życiu komiksów, które pokochali fani – przebojowego „Mouse Guard”, a także kilku pozycji, które wkrótce mogą zostać sfilmowane - „Rust” (prawa do ekranizacji są w rękach Fox), „Lucid” (Warner Bros.), „Bolivar” (Warner Bros.), i „Feeding Ground” (Pressman Films). Ross Richie wiele nie ryzykuje, bo na adaptacjach można sporo zarobić, a jego oficyna rośnie w siłę. Ostatnio z Boom! Związali się Paul Jenkins i Brian Stelfreeze.

Obowiązkowy news filmowy (który w K-E zagości na dłużej) – już 26 lipca, tylko tydzień po premierach na całym świecie, do polskich kin wejdzie „Red 2”. W kontynuacji zaskakująco dobrego filmu z 2010 roku na podstawie komiksu Warrena Ellisa i Cully`ego Hamnera powraca plejada gwiazd - Bruce Willis, John Malkovich, Mary-Louise Parker i Helen Mirren, do których dołączają kolejne - Catherine Zeta-Jones, Lee Byung-hun i Anthony Hopkins. Scenariusz obrazu jest dziełem braci Jona i Ericha Hoebera, a w fotelu reżyserskim rozsiadł się Dean Parisot. Fabuła?

Emerytowany agent CIA Frank Moses (w tej roli nieśmiertelny Bruce Willis) znów zmuszony jest skrzyknąć swą wyjątkową ekipę, by ruszyć tropem zaginionej głowicy nuklearnej najnowszej generacji, która w niepowołanych rękach grozi zagładą. Grupa emerytowanych, ale wciąż śmiertelnie niebezpiecznych zawodowców trafi do Londynu, Paryża i Moskwy, gdzie w drogę wejdą im zabójczo piękna Catherine Zeta-Jones, którą dawniej najwyraźniej łączyło coś z Frankiem, a także szalony Anthony Hopkins, którego umysł jest większym zagrożeniem, niż bomba atomowa. Świat znów się przekona, że nikt nie rozprawia się ze złem w sposób tak spektakularny, elegancki i zabawny jednocześnie jak przedstawiciele starej szkoły.

Niezależnie od wyników finansowych „Red 2” już wiadomo, że powstanie trzecia część.

sobota, 6 lipca 2013

#1322 - Superdycha (edycja amerykańska)

Przy próbie zestawienia dziesięciu najlepszych komiksowych opowieści z Supermanem w roli głównej problemem jest olbrzymia ilość pozycji do wzięcia pod uwagę. Od 1938 roku Kal El wystąpił w niezliczonej ilości serii, albumów i zeszytów – praktycznie niemożliwe jest, abym zapoznał się choćby z jakąś częścią tego gigantycznego dorobku, szczególnie, że nie wszystko jest dostępne.

Tak naprawdę przygotowując tę listę ograniczyłem się do lektur współczesnych. Datą graniczną mojego zainteresowania było pojawienie się nowej wersji Człowieka ze Stali w wersji Johna Byrne`a. Sięgam więc niecałe trzydzieści lat wstecz, choć od tej reguły czynię pewien wyjątek. Superdycha w swojej amerykańskiej wersji dotyczy praktycznie tylko Supermana Brązowego Wieku i dalej – nie mam ani możliwości, ani kompetencji, by sporządzić podobne zestawienie dotyczące Złotej i Srebrnej Ery.

Drugie zastrzeżenie, które chciałbym na wstępie uczynić – brałem pod uwagę tylko te historie, w których Superman pełni tytułową rolę (a więc regularne serie z jego udziałem, mini-serie i powieści graficzne), a ich objętość wystarcza, aby zapełnić (przynajmniej jedno!) wydanie zbiorcze. Oczywiście, także od tych reguł czynię pewne wyjątki. Arbitralną decyzją zdecydowałem się brać pod uwagę "It`s a Bird" Christiansena i Seagle`a czy "Lex Luthor: Man of Steel" Azzarello i Bermejo, a odpuścić sobie "Kingdom Come" Waida i Rossa (które znalazłoby się w czubie wczorajszego podsumowania) czy "Superman Beyond", będące tie-inem do "Final Crisis". Niektóre pozycje z wyróżnionych przeze mnie są również zbyt krótkie, aby samodzielnie zmieścić się w albumie. Gimnastykowałem się, jak tylko mogłem, aby wyróżnić najlepsze pozycje z udziałem wielkiego eSa. Zgadzacie się z moimi wyborami?

10) "Superman: Peace on Earth" (Alex Ross i Paul Dini, powieść graficzna, 1998)

Ten album został wydany w cyklu "The World's Greatest Super-Heroes", w którym Paul Dini i Alex Ross mierzą się z dziedzictwem największych bohaterów DC Comics. W "Peace on Earth" Superman nie tylko musi zmierzyć się z problemem głodu na świecie, ale również zdefiniować swoją rolę na Ziemie – czy ma stać się zbawcą ludzkości czy może wzorem, którego postępowanie stanie się przykładem dla innych? Dini unika jak tylko może taniego moralizowania i nadmiernej dydaktyki i choć wychodzi mu to z różnych skutkiem, warto docenić ten komiks. Komiks ucieszy z pewnością miłośników pięknie wydanych albumów – powiększony format, slip-case i cieszące oko fotorealistyczne rysunki Alexa Rossa sprawią, że "Pokój na Ziemi" będzie ozdobą każdej kolekcji. Dziwię się, że Egmont nie próbuje publikować tej serii na polskim rynku w "ekskluzywnym" formacie.

09) "Secret Identity" (Kurt Busiek i Stuart Immonen, mini-seria, 2004)

W świecie "Secret Identity" Superman jest tylko postacią z komiksów, a mieszkający w Kansas Clark Kent z wiadomych przyczyn nie jest zadowolony z żartu, jaki wycięli mu rodzice na chrzcie. Ale opowieść Kurta Busieka o Supermanie bez Supermana, którego znamy z kart komiksów, daje doskonały ogląd tego, kim jest przybysz z planety Krypton. W końcu Clark otrzyma moce porównywalne z tymi, które posiada "komiksowy" Człowiek ze Stali, ale w "rzeczywistym świecie" jego historia potoczy się nieco inaczej... Czytelnik śledzi losy Clarka od jego narodzin, przez spotkanie z dziewczyną imieniem Lois, miłosne perypetie i moralne rozterki, aż do późnej starości.


08) "Superman and the Legion of Super-Heroes" (Geoff Johns i Gary Frank, „Action Comics” #858-863, 2007-08)

W 2006 roku Geoff Johns wraz z Kurtem Busiekiem i Richardem Donnerem, reżyserem filmowego "Supermana", przywrócili blask Srebrnej Ery Człowiekowi ze Stali. Johns na stołku scenarzysty "Action Comics" utrzymał się najdłużej, a jego reinterpretacje klasycznych motywów mitologii wielkiego eSa należą do najlepszych rzeczy, jaki przytrafiły się temu bohaterowi i DC Comics w ostatnich latach. W trejdzie „Superman and the Legion of Super-Heroes” wraca koncept przed-kryzysowego Legionu Superbohaterów. Johns, znajdujący się w lepszej formie niż w większości pisanych przez siebie "Green Lanternów", jest gwarantem superbohaterskiego mainstreamu najwyższej klasy. A do tego znakomite rysunki Gary`ego Franka – czego chcieć więcej?

07) "What’s So Funny About Truth, Justice, and the American Way?" (Joe Kelly, Doug Mahnke, Lee Bermejo, „Action Comics” #775, 2001)

Joe Kelly nie tylko zmusza ostatniego syna planety Krypton do zmierzenia się z grupą superłotrów zwaną Elite, ale każe mu również zastanowić się nad sensownością działań, jakie podejmuje. Czy hasła prawdy, sprawiedliwości i amerykańskiego stylu życia na początku XXI wieku pasują jeszcze do nowoczesnego, postindustrialnego społeczeństwa? Czy Superman z wartościami, jakie reprezentuje jest jeszcze komukolwiek potrzebny? Oprócz prób odpowiedzi na te pytania Kelly polemizuje również z nowy modelem wyzutego z moralności bohaterstwa, które można oglądać w produkcjach Wildstorm, takich jak "Authority". "What's So Funny About Truth, Justice & the American Way?" stało się jednym z największych hitów rynku w 2001 roku – między innymi magazyn "Wizard" nazwał je najlepszym komiksem z Supermanem w historii (co było opinią mocno na wyrost). Jubileuszowy, 775. numer "AC" stał się również kanwą animowanego filmu "Superman vs. Elite" z 2012 roku.

06) "Lex Luthor: Man Of Steel" (Brian Azzarello i Lee Bermejo, mini-seria, 2005)

Lex Luthor zasłużył sobie na miano największego z wrogów Supermana, stając się jednocześnie niezwykle interesującą postacią. Przed „Jokerem” duet Brian Azzarello i Lee Bermejo biorą na warsztat właściciela Lexcorpu. Co nim tak naprawdę kieruje? W jaki sposób postrzega Człowieka ze Stali? Dlaczego nie ufa przybyszowi z obcej planety, który próbuje "ocalić" ludzkość? Frapująca, napisana z nerwem, opowieść o tym złym, brawurowo zilustrowana przez Bermejo. Najlepszy komiks, w którym Superman odgrywa zaledwie drugoplanową rolę.
05) "Brainiac" (Geoff Johns, Gary Frank, „Action Comics” #866-870, 2008)

I druga pozycja z runu Geoff Johnsa w "Action Comics", w której Kryptonijczyk stanowi jedynie tło dla frapującej kreacji Brainiaca. Z nieco cyrkowego, kosmicznego villaina Vril Dox stał się przerażającą beznamiętną siłą. Oprócz tego, że w tej historii retconowane zostają kolejne elementy dziedzictwa Srebrnej Ery (zabutelkowane miasto Kandor, pewne elementy biografii Jonathana Kenta), to "Brainiac" jest po prostu świetną historią. Pełną efektownej akcji i nie stroniącą o chwytającego za gardło dramatyzmu. Johns i Frank w wybornej formie. W DC właśnie pracują nad animowaną adaptacją tego albumu, która ma być gotowa jeszcze w tym roku.

04) "Birthright" (Mark Waid, Leinil Francis Yu, mini-seria, 2003-04)

W 2002 roku Mark Waid stanął przed zadaniem opowiedzenia o genezie Supermana w sposób godny XXI wieku. Z postawionego zadania wywiązał się znakomicie pisząc historię, która z jednej strony była bardzo przystępna dla nowych czytelników, oswojonych z Człowiekiem ze Stali znanym z serialu "Smalville", a z drugiej - fani zostali dopieszczeni retconem pewnych elementów Srebrnej Ery, które zostały usunięte przez Johna Byrne`a. I choć "Birtright" w chwili obecnej uchodzi za niekanoniczny origin, wciąż pozostaje świetnym komiksem, który doskonale uchwycił to, co w postaci Człowieka ze Stali najistotniejsze. Najlepszym na to dowodem jest fakt, że Zack Snyder pracując nad swoją ekranizacją garściami czerpał z pracy Waida (za co ten nie dostał ani grosza, nawiasem mówiąc).

03) "Red Son" (Mark Millar, Dave Johnson, Killian Plunkett, mini-seria, 2003)

"Czy to ptak? A może samolot? Nie, to Superman, bolszewicka duma i symbol naszej siły militarnej. Awangarda klasy robotniczej, najdroższy towarzysz naszego Ukochanego Wodza Józefa Stalina, prowadzący nigdy niekończącą się walkę w imieniu realnego socjalizmu!" Nie, to nie jest żart, to wyimek z najlepszego elseworlda z udziałem Kal Ela, który odpowiada na pytanie co by było, gdyby wylądował na Ziemi o dwanaście godzin później, nie w Kansas, tylko na radzieckiej Ukrainie. Mark Millar stworzył epicką historię o tym, jak wierzący w socjalistyczną dialektykę historii Superman gotów jest zbudować nowy, wspaniały świat własnymi rękoma, a Dave Johnson i Killian Plunkett świetnie ją narysowali.


02) "It`s a Bird" (Teddy Christiansen i Steven T. Seagle, powieść graficzna,  2004)

Znowu nietypowo. "It`s a Bird" to autobiograficzna powieść graficzna Stevena T. Seagle`a, który opowiada o tym, jak artysta otrzymał komiksowe zlecenie na stworzenie komiksu z Supermanem. Dla każdego twórcy, który zajmuje się kadrami i dymkami to wielkie wyzwanie, ale dla głównego bohatera komiksu to również punkt wyjścia nad refleksją o wszechobecności śmierć i w jego rodzinie, którą ucieleśnia Pląsawica Huntingtona. Opowieść o ewolucji znaczeniu Człowieka ze Stali (a pośrednio - także samego komiksowego medium), jego roli we współczesnym społeczeństwie, potędze, sprawiedliwości, alienacji, cierpieniu i uciekaniu zostala fantastycznie zilustrowana przez Teddy`ego Kristiansena. Artysta za swoją pracę otrzymał Nagrodę Eisnera w 2005 roku w kategorii Best Painter/Multimedia Artist.


01) "Whatever Happened to The Man of Tomorrow?" (Alan Moore, Julius Schwartz, Curt Swan, George Pérez, "Superman" #423 i "Action Comics" #583, 1986)
"For the Man Who Has Everything" (Alana Moore i Dave Gibbons, "Superman Annual" #11, 1985)

Na szczycie listy – Alan Moore w dwóch wcieleniach. Nie wiedziałem, którą historii napisanych przez autora „Zagubionych Dziewcząt” i „V jak Vendetta” umieścić na miejscu pierwszym, więc postanowiłem razem pomieścić je na najwyższym stopniu podium. "Whatever Happened to The Man of Tomorrow?" została pomyślana, jako ostatnia historia w dziejach Człowieka ze Stali Srebrnej Ery, który wkrótce miał zostać odnowiony przez Johna Byrne`a. Moore pisząc świadomie kiczowatą, choć nie pozbawioną dramaturgii, opowieść o odchodzącym w ostatnich promieniach słońca herosie. Piękny, słodko-gorzki hołd oddany Człowiekowi Jutra, kultowy niemniej od "Zabójczego żartu". Podobnie zresztą, rzecz ma się w przypadku "For the Man Who Has Everything" opowieści, którą Moore stworzył wraz z Dave`m Gibbonsem. Pomysł dość banalny w swojej prostocie – wprowadzić villaina, który spełni najskrytsze marzenie Supermana – szybko okazał się okazją do przyjrzenia się problemowi odpowiedzialności, jaka ciąży (dosłownie) na największym z komiksowych superbohaterów.