Kevin Smith rusza z autorskim imprintem w Dark Horse Comics - jego linia będzie nazywać się Secret Stash Press, na cześć (jak nietrudno się domyślić) jego sklepu z komiksami w New Jersey. W jego ramach będą publikowane pozycje do scenariuszy kochanego przez nerdów filmowca, a na pierwszy ogień pójdzie "Masquerade". Ośmiozeszytowa mini-seria traktująca o początkującej mścicielce zadebiutuje na jesień i to w zasadzie wszystko, co wiadomo o tym tytule, ale tuż po niej wystartuje antologia "Quick Stops". Historie publikowane na jej łamach będą osadzone View Askewniverse. Powiem, że trochę się jaram i pewnie sprawdzę co i zacz. Od lat jestem fanem filmów Kevina. Faktem jest, że mamy ze sobą wiele wspólnego. Oboje pracowaliśmy w naszych własnych sklepach z komiksami, pracowaliśmy w branży filmowej, ale przede wszystkim namiętnie kochamy komiksowe medium - słodził Smithowi w oficjalnym komentarzu prezes i założyciel DHC, Mike Richardson.
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Dave Gibbons. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Dave Gibbons. Pokaż wszystkie posty
sobota, 16 kwietnia 2022
niedziela, 5 kwietnia 2020
#2524 - Przestańcie szanować Rorschacha
Autorem poniższego tekstu jest Michał Ochnik, który o komiksach i nie tylko pisze na blogu Mistycyzm Popkulturowy. Niniejszy tekst jest lekko przeredagowanym transkryptem scenariusza videoeseju jego autorstwa. Filmik można obejrzeć w tym miejscu. Zachęcamy do subskrypcji kanału Mistycyzm Popkulturowyna YouTube.
Spójrzcie na maskę Rorschacha. Na jego „twarz”, jak on sam by to ujął. Jej charakterystyczną cechą jest minimalizm – czarna plama na białym tle. Plama nieustannie zmienia swoje kształty, przemieszcza się i dryfuje po powierzchni maski, ale czerń i biel nigdy się nie mieszają – zawsze pozostają odcięte wyraźną linią.
niedziela, 7 lipca 2019
#2506 - W obronie gigantycznej zmutowanej psycho-ośmiornicy
Autorem poniższego tekstu jest Michał Ochnik, który o komiksach i nie tylko pisze na blogu Mistycyzm Popkulturowy.
"Watchmen" – dwunastoczęściowa komiksowa miniseria autorstw Alana Moore’a i Dave’a Gibbonsa, dziś sprzedawana na ogół w pojedynczym wydaniu zbiorczym – jest jednym z najważniejszych tekstów kultury popularnej w historii. Fabuła skupia się na grupie głównie emerytowanych superbohaterów żyjących w alternatywnej wersji USA lat osiemdziesiątych, w trakcie zimnowojennych napięć posuwających świat w kierunku nuklearnej zagłady.
"Watchmen" – dwunastoczęściowa komiksowa miniseria autorstw Alana Moore’a i Dave’a Gibbonsa, dziś sprzedawana na ogół w pojedynczym wydaniu zbiorczym – jest jednym z najważniejszych tekstów kultury popularnej w historii. Fabuła skupia się na grupie głównie emerytowanych superbohaterów żyjących w alternatywnej wersji USA lat osiemdziesiątych, w trakcie zimnowojennych napięć posuwających świat w kierunku nuklearnej zagłady.
Etykiety:
adaptacja,
Alan Moore,
Dave Gibbons,
DC Comics,
Egmont,
klasyka,
mainstream,
Michał Ochnik,
publicystyka,
Strażnicy,
super-hero,
Watchmen,
Zack Snyder
środa, 19 lutego 2014
#1538 - Originals
Autorem poniższej recenzji jest Szymon Krzyżanowski. Jeśli chcecie przeczytać więcej jego tekstów, zapraszam na jego bloga Palę Hollywood.
O dziele Dave`a Gibbonsa znalazłem w sieci sporo negatywnych opinii. Pomyślałem, że jeśli komiks twórcy „Strażników” zbiera tak słabe noty, to być może są ku temu konkretne powody. Mimo to, stylistyka plansz, które przeglądałem w internecie wyglądała całkiem zachęcająco, więc postanowiłem przyjrzeć się tej historii. Na wstępie jednak muszę zaznaczyć, że kreska Gibbonsa zaprezentowana w „Originals”, nie ma wiele wspólnego z tą, którą znamy z utworu stworzonego wraz z Alanem Moore`m.
O dziele Dave`a Gibbonsa znalazłem w sieci sporo negatywnych opinii. Pomyślałem, że jeśli komiks twórcy „Strażników” zbiera tak słabe noty, to być może są ku temu konkretne powody. Mimo to, stylistyka plansz, które przeglądałem w internecie wyglądała całkiem zachęcająco, więc postanowiłem przyjrzeć się tej historii. Na wstępie jednak muszę zaznaczyć, że kreska Gibbonsa zaprezentowana w „Originals”, nie ma wiele wspólnego z tą, którą znamy z utworu stworzonego wraz z Alanem Moore`m.
sobota, 6 lipca 2013
#1322 - Superdycha (edycja amerykańska)
Przy próbie zestawienia dziesięciu najlepszych komiksowych opowieści z Supermanem w roli głównej problemem jest olbrzymia ilość pozycji do wzięcia pod uwagę. Od 1938 roku Kal El wystąpił w niezliczonej ilości serii, albumów i zeszytów – praktycznie niemożliwe jest, abym zapoznał się choćby z jakąś częścią tego gigantycznego dorobku, szczególnie, że nie wszystko jest dostępne.
Tak naprawdę przygotowując tę listę ograniczyłem się do lektur współczesnych. Datą graniczną mojego zainteresowania było pojawienie się nowej wersji Człowieka ze Stali w wersji Johna Byrne`a. Sięgam więc niecałe trzydzieści lat wstecz, choć od tej reguły czynię pewien wyjątek. Superdycha w swojej amerykańskiej wersji dotyczy praktycznie tylko Supermana Brązowego Wieku i dalej – nie mam ani możliwości, ani kompetencji, by sporządzić podobne zestawienie dotyczące Złotej i Srebrnej Ery.
Drugie zastrzeżenie, które chciałbym na wstępie uczynić – brałem pod uwagę tylko te historie, w których Superman pełni tytułową rolę (a więc regularne serie z jego udziałem, mini-serie i powieści graficzne), a ich objętość wystarcza, aby zapełnić (przynajmniej jedno!) wydanie zbiorcze. Oczywiście, także od tych reguł czynię pewne wyjątki. Arbitralną decyzją zdecydowałem się brać pod uwagę "It`s a Bird" Christiansena i Seagle`a czy "Lex Luthor: Man of Steel" Azzarello i Bermejo, a odpuścić sobie "Kingdom Come" Waida i Rossa (które znalazłoby się w czubie wczorajszego podsumowania) czy "Superman Beyond", będące tie-inem do "Final Crisis". Niektóre pozycje z wyróżnionych przeze mnie są również zbyt krótkie, aby samodzielnie zmieścić się w albumie. Gimnastykowałem się, jak tylko mogłem, aby wyróżnić najlepsze pozycje z udziałem wielkiego eSa. Zgadzacie się z moimi wyborami?
Tak naprawdę przygotowując tę listę ograniczyłem się do lektur współczesnych. Datą graniczną mojego zainteresowania było pojawienie się nowej wersji Człowieka ze Stali w wersji Johna Byrne`a. Sięgam więc niecałe trzydzieści lat wstecz, choć od tej reguły czynię pewien wyjątek. Superdycha w swojej amerykańskiej wersji dotyczy praktycznie tylko Supermana Brązowego Wieku i dalej – nie mam ani możliwości, ani kompetencji, by sporządzić podobne zestawienie dotyczące Złotej i Srebrnej Ery.
Drugie zastrzeżenie, które chciałbym na wstępie uczynić – brałem pod uwagę tylko te historie, w których Superman pełni tytułową rolę (a więc regularne serie z jego udziałem, mini-serie i powieści graficzne), a ich objętość wystarcza, aby zapełnić (przynajmniej jedno!) wydanie zbiorcze. Oczywiście, także od tych reguł czynię pewne wyjątki. Arbitralną decyzją zdecydowałem się brać pod uwagę "It`s a Bird" Christiansena i Seagle`a czy "Lex Luthor: Man of Steel" Azzarello i Bermejo, a odpuścić sobie "Kingdom Come" Waida i Rossa (które znalazłoby się w czubie wczorajszego podsumowania) czy "Superman Beyond", będące tie-inem do "Final Crisis". Niektóre pozycje z wyróżnionych przeze mnie są również zbyt krótkie, aby samodzielnie zmieścić się w albumie. Gimnastykowałem się, jak tylko mogłem, aby wyróżnić najlepsze pozycje z udziałem wielkiego eSa. Zgadzacie się z moimi wyborami?
10) "Superman: Peace on Earth" (Alex Ross i Paul Dini, powieść graficzna, 1998)
Ten album został wydany w cyklu "The World's Greatest Super-Heroes", w którym Paul Dini i Alex Ross mierzą się z dziedzictwem największych bohaterów DC Comics. W "Peace on Earth" Superman nie tylko musi zmierzyć się z problemem głodu na świecie, ale również zdefiniować swoją rolę na Ziemie – czy ma stać się zbawcą ludzkości czy może wzorem, którego postępowanie stanie się przykładem dla innych? Dini unika jak tylko może taniego moralizowania i nadmiernej dydaktyki i choć wychodzi mu to z różnych skutkiem, warto docenić ten komiks. Komiks ucieszy z pewnością miłośników pięknie wydanych albumów – powiększony format, slip-case i cieszące oko fotorealistyczne rysunki Alexa Rossa sprawią, że "Pokój na Ziemi" będzie ozdobą każdej kolekcji. Dziwię się, że Egmont nie próbuje publikować tej serii na polskim rynku w "ekskluzywnym" formacie.
Ten album został wydany w cyklu "The World's Greatest Super-Heroes", w którym Paul Dini i Alex Ross mierzą się z dziedzictwem największych bohaterów DC Comics. W "Peace on Earth" Superman nie tylko musi zmierzyć się z problemem głodu na świecie, ale również zdefiniować swoją rolę na Ziemie – czy ma stać się zbawcą ludzkości czy może wzorem, którego postępowanie stanie się przykładem dla innych? Dini unika jak tylko może taniego moralizowania i nadmiernej dydaktyki i choć wychodzi mu to z różnych skutkiem, warto docenić ten komiks. Komiks ucieszy z pewnością miłośników pięknie wydanych albumów – powiększony format, slip-case i cieszące oko fotorealistyczne rysunki Alexa Rossa sprawią, że "Pokój na Ziemi" będzie ozdobą każdej kolekcji. Dziwię się, że Egmont nie próbuje publikować tej serii na polskim rynku w "ekskluzywnym" formacie.
09) "Secret Identity" (Kurt Busiek i Stuart Immonen, mini-seria, 2004)
W świecie "Secret Identity" Superman jest tylko postacią z komiksów, a mieszkający w Kansas Clark Kent z wiadomych przyczyn nie jest zadowolony z żartu, jaki wycięli mu rodzice na chrzcie. Ale opowieść Kurta Busieka o Supermanie bez Supermana, którego znamy z kart komiksów, daje doskonały ogląd tego, kim jest przybysz z planety Krypton. W końcu Clark otrzyma moce porównywalne z tymi, które posiada "komiksowy" Człowiek ze Stali, ale w "rzeczywistym świecie" jego historia potoczy się nieco inaczej... Czytelnik śledzi losy Clarka od jego narodzin, przez spotkanie z dziewczyną imieniem Lois, miłosne perypetie i moralne rozterki, aż do późnej starości.
W świecie "Secret Identity" Superman jest tylko postacią z komiksów, a mieszkający w Kansas Clark Kent z wiadomych przyczyn nie jest zadowolony z żartu, jaki wycięli mu rodzice na chrzcie. Ale opowieść Kurta Busieka o Supermanie bez Supermana, którego znamy z kart komiksów, daje doskonały ogląd tego, kim jest przybysz z planety Krypton. W końcu Clark otrzyma moce porównywalne z tymi, które posiada "komiksowy" Człowiek ze Stali, ale w "rzeczywistym świecie" jego historia potoczy się nieco inaczej... Czytelnik śledzi losy Clarka od jego narodzin, przez spotkanie z dziewczyną imieniem Lois, miłosne perypetie i moralne rozterki, aż do późnej starości.
08) "Superman and the Legion of Super-Heroes" (Geoff Johns i Gary Frank, „Action Comics” #858-863, 2007-08)
W 2006 roku Geoff Johns wraz z Kurtem Busiekiem i Richardem Donnerem, reżyserem filmowego "Supermana", przywrócili blask Srebrnej Ery Człowiekowi ze Stali. Johns na stołku scenarzysty "Action Comics" utrzymał się najdłużej, a jego reinterpretacje klasycznych motywów mitologii wielkiego eSa należą do najlepszych rzeczy, jaki przytrafiły się temu bohaterowi i DC Comics w ostatnich latach. W trejdzie „Superman and the Legion of Super-Heroes” wraca koncept przed-kryzysowego Legionu Superbohaterów. Johns, znajdujący się w lepszej formie niż w większości pisanych przez siebie "Green Lanternów", jest gwarantem superbohaterskiego mainstreamu najwyższej klasy. A do tego znakomite rysunki Gary`ego Franka – czego chcieć więcej?
W 2006 roku Geoff Johns wraz z Kurtem Busiekiem i Richardem Donnerem, reżyserem filmowego "Supermana", przywrócili blask Srebrnej Ery Człowiekowi ze Stali. Johns na stołku scenarzysty "Action Comics" utrzymał się najdłużej, a jego reinterpretacje klasycznych motywów mitologii wielkiego eSa należą do najlepszych rzeczy, jaki przytrafiły się temu bohaterowi i DC Comics w ostatnich latach. W trejdzie „Superman and the Legion of Super-Heroes” wraca koncept przed-kryzysowego Legionu Superbohaterów. Johns, znajdujący się w lepszej formie niż w większości pisanych przez siebie "Green Lanternów", jest gwarantem superbohaterskiego mainstreamu najwyższej klasy. A do tego znakomite rysunki Gary`ego Franka – czego chcieć więcej?
07) "What’s So Funny About Truth, Justice, and the American Way?" (Joe Kelly, Doug Mahnke, Lee Bermejo, „Action Comics” #775, 2001)
Joe Kelly nie tylko zmusza ostatniego syna planety Krypton do zmierzenia się z grupą superłotrów zwaną Elite, ale każe mu również zastanowić się nad sensownością działań, jakie podejmuje. Czy hasła prawdy, sprawiedliwości i amerykańskiego stylu życia na początku XXI wieku pasują jeszcze do nowoczesnego, postindustrialnego społeczeństwa? Czy Superman z wartościami, jakie reprezentuje jest jeszcze komukolwiek potrzebny? Oprócz prób odpowiedzi na te pytania Kelly polemizuje również z nowy modelem wyzutego z moralności bohaterstwa, które można oglądać w produkcjach Wildstorm, takich jak "Authority". "What's So Funny About Truth, Justice & the American Way?" stało się jednym z największych hitów rynku w 2001 roku – między innymi magazyn "Wizard" nazwał je najlepszym komiksem z Supermanem w historii (co było opinią mocno na wyrost). Jubileuszowy, 775. numer "AC" stał się również kanwą animowanego filmu "Superman vs. Elite" z 2012 roku.
Joe Kelly nie tylko zmusza ostatniego syna planety Krypton do zmierzenia się z grupą superłotrów zwaną Elite, ale każe mu również zastanowić się nad sensownością działań, jakie podejmuje. Czy hasła prawdy, sprawiedliwości i amerykańskiego stylu życia na początku XXI wieku pasują jeszcze do nowoczesnego, postindustrialnego społeczeństwa? Czy Superman z wartościami, jakie reprezentuje jest jeszcze komukolwiek potrzebny? Oprócz prób odpowiedzi na te pytania Kelly polemizuje również z nowy modelem wyzutego z moralności bohaterstwa, które można oglądać w produkcjach Wildstorm, takich jak "Authority". "What's So Funny About Truth, Justice & the American Way?" stało się jednym z największych hitów rynku w 2001 roku – między innymi magazyn "Wizard" nazwał je najlepszym komiksem z Supermanem w historii (co było opinią mocno na wyrost). Jubileuszowy, 775. numer "AC" stał się również kanwą animowanego filmu "Superman vs. Elite" z 2012 roku.
06) "Lex Luthor: Man Of Steel" (Brian Azzarello i Lee Bermejo, mini-seria, 2005)
Lex Luthor zasłużył sobie na miano największego z wrogów Supermana, stając się jednocześnie niezwykle interesującą postacią. Przed „Jokerem” duet Brian Azzarello i Lee Bermejo biorą na warsztat właściciela Lexcorpu. Co nim tak naprawdę kieruje? W jaki sposób postrzega Człowieka ze Stali? Dlaczego nie ufa przybyszowi z obcej planety, który próbuje "ocalić" ludzkość? Frapująca, napisana z nerwem, opowieść o tym złym, brawurowo zilustrowana przez Bermejo. Najlepszy komiks, w którym Superman odgrywa zaledwie drugoplanową rolę.
Lex Luthor zasłużył sobie na miano największego z wrogów Supermana, stając się jednocześnie niezwykle interesującą postacią. Przed „Jokerem” duet Brian Azzarello i Lee Bermejo biorą na warsztat właściciela Lexcorpu. Co nim tak naprawdę kieruje? W jaki sposób postrzega Człowieka ze Stali? Dlaczego nie ufa przybyszowi z obcej planety, który próbuje "ocalić" ludzkość? Frapująca, napisana z nerwem, opowieść o tym złym, brawurowo zilustrowana przez Bermejo. Najlepszy komiks, w którym Superman odgrywa zaledwie drugoplanową rolę.
05) "Brainiac" (Geoff Johns, Gary Frank, „Action Comics” #866-870, 2008)
I druga pozycja z runu Geoff Johnsa w "Action Comics", w której Kryptonijczyk stanowi jedynie tło dla frapującej kreacji Brainiaca. Z nieco cyrkowego, kosmicznego villaina Vril Dox stał się przerażającą beznamiętną siłą. Oprócz tego, że w tej historii retconowane zostają kolejne elementy dziedzictwa Srebrnej Ery (zabutelkowane miasto Kandor, pewne elementy biografii Jonathana Kenta), to "Brainiac" jest po prostu świetną historią. Pełną efektownej akcji i nie stroniącą o chwytającego za gardło dramatyzmu. Johns i Frank w wybornej formie. W DC właśnie pracują nad animowaną adaptacją tego albumu, która ma być gotowa jeszcze w tym roku.
I druga pozycja z runu Geoff Johnsa w "Action Comics", w której Kryptonijczyk stanowi jedynie tło dla frapującej kreacji Brainiaca. Z nieco cyrkowego, kosmicznego villaina Vril Dox stał się przerażającą beznamiętną siłą. Oprócz tego, że w tej historii retconowane zostają kolejne elementy dziedzictwa Srebrnej Ery (zabutelkowane miasto Kandor, pewne elementy biografii Jonathana Kenta), to "Brainiac" jest po prostu świetną historią. Pełną efektownej akcji i nie stroniącą o chwytającego za gardło dramatyzmu. Johns i Frank w wybornej formie. W DC właśnie pracują nad animowaną adaptacją tego albumu, która ma być gotowa jeszcze w tym roku.
04) "Birthright" (Mark Waid, Leinil Francis Yu, mini-seria, 2003-04)
W 2002 roku Mark Waid stanął przed zadaniem opowiedzenia o genezie Supermana w sposób godny XXI wieku. Z postawionego zadania wywiązał się znakomicie pisząc historię, która z jednej strony była bardzo przystępna dla nowych czytelników, oswojonych z Człowiekiem ze Stali znanym z serialu "Smalville", a z drugiej - fani zostali dopieszczeni retconem pewnych elementów Srebrnej Ery, które zostały usunięte przez Johna Byrne`a. I choć "Birtright" w chwili obecnej uchodzi za niekanoniczny origin, wciąż pozostaje świetnym komiksem, który doskonale uchwycił to, co w postaci Człowieka ze Stali najistotniejsze. Najlepszym na to dowodem jest fakt, że Zack Snyder pracując nad swoją ekranizacją garściami czerpał z pracy Waida (za co ten nie dostał ani grosza, nawiasem mówiąc).
W 2002 roku Mark Waid stanął przed zadaniem opowiedzenia o genezie Supermana w sposób godny XXI wieku. Z postawionego zadania wywiązał się znakomicie pisząc historię, która z jednej strony była bardzo przystępna dla nowych czytelników, oswojonych z Człowiekiem ze Stali znanym z serialu "Smalville", a z drugiej - fani zostali dopieszczeni retconem pewnych elementów Srebrnej Ery, które zostały usunięte przez Johna Byrne`a. I choć "Birtright" w chwili obecnej uchodzi za niekanoniczny origin, wciąż pozostaje świetnym komiksem, który doskonale uchwycił to, co w postaci Człowieka ze Stali najistotniejsze. Najlepszym na to dowodem jest fakt, że Zack Snyder pracując nad swoją ekranizacją garściami czerpał z pracy Waida (za co ten nie dostał ani grosza, nawiasem mówiąc).
03) "Red Son" (Mark Millar, Dave Johnson, Killian Plunkett, mini-seria, 2003)
"Czy to ptak? A może samolot? Nie, to Superman, bolszewicka duma i symbol naszej siły militarnej. Awangarda klasy robotniczej, najdroższy towarzysz naszego Ukochanego Wodza Józefa Stalina, prowadzący nigdy niekończącą się walkę w imieniu realnego socjalizmu!" Nie, to nie jest żart, to wyimek z najlepszego elseworlda z udziałem Kal Ela, który odpowiada na pytanie co by było, gdyby wylądował na Ziemi o dwanaście godzin później, nie w Kansas, tylko na radzieckiej Ukrainie. Mark Millar stworzył epicką historię o tym, jak wierzący w socjalistyczną dialektykę historii Superman gotów jest zbudować nowy, wspaniały świat własnymi rękoma, a Dave Johnson i Killian Plunkett świetnie ją narysowali.
02) "It`s a Bird" (Teddy Christiansen i Steven T. Seagle, powieść graficzna, 2004)
Znowu nietypowo. "It`s a Bird" to autobiograficzna powieść graficzna Stevena T. Seagle`a, który opowiada o tym, jak artysta otrzymał komiksowe zlecenie na stworzenie komiksu z Supermanem. Dla każdego twórcy, który zajmuje się kadrami i dymkami to wielkie wyzwanie, ale dla głównego bohatera komiksu to również punkt wyjścia nad refleksją o wszechobecności śmierć i w jego rodzinie, którą ucieleśnia Pląsawica Huntingtona. Opowieść o ewolucji znaczeniu Człowieka ze Stali (a pośrednio - także samego komiksowego medium), jego roli we współczesnym społeczeństwie, potędze, sprawiedliwości, alienacji, cierpieniu i uciekaniu zostala fantastycznie zilustrowana przez Teddy`ego Kristiansena. Artysta za swoją pracę otrzymał Nagrodę Eisnera w 2005 roku w kategorii Best Painter/Multimedia Artist.
01) "Whatever Happened to The Man of Tomorrow?" (Alan Moore, Julius Schwartz, Curt Swan, George Pérez, "Superman" #423 i "Action Comics" #583, 1986)
"For the Man Who Has Everything" (Alana Moore i Dave Gibbons, "Superman Annual" #11, 1985)
Na szczycie listy – Alan Moore w dwóch wcieleniach. Nie wiedziałem, którą historii napisanych przez autora „Zagubionych Dziewcząt” i „V jak Vendetta” umieścić na miejscu pierwszym, więc postanowiłem razem pomieścić je na najwyższym stopniu podium. "Whatever Happened to The Man of Tomorrow?" została pomyślana, jako ostatnia historia w dziejach Człowieka ze Stali Srebrnej Ery, który wkrótce miał zostać odnowiony przez Johna Byrne`a. Moore pisząc świadomie kiczowatą, choć nie pozbawioną dramaturgii, opowieść o odchodzącym w ostatnich promieniach słońca herosie. Piękny, słodko-gorzki hołd oddany Człowiekowi Jutra, kultowy niemniej od "Zabójczego żartu". Podobnie zresztą, rzecz ma się w przypadku "For the Man Who Has Everything" opowieści, którą Moore stworzył wraz z Dave`m Gibbonsem. Pomysł dość banalny w swojej prostocie – wprowadzić villaina, który spełni najskrytsze marzenie Supermana – szybko okazał się okazją do przyjrzenia się problemowi odpowiedzialności, jaka ciąży (dosłownie) na największym z komiksowych superbohaterów.
"Czy to ptak? A może samolot? Nie, to Superman, bolszewicka duma i symbol naszej siły militarnej. Awangarda klasy robotniczej, najdroższy towarzysz naszego Ukochanego Wodza Józefa Stalina, prowadzący nigdy niekończącą się walkę w imieniu realnego socjalizmu!" Nie, to nie jest żart, to wyimek z najlepszego elseworlda z udziałem Kal Ela, który odpowiada na pytanie co by było, gdyby wylądował na Ziemi o dwanaście godzin później, nie w Kansas, tylko na radzieckiej Ukrainie. Mark Millar stworzył epicką historię o tym, jak wierzący w socjalistyczną dialektykę historii Superman gotów jest zbudować nowy, wspaniały świat własnymi rękoma, a Dave Johnson i Killian Plunkett świetnie ją narysowali.
02) "It`s a Bird" (Teddy Christiansen i Steven T. Seagle, powieść graficzna, 2004)
Znowu nietypowo. "It`s a Bird" to autobiograficzna powieść graficzna Stevena T. Seagle`a, który opowiada o tym, jak artysta otrzymał komiksowe zlecenie na stworzenie komiksu z Supermanem. Dla każdego twórcy, który zajmuje się kadrami i dymkami to wielkie wyzwanie, ale dla głównego bohatera komiksu to również punkt wyjścia nad refleksją o wszechobecności śmierć i w jego rodzinie, którą ucieleśnia Pląsawica Huntingtona. Opowieść o ewolucji znaczeniu Człowieka ze Stali (a pośrednio - także samego komiksowego medium), jego roli we współczesnym społeczeństwie, potędze, sprawiedliwości, alienacji, cierpieniu i uciekaniu zostala fantastycznie zilustrowana przez Teddy`ego Kristiansena. Artysta za swoją pracę otrzymał Nagrodę Eisnera w 2005 roku w kategorii Best Painter/Multimedia Artist.
01) "Whatever Happened to The Man of Tomorrow?" (Alan Moore, Julius Schwartz, Curt Swan, George Pérez, "Superman" #423 i "Action Comics" #583, 1986)
"For the Man Who Has Everything" (Alana Moore i Dave Gibbons, "Superman Annual" #11, 1985)
Na szczycie listy – Alan Moore w dwóch wcieleniach. Nie wiedziałem, którą historii napisanych przez autora „Zagubionych Dziewcząt” i „V jak Vendetta” umieścić na miejscu pierwszym, więc postanowiłem razem pomieścić je na najwyższym stopniu podium. "Whatever Happened to The Man of Tomorrow?" została pomyślana, jako ostatnia historia w dziejach Człowieka ze Stali Srebrnej Ery, który wkrótce miał zostać odnowiony przez Johna Byrne`a. Moore pisząc świadomie kiczowatą, choć nie pozbawioną dramaturgii, opowieść o odchodzącym w ostatnich promieniach słońca herosie. Piękny, słodko-gorzki hołd oddany Człowiekowi Jutra, kultowy niemniej od "Zabójczego żartu". Podobnie zresztą, rzecz ma się w przypadku "For the Man Who Has Everything" opowieści, którą Moore stworzył wraz z Dave`m Gibbonsem. Pomysł dość banalny w swojej prostocie – wprowadzić villaina, który spełni najskrytsze marzenie Supermana – szybko okazał się okazją do przyjrzenia się problemowi odpowiedzialności, jaka ciąży (dosłownie) na największym z komiksowych superbohaterów.
Etykiety:
Alan Moore,
Alex Ross,
Ameryka,
Brian Azzarello,
Dave Gibbons,
DC Comics,
Geoff Johns,
importowane,
Joe Kelly,
Kurt Busiek,
Lee Bermejo,
mainstream,
Mark Millar,
Mark Waid,
publicystyka,
ranking,
super-hero
środa, 5 stycznia 2011
#660 - Opowieści wojenne
W twórczości Gartha Ennisa temat wojny zwykle powracał pod postacią konfliktu w Wietnamie. Dla irlandzkiego scenarzysty wojna toczona na Półwyspie Indochińskim stanowiła przyczynek do rekonstruowania skomplikowanej, współczesnej mitologii i historii amerykańskiej. A miało to miejsce głównie na kartach "Kaznodziei", ale też w mini-serii "Punisher: Born".

W "Opowieściach Wojennych" Ennis wraca do swojej rodzinnej Europy, do czasów największej wojny w historii świata. Inny kontynent, inny konflikt, inne odcienie geopolityki, ale wojenka wciąż pozostaje taka sama. Straszliwa machina miażdżąca napędzające je trybiki – prostych żołnierzy walczących na pierwszej linii frontu.
Bohaterami "War Stories" są ludzie, o których rzadko pamiętają podręczniki. Szeregowcy, rekruci, niższa kadra oficerska – pierwsi w wojennym łańcuch pokarmowym. Pionki przesuwane na mapach taktycznych przez generałów, posyłane na śmierć, aby osiągać kolejne taktyczne cele, pokonywać wroga i odbierać medale. Niemiecka załoga pancerna cofająca się w kwietniu 1945 roku przed naporem Rosjan ("Tygrys Johanna"), alianckie wojska stacjonujące na plażach Reggio di Calabria ("Dekownicy z D-Day"), amerykańscy szeregowcy, którzy potrzebują kilku dni, aby cało wrócić do domu ("Screaming Eagles"), załoga niszczyciela "Nightingale" strzegąca frachtowców na północnym Atlantyku ("Nightingale") - walczą na różnych frontach, w różnych mundurach, ale dzielą ze sobą wspólny los.
Nad oprawą graficzną antologii pod dowództwem sierżanta pochodzącego z okolic Belfastu pracował zgodnie brytyjsko-angielski oddział utalentowanych artystów. Dave'a Gibbonsa ("Strażnicy", cykl "Martha Washington") i Davida Lloyda ("V jak Vendetta", "Global Frequency") nikomu przedstawiać nie muszę, bo to twórcy, którzy zdążyli się już zapisać w historii światowego komiksu. Nic dziwnego, że ich prace prezentują się najlepiej. Umiejętnościami odstają od nich nieco dwaj pozostali rysownicy, Chris Weston i John Higgins. Weston w swojej karierze współpracował między innymi z Markiem Millarem, Grantem Morrisonem czy J. Michealem Straczynskim, a jego rysunki zdobią takie tytuły, jak "The Filth", "The Invisibles". Pochodzący z Liverpoolu Higgins zasłynął głównie, jako kolorysta "Strażników" i "Zabójczego Żartu", choć ma na swoim koncie mnóstwo innych tytułów, z "Sędzią Dreddem" na czele.
Wszystkie cztery epizody opowiadają fikcyjne historie, ale każda z nich mogła się zdarzyć. "Opowieści Wojenne" trzymają się faktów, a Ennis i jego współpracownicy dbają o historyczne detale, posiłkując się obszerną bibliografią. Opowiadając o naszych dzielnych chłopcach chętnie idących poświęcić swoje życie za ojczyznę sięgnięto do stylistyki znanej z filmów wojennych, tworząc bardzo "męską" historię. Sensacyjna akcja rozwija się dynamicznie, nie brakuje rubasznego, wojskowego humoru czy mocniejszych scen, choć bez makabrycznej brutalności, z którą zwykle kojarzony jest autor "The Boys". Co ciekawe Ennis stroni od jakiegokolwiek patriotycznego zadęcia, pokazując żołnierską śmierć zwykle bez narodowo-ojczyźnianego kontekstu
Pierwsza część "Opowieści Wojennych" ukazały się tuż przed końcem roku i nieco umknęły uwadze czytelników z niepokojem i niecierpliwością czekających na hity 2011 roku. A szkoda, bo to całkiem interesująca pozycja, na pewno jedna z najciekawszych z bibliografii Gartha Ennisa.
Bohaterami "War Stories" są ludzie, o których rzadko pamiętają podręczniki. Szeregowcy, rekruci, niższa kadra oficerska – pierwsi w wojennym łańcuch pokarmowym. Pionki przesuwane na mapach taktycznych przez generałów, posyłane na śmierć, aby osiągać kolejne taktyczne cele, pokonywać wroga i odbierać medale. Niemiecka załoga pancerna cofająca się w kwietniu 1945 roku przed naporem Rosjan ("Tygrys Johanna"), alianckie wojska stacjonujące na plażach Reggio di Calabria ("Dekownicy z D-Day"), amerykańscy szeregowcy, którzy potrzebują kilku dni, aby cało wrócić do domu ("Screaming Eagles"), załoga niszczyciela "Nightingale" strzegąca frachtowców na północnym Atlantyku ("Nightingale") - walczą na różnych frontach, w różnych mundurach, ale dzielą ze sobą wspólny los.
Nad oprawą graficzną antologii pod dowództwem sierżanta pochodzącego z okolic Belfastu pracował zgodnie brytyjsko-angielski oddział utalentowanych artystów. Dave'a Gibbonsa ("Strażnicy", cykl "Martha Washington") i Davida Lloyda ("V jak Vendetta", "Global Frequency") nikomu przedstawiać nie muszę, bo to twórcy, którzy zdążyli się już zapisać w historii światowego komiksu. Nic dziwnego, że ich prace prezentują się najlepiej. Umiejętnościami odstają od nich nieco dwaj pozostali rysownicy, Chris Weston i John Higgins. Weston w swojej karierze współpracował między innymi z Markiem Millarem, Grantem Morrisonem czy J. Michealem Straczynskim, a jego rysunki zdobią takie tytuły, jak "The Filth", "The Invisibles". Pochodzący z Liverpoolu Higgins zasłynął głównie, jako kolorysta "Strażników" i "Zabójczego Żartu", choć ma na swoim koncie mnóstwo innych tytułów, z "Sędzią Dreddem" na czele.
Wszystkie cztery epizody opowiadają fikcyjne historie, ale każda z nich mogła się zdarzyć. "Opowieści Wojenne" trzymają się faktów, a Ennis i jego współpracownicy dbają o historyczne detale, posiłkując się obszerną bibliografią. Opowiadając o naszych dzielnych chłopcach chętnie idących poświęcić swoje życie za ojczyznę sięgnięto do stylistyki znanej z filmów wojennych, tworząc bardzo "męską" historię. Sensacyjna akcja rozwija się dynamicznie, nie brakuje rubasznego, wojskowego humoru czy mocniejszych scen, choć bez makabrycznej brutalności, z którą zwykle kojarzony jest autor "The Boys". Co ciekawe Ennis stroni od jakiegokolwiek patriotycznego zadęcia, pokazując żołnierską śmierć zwykle bez narodowo-ojczyźnianego kontekstu
Pierwsza część "Opowieści Wojennych" ukazały się tuż przed końcem roku i nieco umknęły uwadze czytelników z niepokojem i niecierpliwością czekających na hity 2011 roku. A szkoda, bo to całkiem interesująca pozycja, na pewno jedna z najciekawszych z bibliografii Gartha Ennisa.
Etykiety:
Ameryka,
Chris Weston,
Dave Gibbons,
David Lloyd,
DC Comics,
Garth Ennis,
John Higgins,
lokalne,
mainstream,
Mucha Comics,
recenzja,
Vertigo
środa, 22 grudnia 2010
#650 - Tom Strong
W naszym mini-cyklu spotkań z twórczością Alana Moore'a rozpoczynamy od gościnnego występu Jerzego Łanuszewskiego, w komiksowym półświatku znanego lepiej jako Gordon. Jego teksty można znaleźć między innymi na Motywie Drogi i Gildii Komiksu, a specjalnie dla nas przygotował recenzję znakomitego "Toma Stronga". I, nie przedłużając tego wstępu ponad miarę, zapraszam do lektury.
- Co robi Alan Moore, kiedy jest zmęczony odprawianiem rytuałów magyi chaosu i pisaniem scenariuszy do Wielkich-Komiksów-Łamiących-Wszelkie Konwencje?
- Bierze się za "Toma Stronga".
Tom Strong to heros na miarę Złotej Ery – silny, odważny, wysportowany, nieprzeciętnie inteligentny. Wzorowy mąż i ojciec, przykładny obywatel, weteran II Wojny Światowej. Znakomity atleta i wybitny naukowiec. Budzi strach we wrogach i uwielbienie w sercach porządnych mieszczan. Pływa, biega, strzela, podróżuje w czasie, przestrzeni, do wnętrza Ziemi, regularnie lata w kosmos. Raz w miesiącu ratuje świat, trzy razy w tygodniu swoje ukochane miasto.
Po kolei: tytułowy bohater jest synem genialnego naukowca, Sinclaira Stronga. Urodził się w roku 1900 na tropikalnej wyspie - Attabar Teru, gdzie rodzice wychowywali go w specjalnej komorze o podwyższonej grawitacji, by chłopiec był silniejszy od innych ludzi. Za jego edukację odpowiadał robot - Pneuman, który dbał o wszechstronne wykształcenie. Po tragicznej śmierci rodziców, Strongiem Juniorem zajęli się tubylcy. Jak można się domyślić plemię dysponuje czymś magicznym, w tym wypadku jest to korzeń Goloka - tajemnicza roślina, która poza innymi cudownymi właściwościami, znacznie przedłuża młodość osób ją spożywających.
Po osiągnięciu dojrzałości, Tom bierze ślub z córką wodza, Dhaluą i przeprowadza się do amerykańskiego Millenium City, gdzie rozpoczyna karierę superbohatera. W jego perypetiach pomagają mu: małżonka, córka o imieniu Tesla, wspomniany robot, inteligentny goryl – Salomon, członkowie jego fanklubu - "Strongmen of America", a także liczne wersje Stronga z alternatywnych rzeczywistości i czasów. W świecie Toma nie mogło zabraknąć osobników niegodziwych. Bohater Millenium City musi mierzyć się z całą galerią superprzestępców, jak i szeregiem kolektywnych zbirów: kosmitami, Aztekami z równoległego wszechświata, innymi kosmitami, nazistami oraz jeszcze innymi kosmitami.
Często się zdarza, że arcywróg jest ciekawszy od samego głównego bohatera. Tak jest i w tym przypadku. Paul Saveen, nemezis Toma od razu przykuwa uwagę czytelnika - zawsze w wytwornym fraku i z laseczką, twarz przyozdabia cienki wąs oraz dyskretna maska. Ot, dystyngowany, lekko ekscentryczny gentleman, który przy okazji jest też pierwszoligowym geniuszem zła, regularnie realizującym kolejne diaboliczne plany. Dla pieniędzy, dla chwilowego kaprysu czy po prostu, żeby uprzykrzyć Tomowi życie.
"Tom Strong" nie jest (przynajmniej w większości przypadków) pastiszem pulpowych komiksów przygodowych pierwszej połowy XX wieku. Moore podszedł do tematu z szacunkiem i zamiast bawić się w eksperymenty, skupił się na odświeżeniu formuły. Pod piórem angielskiego maga weird tales ożywają na nowo i stają się atrakcyjne dla czytelnika ery postvertigowskiej. Mimo to, jest to rozrywka dla dosyć wąskiej grupy odbiorców. Prawdziwą przyjemność z lektury będą czerpać ci, którzy darzą sentymentem fantastyczną pulpę w jej najbardziej pulpowatej i fantastycznej formie. Dla nich seria, wydana przez imprint American Best Comics, to powrót do kolorowego dzieciństwa, rozbuchanej krainy cudowności gdzie wszystko mogło się zdarzyć, a prawa opowieści drwiły sobie bezczelnie z fizyki i logiki. Ludzie, nie lubujący się kiczowatej estetyce Złotej Ery, raczej nie będą się dobrze bawić. Bo "Tom..." to przede wszystkim zabawa. Zabawa szalonego Alana, kilku innych scenarzystów (m. in. Eda Brubakera, Briana K. Vaughana, Geoffa Johnsa i Michaela Moorcocka) oraz wspomnianej grupy czytelników.
W "Tomie Strongu" Moore ma absolutną wolność. Może bezkarnie używać najmniej logicznych rozwiązań. Może bez skrępowania kreować papierowe, jednowymiarowe postaci. Może rzucać czerstwymi żarcikami. Może wymyślać najbardziej niesamowite i nierealne przygody. Może rżnąć na potęgę z tanich książek, komiksów i filmów. Może używać całego arsenału środków właściwych dla starych pulpowych historyjek. Może wszystko, dopóki robi to z właściwym sobie wdziękiem i polotem. Póki co, doskonale mu to wychodziło.
- Co robi Alan Moore, kiedy jest zmęczony odprawianiem rytuałów magyi chaosu i pisaniem scenariuszy do Wielkich-Komiksów-Łamiących-Wszelkie Konwencje?
- Bierze się za "Toma Stronga".
Tom Strong to heros na miarę Złotej Ery – silny, odważny, wysportowany, nieprzeciętnie inteligentny. Wzorowy mąż i ojciec, przykładny obywatel, weteran II Wojny Światowej. Znakomity atleta i wybitny naukowiec. Budzi strach we wrogach i uwielbienie w sercach porządnych mieszczan. Pływa, biega, strzela, podróżuje w czasie, przestrzeni, do wnętrza Ziemi, regularnie lata w kosmos. Raz w miesiącu ratuje świat, trzy razy w tygodniu swoje ukochane miasto.Po kolei: tytułowy bohater jest synem genialnego naukowca, Sinclaira Stronga. Urodził się w roku 1900 na tropikalnej wyspie - Attabar Teru, gdzie rodzice wychowywali go w specjalnej komorze o podwyższonej grawitacji, by chłopiec był silniejszy od innych ludzi. Za jego edukację odpowiadał robot - Pneuman, który dbał o wszechstronne wykształcenie. Po tragicznej śmierci rodziców, Strongiem Juniorem zajęli się tubylcy. Jak można się domyślić plemię dysponuje czymś magicznym, w tym wypadku jest to korzeń Goloka - tajemnicza roślina, która poza innymi cudownymi właściwościami, znacznie przedłuża młodość osób ją spożywających.
Po osiągnięciu dojrzałości, Tom bierze ślub z córką wodza, Dhaluą i przeprowadza się do amerykańskiego Millenium City, gdzie rozpoczyna karierę superbohatera. W jego perypetiach pomagają mu: małżonka, córka o imieniu Tesla, wspomniany robot, inteligentny goryl – Salomon, członkowie jego fanklubu - "Strongmen of America", a także liczne wersje Stronga z alternatywnych rzeczywistości i czasów. W świecie Toma nie mogło zabraknąć osobników niegodziwych. Bohater Millenium City musi mierzyć się z całą galerią superprzestępców, jak i szeregiem kolektywnych zbirów: kosmitami, Aztekami z równoległego wszechświata, innymi kosmitami, nazistami oraz jeszcze innymi kosmitami.
Często się zdarza, że arcywróg jest ciekawszy od samego głównego bohatera. Tak jest i w tym przypadku. Paul Saveen, nemezis Toma od razu przykuwa uwagę czytelnika - zawsze w wytwornym fraku i z laseczką, twarz przyozdabia cienki wąs oraz dyskretna maska. Ot, dystyngowany, lekko ekscentryczny gentleman, który przy okazji jest też pierwszoligowym geniuszem zła, regularnie realizującym kolejne diaboliczne plany. Dla pieniędzy, dla chwilowego kaprysu czy po prostu, żeby uprzykrzyć Tomowi życie.
"Tom Strong" nie jest (przynajmniej w większości przypadków) pastiszem pulpowych komiksów przygodowych pierwszej połowy XX wieku. Moore podszedł do tematu z szacunkiem i zamiast bawić się w eksperymenty, skupił się na odświeżeniu formuły. Pod piórem angielskiego maga weird tales ożywają na nowo i stają się atrakcyjne dla czytelnika ery postvertigowskiej. Mimo to, jest to rozrywka dla dosyć wąskiej grupy odbiorców. Prawdziwą przyjemność z lektury będą czerpać ci, którzy darzą sentymentem fantastyczną pulpę w jej najbardziej pulpowatej i fantastycznej formie. Dla nich seria, wydana przez imprint American Best Comics, to powrót do kolorowego dzieciństwa, rozbuchanej krainy cudowności gdzie wszystko mogło się zdarzyć, a prawa opowieści drwiły sobie bezczelnie z fizyki i logiki. Ludzie, nie lubujący się kiczowatej estetyce Złotej Ery, raczej nie będą się dobrze bawić. Bo "Tom..." to przede wszystkim zabawa. Zabawa szalonego Alana, kilku innych scenarzystów (m. in. Eda Brubakera, Briana K. Vaughana, Geoffa Johnsa i Michaela Moorcocka) oraz wspomnianej grupy czytelników.W "Tomie Strongu" Moore ma absolutną wolność. Może bezkarnie używać najmniej logicznych rozwiązań. Może bez skrępowania kreować papierowe, jednowymiarowe postaci. Może rzucać czerstwymi żarcikami. Może wymyślać najbardziej niesamowite i nierealne przygody. Może rżnąć na potęgę z tanich książek, komiksów i filmów. Może używać całego arsenału środków właściwych dla starych pulpowych historyjek. Może wszystko, dopóki robi to z właściwym sobie wdziękiem i polotem. Póki co, doskonale mu to wychodziło.
Etykiety:
Alan Moore,
America's Best Comics,
Ameryka,
Art Adams,
Chris Sprouse,
Dave Gibbons,
DC Comics,
Gary Frank,
importowane,
Jerry Ordway,
John Paul Leon,
recenzja,
super-hero,
Wildstorm
piątek, 13 marca 2009
#144 - Tydzień crossoverów - Sinestro Corps War
Pisząc o „Sinestro Corps War” siłą rzeczy będę musiał powtórzyć niektóre argumenty, które padły już przy okazji mojego tekstu o „Green Lanternie”. Nie ma w tym nic dziwnego, bo crossover przewijał się także na kartach tego miesięcznika, a i za scenariuszem stała jedna i ta sama osoba, Geoff Johns. Komiksowy skryba oficjalnie mianowany mainstreamowym królem Midasem, zamieniającym w złoto wszystko, czego się dotknie.
Jak przedstawia się zarys fabuły crossa rozgrywającego się w sumie na łamach dwóch ongoingów (wspomnianego „Green Lanterna” i „Green Lantern Corps”, którego pisze Dave Gibbons, znany polskiemu czytelnikowi, jako autor „The Orignals” i rysownik „Strażników”) i uzupełnionego one-shotami poświeconymi kluczowym postaciom dramatu, ukazującymi się pod wspólnym szyldem „Tales of the Sinestro Corps”? Tytułowy Sinestro był niegdyś najlepszym z zielonych latarników, kosmicznej organizacji dbającej o ład w znanej galaktyce. Obszar, nad którym trzymał piecze był pokazywany młodym kadetom za wzór porządku i dyscypliny. I sielanka by trwała, gdyby nie wyszczekany i arogancki ziemianin z Ameryki nie zdemaskował opiekuna sektora 1417, jako faszyzującego dyktatora, używającego strachu, jako narzędzia terroru i represji. Hal Jordan zrobił sobie ze swojego mentora i przyjaciela zawziętego i dozgonnego wroga. Po przymusowej banicji w wymiarze antymaterii, Sinestro na łamach „SCW” po raz kolejny będzie chciał zemścić się nie tylko na Halu, ale na całym Korpusie Zielonych Latarni i Strażnikach Wszechświata. I trzeba przyznać, że ma chłopak rozmach, bo nie wystarczyło mu już wykuć żółty pierścień mocy, tym razem zorganizował sobie własną międzygalaktyczną policję. Żółty Korpus jest antytezą zielonego odpowiednika. Posługuje się strachem, a nie siłą woli pozwalającą ten strach przezwyciężyć, Sinestro chce zaprowadzić nowy porządek w galaktyce.
Geoff Johns jest jednym z niewielu scenarzystów pracujących z kalesoniarzami, którzy naprawdę umieją zrobić dobrze swoim czytelnikom. Oprócz tego, że wie, co gra w ich nerdowskich duszach, ma wielki szacunek do dokonań twórców, poprzednio pracujących przy Latarnikach. „Sinestro Corps War” jest tego najlepszych dowodem. Johns pięknie kompiluje wszystkie pomysły pozostałych scenarzystów w spójną, zielona mitologię, mało tego – rozwija ją do prawdziwie epickich wymiarów, zgrabnie rozwijając wątek Strażników z Oa, ich księgi i sprytnie poszerzając spektrum kolorów w galaktyce DC. O jakie barwy chodzi, tego na razie nie zdradzę, podobnie jak nie wyjawię, jacy łotrzy z samego czubka ekstraklasy wejdą w skład Żółtego Korpusu. Polecam poczytanie zeszytów z serii regularnej żeby zobaczyć, kogo Sinestro werbuje – wielokrotny geekowski orgazm murowany.
Scenariuszowi Geoffa Johns do ideału jeszcze sporo brakuje i „Sinestro Corps War” nie jest komiksem bez wad. Przede wszystkim podczas lektury irytowała mnie chaotyczność i tempo kolejnych wydarzeń. Chciałoby się, żeby Johns trochę zwolnił, pozwolił nacieszyć się czytelnikowi jeszcze bardziej. Zwyczajnie – opowieść o wojnie korpusów za szybko się czyta. Momentami kuleje kompozycja, komiks momentami gubi napięcie, niektóre postacie aż proszą się o poświęcenie im kilku stron więcej. Mam tu na myśli głównie Anti-Monitora (jednego łotra zdradzę zatem), Amon Sura, Johna Stewarta, a nawet samego Jordana. Akurat z tym mógłbym się pogodzić, mam świadomość, że taka jest cena żonglowaniem dużą ilością wątków, ale nie wybaczę DC, że przydzieli tak słabych grafików do tak świetnej historii. Tak nawiasem mówiąc wydaje mi się, że Marvel dystansuje o kilka długości swojego konkurenta, jeśli chodzi o rysowników.
Bo jeden Ethan van Sciver wiosny nie czyni, szczególnie, że narysował tylko otwierającego sagę speciala. Ivanowi Reisowi nie brakuje wiele do jego poziomu, ale chłopak dopiero teraz, w ostatnich numerach „Green Lanterna” pokazuje, jaka moc drzemie w jego łapie. Reszta regularnych rysowników znacznie odstaje od tej dwójki – artystów pracujących z scenarzystą Dave`m Gibbonsem przy „Green Lantern Coprs” jest wielu i niestety wszyscy z nich prezentują się albo kiepsko (Angel Unzueta, Dustin Nguyen), albo bardzo kiepsko (Patrick Gleason, Pascal Alixe, Jamal Igle). Wśród rysowników „Tales of Sinestro Corps”, na tle nieciekawej Adriany Melo i Patricka Blaine`a, będącego tanią podróbką Eda Benes`a, który sam jest nieudolnym kopistą Jima Lee, pozytywni wyróżnia się Pete Woods, wspomagany przez znanego z kart polskiego „Supermana”, prawdziwego weterana ołówka, Jerry`ego Ordway`a.
Pomimo tych uwag, „Sinestro Corps War” jest jednym z najlepszych crossoverów, jakie przydarzyło mi się czytać w ostatnim czasie. Co ja gadam – to jeden z najlepszych crossów, jaki kiedykolwiek ukazał się na amerykańskim rynku i wzór dla każdego, kto chciałby zabrać się za opowieści tego typu. Pokątnie podczytując sobie w miarę aktualne numery „Green Laterna” po cichu liczę, że domknięcie zielonej trylogii (po „Rebirth” i „SCW”), czyli „The Blackest Night” przewyższy swoje poprzednika pod każdym względem.
Jak przedstawia się zarys fabuły crossa rozgrywającego się w sumie na łamach dwóch ongoingów (wspomnianego „Green Lanterna” i „Green Lantern Corps”, którego pisze Dave Gibbons, znany polskiemu czytelnikowi, jako autor „The Orignals” i rysownik „Strażników”) i uzupełnionego one-shotami poświeconymi kluczowym postaciom dramatu, ukazującymi się pod wspólnym szyldem „Tales of the Sinestro Corps”? Tytułowy Sinestro był niegdyś najlepszym z zielonych latarników, kosmicznej organizacji dbającej o ład w znanej galaktyce. Obszar, nad którym trzymał piecze był pokazywany młodym kadetom za wzór porządku i dyscypliny. I sielanka by trwała, gdyby nie wyszczekany i arogancki ziemianin z Ameryki nie zdemaskował opiekuna sektora 1417, jako faszyzującego dyktatora, używającego strachu, jako narzędzia terroru i represji. Hal Jordan zrobił sobie ze swojego mentora i przyjaciela zawziętego i dozgonnego wroga. Po przymusowej banicji w wymiarze antymaterii, Sinestro na łamach „SCW” po raz kolejny będzie chciał zemścić się nie tylko na Halu, ale na całym Korpusie Zielonych Latarni i Strażnikach Wszechświata. I trzeba przyznać, że ma chłopak rozmach, bo nie wystarczyło mu już wykuć żółty pierścień mocy, tym razem zorganizował sobie własną międzygalaktyczną policję. Żółty Korpus jest antytezą zielonego odpowiednika. Posługuje się strachem, a nie siłą woli pozwalającą ten strach przezwyciężyć, Sinestro chce zaprowadzić nowy porządek w galaktyce.
Geoff Johns jest jednym z niewielu scenarzystów pracujących z kalesoniarzami, którzy naprawdę umieją zrobić dobrze swoim czytelnikom. Oprócz tego, że wie, co gra w ich nerdowskich duszach, ma wielki szacunek do dokonań twórców, poprzednio pracujących przy Latarnikach. „Sinestro Corps War” jest tego najlepszych dowodem. Johns pięknie kompiluje wszystkie pomysły pozostałych scenarzystów w spójną, zielona mitologię, mało tego – rozwija ją do prawdziwie epickich wymiarów, zgrabnie rozwijając wątek Strażników z Oa, ich księgi i sprytnie poszerzając spektrum kolorów w galaktyce DC. O jakie barwy chodzi, tego na razie nie zdradzę, podobnie jak nie wyjawię, jacy łotrzy z samego czubka ekstraklasy wejdą w skład Żółtego Korpusu. Polecam poczytanie zeszytów z serii regularnej żeby zobaczyć, kogo Sinestro werbuje – wielokrotny geekowski orgazm murowany.
Scenariuszowi Geoffa Johns do ideału jeszcze sporo brakuje i „Sinestro Corps War” nie jest komiksem bez wad. Przede wszystkim podczas lektury irytowała mnie chaotyczność i tempo kolejnych wydarzeń. Chciałoby się, żeby Johns trochę zwolnił, pozwolił nacieszyć się czytelnikowi jeszcze bardziej. Zwyczajnie – opowieść o wojnie korpusów za szybko się czyta. Momentami kuleje kompozycja, komiks momentami gubi napięcie, niektóre postacie aż proszą się o poświęcenie im kilku stron więcej. Mam tu na myśli głównie Anti-Monitora (jednego łotra zdradzę zatem), Amon Sura, Johna Stewarta, a nawet samego Jordana. Akurat z tym mógłbym się pogodzić, mam świadomość, że taka jest cena żonglowaniem dużą ilością wątków, ale nie wybaczę DC, że przydzieli tak słabych grafików do tak świetnej historii. Tak nawiasem mówiąc wydaje mi się, że Marvel dystansuje o kilka długości swojego konkurenta, jeśli chodzi o rysowników.
Bo jeden Ethan van Sciver wiosny nie czyni, szczególnie, że narysował tylko otwierającego sagę speciala. Ivanowi Reisowi nie brakuje wiele do jego poziomu, ale chłopak dopiero teraz, w ostatnich numerach „Green Lanterna” pokazuje, jaka moc drzemie w jego łapie. Reszta regularnych rysowników znacznie odstaje od tej dwójki – artystów pracujących z scenarzystą Dave`m Gibbonsem przy „Green Lantern Coprs” jest wielu i niestety wszyscy z nich prezentują się albo kiepsko (Angel Unzueta, Dustin Nguyen), albo bardzo kiepsko (Patrick Gleason, Pascal Alixe, Jamal Igle). Wśród rysowników „Tales of Sinestro Corps”, na tle nieciekawej Adriany Melo i Patricka Blaine`a, będącego tanią podróbką Eda Benes`a, który sam jest nieudolnym kopistą Jima Lee, pozytywni wyróżnia się Pete Woods, wspomagany przez znanego z kart polskiego „Supermana”, prawdziwego weterana ołówka, Jerry`ego Ordway`a.Pomimo tych uwag, „Sinestro Corps War” jest jednym z najlepszych crossoverów, jakie przydarzyło mi się czytać w ostatnim czasie. Co ja gadam – to jeden z najlepszych crossów, jaki kiedykolwiek ukazał się na amerykańskim rynku i wzór dla każdego, kto chciałby zabrać się za opowieści tego typu. Pokątnie podczytując sobie w miarę aktualne numery „Green Laterna” po cichu liczę, że domknięcie zielonej trylogii (po „Rebirth” i „SCW”), czyli „The Blackest Night” przewyższy swoje poprzednika pod każdym względem.
Etykiety:
Ameryka,
Dave Gibbons,
DC Comics,
Dustin Nguyen,
Ethan Van Sciver,
Geoff Johns,
importowane,
Ivan Reis,
Jamal Igle,
Pascal Alixe,
Patrick Gleason,
recenzja,
super-hero,
Tydzień Crossoverów
Subskrybuj:
Posty (Atom)













