"Gra na wielu bębenkach" to ostatnia książka Olgi Tokarczuk jaką przeczytałem. Nie jedyna, a ostatnia. Po tym zbiorze nie sięgnąłem już po żadną kolejną jej publikację. Rzecz czytałem dawno temu, bo pierwsze wydanie. Niewiele z niej pamiętam, właściwie nic. Przeszła bez echa i zniechęciła mnie do prozy Tokarczuk. Dlatego po przeczytaniu komiksu "Profesor Andrews", który jest graficzną adaptacją jednego z opowiadań ze wspomnianego w pierwszym zdaniu zbioru, musiałem sięgnąć po książkę, aby je sobie przypomnieć.
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Dominik Szcześniak. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Dominik Szcześniak. Pokaż wszystkie posty
środa, 18 listopada 2015
środa, 10 lipca 2013
#1327 - Tim i Miki. W Krainie Psikusów
Tradycyjne,
na Festiwalu Komiksowa Warszawa wydawnictwo Timof i cisi wspólnicy
we współpracy z Polskim Stowarzyszeniem Komiksowym oraz ze Sklepem
Gildia przygotowali gratisową publikację w ramach Polskiego Dnia
Darmowego Komiksu. Każdy, kto odwiedził w maju stołeczny Stadion
Narodowy mógł wyjść z zeszytem "Tim i Miki. W krainie
psikusów" pod pachą.
Podczas FKW
za tym komiksem szczególnie powinni rozglądać byli się rodzice,
bowiem wspólne dzieło Dominika Szcześniak (scenariusz), Piotra
Nowackiego (rysunki) i Sebastiana Skrobola (kolor) jest utworem
przeznaczonym dla najmłodszych. I to dobrym – przynajmniej, z
mojej, dorosłej perspektywy, bo ocenianie komiksów przeznaczonych
dla kogoś o tak skrajnie innej percepcji, jak dziecko, jest dla mnie nie lada
wyzwaniem.
Scenarzysta
wychodzi o dość konwencjonalnego motywu – dwaj główni
bohaterowie komiksu, Tim i Miki, między szafą, ścianą i parapetem znajdują przejście do tytułowej Krainy Psikusów. W tym
magicznym uniwersum przyjdzie im przeżyć wiele niezwykłych przygód,
ale staną również przed nie lada wyzwaniem – uratowaniem
zaginionych rodziców. I tu konwencjonalność przygodowej opowieści dla najmłodszych się kończy, bo "Tim
i Miki" co i rusz zaskakują zwrotami akcji i nieszablonowymi
rozwiązaniami fabularnymi. Trzeba przyznać, że Szcześniak ostro sobie
poszalał i efekt jest więcej, niż zadowalający. Postawił na
zwariowaną przygodę, w której nic nie jest takie, jakie na
pierwszy rzut oka wygląda.
W historii bolą
jedynie dość toporne nawiązania do kultury masowej. Niewidoczne dla
dzieciaków, a dorosłych rażące swoją schematycznością.
Szcześniak nigdy nie miał szczególnej ręki do dialogów, a w
komiksie nie dość, że napisane są one w dziwnym stylu, będącym
mieszanką języka młodzieżowego i infantylnej, dziecięcej dykcji.
Uderza również spora ilość dymków z tekstem, która każe na
długo parkować na niektórych stronach, co momentami może wybijać
z czytelniczego rytmu.
Dla Piotrka
Nowackiego "Tim i Miki" to niejako powrót do cartoonowych
korzeni. Po do pewnego stopnia awangardowych "Om" i "Moe",
Jaszczu zawitał w strony, gdzie czuje się najlepiej. Pod względem
wizualnym nie sposób się do czegokolwiek przyczepić. Wyraziści
bohaterowie, oszczędne tła, prosta, ale nie prostacka kreska, którą
trudno pomylić z innym twórcą – to standard, do którego
zdążyłem przywyknąć. Kawał solidnej roboty odwalił również
Sebastian Skrobol, choć nieco drażni mnie zbyt
cukierkowo-komputerowa estetyka całości.
Lucek i
Jaszczu to zawodnicy, którzy poniżej pewnego poziomu nie schodzą.
Zdarza im się błysnąć czymś wyjątkowym, jak to było z „10
Bolesnymi Operacjami” czy „Om”, ale zwykle prezentują równą formę. I tak też jest w przypadku „Tima i Mikiego”,
któremu ciężko cokolwiek zarzucić. Ciekawe, uciekające od
szablonowości postacie – są. Wciągająca i niebanalna fabuła, z odpowiednią
ilością zwrotów akcji – jest. Sympatyczne, skrzące się
kolorami, stylowe w swojej prostocie rysunki – no ba! Igranie sobie
z schematami opowieści dla dzieciaków, bez zbędnego dydaktyzmu – jak
najbardziej. Efektowne zakończenie i fantastyczna ośmiornica-wróżka – wszystko jest obecne.
środa, 30 stycznia 2013
#1237 - The Very Best OFF the Ziniols: Greatest Hits vol.1
Nigdy nie miałem szczęścia zetknąć się z kserowanym „Ziniolem” (czy też „Ziniem”), gdy ten ukazywał się w latach 1998-2005. Lektura pierwszego tomu „The Very Best OFF the Ziniols: The Greatest Hits vol.1 1998-2005” nie była więc dla mnie podróżą sentymentalną, tylko wycieczką w nieznane rejony komiksowej historii.
Zamojsko-lubelski magazyn redagowany przez Dominika Szcześniaka znany jest mi jedynie z jego sieciowego wcielenia i z restartu pod timofową banderą. No i z obfitych owoców, jakie wydał. Zasługi „Ziniola” dla dzisiejszego komiksowa są niezaprzeczalne. Na jego łamach wykuwał się warsztat twórców nierzadko stanowiących o obliczu współczesnego komiksu polskiego. Wspomniany Szcześniak, Mateusz Skutnik, Maciej Pałka, Marek Turek, Rafał Szłapa, Otoczak, Rafał Trejnis – wszyscy oni, w mniejszym lub większy stopniu współtworzyli kserowaną legendę komiksowego podziemia. Ich prace - „Blaki”, „Fastnachspiel”, „Morfołaki”, Bi-Bułka”, „Waciane Kaffliki Żyttu”, „Przygody Leszka” czy „Dom żałoby” - to serie, które publikowane były w "Z", aby potem ewoluować w stronę serii czy pojedynczych albumów. Nie wiem czy nie będzie to zbyt odważna teza, ale wydaje mi się, że obok ze wszech miar kultowego „Produktu” to właśnie „Ziniol” (obok nieco zapomnianego dziś „AQQ”) był największym inkubatorem talentów, które dziś mogą lśnić pełnym blaskiem.
Pomysł na zebranie w jednym, grubym tomiku tego, co najlepsze z tych 40 numerów sam w sobie jest znakomity, ale z dzisiejszej perspektywy trudno mi krytycznie oceniać komiksy, uchodzące niegdyś za największe przeboje „Ziniola”. I tak na przykład purnonsensowy i pornograficzny „Mocz w zupie” tercetu Wojda/Szcześniak/Pałka nijak mnie nie przekonuje, podobnie, jak „Latające szlugi” Szcześniaka solo, będące dla mnie kuriozum nie lada. Po latach nie dorastają do swojej zinowej legendy albo moje oczekiwania były zbyt wygórowane. Natomiast absolutnie znakomicie prezentuje się wczesne wcielenie „Blakiego”, zupełnie inne od tego, którą poznaliśmy w wydaniach zbiorczych. Bardziej odjechane, bardziej dziwaczne, formalnie nieokrzesane, w wykonaniu nieopierzonego jeszcze Skutnika. I dłuższe, bo licząca dobre 40 stron – choćby dla tego komiksu warto sięgnąć po ziniolową składankę. Tego, że „Blaki” będzie dobry mogłem się spodziewać, ale prawdziwym ciosem obuchem w łeb były dla mnie prace Mateusza Liwińskiego i Andrzeja Śmieciuszewskiego w ramach jednoplanszówek (choć nie zawsze) „Rosencranz i Santana”. Niepoprawne, osobliwe, ekscentryczne, niekiedy na granicy hermetyczności, często absurdalne, nierzadko okropnie śmieszne i w stu procentach undergroundowe. Trzeba się samemu przekonać.
Myślę, że twórcze poszukiwania Liwińskiego i Śmieciuszewskiego mogą być swoistym pars pro toto całego magazynu – rzeczy przysłowiowo jadące po bandzie, eksperymentalne, obsceniczne, dziwaczne, przekraczające granice nie tylko dobrego smaku, momentami niezjadliwie dla przeciętnego czytelnika „Thorgali” czy „Kaczora Donalda”. Myślę, że taka mogła być specyfika „Ziniola”. W przeciwieństwie do „Maszina” czy „Mydła” formalnie mniej skomplikowana, w porównaniu do „Profanum” mająca gdzieś „przeciętnego” i „masowego” odbiorcę i nie stawiająca na humor tak mocno, jak w przypadku „Jeju” czy nieodżałowanego „Kartonu”.
Pierwszy wolumin „Ziniolsów” był jednocześnie debiutanckim komiksem Wydawnictwa Ważka na naszym rynku. I do edytorskiej jakości edycji trudno się przyczepić. Wszystko jest w najlepszym porządku. Warto dodać, że żadna z praca obecnych w antologii nie była poddana procesom remasteringu, dzięki czemu poszczególne ko,miksu zachowały swój specyficzny undergroundowy posmaczek.
„The Very Best OFF The Ziniols: Greatest Hits vol.1 1998-2005” ucieszy przede wszystkim najbardziej hardkorowych fanów polskiego komiksu. To album o dużej wartości poznawczej, będący lekcją z komiksowej historii. Ten zapis pewnej epoki został podrasowany komentarzami redaktora naczelnego, pokazującego „Ziniola” od kuchni, ale i w nieco sentymentalnym tonie.
Zamojsko-lubelski magazyn redagowany przez Dominika Szcześniaka znany jest mi jedynie z jego sieciowego wcielenia i z restartu pod timofową banderą. No i z obfitych owoców, jakie wydał. Zasługi „Ziniola” dla dzisiejszego komiksowa są niezaprzeczalne. Na jego łamach wykuwał się warsztat twórców nierzadko stanowiących o obliczu współczesnego komiksu polskiego. Wspomniany Szcześniak, Mateusz Skutnik, Maciej Pałka, Marek Turek, Rafał Szłapa, Otoczak, Rafał Trejnis – wszyscy oni, w mniejszym lub większy stopniu współtworzyli kserowaną legendę komiksowego podziemia. Ich prace - „Blaki”, „Fastnachspiel”, „Morfołaki”, Bi-Bułka”, „Waciane Kaffliki Żyttu”, „Przygody Leszka” czy „Dom żałoby” - to serie, które publikowane były w "Z", aby potem ewoluować w stronę serii czy pojedynczych albumów. Nie wiem czy nie będzie to zbyt odważna teza, ale wydaje mi się, że obok ze wszech miar kultowego „Produktu” to właśnie „Ziniol” (obok nieco zapomnianego dziś „AQQ”) był największym inkubatorem talentów, które dziś mogą lśnić pełnym blaskiem.
Pomysł na zebranie w jednym, grubym tomiku tego, co najlepsze z tych 40 numerów sam w sobie jest znakomity, ale z dzisiejszej perspektywy trudno mi krytycznie oceniać komiksy, uchodzące niegdyś za największe przeboje „Ziniola”. I tak na przykład purnonsensowy i pornograficzny „Mocz w zupie” tercetu Wojda/Szcześniak/Pałka nijak mnie nie przekonuje, podobnie, jak „Latające szlugi” Szcześniaka solo, będące dla mnie kuriozum nie lada. Po latach nie dorastają do swojej zinowej legendy albo moje oczekiwania były zbyt wygórowane. Natomiast absolutnie znakomicie prezentuje się wczesne wcielenie „Blakiego”, zupełnie inne od tego, którą poznaliśmy w wydaniach zbiorczych. Bardziej odjechane, bardziej dziwaczne, formalnie nieokrzesane, w wykonaniu nieopierzonego jeszcze Skutnika. I dłuższe, bo licząca dobre 40 stron – choćby dla tego komiksu warto sięgnąć po ziniolową składankę. Tego, że „Blaki” będzie dobry mogłem się spodziewać, ale prawdziwym ciosem obuchem w łeb były dla mnie prace Mateusza Liwińskiego i Andrzeja Śmieciuszewskiego w ramach jednoplanszówek (choć nie zawsze) „Rosencranz i Santana”. Niepoprawne, osobliwe, ekscentryczne, niekiedy na granicy hermetyczności, często absurdalne, nierzadko okropnie śmieszne i w stu procentach undergroundowe. Trzeba się samemu przekonać.
Myślę, że twórcze poszukiwania Liwińskiego i Śmieciuszewskiego mogą być swoistym pars pro toto całego magazynu – rzeczy przysłowiowo jadące po bandzie, eksperymentalne, obsceniczne, dziwaczne, przekraczające granice nie tylko dobrego smaku, momentami niezjadliwie dla przeciętnego czytelnika „Thorgali” czy „Kaczora Donalda”. Myślę, że taka mogła być specyfika „Ziniola”. W przeciwieństwie do „Maszina” czy „Mydła” formalnie mniej skomplikowana, w porównaniu do „Profanum” mająca gdzieś „przeciętnego” i „masowego” odbiorcę i nie stawiająca na humor tak mocno, jak w przypadku „Jeju” czy nieodżałowanego „Kartonu”.
Pierwszy wolumin „Ziniolsów” był jednocześnie debiutanckim komiksem Wydawnictwa Ważka na naszym rynku. I do edytorskiej jakości edycji trudno się przyczepić. Wszystko jest w najlepszym porządku. Warto dodać, że żadna z praca obecnych w antologii nie była poddana procesom remasteringu, dzięki czemu poszczególne ko,miksu zachowały swój specyficzny undergroundowy posmaczek.
„The Very Best OFF The Ziniols: Greatest Hits vol.1 1998-2005” ucieszy przede wszystkim najbardziej hardkorowych fanów polskiego komiksu. To album o dużej wartości poznawczej, będący lekcją z komiksowej historii. Ten zapis pewnej epoki został podrasowany komentarzami redaktora naczelnego, pokazującego „Ziniola” od kuchni, ale i w nieco sentymentalnym tonie.
piątek, 14 grudnia 2012
#1196 - Nikifor. Krynica oczami Nikifora
Dominik Szcześniak i Daniel Gutowski w albumie "Nikifor. Krynica oczami Nikifora" uciekają przed tradycyjną dla tego typu produkcji hagiograficzną sztampą niemal w dosłowny sposób - postać (figura?) Nikifora na kartach komiksu ciągle ucieka. Jest nieuchwytna - tak nieuchwytna, jak jego historia? Być może. Tak czy siak - opowiedzenie o życiu i twórczości tego niezwykłego artysty nie jest jedynym celem, który przyświeca twórcom.
Bo jest tak że, "ich" Nikifor to z jednej strony głos w dyskusji o fenomenie Epifaniusza (Epifana) Drowniaka. Jego wpływie na współczesną kulturę i sztukę, jego recepcji zarówno na tak zwanych salonach, jak i krynickich ulicach czy wreszcie - jego legendzie i artystycznej spuściźnie. Łukasz Turek z wydawnictwa Ważka bardzo słusznie zauważa w posłowiu do komiksu, że postacie wielkich twórców postrzegamy głównie przez pryzmat utrwalonych stereotypów na ich temat. Takim wytrychem do Nikifora był ten "mówiący niewyraźnie mały człowieczek w kapeluszu". Malujący dziwne obrazki na ulicach Krynicy i sprzedający je za grosze, aby tylko przeżyć. Tragicznie zmarły gruźlik, który nie doczekał się uznania, jakim darzony jest dzisiaj. Autorzy "Nikifora" flirtują z tym obrazem, pokazują go z pewnym przekąsem (a przynajmniej ja odniosłem takie wrażenie), dużą dozą ciepłego humoru. Bawią się tymi utrwalonymi opiniami, Nie stronią przy tym od tragizmu, ale uciekają od banału patetycznej narracji o niezrozumiałym przez ogół artyście.
Gutowski pracując nad komiksem wyraźnie nawiązuje do stylistyki twórczości bohatera komiksu. Artysta jeszcze bardziej upraszcza swój i tak bardzo prosty rysunek, nadając mu specyficzną, prymitywistyczną estetykę. Posługuje się bardzo grubo kreśloną linią, paletę kolorystyczną redukuje do minimum. Ale w parze z tym minimalizmem idzie całkiem duże wyrafinowanie formalne. Gutowski świetnie gra rytmem opowieści, skacze z wątku na wątek, zmienia perspektywy, prowadzi kilka narracji równocześnie, które splatają się w niespodziewanych momentach. Słowem - komiksowa robota na prawdziwie europejskim poziomie. Według mnie Gutowski ma potencjał, aby w tej materii przeskoczyć i Podolca, i Śledzia, i Skutnika.
Samemu zresztą rysownikowi warto poświęcić osobny akapit - od przysłowiowego "zawsze" związany z alternatywną stroną sceny komiksowej. Kojarzony ze środowiskiem "maszinowym" załapał się jeszcze na papierowe łamy projektu dowodzonego przez niestrudzonego Mikołaja Tkacza (a teraz częściej lub rzadziej udziela się na łamach jego sieciowej wersji). Nie zwróciłem na niego specjalnej uwagi w "Antologii tramwajowej", jego występ w zbiorze "Copyright" również przeszedł bez echa. Ot, kolejny anonimowy twórca, który próbuje swoich sił w komiksie. Nazwisko Gutowski rzuciło mi się w oczy przy okazji obrazkowej adaptacji "Lubiewa" - nie pomylę się bardzo, kiedy powiem, że jego praca pod względem graficznym była najlepsza z całego zbiorku. Dojrzała kreska przynosząca na myśl osiągnięcia amerykańskich twórców niezależnych, pomysłowe kompozycje kadru, a do tego jakieś niesprecyzowane poczucie ironii. Potem trafiłem na jego jednoplanszówki publikowane na łamach "Jana Dwutygodnika" i były on równie fantastyczne. Pisałem to już przy okazji newsa o "Nikiforze" w ramach K-E i powtórzę to raz jeszcze - Daniel Gutowski to w tym momencie najbardziej obiecujący polski rysownik komiksowy. Z takim warsztatem spokojnie mógłby starać się o angaż w jakimś "New Yorkerze" czy innym "NYT Magazine".
Pomimo tego wszystkie lektura "Nikifora" pozostawia poczucie ogromnego niedosytu - bo kiedy rzecz zaczyna nabierać rumieńców to nagle dochodzimy do ostatniej strony i... to wszystko. Koniec. Finito. Ten zaledwie 32-stronnicowy zeszyt wydaje się jedynie wprawką, która powinna być wstępem do czegoś znacznie większego i ambitniejszego. Rozumiem, że Szcześniak i Gutowski chcieli zagrać formą fragmentu, ale taka odpowiedz mnie nijak nie satysfakcjonuje. Ten projekt miał potencjał stać się nie tylko jednym z najciekawszych komiksów "na zamówienie", ale jednym z najbardziej interesujących pozycji mijającego roku. Szkoda, że do tego nie doszło.
Bo jest tak że, "ich" Nikifor to z jednej strony głos w dyskusji o fenomenie Epifaniusza (Epifana) Drowniaka. Jego wpływie na współczesną kulturę i sztukę, jego recepcji zarówno na tak zwanych salonach, jak i krynickich ulicach czy wreszcie - jego legendzie i artystycznej spuściźnie. Łukasz Turek z wydawnictwa Ważka bardzo słusznie zauważa w posłowiu do komiksu, że postacie wielkich twórców postrzegamy głównie przez pryzmat utrwalonych stereotypów na ich temat. Takim wytrychem do Nikifora był ten "mówiący niewyraźnie mały człowieczek w kapeluszu". Malujący dziwne obrazki na ulicach Krynicy i sprzedający je za grosze, aby tylko przeżyć. Tragicznie zmarły gruźlik, który nie doczekał się uznania, jakim darzony jest dzisiaj. Autorzy "Nikifora" flirtują z tym obrazem, pokazują go z pewnym przekąsem (a przynajmniej ja odniosłem takie wrażenie), dużą dozą ciepłego humoru. Bawią się tymi utrwalonymi opiniami, Nie stronią przy tym od tragizmu, ale uciekają od banału patetycznej narracji o niezrozumiałym przez ogół artyście.
Gutowski pracując nad komiksem wyraźnie nawiązuje do stylistyki twórczości bohatera komiksu. Artysta jeszcze bardziej upraszcza swój i tak bardzo prosty rysunek, nadając mu specyficzną, prymitywistyczną estetykę. Posługuje się bardzo grubo kreśloną linią, paletę kolorystyczną redukuje do minimum. Ale w parze z tym minimalizmem idzie całkiem duże wyrafinowanie formalne. Gutowski świetnie gra rytmem opowieści, skacze z wątku na wątek, zmienia perspektywy, prowadzi kilka narracji równocześnie, które splatają się w niespodziewanych momentach. Słowem - komiksowa robota na prawdziwie europejskim poziomie. Według mnie Gutowski ma potencjał, aby w tej materii przeskoczyć i Podolca, i Śledzia, i Skutnika.
Samemu zresztą rysownikowi warto poświęcić osobny akapit - od przysłowiowego "zawsze" związany z alternatywną stroną sceny komiksowej. Kojarzony ze środowiskiem "maszinowym" załapał się jeszcze na papierowe łamy projektu dowodzonego przez niestrudzonego Mikołaja Tkacza (a teraz częściej lub rzadziej udziela się na łamach jego sieciowej wersji). Nie zwróciłem na niego specjalnej uwagi w "Antologii tramwajowej", jego występ w zbiorze "Copyright" również przeszedł bez echa. Ot, kolejny anonimowy twórca, który próbuje swoich sił w komiksie. Nazwisko Gutowski rzuciło mi się w oczy przy okazji obrazkowej adaptacji "Lubiewa" - nie pomylę się bardzo, kiedy powiem, że jego praca pod względem graficznym była najlepsza z całego zbiorku. Dojrzała kreska przynosząca na myśl osiągnięcia amerykańskich twórców niezależnych, pomysłowe kompozycje kadru, a do tego jakieś niesprecyzowane poczucie ironii. Potem trafiłem na jego jednoplanszówki publikowane na łamach "Jana Dwutygodnika" i były on równie fantastyczne. Pisałem to już przy okazji newsa o "Nikiforze" w ramach K-E i powtórzę to raz jeszcze - Daniel Gutowski to w tym momencie najbardziej obiecujący polski rysownik komiksowy. Z takim warsztatem spokojnie mógłby starać się o angaż w jakimś "New Yorkerze" czy innym "NYT Magazine".
Pomimo tego wszystkie lektura "Nikifora" pozostawia poczucie ogromnego niedosytu - bo kiedy rzecz zaczyna nabierać rumieńców to nagle dochodzimy do ostatniej strony i... to wszystko. Koniec. Finito. Ten zaledwie 32-stronnicowy zeszyt wydaje się jedynie wprawką, która powinna być wstępem do czegoś znacznie większego i ambitniejszego. Rozumiem, że Szcześniak i Gutowski chcieli zagrać formą fragmentu, ale taka odpowiedz mnie nijak nie satysfakcjonuje. Ten projekt miał potencjał stać się nie tylko jednym z najciekawszych komiksów "na zamówienie", ale jednym z najbardziej interesujących pozycji mijającego roku. Szkoda, że do tego nie doszło.
piątek, 23 marca 2012
#0994 - Niczego sobie. Komiksy o mieście Gliwice
Jak zarobić na komiksie w Polsce? To, wbrew pozorom, dość proste. Wystarczy przekonać lokalny magistrat, że forma „przystępnej powieści graficznej” to świetny sposób na promocję miasta. Oryginalny, efektowny (i efektywny), a do tego stosunkowo tani. Przystępna komiksowa forma jest w stanie pomieścić dużo, ładnie narysowanych materiałów edukacyjnych. Miasto zatem wychodzi na swoje, a i autorzy mogą wreszcie na komiksowaniu zarobić na więcej, niż tylko na przysłowiową bułkę.
Szkoda tylko, że w tym festynie samozadowolenia efekt starań, tj. album, jest zwykle jakimś amatorskim produktem komiksopodobnym. Jakiś czas temu byliśmy wręcz zasypywani tego typu wyrobami i dziś, wśród mrowia tego typu publikacji, warto pamiętać właściwie o jednej „Tragedyji płockiej” Grzegorza Janusza i Jacka Frąsia. Wraz z premierą „Niczego sobie. Komiksy o mieście Gliwice” liczba wyjątków od tej mało chwalebnej reguły wzrosła do dwóch.
A Grzegorz Krawczyk i Mikołaj Ratka, redaktorzy antologii komiksowej poświęconej miast Gliwice, postanowili jeszcze utrudnić sobie zadanie. Nie dość, że album został poświęcony miastu, to jeszcze będzie publikacją o charakterze historyczno-edukacyjnym. Polska szkoła „komiksu w służbie polityki historycznej” to osobny, równie wstydliwy, rozdział i na szczęście „Niczego sobie” nie ma z nią nic wspólnego. Jak sam tytuł wskazuje, publikacja wydana nakładem Muzeum w Gliwicach, poświęcona jest przeszłości tego śląskiego miasta. Na łamach ośmiu szortów, poszeregowanych w kolejności chronologicznej poznajemy losy Gliwic na tle wielkiej, dziejowej machiny, kątem oka spoglądając również na mniejszą, kształtowaną przez (z mojego krakowskiego punktu widzenia – bardzo egzotyczny) regionalny kontekst historię, nierzadko nieznaną i fascynującą. Z jednej strony wielkie narodowe mity Sobieskiego, słynnej prowokacji gliwickiej, czasów Solidarności sąsiadują tu z miejskimi legendami i lokalną historią, a wszystko to składa się na niezwykle skomplikowany obraz relacji polsko-niemieckich, Śląska i Polski.
Genialnym w swojej prostocie posunięciem było zdjęcie (na ile oczywiście było to możliwe) z barków artystów obowiązków dydaktycznych i scedowanie ich na tych, którzy do pouczania o historii mają znacznie większe kompetencje. Po poszczególnych szortach widać, że ich autorzy mieli dużą swobodą w kreowania swoich historii, nie siedział nad nimi żaden pan historyk, który poprawiał szczegóły mundurów czy kształt wież na murach obronnych. Ich nadrzędnym celem było opowiedzenie ciekawej fabuły, mniej lub bardziej zakorzenionej, nawet nie tyle w historii Gliwic, co w samym mieście. Jego legendach, bohaterach, nierzadko architekturze. W ich rękach to niewielkie, śląskie miasto ożywa w różnorodnych opowieściach. A faktograficzne obowiązki są doskonale wypełnione przez krótkie omówienie danego epizodu z historii Gliwic. Polecam się z nimi zapoznać po lekturze samych komiksów, bo opisując historyczny kontekst mogą popsuć lekturę.
Antologie zwykle są świetną okazją do przeglądy rodzimej kadry komiksowej. Patrząc na nazwiska zaangażowanych twórców „Niczego sobie” prezentuje się na ekstraklasowym poziomie. Choć brakuje gwiazd największego formatu, to nikt z tej silnie obsadzonej młokosami i weteranami stawki nie odstaje. A wybijają się jak zwykle Przemysław Surma, którego jeden, dwa albumy dzielą od ścisłej krajowej czołówki i Marek Turek, który jak zwykle trzyma poziom. Obaj nie dość, że dysponują kreską nie do pomylenia z innymi twórcami, to jeszcze ich styl poparty jest bardzo konkretnym warsztatem. „Ballada o tym, jak zły Mansfeld swój apetyt zaspokoił” Surmy w baśniowej konwencji, dziecięcym rymem i przepięknym rysunkiem opowiada dość prostą, ale pełną uroku opowieść o pewnym rzezimieszku i obrotnej pannie z Gliwic. Natomiast pozbawiony słów „Capitol” jest bardzo „turkowy” – klaustrofobiczny, zagadkowy, pełen grozy. Opowieść o pożarze gliwickiego teatru i autor „Fastnachspielu” to znakomicie dobrana para – kiedy (nieopatrzenie) przeczytałem historyczne didaskalia do tego szorta wiedziałem już, że Turek właśnie najlepiej nadaje się do zilustrowania tego epizodu z dziejów Gliwic.
Na swoim (dobrym) poziomie zaprezentowali się Dominik Szcześniak i Maciej Pałka. Przewrotny scenariusz w połączeniu z undegroundową, epatującą brzydotą kreską doskonale sprawdził się w historii o tytułowym „Garbusie” umieszczoną w brudnym średniowieczu. Bardzo pozytywnie zaskoczyła mnie Anna Helena Szymborska. Rysowniczka, o której niewiele mówi się w kontekście kobiet robiących komiksy, pokazała się z bardzo dobrej strony. Technicznie – niemal bez zarzuty. Styl – gdzieś tam kołaczą mi się skojarzenia z najwcześniejszym Bilalem i współczesnym Manarą. Szkoda tylko, że artystka miała szczęście (czy raczej go nie miała) do dość pretensjonalnego skryptu Tomka Kontnego. Kolejny krok do przodu w rysowniczym rozwoju zrobili Kajetan Wykurz i Mikołaj Ratka.
W „Niczego sobie” czuć, że nad całością czuwał jakiś redaktor. I jest to bardzo miłe uczucie. Począwszy od gustownego designu ze świetną okładką na czele, przez dobór różnorodnych artystów, pod których styl dopasowano poszczególne historię, aż po ostateczną kontrolę jakości. Bardzo trudno jest mi wskazać komiks mocniej odstający od reszty. Jasne, jak to w tego typu zbiorkach, antologiach, a do tego rzeczach, robionych za zamówienie, są rzeczy lepsze („Garbus”, „Victoria”, „Ballada”) są i rzeczy nieco słabsze (prześliczne, ale nudne „Zobaczyć króla”, nie odbiegające zbyt dalece od kanonów „komiksu historycznego” „Marcowe ulice” i „Komandosi z Berlina”). A wszystko to napisane, narysowane, złożone i wydane w zaledwie pół roku – Mikołaju, chylę czoła.
Nie chciałbym zostać źle zrozumiany – choć „Niczego sobie” to rzecz bardzo dobra, nie była dla mnie taką fangą w nos, jak „PW 44” przed kilkoma laty. Wtedy, artyści zebrani przez Przemka Truścińskiego udowodnili, że da się opowiadać o Powstawaniu Warszawskim nie ograniczając się do pustych frazesów, a komiks nie żadnych kompleksów, może włączyć się w dyskurs o narodowej martyrologii i trudnej historii. „Niczego sobie. Komiksy o mieście Gliwice” nie mają takich ambicji. To raczej antologia na miarę naszych możliwości. A te, jak się okazało, w Gliwicach są całkiem duże.
Szkoda tylko, że w tym festynie samozadowolenia efekt starań, tj. album, jest zwykle jakimś amatorskim produktem komiksopodobnym. Jakiś czas temu byliśmy wręcz zasypywani tego typu wyrobami i dziś, wśród mrowia tego typu publikacji, warto pamiętać właściwie o jednej „Tragedyji płockiej” Grzegorza Janusza i Jacka Frąsia. Wraz z premierą „Niczego sobie. Komiksy o mieście Gliwice” liczba wyjątków od tej mało chwalebnej reguły wzrosła do dwóch.
A Grzegorz Krawczyk i Mikołaj Ratka, redaktorzy antologii komiksowej poświęconej miast Gliwice, postanowili jeszcze utrudnić sobie zadanie. Nie dość, że album został poświęcony miastu, to jeszcze będzie publikacją o charakterze historyczno-edukacyjnym. Polska szkoła „komiksu w służbie polityki historycznej” to osobny, równie wstydliwy, rozdział i na szczęście „Niczego sobie” nie ma z nią nic wspólnego. Jak sam tytuł wskazuje, publikacja wydana nakładem Muzeum w Gliwicach, poświęcona jest przeszłości tego śląskiego miasta. Na łamach ośmiu szortów, poszeregowanych w kolejności chronologicznej poznajemy losy Gliwic na tle wielkiej, dziejowej machiny, kątem oka spoglądając również na mniejszą, kształtowaną przez (z mojego krakowskiego punktu widzenia – bardzo egzotyczny) regionalny kontekst historię, nierzadko nieznaną i fascynującą. Z jednej strony wielkie narodowe mity Sobieskiego, słynnej prowokacji gliwickiej, czasów Solidarności sąsiadują tu z miejskimi legendami i lokalną historią, a wszystko to składa się na niezwykle skomplikowany obraz relacji polsko-niemieckich, Śląska i Polski.
Genialnym w swojej prostocie posunięciem było zdjęcie (na ile oczywiście było to możliwe) z barków artystów obowiązków dydaktycznych i scedowanie ich na tych, którzy do pouczania o historii mają znacznie większe kompetencje. Po poszczególnych szortach widać, że ich autorzy mieli dużą swobodą w kreowania swoich historii, nie siedział nad nimi żaden pan historyk, który poprawiał szczegóły mundurów czy kształt wież na murach obronnych. Ich nadrzędnym celem było opowiedzenie ciekawej fabuły, mniej lub bardziej zakorzenionej, nawet nie tyle w historii Gliwic, co w samym mieście. Jego legendach, bohaterach, nierzadko architekturze. W ich rękach to niewielkie, śląskie miasto ożywa w różnorodnych opowieściach. A faktograficzne obowiązki są doskonale wypełnione przez krótkie omówienie danego epizodu z historii Gliwic. Polecam się z nimi zapoznać po lekturze samych komiksów, bo opisując historyczny kontekst mogą popsuć lekturę.
Antologie zwykle są świetną okazją do przeglądy rodzimej kadry komiksowej. Patrząc na nazwiska zaangażowanych twórców „Niczego sobie” prezentuje się na ekstraklasowym poziomie. Choć brakuje gwiazd największego formatu, to nikt z tej silnie obsadzonej młokosami i weteranami stawki nie odstaje. A wybijają się jak zwykle Przemysław Surma, którego jeden, dwa albumy dzielą od ścisłej krajowej czołówki i Marek Turek, który jak zwykle trzyma poziom. Obaj nie dość, że dysponują kreską nie do pomylenia z innymi twórcami, to jeszcze ich styl poparty jest bardzo konkretnym warsztatem. „Ballada o tym, jak zły Mansfeld swój apetyt zaspokoił” Surmy w baśniowej konwencji, dziecięcym rymem i przepięknym rysunkiem opowiada dość prostą, ale pełną uroku opowieść o pewnym rzezimieszku i obrotnej pannie z Gliwic. Natomiast pozbawiony słów „Capitol” jest bardzo „turkowy” – klaustrofobiczny, zagadkowy, pełen grozy. Opowieść o pożarze gliwickiego teatru i autor „Fastnachspielu” to znakomicie dobrana para – kiedy (nieopatrzenie) przeczytałem historyczne didaskalia do tego szorta wiedziałem już, że Turek właśnie najlepiej nadaje się do zilustrowania tego epizodu z dziejów Gliwic.
Na swoim (dobrym) poziomie zaprezentowali się Dominik Szcześniak i Maciej Pałka. Przewrotny scenariusz w połączeniu z undegroundową, epatującą brzydotą kreską doskonale sprawdził się w historii o tytułowym „Garbusie” umieszczoną w brudnym średniowieczu. Bardzo pozytywnie zaskoczyła mnie Anna Helena Szymborska. Rysowniczka, o której niewiele mówi się w kontekście kobiet robiących komiksy, pokazała się z bardzo dobrej strony. Technicznie – niemal bez zarzuty. Styl – gdzieś tam kołaczą mi się skojarzenia z najwcześniejszym Bilalem i współczesnym Manarą. Szkoda tylko, że artystka miała szczęście (czy raczej go nie miała) do dość pretensjonalnego skryptu Tomka Kontnego. Kolejny krok do przodu w rysowniczym rozwoju zrobili Kajetan Wykurz i Mikołaj Ratka.
W „Niczego sobie” czuć, że nad całością czuwał jakiś redaktor. I jest to bardzo miłe uczucie. Począwszy od gustownego designu ze świetną okładką na czele, przez dobór różnorodnych artystów, pod których styl dopasowano poszczególne historię, aż po ostateczną kontrolę jakości. Bardzo trudno jest mi wskazać komiks mocniej odstający od reszty. Jasne, jak to w tego typu zbiorkach, antologiach, a do tego rzeczach, robionych za zamówienie, są rzeczy lepsze („Garbus”, „Victoria”, „Ballada”) są i rzeczy nieco słabsze (prześliczne, ale nudne „Zobaczyć króla”, nie odbiegające zbyt dalece od kanonów „komiksu historycznego” „Marcowe ulice” i „Komandosi z Berlina”). A wszystko to napisane, narysowane, złożone i wydane w zaledwie pół roku – Mikołaju, chylę czoła.
Nie chciałbym zostać źle zrozumiany – choć „Niczego sobie” to rzecz bardzo dobra, nie była dla mnie taką fangą w nos, jak „PW 44” przed kilkoma laty. Wtedy, artyści zebrani przez Przemka Truścińskiego udowodnili, że da się opowiadać o Powstawaniu Warszawskim nie ograniczając się do pustych frazesów, a komiks nie żadnych kompleksów, może włączyć się w dyskurs o narodowej martyrologii i trudnej historii. „Niczego sobie. Komiksy o mieście Gliwice” nie mają takich ambicji. To raczej antologia na miarę naszych możliwości. A te, jak się okazało, w Gliwicach są całkiem duże.
piątek, 10 lutego 2012
#965 - Lublin w powieści graficznej
W grudniu 2011 w Lublinie, w wyniku wspólnych działań Macieja Pałki, Dominika Szęśniaka oraz Tomasza Pietrasiewicza, dyrektora Ośrodka Brama Grodzka/Teatr NN, powołany zostaje do życia Dom Słowa – Pracownia Komiksu. Działalność Domu Słowa doprowadziła do uruchomienia zinowej biblioteki, w ramach której, jeszcze w zeszłym roku, wydano trzy arkusze komiksowe: "Spotkania z Zuzią. Narodziny niezależnego ruchu wydawniczego w Lublinie", "13 XII 1981" oraz "Spotkanie z poetą: Marcin Świetlicki". Dwa pierwsze ukazały się tego samego dnia – 13 grudnia – czyli dokładnie w trzydziestą rocznicę ogłoszenia Stanu Wojennego, natomiast trzeci ukazał się dwa dni później.
Pierwsze z omawianych zinów, są przykładem publikacji typu edukacyjno-informacyjnego, które przybliżają i przypominają minione wydarzenia. Pomysł "obcowania z historią" za pomocą medium komiksowego, wydaje się być bardzo trafiony. Jestem przekonany, że dla wielu czytelników tych publikacji, szczególnie młodszych, są one pierwszym zetknięciem się z historią PRL-u, o której nie przeczytali w szkolnych podręcznikach. Sam pamiętam czołgi jadące główną ulicą pewnego prowincjonalnego miasta na Kaszubach, ale nie pamiętam słynnego przemówienia generała Wojciecha Jaruzelskiego, które przypomina czterostronicowy arkusz "13 XII 1981", przygotowany przez Macieja Pałkę. Natomiast zin "Spotkania z Zuzią. Narodziny…" składa się z dwóch nowelek: "Bibuła" oraz "Spotkania z Zuzią". O "Spotkaniach…" Maciej napisał do mnie w kilku słowach: "To było wyzwanie. Przerobiliśmy prawie 1000 stron materiałów. które i tak są wyborem ze źródeł. Zresztą, to są dwa zmiksowane scenariusze. Nigdy do tej pory nie pracowałem w ten sposób (chociaż podobny efekt uzyskałem w... "Laleczkach"), że ja napisałem swój scenariusz, a Dominik swój. One się uzupełniały, więc je zmiksowałem (w proporcji 1:3 na korzyść Dominika)".
I faktycznie, napisanie na podstawie suchych danych źródłowych, interesującej opowieści o dwóch lubelskich, pierwszych w Polsce powielaczach, które dały początek prasie podziemnej (samizdatowej) w PRL-u, nie było łatwym zadaniem. Ale się udało. W tej szesnastostronicowej broszurze narracja prowadzona jest przez przysłowiowe "gadające głowy", przedstawione z imienia i nazwiska, dodatkowo na dole strony zostały opatrzone biograficznymi przypisami, z których można się dowiedzieć, jaką rolę pełniła dana osoba podziemiu. Mimo zastosowania takiego zabiegu, broszurkę czyta się z zainteresowaniem. Pewnie dlatego, że to nie wspomniane gadające głowy są bohaterami tej opowieści, a urządzenie. Właściwe dwa urządzenia, dzięki którym przełamany został monopol państwowej cenzury, a takie pojęcia, jak "wolność słowa", "niezależność myśli", "różnorodność opinii" uzyskały pokrycie w rzeczywistości, czyli w druku. Publikacje takie jak "Zapis" czy "Spotkania", które wydawane były w drugim, podziemnym obiegu, miały duże znaczenie dla wielu ludzi żyjących w tamtych latach. I bardzo dobrze, że Dom Słowa przypomniał czasy powstawania i wydawania bibuły, ponieważ współczesny ruch związany z produkcją zinów ma swoje źródło w podziemnej "bibule". Mam tylko jedną, drobną uwagę dotyczącą scenariusza: bardzo słabo zaznaczono przejście w opowiadanej historii od pierwszego powielacza, do drugiego, ma się wrażenie, że wciąż jest mowa o tym samym urządzeniu.
Co się tyczy zina "Spotkanie z poetą: Marcin Świetlicki", to jest on owocem warsztatów komiksowych, które Maciej Pałka prowadził z uczennicami Gimnazjum nr 19 w Lublinie w ramach programu "Miasto poezji". Próba z pewnością ciekawa, warta popierania. Jestem przekonany, że wiersze da się świetnie oddać za pomocą narracji obrazem, da się je wytłumaczyć/przełożyć na narrację komiksową. Jedynym problemem pozostaje słynne "co poeta miał na myśli?". Jednakże totalnie nie tędy droga, ponieważ należy odejść od dosłowności w przedstawieniu słów wiersza. Nie ilustrować, a interpretować. Dlatego za nieudany uważam komiks "Zakaz" autorstwa Magdy Chomiczewskiej i Anny Zwierzchowskiej. Nie należy także powielać stereotypów, poeta to też człowiek, z którym można się porozumieć, dogadać, który (czasem) ma coś ciekawego do powiedzenia. Nie wiem kto i dlaczego wybrał akurat te wiersze: "Kochanie", "Palenie" oraz "Baczność" Marcina Świetlickiego. Wybór nie jest zbyt trafny, ani szczęśliwy. Jestem przekonany, że w swoim poetyckim dorobku Świetlicki ma dużo wierszy, które swym tematem oraz wymową, świetnie trafiłyby do młodych osób. Sam pomysł adaptacji, czy też raczej interpretacji komiksowej, wierszy uważam za bardzo dobry. Podobno będą kolejne warsztaty, tym razem dla licealistów, mam nadzieję, że znów powstanie zin, bardzo chętnie się z nim zapoznam. Mam nadzieję, że tym razem wiersze poety, które będą podstawą scenariuszy, staną się integralną częścią broszury, a nie wkładką. Dodatkowo warto zamieścić kilka słów o samym poecie, jakieś przystępne dane biograficzno-bibliograficzne.
Dominik Szczęśniak i Maciej Pałka (scen.), Maciej Pałka (rys.), "Spotkania z Zuzią. Narodziny niezależnego ruchu wydawniczego w Lublinie", Lublin w powieści graficznej nr 1/13.12.2011, Ośrodek Brama Grodzka – Teatr NN, Lublin 2011.
Maciej Pałka (scen. i rys.), "13 XII 1981", Lublin w powieści graficznej nr 2/13.12.2011, Ośrodek Brama Grodzka – Teatr NN, Lublin 2011.
Sylwia Bryła i Marlena Skowrońska i Kamila Godlewska & Patrycja Sadowska i Monika Zgierska i Karolina Kubacka i Alicja Mielnicka i Magda Chomiczewska i Anna Zwierzchowska (rys. i il.), "Romans! Zbrodnia! Papierosy! – Marcin Świetlicki", Spotkanie z poetą 1/15.12.2011, redakcja Maciej Pałka, Ośrodek Brama Grodzka – Teatr NN, Lublin 2011.
Pierwsze z omawianych zinów, są przykładem publikacji typu edukacyjno-informacyjnego, które przybliżają i przypominają minione wydarzenia. Pomysł "obcowania z historią" za pomocą medium komiksowego, wydaje się być bardzo trafiony. Jestem przekonany, że dla wielu czytelników tych publikacji, szczególnie młodszych, są one pierwszym zetknięciem się z historią PRL-u, o której nie przeczytali w szkolnych podręcznikach. Sam pamiętam czołgi jadące główną ulicą pewnego prowincjonalnego miasta na Kaszubach, ale nie pamiętam słynnego przemówienia generała Wojciecha Jaruzelskiego, które przypomina czterostronicowy arkusz "13 XII 1981", przygotowany przez Macieja Pałkę. Natomiast zin "Spotkania z Zuzią. Narodziny…" składa się z dwóch nowelek: "Bibuła" oraz "Spotkania z Zuzią". O "Spotkaniach…" Maciej napisał do mnie w kilku słowach: "To było wyzwanie. Przerobiliśmy prawie 1000 stron materiałów. które i tak są wyborem ze źródeł. Zresztą, to są dwa zmiksowane scenariusze. Nigdy do tej pory nie pracowałem w ten sposób (chociaż podobny efekt uzyskałem w... "Laleczkach"), że ja napisałem swój scenariusz, a Dominik swój. One się uzupełniały, więc je zmiksowałem (w proporcji 1:3 na korzyść Dominika)".
I faktycznie, napisanie na podstawie suchych danych źródłowych, interesującej opowieści o dwóch lubelskich, pierwszych w Polsce powielaczach, które dały początek prasie podziemnej (samizdatowej) w PRL-u, nie było łatwym zadaniem. Ale się udało. W tej szesnastostronicowej broszurze narracja prowadzona jest przez przysłowiowe "gadające głowy", przedstawione z imienia i nazwiska, dodatkowo na dole strony zostały opatrzone biograficznymi przypisami, z których można się dowiedzieć, jaką rolę pełniła dana osoba podziemiu. Mimo zastosowania takiego zabiegu, broszurkę czyta się z zainteresowaniem. Pewnie dlatego, że to nie wspomniane gadające głowy są bohaterami tej opowieści, a urządzenie. Właściwe dwa urządzenia, dzięki którym przełamany został monopol państwowej cenzury, a takie pojęcia, jak "wolność słowa", "niezależność myśli", "różnorodność opinii" uzyskały pokrycie w rzeczywistości, czyli w druku. Publikacje takie jak "Zapis" czy "Spotkania", które wydawane były w drugim, podziemnym obiegu, miały duże znaczenie dla wielu ludzi żyjących w tamtych latach. I bardzo dobrze, że Dom Słowa przypomniał czasy powstawania i wydawania bibuły, ponieważ współczesny ruch związany z produkcją zinów ma swoje źródło w podziemnej "bibule". Mam tylko jedną, drobną uwagę dotyczącą scenariusza: bardzo słabo zaznaczono przejście w opowiadanej historii od pierwszego powielacza, do drugiego, ma się wrażenie, że wciąż jest mowa o tym samym urządzeniu.
Co się tyczy zina "Spotkanie z poetą: Marcin Świetlicki", to jest on owocem warsztatów komiksowych, które Maciej Pałka prowadził z uczennicami Gimnazjum nr 19 w Lublinie w ramach programu "Miasto poezji". Próba z pewnością ciekawa, warta popierania. Jestem przekonany, że wiersze da się świetnie oddać za pomocą narracji obrazem, da się je wytłumaczyć/przełożyć na narrację komiksową. Jedynym problemem pozostaje słynne "co poeta miał na myśli?". Jednakże totalnie nie tędy droga, ponieważ należy odejść od dosłowności w przedstawieniu słów wiersza. Nie ilustrować, a interpretować. Dlatego za nieudany uważam komiks "Zakaz" autorstwa Magdy Chomiczewskiej i Anny Zwierzchowskiej. Nie należy także powielać stereotypów, poeta to też człowiek, z którym można się porozumieć, dogadać, który (czasem) ma coś ciekawego do powiedzenia. Nie wiem kto i dlaczego wybrał akurat te wiersze: "Kochanie", "Palenie" oraz "Baczność" Marcina Świetlickiego. Wybór nie jest zbyt trafny, ani szczęśliwy. Jestem przekonany, że w swoim poetyckim dorobku Świetlicki ma dużo wierszy, które swym tematem oraz wymową, świetnie trafiłyby do młodych osób. Sam pomysł adaptacji, czy też raczej interpretacji komiksowej, wierszy uważam za bardzo dobry. Podobno będą kolejne warsztaty, tym razem dla licealistów, mam nadzieję, że znów powstanie zin, bardzo chętnie się z nim zapoznam. Mam nadzieję, że tym razem wiersze poety, które będą podstawą scenariuszy, staną się integralną częścią broszury, a nie wkładką. Dodatkowo warto zamieścić kilka słów o samym poecie, jakieś przystępne dane biograficzno-bibliograficzne.
Dominik Szczęśniak i Maciej Pałka (scen.), Maciej Pałka (rys.), "Spotkania z Zuzią. Narodziny niezależnego ruchu wydawniczego w Lublinie", Lublin w powieści graficznej nr 1/13.12.2011, Ośrodek Brama Grodzka – Teatr NN, Lublin 2011.
Maciej Pałka (scen. i rys.), "13 XII 1981", Lublin w powieści graficznej nr 2/13.12.2011, Ośrodek Brama Grodzka – Teatr NN, Lublin 2011.
Sylwia Bryła i Marlena Skowrońska i Kamila Godlewska & Patrycja Sadowska i Monika Zgierska i Karolina Kubacka i Alicja Mielnicka i Magda Chomiczewska i Anna Zwierzchowska (rys. i il.), "Romans! Zbrodnia! Papierosy! – Marcin Świetlicki", Spotkanie z poetą 1/15.12.2011, redakcja Maciej Pałka, Ośrodek Brama Grodzka – Teatr NN, Lublin 2011.
Subskrybuj:
Posty (Atom)









