Tomasz "Spell" Grządziela wróci z Warszawy z dwiema statuetkami - jego "Zasada Trójek" (Kultura Gniewu) otrzymała podwójne wyróżnienie. Magazyn "Nowa Fantastyka" przyznał mu nagrodę "Polskiego Komiksu Roku" (za rok 2022), a Polska Akademia Komiksu przekazała Orient Mena za "Najlepszy Komiks Polski". Dodajmy, że w sumie Spell zaliczył hat-tricka, bo jego album został uznany także za "Najlepszy Polski Album Komiksowy" podczas 33. edycji MFKiG, we wrześniu zeszłego roku. Jeśli idzie o pozostałych nagrodzonych w czasie trwającego jeszcze Festiwalu Komiksowa Warszawa, to za "Zagraniczny Komiks Roku" według redakcji "NF" uznano „Toppi. Kolekcja” tomy 1-3 Sergio Toppiego (Lost In Time). O tych wyróżnieniach decydowało jury w składzie: Jakub Demiańczuk, Paweł Deptuch, Waldemar Miaśkiewicz, Przemysław Pawełek, Kamil Śmiałkowski, Marceli Szpak, Tymoteusz Wronka, Łukasz Wiśniewski i Marcin Zwierzchowski.
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Komiksowa Warszawa. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Komiksowa Warszawa. Pokaż wszystkie posty
piątek, 26 maja 2023
sobota, 23 kwietnia 2022
#2446 - Komix-Express 438
Tematem numer jeden dzisiejszego wydania Komix-Expressu jest zapowiedź Festiwalu Komiksowa Warszawa. Dziesiąta edycja stołecznej imprezy odbędzie się tradycyjnie w majowym terminie, a konkretnie w dniach 26-29 maj 2022. Lokalizacja imprezy pozostaje bez zmian od zeszłego roku i będzie nią Plac Defilad przed Pałacem Kultury. Za bilety nie zapłacimy ani złotówki, ponieważ wstęp na imprezę pozostaje wolny. Na miesiąc przed FKW`22 poznaliśmy już kilka punktów programu festiwalu i są one naprawdę potężne. Pierwszym zapowiedzianym zagranicznym gościem okazał się Paco Roca. Nie będzie zbytnią przesadą napisanie, że do Polski zawita gwiazda współczesnego europejskiego komiksu. W 2021 roku na naszym rynku ukazały się dwie znakomite pozycji autorstwa Francisco Martíneza Rocki, bo tak brzmi jego prawdziwe nazwisko - "Koleje losu" (Timof Comics) oraz nagrodzony Eisnerem w 2020 "Dom" (Kultura Gniewu) - i w zasadzie z miejsca zdobyły uznanie tak krytyków, jak i czytelników. Przełomem w karierze hiszpańskiego twórcy okazał się komiks zatytułowany "Zmarszczki", który nie tylko spotkał się z entuzjastycznym przyjęciem krytyków (w jego rodzimym kraju osiągnął status komiksowego bestsellera), ale w 2011 roku został zekranizowany, a film na jego podstawie otrzymał nominacje m.in. do Europejskiej Nagrody Filmowej oraz do nazywanej "animowanym Oscarem" nagrody Annie.
sobota, 3 października 2020
#2437 - Już dziś poznamy laureatów Orient Menów, nagród polskiego środowiska komiksowego
Poznaliśmy nominowanych do Orient Menów, nagród polskiego środowiska komiksowego. Stanowią one kontynuację dotychczasowej tradycji nagród przyznawanych przez Polskie Stowarzyszenie Komiksowe, które od 2010 roku są wręczane w trakcie Festiwalu Komiksowa Warszawa głosami członków PSK. Zwycięzców Orient Manów poznamy już dziś, o godzinie 18:00. STAY TUNED!
środa, 21 maja 2014
#1605 - Kto, gdzie, i z kim - program Festiwalu Komiksowa Warszawa 2014
Już w ten weekend odbędzie się czwarta piąta edycja Festiwalu Komiksowa Warszawa. Impreza organizowana przez Polskie Stowarzyszenie Komiksowe i Stowarzyszenie twórców "Contur" w ramach Warszawskich Targów Książki wyrasta na drugi, po łódzkiej międzynarodówce rzecz jasna, duży konwent w naszym kraju. Patrząc na obfitujący w moc atrakcji program, listę sprowadzonych zza granicy gości i szykowanych premier nie można mieć co do tego żadnych wątpliwości.
środa, 10 lipca 2013
#1327 - Tim i Miki. W Krainie Psikusów
Tradycyjne,
na Festiwalu Komiksowa Warszawa wydawnictwo Timof i cisi wspólnicy
we współpracy z Polskim Stowarzyszeniem Komiksowym oraz ze Sklepem
Gildia przygotowali gratisową publikację w ramach Polskiego Dnia
Darmowego Komiksu. Każdy, kto odwiedził w maju stołeczny Stadion
Narodowy mógł wyjść z zeszytem "Tim i Miki. W krainie
psikusów" pod pachą.
Podczas FKW
za tym komiksem szczególnie powinni rozglądać byli się rodzice,
bowiem wspólne dzieło Dominika Szcześniak (scenariusz), Piotra
Nowackiego (rysunki) i Sebastiana Skrobola (kolor) jest utworem
przeznaczonym dla najmłodszych. I to dobrym – przynajmniej, z
mojej, dorosłej perspektywy, bo ocenianie komiksów przeznaczonych
dla kogoś o tak skrajnie innej percepcji, jak dziecko, jest dla mnie nie lada
wyzwaniem.
Scenarzysta
wychodzi o dość konwencjonalnego motywu – dwaj główni
bohaterowie komiksu, Tim i Miki, między szafą, ścianą i parapetem znajdują przejście do tytułowej Krainy Psikusów. W tym
magicznym uniwersum przyjdzie im przeżyć wiele niezwykłych przygód,
ale staną również przed nie lada wyzwaniem – uratowaniem
zaginionych rodziców. I tu konwencjonalność przygodowej opowieści dla najmłodszych się kończy, bo "Tim
i Miki" co i rusz zaskakują zwrotami akcji i nieszablonowymi
rozwiązaniami fabularnymi. Trzeba przyznać, że Szcześniak ostro sobie
poszalał i efekt jest więcej, niż zadowalający. Postawił na
zwariowaną przygodę, w której nic nie jest takie, jakie na
pierwszy rzut oka wygląda.
W historii bolą
jedynie dość toporne nawiązania do kultury masowej. Niewidoczne dla
dzieciaków, a dorosłych rażące swoją schematycznością.
Szcześniak nigdy nie miał szczególnej ręki do dialogów, a w
komiksie nie dość, że napisane są one w dziwnym stylu, będącym
mieszanką języka młodzieżowego i infantylnej, dziecięcej dykcji.
Uderza również spora ilość dymków z tekstem, która każe na
długo parkować na niektórych stronach, co momentami może wybijać
z czytelniczego rytmu.
Dla Piotrka
Nowackiego "Tim i Miki" to niejako powrót do cartoonowych
korzeni. Po do pewnego stopnia awangardowych "Om" i "Moe",
Jaszczu zawitał w strony, gdzie czuje się najlepiej. Pod względem
wizualnym nie sposób się do czegokolwiek przyczepić. Wyraziści
bohaterowie, oszczędne tła, prosta, ale nie prostacka kreska, którą
trudno pomylić z innym twórcą – to standard, do którego
zdążyłem przywyknąć. Kawał solidnej roboty odwalił również
Sebastian Skrobol, choć nieco drażni mnie zbyt
cukierkowo-komputerowa estetyka całości.
Lucek i
Jaszczu to zawodnicy, którzy poniżej pewnego poziomu nie schodzą.
Zdarza im się błysnąć czymś wyjątkowym, jak to było z „10
Bolesnymi Operacjami” czy „Om”, ale zwykle prezentują równą formę. I tak też jest w przypadku „Tima i Mikiego”,
któremu ciężko cokolwiek zarzucić. Ciekawe, uciekające od
szablonowości postacie – są. Wciągająca i niebanalna fabuła, z odpowiednią
ilością zwrotów akcji – jest. Sympatyczne, skrzące się
kolorami, stylowe w swojej prostocie rysunki – no ba! Igranie sobie
z schematami opowieści dla dzieciaków, bez zbędnego dydaktyzmu – jak
najbardziej. Efektowne zakończenie i fantastyczna ośmiornica-wróżka – wszystko jest obecne.
czwartek, 16 maja 2013
#1292 - Komiksowa Warszawa według Sztybora i Nowackiego
Na pokładach wielu pociągów i autobusów zmierzających obecnie w kierunku stolicy znajdziemy fanów komiksu i powieści graficznej. Można się domyślać, iż w torbach mają już zakreślony neonowym mazakiem, program Festiwalu Komiksowej Warszawy, a w telefonie wbitą mapkę ze Stadionem Narodowym, jako punktem docelowym. W czwartek o 12.00 oficjalnie otwierają się Warszawskie Targi Książki, a wraz z nimi możliwości spotkań z komiksowymi autorami, obejrzenia wystaw, uczestnictwa w wykładach i panelach dyskusyjnych. I tak, jak okolice Alei Poniatowskiego z pewnością będą przyjazne komiksiarzom, tak w innych rejonach łatwo o zgubę. Ratunkiem niech będzie podręczny i subiektywny przewodnik po stołecznych miejscach przyjaznych komiksowi, autorstwa Bartosza Sztybora i Piotra Nowackiego.
Po pierwsze, nie bójcie się podróżować warszawskim metrem. -Od poniedziałku do piątku spędzam w wagonach metra około 50 minut dziennie. Słucham muzyki, czytam książki, komiksy, obserwuję ludzi. Metro jest w porządku, chociaż działa też lekko depresyjnie z powodu braku normalnych widoków za oknami.- mówi Piotr Nowacki.
Po drugie, nie zapomnijcie o rozrywce. W tej kwestii radzimy polegać na zdaniu Bartosza Sztybora, który podpowiada: Plac Zbawiciela. Nie taki smutny, jak w filmie Krzysztofa Krauzego. Raczej pełen pozytywnej energii i twórczych rozmów, które często zapomina się - z wiadomych przyczyn - na drugi dzień. Cała masa różnych ludzi sprawia, że Plac Zbawiciela (a dokładniej knajpy Plan B i Warszawska) jest ogromną kopalnią pomysłów. Podsłuchane tu rozmowy i zaobserwowane sytuacje często trafiają później do moich scenariuszy. Tutaj też zazwyczaj z kolegami komiksiarzami odpoczywamy i witamy wiosnę. A witamy ją wielokrotnie...
To jednak nie koniec. W ciągu weekendu powinniście również zahaczyć o Beirut i Kraken. Dwie knajpy na ulicy Poznańskiej 12. Świetne jedzenie, bardzo dobre piwa i przede wszystkim sami przyjaciele za barem. To tutaj spotykamy się w większym gronie z innymi twórcami komiksów, by porozmawiać tak o kolejnych projektach, jak i wszystkim innym, czyli po prostu o życiu. Czasami spotykamy się tutaj o 12 w południe i siedzimy (czasami prawie leżymy) do samego końca, by na drugi dzień znowu tu wpaść kilka minut po otwarciu. Kilka takich wypadów było przyczyną, że niektóre komiksowe premiery w tym kraju uległy opóźnieniu, ale o wiele więcej tego typu spotkań sprawiło, że narodziły się kolejne projekty i współprace. – kontynuuje Bartosz Sztybor.
Gdzie jeszcze komiksiarze czują się jak ryby w wodzie? Odpowiedź brzmi: u siebie. Moje mieszkanie na Bielanach. A dokładnie sypialnia, przez domowników nazywana pokojem taty, czyli moim. Tu powstają rysunki plansze, bazgroły. Tu na półkach zalegają sterty komiksów. Tu też oglądam często kreskówki z moim synkiem, z których często czerpię inspirację. No i śpię, wiadomo.- mówi Piotr Nowacki.
Wiadomo również, iż autora można często zastać w mieszkaniu Bartosza Sztybora w Śródmieściu. Oficjalna nazwa - Studio Studnia. W tym klimatycznym miejscu najczęściej spotykamy się i omawiamy skończone i planowane projekty. Do klimatycznej kawalerki w starej kamienicy co chwilę wpadają jacyś mniej lub bardziej komiksowi przyjaciele, znajomi, a czasem nawet psy. Stąd też jest blisko na ulicę Poznańską, gdzie w fajnych knajpach lubimy napić się piwa albo wódki. Albo piwa i wódki.
Wersję tę potwierdza sam Bartosz Sztybor: Moje mieszkanie na Alejach Jerozolimskich. Bardzo ciemne - bo nie dochodzi tu światło słoneczne - ale i bardzo klimatyczne. Wcześniej mieszkał tu Jakub Rebelka, później jego miejsce zająłem ja, a w międzyczasie dołączył do mnie na pół roku Michał Śledziński. Nie ma tygodnia, a zdarzało się, że nie było i dnia, żeby nie przyszedł tutaj jakiś komiksiarz (często w obstawie kilku innych twórców). By porozmawiać, pośmiać się, napić, a i często - pod wpływem tego picia - zanocować. To tutaj piszę swoje scenariusze, tutaj też wpadłem na pomysł i napisałem "It's Not About That", które - także tutaj - omawiałem z Piotrem Nowackim. I w końcu to tutaj miało miejsce pierwsze (a później drugie i trzecie) oblewanie wyżej wymienionego komiksu. – wspomina właściciel.
Po pierwsze, nie bójcie się podróżować warszawskim metrem. -Od poniedziałku do piątku spędzam w wagonach metra około 50 minut dziennie. Słucham muzyki, czytam książki, komiksy, obserwuję ludzi. Metro jest w porządku, chociaż działa też lekko depresyjnie z powodu braku normalnych widoków za oknami.- mówi Piotr Nowacki.
Po drugie, nie zapomnijcie o rozrywce. W tej kwestii radzimy polegać na zdaniu Bartosza Sztybora, który podpowiada: Plac Zbawiciela. Nie taki smutny, jak w filmie Krzysztofa Krauzego. Raczej pełen pozytywnej energii i twórczych rozmów, które często zapomina się - z wiadomych przyczyn - na drugi dzień. Cała masa różnych ludzi sprawia, że Plac Zbawiciela (a dokładniej knajpy Plan B i Warszawska) jest ogromną kopalnią pomysłów. Podsłuchane tu rozmowy i zaobserwowane sytuacje często trafiają później do moich scenariuszy. Tutaj też zazwyczaj z kolegami komiksiarzami odpoczywamy i witamy wiosnę. A witamy ją wielokrotnie...
To jednak nie koniec. W ciągu weekendu powinniście również zahaczyć o Beirut i Kraken. Dwie knajpy na ulicy Poznańskiej 12. Świetne jedzenie, bardzo dobre piwa i przede wszystkim sami przyjaciele za barem. To tutaj spotykamy się w większym gronie z innymi twórcami komiksów, by porozmawiać tak o kolejnych projektach, jak i wszystkim innym, czyli po prostu o życiu. Czasami spotykamy się tutaj o 12 w południe i siedzimy (czasami prawie leżymy) do samego końca, by na drugi dzień znowu tu wpaść kilka minut po otwarciu. Kilka takich wypadów było przyczyną, że niektóre komiksowe premiery w tym kraju uległy opóźnieniu, ale o wiele więcej tego typu spotkań sprawiło, że narodziły się kolejne projekty i współprace. – kontynuuje Bartosz Sztybor.
Gdzie jeszcze komiksiarze czują się jak ryby w wodzie? Odpowiedź brzmi: u siebie. Moje mieszkanie na Bielanach. A dokładnie sypialnia, przez domowników nazywana pokojem taty, czyli moim. Tu powstają rysunki plansze, bazgroły. Tu na półkach zalegają sterty komiksów. Tu też oglądam często kreskówki z moim synkiem, z których często czerpię inspirację. No i śpię, wiadomo.- mówi Piotr Nowacki.
Wiadomo również, iż autora można często zastać w mieszkaniu Bartosza Sztybora w Śródmieściu. Oficjalna nazwa - Studio Studnia. W tym klimatycznym miejscu najczęściej spotykamy się i omawiamy skończone i planowane projekty. Do klimatycznej kawalerki w starej kamienicy co chwilę wpadają jacyś mniej lub bardziej komiksowi przyjaciele, znajomi, a czasem nawet psy. Stąd też jest blisko na ulicę Poznańską, gdzie w fajnych knajpach lubimy napić się piwa albo wódki. Albo piwa i wódki.
Wersję tę potwierdza sam Bartosz Sztybor: Moje mieszkanie na Alejach Jerozolimskich. Bardzo ciemne - bo nie dochodzi tu światło słoneczne - ale i bardzo klimatyczne. Wcześniej mieszkał tu Jakub Rebelka, później jego miejsce zająłem ja, a w międzyczasie dołączył do mnie na pół roku Michał Śledziński. Nie ma tygodnia, a zdarzało się, że nie było i dnia, żeby nie przyszedł tutaj jakiś komiksiarz (często w obstawie kilku innych twórców). By porozmawiać, pośmiać się, napić, a i często - pod wpływem tego picia - zanocować. To tutaj piszę swoje scenariusze, tutaj też wpadłem na pomysł i napisałem "It's Not About That", które - także tutaj - omawiałem z Piotrem Nowackim. I w końcu to tutaj miało miejsce pierwsze (a później drugie i trzecie) oblewanie wyżej wymienionego komiksu. – wspomina właściciel.
czwartek, 6 maja 2010
#442 - Wujek Dobra Rada o Komiksowej Warszawie
To już ostatni tekst dotyczący pierwszej edycji Festiwalu Komiksowa Warszawa, jaki pojawi się na Kolorowych Zeszytach. Postanowiłem odejść nieco od formuły tradycyjnej relacji i zabawić się w wujka, sypiącego dobrymi radami. Być może organizatorzy imprezy, czyli kolejno (jak stoi na plakacie) Polskie Stowarzyszenie Komiksowe, Stowarzyszenie Twórców "Contur" i Cafe Spokojna wezmą je sobie do serca w przyszłym roku, kiedy będą zajmowali się przygotowaniami do drugiej edycji stołecznej imprezy.Warszawskiemu debiutantowi na konwentowej mapie Polski wiele mogło ujść na sucho. Wszak pewne rzeczy były robione po raz pierwszy, więc pomyłki i niedopatrzenia musiały się zdarzyć. Niektóre wyszły w przysłowiowym praniu i nie dało się im zapobiec wcześniej. Na taryfę ulgową FKW (czy tak brzmi oficjalny skrót imprezy?) wielki wpływ miały również czynniki zewnętrzne – żałoba narodowa i Doktor Doom, który za pomocą swojej wyrafinowanej technologii zasnuł niebo nad Europą pyłem wulkanicznym, czym uniemożliwił przybycie Jeffa Lemire'a do naszego kraju. Chwała organizatorom, że imprezę niemal w całości udało się przenieść z tygodnia na tydzień. Oprócz autora "Opowieści z hrabstwa Essex" największą ofiarą przemian okazał się mecz koszykówki wydawców z resztą świata, który został bezsensownie przeniesiony na piątek. I nie mogłem się na nim pojawić!
Walenie w Basenie
Centralny Basen Artystyczny okazał się całkiem niezłym miejscem na komiksową imprezę. Zlokalizowany niemal w centrum Warszawy, blisko Dworca, zatem przybysze spoza stolicy nie powinni mieć problemów z dotarciem do celu. Budynek był słusznych rozmiarów, więc w jednym lokalu udało się pomieścić gości, giełdę, gastronomię, a także miejsce na wieczorne after party. Moim zdaniem miało to swoje dobre i złe strony. Z jednej strony mogłem sobie z piwkiem w ręku spokojnie słuchać, co do powiedzenia ma Piotr Kowalski, by zaraz wrócić do burzliwie debatującej braci zgromadzonej przy stoliku. Z drugiej natomiast widok lekko lub bardzo wstawionych komiksiarzy szwendających się po całym CBA nie był zbyt efektowny. Dla kogoś z boku mogło to wyglądać, co najmniej niefajnie.
Jeśli za rok FKW również odbędzie się w Basenie, warto poprawić kilka rzeczy. Przede wszystkim należałoby zadbać o odpowiednie oświetlenie – było ciemno, ponuro, depresyjnie. Szczególnie doskwierało to łowcom autografów i składającym podpisy artystom. Nie obraziłbym się również na mały remont, bo CBA sprawiało wrażenie raczej obskurnego i nie prezentowało się zbyt efektownie. Ale to tylko moje zdanie.
Goście, goście…
Program był tak ułożony, aby móc załapać się na większość, jeśli nie wszystkie atrakcje i mieć chwilę czasu na posilenie ciała, wizytę na giełdzie i pogaduchy ze znajomymi. Przeważały oczywiście spotkania autorskie, sporo było moderowanych paneli dyskusyjnych (komiks kobiecy, Polacy za granicą), brakło natomiast komiksowych warsztatów, które ostatnio cieszyły się sporą popularnością. Nie przypominam sobie żadnych wpadek i żenujących pytań. Prowadzący, jak i zaproszeni goście spisali się bardzo dobrze. Inną kwestią jest problem urozmaicenia tego typu atrakcji. W czasach, gdy autorzy za pomocą blogów na bieżąco informują o swojej pracy, a serwisy i magazyny komiksowe wyrywają sobie najciekawsze wieści i walczą o ekskluzywny kontent, trudno jest w napięciu oczekiwać na spotkanie ze swoim ulubionym twórcą…
Tutaj pojawia się również ciekawy paradoks – osoby otrzaskane na scenie nie usłyszą nic nowego, a dla ludzi kompletnie zielonych w temacie, spotkania mogą okazać się zwyczajnie nudne. Obawiam się, że ktoś "spoza" przy okazji festiwalu nie łyknie komiksowego bakcyla. Po prostu komiksowe (i nie tylko komiksowe!) imprezy organizowane są dla ludzi "z branży". Rysowników, scenarzystów, forumowiczów i wszelkiej maści "panów redaktorów". Dla nich Komiksowa Warszawa zapewne była bardzo udanym festiwalem. Bo w gruncie rzeczy niewiele nam trzeba – trochę premierowych albumów, w miarę czystych toalet, stałego dostępu do piwa i okazji do spotkania znajomych rozsianych po całej Polsce. Czy dla innych konwentowiczów, o ile tacy byli, impreza była udana – trudno mi powiedzieć.
Wyjście z komiksem do szerszej publiczności to głębszy problem, z którym borykają się właściwie wszystkie przedsięwzięcia tego typu. O ile dobrze pamiętam, Komiksowej Warszawie przyświecała idea wyjścia z komiksem na ulice, dotarcia do mas. Miały temu służyć komiksowe wystawy, zlokalizowane w popularnych warszawskich lokalach. Strzałem w dziesiątkę okazał się "Przewodnik" rozdawany zamiast opłaty za wstęp. Punkt informacyjny, chluba Olgi Wróbel, miał za zadanie oswajać niewtajemniczonych z festiwalowymi zwyczajami i służyć pomocą. Zaginione plakaty Tomka Pastuszki, rozwieszone po mieście, miały kierować przypadkowych przechodniów do CBA. Dla mnie to trochę mało, jak na imprezę masową. Przede wszystkim brakowało mi atrakcji dla dzieciaków. FKW sprawiała wrażenie imprezy wyłącznie dla dorosłych. Uważam, że świetnym pomysłem byłyby właśnie komiksowe warsztaty, prowadzone przez twórców, pokazujących młodzieży i dzieciakom, o co chodzi w narracji obrazkowej.
Trudniej byłoby zainteresować komiksem osoby starsze i tutaj widzę wielkie pole do popisu dla organizatorów – może jakieś multimedialne prezentacje w duchu McClouda albo Szyłaka, pokazujące jak komiks należy czytać, przybliżające jego możliwości i potencjał? Ciekawe konfrontacje z przedstawicielami innych sztuk, którzy z komiksem mają coś wspólnego (Żulczyk, Orbitowski)? Może warto skoordynować festiwal z jakąś komiksową ekranizacją i przy tej okazji pokazać ludziom pierwowzór, w jakiś ciekawy sposób? Zdaję sobie sprawę, że to tylko takie moje sobie gdybanie, które zapewne zostanie skwitowane "jak chcesz, to zrób sam", ale sądzę zwyczajnie, że warto urozmaicić program o coś nowego, coś atrakcyjnego dla ludzi z zewnątrz. W najlepszym interesie wszystkich, wydawców, artystów i członków stowarzyszenia, jest docieranie do potencjalnych czytelników i promowanie komiksu.
Narzekania ciąg dalszy
Na zakończenie chciałbym się przyczepić jeszcze kilku rzeczy. Przede wszystkim pierwsze rozdanie nagród Polskiego Stowarzyszenia Komiksowego wypadło żenująco. Z całym szacunkiem dla Olgi i Asu – nie spodziewałem się gali godnej Oscarów czy ducha Tadeusza Knapika, ale czegoś na poziomie. Niekoniecznie musi to być czerwony dywan i smokingi, ale niech to nie będą przysłowiowe flanele wpuszczone w sprane dżinsy. Będę się również upierał, że kulała promocja festiwalu. Nie wiem, jak było w mediach mainstreamowych, ale w naszym piekiełku wyglądało to słabo. Myślę, że warto jak najwcześniej, wszelkimi możliwymi kanałami nakręcać hype i podgrzewać atmosferę przed imprezą. Oczywiście, nie porównuję w tym względzie eFKaWu do eMeFKi, która z wielkim wyprzedzeniem promuje swoje atrakcje. Ale już teraz wiadomo o kilku premierach zapowiadanych na BeeFKę i znana jest tożsamość pierwszych gości. W sieci wiele również powiedziano o Bitwie Komiksowej. Trafiło się tam również sporo niedoróbek (hostessy, prowadzący odwrócony tyłem, nietrafione tematy, forowanie pewnego zawodnika), które za rok się na pewno nie powtórzą, bo łatwo ich uniknąć.
Pod skryptem
Chciałbym podziękować wszystkim, którzy na FKW chwalili Kolorowe Zeszyty i cenili robotę, jaką wykonuję z chłopakami. Przyznam, że nie spodziewałem się, że będzie Was aż tylu! Cholernie miło jest dostać tak potężny feedback. Przepraszam również tych, z którymi nie zdążyłem wymienić, choć kilku zdań albo udało mi się tylko przedstawić lub powiedzieć durne "cześć". Mam nadzieję nadrobić to na najbliższym konwencie.
Autor nie jest członkiem PSK, choć nie ukrywa, że jeśli finanse i tzw.: "sytuacja życiowa" pozwoli, będzie chciał wstąpić do GTW polskiego komiksu.
środa, 5 maja 2010
#441 - Komiksowy Przewodnik po Warszawie
Jedną z atrakcji pierwszego Festiwalu Komiksowa Warszawa był Komiksowy Przewodnik po Warszawie, wydany przez Urząd Miasta, przy współpracy z Polskim Stowarzyszeniem Komiksowym i Cafe Spokojna. Antologia atrakcyjna chociażby z tego względu, że zupełnie darmowa - dostać można ją było na stoisku przy wejściu na festiwal. Rozpowszechniana ma być również w urzędach, muzeach, ośrodkach kulturalnych.
Edytorsko przewodnik robi niezłe wrażenie - dobrej jakości papier, miękka i przyjemna w dotyku okładka, pomysłowo wykonany spis treści na skrzydełkach, przypominający linię komunikacji miejskiej. Jedynym, aczkolwiek dość niefortunnym i łatwo rzucającym się w oczy kiksem jest efekt nieszczęścia, które przydarzyło się w drukarni - okładki są o kilka milimetrów węższe od reszty stron. W środku natomiast bardzo przyzwoicie, nic się nie rozmazuje, elegancko i starannie bardzo to wszystko przygotowane.Rysunkowo nie ma słabych punktów, antologia z rozmachem prezentuje pełen przegląd stylów, od realistycznej kreski takich twórców jak Wojciech Stefaniec, Paweł Sambor czy Marek Oleksicki, do rasowego cartoonu w wykonaniu Piotra Nowackiego, Bartka Kuczyńskiego czy też Tomasza Zycha. Bardzo przyjemnie się to przegląda; można lubić lub nie styl konkretnego twórcy, jednakże trzeba przyznać, że do projektu zaangażowani zostali rysownicy prezentujący poziom co najmniej dobry. To zresztą osoby w środowisku dobrze znane, nie dostrzegłem w rozkładzie jazdy ani jednej osoby, o której bym wcześniej nie słyszał. Bardzo godna reprezentacja polskiego komiksu, co jest tym istotniejsze, że antologia przeznaczona jest przede wszystkim dla osób spoza środowiska.
Przewodnik po Warszawie to też swoisty, korespondencyjny pojedynek pomiędzy dwoma scenarzystami, których bez kozery można nazwać najlepszymi obecnie w kraju - chociażby z uwagi na sukcesy na emefkowym konkursie. Bartek Sztybor w zeszłym roku zdobył tam kilka nagród i wyróżnień, Grzegorz Janusz tylko jedno, za to najważniejsze, bo Grand Prix. Ten pierwszy stworzył dla Przewodnika 13 komiksów (w tym dwa wespół z Koką Skowrońską), ten drugi aż 17. Ilościowo zatem wygrywa Janusz, jakościowo natomiast jest remis, być może z lekkim wskazaniem na Sztybora. Obaj scenarzyści w swoich licznych fabułkach prezentują dobry poziom - miejscami pokazują lwi pazur, jednak czasami trafiają im się również raczej bezbarwne momenty, które ulatują z pamięci zaraz o przewróceniu strony. Zdarza im się również napisać właściwie to samo (jednoplanszówki o pomniku Studenta i pomniku Kopernika), ale to szczegół. Jak dla mnie, to bardzo dobre rozwiązanie, że za kształt 90% antologii odpowiadało tylko dwóch ludzi. Wpłynęło to pozytywnie na ogólne wrażenie, dobry poziom i wewnętrzną spójność tego wydawnictwa.
Przewodnik po Warszawie to też swoisty, korespondencyjny pojedynek pomiędzy dwoma scenarzystami, których bez kozery można nazwać najlepszymi obecnie w kraju - chociażby z uwagi na sukcesy na emefkowym konkursie. Bartek Sztybor w zeszłym roku zdobył tam kilka nagród i wyróżnień, Grzegorz Janusz tylko jedno, za to najważniejsze, bo Grand Prix. Ten pierwszy stworzył dla Przewodnika 13 komiksów (w tym dwa wespół z Koką Skowrońską), ten drugi aż 17. Ilościowo zatem wygrywa Janusz, jakościowo natomiast jest remis, być może z lekkim wskazaniem na Sztybora. Obaj scenarzyści w swoich licznych fabułkach prezentują dobry poziom - miejscami pokazują lwi pazur, jednak czasami trafiają im się również raczej bezbarwne momenty, które ulatują z pamięci zaraz o przewróceniu strony. Zdarza im się również napisać właściwie to samo (jednoplanszówki o pomniku Studenta i pomniku Kopernika), ale to szczegół. Jak dla mnie, to bardzo dobre rozwiązanie, że za kształt 90% antologii odpowiadało tylko dwóch ludzi. Wpłynęło to pozytywnie na ogólne wrażenie, dobry poziom i wewnętrzną spójność tego wydawnictwa.
Szczególnie podobają mi się w Przewodniku momenty sentymentalne, dobrze pokazujące jaką funkcję dla mieszkańców pełni w przestrzeni miejskiej dany punkt. Rotunda, która jest częstym miejscem do umawiania spotkań w Warszawie, Hotel Marriott, który na początku lat 90. dawał posmak kapitalizmu czy też magiczny widok z okna Zamku Ujazdowskiego - szczególnie w takich historiach celuje Bartek Sztybor i chwała mu za to, chciałoby się tego więcej. Zazwyczaj jednak twórcy poszli w elementy fantastyczne - zombie na Powązkach, ożywający pomnik młodzieńca z dziełami klasyków, potwór okupujący most Poniatowskiego. Albo też przewrotne rozważania typu wyścigi traktorów na Służewcu albo przyszłe zastosowanie Stadionu Narodowego. W związku z tym trochę mało w tym Przewodniku z przewodnika, co chyba miało być jedną z funkcji tej dotowanej przez urząd miejski publikacji.Jako warszawiakowi być może brakuje mi kilku konkretnych miejsc w mieście, które zasługują na wzmiankę - widać, że autorzy skupili się przede wszystkim na najlepiej rozpoznawalnych elementach Warszawy. Ale poza tym - to chyba jedna z lepszych rodzimych antologii komiksowych, jaka w ostatnich latach została wydana.
A za taką cenę to już w ogóle, grzech nie sięgnąć.
poniedziałek, 3 maja 2010
#439 - Komiksowa Warszawa na zdjęciach
Na początek tygodnia przygotowaliśmy galerię zdjęć z pierwszej edycji Komiksowej Warszawy, która miała miejsce w ostatni weekend kwietnia w Centralnym Basenie Artystycznym. Główną część fotorelacji zajmuje bitwa komiksowa, ale jest też trochę wspomnień ze spotkań z komiksiarzami - tymi oficjalnymi i tymi nieco mniej. Aby przejrzeć prawie setkę zdjęć wystarczy kliknąć w poniższą grafikę.
Serdeczne podziękowania dla utalentowanej Agaty Wawryniuk, która zgodziła się na udostępnienie części swoich zdjęć na potrzeby tej fotorelacji!
środa, 28 kwietnia 2010
#434 - "Komiksowa Warszawa. Początek" HC vol.1
O Komiksowej Warszawie (23-25 kwietnia), która w miniony weekend ściągnęła do Stolicy Polski komiksiarzy z całej Polski napisano wiele. Relację dla Komiksomanii na żywo przeprowadził Tomasz Pstrągowski, tam też kilka godzin po zakończeniu festiwalu pojawiły się wszelkie nowości, które wyszły na światło dzienne podczas spotkania z wydawcami (z racji czego daruję sobie ich powtarzanie w tym miejscu). Swoje kilka słów o debiutującej imprezie napisał chociażby Maciej Pałka, Michał Śledziński, jak również Olga Wróbel, wzbogacając kilka zdań o materiał foto. Na forum gildii jak zawsze rozgorzała ciekawa/"ciekawa" dyskusja, a redaktorzy DC Multiverse pokusili się o żałosne kilka słów odnośnie do tego co zjedli i co obejrzeli w czasie imprezy. Pozytywnie popisał się za to fafkoolec z Miasta Fantastyki, który w swojej wyważonej relacji pokazał jak te kilka zdań o festiwalu powinno wyglądać. Zbyt wiele do opisywania mi nie zostało, ale i tak dodam swoje trzy grosze do pofestiwalowych wrażeń.Komiksowa Warszawa zastąpiła na komiksowo-konwentowej mapie Polski mające długą tradycję Warszawskie Spotkania Komiksowe. Początkowo (jeśli dobrze kojarzę) miała być to konkurencyjna impreza, która w kolejnym etapie ewolucji miała szansę wesprzeć nowymi siłami wueske, aż ostatecznie została sama na polu boju jeśli chodzi o miasto Pani Syrenki, metra i PKiN. Organizatorem KW jest założone w zeszłym roku Polskie Stowarzyszenie Komiksowe, dla którego - o czym wypada wspomnieć - był to jak na razie najważniejszy sprawdzian. Oceniając festiwal należy też pamiętać, że pracowało przy nim spore grono osób, dla których był to też pierwsze, bądź jedno z pierwszych takich doświadczeń. I po trzecie i ostatnie - wydarzenia z ostatnich tygodni (żałoba narodowa, sympatyczny Eyjafjallajökull) znacznie skomplikowały, bądź też uniemożliwiły nawet (przyjazd Jeffa Lemire'a) niektóre z planów organizatorów. Mimo tego nieco asekuracyjnego podejścia, uważam, że następca WSK zadebiutował bardzo udanie.
To co odróżniło go od swojej dziewięcioletniej poprzedniczki to przede wszystkim około festiwalowa otoczka w postaci rozsianych po całej Warszawie wystaw komiksowych, jak również głównego gadżetu imprezy, czyli "Przewodnika po Warszawie" - 56 stronicowego, darmowego (!) albumiku, przy którym swoje palce maczało mnóstwo znanych komiksiarzy. Wyolbrzymieniem byłoby twierdzić, ze dzięki temu miasto "żyło" komiksem w ostatnich kilku dniach, jednak to wyjście poza festiwalowy budynek jest dobrym krokiem naprzód w przyciąganiu ludzi spoza środowiska, co przy umiejętnej ewolucji ma szansę w przyszłych edycjach odnieść znacznie większy sukces. To na co nie zwróciłem za bardzo uwagi na początku imprezy, czyli punkt informacyjny ("ukochane dziecko festiwalu" Olgi Wróbel) mieszczący się przy wejściu do CBA, okazał się bardzo przydatnym miejscem, przy którym wiele przybywających na imprezę osób zatrzymywało się i dostawało wszelkie wskazówki jak dostać się w konkretne miejsca budynku, czy na poszczególne punkty imprezy. Jeśli chodzi o siedzibę Komiksowej Warszawy to był nią wspomniany Centralny Basen Artystyczny, znajdujący się - tutaj sypię głowę popiołem przed Jarkiem Obważankiem, który wypomniał mi to przy zapowiedzi imprezy - w ścisłym centrum Stolicy Polski (ok. 15 minut piechotą z Metra Centrum). Co prawda budynek był nieco schowany, ale chętni zmierzający do niego od strony Alei Ujazdowskich, przez kilka sobotnich godzin byli kierowani na miejsce imprezy specjalnie dla tego przygotowanym przez Tomasza Pastuszkę bannerem (do momentu w którym "kierunkowskaz" nie znalazł się najprawdopodobniej w innym wymiarze). Sam obiekt okazał się strzałem w dziesiątkę - dobra sala na spotkania, do której w kilka sekund można było się dostać z przylegającego doń baru, dużo miejsca na giełdę, sympatyczne pomieszczenie na festiwalową wystawę. A dodatkowo nie trzeba było w amoku szukać odpowiedniego miejsca na afterparty, bo te miało miejsce również w Basenie.
Spotkanie z wydawcami. Od lewej: Maciej Pietrasik (Taurus Media/Mroja Press), Leszek Kaczanowski (Ongrys), Radosław Bolałek (Hanami), Bartek Biedrzycki (Dolna Półka), Joanna Kępińska (Egmont Polska), Paweł Sawicki (Mroja Press), Szymon Holcman (Kultura Gniewu) i Paweł Timofiejuk (timof comics)
Nieco kulał program imprezy, który pozbawiony obecności Jeffa Lemire'a prezentował się poprawnie, acz bez wielkich rewelacji. Coś na zasadzie "festiwalowej jazdy obowiązkowej" zawierającej tradycyjne spotkania z twórcami (m.in. Piotr Kowalski, Mateusz Skutnik, Paweł Kłudkiewicz, Maciej Łazowski i Bartek Szymkiewicz), panele dyskusyjne (Polscy twórcy za granicą, Kobiety i komiks) czy też spotkanie z wydawcami, które jest moim obowiązkowym punktem każdej imprezy. Zabrakło mi nieco czegoś ponad pogadanek prowadzącego z gośćmi (na przykład warsztatów komiksowych), ale z drugiej strony, to właśnie na Komiksowej Warszawie uczestniczyłem w największej liczbie spotkań podczas swej festiwalowej "kariery". Najciekawszym punktem programu był dla mnie ten poświęcony twórczości kobiet, który chyba jako jedyny wywołał dyskusję pomiędzy uczestniczkami, a słuchającymi, jak również doczekał się później komentarzy w komiksowej części polskiej sieci. A będąc dłuższą chwilę przed jego rozpoczęciem przy punkcie informacyjnym, miałem okazję spotkać kilka przedstawicielek płci pięknej, które pytały się o samo spotkanie i wyglądały na takie, które właśnie dla niego pofatygowały się do CBA. Ten fakt, jak i dyskusja, która wynikła na samym spotkaniu, może być wskazówką co do planowania punktów programu przy kolejnych edycjach. Najciekawszy moment ubiegłorocznej wueski, czyli bitwy komiksowe, znalazł się również w programie Komiksowej Warszawy. Jednak w wypadku tej edycji komiksowych pojedynków jeden na jeden można mieć sporo zastrzeżeń - niepotrzebne były przerwy pomiędzy bitwami (patrząc na to ile oglądających ubywało po każdej), niespecjalny był również pomysł na ich tematy (tutaj znacznie lepszy wydaje mi się system przyjęty przy okazji Flamastery vs. Majki, czyli ogólne tematy w stylu "herbata", a nie np. finałowe "walenie w basenie", którego kontekstu nie musiał załapać Igor Baranko, i tak ostateczny zwycięzca Bitew) czy niepotrzebnie urządzano niekończące się dogrywki. Pomimo tych kilku niedociągnięć i słabszej formy prowadzącego (Przemek Pawełek), bitwy te sprawdziły się jako pewnego rodzaju pomost pomiędzy częścią "oficjalną" (spotkania), a afterparty. Sporo kontrowersji w pofestiwalowych relacjach i komentarzach wzbudziły nagrody stowarzyszenia, które były ostatnią atrakcją festiwalu. Przyznane one zostały w czterech kategoriach: Najlepszy Scenarzysta (Alex Robinson za "Wykiwanych"), Najlepszy Rysownik (Shaun Tan za "Przybysza"), Najlepszy Komiks Polski ("Łauma" Karola Kalinowskiego) i Najlepszy Komiks Zagraniczny (ex aequo "Fun Home" Alison Bechdel i "Opowieści z hrabstwa Essex" Jeffa Lemire'a). Jak nietrudno policzyć, wydawnictwo timof comics otrzymało 2,5 nagrody (te pół za dzieło Bechdel wydane wespół z Abiekt.pl) i ten fakt jest właśnie problemem/skandalem dla wielu komiksiarzy, ze względu na osobę Pawła Timofiejuka, który prezesuje Stowarzyszeniu. Nietrudno pokusić się w takiej sytuacji o posądzenia o kolesiostwo - jak zresztą wielu czyni, ale równie niewielkim problemem powinno być zrozumienie, że to nagrody przyznawane przez członków Polskiego Stowarzyszenia Komiksu i to ich zdaniem takie albumy, tacy twórcy je otrzymali. A swoją drogą nikt chyba nie zaprzeczy, że każdy ze zwycięzców to ścisła czołówka poszczególnych kategorii. Z drugiej strony w zasadzie każde tego typu wyróżnienia spotykają się z żywiołowym odzewem, więc niespecjalnie jest się chyba czym przejmować.
Jeśli chodzi o zarzuty odnośnie do poszczególnych pomieszczeń Centralnego Basenu Artystycznego i ich przeznaczenia na Komiksowej Warszawie (dla niektórych problemem był mrok, czy też autografy w miejscu spotkań), to kilka rzeczy miało wyglądać inaczej. Jednak w związku z tygodniowym przesunięciem imprezy, liczba pomieszczeń, które CBA mogło użyczyć komiksiarzom zmalała. Tak więc jak to pierwotnie miało wyglądać, będzie można dowiedzieć się zapewne w przyszłym roku.
Tego typu inicjatywy - szczególnie łódzkie i warszawskie właśnie - przyciągają najwięcej ludzi z komiksowego środowiska. Tym samym wszelkim rozmowom, plotkom i ploteczkom na tematy nie tylko komiksowe nie ma końca od pierwszych do ostatnich godzin imprezy. Podobnie było i teraz, a głównym punktem integracyjnym był wspomniany bar. Nie oznacza to jednak, iż Komiksowa Warszawa spełniła swe zadanie jedynie dla stałych bywalców tego typu imprez, przedkładających często pogaduchy nad program imprezy. Na sali spotkań, jak i giełdzie, dało się zauważyć nieco nowych twarzy - nie były to może tłumy, ale jak na pierwszą imprezę nie było źle. Sukcesem okazały się festiwalowe wystawy i związany z ich odwiedzaniem konkurs - podczas trwania imprezy do punktu informacyjnego zgłosiła się duża ilość osób z siedmioma wystawowymi pieczątkami, które upoważniały do otrzymania darmowego komiksu (a były to m.in. "Wykiwani" Robinsona, "Komiks W-wa" Truścińskiego, Kłosia i Kwaśniewskiego czy "Berlin" Lutesa). Jest to jakiś wyznacznik tego, jak taka inicjatywa przyjęła się wśród uczestników imprezy i mieszkańców miasta (a cała akcja potrwa jeszcze do 30 kwietnia).
Podsumowując te dwa i pół festiwalowego dnia (wszystko zaczęło się w piątek meczem koszykówki Wydawcy kontra Reszta Świata, wygranym przez tych pierwszych) muszę przyznać, że pierwsza edycja Komiksowej Warszawy była udaną imprezą, która w przyszłości może być jeszcze lepsza. Owszem, było sporo niedociągnięć (a organizatorzy dostrzegają ich pewnie więcej niż przeciętny uczestnik), ale nikt się chyba nie spodziewał, że już na samym początku będzie to MFK Bis?
wtorek, 27 kwietnia 2010
#433 - Komiks to ciężka harówa - wywiad z Piotrem Kowalskim
Parafrazując znany bon mot autorstwa Jerzego Szyłaka - Piotr Kowalski ma jedno spojrzenie na komiks - jego własne. W wywiadzie, jak i podczas spotkania na festiwalu Komiksowa Warszawa, odniosłem wrażenie, że ma pewną wizję komiksu, którą z wielką wytrwałością i uporem realizuje. Nie ogląda się na innych. Nie boi się wyrażać kontrowersyjnych opinii o stanie polskiego komiksu. Zapewne nie we wszystkim ma rację, ale w jego wypowiedzi, wygłaszane z perspektywy rysownika, który odniósł sukces na wymagającym rynku frankofońskim, warto się wsłuchać. Choćby po to, żeby móc się z nimi nie zgodzić.

Kuba Oleksak: Nie będę specjalnie oryginalny, gdy spytam o początek Twojej przygody z komiksem. Jaki był Twój pierwszy kontakt z "kolorowymi zeszytami", a w którym momencie zdecydowałeś zająć się rysowaniem komiksów na poważnie, profesjonalnie?
Piotr Kowalski: Szczerze mówiąc nie pamiętam już dokładnie mojego pierwszego kontaktu z komiksem. Zdarzyło się to chyba w pierwszej lub w drugiej klasie szkoły podstawowej. I był to prawdopodobnie oryginalny zeszyt "Fantastycznej Czwórki", który wymieniłem z kolegą za mały samochód ciężarowy. Przeglądałem ten komiks godzinami, przerysowywałem z niego, kalkowałem. Potem jeszcze udało mi się zdobyć "Tarzana" i "Spider-Mana". No i chyba właśnie wtedy "wpadłem" w komiks na serio.
Profesjonalnie zacząłem pracować dopiero dla Le Lombard, a "Gail", był na pewno przełomem w mojej karierze. I chociaż Egmont to wydawnictwo w pełni profesjonalne, to samego "Gaila" trudno nazwać profesjonalna robotą. Powstawał w sposób raczej przypominający jedna, wielką improwizację, lecz na pewno był dużym krokiem w stronę komiksowego profesjonalizmu.
Wspomniałeś o "Gailu"... Początek nowego wieku to dobre lata dla polskiego komiksu, kiedy wydawcy łaskawszym okiem spoglądają na rodzimych twórców. W 2001 roku ukazał się właśnie "Gail", Twój pełnometrażowy debiut w barwach Egmontu. Jak doszło do współpracy z Tobą i Tomaszem Kołodziejczakiem? Jak przez te trzy lata wyglądała praca nad Twoją autorską serią? Czy temat kontynuacji "Gaila" jest definitywnie zamknięty?
"Gail" powstawał w sposób bardzo prosty. Miałem pewien pomysł, przedstawiłem go Tomaszowi Kołodziejczakowi z Egmontu, narysowałem kilka plansz i ruszyliśmy od kopa z robotą. Praca nad tą serią była niezłą szkołą dyscypliny, świetną zaprawą przed przyszłymi projektami. Udało mi się nie zawalić żadnego terminu i dzięki temu wszystkie tomy ukazały się bez opóźnień. Temat kontynuacji "Gaila" jest już zamknięty. Ostatecznie. Mogę jedynie zdradzić, że przed podjęciem pracy nad "La Branche Lincoln" pojawił się pomysł by narysować moją debiutancką serie od nowa i wydać na rynku frankofońskim.
"Gail" został dość chłodno przyjęty przez krytykę i czytelników, choć sprzedawał się całkiem nieźle. Powiedz, jak z perspektywy czasu wspominasz swój pierwszy poważny projekt komiksowy?
Rzeczywiście, "Gail" spotkał się chłodnym przyjęciem, ale pomimo tego seria spełniła swoje zadanie. Mimo wszystkich zarzutów, pretensji i krytyki, dzięki "Gailowi" udało mi się wystartować. Z impetem ruszyłem z linii startowej i mam nadzieje, że kiedyś dotrę do mety. Z perspektywy czasu oceniam tę serię krytycznie i surowo, choć wciąż znajduje w niej rzeczy, z których jestem dumny. Pamiętam na przykład zarzut, który pojawił się w jakimś polskim czasopiśmie (tytułu teraz nie mogę sobie przypomnieć), że Kowalski kompletnie nie umie rysować kobiet. Jakiś czas potem, podczas festiwalu w Szwajcarii, gdy prezentowałem swoje portfolio jednemu z dużych wydawców zachodnich, naga Bethea (jedna z bohaterek serii) bardzo się podobała. Nawet znalazł się ktoś, kto chciał kupić ode mnie oryginalną planszę! I tak sobie wtedy pomyślałem - to kto ma rację? Umiem, czy nie umiem rysować postaci kobiecych? Z czego jestem jeszcze w "Gailu" zadowolony dziś? W ostatnim tomie finałowa bitwa rozgrywa się na niemal 14 planszach! To była naprawdę duża, dynamiczna sekwencja z dziesiątkami statystów, koni, czołgów i machin wojennych, która nawet teraz robi wrażenie.
Po wydaniu "Kamieni" zniknąłeś z polskiej sceny, aby po jakimś czasie wypłynąć na rynku frankofońskim, jako rysownik "La Branche Lincoln". Powiedz, w jaki sposób udało Ci się nawiązać kontakt z wydawnictwem Le Lombard? Czy Grzegorz Rosiński odegrał w tym jakąś rolę?
To prawda. Zniknąłem z polskiego rynku, bo niemal od razu po ukazaniu się ostatniego tomu serii, zacząłem prace nad "La Branche Lincoln". Grzegorz Rosiński, którego poznałem podczas promocji pierwszego tomu "Gaila", zaprosił mnie do Szwajcarii. Pomógł zrozumieć jakimi prawami rządzi się komiks frankofoński, podzielił się wieloma technicznymi uwagami. Państwo Rosińscy byli na tyle uprzejmi, że gościli mnie u siebie przez kilka tygodni, które spędziłem głównie w pracowni autora powstającej wtedy "Zemsty Hrabiego Skarbka", obserwując postępujące prace i rysując własne rzeczy. Grzegorz zorganizował mi mały kącik do pracy, sugerował korekty i udzielał porad, które pamiętam do dziś i wciąż staram się do nich stosować. To był wspaniały okres mojego życia. Szef Le Lombard obejrzał wtedy moje prace i przypomniał sobie moje rysunki, które wysyłałem do niego rok wcześniej. Jakiś czas potem skojarzył moje nazwisko, gdy szukał kogoś nowego do serii do scenariusza Herzeta i tak to się zaczęło...
Czy mógłbyś opowiedzieć, jak wygląda praca rysownika dla dużego, europejskiego wydawcy komiksowego i w ogóle kariera na obczyźnie? Jaka jest specyfika tamtego rynku, jak czytelnicy przyjmowali Twoją pracę?
Praca tam polega przede wszystkim na dotrzymywaniu terminów i na poważnym podejściu do tematu.To już nie jest zabawa w rysowanie w wolnych chwilach czy wtedy kiedy ma się na to ochotę. To jak robienie filmu. Zbiera się dokumentacje, każda plansza musi być zaakceptowana przez wydawcę, a zgłaszane przez niego poprawki muszą zostać nałożone. Z tym ostatnim aspektem pracy wielu rysowników może mieć problemy. Ja ich nie mam, choć parę razy wykłócałem się o pewne szczegóły.
O "karierze" na obczyźnie nie może być jeszcze mowy. Na razie skupiam się na tym, aby utrzymać się na rynku frankofońskim i budować swoją pozycję i o ile szczęście mi dopisze, będę starał się osiągnąć jak najwięcej. Na razie idzie nieźle, sam fakt, że wydawcy chcą ze mną współpracować, nastraja bardzo optymistycznie.
Na tamtejszym rynku zostałem o wiele życzliwiej przyjęty niż w Polsce i to do dziś mnie zastanawia. Podczas, gdy w kraju wiele osób z komiksowego środowiska miało do mnie stosunek raczej chłodny. Nie tyle do mojej pracy, co do mojej osoby. Zagranicą spotkałem się z bardzo życzliwym przyjęciem. Pamiętam, jak ktoś z Le Lombard pozbierał wszystkie wycinki z prasy i artykuły z internetu na temat mojego komiksu i przysłał do mnie. Była to strasznie miła niespodzianka, tym bardziej, że przeważały pozytywne opinie.

W Polsce, na Komiksowej Warszawie ukazało się zbiorcze wydanie "Wydziału Lincoln". Jak Ci się pracowało nad tym albumem, jak przebiegała współpraca z innym debiutantem, scenarzystą Emanuelem Herzetem?
Z Emmanuelem pracowało mi się rewelacyjnie i bezproblemowo. Dostarczał mi wielu materiałów, zdjęć, koniecznej dokumentacji. Wydawca również był bardzo serdecznie nastawiony, więc praca nad "La Branche Lincoln" była samą przyjemnością i przebiegała bez utrudnień. Choć oczywiście była wyczerpującą harówą!
Rysowanie tej serii okazało się dla mnie potężnym treningiem warsztatu. Droga, jaką pokonałem od pierwszego, do ostatniego tomu jest przeogromna. Nauczyłem się ustawiać kamerę pod ciekawym kątem, rysować samochody, samoloty, statki, motorówki, rewolwery, karabiny, pistolety automatyczne. Nauczyłem się, jak komponować sceny akcji - moja ulubiona sekwencja masakry pasażerów promu powstawała przez niemal dwa tygodnie! Obliczyłem, że w czterech albumach narysowałem 159 wszelkiego rodzaju pojazdów, blisko 130 sztuk broni i prawie 40 samolotów. Chyba nieźle, co? I zrozumiałem tez, że to żadna sztuka rysować to, co się lubi. Prawdziwe wyzwanie to wziąć się za bary z tym czego się wręcz nie cierpi rysować, a nawet więcej - opanować to i osiągnąć biegłość.
Kuba Oleksak: Nie będę specjalnie oryginalny, gdy spytam o początek Twojej przygody z komiksem. Jaki był Twój pierwszy kontakt z "kolorowymi zeszytami", a w którym momencie zdecydowałeś zająć się rysowaniem komiksów na poważnie, profesjonalnie?
Piotr Kowalski: Szczerze mówiąc nie pamiętam już dokładnie mojego pierwszego kontaktu z komiksem. Zdarzyło się to chyba w pierwszej lub w drugiej klasie szkoły podstawowej. I był to prawdopodobnie oryginalny zeszyt "Fantastycznej Czwórki", który wymieniłem z kolegą za mały samochód ciężarowy. Przeglądałem ten komiks godzinami, przerysowywałem z niego, kalkowałem. Potem jeszcze udało mi się zdobyć "Tarzana" i "Spider-Mana". No i chyba właśnie wtedy "wpadłem" w komiks na serio.
Profesjonalnie zacząłem pracować dopiero dla Le Lombard, a "Gail", był na pewno przełomem w mojej karierze. I chociaż Egmont to wydawnictwo w pełni profesjonalne, to samego "Gaila" trudno nazwać profesjonalna robotą. Powstawał w sposób raczej przypominający jedna, wielką improwizację, lecz na pewno był dużym krokiem w stronę komiksowego profesjonalizmu.
Wspomniałeś o "Gailu"... Początek nowego wieku to dobre lata dla polskiego komiksu, kiedy wydawcy łaskawszym okiem spoglądają na rodzimych twórców. W 2001 roku ukazał się właśnie "Gail", Twój pełnometrażowy debiut w barwach Egmontu. Jak doszło do współpracy z Tobą i Tomaszem Kołodziejczakiem? Jak przez te trzy lata wyglądała praca nad Twoją autorską serią? Czy temat kontynuacji "Gaila" jest definitywnie zamknięty?
"Gail" powstawał w sposób bardzo prosty. Miałem pewien pomysł, przedstawiłem go Tomaszowi Kołodziejczakowi z Egmontu, narysowałem kilka plansz i ruszyliśmy od kopa z robotą. Praca nad tą serią była niezłą szkołą dyscypliny, świetną zaprawą przed przyszłymi projektami. Udało mi się nie zawalić żadnego terminu i dzięki temu wszystkie tomy ukazały się bez opóźnień. Temat kontynuacji "Gaila" jest już zamknięty. Ostatecznie. Mogę jedynie zdradzić, że przed podjęciem pracy nad "La Branche Lincoln" pojawił się pomysł by narysować moją debiutancką serie od nowa i wydać na rynku frankofońskim.
"Gail" został dość chłodno przyjęty przez krytykę i czytelników, choć sprzedawał się całkiem nieźle. Powiedz, jak z perspektywy czasu wspominasz swój pierwszy poważny projekt komiksowy?
Rzeczywiście, "Gail" spotkał się chłodnym przyjęciem, ale pomimo tego seria spełniła swoje zadanie. Mimo wszystkich zarzutów, pretensji i krytyki, dzięki "Gailowi" udało mi się wystartować. Z impetem ruszyłem z linii startowej i mam nadzieje, że kiedyś dotrę do mety. Z perspektywy czasu oceniam tę serię krytycznie i surowo, choć wciąż znajduje w niej rzeczy, z których jestem dumny. Pamiętam na przykład zarzut, który pojawił się w jakimś polskim czasopiśmie (tytułu teraz nie mogę sobie przypomnieć), że Kowalski kompletnie nie umie rysować kobiet. Jakiś czas potem, podczas festiwalu w Szwajcarii, gdy prezentowałem swoje portfolio jednemu z dużych wydawców zachodnich, naga Bethea (jedna z bohaterek serii) bardzo się podobała. Nawet znalazł się ktoś, kto chciał kupić ode mnie oryginalną planszę! I tak sobie wtedy pomyślałem - to kto ma rację? Umiem, czy nie umiem rysować postaci kobiecych? Z czego jestem jeszcze w "Gailu" zadowolony dziś? W ostatnim tomie finałowa bitwa rozgrywa się na niemal 14 planszach! To była naprawdę duża, dynamiczna sekwencja z dziesiątkami statystów, koni, czołgów i machin wojennych, która nawet teraz robi wrażenie.
Po wydaniu "Kamieni" zniknąłeś z polskiej sceny, aby po jakimś czasie wypłynąć na rynku frankofońskim, jako rysownik "La Branche Lincoln". Powiedz, w jaki sposób udało Ci się nawiązać kontakt z wydawnictwem Le Lombard? Czy Grzegorz Rosiński odegrał w tym jakąś rolę?
To prawda. Zniknąłem z polskiego rynku, bo niemal od razu po ukazaniu się ostatniego tomu serii, zacząłem prace nad "La Branche Lincoln". Grzegorz Rosiński, którego poznałem podczas promocji pierwszego tomu "Gaila", zaprosił mnie do Szwajcarii. Pomógł zrozumieć jakimi prawami rządzi się komiks frankofoński, podzielił się wieloma technicznymi uwagami. Państwo Rosińscy byli na tyle uprzejmi, że gościli mnie u siebie przez kilka tygodni, które spędziłem głównie w pracowni autora powstającej wtedy "Zemsty Hrabiego Skarbka", obserwując postępujące prace i rysując własne rzeczy. Grzegorz zorganizował mi mały kącik do pracy, sugerował korekty i udzielał porad, które pamiętam do dziś i wciąż staram się do nich stosować. To był wspaniały okres mojego życia. Szef Le Lombard obejrzał wtedy moje prace i przypomniał sobie moje rysunki, które wysyłałem do niego rok wcześniej. Jakiś czas potem skojarzył moje nazwisko, gdy szukał kogoś nowego do serii do scenariusza Herzeta i tak to się zaczęło...
Czy mógłbyś opowiedzieć, jak wygląda praca rysownika dla dużego, europejskiego wydawcy komiksowego i w ogóle kariera na obczyźnie? Jaka jest specyfika tamtego rynku, jak czytelnicy przyjmowali Twoją pracę?
Praca tam polega przede wszystkim na dotrzymywaniu terminów i na poważnym podejściu do tematu.To już nie jest zabawa w rysowanie w wolnych chwilach czy wtedy kiedy ma się na to ochotę. To jak robienie filmu. Zbiera się dokumentacje, każda plansza musi być zaakceptowana przez wydawcę, a zgłaszane przez niego poprawki muszą zostać nałożone. Z tym ostatnim aspektem pracy wielu rysowników może mieć problemy. Ja ich nie mam, choć parę razy wykłócałem się o pewne szczegóły.
O "karierze" na obczyźnie nie może być jeszcze mowy. Na razie skupiam się na tym, aby utrzymać się na rynku frankofońskim i budować swoją pozycję i o ile szczęście mi dopisze, będę starał się osiągnąć jak najwięcej. Na razie idzie nieźle, sam fakt, że wydawcy chcą ze mną współpracować, nastraja bardzo optymistycznie.
Na tamtejszym rynku zostałem o wiele życzliwiej przyjęty niż w Polsce i to do dziś mnie zastanawia. Podczas, gdy w kraju wiele osób z komiksowego środowiska miało do mnie stosunek raczej chłodny. Nie tyle do mojej pracy, co do mojej osoby. Zagranicą spotkałem się z bardzo życzliwym przyjęciem. Pamiętam, jak ktoś z Le Lombard pozbierał wszystkie wycinki z prasy i artykuły z internetu na temat mojego komiksu i przysłał do mnie. Była to strasznie miła niespodzianka, tym bardziej, że przeważały pozytywne opinie.
W Polsce, na Komiksowej Warszawie ukazało się zbiorcze wydanie "Wydziału Lincoln". Jak Ci się pracowało nad tym albumem, jak przebiegała współpraca z innym debiutantem, scenarzystą Emanuelem Herzetem?
Z Emmanuelem pracowało mi się rewelacyjnie i bezproblemowo. Dostarczał mi wielu materiałów, zdjęć, koniecznej dokumentacji. Wydawca również był bardzo serdecznie nastawiony, więc praca nad "La Branche Lincoln" była samą przyjemnością i przebiegała bez utrudnień. Choć oczywiście była wyczerpującą harówą!
Rysowanie tej serii okazało się dla mnie potężnym treningiem warsztatu. Droga, jaką pokonałem od pierwszego, do ostatniego tomu jest przeogromna. Nauczyłem się ustawiać kamerę pod ciekawym kątem, rysować samochody, samoloty, statki, motorówki, rewolwery, karabiny, pistolety automatyczne. Nauczyłem się, jak komponować sceny akcji - moja ulubiona sekwencja masakry pasażerów promu powstawała przez niemal dwa tygodnie! Obliczyłem, że w czterech albumach narysowałem 159 wszelkiego rodzaju pojazdów, blisko 130 sztuk broni i prawie 40 samolotów. Chyba nieźle, co? I zrozumiałem tez, że to żadna sztuka rysować to, co się lubi. Prawdziwe wyzwanie to wziąć się za bary z tym czego się wręcz nie cierpi rysować, a nawet więcej - opanować to i osiągnąć biegłość.
Czy tym razem efekt pracy sprostał Twoim oczekiwaniom?
Tak, jestem zadowolony z efektu. Zwłaszcza z pomysłu by zaangażować do pracy kolorystów, Dzięki ich pomocy mogłem skupić się maksymalnie na rysowaniu. Myślę, ze dwa ostatnie tomy "Wydziału Lincoln" to najlepsze komiksy, jakie wyszły spod mojej ręki. Przynajmniej na razie.
Nad czym obecnie pracujesz i kiedy można spodziewać się ewentualnych owoców tej pracy?
W tej chwili pracuje nad komiksem o wampirach dla wydawnictwa Glenat. Autorem scenariusza jest Eric Corbeyran, kontrakt został już podpisany, więc praca ruszyła pełną parą. Premiera pierwszego tomu planowana jest na początek przyszłego roku. Prowadzę także rozmowy z wydawnictwem Casterman na temat ambitnego projektu wykorzystującego motywy "Drakuli" Brama Stokera. Dochodzą do mnie również pozytywne sygnały odnośnie mojego autorskiego projektu od wydawnictwa Le Lombard. Jest dobrze!
Czy mógłbyś podać jakieś tytuły i daty premier tych komiksów, czy na to jeszcze za wcześnie?
Na razie za wcześnie na podawanie dat premier albumów, w kontrakcie jest tylko powiedziane, że całość plansz muszę zdać do 31 stycznia 2011. Tytuł serii to "Vampires", czyli temat na topie.
Wydaje mi się, że sporo już osiągnąłeś w komiksowym światku. Autorska seria na rynku polskim, pełnometrażowy debiut na Zachodzie - niewielu jest twórców, którzy mogą pochwalić się takimi osiągnięciami. Co teraz, jaki będzie Twój następny krok?
Następny krok to dalsza praca na rynku frankofońskim i ciągłe budowanie swojej pozycji. Na razie wszystko idzie zgodnie z planem, ale tamtejszy rynek lubi płatać niespodzianki, więc - odpukać w niemalowane!
Dwa lata temu w wywiadzie dla Alei Komiksu powiedziałeś, że w swojej pracy nie używasz komputera i stosujesz stare, dobre analogowe metody rysowania. Czy od tamtej pory coś się zmieniło w Twoim warsztacie?
Nadal nie używam komputera, a nakładanie barw pozostawiam kolorystom, których proponują mi wydawcy. Dzięki temu mogę skupić się na rysunku.
A jak wygląda Twój warsztat rysownika komiksów? Jak wygląda Twoja praca nad planszą i od jakich czynników zależy? Jakie są Twoje ulubione narzędzia pracy, przybory do rysowania? Jesteś raczej rannym ptaszkiem czy nocnym markiem?
Najlepiej pracuje mi się, gdy za oknem jest ciemno. Zimą siedzę do późna. Wiosną i latem wstaję o 3.00 rano. Podczas rysowania używam prostych materiałów, papieru Fabriano, zwykłych stalówek 800 i ołówków HB. Tusz, jakiego używam, to tusz kreślarski Rystor i moim zdaniem jest on najlepszy z dostępnych na rynku. Idealnie czarny, pięknie się rozprowadza. Proces tworzenia rysunku jest również klasyczny - szkic ołówkiem, kładzenie tuszu i wycieranie śladów ołówka. Nie przygotowuję storyboardu planszy. Często rysując pierwszy kadr nie mam pojęcia, jak będzie wyglądała reszta. Dzięki temu sam się zaskakuję i nie jest nudno. Praca nad planszą zależy przede wszystkim od tego, co na niej ma się znaleźć. Im więcej, tym trudniej, chociaż rysowanie przyrody idzie mi błyskawicznie. Pamiętam, że nocny pejzaż z latarnią na brzegu jeziora zajął mi zaledwie kilka godzin, choć wygląda jakbym go robił cały tydzień.
Z tego, co się orientuje muzyka odgrywa ważną rolę w Twoim życiu. Dużo jej słuchasz, w wolnych chwilach grywasz na gitarze basowej. Czy wciąż jesteś członkiem zespołu Braintrust?
Bez muzyki nie wyobrażam sobie życia! Staram się dużo grać, by nie wyjść z wprawy i podobno jestem w tym dobry. Słucham przede wszystkim ciężkiego metalu i taką też muzykę grał Braintrust. Zespół nie istnieje już od wielu lat, ale nagraliśmy kilkanaście niezłych utworów i w sumie zagraliśmy kilkadziesiąt koncertów. To było życie!
Czy obserwujesz polski rynek i to, co się na nim dzieje? Orientujesz się w nazwiskach twórców, śledzisz premiery? Jeśli tak, co o nim sądzisz? Jak wypada w porównaniu do swojego francuskiego odpowiednika?
Przyznam, że od kilku długich lat jedynie oglądam komiksy, nie czytając ich. Co do polskiego rynku, to mam na jego temat wciąż tę samą opinię, za którą często mnie krytykowano. Ogólnie wydaje mi się, że polscy autorzy nie starają się być lepsi. Nie pracują ciężko nad warsztatem, nie dają z siebie wszystkiego. Nie robią tego, bo nie muszą, gdyż rynek jest wciąż malutki, nie ma konkurencji. I koło się zamyka. Na rynku frankofońskim jest o wiele większa konkurencja, jest wielu kiepskich i średnich twórców. Ja zawsze podziwiałem tych, którzy w pocie czoła pracują nad sobą i nad materią komiksu. Robią to z szacunku dla czytelnika, i z pokory wobec sztuki, jaką uprawiają. Tacy twórcy bardzo mi imponują. Myślę, że mam w sobie taką pokorę, wobec tego, czym się zajmuję, choćby dlatego, że traktuję komiks niezwykle poważnie. Co nie znaczy, że nie mam poczucia własnej wartości. Wielu osobom wydaje się, że osoba znająca swoje mocne strony i nie ukrywająca ich, to ktoś z założenia zarozumiały. Ja tak nie uważam. Trzeba znać swoje dobre strony, po to, by dojrzeć te słabe i móc nad nimi pracować.
Ale na polskim rynku dostrzegam też kilka ciekawych zjawisk. Tak na szybko, do głowy przychodzą mi dwa nazwiska - Tomek Leśniak i Robert Adler. Przyjemnie się patrzy na ich najnowsze produkcje, myślę, że mogą się naprawdę podobać. Widać, że obaj przeszli długą drogę. Bardzo cieszy mnie zjawisko chyba wcześniej nie spotykane w polskim komiksie na taką skalę - publikacje polskich autorów poza granicami kraju. Twórcy z mojego pokolenia i nieco młodsi, idą w ślady Rosińskiego i Kasprzaka, rysując dla zachodnich wydawców. Udowadniają, że można przebić się na największych rynkach. Dzięki nim, polski komiks wychodzi z szuflady i traci lokalny, zrozumiały tylko dla polskiej publiczności, charakter, nabierając cech dzieła zrozumiałego w każdym zakątku świata. To bardzo budujące zjawisko i dodatkowo motywuje mnie do jeszcze bardziej wytężonej pracy!
Myślę, też że wśród polskich artystów wciąż za mało jest przedstawicieli tzw. "mainstreamu". Osobiście podoba mi się właśnie taki typ komiksu i wcale nie uważam, że komiks środka, komercyjny jest produktem z niższej półki. Przypomina mi się stwierdzenie jednego z członków Pink Floyd, który powiedział, że bardzo łatwo jest skomponować długi, pompatyczny i trudny w odbiorze utwór. Natomiast stworzenie prostego, chwytliwego kawałka, który ludzie będą nucić prowadząc samochód jest prawdziwym wysiłkiem. Myślę, że odnosi się to do każdego rodzaju ludzkiej twórczości.
Co powiesz na takie porównanie - Michał Śledziński, rocznik 1978, autor "Osiedla Swoboda" i "Na Szybko Spisane", cenionych komiksów obyczajowych, tworzy w Polsce. Piotr Kowalski, rocznik 1973, autor "Gaila" i "Wydziału Lincoln", udanych komiksów głównego nurtu, tworzy na obczyźnie.
Komiksy Michała Śledzińskiego zupełnie do mnie nie trafiają, a sam nie lubię się z nikim porównywać. To raczej przywilej czytelników.
Czy masz jakiegoś wymarzonego scenarzystę, z którym chciałbyś współpracować? Czy jest jakiś wymarzony projekt, opus magnum, który chciałbyś zrealizować w dalszej lub bliższej przyszłości?
Tak, chciałbym pracować sam ze sobą, hehe. Nie ma nic fajniejszego niż rysować własną historię i robić to po swojemu.
Mam zatem nadzieję, że kiedyś taki projekt uda Ci się zrealizować. Dziękuję za wywiad!
Ja na zakończenie chciałbym bardzo podziękować wszystkim, którzy kupili lub chcą kupić mój komiks, oraz wszystkim, którzy stali w kolejce po mój podpis na FKW. Wielkie dzięki!
poniedziałek, 19 kwietnia 2010
#426 - już za chwilę Komiksowa Warszawa
Już w najbliższy weekend, za sprawą pierwszej edycji festiwalu Komiksowa Warszawa, Stolica Polski stanie się miejscem pielgrzymek komiksiarzy z całego kraju. Powołana do życia przez Polskie Stowarzyszenie Komiksowe impreza będzie dla niego pierwszym dużym sprawdzianem. Nieco pikanterii dodaje fakt, że narodziny KW wiązały się z tymczasową/ostateczną śmiercią Warszawskich Spotkań Komiksowych, które na przestrzeni ostatnich dziewięciu lat urosły do rangi drugiego - po łódzkiej emefce - komiksowego wydarzenia w kraju. Czy Komiksowa Warszawa przejmie ten tytuł od "starszego brata"? Z pewnością jest tak już teraz - wydawcy przygotowali solidne pakiety nowych komiksów, a fani kadrów i dymków od dawna szykują się na te dwa festiwalowe dni. Patrząc na plan imprezy można odetchnąć z ulgą, bowiem żadne punkty programu na siebie nie nachodzą - co często jest bolączką chociażby na MFK, czy na ubiegłorocznej beefce. Z nieskrępowaną radością płynącą z tego faktu powinni się jednak wstrzymać łowcy autografów. Póki co nie podano do informacji jak to będzie wyglądać w przypadku chęci zdobywania podpisów: czy będzie to zorganizowane na podobieństwo łódzkiej imprezy, czy też trzeba będzie samemu ganiać za twórcami. A to może nieco utrudnić chęci bycia na wybranych spotkaniach czy panelach. O ile nie powinno być problemu ze zdobyciem podpisu i rysunku rodzimych twórców, o tyle gorzej może być w przypadku największej i jedynej zagranicznej gwiazdy, czyli Jeffa Lemire'a.
[UPDATE!] Rozpiska z rozdawaniem autografów została umieszczona na stronie wydarzenia w zakładce z programem. A z mapki CBA wynika, że nie będzie problemów jednocześnie stać w kolejce po autograf i uczestniczyć w spotkaniach - brawa a dla organizatorów! Niestety okazało się, że Jeff Lemire nie przyjedzie na warszawski festiwal.
Patrząc na sobotni i niedzielny plan wybrałem kilka najciekawiej zapowiadających się (dla mnie) punktów programu:
Sobota, 24 kwietnia 2010:Zanim jednak festiwal rozpocznie się na dobre, dzień wcześniej, czyli w piątek w godzinach wieczornych, odbędzie się mecz koszykówki Wydawcy - Reszta Świata. O ile sam nie gram, o tyle z chęcią popatrzę na wyczyny komiksiarzy. A wszystko to będzie mieć miejsce w Gimnazjum nr 48 na ulicy Deotymy 25/33 (Wola).
10:20 Komiksowa prasa: "Karton", "Kolektyw" i "Ziniol"
11:00 Schwing na żywo
13:15 Spotkanie z Piotrem Kowalskim
16:30 Polscy twórcy za granicą
17:20 10 lat Produktu
19:00 Afterparty z pokazową bitwą komiksową
Niedziela, 25 kwietnia:
13:45 Kobiety i komiks: m.in. Agata Bara, Olga Wróbel, Aleksandra Spanowicz
14:30 Komiksowy Przewodnik po Warszawie
15:15 Spotkanie z wydawcami
Bardzo dużym plusem festiwalu jest jego lokalizacja - Centralny Basen Artystyczny nie leży może w ścisłym Centrum, ale nie jest to też tak odległa miejscówka, żeby stanowiło to większy problem. Zresztą, jedyną "bolączką" będzie dostanie się tam - ze względu na mieszczący się w obiekcie bar, oraz fakt, że afterparty odbywać się będzie również w CBA, odpaść powinny dylematy pod tytułem "gdzie zjeść", "gdzie się bawić" (przynajmniej dla tych mniej wybrednych).
Każdy festiwal to - oprócz gości, spotkań, picia piwa i dobrej zabawy - świetna okazja aby nakupić mnóstwa komiksów, które przez następne tygodnie będą leżeć i czekać na swą kolej. W przypadku Komiksowej Warszawy mam dwa tytuły, które kupić muszę - pierwszym z nich jest twardookładkowa reedycja "Blankets. Pod śnieżną kołderką" Craiga Thompsona, a drugim komiks wydany w kooperacji Sklepu Gildii i wydawnictw Atropos oraz Ongrys, czyli ekskluzywne wydanie "Skąd się bierze woda sodowa" Tadeusza Baranowskiego. Z mnóstwa pozostałych premier (których pełna lista dostępna jest jak zawsze na Motywie Drogi) warto zwrócić uwagę na pozostałe dwa albumy Craiga Thompsona ("Dziennik podróżny", "Żegnaj, Chunky Rice"), niemy komiks nieznanej mi wcześniej Agaty Bary o tytule "Leviathan" czy długo wyczekiwane "Rewolucje" Mateusza Skutnika - czyli wszystko to co nowego przywiezie timof/Mroja na KW. Od Egmontu ciekawie zapowiada się "Wydział Lincoln" odpowiedzialnego za legendarne "plecy konia" Piotra Kowalskiego, zbiór przygód powracającego do polskich czytelników "Dylan Doga" oraz nową polską serię "Miś Misza" Pawła Kłudkiewicza. Takiego "Batmana" Gaimana zostawiam na późniejsze miesiące. Podobnie jak w przypadku timofa, wszystkie nowości od Kultury Gniewu ("Samotność rajdowca", "Boska Tragedia", "Rany Wylotowe") oraz Taurusa ("Niczego nie dotykać", "Nocturno") w najbliższym czasie powinny zagościć w moim domu. Szczególną uwagę zwracam na fantastyczne dzieło Nicolasa Mahlera, które w natłoku innych premier może zostać niedostrzeżone - koniecznie pamiętajcie o "Samotności rajdowca"!
To tyle jeśli chodzi o ofertę największych wydawców. Co do pozostałych mogę z czystym sumieniem zacytować redaktora Babiela ze wspomnianej listy festiwalowych premier: "Cieszy kolejny numer "Kartonu", cieszy "Pirat", jakby wyciągnięty z niebytu, cieszy "Komiksowy przewodnik po Warszawie", który będzie dostępny za darmo (...)". A ciekawi jeszcze nieco nowy "Likwidator", któremu po tragedii z ostatnich dni zmieniono okładkę i tytuł ("Zmierzch Kurduplandu" został zastąpiony "Zbawiennymi interwencjami", co w kontekście wspomnianych wydarzeń również jest tytułem mocno kontrowersyjnym). Obliczenia co do tego, ile banknotów z Władysławem II Jagiełło trzeba będzie wysupłać z portfela póki co sobie daruję. Niech się dzieje co chce.
Na koniec przypominam jeszcze o wystawach, które przy okazji festiwalu mieć będą miejsce - już dziś o 19.00 w warszawskim Powiększeniu odbędzie się wernisaż prac Wojciecha Stefańca, a w kolejnych dniach m.in. Karola Kalinowskiego, twórców znanych z "Kartonu" czy "Kolektywu", jak również dzieł stworzonych przez belgijskich komiksiarzy. Wszelkie szczegóły dostępne są na oficjalnej stronie festiwalu, która swoją drogą jest najlepiej przygotowaną witryną tego typu imprez z jaką miałem przyjemność się spotkać.
Tyle gadania. Widzimy się w najbliższy weekend!
Komiksowa Warszawa
24-25 kwietnia
Centralny Basen Artystyczny
ul. Konopnickiej 6
wstęp WOLNY!
Centralny Basen Artystyczny
ul. Konopnickiej 6
wstęp WOLNY!
Subskrybuj:
Posty (Atom)








