Pokazywanie postów oznaczonych etykietą underground. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą underground. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 17 czerwca 2019

#2502 - Koniec zXXXanego świata

Dorastanie niekoniecznie jest okresem czystości i niewinności. Pewna cześć nastolatków nie chce podporządkować się konwencji i presji społecznej, głoszonej przez konformistyczna większość rodziców, nauczycieli, opiekunów, kolegów i koleżanek. Dążenie do normalności jest im obce.

piątek, 22 sierpnia 2014

#1720 - Likwidator. Szorty

W „Szortach” Ryszard Dąbrowski w pewnym sensie wraca do korzeni swojego najsłynniejszego bohatera. Esencją Likwidatora były bowiem zawsze krótkie, zwięzłe historie, w których bohater rozprawiał się ze swoimi antagonistami. Zarówno werbalnie, kompromitując poglądy przeciwnika, jak i niewerbalnie – mordując go w tyle brutalny, co efektowny sposób. 


środa, 30 stycznia 2013

#1237 - The Very Best OFF the Ziniols: Greatest Hits vol.1

Nigdy nie miałem szczęścia zetknąć się z kserowanym „Ziniolem” (czy też „Ziniem”), gdy ten ukazywał się w latach 1998-2005. Lektura pierwszego tomu „The Very Best OFF the Ziniols: The Greatest Hits vol.1 1998-2005” nie była więc dla mnie podróżą sentymentalną, tylko wycieczką w nieznane rejony komiksowej historii.

Zamojsko-lubelski magazyn redagowany przez Dominika Szcześniaka znany jest mi jedynie z jego sieciowego wcielenia i z restartu pod timofową banderą. No i z obfitych owoców, jakie wydał. Zasługi „Ziniola” dla dzisiejszego komiksowa są niezaprzeczalne. Na jego łamach wykuwał się warsztat twórców nierzadko stanowiących o obliczu współczesnego komiksu polskiego. Wspomniany Szcześniak, Mateusz Skutnik, Maciej Pałka, Marek Turek, Rafał Szłapa, Otoczak, Rafał Trejnis – wszyscy oni, w mniejszym lub większy stopniu współtworzyli kserowaną legendę komiksowego podziemia. Ich prace - „Blaki”, „Fastnachspiel”, „Morfołaki”, Bi-Bułka”, „Waciane Kaffliki Żyttu”, „Przygody Leszka” czy „Dom żałoby” - to serie, które publikowane były w "Z", aby potem ewoluować w stronę serii czy pojedynczych albumów. Nie wiem czy nie będzie to zbyt odważna teza, ale wydaje mi się, że obok ze wszech miar kultowego „Produktu” to właśnie „Ziniol” (obok nieco zapomnianego dziś „AQQ”) był największym inkubatorem talentów, które dziś mogą lśnić pełnym blaskiem.

Pomysł na zebranie w jednym, grubym tomiku tego, co najlepsze z tych 40 numerów sam w sobie jest znakomity, ale z dzisiejszej perspektywy trudno mi krytycznie oceniać komiksy, uchodzące niegdyś za największe przeboje „Ziniola”. I tak na przykład purnonsensowy i pornograficzny „Mocz w zupie” tercetu Wojda/Szcześniak/Pałka nijak mnie nie przekonuje, podobnie, jak „Latające szlugi” Szcześniaka solo, będące dla mnie kuriozum nie lada. Po latach nie dorastają do swojej zinowej legendy albo moje oczekiwania były zbyt wygórowane. Natomiast absolutnie znakomicie prezentuje się wczesne wcielenie „Blakiego”, zupełnie inne od tego, którą poznaliśmy w wydaniach zbiorczych. Bardziej odjechane, bardziej dziwaczne, formalnie nieokrzesane, w wykonaniu nieopierzonego jeszcze Skutnika. I dłuższe, bo licząca dobre 40 stron – choćby dla tego komiksu warto sięgnąć po ziniolową składankę. Tego, że „Blaki” będzie dobry mogłem się spodziewać, ale prawdziwym ciosem obuchem w łeb były dla mnie prace Mateusza Liwińskiego i Andrzeja Śmieciuszewskiego w ramach jednoplanszówek (choć nie zawsze) „Rosencranz i Santana”. Niepoprawne, osobliwe, ekscentryczne, niekiedy na granicy hermetyczności, często absurdalne, nierzadko okropnie śmieszne i w stu procentach undergroundowe. Trzeba się samemu przekonać.

Myślę, że twórcze poszukiwania Liwińskiego i Śmieciuszewskiego mogą być swoistym pars pro toto całego magazynu – rzeczy przysłowiowo jadące po bandzie, eksperymentalne, obsceniczne, dziwaczne, przekraczające granice nie tylko dobrego smaku, momentami niezjadliwie dla przeciętnego czytelnika „Thorgali” czy „Kaczora Donalda”. Myślę, że taka mogła być specyfika „Ziniola”. W przeciwieństwie do „Maszina” czy „Mydła” formalnie mniej skomplikowana, w porównaniu do „Profanum” mająca gdzieś „przeciętnego” i „masowego” odbiorcę i nie stawiająca na humor tak mocno, jak w przypadku „Jeju” czy nieodżałowanego „Kartonu”.

Pierwszy wolumin „Ziniolsów” był jednocześnie debiutanckim komiksem Wydawnictwa Ważka na naszym rynku. I do edytorskiej jakości edycji trudno się przyczepić. Wszystko jest w najlepszym porządku. Warto dodać, że żadna z praca obecnych w antologii nie była poddana procesom remasteringu, dzięki czemu poszczególne ko,miksu zachowały swój specyficzny undergroundowy posmaczek.

„The Very Best OFF The Ziniols: Greatest Hits vol.1 1998-2005” ucieszy przede wszystkim najbardziej hardkorowych fanów polskiego komiksu. To album o dużej wartości poznawczej, będący lekcją z komiksowej historii. Ten zapis pewnej epoki został podrasowany komentarzami redaktora naczelnego, pokazującego „Ziniola” od kuchni, ale i w nieco sentymentalnym tonie.

środa, 17 października 2012

#1155 - Lewą Ręką Spisane/T.P.S.A.

Na 23. MFKiG ukazało się drugie wydanie (zmienione) zinka „Lewą Ręką Spisane”. Na Komiksowej Warszawie premierę miała oryginalna edycja, której kanwą była fabuła pomieszczona w „Zsypie – najbrzydszym zinie w Polsce”. Ta publikacja z kolei ukazała się w zeszły roku, również na łódzkim festiwalu. Jak widać podaż nie była w stanie zaspokoić popytu, więc Szymon Kaźmierczak zdecydował się na reedycję.

Już sama forma wydania „LRS” wiele mówi o tej publikacji – twarda (choć tylko tekturowa) okładka, pokryta śliską obwolutą, zakładka (do wyboru – w kilku wersjach kolorystycznych), a w środku plakat. Nie braknie również galerii gości i do kompletu brakuje tylko, żeby poszczególne numery były ręcznie sygnowane i numerowane – szydera z polskiego piekiełka komiksowego byłaby pełniejsza. Kaźmierczak rysując (jak sam zapewnia) lewą ręką nabija się z bezgranicznie zakochanych w komiksie fanów. Poruszane są zatem tematy folijek, twardych opraw, oryginalnych plansz, manii kolekcjonowania i kupowania po dwóch egzemplarzy tego samego komiksu. Dostaje się również rysownikom, a wisienką na torcie są powracające motywy fekalne. Te zresztą pojawiły się również w „Komiksowej latanii”. Nowością zaś są żarty z urzędu pracy i „Gwiezdnych Wojen”.

Sam pomysł na skompromitowanie polskiej mody na komiks, jako towar ekskluzywny, przeznaczony nie do czytania, ale do zbierania, kolekcjonowania i stawiania na półce wydaje się bardzo trafny. Konceptualnie i edytorsko Kaźmierczak trafia w samą dziesiątkę, a co do wykonania – no cóż… Czego spodziewaliście się po zinie rysowanym lewą (czyli tą słabszą ręką)? Jest dość niedbale, momentami na granicy czytelności, momentami wręcz paskudnie. Ale tak widocznie miało być.

W jednej transzy z recenzją „LRS” chciałby jeszcze napisać o „T.P.S.A.” Tomasza Popakula i Szczepana Atroszko. Ich wspólny komiks jest doskonałym dowodem na to, że suma poezji i opowiadania obrazem nie musi równać się poemiksowi. Choć poezja to chyba za dużo powiedziane – Popakul używa po prostu wiersza w swojej narracji, co bliższe jest rymowanej epice, w stylu „Koziołka Matołka”, a nie tradycyjnie pojmowanej liryce.

Ten niewielkich rozmiarów zeszyt pokazuje, jak wiele potrafi już Atroszko i jak znakomite pomysły może mieć Popakul. Każda z pięciu historyjek narysowana jest w nieco lub zupełnie odmiennym stylu. Od syntetycznie komputerowego („Słone paluszki”) przez swobodną krechą kreślony („Klątwa papieży”), aż do fotorealistycznego („Będzin”). Jeśli zaś chodzi o skrypty, to gawędziarskiego talentu i momentami naprawdę błyskotliwego humoru scenarzyście odmówić nie można. Jego historie są umiejętnie spuentowane, nasycone humorem i pełne oryginalnych pomysłów. Jeśli o mnie chodzi to chyba najfajniejszy zin, jaki w tym roku kupiłem. Inna sprawa, że nie kupuje ich zbyt wiele, więc moja ocena nie może być zbyt miarodajna.

„Lewą ręką spisane” i „T.P.S.A.” to znakomite dowody na to, że w undergroundzie coś się dzieje, nawet jeśli jest to głównie zjadliwa drwina ze środowiskowych zjawisk, ku uciesze nieco bardziej zdystansowanych do swojego hobby komiksiarzy. I fajnie, od tego zinowcy są – żeby wbijać szpile, kpić, rysować koślawa i walić przy tym po oczach ortografami. A że przy okazji wychodzi z tego całkiem niezła satyra (pomimo licznych niedostatków językowych, warsztatowych, graficznych i innych) – tym lepiej!

#1154 - Komiksowa lazania/Amazońska jazda

"Komiksowa lazania" powstała w podobny sposób, w jaki niegdyś realizowano projekt "Pieces". Jeden autor rysuje kadr czy stronę, a następnie przekazuje pałeczkę innemu twórcy, który dorysowuje kolejny fragment historii, która trafia do rąk następnego i tak dalej, aż do momentu aż braknie twórców lub zakończy się historia. Ot, sztafeta połączona z freestyle`owym podejściem. Metoda, jak metoda - weryfikują ją efekty, a te w przypadku wydanego na tegorocznym MFKiG zina są raczej marne.

Tercet autorów „Lazanii”, czyli Szymon Kaźmierczak, Szczepana Atroszko i Grzegorz Molas, którzy wspomagani byli przez Katarzynę Drzewek, Annę Wójcik, Annę Radziej, Jakuba Woynarowskiego (!) i Sylvaina Savoie (!!!) niespecjalnie poradzili sobie z tym konceptem. „Komiksowa lazania” to ciąg dość przyciężkawych dowcipów na niskim poziomie. Jednorożce, krowia erotyka, kaczor Donald dekapitujący homoseksualistów, harcerze lecący balonem i powracający motyw odbytu - może i w ten sposób napisane wydaje się to ciekawe, ale w rzeczywistości budzi raczej zażenowanie. Nie bardzo mam za co pochwalić ten projekt, bo nie bardzo jest za co. Po jego lekturze nie czuje ani obrzydzenia (jak w przypadku pamiętnej „Rodziny Srochów”), nie parskam opętańczym śmiechem (jak w przypadku hardkorowych projektów Dema) czy chylę kapelusz w podziwu dla konceptu i elegancji (którym tak zachwycałem się w przypadku „Przygód Powstania Warszawskiego”). 

Co więcej - trudno również wyróżnić jakiegokolwiek rysownika. Po pierwsze nie podpisano jaki twórca odpowiada za poszczególne fragmenty, a po drugie – znowu – nie bardzo jest co chwalić. Jasne, zdarzają się kadry narysowane na niezłym, amatorskim poziomie, ale są też takie, które były zrobione w pięć sekund, najwyraźniej pod wpływem i są po prostu złe. Paskudnie nabazgrane, bez składu i ładu z niewyraźnymi kwestiami w dymkach. Jasne, rozumiem, że to zin, ale w "Komiksowej lazanii" przekracza się granicę jakiejkolwiek czytelności (i nie jest to cel sam w sobie). Jeśli już coś miałbym pochwalić to byłyby to okładki.

Co innego „Amazońska jazda”. Komiks wydany w formacie na oko mniejszym od pudełka od zapałek to prawdziwa perełka. Widać, że Kaźmierczaka cieszy zabawa warstwą edytorską swoich produkcji i fajnie. Zawsze ceniłem Pszrena za jego inwencję w wymyślaniu najdziwniejszych dziwactw, a w tym przypadku za tym konceptem idzie jakaś treść (dość pretekstowa, przyznam) i całkiem niezłe wykonanie. Mój szczery podziw budzi sposób, w jaki na tak mikroskopijnym formacie, udało się Kaźmierczakowi wyczarować tak świetne rysunki. Z miejsca kupił mnie tym farbami i swobodną kreską, znamionującą całkiem solidny warsztat (czego po „Lazani” nie śmiałbym powiedzieć). Uroku tej publikacji dodaje tekturowy grzbiecik i możliwość rozłożenia „Amazońskiej jazdy” jak harmonijka. Dominik Szcześniak z Ziniola dostrzega w tej produkcji potencjał wigilijnej ozdoby, z czym trudno się nie zgodzić. Oczywiście, to raczej pierdółki, która zginie gdzieś na dnie mojej szuflady komiksowej, gdzie lądują wszystkie tytuły, które z jakichś powodów nie mogły się znaleźć w bardziej reprezentacyjnym miejscu. Inna sprawa, że „Jazda” sprawiła mi znacznie więcej radości, niż gabarytowo znacznie większa „Lazania”.

Z jednej zatem strony mamy dość nieudany party-komiks, a drugiej – całkiem smaczny wynalazek obrazkowy. Oprócz nazwiska Kaźmierczak łączy je ich zinowa forma, która jest celem samym w sobie. Niegdyś w wydawnictwach podziemnych nierzadko szlifowano warsztat i szukało się własnego stylu. To były miejsca, w których hartowała się stal. Inkubatory talentów, wstępy do czegoś większego – tak jak wyszło to w przypadku „Azbestu” (który stał się niejako prologiem „Produktu”) czy „Jeju” (protoplasty „Kartonu”). Teraz, szlify zdobywa się publikując w sieci, ale ziny nie umarły, tylko zmieniły swoją funkcję. Stały się konceptualnym laboratorium, miejsce bardziej zabawy i nauki.

piątek, 13 kwietnia 2012

#1009 - Zakazany owoc nr 6

"(...) Zgodziłem się na ten dokument tylko i wyłącznie dlatego, ponieważ byłem przekonany, że zostanie on jednorazowo zaprezentowany w Toruniu oraz będzie częścią mojego albumu rodzinnego, a te podłe skurwysyny: Buratyński, Kowalski i Śmigielski wciskają ludziom szit pod postacią teasera w stylu elektryk wysokich napięć w wersji punk. Ze względu na to, że od zawsze starałem się i staram o złą reputację - jebie mnie to jak, kto, gdzie i co sobie kurwa chuj mnie to obchodzi. Gdybym wiedział wcześniej, że "Zakazany owoc nr 6" zahaczy o festiwale punk, pokazałbym przynajmniej kutasa lub jak mi gówno z dupska wychodzi, a tak - szaleństwem to, co zobaczą widzowie, nie jest."


Dariusz "Pała" Palinowski to ojciec polskiego komiksu undergroundowego. Jego bezkompromisowe prace swego czasu regularnie publikowane były na łamach punkowych zinów, największą popularność zyskał jednak za sprawą pięcioczęściowej serii "Zakazany owoc", którą w latach 1989-1995 wydawał samodzielnie. W 2000 roku, aby opublikować ich antologię, Jarek Składanek powołał do życia Kulturę Gniewu, wydawnictwo, jak wiadomo, działające do dziś. W 2010 roku, aby zrealizować poświęcony Palinowskiemu dokument, Piotr Buratyński, Michał Kowalski i Dawid Śmigielski powołali do życia grupę filmową Le Kolektiff Negatif, również stale funkcjonującą (jak szumią wierzby, powoli szykującą się właśnie do kolejnego projektu). "Zakazany owoc nr 6" określili mianem swoistego suplementu do głośnej serii lubelskiego punkowca, z czym ciężko się nie zgodzić, ale wypadałoby zaznaczyć, że film broni się i bez jej znajomości (jednocześnie jak najbardziej zachęca do zapoznania się z nią).

Komiksy "Pały" to rysowane bardzo prostą i bardzo charakterystyczną kreską satyry. Brzydkie i chaotyczne, przepełnione czarnym humorem, nierzadko chamskie i wulgarne, zawsze celne. Jak w filmie wypowiada się prof. Jerzy Szyłak, jest to artysta jedyny w swoim rodzaju - jego specyficzny styl nie ma u swoich podstaw żadnych inspiracji, przed nim nikt w ten sposób u nas nie tworzył. Pionierski autor atakował kościół, państwo czy grupy nacjonalistyczne, ale bez oporów szydził też z tego, co nie podobało mu się w szeroko pojmowanym środowisku punkowym, z którego się wywodzi (był zresztą wokalistą dwóch kapel: 07 zgłoś się oraz Amen). O braku dystansu mowy więc nie ma.

"Pała" okazuje się być osobą brutalnie szczerą i chętnie dowcipkującą także na żywo, dzięki czemu "Zakazany owoc nr 6" stanowi niejako odbicie jego prac, szczególnie jeśli weźmie się pod uwagę formę filmu - surową i w pewnym sensie zadziorną (choć wcale nie tak, jak można by się tego spodziewać po obejrzeniu trailerów), niby niechlujną, ale przemyślaną. Od strony technicznej jest to rzecz bardzo nierówna - niektóre fragmenty wyglądają dosyć nieudolnie, niektóre "poprawnie", ale przez pozostałe przebija talent autorów. Jeden scena jest więc sfilmowana byle jak, a druga już pomysłowo (świetna, złożona z samych detali obserwacja Palinowskiego przy pracy), jedna cechuje się montażową niezgrabnością, a druga już precyzją (szczególnie wtedy, kiedy obraz podyktowany jest muzyką). Jedynym elementem, który od początku do końca pozostaje wadą, jest dźwięk - czasem trzeba naprawdę wytężyć słuch, aby wypowiedzi bohatera były zrozumiałe. Ale, co najważniejsze, mimo pewnego chaosu "Zakazany owoc nr 6" to pozycja spójna, a wspomniane mankamenty nie są w stanie przysłonić jej walorów.


Motywem przewodnim filmu są dążenia bohatera do otwarcia w Toruniu sklepu o wszystko mówiącej nazwie Komix Gadżet Shop. W międzyczasie otrzymujemy zaś wędrówkę po jego bogatym życiorysie - wspomnienia z dzieciństwa, opis narodzin sceny punk w PRL-u, komiksowe fascynacje, kilkuletnie wojaże po brytyjskich skłotach, wreszcie powrót do Polski wraz z żoną i dzieckiem. Na ścieżkę dźwiękową składają się utwory skrajnie różnych zespołów punkowych, od skocznego On Yer Bike przez brutalne The Bold and the Beautifull po elektroniczne Mass Kotki, nie zabrakło też pewnej dawki twórczości jednego z zespołów Palinowskiego .

Przy wspomnianych wojażach bohaterowi częstokroć towarzyszyła kamera, dzięki czemu sporo tu bardzo ciekawych materiałów archiwalnych, ponadto nie brakuje też wypowiedzi innych osób, czy to z jego najbliższego otoczenia czy ludzi ze środowiska komiksowego. Zdecydowanie dominuje jednak forma wywiadu-rzeki, sama w sobie monotonna i - ogólnie rzecz biorąc - szkodząca sztuce dokumentalizmu. Tyle że "Pała" okazuje się znakomitym gawędziarzem - kolejne anegdoty opowiada zawsze interesująco, często też zabawnie - czego w innej formie raczej nie dałoby się uchwycić, a przynajmniej nie aż tak. A więc wypadałoby przymknąć na to oko. To człowiek-samograj. Postawić go przed kamerą i film prawie gotowy. Le Kolektiff Negatiff dobrze więc wiedzieli, co robią. Inna sprawa, że widzowie niezainteresowani kontrkulturą raczej niewiele tu dla siebie znajdą.

Brak środków do realizacji filmu pełnometrażowego szybko rzuca się w oczy, ale panowie dobrze sobie poradzili. A to przecież dopiero debiut. Niewielu rodzimych filmowców niezależnych pochwalić się może udanym startem. Smuci tylko fakt, że "Pała" zdaje się nie być już zainteresowany fuchą komiksiarza. A po seansie "Zakazanego owocu nr 6" nie wątpię, że dziś obnażałby absurdy polskiej rzeczywistości równie trafnie, jak kiedyś.

piątek, 10 lutego 2012

#965 - Lublin w powieści graficznej

W grudniu 2011 w Lublinie, w wyniku wspólnych działań Macieja Pałki, Dominika Szęśniaka oraz Tomasza Pietrasiewicza, dyrektora Ośrodka Brama Grodzka/Teatr NN, powołany zostaje do życia Dom Słowa – Pracownia Komiksu. Działalność Domu Słowa doprowadziła do uruchomienia zinowej biblioteki, w ramach której, jeszcze w zeszłym roku, wydano trzy arkusze komiksowe: "Spotkania z Zuzią. Narodziny niezależnego ruchu wydawniczego w Lublinie", "13 XII 1981" oraz "Spotkanie z poetą: Marcin Świetlicki". Dwa pierwsze ukazały się tego samego dnia – 13 grudnia – czyli dokładnie w trzydziestą rocznicę ogłoszenia Stanu Wojennego, natomiast trzeci ukazał się dwa dni później.

Pierwsze z omawianych zinów, są przykładem publikacji typu edukacyjno-informacyjnego, które przybliżają i przypominają minione wydarzenia. Pomysł "obcowania z historią" za pomocą medium komiksowego, wydaje się być bardzo trafiony. Jestem przekonany, że dla wielu czytelników tych publikacji, szczególnie młodszych, są one pierwszym zetknięciem się z historią PRL-u, o której nie przeczytali w szkolnych podręcznikach. Sam pamiętam czołgi jadące główną ulicą pewnego prowincjonalnego miasta na Kaszubach, ale nie pamiętam słynnego przemówienia generała Wojciecha Jaruzelskiego, które przypomina czterostronicowy arkusz "13 XII 1981", przygotowany przez Macieja Pałkę. Natomiast zin "Spotkania z Zuzią. Narodziny…" składa się z dwóch nowelek: "Bibuła" oraz "Spotkania z Zuzią". O "Spotkaniach…" Maciej napisał do mnie w kilku słowach: "To było wyzwanie. Przerobiliśmy prawie 1000 stron materiałów. które i tak są wyborem ze źródeł. Zresztą, to są dwa zmiksowane scenariusze. Nigdy do tej pory nie pracowałem w ten sposób (chociaż podobny efekt uzyskałem w... "Laleczkach"), że ja napisałem swój scenariusz, a Dominik swój. One się uzupełniały, więc je zmiksowałem (w proporcji 1:3 na korzyść Dominika)".

I faktycznie, napisanie na podstawie suchych danych źródłowych, interesującej opowieści o dwóch lubelskich, pierwszych w Polsce powielaczach, które dały początek prasie podziemnej (samizdatowej) w PRL-u, nie było łatwym zadaniem. Ale się udało. W tej szesnastostronicowej broszurze narracja prowadzona jest przez przysłowiowe "gadające głowy", przedstawione z imienia i nazwiska, dodatkowo na dole strony zostały opatrzone biograficznymi przypisami, z których można się dowiedzieć, jaką rolę pełniła dana osoba podziemiu. Mimo zastosowania takiego zabiegu, broszurkę czyta się z zainteresowaniem. Pewnie dlatego, że to nie wspomniane gadające głowy są bohaterami tej opowieści, a urządzenie. Właściwe dwa urządzenia, dzięki którym przełamany został monopol państwowej cenzury, a takie pojęcia, jak "wolność słowa", "niezależność myśli", "różnorodność opinii" uzyskały pokrycie w rzeczywistości, czyli w druku. Publikacje takie jak "Zapis" czy "Spotkania", które wydawane były w drugim, podziemnym obiegu, miały duże znaczenie dla wielu ludzi żyjących w tamtych latach. I bardzo dobrze, że Dom Słowa przypomniał czasy powstawania i wydawania bibuły, ponieważ współczesny ruch związany z produkcją zinów ma swoje źródło w podziemnej "bibule". Mam tylko jedną, drobną uwagę dotyczącą scenariusza: bardzo słabo zaznaczono przejście w opowiadanej historii od pierwszego powielacza, do drugiego, ma się wrażenie, że wciąż jest mowa o tym samym urządzeniu.

Co się  tyczy zina "Spotkanie z poetą: Marcin Świetlicki", to jest on owocem warsztatów komiksowych, które Maciej Pałka prowadził z uczennicami Gimnazjum nr 19 w Lublinie w ramach programu "Miasto poezji". Próba z pewnością ciekawa, warta popierania. Jestem przekonany, że wiersze da się świetnie oddać za pomocą narracji obrazem, da się je wytłumaczyć/przełożyć na narrację komiksową. Jedynym problemem pozostaje słynne "co poeta miał na myśli?". Jednakże totalnie nie tędy droga, ponieważ należy odejść od dosłowności w przedstawieniu słów wiersza. Nie ilustrować, a interpretować. Dlatego za nieudany uważam komiks "Zakaz" autorstwa Magdy Chomiczewskiej i Anny Zwierzchowskiej. Nie należy także powielać stereotypów, poeta to też człowiek, z którym można się porozumieć, dogadać, który (czasem) ma coś ciekawego do powiedzenia. Nie wiem kto i dlaczego wybrał akurat te wiersze: "Kochanie", "Palenie" oraz "Baczność" Marcina Świetlickiego. Wybór nie jest zbyt trafny, ani szczęśliwy. Jestem przekonany, że w swoim poetyckim dorobku Świetlicki ma dużo wierszy, które swym tematem oraz wymową, świetnie trafiłyby do młodych osób. Sam pomysł adaptacji, czy też raczej interpretacji komiksowej, wierszy uważam za bardzo dobry. Podobno będą kolejne warsztaty, tym razem dla licealistów, mam nadzieję, że znów powstanie zin, bardzo chętnie się z nim zapoznam. Mam nadzieję, że tym razem wiersze poety, które będą podstawą scenariuszy, staną się integralną częścią broszury, a nie wkładką. Dodatkowo warto zamieścić kilka słów o samym poecie, jakieś przystępne dane biograficzno-bibliograficzne.

Dominik Szczęśniak i Maciej Pałka (scen.), Maciej Pałka (rys.), "Spotkania z Zuzią. Narodziny niezależnego ruchu wydawniczego w Lublinie", Lublin w powieści graficznej nr 1/13.12.2011, Ośrodek Brama Grodzka – Teatr NN, Lublin 2011.

Maciej Pałka (scen. i rys.), "13 XII 1981", Lublin w powieści graficznej nr 2/13.12.2011, Ośrodek Brama Grodzka – Teatr NN, Lublin 2011.

Sylwia Bryła i Marlena Skowrońska i Kamila Godlewska & Patrycja Sadowska i Monika Zgierska i Karolina Kubacka i Alicja Mielnicka i Magda Chomiczewska i Anna Zwierzchowska (rys. i il.), "Romans! Zbrodnia! Papierosy! – Marcin Świetlicki", Spotkanie z poetą 1/15.12.2011, redakcja Maciej Pałka, Ośrodek Brama Grodzka – Teatr NN, Lublin 2011.

czwartek, 2 lutego 2012

#960 - Ból

Piotr Harmaciński i Kamil Boettcher w swoim albumowym debiucie porwali się na komiks niemy. To forma, która powszechnie uchodzi za jedną z najtrudniejszych, ale obaj autorzy zdecydowali się na dość tradycyjną narrację, pozbawioną całkowicie jakichkolwiek znaków werbalnych.

Ale obyło się bez formalnego wyrafinowania czy jakichś nieszablonowych rozwiązań – to po prostu komiks bez słów. Podobnie jest w przypadku fabuły, która nie grzeszy oryginalnością, "Ból" jest opowieścią o inwazji z kosmosu opowiedzianą à rebours. Tym razem to ludzie przybywają na planetę, którą mieszkańcy mogą nazywać swoją ziemią, i zgodnie z tradycją praktykowaną od setek lat rozpoczynają inwazję. Zakuci w metalowe zbroje i uzbrojeni w wielkie spluwy, podbijając obcą planetę, dopuszczają się zachowań, o których nie można powiedzieć, że są ludzkie. Z perspektywy obcych jesteśmy bezosobowym złem przybyłym z gwiazd. Czytelnik poznaję fabułę z punktu widzenia jednego z autochtonów – najpierw zrozpaczonego świadka, w którym wkrótce zacznie budzić się bunt.

Po lekturze komiksu nie do końca jestem pewien powodów inwazji. Nie wiadomo, czy powodem masowych eksterminacji są jakieś złoża wartościowych surowców, znajdujące się na owej planecie, czy jest to po prostu radosna orgia zniszczenia. Niby w tle jednego z kadrów dymi jakaś fabryka, przemawiająca na rzecz pierwszej hipotezy, ale brakuje sceny mówiącej o tym wprost. Tak czy inaczej, poparte jakimiś mniej lub bardziej racjonalnymi przesłankami, działania ludzkich najeźdźców są po prostu złe.

Kreskę Kamila Boechttera umieściłbym gdzieś pomiędzy najbardziej turpistycznym Maciejem Pałką a stylem Jakuba Kiyuca. Ciosane grubymi konturami rysunki są komunikatywne – to plus. Minus – pozbawione są wszystkiego, co zmusza czytelnika do dłuższego zatrzymania się na danej stronie. Oprócz tego oprawa wizualna momentami jest mało czytelna. Fabuła graficznie poprowadzona jest poprawnie – tylko i aż. Jest płynnie i bez zgrzytów, ale trudno o zachwyt.

Biorąc do ręki album Harmacińskiego i Boechttera, byłem zaskoczony jego wysokim standardem edytorskim. Czasy ksero, kleju i domowego samizdatu już dawno minęły – satysfakcjonującej jakości druk, odpowiednio nasycona czerń, miły w dotyku papier. Hej, niektóre zeszytówki z Semika były wydane znacznie gorzej!

Autorzy "Bólu" zaczęli z wysokiego pułapu i właściwie udało im się z grubsza osiągnąć to, co chcieli – opowiedzieli całkiem zgrabną historyjkę science fiction. Schematyczną do bólu, nieprzełamaną żadnym oryginalnym akcentem, ale zawsze. I właściwie na tym muszą skończyć się pochwały – Harmaciński ma jakiś warsztat, umie rozplanować historię, ale na razie nie ma za wiele do powiedzenia. Konwencja s.f. może być metaforą – nie inaczej. Ludzi są źli i okrutni – naprawdę? Przed Boettcherem jeszcze sporo pracy, jeśli ze swoim stylem chce prowadzić narrację, a nie malować obrazy.

środa, 20 października 2010

#589 - Biceps nr. 01, czyli "ej, zróbmy sobie zina!"

"Biceps" okrutnie mnie zaskoczył, kolejny raz udowadniając, że Kraków leży na peryferiach komiksowego środowiska. O nowym zinie redagowanym przez tercet arcz, TeO i Ystad (w skrócie – kolektyw wydawniczy ATY) musiały chodzić jakieś kawagardowe ploteczki i kto miał wiedzieć, ten i tak wiedział, ale do mnie żadne wieści nie docierały. Oczywiście Łukasz coś tam półgębkiem wspominał, że pochłonięty jest przez jakieś papierowy projekt, ale gdzieżbym się spodziewał, że do Łodzi przywiezie swój własny komiks!
Pisanie o pierwszym numerze "Bicepsa" z pewnością będzie łatwiejsze niż konwentowe spotykanie się "w realu" z Łukaszem, którego znam już od dobrych kilku (czterech? - dwóch z kawałkiem! a.) lat, a ciągle czuje się trochę niezręcznie, jak nie przymierzając Pstrąg przy Śledziu. W sensie, że taki nieśmiały jestem. W przypadku recenzji jego komiksu, którego jest współredaktorem nie ma się co krygować!

Pomysł na "Bicka" narodził się w jednej z warszawskich knajpek, którą nie była jednak osławiona Kawangarda, tylko w Bar u Flisa. Wspomniany już Łukasz Mazur, a także Mateusz Trąbiński i Jacek Jastrzębski chcieli mieć własnego zina, który wpisywałby się w piękne tradycje rodzimej xeroprasy. W dobie komiksowego kryzysu i w czasach, kiedy ziny wychodząc z podziemia, stają się głównonurtowymi magazynami (przypadki "Jeju!"/"Kartonu", "Kolektywu" i "Ziniola") wydawałoby się, że takie spontaniczne przedsięwzięcia, robione przez zapaleńców dla czystej zabawy nie mają już racji bytu. Łukasz, Mateusz i Jacek udowadniają, że wcale tak nie musi być.

Graficznie rzecz biorą "Biceps" prezentuje się pysznie. Pozbieranych z różnych rejonów Polski (i nie tylko) artystów, różniących się stażem i komiksowym stylem łączy jedno – świetnie rysują. Wojciech Stefaniec, Daniel Grzeszkiewicz, Tony Sandoval, Marcin Podolec w nowym (znakomitym!) wcieleniu i reprezentant starej szkoły, Jacek Skrzydlewski, to prawdziwa pierwsza liga. Niestety, scenariuszowo nie jest już tak różowo i tak naprawdę trudno znaleźć coś, co by się wyróżniało się z typowej, zinowej młócki robionej dla kumpla. Natomiast ekipa "B" wpadła na kilka znakomitych pomysłów z "Na chłopski rozum/Babskie gadanie", kulinarnym kącikiem czy komiksową krzyżówką na czele. Szkoda, że to tylko smakowite rodzynki, umilające smak głównego, dość nijakiego, dania. Życzyłbym sobie więcej tego typu atrakcji w kolejnych numerach.Natomiast wszystko wskazuje na to, że mocną stroną "Bicepsa" będzie publicystyka. Redakcji udało się zebrać mocną kadrę ludzi umiejących o komiksie ciekawie pisać (Szymon Holcman, Tomasz Pstrągowski, Przemysław Pawełek oraz Andrzej Janicki w dość zaskakującej roli kulinarnego publicysty). Mam nadzieję, że do ekipy kilka piór jeszcze dołączy. Nieśmiało sugerowałbym mistrza ciętego felietonu Karola Kalinowskiego i pigułowe wcielenie Dominika Szcześniaka. Na tym tle dość niemrawo prezentują się teksty TeO i Ystada, a recenzje niepotrzebnie zajmują miejsce i powinny wylądować na stronie, albo tu, na Kolorowych Zeszytach.

Po zaliczeniu pierwszego "Bicka" miałem podobne wrażenia, co po przeczytaniu premierowego "Kartonu". Bo to niby szybka, lekka i w założeniach przyjemna lektura, ale szału nie ma. Miałem spore wątpliwości, co do potencjału magazynu kultury cartoonowej, ale z czasem zostały one całkowicie rozwiane. "Karton" wyrobił sobie swój charakter, kilkoma komiksami zbudował dobrą markę i tego przede wszystkim wypada życzyć ekipie "Bicepsu" – czegoś, czym będą się wyróżniali na rynku, czym będą mogli przyciągnąć czytelników. Nie licząc kilku fajnych patentów i publicystyki na razie jest dość nijako. W perspektywie Komiksowej Warszawy, na której ma ukazać drugi numer, warto oprócz masy, wyrabiać również charakterność.

czwartek, 14 października 2010

#583 - Kulturalne Czwartki (1): dziesięć lat gniewu

Dzisiaj startujemy z Kulturalnymi Czwartkami - nowym cyklem, który poświęcamy w całości wydawnictwu Kultura Gniewu, obchodzącemu w tym roku dziesięciolecie swej działalności. Na pierwszy ogień idzie wpis traktujący ogólnie o wydawnictwie, nieco przybliżający jego historię. Po bardziej szczegółowe dzieje KG (między innymi) zapraszamy na ziniolowe Gniewne Popołudnia. Każdy z wpisów przyozdobimy urodzinową grafiką, którą specjalnie na ten cel stworzyli różni artyści związani z wydawnictwem. Dzisiaj jest to rysunek Karola Kalinowskiego, który w zeszłym roku pod szyldem KG wydał hitową "Łaumę", uznaną za Album Roku na niedawnej emefce! Sto lat, Kulturo!

Równo dziesięć lat temu, w październiku 2000 roku, pod szyldem nowego wydawnictwa Kultura Gniewu prowadzonego przez Jarosława Składanka ukazało się wydanie zbiorcze "Zakazanego Owocu" Dariusza Palinowskiego. Natomiast dekadę później historia zatoczyła koło i na sklepowe półki trafiło ekskluzywne wznowienie pierwszego komiksu KG wzbogacone o przygody braci Kowalskich i inne komiksy Pały. Tym (między innymi) miłym akcentem zaczynają się obchody 10-lecia jednego z najważniejszych rodzimych wydawnictw komiksowych.

Od początku XXI wieku wiele się w komiksowym światku zmieniło. Przede wszystkim powstał rynek (tudzież "ryneczek" jak to niektórzy wolą go określać) komiksowy, pojawiły się profesjonalne wydawnictwa a wraz z nimi klasyka komiksu światowego, wcześniej nie dostępna na półkach księgarń. Zmieniała się również Kultura Gniewu, która po czterech latach z jednoosobowego wydawnictwa przeistoczyła się w trójgłową instytucję. Do założyciela dołączył Paweł Tarasiewicz oraz Szymon Holcman, a wraz z nimi przywędrowały komiksy zagranicznych twórców. Znana do tej pory z wypuszczania na światło dzienne albumów jedynie polskich komiksiarzy (w tym m.in. Jakuba Rebelki, Benedykta Szneidera, Tadeusza Baranowskiego czy Ryszarda Dąbrowskiego) Kultura, w 2005 roku wydała "Damskie dramaty" Szwajcarki Anny Sommer, której nazwisko stało się nieoczekiwanie silnym punktem "gniewnego" CV w kontaktach z zagranicznymi wydawcami.
Kolejne pięć lat wydawnictwa to już zupełnie inna historia. Poszerzenie składu sprawiło, że komiksy z KG zaczęły wychodzić coraz częściej. W 2006 roku pojawił się m.in. "Exit" Thomasa Otta, jedno z najsłynniejszych dzieł Daniela Clowesa "Ghost World" czy "Bend" popularnego u nas Mawila. Natomiast kolejne lata to chociażby "Alieen" Lewisa Trondheima, "Kot Fritz" Roberta Crumba – absolutnego klasyka jeśli chodzi o komiks niezależny, "Black Hole" Charlesa Burnsa czy "Trzy cienie" Cyrila Pedrosy. A to zaledwie wierzchołek góry lodowej, bo tytułów wartych najmniejszej choćby wzmianki jest znacznie więcej. Oprócz pokazywania czytelnikom komiksowych perełek z całego świata, Kultura nie zapomniała o rodzimych twórcach i na przestrzeni tych kilku lat zdołała zgromadzić pod swoimi skrzydłami jedne z najciekawszych nazwisk polskiej sceny komiksu. Najważniejszym z nich wydaje się Michał Śledziński, który przez ostatnie lata mocno związał się z KG i to pod ich szyldem wydał (póki co) dwie z trzech części serii "Na szybko spisane", pierwszy sezon "Wartości rodzinnych" (spin-offy w drodze!) czy wyczekiwane przez niejednego zbiorcze wydanie kultowego "Osiedla Swoboda" (drugie wydanie już niedługo). Po piętach depcze mu Karol "KRL" Kalinowski, który co prawda do tej pory wydał w Kulturze jedynie "Łaumę", ale ta szybko okazała się hitem, który wkrótce zawitać może również na wielkich ekranach. A jest przecież jeszcze Marek Lachowicz, który co czas jakiś przybywa z kolejnym albumem z przygodami bohaterów z uniwersum Człowieka Paroovki, Jakub Rebelka za każdym razem oszałamiający czytelnika warstwą graficzną swoich komiksów czy "młodzi gniewni", jak Marcin Podolec i Robert Wyrzykowski ("Kapitan Sheer") czy Maciej Łazowski ("Boska tragedia"), którzy w Kulturze zaliczyli swoje albumowe debiuty.

Ale wydawnictwo, nawet z najlepszymi twórcami i komiksami, nie istniałoby bez czytelników, z czego KG doskonale zdaje sobie sprawę i dba o nich jak tylko może.

Przede wszystkim poprzez tytuły, które wypuszcza na światło dzienne. Tak jak już wspomniałem wyżej, dzięki Kulturze Gniewu polski czytelnik mógł zapoznać się z twórczością Clowesa, Otta czy Crumba, ale również Adriana Tomine ("Niedoskonałości"), Paula Hornschemeiera ("Trzy paradoksy"), fantastycznego Guy Delisle'a ("Phenian", "Kroniki birmańskie", "Louis na plaży") czy zdobywczyni Eisnera, Rutu Modan ("Rany wylotowe"). Kilka nazwisk można by jeszcze oczywiście podać, ale nie chodzi tu o samą wyliczankę, a raczej pokazanie w jak różnorodne komiksowe rejony zabiera swoich czytelników wydawnictwo. Alternatywa, mejnstrim, komiksy ambitne, humorystyczne, groza, obyczaj, dokument – to i jeszcze więcej znaleźć można w komiksach KG. Banalne, ale prawdziwe - dla każdego coś miłego.
Kolejnym mocnym punktem każdej publikacji Kultury jest jej wydanie. Jak wspomina w wywiadach założyciel KG, przygotowanie "Zakazanego owocu" do druku zajęło trzy lata, a w recenzji albumiku na Gildii można wyczytać, iż "pod względem edytorskim przebija wiele pozycji wydawanych przez naszych "potentatów" komiksowych". Śmiało można powiedzieć, że przez te dziesięć lat zmieniło się tyle, że obecnie to Kultura Gniewu jest jednym z owych potentatów, zaś same wydania nieustannie stoją na wysokim poziomie. Podejście wydawnictwa do każdej z publikowanych pozycji jest mocno indywidualne, czego najlepszym przykładem niech będzie "Przybysz" Shauna Tana. Fenomenalna graficznie niema powieść, której zapewniono iście królewskie wydanie – twardą, tłoczoną i lakierowaną okładkę, grubą kredę w środku i zakładkę. Ale owa dbałość nie dotyczy tylko pozycji znanych i obsypywanych nagrodami na całym świecie, ale również albumów dopiero przebijających się do świadomości komiksiarzy.

Dobre tytuły i jakość wydania - jeśli by się uprzeć, można w mniejszy lub większy sposób przypisać te dwie cechy w zasadzie każdemu z wydawców. Jest jednak rzecz, której może pozazdrościć Kulturze Gniewu czy to Egmont czy timof comics czy każdy inny – kontakt z czytelnikami. Blog wydawnictwa prowadzony jest od ponad czterech lat (do tej pory jest to jedyne wydawnictwo, które zdecydowało się na taką formę promocji) i można na nim znaleźć tony informacji, zdjęć, zapowiedzi, plotek i ploteczek. Pomimo założenia profilu na facebooku (prawie 2000 znajomych!), jest on nadal aktualizowany i stanowi świetne źródło informacji. Przyczepić można się jedynie do strony oficjalnej, która od lat jest w "stanie przejściowym" i zapowiadane są jej modyfikacje, ale z drugiej strony ta "prehistoryczność" w porównaniu ze stronami w których forma przeważa nad treścią ma swój urok. To tyle jeśli chodzi o obecność KG w internecie, w "rilu" też się trochę dzieje. W przeciwieństwie do kilku innych edytorów, dla których wydanie komiksu jest ostatnim etapem po którym liczone są już tylko zyski (lub straty), w Kulturze jest to dopiero połowa drogi. W ramach promocji tytułów organizowane są kameralne spotkania z twórcami czy też nieco większe imprezy, jak np. pamiętne Wąsate Spotkania Komiksowe (nazwa nieoficjalna, marzec 2010) związane z premierą m.in. "Gangu Wąsaczy", które jeszcze długo będzie się pamiętać, chociażby ze względu na nieodłączny element większości komiksiarzy tego wieczora – wąsów.
Kultura Gniewu wprowadziła mnie do świata komiksów nieco ambitniejszych i pokazała, że kadry i dymki to nie tylko "laser z dupy" z TM-Semic, ale i rzeczy znacznie poważniejsze. Po latach komiksowej posuchy w moim życiu (kiedy to stwierdziłem, że to jednak hobby dla dzieci), była - a raczej jej komiksy były - jednym z głównych powodów, dla których zacząłem zagospodarowywać swoje półki na nowo "kolorowymi zeszytami". I za to chociażby dziś chciałbym podziękować! Więc jeszcze raz - sto lat, Kulturo!

czwartek, 8 kwietnia 2010

#415 - Karton 3!

Zupełnie ekskluzywnie, premierowo i jako pierwsi na świecie mamy zaszczyt i przyjemność zaprezentować okładkę i kilka informacji dotyczących trzeciego numeru "Kartonu". Autorem okładki jest jak zawsze Jakub Tschierse, który tym razem wziął się za Człowieka Paroovkę!

Bohater wymyślony przez Marka Lachowicza znajdzie się również w środku numeru w zupełnie premierowej historii! Oprócz niego czytelnicy będą mieli okazję spotkać się z pozostałymi postaciami znanymi już z kart kwartalnika.

Trzeci numer przyniesie też nowość w postaci kolejnej serii o nazwie "Rubino" autorstwa Karola Kalinowskiego. Jak przekazał nam zaufany informator (który chciał jednak pozostać anonimowy): "Są to perypetie rubinowego jednorożca, który tylko z pozoru jest miłym i przyjaznym zwierzątkiem. Jego wyczyny są rejestrowane w formie komiksu przez rysownika, który pełni podobną rolę jak Jaskier w 'Wiedźminie' - czyli jest takim komiksowym bardem. Karol prezentuje Rubina w formie zamkniętych jednoplanszówek, a jak pamiętamy z 'Produktu' czuje się w tym jak ryba w wodzie!".

Tradycyjnie, jak co numer, w środku "Kartonu" znajdzie się miejsce dla zagranicznych gości. Tym razem będzie to Oscar Medina Hernandez, który na stałe współpracuje z meksykańskim magazynem "MAD", i który w "trójce" zaprezentuje cztery humorystyczne jednoplanszówki. Próbkę twórczości mistrza cartoonowej kreski rodem z Meksyku można podziwiać chociażby na blogu z komiksem "Micro", na którym gościnnie wystąpił kilka razy Oscar.

Za "Szczyptę realizmu" odpowiada tym razem Paweł Sambor, który stworzył klimatyczną grafikę przedstawiającą jednego z bohaterów komiksu "Ćmy" Tomasza Pastuszki.

Pomimo nowej serii KRLa, i tym samym zwiększonej ilości stron (o cztery) cena "Kartonu" pozostaje niezmienna i wynosi jedyne 5 złociszy (za 40 stron). Jest to zasługą m.in. firmy Pastel Games, która od trzeciego numeru sprawuje cichy patronat nad magazynem Piotrka Nowackiego, Tomasza Pastuszki i Bartosza Sztybora.

Premiera nowego numeru już za nieco ponad tydzień na Komiksowej Warszawie! Przy okazji festiwalu będzie mieć również miejsce wystawa "Kartonowe ludziki", w zlokalizowanej w samym centrum klubokawiarni Lorelei, na której prezentowane będą grafiki z postaciami znanymi z kwartalnika kultury cartoonowej. Cytując za oficjalną stroną festiwalu: "Flitlicz, Estera, Matylda czy Rubino czyli wystawa przedstawiająca sylwetki bohaterów komiksów publikowanych w magazynie "Karton". Stworzone przez siebie postacie prezentują autorzy: Ewa Juszczuk, Karol Kalinowski, Marek Lachowicz, Maciej Łazowski, Piotr Nowacki, Tomasz Pastuszka Marcin Surma, Przemysław Surma, Bartosz Sztybor i Bartosz Szymkiewicz. (Kurator wystawy: Tomasz Pastuszka)".

Premier kolejnych numerów można się spodziewać w czerwcu na Bałtyckim Festiwalu Komiksu (Gdańsk), w październiku na Międzynarodowym Festiwalu Komiksu (Łódź), w okolicach stycznia 2011 roku czy drugiej edycji Komiksowej Warszawy.

Póki co, zapraszamy do wysupłania piątaka na trzeci numer "Kartonu"!

środa, 3 marca 2010

#388 - RoboGil: Kolektyw #6


Robert Wyrzykowski: Czas szybko leci - ledwo trzy lata temu dyskutowaliśmy o pierwszym numerze "Kolektywu", a tutaj chłopaki wydają już numer szósty. Nie da się ukryć, że w międzyczasie "Kolektyw" jako pismo przeszedł długą drogę. Trzy lata temu była to amatorska akcja, gwiazdy webkomiksu z parciem na papier, sporo słabych komiksów łapanych na siłę i generalnie lekkie podśmiechujki w środowisku. A teraz - sroga selekcja, rosnący prestiż, uznani komiksiarze w środku, oficjalna premiera wespół z Kulturą Gniewu. Nobilitacja pełną gębą?

Daniel Gizicki: Może po prostu progres? Przecież ekipa skupiona wokół magazynu ślepa nie jest i potrafi krytycznie spojrzeć wstecz. Miesiąc po premierze "jedynki" autorzy byli zachwyceni, ale teraz zapewne z rozbawieniem przyglądają się swoim wczesnym wytworom. Fakt wspólnej premiery z KG nie poczytuję jako "nie wiadomo jak wielkie WOW!", raczej jako kolejny objaw integracji grajdołka.

RW: Zachwyt po premierze pierwszego numeru był w sumie uzasadniony - rozszedł się on jak świeże bułeczki, zadziałała magia nazwisk... chociaż pamiętam, że ze sprzedażą "dwójki" już nie było tak różowo.

DG: Myślę, że to norma. Dużo ludzi było ciekawych co też netkomiksiarze spłodzili, inni sięgnęli po prostu po nowy zin. A niższa sprzedaż "dwójki"? Trudno się dziwić, poprzedni numer zdecydowanie nie powalał poziomem.

RW: Po dwóch pierwszych numerach nastąpiła zmiana konwencji. Radosny freestyle zastąpiły antologie tematyczne, wzorem "Jeju" i "Maszina". Po dwóch kolejnych numerach dołączyły serie. W międzyczasie zmieniła się organizacja pracy - wcześniej nad doborem komiksów decydował cały Netkolektyw - jak w prawdziwej komunie. Dzięki temu prawie każdy z redakcji miał zapewnione wejście do numeru. W międzyczasie "władzę" przejęła Dolna Półka (Bartek Biedrzycki, Robert Sienicki, Jan Mazur) i wprowadziła bardziej kapitalistyczne podejście. Otwarcie na twórców niekoniecznie tkwiących w webkomiksowym półświatku zmusiło członków Netkolektywu do konkurowania jakością, jako że nikt już nie miał zapewnionego miejsca w kolejnym numerze. Nie wszyscy niestety temu podołali, ale kilka osób z oryginalnego składu dotrzymuje kroku, co tylko cieszy.

DG: To prawda i sądzę, że bardzo to dobrze zrobiło magazynowi. Zdrowa konkurencja, kryterium jakości decydujące o przyjęciu do druku... Wykruszyli się ci, których już sama obecność w Netkolektywie (który rozumiałem jako taką webkomiksową elytkę) mocno mnie dziwiła. Z drugiej strony niezmiernie cieszy rozwój jaki na przestrzeni tych 6 numerów można zauważyć u niektórych twórców z pierwotnego składu. Taki Łukasz Okólski czy Igor Wolski – jak dla mnie ci dwaj rysownicy to taka stała dobra wizytówka "Kolektywu". Ale rozwój widać też u tych, którzy dołączyli później, a największym odkryciem jest Tomasz "Spellcaster" Grządziela. Na początku to mi mocno Mignolą pachniał ale teraz to gościu trzaska komiksy aż miło!

RW: Ano, Grządziela wypracowuje swój własny, coraz lepiej rozpoznawalny styl. Jego "Ja potwór" z szóstego Kolektywu graficznie daje po garach, jedna z lepszych rzeczy w tym numerze... w którym tak naprawdę brak jakichś szczególnie słabujących komiksów. Wszystko jest co najmniej dobre.

DG: No właśnie, pogadajmy o tym nowym numerze, bo o poprzednich to już powiedziano wystarczająco. Uważam, że "szóstka" ma kilka potencjalnych hiciorów. Komiks Grządzieli jest na pewno jednym z nich, ale mi totalnie po łbie dały "Gniew Kehtanita" Biedrzyckiego i Lucjana Pakulskiego oraz "Wstecz" Kajetana Wykurza. No tak dobrych szorciaków to ja dawno nie widziałem. Jeśli włodarze MFK zmienią regulamin konkursu na krótką formę i dopuszczą dziełka już publikowane, "Gniew..." grand prix, nagrodę publiczności i nagrodę "Przekroju" ma jak w banku!

RW: "Gniew Kehtanita" jest jak dla mnie zdecydowanie komiksem numeru. To chyba najlepszy scenariusz Biedrzyckiego jaki kiedykolwiek czytałem, świetnie zrealizowany przez Pakulskiego. Godai'emu dobrze to wyszło, widać że to go szczerze pasjonuje - uważam, że powinien pisać więcej historii osadzonych w indiańskich klimatach. Kapitalne jest również "Wstecz" Wykurza - niebanalny pomysł, niepokojąco stopniowane napięcie i to wszystko zrealizowane z prawdziwym sznytem graficznym. Podoba mi się pomysł i fabuła Kuczyńskiego w "Potworze" oraz zgrabna popkulturowa puenta "Ech" Mazura i Ewy Jędrzejczak.

DG: No i świetne jednoplanszówki. Robert, a serie?

RW: W poprzednim numerze były trzy serie. W tym już cztery, w tym dwie zupełnie nowe – "Sarkis Karchazjan" Daniela Gizickiego i Rafała Trejnisa oraz "Drużyna A.K." tria Sienicki, Mazur i Wolski - nie wiem czy osadzona w uniwersum "Rycerza Janka", ale bardzo mi je przypominająca. Żałuję, że odpadła "Miska owoców", która była dla mnie komiksem piątego "Kolektywu".

DG: Ale ta "Drużyna" to w "piątce" była, jeno nie jako seria. Ale co sądzisz o samej idei puszczania komiksów w odcinkach? Bo ja szczerze mówiąc nie wierzyłem, że to wypali. Zwłaszcza, że "Kolektyw" ma taką a nie inną częstotliwość ukazywania się nowych numerów...

RW: Szczerze mówiąc - sama idea jest dla mnie przeciętna. Twórcy równie dobrze mogą zapomnieć o tym, że mają jakiś komiks zrobić raz na pół roku - albo też zarzucą w międzyczasie ten projekt. Czytelnik też się specjalnie nie przywiąże do komiksu, który czyta dwa razy do roku. Może gdyby to były serie, które regularnie pojawiają się w różnych zinach - jak "Destyluch" - albo odcinki tytułów dostępnych w Internecie? Nie mówię, że serie to zły pomysł, po prostu zastanawiam się ile z tych serii zobaczymy w siódemce.

DG: Czy ja wiem? Potem kompletuj te wszystkie ziny, żeby szukać odcinków jakiejś serii... Myślę, że raczej można by pójść w sieć, to znaczy co dwa miechy wkładać do netu odcinek, a te, które wypadną w okresie publikacji kolejnych numerów "Kolektywu" dawać na papier. Tylko czy to by wypaliło? Czy twórcy by tak chcieli – wszak papier ponoć uszlachetnia? Czy by przede wszystkim dali radę, w końcu wykonać co dwa miechy 10 stron, gdy się normalnie pracuje na etacie, lub studiuje, nie zawsze jest wykonalne? Poniekąd tą drogą poszli chłopaki (Sienicki, Okólski) z "Recours", ale czy to by zdało egzamin w przypadku wszystkich serii?

RW: Myślę, że zdaje w przypadku "Destylucha" Bartosza Sztybora i Macieja Pałki... tyle że to seria szczególna, raczej tajemnicza układanka, którą chłopaki publikują w przeróżnych zinach od paru lat, bawiąc się (z) czytelnikiem - o ile któryś z nich zadaje sobie trud skompletowania i analizowania tego uniwersum. Odcinek z szóstego "Kolektywu" wydaje się łączyć z którymś tam z poprzednich odcinków, kojarzę te babkę z kolczykami w kształcie swastyk. Sztyborowi nie można odmówić wyobraźni w kreowaniu niesamowitych postaci, jakie przewijają się przez "Najwydestyluchniejszego". Jak całość wyjdzie w praniu, przyjdzie nam ocenić podczas lektury albumowego wydania.

DG: No pewnie i tak. Dobra, to może zacznijmy podsumowywać 6 numerów i trzy lata istnienia "Kolektywu" takimi najlepsze/najgorsze. Najlepszy komiks?

RW: Najlepsze ze wszystkich sześciu?

DG: A co się będziemy!?

RW: Najgorsze to chyba grafomańskie bohomazy Skarży, które regularnie były publikowane aż do czwartego numeru. Najlepsze... hmm... trudno wskazać. "Gniew Kehtanita" i komiks Wykurza z tego numeru, z poprzednich pamiętam świetne szorty Unki Odyi i Tomka Grządzieli (#4).

DG: Hy! To ja mam podobnie. Największe pomyłki to Skarża i w sumie większość zawartości pierwszych dwóch numerów. Najlepiej wypadają te najnowsze komiksy – to co wspominasz, jeszcze dla mnie wypasem była "Legenda o szczurzym harfiarzu" Dakuba Jebskiego i Wolskiego oraz ten komiks z masą zer i jedynek w tytule autorstwa Daniela Chmielewskiego. No i bardzo, bardzo podobały mi się okładki "trójki", "piątki" i "szóstki". Weź se je porównaj z kaszaniastą okładką "jedynki"...

RW: Zdecydowanie można powiedzieć, że "szóstka" to dobry numer, a w związku z brakiem innych wydawnictw - w tym momencie zdecydowanie bezkonkurencyjny... No właśnie. Dostrzegam w tym momencie swego rodzaju zmierzch zinów - być może to tylko chwilowy sen zimowy, a może po prostu znak wirtualnych czasów, gdzie każdy ma bloga, Twittera i konto na Digarcie. Nie wychodzi "Maszin", "Jeju"; nie słyszy się w kuluarach o nowych ambitnych planach - a jeszcze parę lat temu zdawało się, że każdy chciał mieć własny magazyn. W tym momencie obecne są jedynie zinowy tylko z nazwy "Ziniol", "Karton", który ma aspiracje do bycia masowym magazynem komiksowym... No i "Kolektyw", który też dryfuje w kierunku magazynu. Czy jest on takim Ostatnim Mohikaninem zinów, że zainspiruję się tutaj komiksem Biedrzyckiego i Pakulskiego?

DG: Oj tam, zaraz zmierzch. Może chwilowy przesyt po prostu. Zobaczysz, minie trochę czasu to pojawią się znowu ziny. Nie te co dotychczas to inne, tworzone przez nowych ludzi. W końcu wydać zina to nie problem, a kolejni komiksiarze rosną... I pewnie za chwilę będziemy narzekać na młodziaków, że słabiznę produkują, a oni za dwa-trzy lata, w szóstym zrobią takie komiksy, że hoho!

RW: Problem nie problem - zamrożenie kasy, drukarnie, dystrybucja, zysk z tego żaden. Trochę do tej refleksji zainspirowała mnie sama Dolna Półka, publikując trzy pierwsze numery "Kolektywu" na swojej stronie. Prawie wszyscy i tak mają stałe łącze.

DG: No ale wolałbyś, żeby zrobili dodruk?

RW: Nigdy w życiu! Tak sobie po prostu zastanawiałem, czy w niedalekiej przyszłości ziny w pdfkach nie wyprą zinów na papierze. Autorzy i tak publikują za darmo. Ale to się okaże w swoim czasie. Tymczasem, "Kolektyw" #6 zdecydowanie polecam.

DG: Przesadzasz, dopóki żyją takie zgredy jak my co lubią papier, to chyba nie przeniosą nam wszystkiego do sieci? Właśnie! Nie przenośta nam zinów do sieci! A "szósteczkę" polecam zdecydowanie. Bo to kawał dobrego zina jest.

sobota, 20 czerwca 2009

#187 - New British Comics

Przeciętnemu polskiemu czytelnikowi udało się dożyć czasów, kiedy wirtualne półki sklepów komiksowych uginają się pod naporem dziesiątek albumów, zeszytów i tomików. I to nie tylko tych, importowanych z najbardziej rozwiniętych rynków (amerykańskiego, japońskiego czy frankofońskiego), ale również z komiksowych peryferiów, jak Portugalia, Szwecja, Finlandia, Rosja, Niemcy. Wielką Brytanię możnaby umieścić gdzieś pomiędzy tymi dwoma biegunami, wszak jest to ojczyzna magazynu „2000 A.D.” i sędziego Dredda. Komiks wyspiarski prezentowany jest w Polsce szczątkowo, głównie przez obfity dorobek szkockich i angielskich emigrantów, jak Alan Moore, Neil Gaiman, Grant Morrison czy Warren Ellis, tworzących w Ameryce. Próbą wypełnienia tej luki jest projekt Karola Wiśniewskiego „New British Comics”, który swoją premierę miał podczas. marcowych Warszawskich Spotkaniach Komiksowych. Na jego łamach zaprezentowano prace młodego, wybijającego się dopiero na komiksową dojrzałość pokolenia Brytyjczyków. Lwią część stanowią twórcy tuż po swoich debiutach, mający najczęściej na swoim koncie pierwsze prace, choć zdarzają się również weterani ołówka, jak Timothy Rees, powoli pukający do mainstreamu.

Wiadomo, jak to bywa z antologiami – „czasem słońce, czasem deszcz”. Z „New British Comics” jest trochę tak, jak ze sprowadzeniem zagranicznych futbolistów przez polskie kluby piłkarskie. Z reguły jest to piłkarski szrot z Bałkan, piątoligowcy z Ameryki Łacińskiej albo odrzuty ze Słowacji bądź Czech nie nadający się na grę nawet w rezerwach. Ale czasem uda się trafić będąca na dorobku perełkę, którą po jednym, dwóch udanych sezonach, za kilka milionów euro zostanie wyekspediowana do lepszego piłkarsko świata. Obok komiksów trącających jeszcze nieco amatorszczyzną, jak „Towarzysze Broni” Petera Rogersa, Toma Walsha i Jarosława Zielińskiego czy „Jackie idzie do piekła” Dana White`a, chamskich, (a do tego kiepskich) andergrandów w stylu pracy Malcy Duff czy „Bezsensu życia wg Elexendera Browne`a” oraz komiksów mieszczących się w kategorii „jest ok., może następnym razem” („To szczera prawda…” Daniela Locke`a oraz „Andromeda i wąż morski” Tony`ego Hickmana i Leonie O`Moore) znaleźć można dwa, przepyszne rodzynki.

Pierwszym z nim jest „Damienne Hobbs Odbija” (fragment prezentowany powyżej) Nelsona Evergreena, frywolnie napisana etiuda, będący wariacją na temat „Alicji po drugiej stronie lustra”. I tylko żal, że został zaprezentowany jedynie w odcieniach szarości, bo znakomite malarskie rysunki Evergreena o wiele lepiej prezentowałby się w pełnej palecie barw. Drugim rodzynkiem są dwa jednostronicowe szorciaki „Charlie Parker: Złota Rączka” (fragment prezentowany obok). Humorystyczne opowieści leniwym fachowcu od wszystkiego Paula O`Connela i Lawrence`a Elwicka tryskają niebanalnym humorem doprawionym igraszkami z formą komiksu.

Z pewnością trudno o jakieś wiążące oceny brytyjskiej sceny komiksowej po lekturze jednej, 80-stronnicowej antologii, prezentującej poziom rodzimego „Jeju”. Na pewno cieszy sama inicjatywa przedstawienia polskiemu odbiorcy tego, co dzieje się po tamtej stronie kanału La Manche. Znajdujący się na okładce napis „Nr. 1, marzec 2009” każe sądzić, że na jednej antologii brytyjskiego komiksu się nie skończy, a „NBC” stanie się tytułem cyklicznie przedstawiającym komiksowe dokonania wyspiarzy. Oby jak najlepsze.

piątek, 8 maja 2009

#173 - Rzut za Trzy: Nie warci...

Po szybkiej wizycie za Oceanem i audiencji u prezesa Osborna, wracamy z Rzutem z Trzy na krajowe parkiety, na których pojawią się trzy komiksy, z mojego ostatniego zamówienia. Po każdym z nich spodziewałem się mniej lub więcej i każdy okazał się mniejszym lub większym rozczarowaniem. Żadna z poniższych pozycji nie zasłużyła sobie na oddzielny tekst, pełen recenzenckich inwektyw, jak miało to miejsce w przypadku „Nieba nad Brukselą”.

„Komiks W-Wa”
Scen.: Alex Kłoś, Tomasz Kwaśniewski
Rys.: Przemysław TRUST Truściński
Cena: 42,90
zł

W komiksie traktującym o życiu codziennym polskiej stolicy i jej mniej lub bardziej niezwykłych mieszkańców nie znalazłem niczego interesującego. I nie mówię tego, jako zawistny i z definicji nieprzepadający za przysłowiową „warszaffką” krakowiak. Po prostu nie za bardzo wiem jak ugryźć pracę warszawskiego (mniej lub bardziej) tercetu autorów związanych (mniej lub bardziej) z „Gazetę Wyborczą”, w której pierwotnie poszczególne odcinki „Wa-wy” były publikowane. Bo jak na dokument, pokazujący sceny z życia Warszawy i Warszawiaków, komiks jest zbyt powierzchowny i wybiórczy, momentami irytujący politycznymi wkrętami. Jak na oryginalną obrazkową publicystykę – zbyt toporny, siermiężny i chyba niezbyt oryginalny. Jak na zbiór komiksowych pasków – zwyczajnie kiepski, bo zaledwie kilka z tych prawie 150 stripów może zaskoczyć celną puentą („Operacja Pigułki niepamięci”), interesująca konstrukcją („Zaczarowany ołówek”) czy trafną obserwacją obyczajową („Drzemiące składy”). Jak na pracę o Warszawie zaskakująco mało warszawski, bo podobnych ludzi i historie można znaleźć w każdym z większych polskich miast (niech będzie ten Kraków). Wreszcie jak na komiks – niezbyt niezwykły w porównaniu z iście niespotykanym i nieporęcznym w lekturze formatem. No i nie spodziewajcie się cudów po oprawie graficznej Truścińskiego, który z pieczołowitością przerabiał zdjęcia na ilustracje (jak sądzę).

„Pierwsza Wiosna”
Scen. oryginalny: Klaus Kordon
Scen. adaptowany: Gerlinde Althoff
Rys.: Christoph Heuer
Cena: 40
zł

Karol Konwerski przestrzegał mnie przed komiksem Gerlinde Althoff i Christopha Heuera, bardzo wymownie określając go zwyczajną kupą. I po lekturze obrazkowej adaptacji powieści Klausa Kordona nie pozostaje mi nic innego, jak tylko zgodzić się z takim sądem. Przede wszystkim „Pierwsza Wiosna” to komiks fatalnie zrobiony. Topornie narysowany, pozbawiony komiksowego wyczucia, z licznymi błędami w rzemiośle. Nie znając literackiego pierwowzoru, mogę tylko przypuszczać, że albo trzeci tom „Trylogii czasów przełomu” jest niemiłosiernie nudny, albo, że został spartaczony w adaptacji. Obrazkowa wersja „Der Erste Fruhlig” pozbawiona jest jakiegokolwiek szkieletu fabularnego, to zbitek epizodów, które nie tworzą spójnej całości. W komiksie brakuje dramatyzmu, napięcia, żaden z niezbyt ciekawych i mizernie nakreślonych bohaterów nie wybija się zdecydowanie na pierwszy plan, a nie ma ich znowu tak dużo by złożyli się na zbiorowy obraz pewnej społeczności. Co gorsza, utwór Althoff, Heuera (i Kordona być może) dotyka bardzo złożonego i wciąż chyba kontrowersyjnego tematu Niemców, którzy byli takimi samymi ofiarami II Wojny Światowej, jak choćby Polacy. Trochę za wysokie progi, szanowni autorzy. I, jak już Konwerskim zacząłem, to już Konwerskim skończę, uciekając się do jego chwytliwego bon motu, napisze, że „Pierwsza Wiosna” jest wypryskiem na zdrowej cerze literatury.

„Bi-Bułka i Pierogi Ruskie”
Scen. i rys.: Rafał „Otoczak” Tomczak
Cena: 20
zł

Pierwsza „Bi Bułka” była prawdziwą petardą, która oprócz tego, że rozpętała niezłą burzę w polskim piekiełku komiksowym, okazała się naprawdę godną uwagi pozycją. Kompletnie odjechaną, undergroundową jazdą, której nie powstydziłby się Tadeusz Baranowski za swoich najlepszej lat, wydatnie wspomagany środkami psychoaktywnymi. Przyznam, że wiele obiecywałem sobie po zapowiadanym sequelu podróży mistrzów rachowania i zapamiętywania po jaźni Otoczaka, więc tym bardziej zawiodłem się na „Bi Bułce i Pierogach Ruskich”. Autor popełnił błąd, który najbardziej irytuje mnie przy kontynuacjach – zrobił ten sam komiks, tylko po raz wtóry. Drugiej „Bi Bułce” brakuje powera, którą miała pierwsza część. Rafał Tomczak korzysta dokładnie z tych samych chwytów, co poprzednio, ale tym razem nie stoi za nim efekt zaskoczenia. Nie bawią już perypetie Bi Bułki i Białaska, otoczakoizmom brakuje oryginalności, a całość nie porywa, jak pierwowzór. I chyba nie ma się, co dziwić, skoro autor nadział pierogi ruskie farszem z otoczki otoczaka, dodając tylko nieco przyprawy z Simona Bisley`a.

Właściwie w tym miejscu powinien znaleźć się również rzut z „Dick4Dick”, również spełniającego moje „kryteria”, ale reklamówkę gdańskiej kapeli ratuje Jakub Rebelka, jako rysownik, którego prace zawsze mile łechcą moje oczy. Szerzej o „Haremie Zordaxa” (i o „Lwach z Bagdadu”) rozpisałem się w e-splocie, o tukej.

sobota, 11 października 2008

#65 - Maszin 4

Nikt się chyba specjalnie nie obrazi jak napiszę, że 'Jeju' i 'Maszin' to obecnie dwa najlepsze komiksowe ziny. Jakiejś wielkiej konkurencji nie mają, ale niech zostanie że najlepsze są. Przy okazji tegorocznej MFKi rednacze Asu i Tkachoz wypuścili kolejne numery swoich tworów - tematem głównym dla Jeju (#7) był Las i Przyroda, natomiast w przypadku młodszego kolegi (#4) Guziki. O ile 'Jeju' nie rzuciło mnie na kolana o tyle 'Maszin' tak.

Pierwsze co rzuca się w oczy po dorwaniu w łapy czwartego numeru to lepsza jakość wydania w porównaniu z poprzednimi - ewolucja przyniosła sztywniejszą okładkę oraz lepiej nasyconą czerń, zaś odnośnie zawartości obyło się bez zmian (czyt. dalej jest świetnie). Starzy i nowi maszinowi twórcy machnęli łącznie 17 historii w których to guziki często przywołują wspomnienia z dawnych lat jak również zabierają w otchłań kosmosu. Kosmos ten uderza z samej okładki, która jest częścią świetnego komiksu Marcina Surmy Maj Kwiecień (fajny zabieg swoją drogą). A takich świetnych komiksów kilka jest, jak chociażby Handmade Olgi Wróbel czy też kolejne przygody detektywa Hmmarlowe (Surma ponownie, tym razem Przemek). Nie chciałbym tu wymieniać każdego komiksu po kolei bo po pierwsze nie bardzo wiem jak by się za to zabrać, żeby miało ręce i nogi, a po drugie mam nadzieję, że weźmie się za to Maciej Pałka, któremu zinowe recenzje wychodzą wpytowo. Ale cholera, wypadałoby wspomnieć w zasadzie o każdym, bo na to zasługują, więc czy chcę czy nie, będzie wyliczanka. Zaraz pod spisem treści Piotr Perłowski pokazuje na trzech kadrach w świetnym stylu, że głupi tytuł głupiemu tytułowi nierówny. Dalej cieszą bardzo dwa komiksy Jarka Kozłowskiego (w drugim za scenar odpowiada Gizicki Daniel), którego fanem jestem i liczę na jakiś dłuższy metraż. Lobsterandscrimp ostro pojechał w Maszup Paranoi z bohaterami z dzieciństwa (niezła psychodela z Lolkiem) i można by też pod temat dzieciństwa podciągnąć jednoplanszówkę Jacka Świdzińskiego Miś, którego - mimo, że stworzył sympatyczny komiks - stać na więcej. Stałym maszinowym punktem jest Najwydestyluchniejszy (uff..) wspomnianego Pałki i Sztybora Bartosza - dziesiąty epizod ma być kluczem do całej układanki, ale czy jest? Nie wiem. Brakuje mi połowy historii, więc nie oceniam. Graficznie podoba mi się bardziej niż Strange Places - bardziej spójnie, że się tak powymądrzam. Sztybor - którego swoją drogą ostatnio wszędzie pełno (daruję sobie czerstwy tekst o lodówce) - spłodził wespół z Adą Bucholec drugą guzikową historię pt. Się Odpruł od Koszuli - sentymentalną wycieczkę do przeszłości wywołaną guzikiem, który.. patrz tytuł (swoją drogą przypomniało mi to jeden z odcinków soft erotyków spod szyldu Playboya o gadającym wibratorze). Trzy plansze maznął rednacz, zapełniając je abstrakcyjno-sympatyczno-jako-tako-rymowaną historią o Guzikożercach. A jeśli już o abstrakcji mowa to wrzuciłbym do tego wora szorty autorstwa Skiee, Tomasza Mirta, Otoczaka i Dr Piicoklenny'ego z których to rozumiem mniej lub więcej, ale ogólnie stanowią dla mnie pewną zagadkę. Wyliczanka powoli dobija do stacji końcowej. Małomówny, acz pomysłowy Gary Glue na dwóch planszach walczy z klonami - scenariuszowo bez rewelacji, ale graficznie palce lizać. No i dwie jednoplanszówki, które całkiem sympatycznie się uzupełniają - Guzikogeneza Gizickiego i Kolca pokazuje jak to się wszystko zaczęło, natomiast Guzik i Guzik Rima Kemotta pokazuje jak się kończy.

Dodatkowo symptycznej tradycji umieszczania dodatków ciąg dalszy - każdy egzemplarz Maszina wzbogacony jest o - a jakże - guzik oraz oddzielny mini komiks Mariusza KCZMRka. Ciekaw jestem co też wymyśli Mikołaj Tkacz przy kolejnym numerze, którego motywem przewodnim będzie Deszcz i mam nadzieję, że się przekonam najpóźniej do przyszłorocznej wueski.

Chylę czoła. Zarówno przed twórcami jak i przed 'ojcem prowadzącym', który napisał swego czasu u siebie, że 'Maszin' - w opozycji do 'Jeju' - ma być zinem bardziej eksperymentalnym i dziwnym. I takim też jest. Niektórych komiksów nie rozumiem, ale ani trochę nie przeszkadzało mi to w lekturze, wręcz przeciwnie - dodało tylko kolorytu całości. Mikołaj Tkacz najzwyczajniej w świecie ma pomysł na swój zin i z żelazną konsekwencją go realizuje.
Ja to kupuję.
*pow*

niedziela, 16 marca 2008

# 17 - Jakiś paproch do oka mi wpadł

A uściślając to nie 'do oka' a 'w oko'. I nie paproch a 'Paproszki'.

Pierwszy raz spotkałem się z zapowiedzią tego albumiku na blogu Macieja Pałki* - dziwne że dopiero tam, skoro komiks reklamowali tacy celebryci jak Lech Wałęsa czy Martin Luter King.

Komiks wydany został przez Timofa i Cichych Wspólników w ramach komiksowego undergroundu. Czerń i biel, 44 strony, kreda, 15zł - tyle szczegółów technicznych, pora na zawartość. Jest śmiesznie. Bardzo śmiesznie. Bardzo, bardzo śmiesznie. I to już od samego początku, tzn. strony tytułowej i stopki redakcyjnej, gdzie głowonogi komentują co się da (jedno z lepszych: 'Jestem ateistą, nie wierzę w scenariusz'), do ostatniej strony okładki. Wszystko w głowonogach. W środku czeka nas również dużo dobrego: pociągowy kanar, Ojczepio, przedszkole i cała masa innych historyjek. Jak np. świetne z życia wzięte, pociągowe rozmowy starych bab. Absurd goni absurd - jest kontrowersja, jest szarganie świętości, ale wszystko podane z niebywałą klasą i wyczuciem. Trzeba to znać. Bez dwóch zdań.

Za scenariusz i rysunki odpowiedzialny jest Jacek Świdziński, którego twórczość można ostatnimi czasy podziwiać nie tylko w 'Paproszkach', ale i w 'Przygodach Powstania Warszawskiego' czy też najnowszych numerach zinów 'Jeju' i 'Maszin'. A w wersji elektronicznej, chociażby na digarcie autora.
Wschodząca gwiazda?

Prezydent Wałęsa nie mylił się - 'Paproszki' to świetny komiks, który powinien być wysoko w podsumowaniach roku 2008. A przynajmniej mam taką cichą nadzieję.

Tyle tym razem, do następnego!

**

Niech będzie.
Idąc za ciosem, wziąłem się za 'Przygody Powstania Warszawskiego', które wyszły spod ręki Jacka 'Głowonuka' Świdzińskiego oraz Michała 'Mazola' Rzecznika (wracając jeszcze do 'Paproszków' to trzeba wspomnieć, że Mazol machnął tam jeden pasek). 'Przygody..' to komiks inaugurujący działalność wydawnictwa Mazoleum. Na 66-ciu stronach mamy kilkanaście historyjek w czerni i bieli, na przemian rysowanych przez duet autorów, prezentujących wachlarz swoich graficznych umiejętności.

Jeśli chodzi o wydarzenia z 1944 roku to kilka komiksów poświęcono już tej tematyce - czy to dzięki inicjatywie Muzeum Powstania Warszawskiego, czy też dzięki Antologii '44 pod redakcją Przemka Truścińskiego. Mogłoby się więc wydawać, że temat został wyczerpany jakiś czas temu. Mogłoby, gdyby nie to, że brak tu zadumy, wzruszeń i pochwały dla bohaterstwa powstańców. Jest za to szydera, kontrowersja i naśmiewanie się ze wszystkiego i wszystkich. Bo tak: jest powstaniec co ma wszystko w dupie i nie chce mu się walczyć, są odpadające ręce i inne kończyny, składowane w specjalnie dlań przeznaczonych dołach. Jest superhero z USA oraz Władysław Bartoszewski i jego banda. I jeśli już jesteśmy przy gościnnych występach to mamy też Orient Mena oraz Tytusa i spółkę (narysowani przez Mazola, udanie naśladującego styl Baranowskiego czy też Papcia Chmiela).

Od początku do końca jest ostro i pewnie pojawią się głosy, że to jeden wielki skandal i brak poszanowania dla historii.
Ale mam to w dupie, jak powstaniec walkę.
Trochę ostrego humoru z poważnych rzeczy nikomu nie zaszkodzi.

Bardzo udane przedsięwzięcie. Brawa dla Mazola i Głowonuka - dzielne z Was chłopaki.

Na zakończenie, pozostając w temacie wpisu, e-głowonug:

( . . )
_|_|


* - Blog Macieja Pałki obchodzi dziś pierwsze urodziny! Gratulacje blogu Macieja Pałki! Dla taty również brawa!

** - wszelkie prawa autorskie do postaci głowonoga i całej jego licznej rodziny, należą oczywiście do Jacka Świdzińskiego, tak więc przepraszam autora za ich złamanie i wykorzystanie wizerunku bohatera do tej graficznej wstawki.