Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Daniel Gizicki. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Daniel Gizicki. Pokaż wszystkie posty

środa, 4 czerwca 2025

#2495 - 4000 znaków... O nobilitowaniu bękarta.

30 maja 2025 na łamach Komiksopedii ukazał się artykuł "Czy komiks wciąż jest bękartem kultury?". Jego autor, Daniel Gizicki, scenarzysta komiksowy, współautor serii "Postapo", zawiadujący niezalowym wydawnictwem Celuloza, a niegdyś bardzo aktywny komiksowy publicysta i recenzent, wrócił do dyskusji, które rozgorzały w środowisku komiksowym przeszło dekadę temu. 

Zasadniczo dotyczyły one tez postawionych w książce "Wyjście z getta. Rozmowy o kulturze komiksowej w Polsce" autorstwa Sebastiana Frąckiewicza, dziennikarza i krytyka, który w mainstreamowej prasie pisał sporo (i dobrze!) o komiksie. 

W połowie 2012 i na łamach Kolorowych braliśmy udział w tej dyskusji. Pisaliśmy o samej książce (w recenzji), a Maciej Gierszewski z jej autorem przeprowadził obszerny wywiad (o tutaj). A dziś chciałbyś uzupełnić to, co Daniel napisał w swoim tekście i dodać coś od siebie.



czwartek, 5 maja 2022

#2452 - "Nie powiedziałem jeszcze ostatniego słowa w komiksie" - wywiad z Markiem Lachowiczem

O Marku Lachowiczu w ostatnim czasie, ba - w ostatnich latach! - było bardzo cicho. Twórca Człowieka Paroovki, Grand Bandy i Gangu Wąsaczy jeszcze w pierwszej dekadzie XXI produkował komiks za komiksem, album za albumem. Jego prace ukazywały się w antologiach i wydawnictwach okolicznościowych, publikował w zinach i magazynach, po prostu wszędzie było go pełno. W pewnym momencie to się jednak diametralnie zmieniło.

W zasadzie, od wydania swojego ostatniego pełnego metrażu ("Człowiek Paroovka. Gorące głowy" w 2012 roku), nie licząc pojedynczych wyskoków (jak udział w jubileuszowej "Vormkfasie" #59 w 2017), mogło wydawać się, że Lachowicz dał sobie spokój z komiksem...


środa, 13 stycznia 2016

#2045 - Rok 2015 wg. twórców (1)

Dziś z pytaniem "jaki był ten 2015 rok?" zwracamy się do najważniejszych ludzi w komiksowie, czyli twórców. W pierwszej serii z minionymi 365 dniami mierzą się Barbara Okrasa, Daniel Gizicki, Tomasz Samojlik i Jerzy Łanuszewski. Bardzo im dziękuje za poświęcony czasy na skreślenie tych kilkunastu (albo i kilkudziesięciu!) zdań na Kolorowe.




czwartek, 29 maja 2014

#1610 - Gilles McCabe (część 1)

„Postapo” ze scenariuszem Daniela Gizickiego i rysunkami Krzysztofa Małeckiego było dla mnie zaskoczeniem. Pozytywnym zaskoczeniem. Po albumie spodziewałem się, zgodnie z jego tytułem, gatunkowej historyjki odwołującej się do ogranego do bólu motywu postapokalipsy. Dokładnie to dostałem, ale byłem pod wrażeniem kunsztu Gizickiego, który choć ograniczony konwencją, umiał wycisnąć z tematu zaskakująco dużo.

poniedziałek, 5 maja 2014

#1590 - Gilles McCabe (część 1)

Gilles McCabe powstał dzięki magazynowi Ziniol. To właśnie na jego łamach w styczniu 2012 roku Daniel Gizicki, scenarzysta, wygłosił płomienny apel: „mam scenariusz, może ktoś chciałby go zilustrować”. Ekspresowo odpowiedziała Barbara Okrasa, która z marszu zabrała się za rysowanie i już miesiąc później mogliśmy zobaczyć szkice głównej postaci oraz wstępne rozplanowanie kadrów na jednej planszy. Artystka uwinęła się z całością w przeciągu niespełna dwunastu miesięcy. Tempo błyskawiczne, biorąc pod uwagę, że było pięć różnych wersji kolorystycznych, ostatecznie Barbara zdecydowała się narysować całość bardzo tradycyjnie – ołówkiem, a jedynie kolor nałożyć komputerowo.

piątek, 31 sierpnia 2012

#1124 - PKS 05: Daniel Gizicki

W cyklu PKS pokazujemy,  jak wygląda warsztat polskiego komiksiarza. Czy przypomina kuchnie, w której z najróżniejszych składników artyści według swoich tajnych przepisów wyczarowują swoje dzieła, czy raczej warsztat, gdzie w mozole ciężkiej, codziennej pracy wykuwane są zeszyty i albumy, a może coś jeszcze innego? Zobaczycie sami! A jeśli jesteś twórcą i chciałbyś zaprezentować zacisze swojej pracowni - zgłoś się do nas! Dziś przed nami... Daniel Gizicki!

Właściwie to ja nie mam się czym chwalić, bo jako scenarzysta nie potrzebuję takiej masy różnych urządzeń, które wykorzystują rysownicy. I generalnie jest tak, że miejsce mojej pracy jest wszędzie. Coś tam sobie wymyślam, obracam w głowie i kombinuję. Jak jakiś pomysł wyjątkowo mi się spodoba ląduje w podręcznym palmtopie (zdjęcia 001 i 002) (na zdjęciu 002 konspekt notatki do 4 rozdziału „Postapo”), z którym to urządzeniem się nigdy nie rozstaję. O dziwo palmtop ten to taka trochę „droga bez powrotu” dla pomysłów. Niestety ilość wymyślanych fajnych rzeczy a ilość czasu by przy tym usiąść na poważnie to dwa oddzielne kontinua.
W pełnie przenośne studio komiksowe (dop. KZ)
Aż trudno uwierzyć - te literki potem zamieniają się w album! (dop. KZ)
Jednak od czasu do czasu się zdarza, że w końcu mam czas by zacząć dłubać w jakiejś historii na całego. Od momentu kupna laptopa trochę się sytuacja zmieniła, bo wcześniej pracowałem jeno na stacjonarnym komputerze. Teraz jednak mieszkając pomiędzy dwoma mieszkaniami (moim i mieszkaniem mojej dziewczyny) to piszę gdzie się da – przenośny komputer to jeden z najlepszych wynalazków w historii! Mimo wszystko lubię najbardziej mały kącik, który mam w swoim pokoju (zdjęcie 003). Siedząc na raz przy dwóch komputerach mam najwyższy komfort i wydajność pracy.

Główny proces twórczy odbywa się na laptopie, natomiast na monitor pieca rzucam sobie notatki, efekty riserczu w sieci czy jak w tym przypadku mapkę (tu akurat zdjęcie gdy pracowałem nad scenariuszem pewnej gry). Jak widać na stoliku walają się też notatki w formie tradycyjnej, akurat nie ma na tym zdjęciu palmtopa – nie mam pojęcia dlaczego. Gdzieś tam za monitorem ukrywają się głośniki – słucham dużo muzyki podczas pisania – najchętniej ambientu albo jazzu. Choć w przeciągu kilku ostatnich lat zauważyłem, że najlepiej sprawdzają się ponad godzinne sety LTJ Bukema. Na papierosa chodzę do kuchni – która jest też ważnym miejscem pracy, bo tam wpada dużo pomysłów do głowy, ale nie chce mi się zmywać, żeby robić zdjęcie. 

piątek, 23 marca 2012

#0994 - Niczego sobie. Komiksy o mieście Gliwice

Jak zarobić na komiksie w Polsce? To, wbrew pozorom, dość proste. Wystarczy przekonać lokalny magistrat, że forma „przystępnej powieści graficznej” to świetny sposób na promocję miasta. Oryginalny, efektowny (i efektywny), a do tego stosunkowo tani. Przystępna komiksowa forma jest w stanie pomieścić dużo, ładnie narysowanych materiałów edukacyjnych. Miasto zatem wychodzi na swoje, a i autorzy mogą wreszcie na komiksowaniu zarobić na więcej, niż tylko na przysłowiową bułkę.

Szkoda tylko, że w tym festynie samozadowolenia efekt starań, tj. album, jest zwykle jakimś amatorskim produktem komiksopodobnym. Jakiś czas temu byliśmy wręcz zasypywani tego typu wyrobami i dziś, wśród mrowia tego typu publikacji, warto pamiętać właściwie o jednej „Tragedyji płockiej” Grzegorza Janusza i Jacka Frąsia. Wraz z premierą „Niczego sobie. Komiksy o mieście Gliwice” liczba wyjątków od tej mało chwalebnej reguły wzrosła do dwóch.

A Grzegorz Krawczyk i Mikołaj Ratka, redaktorzy antologii komiksowej poświęconej miast Gliwice, postanowili jeszcze utrudnić sobie zadanie. Nie dość, że album został poświęcony miastu, to jeszcze będzie publikacją o charakterze historyczno-edukacyjnym. Polska szkoła „komiksu w służbie polityki historycznej” to osobny, równie wstydliwy, rozdział i na szczęście „Niczego sobie” nie ma z nią nic wspólnego. Jak sam tytuł wskazuje, publikacja wydana nakładem Muzeum w Gliwicach, poświęcona jest przeszłości tego śląskiego miasta. Na łamach ośmiu szortów, poszeregowanych w kolejności chronologicznej poznajemy losy Gliwic na tle wielkiej, dziejowej machiny, kątem oka spoglądając również na mniejszą, kształtowaną przez (z mojego krakowskiego punktu widzenia – bardzo egzotyczny) regionalny kontekst historię, nierzadko nieznaną i fascynującą. Z jednej strony wielkie narodowe mity Sobieskiego, słynnej prowokacji gliwickiej, czasów Solidarności sąsiadują tu z miejskimi legendami i lokalną historią, a wszystko to składa się na niezwykle skomplikowany obraz relacji polsko-niemieckich, Śląska i Polski.

Genialnym w swojej prostocie posunięciem było zdjęcie (na ile oczywiście było to możliwe) z barków artystów obowiązków dydaktycznych i scedowanie ich na tych, którzy do pouczania o historii mają znacznie większe kompetencje. Po poszczególnych szortach widać, że ich autorzy mieli dużą swobodą w kreowania swoich historii, nie siedział nad nimi żaden pan historyk, który poprawiał szczegóły mundurów czy kształt wież na murach obronnych. Ich nadrzędnym celem było opowiedzenie ciekawej fabuły, mniej lub bardziej zakorzenionej, nawet nie tyle w historii Gliwic, co w samym mieście. Jego legendach, bohaterach, nierzadko architekturze. W ich rękach to niewielkie, śląskie miasto ożywa w różnorodnych opowieściach. A faktograficzne obowiązki są doskonale wypełnione przez krótkie omówienie danego epizodu z historii Gliwic. Polecam się z nimi zapoznać po lekturze samych komiksów, bo opisując historyczny kontekst mogą popsuć lekturę.

Antologie zwykle są świetną okazją do przeglądy rodzimej kadry komiksowej. Patrząc na nazwiska zaangażowanych twórców „Niczego sobie” prezentuje się na ekstraklasowym poziomie. Choć brakuje gwiazd największego formatu, to nikt z tej silnie obsadzonej młokosami i weteranami stawki nie odstaje. A wybijają się jak zwykle Przemysław Surma, którego jeden, dwa albumy dzielą od ścisłej krajowej czołówki i Marek Turek, który jak zwykle trzyma poziom. Obaj nie dość, że dysponują kreską nie do pomylenia z innymi twórcami, to jeszcze ich styl poparty jest bardzo konkretnym warsztatem. „Ballada o tym, jak zły Mansfeld swój apetyt zaspokoił” Surmy w baśniowej konwencji, dziecięcym rymem i przepięknym rysunkiem opowiada dość prostą, ale pełną uroku opowieść o pewnym rzezimieszku i obrotnej pannie z Gliwic. Natomiast pozbawiony słów „Capitol” jest bardzo „turkowy” – klaustrofobiczny, zagadkowy, pełen grozy. Opowieść o pożarze gliwickiego teatru i autor „Fastnachspielu” to znakomicie dobrana para – kiedy (nieopatrzenie) przeczytałem historyczne didaskalia do tego szorta wiedziałem już, że Turek właśnie najlepiej nadaje się do zilustrowania tego epizodu z dziejów Gliwic.

Na swoim (dobrym) poziomie zaprezentowali się Dominik Szcześniak i Maciej Pałka. Przewrotny scenariusz w połączeniu z undegroundową, epatującą brzydotą kreską doskonale sprawdził się w historii o tytułowym „Garbusie” umieszczoną w brudnym średniowieczu. Bardzo pozytywnie zaskoczyła mnie Anna Helena Szymborska. Rysowniczka, o której niewiele mówi się w kontekście kobiet robiących komiksy, pokazała się z bardzo dobrej strony. Technicznie – niemal bez zarzuty. Styl – gdzieś tam kołaczą mi się skojarzenia z najwcześniejszym Bilalem i współczesnym Manarą. Szkoda tylko, że artystka miała szczęście (czy raczej go nie miała) do dość pretensjonalnego skryptu Tomka Kontnego. Kolejny krok do przodu w rysowniczym rozwoju zrobili Kajetan Wykurz i Mikołaj Ratka.

W „Niczego sobie” czuć, że nad całością czuwał jakiś redaktor. I jest to bardzo miłe uczucie. Począwszy od gustownego designu ze świetną okładką na czele, przez dobór różnorodnych artystów, pod których styl dopasowano poszczególne historię, aż po ostateczną kontrolę jakości. Bardzo trudno jest mi wskazać komiks mocniej odstający od reszty. Jasne, jak to w tego typu zbiorkach, antologiach, a do tego rzeczach, robionych za zamówienie, są rzeczy lepsze („Garbus”, „Victoria”, „Ballada”) są i rzeczy nieco słabsze (prześliczne, ale nudne „Zobaczyć króla”, nie odbiegające zbyt dalece od kanonów „komiksu historycznego” „Marcowe ulice” i „Komandosi z Berlina”). A wszystko to napisane, narysowane, złożone i wydane w zaledwie pół roku – Mikołaju, chylę czoła.

Nie chciałbym zostać źle zrozumiany – choć „Niczego sobie” to rzecz bardzo dobra, nie była dla mnie taką fangą w nos, jak „PW 44” przed kilkoma laty. Wtedy, artyści zebrani przez Przemka Truścińskiego udowodnili, że da się opowiadać o Powstawaniu Warszawskim nie ograniczając się do pustych frazesów, a komiks nie żadnych kompleksów, może włączyć się w dyskurs o narodowej martyrologii i trudnej historii. „Niczego sobie. Komiksy o mieście Gliwice” nie mają takich ambicji. To raczej antologia na miarę naszych możliwości. A te, jak się okazało, w Gliwicach są całkiem duże.

czwartek, 5 stycznia 2012

#939 - Rok 2011 z perspektywy satelitów

Do kolejnej części naszego podsumowania zaprosiliśmy tych, których roboczo określiłem naszymi satelitami. Wypowiadają się zatem krytycy, którzy współpracują z nami okazjonalnie (Ochnik), tacy, którzy robili to wcześniej, a obecnie skupiają się na własnej twórczości (Gizicki), aktywiści, których działaniom mocno kibicujemy i wspomagamy, jak tylko możemy (Deptuch) czy z rozrzewnieniem wspominają pionierskie czasy Kolorowych (Mazur). Do kompletu opinii ich autorstwa dołączyłem również wypowiedz Krzysztofa Ryszarda Wojciechowskiego, regularnego członka naszej redakcji, która całkiem niedawno pojawiła się na jego blogu. A w następnym tygodniu głos zabiorą wydawcy.


Michał Ochnik (piszący o popkulturze bloger, gościnnie publikujący na Kolorowych):

Dziwny był to rok – wybitnie dziwny. Jedna komiksowa afera goniła drugą, wydawnictwa zaciskały pasa niekiedy bardzo mocno ograniczając ofertę, zaś stosunkowo niedawno przeciekająca rura empikowej polityki współpracy z wydawnictwami (nie tylko komiksowymi) pękła i szambo wybiło w internecie, aczkolwiek nie tylko. Ale po kolei.

Korowód afer rozpoczęła z hukiem antologia „Chopin. New Romantic”, a konkretniej – szokujące doniesienie TVN-u o przerażającym komiksie profanującym postać Wielkiego Polaka Fryderyka Chopina. Daruję sobie w tym miejscu głębszą analizę tej niesmacznej sytuacji, jako że chyba wszyscy chcemy o niej jak najszybciej zapomnieć. Niestety „chopingate” pokazała wyraźnie, że cała praca u podstaw polskiego środowiska komiksowego zdała się, za przeproszeniem, psu na budę, a przeciętny obywatel naszego kraju wciąż patrzy na komiks jak na medium infantylne i niegodne uwagi.

Drugą ważną rzeczą, o której należy wspomnieć jest nowa formuła Festiwalu Komiksowa Warszawa, który – w odróżnieniu od poprzedniej edycji imprezy – połączony był z Warszawskimi Targami Książki. Zdania o tej fuzji były podzielone, ja osobiście bawiłem się na tej imprezie całkiem przyzwoicie i nie rozumiem zarzutów o „zepchnięciu komiksiarzy do piwnicy”. Mógłbym jeszcze dość długo pisać o niesławnych karteczkach post-it, o innych mniejszych czy większych aferach, ale – szczerze powiedziawszy – kompletnie mi się nie chce. Ten rok był naprawdę nieciekawym czasem dla komiksu w Polsce i cieszy mnie, że zbliża się on już do końca.

Może zatem wspomnę na zakończenie o tym, czym anno domini 2011 przyjemnie mnie zaskoczył. Przede wszystkim – „Scienta Occulta”, naprawdę znakomity komiks duetu Sienicki/Okólski. Mainstreamowy, popkulturowy i bardzo przyjemny w odbiorze. Cieszy, że takie inicjatywy wciąż powstają w naszym kraju i na dodatek jest ich coraz więcej. Cieszy też, że polski komiks drobnymi kroczkami przebija się do ogólnie pojętego mainstreamu, czy to za sprawą analizy „Wilqa” w TVP Kultura, czy z powodu kinowej wersji Jeża Jerzego, czy nawet dzięki temu nieszczęsnym Chopinowi. Cieszy też – last but not least – deklaracja Śledzia o kontynuowaniu jego legendarnej sagi o Swobodnych Jeźdźcach.

Ostatni akapit poświęcę nie podsumowaniu, a pewnemu życzeniu – chciałbym, by polski komiks rozwijał się prężnie, konsekwentnie i na przekór kryzysowi, prezentując nam szeroki wachlarz komiksów mądrych, zabawnych, nietuzinkowych i, przede wszystkim, dobrych.


Daniel Gizicki (były redaktor Kolorowych Zeszytów, który po opuszczenia naszego pokładu wrócił na stare śmieci i realizowaniu własnych projektów, jako scenarzysta):

Od razu napiszę o komiksach, które najbardziej mi się podobały z wydanych w 2011, żeby mieć to z głowy. „Diefenbach” - najlepsze rysunki, „Czasem” - najlepsza historia, „Keft” - najlepszy zin z najlepszym dissem na różnych takich i owakich, najlepszy zin jako taki - „Deus Ex Machina”, najlepszy szorciak - „Ucieczka pod ziemię” Karola Konwerskiego i Mateusza Skutnika z komiksowego wydania śląskiego dodatku do „Gazety Wyborczej”, najlepszy pasek - ten o chomikach z zina „Mydło”.

Po kilkuletniej przerwie zacząłem też pojawiać się na komiksowych imprezach i bardzo pozytywnie zaskoczył mnie progres tychże. FKW i MFK, mimo że mają swoje wady, to udane festiwale. Jestem też bardzo rad, że tu i ówdzie w Polsce udają się takie komiksowe akcje, jak choćby wspominany dodatek do „Wyborczej” czy happeningi w Lublinie. Bardzo fajnie i bardzo dobrze.

Jeśli o mnie chodzi, jako twórcę i aktywistę, to ten rok był bardzo pracowity. Współorganizowałem kilka eventów takich choćby, jak komiksowe spotkania w katowickim Rondzie Sztuki (choć tu lwia zasługa Marcelego Szpaka), retrospektywną wystawę (nieskromnie powiem, że jak na razie chyba jedną z bardziej atrakcyjnych wystaw w Polsce) Marka Turka „Zabij czas w Melinie”, która podsumowywała 15-lecie twórczości tego autora czy ostatnią akcję „Dniówkę z komiksem”. Spontaniczny i radosny udział ludzi spoza komiksowa w tych wydarzeniach daje jasno do myślenia, że trzeba takie akcje robić kiedy i gdzie się tylko da.

Ponadto napisałem trochę scenariuszy. Cały czas pracujemy z Krzyśkiem Małeckim nad „Postapo” (tytuł roboczy), wraz z Mikołajem Ratką i Tomkiem Kontnym szaleliśmy na łamach „Ultramaryny” z komiksem o śląskim detektywie. Zabawa była o tyle przednia, że ja pisałem jeden odcinek a Tomek kontynuował go wedle własnego widzimisię, nie znając do momentu publikacji tego, co ja napisałem. A Mikołaj to z anielską cierpliwością i perfekcyjną dokładnością rysował.

Ale, ale! Śląsk! Zawiązała się nieformalna Śląska Ekipa Komiksowa (w skrócie „Sieka”?), która się wzięła do roboty i już na początku roku światło dzienne ujrzy zbiór komiksów historycznych o Gliwicach, gdzie lokalni twórcy dobitnie zamoczyli pióra i ołówki obok takich tuzów jak Przemysław Surma czy Rafał Szłapa. Ponadto na wiosnę będzie można poznać inny owoc wspólnej pracy, ale o tym na razie cicho sza.

2011? Dobry rok.


Łukasz Mazur (współzałożyciel Kolorowych Zeszytów, który obecnie prężnie działa w wydawnictwie ATY):

Mijający rok już na samym początku rozwiał moje nadzieje na to, że istnieje szansa, aby komiks, jako forma sztuki, miał realną szansę przebić się do głównego nurtu kultury i przestał być traktowany (przynajmniej przez tych z kulturą obytą), jako coś infantylnego, dla dzieci, jak jej – wspominając jedną z tegorocznych inicjatyw – bękart. Wszystko za sprawą rozdmuchanej afery z antologią „Chopin. New Romantic”, w której wystarczyło zestawić Szopena z przekleństwami by zniweczyć wieloletni trud w dopychaniu się komiksu na świecznik kultury. A może nawet nie zniweczyć, tylko pokazać, że trud ten szedł na marne, bo z tego, że recenzje komiksów pojawiają się w programach kulturalnych, gazetach lub czasopismach, co z tego, że kręci się dokumenty nt. zasłużonych twórców – wystarczyło, że TVN odkrył „wielki skandal”, a kadry i dymki wróciły tam gdzie ich miejsce.

Po tym przydługim i nieco dramatycznym wstępie musze jednak przyznać, że gdy owa nadzieja została rozwiana, to żyło mi się z tym znacznie lepiej. Po co praca u podstaw, jak i tak można dobrze się bawić. Numerem jeden tego roku był Międzynarodowy Festiwal Komiksu w Łodzi, który pokazał siłę polskiego komiksu. Ukazały się od dawna zapowiadane „Szelki” oraz „Diefenbach”, „Fotostory” mianowane przez niektórych, jako następca kultowego „Osiedla Swoboda” czy w końcu gros zinów, który cieszył (i cieszy nadal – oby trwało to w najlepsze) jak mało co. Simon Bisley, Brian Azzarello czy Eduardo Risso w moim mniemaniu byli jedynie dodatkiem - w przypadku tego pierwszego trzeba jednak przyznać, że dość barwnym (w pozytywny sposób); a dwukrotny przyjazd (wcześniej na Bałtycki Festiwal Komiksu) posiadającego polskie korzenie artysty był również jednym z kilku najważniejszych wydarzeń 2011. I tych, które najmilej wspominać będę.

Jeśli chodzi o samo „mięcho”, czyli komiksy, to wszystko rozpoczęło się doskonałym „Pinokio” Winshlussa (wydanym przez Kulturę Gniewu), który w pierwszych tygodniach przez wielu określany był komiksem roku i jak dla mnie nie oddał żółtej koszulki lidera do samego końca. Przynajmniej jeśli chodzi o pozycje zagraniczne. Bo jeśli chodzi o rodzimych twórców, to pierwsze miejsce na podium należy się doskonałym „Szelkom” Szyłaka i Stefańca. Reporterzy tefałenu pewnie określiliby go porno-bełkotem, a Jerzego Szyłaka wysłaliby za kratki (bo wiadomo co takiemu jeszcze siedzi w głowie?), ale musieliby przynajmniej docenić fantastyczną grafikę (a raczej malunki) za które odpowiedzialny jest Wojciech Stefaniec. Komiks powstawał przez wiele lat (co czasem widać na kolejnych stronach), ale warto było czekać, by napawać się każdym kadrem. I tutaj płynnie przechodzę do artysty roku, którego imię i nazwisko padło parę sekund temu – Stefaniec nie miał sobie równych. I nie wiem czy w roku kolejnym znajdzie się śmiałek, którego mazy zachwycą bardziej, niż współtwórcy „Szelek”. Warto też wspomnieć, że świetnie daje on sobie radę nie tylko z kolorem, ale i z czarno-białymi tworami (które szczerze mówiąc są bliższe sercu memu i nie ograniczam się z tą „miłością” tylko do prac Stefańca). Cieszy bardzo powrót do czynnego komiksowania Michała Rzecznika (Mazola), którego humor i podejście do komiksowania bardzo sobie cenię. Czekam teraz jeszcze na jakiś album z jego pracami, który mam nadzieję pojawi się w roku kolejnym. Na koniec nie można nie wspomnieć o tegorocznym odkryciu, czyli Sławomirze Lewandowskim, który pojawił się znikąd z trzema albumami na Festiwalu Komiksowa Warszawa i zachwycił wielu. Niestety mam wrażenie, że nie tylu, co powinien, bo jego twórczość wydaje się nie dostrzegana i póki co nie doceniana tak, jak jej się to (w moim mniemaniu naturalnie) należy. Ale może kolejny rok (i kolejne albumy) to zmienią? Może jakiś wydawca zainteresuje się pracami Sławka?

Skoro już o nadziejach mowa, to do powyższych dołączę kilka innych – kolejny album/albumy Michała Śledzińskiego (w tym „Na szybko spisane 3” poproszę!) i Karola Kalinowskiego (coby godnie uczcić 10lecie twórczości), zapowiadający się świetnie komiks duetu Dominik Szcześniak/Marcin Rustecki czy papierowego „Ziniola” (nie tylko w postaci debestofów; chociaż te równie chętnie na półce postawię). I oczywiście jak od kilku lat z tęsknotą czekam na legendarną już chyba książeczkę do „Prosto z piekła”.

Z rozczarowań wymienię tylko jedno – „Konstrukt”. Miało być tak pięknie – 10 zeszytów rocznie, tysiące czytelników i powrót do złotych lat TM-Semica. A wyszło jak zawsze – pokazały się ledwo cztery numery (i to cudem), a niedawno cała inicjatywa przeszła z papieru do internetu (tzn. póki co zapowiedziano to przejście, bo szczerze wątpię czy tak będzie naprawdę i w takiej ilości jak to zapowiadano kilkanaście miesięcy temu). Wszystko to w akompaniamencie dezinformacji i bełkotu, jaki serwował głównodowodzący projektem, Jakub Kijuc – postać tragiczna tego przedsięwzięcia. Było ponoć przecież tak dobrze, wszystko sprzedawało się świetnie, a jednak „Konstrukt” upadł, zanim tak naprawdę wzniósł się na jakiekolwiek wyżyny. Szkoda (nawet pomimo tego, że cały czas nie jestem w stanie przedrzeć się przez pierwszy numer). Cieszę się natomiast, że Kubie udało się znaleźć nowe miejsce dla swoich bohaterów – tym razem nie jest to papier, a pluszowa forma. Oby tym razem wypaliło!

A tak zupełnie osobiście (ale nadal komiksowo) – po opuszczeniu pokładu Kolorowych w pierwszej połowie roku, wszystkie swe siły włożyłem w oficynę wydawniczą ATY, którą prowadzę z dwoma serdecznymi kumplami - Jackiem Jastrzębskim i Mateuszem Trąbińskim. W minionym roku wypuściliśmy cztery publikacje, z czego dwie nominowane zostały w trwającym jeszcze plebiscycie Komiksy Roku, a „La Masakra” pretendowała do tego miana również na łódzkiej emefce. Miało być tych publikacji pięć, lecz grudniowy „Triceps” dzięki drukarni musieliśmy przełożyć na początek kolejnego roku. Swoją drogą zawsze myślałem, że tłumaczenie wydawców o przełożeniu premier komiksów kłopotami z drukiem, to dobra wymówka. Jednak życie pokazało, że plakaty, ulotki wyborcze czy kalendarze są najwidoczniej nieco wyżej w priorytetach drukarni (i szczerze mówiąc ciężko się dziwić). Na przyszły rok planujemy minimum pięć publikacji (plus pierwszy „Triceps”), więc pracy trochę będzie. Mam nadzieję, że u nas i czytelników samej radości z tym związanej będzie tyle samo jak nie więcej.

I to tyle, jeśli chodzi o te mijające dwanaście miesięcy. Jak na te wszystkie problemy rynku, to było całkiem nieźle. Oby kolejny rok był równie udany (jeśli nie lepszy). A my, komiksiarze, róbmy swoje.

PS. Tego typu podsumowania, to również dobry moment, żeby nieco się "poklepać po plecach". Wiec i jak serdecznie klepię Dominika Szcześniaka i Maćka Pałkę za dobrą komiksową robotę, którą wykonują u siebie w Lublinie! Podziwiam Was, chłopaki!


Paweł Deptuch (jeden z największych polskich fanów „Invincible`a” i innych tworów Roberta Kirkmana, prowadzący stronę Kirkmania.pl)

Dla mnie mijający komiksowy rok był ciężki. Zauważyłem, że coraz rzadziej sięgam po importowe albumy wydawane w ojczystym języku, a częściej po oryginalne wydania zza granicy. Tytuły, które mnie interesują i chcę czytać są albo porzucane (ostatnio „Hellblazer” i „Swamp Thing”) albo w ogóle niewydawane. Zmęczyło mnie już obchodzenie się smakiem, czekanie na obiecywane, w nieskończoność przesuwane i w rezultacie zawieszane pozycje. Za dużo takich sytuacji było w ostatnich latach i już po prostu pękła mi żyłka.

Mogę ponarzekać na rodzimych wydawców tytułów frankofońskich i amerykańskich, ale z pewnością nie mam nic do zarzucenia edytorom mangowym. Dwa nowe, znakomite tytuły („Pluto” i „Uzumaki”), które ukazały się w tym roku, zakończenie serii „Heat” oraz zapowiedzi na przyszły rok („Domu”, „Gyo”, „Battle Royale”), podtrzymują we mnie wiarę na nadejście lepszych czasów tego gatunku w naszym kraju.

Cieszy mnie ostatnio wzmożona aktywność rodzimych twórców. Co prawda nie ogarniam liczby wydawanych zinów i wolałbym jednak dostawać do ręki całe albumy, to jednak budujący jest fakt, że mamy tylu utalentowanych artystów, którzy próbują się wybić. „Scienta Occulta”, „Bler”, „Biocosmosis”, „Diefenbach”, sukces Szymona Kudrańskiego na amerykańskim rynku (a także udane próby zaprezentowania się w mainstreamie Roberta Adlera i Anny Wieszczyk) to dowód, że polskie komiksowo ma się naprawdę dobrze. Smuci jedynie koniec „Konstruktu”, ale na jego miejsce już pojawiły się kolejne serie jak „Henryk Kaydan”, „Człowiek bez Szyi” czy szumnie zapowiadany „Biały Orzeł”.

Z imprez odwiedziłem jedynie BFK, ale nie mogę się nacieszyć tym, że w końcu do Polski zawitali twórcy z najwyższej międzynarodowej półki (nie twierdzę, że wcześniej się nie pojawiali, ale Amerykanie czy Brytyjczycy nie często nas odwiedzają) – Azzarello, Risso, Sandoval i Bisley to prawdziwe zaskoczenie tego roku. Jak widać, można zapraszać tego typu gości, jeśli się chce (i ma się na to środki). Gdzieś słyszałem, że Jim Lee pomieszkuje we Włoszech, a Charlie Adlard rysuje w swoim domku gdzieś na zboczach Wielkiej Brytanii ;)

Wielka szkoda, że nasz rynek coraz bardziej się kurczy, schodzi do podziemia, bądź w odmęty Internetu. Szkoda, że są problemy z dystrybucją, że casualowy czytelnik nie ma okazji sięgnąć po jakiś tani zeszyt. Ale dobrze, że są jakieś promienie nadziei, przecież po każdym pożarze zawsze przychodzi oczyszczenie i wszystko na nowo się odradza.


Krzysztof Ryszard Wojciechowski (bloger, członek redakcji Kolorowych Zeszytów, a nie żadne ciało niebieskie)

Nie będę ukrywał, że dla mnie osobiście był to dobry rok. Zacząłem publikować na Kolorowych, na pewno rozwinąłem warsztat recenzenta i zdobyłem wielu nowych wrogów, a jak mawiał Mussolini - molti nemici, molto onore. Napotkałem pewne miłe problemy z magazynowaniem - kolekcja wyszła poza regał i zaczęła rozprzestrzeniać się po pokoju. Jeśli chodzi o lektury, to dla mnie rok znowu stał pod znakiem uzupełniania zaległości - nie prowadzę dokładnego spisu, ale przeczytałem grubo ponad pięćdziesiąt albumów, z których co prawda nowości stanowiły mały procent, ale na pewno większy niż w latach ubiegłych. Niestety, dalej nie udaje mi się być na bieżąco. Najbardziej wstydliwy jest fakt, że nie mam jeszcze na półce "Sprawy rodzinnej" Eisnera i ostatnio wydanych Tintinów. Byłyby pewnie wysoko w moim rankingu.

Polski współczesny komiks nie bardzo mnie interesuje, bo zazwyczaj mija się z moimi oczekiwaniami, więc jako recenzent nawet się za to nie biorę. Tym bardziej, że ciężko było by mi się silić na obiektywizm gdy scenariusze są często pretekstowe a niekiedy strona graficzna wygląda jak projekty chust dla rezerwy. Gdybym coś takiego napisał w recenzji to mogła by być z tego tylko chryja. Tutaj więc mam na pewno największe zaległości. Z tegorocznych krajowych albumów najbardziej kuszą mnie "Rewolucje", "Diefenbach" i "Czasem", ale będą musiały poczekać na lepsze czasy dla mojej kieszeni. Prywatnie bardzo kibicuję Mei i uważam ją za prawdziwy talent - który, jeśli będzie się dalej rozwijał (scenariusze!), może stać się prawdziwą indywidualnością polskiego komiksu...

Trzema najważniejszymi zagranicznymi albumami, jakie ukazały się w tym roku na naszym rynku są według mnie : "Uzumaki", "Pinokio" i "Stuck Rubber Baby". Nie miałem wielkich problemów z selekcją - ich obecność w tym zestawieniu wydaje mi się oczywista. Tak się znakomicie składa, że te trzy tytuły prezentują trzy różne oblicza medium. Mamy tu wybitną obyczajową powieść graficzną, bezpretensjonalny europejski komiks artystyczny i japońskie arcydzieło horroru, gatunku z którym komiks zazwyczaj - warto to podkreślić - nie do końca sobie radzi. I chyba właśnie dlatego, jeśli miałbym wskazać tylko jeden tytuł, byłoby to właśnie "Uzumaki".

Z rzeczy nie wybitnych, ale wartych uwagi, przychodzi mi na myśl kilka tytułów. Bez większego wnikania w listy tegorocznych publikacji, wymieniłbym graficznie zachwycające "Wybryki Xinophixeroxa", intrygującego od strony formalnej "Carlos Gardel. Głos Argentyny" i znakomicie zapowiadającą się serię "Long John Silver". Wydaje mi się, że trochę bez echa przeszedł "projekt digitalizacji prasowych seriali obrazkowych z prasy i czasopism" i albumowe wydanie "Tajemnic Poznania", a szkoda, bo to przecież fajne inicjatywy. Najważniejszym wznowieniem był oczywiście "Maus".

Tyle dobrego. A co było złe w tym roku to wszyscy wiemy. Zainteresowanym problemy rynkowe są znane aż za dobrze. Z rzeczy, które mnie osobiście najbardziej zabolały, wymienię kilka - ostateczna decyzja Egmontu o rezygnacji z wydawania "Sagi o Potworze z Bagien", krótka kariera "Kaczogrodu" (dla mnie - ze względu na Dona Rosę - najatrakcyjniejszej serii kioskowej od wielu lat), kolejne przesunięcie daty publikacji "Lost Girls" i brak bardziej rozbudowanej zagranicznej oferty z Kultury Gniewu. Na szczęście na przyszły rok optymistycznie nastraja rozrastająca się oferta Centrali i odważniejsze wejście Taurusa w komiks europejski. Jeśli na rynku pojawi się więcej serii pokroju wspomnianego "Long John Silvera", a Centrala będzie wydawać tak dobre powieści graficzne jak  "SRB", to w tych dwóch segmentach będzie dobrze...

czwartek, 16 września 2010

#560 - Laleczki

"Laleczki" były swoistym pożegnaniem z zinowym samizdatem dla Macieja Pałki. Liczący 44 strony album został wydany na lubelskim TRACHu w kwietniu 2005 roku, w ekstremalnie niskim nakładzie. Dziś pewnie może uchodzić za białego kruka. Oryginalny materiał został solidnie zremasterowany przez Bartosza Sztybora oraz wzbogacony o dwie dodatkowe historie - "Ostatnią wyspę" do scenariusza Daniela Gizickiego i "Ze skrajności w skrajność" napisaną przez Ireneusza Mazurka.
Prace nad odświeżaniem komiksu trwały od początku bieżącego roku i ze sporą rezerwą Pałce udało się wyrobić z premierą na zbliżający się łódzki Międzynarodowy Festiwal Komiksu. "Laleczki" ukazały się (czy raczej ukażą się) w Wydawnictwie Roberta Zaręby pod szyldem "Strefy Komiksu".

Maciej Pałka zdążył mnie już przyzwyczaić do swojej skrajnie przerysowanej, groteskowej kreski, którą z dość dużą swobodą traktuje anatomię, perspektywę, elementy tła i scenografii. Jego paskudne gęby ze zdeformowanymi nosami mają tylu zwolenników, co przeciwników, ale nie sposób odmówić im rozpoznawalności. Prace Pałki są bardzo charakterystyczne i nie sposób ich pomylić z rysunkami innych twórców.

"Laleczki" wizualnie są albumem nierównym. Obok grafik pociągniętych grubo tuszem i gęsto podrasowanych rastrem (pojedynek pustynnego wędrowca z mutantami otwierający album), trafiają się rysunki ciśnięte obło, płasko, cienkopisem (scena napadu na Karen). Te pierwsze robią wrażenie pałkowym luzem i delikatnie przynoszą na myśl "Dziennik Podróżny" Craiga Thompsona. Natomiast te drugie prezentują się dość mizernie i mocno widać po nich upływ lat. Trudno nie docenić pracy, jaką autor włożył w ujednolicenie szaty graficznej swojego komiksu, ale po dość trudnej operacji złożenia "Laleczek" w jedną, spójną całość, pozostały wyraźne ślady po szwach. Co całkiem nieźle komponuje się z historią, poskładaną z kilku mniejszych fabuł, które rozgrywają się w postapokaliptycznej przyszłości.
Ziemia została spustoszona przez straszliwy kataklizm, który w pień wybił większość ludzkości. Szczęśliwcy, którym udało się przeżyć, schronili się w futurystycznych miastach lewitujących nad powierzchnią, a inni, którzy mieli mniej szczęścia zamienili się w bezmyślnych mutantów. Resztki ludzkości kryją się jeszcze w niedbale skleconych domostwach, gdzie odpierają ataki zniekształconych ofiar promieniowania. Na popiołach starej, odradza się nowa, zdegenerowana cywilizacja. Brutalny świat rządzony prawem silniejszego, w którym ludzkie mięso stanowi podstawę diety, a najlepszą rozrywkę stanowi wyuzdany, sadomasochistyczny seks.

Estetycznie "Laleczkom" bardzo blisko do niskobudżetowych filmów klasy B, pełnych bezsensownej przemocy, taniej erotyki i, niestety, dość szablonowej fabuły, posklejanej z wyświechtanych schematów. Na komiks to przepis dobry, jak każdy inny, ale żeby osiągnąć zadowalające efekty, z żonglerki tanimi, pulpowymi motywami, trzeba wycisnąć dobrą, angażującą historię. Albo chociaż coś więcej, niż tylko kilka skrajne odrażających chwytów i banalnych rozwiązań fabularnych. Zespołowi scenarzystów i Maciejowi Pałce daleko do wirtuozerii Tarantino czy Rodrigueza w tej materii, więc efekt jest dość średni.

środa, 10 marca 2010

#395 - "Samolot" wylądował w Top Shelf 2.0!

Miło jest nam poinformować, że dosłownie przed chwilą na stronie Top Shelf 2.0 pojawił się komiks "Samolot" autorstwa naszego redakcyjnego kolegi Daniela Gizickiego ("Kwaziu", "Paranomazja") i Marka Lachowicza ("Gang Wąsaczy - Ruchome Paski", "Człowiek-Paroovka"). Ten siedmiostronicowy szorciak, który był dla Lachowicza pierwszą historią, jaką zilustrował do cudzego scenariusza, zdobył w 2006 roku trzecie miejsce na Międzynarodowym Festiwalu Komiksu w Łodzi w konkursie na krótką formę komiksową. Dla większości historia ta jest zapewne dobrze znana, ale nawet jeśli, to warto ją sobie odświeżyć klikając w poniższą grafikę.

Internetowe "przedłużenie" wydawnictwa Top Shelf powstało w maju 2008 roku, jako darmowa porcja nowych komiksów, które pojawiają się na stronie pięć razy w tygodniu (poniedziałek-piątek). Jednym z założeń Top Shelf 2.0 jest chęć zaprezentowania możliwie jak najbardziej różnorodnych komiksów twórców już obytych na amerykańskim rynku, jak i zupełnie nowych, nieznanych szerszej publice. Debiutujący dziś na stronie "Samolot" dołączył tym samym do takich komiksów jak "Red Plains", "Baby Dragons Are No Fun" czy "Hangar 84", a Daniel Gizicki i Marek Lachowicz dołączyli do zacnego grona twórców, w którym znajduje się również Jeff Lemire, Alex Robinson, Farel Dalrymple czy Nelson Evergreen (który pod koniec zeszłego roku wziął udział w naszej batmaniej zabawie). A jak "Samolot" trafił do amerykańskiego wydawcy? Jak powiedział nam Daniel: "Bardzo to proste w sumie. Robert Wyrzykowski mi powiedział o tym projekcie, więc siadłem, wlazłem na stronę TS2.0 obejrzałem sobie jak to wygląda i wysłałem komiks. TopShelfowcom się spodobało i to cała historia".

Obydwu panom serdecznie gratulujemy i trzymamy kciuki za dalsze sukcesy!

sobota, 11 października 2008

#65 - Maszin 4

Nikt się chyba specjalnie nie obrazi jak napiszę, że 'Jeju' i 'Maszin' to obecnie dwa najlepsze komiksowe ziny. Jakiejś wielkiej konkurencji nie mają, ale niech zostanie że najlepsze są. Przy okazji tegorocznej MFKi rednacze Asu i Tkachoz wypuścili kolejne numery swoich tworów - tematem głównym dla Jeju (#7) był Las i Przyroda, natomiast w przypadku młodszego kolegi (#4) Guziki. O ile 'Jeju' nie rzuciło mnie na kolana o tyle 'Maszin' tak.

Pierwsze co rzuca się w oczy po dorwaniu w łapy czwartego numeru to lepsza jakość wydania w porównaniu z poprzednimi - ewolucja przyniosła sztywniejszą okładkę oraz lepiej nasyconą czerń, zaś odnośnie zawartości obyło się bez zmian (czyt. dalej jest świetnie). Starzy i nowi maszinowi twórcy machnęli łącznie 17 historii w których to guziki często przywołują wspomnienia z dawnych lat jak również zabierają w otchłań kosmosu. Kosmos ten uderza z samej okładki, która jest częścią świetnego komiksu Marcina Surmy Maj Kwiecień (fajny zabieg swoją drogą). A takich świetnych komiksów kilka jest, jak chociażby Handmade Olgi Wróbel czy też kolejne przygody detektywa Hmmarlowe (Surma ponownie, tym razem Przemek). Nie chciałbym tu wymieniać każdego komiksu po kolei bo po pierwsze nie bardzo wiem jak by się za to zabrać, żeby miało ręce i nogi, a po drugie mam nadzieję, że weźmie się za to Maciej Pałka, któremu zinowe recenzje wychodzą wpytowo. Ale cholera, wypadałoby wspomnieć w zasadzie o każdym, bo na to zasługują, więc czy chcę czy nie, będzie wyliczanka. Zaraz pod spisem treści Piotr Perłowski pokazuje na trzech kadrach w świetnym stylu, że głupi tytuł głupiemu tytułowi nierówny. Dalej cieszą bardzo dwa komiksy Jarka Kozłowskiego (w drugim za scenar odpowiada Gizicki Daniel), którego fanem jestem i liczę na jakiś dłuższy metraż. Lobsterandscrimp ostro pojechał w Maszup Paranoi z bohaterami z dzieciństwa (niezła psychodela z Lolkiem) i można by też pod temat dzieciństwa podciągnąć jednoplanszówkę Jacka Świdzińskiego Miś, którego - mimo, że stworzył sympatyczny komiks - stać na więcej. Stałym maszinowym punktem jest Najwydestyluchniejszy (uff..) wspomnianego Pałki i Sztybora Bartosza - dziesiąty epizod ma być kluczem do całej układanki, ale czy jest? Nie wiem. Brakuje mi połowy historii, więc nie oceniam. Graficznie podoba mi się bardziej niż Strange Places - bardziej spójnie, że się tak powymądrzam. Sztybor - którego swoją drogą ostatnio wszędzie pełno (daruję sobie czerstwy tekst o lodówce) - spłodził wespół z Adą Bucholec drugą guzikową historię pt. Się Odpruł od Koszuli - sentymentalną wycieczkę do przeszłości wywołaną guzikiem, który.. patrz tytuł (swoją drogą przypomniało mi to jeden z odcinków soft erotyków spod szyldu Playboya o gadającym wibratorze). Trzy plansze maznął rednacz, zapełniając je abstrakcyjno-sympatyczno-jako-tako-rymowaną historią o Guzikożercach. A jeśli już o abstrakcji mowa to wrzuciłbym do tego wora szorty autorstwa Skiee, Tomasza Mirta, Otoczaka i Dr Piicoklenny'ego z których to rozumiem mniej lub więcej, ale ogólnie stanowią dla mnie pewną zagadkę. Wyliczanka powoli dobija do stacji końcowej. Małomówny, acz pomysłowy Gary Glue na dwóch planszach walczy z klonami - scenariuszowo bez rewelacji, ale graficznie palce lizać. No i dwie jednoplanszówki, które całkiem sympatycznie się uzupełniają - Guzikogeneza Gizickiego i Kolca pokazuje jak to się wszystko zaczęło, natomiast Guzik i Guzik Rima Kemotta pokazuje jak się kończy.

Dodatkowo symptycznej tradycji umieszczania dodatków ciąg dalszy - każdy egzemplarz Maszina wzbogacony jest o - a jakże - guzik oraz oddzielny mini komiks Mariusza KCZMRka. Ciekaw jestem co też wymyśli Mikołaj Tkacz przy kolejnym numerze, którego motywem przewodnim będzie Deszcz i mam nadzieję, że się przekonam najpóźniej do przyszłorocznej wueski.

Chylę czoła. Zarówno przed twórcami jak i przed 'ojcem prowadzącym', który napisał swego czasu u siebie, że 'Maszin' - w opozycji do 'Jeju' - ma być zinem bardziej eksperymentalnym i dziwnym. I takim też jest. Niektórych komiksów nie rozumiem, ale ani trochę nie przeszkadzało mi to w lekturze, wręcz przeciwnie - dodało tylko kolorytu całości. Mikołaj Tkacz najzwyczajniej w świecie ma pomysł na swój zin i z żelazną konsekwencją go realizuje.
Ja to kupuję.
*pow*