Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Andrzej Janicki. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Andrzej Janicki. Pokaż wszystkie posty

piątek, 22 sierpnia 2014

#1720 - Likwidator. Szorty

W „Szortach” Ryszard Dąbrowski w pewnym sensie wraca do korzeni swojego najsłynniejszego bohatera. Esencją Likwidatora były bowiem zawsze krótkie, zwięzłe historie, w których bohater rozprawiał się ze swoimi antagonistami. Zarówno werbalnie, kompromitując poglądy przeciwnika, jak i niewerbalnie – mordując go w tyle brutalny, co efektowny sposób. 


środa, 20 października 2010

#589 - Biceps nr. 01, czyli "ej, zróbmy sobie zina!"

"Biceps" okrutnie mnie zaskoczył, kolejny raz udowadniając, że Kraków leży na peryferiach komiksowego środowiska. O nowym zinie redagowanym przez tercet arcz, TeO i Ystad (w skrócie – kolektyw wydawniczy ATY) musiały chodzić jakieś kawagardowe ploteczki i kto miał wiedzieć, ten i tak wiedział, ale do mnie żadne wieści nie docierały. Oczywiście Łukasz coś tam półgębkiem wspominał, że pochłonięty jest przez jakieś papierowy projekt, ale gdzieżbym się spodziewał, że do Łodzi przywiezie swój własny komiks!
Pisanie o pierwszym numerze "Bicepsa" z pewnością będzie łatwiejsze niż konwentowe spotykanie się "w realu" z Łukaszem, którego znam już od dobrych kilku (czterech? - dwóch z kawałkiem! a.) lat, a ciągle czuje się trochę niezręcznie, jak nie przymierzając Pstrąg przy Śledziu. W sensie, że taki nieśmiały jestem. W przypadku recenzji jego komiksu, którego jest współredaktorem nie ma się co krygować!

Pomysł na "Bicka" narodził się w jednej z warszawskich knajpek, którą nie była jednak osławiona Kawangarda, tylko w Bar u Flisa. Wspomniany już Łukasz Mazur, a także Mateusz Trąbiński i Jacek Jastrzębski chcieli mieć własnego zina, który wpisywałby się w piękne tradycje rodzimej xeroprasy. W dobie komiksowego kryzysu i w czasach, kiedy ziny wychodząc z podziemia, stają się głównonurtowymi magazynami (przypadki "Jeju!"/"Kartonu", "Kolektywu" i "Ziniola") wydawałoby się, że takie spontaniczne przedsięwzięcia, robione przez zapaleńców dla czystej zabawy nie mają już racji bytu. Łukasz, Mateusz i Jacek udowadniają, że wcale tak nie musi być.

Graficznie rzecz biorą "Biceps" prezentuje się pysznie. Pozbieranych z różnych rejonów Polski (i nie tylko) artystów, różniących się stażem i komiksowym stylem łączy jedno – świetnie rysują. Wojciech Stefaniec, Daniel Grzeszkiewicz, Tony Sandoval, Marcin Podolec w nowym (znakomitym!) wcieleniu i reprezentant starej szkoły, Jacek Skrzydlewski, to prawdziwa pierwsza liga. Niestety, scenariuszowo nie jest już tak różowo i tak naprawdę trudno znaleźć coś, co by się wyróżniało się z typowej, zinowej młócki robionej dla kumpla. Natomiast ekipa "B" wpadła na kilka znakomitych pomysłów z "Na chłopski rozum/Babskie gadanie", kulinarnym kącikiem czy komiksową krzyżówką na czele. Szkoda, że to tylko smakowite rodzynki, umilające smak głównego, dość nijakiego, dania. Życzyłbym sobie więcej tego typu atrakcji w kolejnych numerach.Natomiast wszystko wskazuje na to, że mocną stroną "Bicepsa" będzie publicystyka. Redakcji udało się zebrać mocną kadrę ludzi umiejących o komiksie ciekawie pisać (Szymon Holcman, Tomasz Pstrągowski, Przemysław Pawełek oraz Andrzej Janicki w dość zaskakującej roli kulinarnego publicysty). Mam nadzieję, że do ekipy kilka piór jeszcze dołączy. Nieśmiało sugerowałbym mistrza ciętego felietonu Karola Kalinowskiego i pigułowe wcielenie Dominika Szcześniaka. Na tym tle dość niemrawo prezentują się teksty TeO i Ystada, a recenzje niepotrzebnie zajmują miejsce i powinny wylądować na stronie, albo tu, na Kolorowych Zeszytach.

Po zaliczeniu pierwszego "Bicka" miałem podobne wrażenia, co po przeczytaniu premierowego "Kartonu". Bo to niby szybka, lekka i w założeniach przyjemna lektura, ale szału nie ma. Miałem spore wątpliwości, co do potencjału magazynu kultury cartoonowej, ale z czasem zostały one całkowicie rozwiane. "Karton" wyrobił sobie swój charakter, kilkoma komiksami zbudował dobrą markę i tego przede wszystkim wypada życzyć ekipie "Bicepsu" – czegoś, czym będą się wyróżniali na rynku, czym będą mogli przyciągnąć czytelników. Nie licząc kilku fajnych patentów i publicystyki na razie jest dość nijako. W perspektywie Komiksowej Warszawy, na której ma ukazać drugi numer, warto oprócz masy, wyrabiać również charakterność.

wtorek, 20 lipca 2010

#508 - "Ciągle odnajduję świeże inspiracje" – wywiad z Andrzejem Janickim

Pewnie Andrzej Janicki będzie krzywił się na określanie go mianem klasyka rodzimego komiksu, który trwale zapisał się w dziejach polskiej literatury obrazkowej swoją pracą w "Awanturze" czy współtworzeniu "Produktu". Jak się również okazało, Andrzej jest również świetnym rozmówcą, który zajmująco opowiada o zamierzchłych komiksowych dziejach - o Bydgoszczy, współpracy z Jackiem Michalskim, przygodzie z amerykańskim komiksem i wielu, wielu innych rzeczach. Zapraszamy do lektury!
Kolorowe Zeszyty: Skąd w Twoim życiu wziął się komiks? Jak to się stało, że zainteresowałeś się literaturą obrazkową?
Andrzej Janicki: Komiks trafił w moje pulchne łapki za sprawą rodziców. "Dziennik Wieczorny", nieistniejąca od wielu lat, ale niegdyś niezwykle popularna bydgoska popołudniówka publikowała regularnie opowieści rysunkowe Wróblewskiego. Moi rodzice skrzętnie kolekcjonowali wszystkie odcinki i nawet je zszywali w zgrabne książeczki. Niestety, do dzisiaj zachowało mi się ich tylko osiemnaście. Mama kupowała mi także bajki w języku rosyjskim, ze świetnymi ilustracjami. Z dzieciństwa kojarzę również Klossa, Żbika i "Świat Młodych". Szybko połknąłem obrazkowego bakcyla i doskonale pamiętam, jak kilka lat później biegałem po kioskach i księgarniach za "Relaksem", "Janosikiem" i "Alfą"... Wysiłek, jaki trzeba było włożyć w "zdobywanie" komiksów sprawiał, że miały one dodatkową wartość emocjonalną. W poszukiwaniu historyjek komiksowych lub ilustracji kojarzących się z takim klimatem kupowałem najróżniejsze gazety i magazyny zagraniczne. Sporo się nakombinowałem żeby uzbierać trochę pieniędzy od dziadków i mamy. Miałem w kolekcji tak różne tytuły jak "Daily Mirror", "Krokodyl", "Punch", węgierską "Alfę", jakieś francuskie i włoskie magazyny o piłce nożnej, ze świetnymi karykaturami. Na przestrzeni lat to wszystko gdzieś się ulotniło.

Jesteś absolwentem popularnego bydgoskiego "plastyka" (czyli Państwowego Liceum Sztuk Plastycznych). Z murów tej szkoły wywodzi się sporo rysowników komiksowych, między innymi Śledziński, Michalski, Maciejewski, Różański czy Simiński. Jak to się stało, państwowa szkoła zaszczepiła komiksowego bakcyla tak sporej grupie młodych ludzi? Jak wspominasz tamte czasy?
Jako "smark" rysowałem przy każdej okazji, często milicjantów na motocyklach, ale w szkole podstawowej nie byłem orłem na zajęciach plastycznych. Na innych zresztą także (cholerna matematyka!). Pani od plastyki zachęciła mnie bym jednak chodził na kółko plastyczne organizowane w PLSP. Bardzo chciałem nauczyć się rysować, ale te zajęcia mnie nudziły. Mając możliwość oglądania rysunków Jacka Michalskiego, który był przyjacielem mojego kuzyna, chciałem rysować tak, jak on. Najchętniej przerysowywałem jego historyjki do swoich zeszytów, w tym jakąś wariację na temat serialu "Kosmos 1999". Jacek będąc już uczniem "plastyka" namawiał mnie żebym poszedł w jego ślady, ale uczciwie uprzedził, bym nie spodziewał się rysowania statków kosmicznych i facetów z laserowymi spluwami. Nauczyciele przedmiotów zawodowych w PLSP nie byli może wybitnymi artystami, jednak zostawili w mojej głowie trochę wiedzy. Nie tylko takiej o malowaniu sztucznych owoców w koszyku na tle czerwonej szmaty. Najważniejsze, że nie pukali się w czoło, kiedy mówiłem, że chcę w przyszłości robić ilustracje i komiksy.

"Magia" bydgoskiego PLSP polegała chyba na tym, że spotykało się tam "bratnie dusze". Tylko w mojej klasie miałem dwóch kumpli, z którymi mogłem wałkować komiksowe, fantastyczne, filmowe i muzyczne tematy. W równoległej klasie był Krzysztof Różański, a nieco wyżej Jacek Michalski, który już wtedy był dla nas komiksową gwiazdą. Przerwy między zajęciami często wypełniały nam pogaduszki o komiksach. Niemal wszystko w naszym licealnym życiu kręciło się wokół komiksów. Nasz rocznik w PLSP obrodził także talentami innego rodzaju, jak słynny performer Cezary Bodzianowski i Anna Baumgart, jedna z bardziej znanych współczesnych polskich artystek. Może podobnie to wyglądało kilka lat później, kiedy uczniami tej szkoły byli Śledziu, Simson, Jacek Przybylski, Krzysztof Wyrzykowski, Łukasz Ciaciuch.
Na komiksowej mapie Polski Bydgoszcz zaznaczyła się bardzo wyraźnie, także dzięki Studiu Komiks Polski, którego byłeś współzałożycielem. Czy mógłbyś przybliżyć jego losy?
Studio Komiks Polski było naszym sposobem na funkcjonowanie w nowej rzeczywistości, zmierzchu PRLu. Chcieliśmy być firmą produkująca komiksy i ilustracje według własnych pomysłów i na zamówienie. Planowaliśmy organizowanie spotkań komiksowych, warsztatów itp. To był wariacki pomysł, nawet w dzisiejszych realiach trudno byłoby takiej firmie działać w Polsce. No cóż, początek lat dziewięćdziesiątych był czasem przebudzenia, my byliśmy młodzi i głupi, nie mieliśmy rodzin na utrzymaniu, więc mogliśmy ryzykować. Z mnogości fantastycznych idei udało nam się zrealizować właściwie tylko jedną – "Awanturę". Jednak i w tym wypadku ledwie posmakowaliśmy, czym jest robienie magazynu komiksowego a już musieliśmy przełknąć porażkę i to niekoniecznie z własnej winy i nieudolności. W końcu musieliśmy rozwiązać spółkę.

Bydgoszcz jest obecna na komiksowej mapie Polski od chwili, kiedy zamieszkał w niej Jerzy Wróblewski i nic nie zapowiada, żeby coś miało nas wykluczyć z obiegu. Nie wiem, czy obecnie w bydgoskim "plastyku" dojrzewa następna fala komiksiarzy, ale jest "Grupa Trzymająca Pędzle" i parę osób skrywających się jeszcze w cieniu... Póki co my wszyscy, których nazwiska są obecne na komiksowej giełdzie mamy wciąż co nieco do zaprezentowania. Bywa, że nam się nie chce, jak dawniej. Bywa, że łupie nas w krzyżu, bywa, że narzekamy i tłumaczymy się depresją lub mamy inne obowiązki, ale póki bladym świtem kostucha nie zastuka kosą do naszych drzwi...

Chciałem zapytać o Twój debiut, bo przygotują się do tego wywiadu, nic nie mogłem znaleźć na ten temat…

W zasadzie debiutów miałem kilka. Pierwszy, to historyjka "Sniper", opublikowana w naszym licealnym zinie "Supernova". Drugim, profesjonalnym (umowa, pieniądze etc.), choć nie zwieńczonym publikacją, mogła być adaptacja jednego ze scenariuszy serialu animowanego "Zaczarowany ołówek". Niestety łódzki oddział KAW, który miał być wydawcą był o krok od likwidacji i zrezygnował z owego tytułu. Rzutem na taśmę debiut albumowy w tym wydawnictwie zaliczył Romek Maciejewski, który opublikował w 1991 roku komiks "Władcy Wielkich Nizin". Trzeci, właściwy debiut, to historyjka "Marzenie" w "Awanturze". Po drodze realizowałem jeszcze dwa komiksy, z których jeden "Alderan" dosłownie otarł się o druk, za sprawą Tomka Marciniaka. Drugi był zadaniem niezwykle ambitnym i miała to być - uwaga!!! – "Ewangelia wg św. Jana", z bardzo odważnym, symbolicznym wizerunkiem Jezusa.

Samo zaistnienie w światku komiksowym miało miejsce jeszcze przed tym pełnoprawnym debiutem w "Awanturze". W Szczecinie, w roku 1989, na imprezie "Światy Fantastycznych Komiksów" Studio Komiks Polski pojawiło się z wystawą komiksową i nawet sprzedawaliśmy nasze kserowane plakaty i broszurki. Najważniejszą sprawą, jaką pamiętam z tego wypadu było zawarcie znajomości z Jurkiem Szyłakiem oraz wpatrywanie się z zachwytem w prace Sławka Wróblewskiego i Marka Wdziękońskiego. Chyba nie przesadzę, jak powiem, że to wszystko miało kolosalny wpływ na nasze myślenie o komiksie i kolejne działania. Mam wrażenie, że również Jurek był bardzo szczęśliwy z faktu spotkania nowych maniaków i twórców komiksu. Czuliśmy, że coś zaczyna się dziać, że nadchodzący czas będzie dla komiksu łaskawszy. Jeszcze wcześniej poznałem korespondencyjnie Witka Tkaczyka, co również miało poważny wpływ na moje komiksowe losy.

Na początku lat dziewięćdziesiątych komiks polski próbował się odnaleźć w nowych warunkach rynkowych. Próbowano z różnymi formułami, szukano sposobów, jak dotrzeć do czytelnika z rodzimymi produkcjami. Ty do tych starań i poszukiwań dołożyłeś swoją cegiełkę, byłeś bowiem redaktorem naczelnym "Awantury", której losy były dość burzliwie. Mógłbyś opowiedzieć, jak skończyła się awantura z "Awanturą"?
Od pierwszych rozmów dotyczących SKP wiedzieliśmy, że naszym podstawowym celem jest założenie "Awantury" i to się udało. Mam wielką słabość do magazynów komiksowych od czasów "Relaksu" i "Alfy". Wydaje mi się, że na naszym rynku bardzo brakuje silnego, odważnego, opiniotwórczego pisma. Zdaje sobie sprawę, że tak u nas, jak i na świecie bywa z tym różnie, w ogóle z magazynami (w dobie internetu) bywa ciężko, ale moja świadomość komiksowa kształtowała się na legendzie magazynów: "Metal Hurlant", "Heavy Metal" i innych. "Awantura" miała być kompilacją tych wzorców z dziedzictwem "Relaksu". Głęboko wierzę, że to przedsięwzięcie mogło się udać i przetrwać długie lata. Nie bawię się w analizy rynku, bo nie mam o tym pojęcia, ale mam niespełnione jeszcze do końca marzenie. Zaryzykowałbym wiele gdyby tylko pojawiła się inicjatywa stworzenia magazynu komiksowego, odpowiadającego moim wyobrażeniom. Nie powstrzymałoby mnie wspomnienie o wydawcy "Awantury", od którego niemal siłą wyciągaliśmy zaległe honoraria i który w końcu uciekł za granicę.
W latach dziewięćdziesiątych rysowałeś dla właściwie wszystkich liczących się komiksowych periodyków - "AQQ", "Czasu Komiksu", "Komiks Forum", "Qriozum", żeby wymienić tylko kilka. Jak wspominasz tamte czasy, kiedy nasz rynek był zdominowany przez zeszyty serwowane przez wydawnictwo TM-Semic z perspektywy polskiego twórcy komiksowego?
TM-Semic oferował obcowanie z komiksem, którego prawie nie znaliśmy i odbierałem jego istnienie, jako oznakę normalizacji rynku. Nie zapałałem ślepą miłością do bohaterów w trykotach, ale kupowałem wiele serii i obserwowałem, co mają do pokazania amerykańscy rysownicy. Propozycja tego wydawnictwa była dla mnie świetną okazją na poznawaniem nowego świata. Jestem wdzięczny Semikowi, że przybliżył mi takich rysowników jak: Portacio, Romita Jr., Bisley, Kelley Jones, Bolland, Larsen...

Moje myśli i plany koncentrowały się jednak na magazynach, które wymieniłeś, bo tam mogłem publikować, a w księgarniach wypatrywałem z utęsknieniem komiksów z europejskim rodowodem. Niestety wiele z nich dociera do nas zbyt późno a jeszcze więcej nie zagości w naszych księgarniach już nigdy.

Na "Produkt" przeznaczyłem osobne pytanie, bo ten magazyn odegrał niezwykłą rolę w rozwoju polskiego komiksu. Jak wspominasz okres współtworzenia tego, było nie było, kultowego magazynu i jego rynkowy sukces? Czułeś, że dzięki Wam polski komiks udało się reanimować?
Wspominam czas "Produktu" bardzo dobrze, chociaż uczestniczyłem aktywnie tylko w pierwszej fazie jego tworzenia. Początkowo pomysł Śledzia wydawał mi się szokujący, a przynajmniej bardzo niekonwencjonalny. W którymś momencie zdałem sobie sprawę, że jest czymś w rodzaju głosu pokolenia, nie mojego pokolenia i między innymi, dlatego później byłem tylko honorowym członkiem zespołu. "Produkt" odegrał niezwykłą, niepowtarzalną rolę w dotychczasowej historii polskiego komiksu. Był stymulatorem nowych trendów i zdarzeń. Sprawił, że underground stał się mainstreamem. Pod względem historycznego znaczenia, stawiam "Produkt" w jednym rzędzie z "Relaksem" a tuż obok "Świat Młodych" i "Fantastykę" (z komiksową mutacją).

Za sprawą "Produktu" polski komiks nabrał nowych kolorów, ale nie odbieram tego jako reanimacji, bo nie uważam żeby to, co robili twórcy komiksów "przed Śledziem" umarło. Odbiorcy i autorzy się zmienili, ale wciąż jest duża przestrzeń do zagospodarowania dla starej gwardii. Dobry przykład to chociażby Tomek Tomaszewski, który jest ciągle aktywny i konsekwentnie trzyma się swojego komiksowego świata.
W swoim życiorysie masz również akcent amerykański i chyba nie pomylę się bardzo, nazywając Andrzeja Janickiego pierwszym Polakiem, który publikował w Ameryce....
Mam również tzw. epizod litewski, ale ten amerykański jest zdecydowanie ciekawszy. Publikację w małym wydawnictwie Comics Conspiracy sprowokował Krzysztof Mirowski, który w ramach Produkt Crew zajmował się między innymi kontaktami zagranicznymi (jak to profesjonalnie brzmi!). Krzycho wymienił kilka maili z obecnie nieżyjącym Dougiem Miersem, który napisał, że byłby zainteresowany okazjonalnym rysunkiem i być może dalszą współpracą, z którymś z produktowych autorów. Krzycho natychmiast pomyślał o mnie, ja się zgodziłem na wynagrodzenie w postaci piętnastu egzemplarzy autorskich i poszło. Ot, przygoda, ale w CV ładnie wygląda.

Mógłbyś rozwinąć kwestię epizodu litewskiego...
Tomek Marciniak, jako prezes Studia Komiks Polski, próbował rozsławiać markę polskiej twórczości komiksowej poza granicami naszego kraju i zawarł znajomość z Rolandasem Maskoliunasem, znaną postacią w litewskim światku miłośników fantastyki. Rolandas był jednym z redaktorów magazynu fantastycznego "Kaukas". W premierowym numerze pisma, w 1991 r. poświęcił trochę miejsca informacji o "Lenkijos Komikso Studija" oraz zamieścił moją i Tomka czterostronicową historyjkę "Geneza". Magazyn miał nakład 40 000 egz., ale na szczęście do Polski trafiło ich zaledwie kilka. Na szczęście, ponieważ już wtedy uważałem ten komiks za wyjątkowo paskudny. Materiał, o SKP ilustruje za to plansza z mojej znacznie lepiej narysowanej, ale starszej o dwa lata opowiastki "Quo Vadis, Leono?". Bezcenną pamiątka po tej publikacji są nasze nazwiska w litewskim zapisie: Tomašo Marciniako i Andžejaus Janickio.

Jak z Twojej perspektywy wygląda obecnie polski rynek komiksowy? Czy młodym twórcom jest teraz łatwiej, czy trudniej się przebić, niż w Twoich czasach, kiedy na rynku co i rusz pojawiały się i znikały magazyny komiksowe?
Sądząc po przykładzie dziewiętnastoletniego Marcina Podolca i jego debiucie w oficynie z dobrą marką, jest o niebo łatwiej. Nawet wydanie własnym sumptem profesjonalnego od strony edytorskiej zinu wydaje się nie być ogromnym wysiłkiem np. dla grupy twórców, a o możliwościach zaistnienia w internecie w ogóle nie ma co gadać. Mamy także sporo konkursów komiksowych powiązanych z publikacjami, są imprezy i festiwale. Z pewnością można się pokazać w różnych miejscach, wliczając w to media.

Jest też druga strona medalu. Polski komiks, to małe nakłady, kulawa dystrybucja, marne wynagrodzenia dla twórców - rynek właściwie nie istnieje. SF, fantasy, kryminał, sensacja, horror, komiks dla dzieci... Tak naprawdę, żaden z gatunków u nas nie funkcjonuje w publikacjach. Nasz rynek, to komiksy "w służbie" - historii, prezydentów miast, instytucji i reklamy, oraz pomysły mniej lub bardziej undergroundowe i humorystyczne. Reszta jest ugorem, na którym bardzo rzadko wyrastają kwiatki pokroju "Łaumy", czy "Mikropolis". Mam wrażenie, że autorów nic nie popycha do kreowania nowych światów, bohaterów, wciągających opowieści, ciekawej wizji plastycznej, poszukiwań w obrębie języka komiksu, nie mają twórczego natchnienia. Oczywiście, do tego potrzebna jest również inicjatywa wydawnictw. Wola poszukiwania takich projektów, jakaś forma zachęty z ich strony, aby twórcy dostrzegli szansę, uchylone drzwi i nie chowali swoich konceptów w szufladzie lub po prostu zaczęli coś fajnego rysować.

No tak, pomarudziłem sobie jak zgorzkniały dziad. Chyba na MFK nikt nie będzie chciał się ze mną napić…
Nie masz może wrażenia, że jesteś reprezentantem trochę przegranego, polskiego pokolenia? W normalnych warunkach i na normalnym rynku, bibliografia takich twórców jak Ty, Jerzy Ozga, Przemek Truściński powinna pękać od serii i albumów. Nie jest tak - czy przez to czujesz się twórcą w jakimś stopniu niespełnionym?
Marzyło mi się zarabianie na rysowaniu świetnych komiksów i spokojna egzystencja, może okraszoną szczyptą zainteresowania i popularności. Obecnie komiksy rysuję rzadko i nie sądzę by weszły one do kanonu literatury obrazkowej. Mimo tego, czułbym się niespełniony gdybym był postacią zupełnie anonimową. Mogę zatem mówić tylko o pewnym rozczarowaniu. Myślę, że autorzy, których wymieniłeś i jeszcze kilku innych miewają podobne odczucia. Każdego z nas stać na więcej. Nie widać tego z wielu powodów, ale warunki pracy odgrywają istotną rolę.

Ja potrzebuję także innego napędu, impulsu. Mógłbym publikować więcej, ale nie chcę rysować byle czego i byle jak. Rezygnuję z różnych propozycji, bo gdy zapoznaję się z ich szczegółami, skrzydła mi natychmiast opadają. Niestety, czasami nie ma wyjścia i trzeba coś mało interesującego narysować, dla kasy. Gdy zarobek jest symboliczny lub żaden chciałbym, aby to, co robię było przynajmniej ciekawe, miało jakąś wartość i znaczenie lub mnie samego bawiło w trakcie mazania ołówkiem, szukam odpowiedniej motywacji. Może gdybym rysował szybciej, w jakimś luzackim, "śledziowym" stylu, gdyby tworzenie nie było dla mnie dużym wysiłkiem, traktowałbym to inaczej. Tak nie jest, więc wolę po raz sto dwudziesty czwarty obejrzeć "Blade Runnera" i czekam na kolejną okazję.

Jako autor w swojej karierze nie współpracowałeś ze zbyt wieloma scenarzystami. Z czego to wynikało?
Początkowo wszyscy staraliśmy się być samowystarczalni i oczywiście, realizowanie własnych pomysłów pozwala na większą swobodę. Korzystanie z cudzych scenariuszy oznaczało przeważnie ciągłe kompromisy. To akurat jest mi bliskie, jako zodiakalnej Wadze, ale bywa obciążeniem. Poddaje się dyktatowi scenariusza, kiedy realizuję jakieś zlecenie, lub sam nie mam nic do powiedzenia w danym temacie, a zadanie muszę wykonać. Jednak zawsze staram się wtrącić do pomysłu coś od siebie... By rysowało się lepiej. Chętnie poczytałbym jakieś scenariusze, ale wolę nic nie obiecywać, bo najpierw muszę w takim tekście znaleźć coś, co sprawi, że będzie mi się chciało rysować, choćby jedną scenę. Właśnie zdałem sobie sprawę, że chyba nie jestem łatwy we współpracy.

Inna rzeczą jest współpraca z Jackiem Michalskim, bo wespół ze swoim bydgoskim rodakiem masz na koncie sporo publikacji. Możesz opowiedzieć, jak doszło do założenia Waszej dwuosobowej spółki autorskiej? Jak wyglądała współpraca, które z komiksów, które razem zrobiliście wspominasz najlepiej?
Wspominałem już, że Jacka znam od dzieciństwa i to nie z biegania za piłką po boisku, choć i to zdarzyło się kilka razy, ale właśnie od strony komiksowej. Zawsze fascynowały mnie jego możliwości rysunkowe i swobodne podejście do komiksowej planszy. Czasami wybierałem któryś z jego ołówkowych lub długopisowych szkiców, znajdując w nich coś interesującego i brałem na swój tuszowo – farbkowy warsztat, a Jacek się godził, bo uważał, że ten bazgroł do niczego się nie nadaje. Bywało, że Jacek "wypalał" się na etapie ołówkowym i nie miał ochoty ciągnąć pomysłu dalej, a mi chodziło po głowie wykorzystanie owego obrazka do jakichś celów. Innym razem oferowanie współpracy Jackowi było sposobem na zachęcenie go do zajęcia się projektem. Ostatnio ("1981: Kopalnia Wujek" i "Doczekać świtu" w antologii "11/11= Niepodległość"), współpracowaliśmy z czysto praktycznych względów, by komiks powstał w terminie, chociaż muszę wspomnieć, że namawiani byliśmy do tego przez Witka Tkaczyka, któremu nasze wspólne rysowanie bardzo odpowiada. Za szczytowe osiągnięcie naszej spółki uznaję komiks "Aurora - W przebraniu" (Czas Komiksu). Świetnie mi się tę historyjkę wymyślało, potem inkowało i co najważniejsze odbiór warstwy rysunkowej był znakomity.

Komiksiarze związani ze środowiskiem bydgoskim zwykle bardzo cenią sobie twórczość Jerzego Wróblewskiego. Ty, bezpośrednio zaangażowałeś się w propagowanie spuścizny tego zmarłego klasyka polskiego komiksu. Mógłbyś powiedzieć nieco więcej o tej inicjatywie oraz o tym jak wyglądało to ze strony praktycznej, jak i o swoim stosunku do Wróblewskiego?
Moje zainteresowanie Jego twórczością miało wzloty i upadki. Były chwile, że pociągały mnie skrajnie różne komiksy i kreska, lecz miałem to szczęście, że poznałem Jerzego Wróblewskiego i nawet współpracowałem z nim przez (zbyt krótki) moment. Poznałem też córkę i syna. W ten sposób, po jego śmierci, zostałem kimś w rodzaju ich łącznika z komiksowym światem. Zaczęło się od pracy magisterskiej Marcina Jaworskiego, poświęconej twórczości Wróblewskiego. Kilka lat później poznałem Macieja Jasińskiego, któremu w pewnym momencie wykiełkował w głowie pomysł napisania książki o "Mistrzu z Bydgoszczy". Przekonywanie Magdy, córki Jerzego Wróblewskiego, że Jasiński nie jest złodziejem, naciągaczem i oszołomem zajęło nam trochę czasu. W końcu mógł się dobrać do archiwum rodzinnego i przetrząsnąć je po wielokroć. Nie ma teraz na świecie osoby, która wiedziałaby więcej o życiu i twórczości Pana Jerzego, niż Maciej. Nawet jego najbliżsi nie mają tak pełnej i usystematyzowanej wiedzy w tym temacie.

Konsekwencją naszych spotkań były także plany dotyczące wykorzystania spuścizny po zmarłym. Maciej pomógł Magdzie uporządkować wszystkie kwestie prawne i można było zacząć realizować któryś z możliwych do wykonania pomysłów. Nie jest łatwo, bo nasz rynek komiksowy to wielce nieprzyjazny grunt, ale być może małymi krokami, przy dużej cierpliwości Magdy, uda się podtrzymywać pamięć o Jerzym Wróblewskim. Tradycja komiksowa w Polsce nie przytłacza swoim bogactwem, dlatego powinniśmy dbać o budowę fundamentów dla naszych komiksowych oczekiwań i marzeń (czysty patos, prawda?).
Dysponujesz bardzo charakterystyczną kreską, którą nie sposób pomylić z nikim innym. Jakie są Twoje komiksowe (i nie tylko!) inspiracje. Jacy twórcy, graficy, dzieła wywarły na Tobie wpływ?
W moich pracach można odszukać wiele wpływów, ale cieszę się, że rysując w różnych konwencjach udaje mi się zachować pewną rozpoznawalność. Jest grupa rysowników, których robota budziła mój zachwyt od pierwszego spojrzenia: Saudek, Moebius, Bilal, Bisley, McMahon, Barry Windsor Smith, Bolland, Mignola, Hewlett, Toppi... Są autorzy, których kreskę pokochałem niemal wyłącznie za pośrednictwem internetu: Carlos Gimenez, Palacios, Alex Nino... Ci, których cenię za niektóre komiksy: Miller, Kelley Jones, McKeever, Druillet... Jest cała rzesza klasyków amerykańskiego komiksu i ilustracji: Frazetta, Wrightson, Mort Drucker, Jack Davis, Kurtzman, Leyendecker... Ciągle odnajduję jakieś świeże inspiracje, wciągam jak gąbka. Na naszym gruncie również mam swoich faworytów - od Wróblewskiego, Baranowskiego i Rosińskiego, przez Gawronkiewicza, Rebelkę i Śledzia po malarstwo Beksińskiego, Dudy-Gracza oraz grafiki Starowieyskiego i Kobylińskiego. Lista jest naprawdę bardzo długa.

Mógłbyś zdradzić tajniki swojego warsztatu? Wcześniej wspominałeś o potrzebie impulsu, ale jak to w praktyce wygląda? O jakiej porze pracujesz? Jakich narzędzi używasz?
Wypróbowałem przez lata wiele narzędzi do rysowania – długopisy, pędzelki retuszerskie, bambusowy patyk, rapitografy, ArtPeny, piórka (najchętniej) i od kilku lat (pod wpływem Śledzia) różne pisaki. Najczęściej używam permanentów (Faber – Castell, Stabilo i Pentel), które mocno wsiąkają w papier i dzięki temu kreska nie zanika po gumkowaniu (gumka Pentel Hi – Polymer, wyłącznie), a szkicuję miękkimi ołówkami, dosyć mocno i naprawdę jest co ścierać. W kwestii papieru nie jestem szczególnie wybredny, moim ulubionym jest zwykły blok techniczny Canson, format A3.

Kiedy zacząłem swoje rysunki obrabiać w komputerze nie tylko moja kreska się zmieniła, ale także przestałem przywiązywać szczególną wagę do tego, czym i na czym rysuję. Coraz częściej zdarza mi się pomijać etap "tuszowania" i finalny rysunek powstaje na bazie skanowanego ołówkowego szkicu wykonanego na byle kartce, chociaż używam wysłużonego tabletu firmy Pentagram. Kolor nakładam wyłącznie w komputerze, już nie pamiętam, kiedy ostatnio malowałem "analogowymi" farbkami. Nie mam wypasionego stanowiska pracy, często rysuję "na kolanie".

Pracuję w różnych porach, chociaż nocek staram się nie zarywać. Jeżeli mi bardzo zależy, lub termin goni, to rysuję/dłubię w Photoshopie nawet w niedziele i święta, od 9 do 24, z przerwami na posiłki i spacery z pieskiem. Niestety systematyczna praca nie jest moją mocną stroną, poddaje się nastrojowi chwili. Największą zaletą bycia rysownikiem komiksów jest to, że za pracę można uznać czytanie i oglądanie komiksów oraz filmów.

Czy w zaciszu domowego studia pracujesz nad jakimś projektem, przygotowujesz jakieś nowe przygody dla wymyślonych przez siebie bohaterów, Aurory na przykład?
Nie... Aktualnie mam doła i próbuję to swoje rysowanie jakoś inaczej poukładać.

Andrzej Janicki - rysownik i scenarzysta komiksowy, urodzony 8 października 1966 w Bydgoszczy. Absolwent Państwowego Liceum Sztuk Plastycznych w Bydgoszczy. Współtwórca i redaktor naczelny magazynu "Awantura" (1990-1991). Jego prace publikowano w licznych periodykach komiksowych - "Czas Komiksu", "AQQ", "Komiks Fantastyka", "Komiks Forum", "Zeszyty Komiksowe" i "Produkt" - żeby wymienić tylko te najważniejsze. Autor ilustracji w albumach "1981: Kopalnia Wujek (2006), "Solidarność - 25 lat: Nadzieja zwykłych ludzi" (2005), jego pracę można również znaleźć w antologii "Człowiek z próbówce" (2004).

poniedziałek, 1 lutego 2010

#361 - Rok 2009 okiem twórcy

W ostatnim akcie rozrachunków z minionym rokiem, po występie wydawców, oddajemy głos tym, bez których całej tej zabawy w komiksiki by nie było, czyli twórcom. Tak się głupio złożyło, że na moje wezwanie odpowiedzieli Ci, z którymi utrzymuje mniejszy lub większy kontakt internetowo-konwentowy. Wszystkim bardzo dziękuje za udział w naszej ankiecie i mam nadzieję, że za rok spotkamy się w tym samym miejscu, o tej samej porze. No, może nieco wcześniej.

Trudno ocenić ostatnie miesiące, kiedy patrzy się na nie z tak krótkiej perspektywy i w dodatku przez różowe okulary debiutanta, dla którego ten ubiegły rok i tak na zawsze zostanie Rokiem Hmmarlowe'a – wyjątkowym, i niepodobnym do żadnego innego. W zasadzie mógłbym zastąpić "rok Hmmarlowe'a" mniej bufonowatym i bliższym prawdy określeniem "rok drżącej ręki". Drżąca ręką bowiem kończyłem ubiegłej zimy "Niedole Julitty". Tą samą drżąca ręką, w czasie WSK, wręczyłem najlepszemu polskiemu wydawcy demo tego komiksu.

Po kilku miesiącach spędzonych mniej lub bardziej intensywnie na korekcie i dorysowywaniu antenek, wziąłem w dłonie (wiadomo jakie!) gotowy album. Apogeum trzęsiączki nastąpiło podczas rozdawania autografów w czasie łódzkiego festiwalu, kiedy cudem trafiałem w kartkę papieru. I to nie tylko dlatego, że tuż obok Grzegorz Rosiński zamaszystym rysowaniem blond pukli Aariki wprawiał w wibracje czekający w kolejce (do niego) tłum, jak i mój stolik. Nie muszę już chyba pisać, jaką ręka sięgałem po pierwsze recenzje. Podsumowując – "rok drżącej ręki" to był dla mnie bardzo ciekawy okres. Wszystkim przyszłym debiutantom takiego życzę.

A co z życiem "pozahmmarlołowym"? Wciąż niezwykle mnie cieszy nabierająca tempa pogoń za komiksowym światem, rosnąca ilość pojawiających się u nas albumów i coraz większy udział w tym komiksowym cieście ambitnych rodzynków. A ja, przyznaję, lubię wyjadać rodzynki. Z tego, co widzę w pojawiających się zapowiedziach w tym roku też będzie smakowicie. Jeśli o moje, komiksowe plany chodzi, to na dzień dzisiejszy zostało mi do przygotowania około 60 stron drugiego tomu Hmmarlowe'a. Jak skończę, to dam Wam znać.

Rok 2009 pod względem komiksowym oceniam bardzo wysoko, zwłaszcza, jako czytelnik. Jako twórca też nie mam powodów do narzekań. Było mniej intensywnie, niż w ciągu kilku poprzednich lat, ale jest to raczej ogólny trend. Zauważyłem, że czytelnicy są zaniepokojeni małą ilością polskich produkcji. Nie ma powodów do obaw - taki stan jest efektem opróżnienia szuflad. Wydawcy utrzymywali wysokie tempo, gdyż publikowali zaległości na równi z premierami. Podobnie jak w przypadku komiksu światowego, nadrabialiśmy opóźnienia z rodzimego podwórka. Teraz trzeba poczekać, aż twórcy zrobią nowe komiksy, które będą publikowane na bieżąco. Wiadomo, że narysowanie albumu to kwestia miesięcy, o ile nie lat. Myślę, że integral "Osiedla Swoboda" można potraktować, jako pewnego rodzaju podsumowanie. Wchodzimy w nowe obszary. Realizujemy nowe projekty. W przyszłość polskiego komiksu patrzę z optymizmem.

Osobiście rok upłynął mi pod hasłem "pełnoetatowy tata". Wydajność pracy nieco mi siadła i nie mam już możliwości, aby porywać się na stachanowskie wyczyny. Nie znaczy to, że spocząłem na laurach. Przystosowałem metodykę pracy do nowej sytuacji i już widzę pierwsze efekty. Na warsztacie mam 6 albumowych projektów w różnych fazach realizacji. Pomysłów, scenariuszy i materiałów źródłowych stale przybywa. Podobnie jest z rosnącym w oczach stosem storyboardów. To jest praca, której efekty będą widoczne w przyszłości.

W 2009 roku udało mi się sfinalizować dwie gry dla Pastelgames. Wyzwaniem i wspaniałą przygodą był dla mnie zwłaszcza MORBID, do którego napisałem scenariusz, zrobiłem grafikę i nagrałem muzykę. Chwila premiery, gdy nagle w nową grę zaczynają klikać miliony (sic!) ludzi z całego świata to dla mnie dzień wielkich emocji. W kwestii stricte komiksowej, wziąłem udział w projekcie Centrali "W sąsiednich kadrach". Była to dla mnie, jako twórcy spora nobilitacja. Ze współpracy jestem bardzo zadowolony. Przy okazji przełamałem się i wróciłem do pisania scenariuszy. Opinie czytelników utwierdzają mnie w przekonaniu, że chyba wyszedłem z tej próby obronną ręką. Cieszy mnie to.

Tymczasem "Najwydestyluchniejszy", czyli projekt, nad którym pracujemy z Bartkiem Sztyborem od 2006 roku, znalazł miłą przystań w "Kolektywie". Bardzo odpowiada mi publikowanie kolejnych odcinków w tym magazynie, jak również pozytywny ferment, który wytworzył się w środowisku związanym z tym pismem. Kolejne numery "Kolektywu" pokazują solidne skoki jakości prezentowanych prac. To nie jest okrzepły skład rutyniarzy, tylko ludzi mających nadal twórczy entuzjazm, a już prezentujących formę profesjonalistów.

Niestety, zaniedbałem nieco blogaska, ale za to znalazłem przytulny kącik na łamach "Ziniola", gdzie dla potomności gromadzę informacje na temat nowych komiksowych zinów. Oczywiście robię to z wyrachowania, gdyż liczę na miejsce w bibliografiach prac magisterskich. W 2010 mam zamiar ukończyć dwa ze wspomnianych sześciu albumów. W październiku na eMeFKa powinny mieć premierę reedycja "Laleczek" oraz antologia "Sceny z życia murarza" pod moją redakcją.

Nie podsumowałem minionych 365 dni na swoim blogu i również dla Was jakoś trudno mi to wyznanie z siebie wydusić. Bynajmniej nie, dlatego, że nie lubię Kolorowych Zeszytów, lecz dlatego, że w moich działaniach komiksowych nie wydarzyło się nic takiego, na co szczególnie chciałbym zwrócić uwagę. Może z wyjątkiem udziału w przypomnieniu twórczości Jerzego Wróblewskiego i narysowania Batmana grającego na skrzypcach ;)

Nie nakreśliłem też komiksowych planów na rok bieżący (choć wiszą nade mną pewne zobowiązania), ewentualnie dam się ponieść fali i dopasuję do rozwoju zdarzeń. Często mówię innym, że dobry plan to połowa sukcesu, ale zupełnie nie potrafię tej mądrości przekuć na własne postępowanie. Od dłuższego czasu zbieram i odświeżam swoje starsze historyjki, aby złożyć z nich album i szukam motywacji, aby zrealizować, któryś z nowszych scenariuszy. Jednak, tak naprawdę bardzo łatwo znajduję dziesiątki uzasadnień (niestety, niektóre z nich są bardzo prawdziwe) do nie robienia czegoś sensownego i konkretnego. Mam nadzieję, że w roku 2010 zmuszę się do aktywności wykraczającej poza prowadzenie dwóch blogów i rysowanie okazjonalnych ilustracji dla różnych znajomych, ale głowy za to nie dam.

W sferze bardziej ogólnej wydaje mi się, że komiksowy światek ponownie nabrał lekkich rumieńców za sprawą kilku udanych imprez, kilku dobrych komiksów polskich autorów, kilku lepszych komiksów autorów zagranicznych i... narodzin Polskiego Stowarzyszenia Komiksowego. Czekam bardzo niecierpliwie na pierwsze poczynania PSK i daję temu przedsięwzięciu duży kredyt zaufania. Czy zatem zmierzamy ku normalności? Być może, chociaż obawiam się, że ta droga, podobnie jak wszystkie inne w naszym kraju, jeszcze długo będzie dziurawa i wyboista.

Jak rok 2008 był dla mnie okresem inicjacji w komiksowy świat, tak rok 2009 był dla mnie przełomowy, bo poczułem się zaakceptowany, nie jako "one hit wonder", ale jako pełnoprawny komiksiarz. Jest to spełnienie jednego z moich największych marzeń z dzieciństwa. Pamiętam, gdy na ASP wypowiadałem się o komiksach, pokazując kolejne plansze powstającego "Powidoku", jako pewnego rodzaju dowód na to, że jestem twórcą komiksowym i wolno mi się na temat tego medium wypowiadać; jednocześnie drżąc przed tym, że kiedy wydam swój album i zgarnę wyłącznie złe recenzje, lub co gorsze, zostanę zupełnie zignorowany, prawo uważania się za komiksiarza zostanie mi odebrane, że zostanie mi tylko nieszkodliwe hobby.

Miniony rok upłynął pod znakiem właściwie samych sukcesów zawodowych. Po kilku dość znaczących porażkach z roku 2008 wyliterowałem i złożyłem "Golema" i "Łajkę" dla Timofa, z których jestem ogromnie dumny, bo lepiej już zrobione być nie mogą. Jestem również zadowolony z mojej pracy jako redaktora graficznego "Ziniola". Nie uważam, bym był bardzo dobry w kwestii lejałtu pisma, ale dobrze się przy tym bawiłem, wiele nauczyłem i mam nadzieję, że czytelnikom swoją pracą nie zaszkodziłem. Niestety, po czterech numerach żegnam się z "Ziniolem", by się skupić na dyplomie, którego, mam nadzieję, będę bronił już w czerwcu.

Między pracą nad albumami odetchnąłem, tworząc krótkie formy komiksowe, z których również jestem dość zadowolony. Choć trochę mnie zasmuciło, że większym echem odbił się głupi żart w postaci "Kwadransu mesjanistycznego" dla Kolektywu, niż "Zakład" opublikowany w "Ziniolu". Tu bardziej, niż w jakimkolwiek innym swoim komiksie, zepchnąłem sam rysunek, jak i scenariusz (Timofa) na najdalszy plan, zostawiając na wierzchu to, co zazwyczaj jest właśnie na drugim planie, czyli treściową funkcję kompozycji rozkładówek, plansz i elementów na nich zawartych. Fascynuje mnie gramatyczny rozbiór chwil definiujących resztę życia i w dużej mierze o tym będzie mój następny album, więc niepowodzenie "Zakładu" nieco mnie martwi.

Ale tam, gdzie "Kwadrans", czy "Zakład" są pewnymi ekstremami, kolejny komiks do Kolektywu, "01010011-01101101-01101001-01110100-01101000", był dla mnie złotym środkiem między formą i treścią, moimi inklinacjami do eksperymentowania i przejrzystością. Wspaniale również wspominam pracę z Bartkiem Szymkiewiczem. Chętnie w przyszłości bym popróbował takiej pracy zespołowej - rysownik i scenarzysta/kolorysta (albo jeszcze bardziej rozbite, by każdy miał tylko jedną funkcję).

Oczywiście największym sukcesem minionego roku jest dla mnie nasz związek z Olgą Wróbel. Emo-komiksiarka jest dla emo-komiksiarza najlepszą partnerką, tak życiową, jak i twórczą. "Przeciwieństwa się przyciągają" to chyba hasło dla nudnych ludzi lub masochistów. Tak czy siak, po raz pierwszy od lat jestem szczęśliwy, co zaowocowało tym, że zamiast pisać pełne goryczy i smutku eseje na blogu, wolę wyjść na wspólny spacer po parku.

Na szczęście ta radość nie przysłania mi komiksowych obowiązków. Następny album, który zamierzam wydać w 2012 r. jest najbardziej przygnębiającą rzeczą, jaką kiedykolwiek napisałem. Takie stężenie skrajnej beznadziei będzie dla czytelników prawdziwym katharsis albo doprowadzi ich do depresji (lub będzie tak pretensjonalne, że odłożą po dziesięciu minutach). Już mam narysowane / naszkicowane pierwsze dwadzieścia ileś stron, czyli jakąś połowę prologu.

Miniony rok był dla mnie bardzo udany komiksowo. Nawet bardzo bardzo.

Przede wszystkim udało się nam, wspólnie z Tomkiem Pastuszką i Bartkiem Sztyborem, uruchomić magazyn "Karton". Pomimo raczej chłodnego przyjęcia ze strony krytyki komiksowej (bo od czytelników otrzymaliśmy raczej pozytywny feedback) wszyscy trzej, wspólnie z całą ekipą twórców zaangażowanych w projekt, wierzymy, że "Karton" może się bardzo ładnie wpisać w komiksowy krajobraz Polski. Są ciekawe widoki na rozwój naszego kartonowego dziecka, więc warto wyglądać kolejnych numerów. Przy okazji chciałbym oddać głęboki pokłon w kierunku gigantycznej wręcz roboty, jaką odwala Asu przy ogarnianiu wszystkiego co z "Kartonem" się wiąże. Jeśli ja jestem redaktorem naczelnym magazynu, to Tomkowi należy się tytuł HiperMegaGiga Naczelnego.

Drugą bardzo ważną sprawą w 2009 roku było dla mnie dopinanie pewnego przedsięwzięcia albumowego. Mam nadzieję, że wkrótce całość stanie się ciałem i zamieszka na półkach komiksomaniaków i nie tylko. Nie chcę zdradzać o co dokładnie chodzi, żeby zwyczajowo nie zapeszać. Nie zdziwi pewnie nikogo, że scenariuszowo rzecz ma związek z pewnym młodym fanem "Zmierzchu".

Podobnie jak w latach poprzednich popełniłem kilka szorciaków, które opublikowano to tu, to tam. W "Ziniolu" ukazały się dwa epizodziki, w których cofam się do mojego dzieciństwa. Mam nadzieję, że ten autobiograficzny cykl uda mi się pchać dalej, przy pomocy mojego Szanownego przyjaciela, który oprawia moje wspomnienia w komiksowe ramy.

Cieszę się, że udaje nam się z Bartkiem Sztyborem tworzyć kolejne szalone przygody Kapitana Minety, bo praca nad tym komiksem to frajda w najczystszej postaci. W zeszłym roku ukazały się dwa odcinki z perypetiami sympatycznego królika. Jeden na łamach "Kolektywu", drugi w magazynie-matce Minety, czyli "Hardkorporacji". Jestem również zadowolony z jednoplanszówki, którą wysłaliśmy ze Sztyborem na zeszłoroczny konkurs emefkowy. Mam nadzieję, że w przyszłości zrobimy jeszcze jakieś rzeczy z wykorzystaniem zabawy komiksową formą.

Rok 2009 to także znakomite imprezy w doborowym towarzystwie na konwentach mniejszych i większych. Z ogromnym sentymentem wspominam imprezki w Gdański i w Radomiu. Kameralność, znakomita organizacja, a przede wszystkim rodzinna atmosfera to atuty tych właśnie komiksowych spotkań. Co nie znaczy, że w Łodzi czy w Warszawie bawiłem się źle. WSK i MFK również dały radę.

Przyszły rok jawi mi się w tym momencie jako ogromny znak zapytania. Podobno w moim życiu ma się zmienić absolutnie wszystko. Mam jednak ogromną nadzieję, że odnajdę w tej nowej rzeczywistości czas i miejsce dla mojej pasji. Bo bez komiksików byłoby mi chyba trochę smutno.

Osiągnięcia: Poznałem wiele poczciwych, związanych z komiksem osób, z którymi kontakt mam do dziś, czasem wspólnie tworzymy historie. Największą dla mnie sprawą w minionym roku był chyba wywiad dla Motywu Drogi, ponieważ okazało się, że ktoś uważa moje tworzenie za wartościowe i nawet chce o tym ze mną porozmawiać na szerszym forum. Było mi bardzo miło, kiedy Konrad do mnie napisał i wydaje mi się, że ten wywiad zmobilizował mnie do dalszej pracy. Za nie lada osiągnięcie uważam wyzbycie się utopijnych wizji komiksowego środowiska, które roztaczałem sam przed sobą przez te lata. Zawsze chwaliłem się znajomym, jak super jest być komiksiarzem na konwencie, na konwentowym afterparty, między konwentami... A tu proszę, komiksiarz też człowiek i dureń. Oczywiście ciągle przeważa we mnie pozytywne nastawienie. To chyba też osiągnięcie, co?

Porażki: Komiksowych raczej nie mam, może nie licząc odłożenia produkcji kilku komiksów na czas bliżej nieokreślony. Z niekomiksowych porażek na pewno mogę wymienić zwichnięcie kolana, które wykluczyło mnie praktycznie z całego sezonu Niezobowiązującej Koszykówki Wakacyjnych Desperatów (NKWD), którego rozgrywanie co roku jest dla mnie wcale dużą przyjemnością.

Porównanie z poprzednimi latami: W tym roku pojawiłem się w większej ilości zinów, wspomniano o mnie parę razy w internecie. Miałem bardzo udane wakacje, bo nie musiałem siedzieć nad "Ser-cem", jak w roku 2008. Co do "Ser-ca", to ponoć ma być robiony dodruk...

Plany: Mam wyznaczone trzy cele na ten rok, gdy uda mi się któryś zrealizować, napiszę o tym na blogu. W ogóle bardzo lubię blogować, więc planuję kontynuować prowadzenie swojej strony. W tym roku będą trzy lata. Jeden z celów na pewno nie jest dla nikogo większą zagadką – chciałbym wydać album z Sheerem, prace trwają.