Pokazywanie postów oznaczonych etykietą robogil. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą robogil. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 2 sierpnia 2010

#521 - Robogil #4 - komiks kobiecy samczym okiem

Robert Wyrzykowski: Czym właściwie jest komiks kobiecy - ta dyskusja rozgorzała w komiksowym zakątku polskiej sieci parę miesięcy temu, sprowokowana sławetnym panelem podczas Komiksowej Warszawy. Powstały zaangażowane wpisy na blogach, pod którymi jak grzyby po deszczu wyrastały sążniste komentarze, podobnie gorąco bywało na Twitterze. Zwolenników i przeciwników tego określenia można znaleźć wśród przedstawicieli obydwu płci. Część panów daje przyzwolenie na istnienie takiego gatunku, niektóre panie natomiast ostro się temu sprzeciwiają, bojąc się niewygodnej łatki. W tym momencie kurzawa nieco opadła, chociaż i teraz zdarzają się nowe głosy w tej debacie. Możemy się zatem przyjrzeć temu z pewnego dystansu, zebrać do kupy spostrzeżenia i przeanalizować zarówno samo zagadnienie "komiksu kobiecego" jak i argumenty padające z obydwu stron barykady.

Daniel Gizicki: O rany. Skończyło się dociekanie czym jest underground i czy opłaca się wydawać zeszytówki, to wyciągnęli spod kołdry komiks kobiecy. Pamiętam jak na starym forum Wraka była jakaś taka mocna dyskusja co to jest ten komiks kobiecy z czym to się je i jakoś nie uzyskano konkretów. A teraz wszystko się od nowa bełta, jeno jedna strona to traktuje tak rozpaczliwie serio, że trochę strach się odzywać. A przecież, że zacytuję Lucka: "spokojnie, to tylko komiksy".

RW: W dyskusji na Wraku nie brałem udziału. Myślę, że nie było tam też wielu dyskutantów i dyskutantek, obecnie udzielających się w temacie, a dla których to wciąż jest świeży i atrakcyjny temat. Mam jeno wrażenie, że "komiks kobiecy" to chwytliwa marketingowo etykietka, dająca szansę na zaistnienie poza środowiskiem - albo też zaistnienie w innym środowisku poprzez zajęcie się tak niszową działalnością jak komiks. Przynajmniej ja odnoszę takie wrażenie, obserwując część dziewczyn z dumą noszących się z taką metką, zwłaszcza w pozakomiksowych mediach... a później patrząc na jakość ich prac.

DG: W sensie, że tytuł, który można wcisnąć głównie niekomiksowym czytelniczkom i czytelnikom dzięki łatce, bez łatki nie miałby żadnych szans, bo często gęsto jest po prostu słaby?

RW: W rzeczy samej. W momencie, w którym promowana jest przede wszystkim idea, samo sedno twórczej ekspresji, zaś na tzw. "stronę techniczną" przymyka się oko. Przypomina mi się w tym momencie taki komiks jak "Kochać zbyt mocno" Rosalind B. Penfold. W środowisku komiksiarzy raczej mało ceniony i dostrzeżony, dość często pojawiał się jednak w różnych niekomiksowych mediach, zwłaszcza w prasie kobiecej, gdzie i jego ocena była znacznie cieplejsza.

DG: Może i tak ale wiesz co Rob? Dla mnie jednak od czasu dyskusji na Warku, która jakoś się w końcu przerodziła w śmichy chichy, termin "komiks kobiecy" funkcjonuje jako taki mem jak choćby "plecy konia", to znaczy śmiać mi się chce z tego. Uważam, że to takie bajdurzenie jest, bo dla przeciętnego czytelnika, to czy komiks stworzyła kobieta czy facet, czy opowiada on o kobietach, facetach, robotach z kosmosu itd. nie ma znaczenia bo i tak się wybiera to co się lubi, i zwraca uwagę po prostu czy to jest dobry komiks czy nie. Zresztą jak czytam te "definicyje" na comixrgrllz czy jak tam się ta zabawna strona nazywa, to wiesz, trochę śmiech na sali. Z jednej strony komiks kobiecy to komiks o kobietach z ich perspektywy ale i też na wszelki wypadek zawłaszczono każdy komiks stworzony przez kobiety. No to ja bardzo przepraszam, ale nikt mi nie wmówi, że można postawić znak równości między "Fun Home" i komiksami o Kleksie Szarloty Pawel i je razem wrzucić do wora z napisem "Komiks KOBIECY".

RW: "Komiks dobry czy zły" to niby taka oczywistość, ale raczej nie do końca. Są ludzie, którzy z zasady nie trawią pewnych gatunków/tematów - komiksu bohaterskiego, Gwiezdnych Wojen, komiksów dla dzieci, kryminałów - nawet jeżeli dany tytuł będzie absolutnym klasykiem danego gatunku, tacy czytelnicy po prostu skrzywią się i tyle. Tak jak ja na przykład kompletnie nie czuję płyt Wu-Tang Clan i Public Enemy, mimo że są to ponoć szczytowe osiągnięcia hip-hopu.

DG: No ale co z tego? To po prostu taki czytelnik nie przeczyta i tyle.

RW: Tak, tylko że na określenie "dobry/zły" składa się również tematyka, która jednemu czytelnikowi z automatu podejdzie a innemu nie - i to już wpłynie na ogólny odbiór, nieważnie jak błyskotliwie i doskonale technicznie by nie było. Ludzie bardzo często kierują się gatunkami w doborze dóbr kultury - szerokim łukiem omijają jedne, za to lgną do innych. Wszystko to jest wysoce zsubiektywizowane. Tak samo z komiksami. Dla kogoś ten nieszczęsny "komiks kobiecy" to będzie jak woda święcona dla diabła, a inny kupi tylko i wyłącznie z tego powodu. Ale masz rację - stawianie Bechdel i Pawel w jednym rzędzie jest trochę głupie, a to właśnie proponują dziewczyny z CG, twierdząc w ogólnym artykule, że: "Do komiksu kobiecego można zaliczyć każdy wytwór, także tych artystek, które nie chcą być z tym nurtem utożsamiane. Klasyfikacja, kategoryzacja i interpretacja to domeny czytelnika i recenzenta" - nawet jak budzi to sprzeciw konkretnych twórczyń.

DG: No ale czy to nie jest z góry skazane na porażkę? Rozpętywać batalie o komiks kobiecy, podczas gdy komiks jednak jest głównie skierowany do płci niezbyt pięknej? Być może gdyby w historii komiksu euro-amerykańskiego było tak jak w Japonii, że są komiksy i dla tych i dla tych i jest tego sporo z obu stron barykady, to to by miało sens. Ale historia jest inna i komiksy czytają głównie chłopcy, którzy potem dorastają i albo porzucają komiks albo sięgają po tytuły dla dojrzalszego czytelnika. Tu się nie ma co oszukiwać, serie o Batmanie czy X-Menach są skierowane do chłopców. Oni się na tym wychowują. Niech dziewczyny zamiast pitolić o definicjach i o tym co ma prawo być czym, zaczną robić historie, którymi sobie wychowają grono czytelniczek i niech potem sobie gadają o komiksie kobiecym i definiują, dzielą i kategoryzują ile dusza zapragnie. Bo na razie dla mnie to to jest zabawne bicie piany i tworzenie definicji w związku z ideologią podczas gdy te definicje ani nie mają większego merytorycznego znaczenia, ani nie przekładają się na rzeczywistość (Bechdel vs. Pawel).

RW: Dobra, jednak taki termin istnieje, został ukuty, zebrała się grupka osób go promująca i tworząca komiksy w tym duchu i w sumie głupotą jest odmawianie im praw do tego. Skoro ktoś sobie takie określenie wymyślił i pod taką banderą wygodnie mu tworzyć - ich wola, nam nic do tego. Gwałtowne sprzeciwy wobec tworzenia takich nazw trącą zazdrością - w końcu nie lubimy, gdy ktoś tworzy kluby, do których z automatu nie mamy wstępu. Także mamy jako taki prąd twórczy... tworzący... właśnie... oddajmy głos ponownie CG, które wszystko wykładają jak na tacy: "Komiks kobiecy - w dużym uproszczeniu można powiedzieć, że jest to komiks stworzony przez kobietę, o kobietach (dziewczynkach, dorosłych, trans) i do nich skierowany. Chodzi przede wszystkim o perspektywę, z jakiej ukazany jest świat. Kobieta jako autorka to warunek sine qua non, aby można było mówić o kobiecej perspektywie. Punkt widzenia kobiety jest uwarunkowany jej specyficznymi doświadczeniami, których mężczyzna nigdy nie będzie z nią dzielił." No dobrze. Sztuka raczej nie ma płci i trudno z samego stylu poznać kim jest autor, zaś samo baczenie na męsko czy kobieco brzmiące imię może być mocno zdradzieckie. Zresztą - podobno że nikt nie zna kobiety lepiej niż ona sama. Punkt widzenia mężczyzny jako zewnętrznego obserwatora może być równie celny i ciekawy dla czytelników płci obojga – a myślę nawet, że takie tytuły "Kobiety" Tatsumiego, "Ghost World" Clowesa, "Lost At Sea" O’Malleya, "Strangers in Paradise" Terry Moore'a czy też "Szpinak Yukiko" Boileta mogłyby zostać uznane za sztandarowe dzieła komiksu kobiecego… gdyby nie to, że stworzyli je mężczyźni. Ale wróćmy do powyższej definicji. Konkretna jest, ale w praktyce mam wrażenie, że dobitnie wskazuje ona miejsce komiksu kobiecego jako jednego z podgatunków komiksu obyczajowego, często gęsto opartego na osobistych doświadczeniach autorek. Zaskakuje mnie też mocno lansowana tematyka, może trochę na przekór - poza sferą uczuć i ducha to m.in.: menstruacja, fizyczna miłość lesbijska, zwielokrotnione orgazmy łechtaczkowe (chociaż ostatnie to akurat wyimek z komentarza zwolenniczki, nie oficjalne stanowisko)... strasznie to wszystko skoncentrowane na fizjologii. Czy "American Widow" albo "4 na pokładzie" w ogóle się tu kwalifikuje jako komiks kobiecy?DG: A cholera wie. Menstruacja, miłość lesbijska, zwielokrotnione orgazmy łechtaczkowe? Sorrito, ale jeśli te komiksy mają się tylko na tym skupiać to ja dziękuję i wracam do kąta. Mówię zdecydowane "nie" takim parówkowym skrytożercom. Ja chcę ciekawych historii i jeśli będzie o tym ciekawie opowiedziane to może, ale po raczej mizernym przykładzie takiego typu czyli pompowanym przez comixgrllz "Bostońskich małżeństwach" to ja nie chce, nie tykam; i możecie mnie nazywać mizoginem komiksowym.

RW: Teraz to tak hardo gadasz, mizoginie komiksowy a sam parę lat temu własnym sumptem wydałeś komiks, który miałby pewne prawo zwać się komiksem kobiecym - czyli "CentralFabrik" Anki Miśkiewicz, dzieło, które pod wieloma względami niewiele się różni od tego, co obecnie robi Olga Wróbel.

DG: Eeeee panie dzieju, ale w "CentralFabrik" to o menstruacji i zwielokrotnionych orgazmach niewiele było. Poza tym czy to był komiks kobiecy? Moim zdaniem równie dobrze takie paski mógłby robić facet. A co do Olgi wróbel to ja się nie wypowiadam.

RW: Dlaczego? Olga jest jedną z czołowych twarzy "komiksu kobiecego".

DG: A niech sobie będzie. Ja mam bardzo mieszane uczucia jeśli chodzi o jej twórczość po prostu. Nie podoba mi się. Nie rusza mnie. Nie czaję hype'u wokół tych jej komiksów.

RW: Olga Wróbel jest inteligentną twórczynią - potrafi w bardzo sprytny sposób wybraną przez siebie konwencją maskować (prawdopodobne) braki techniczne w rysunku. Lubię jej cyniczno-gorzkawe poczucie humoru i życiowe obserwacje oraz świetną kolorystykę jej prac - chociaż z szorciaka na szorciak coraz bardziej to wszystko jednostajne, a maniera pokazywania prawie wszystkiego w en face tylko to uczucie pogłębia. Nie wiem czy zdzierżyłbym cały album w takiej formie, ale trzymam kciuki za ewentualną antologię.

DG: No ja raczej nie zdzierżyłbym. I pewnie bym nie kupił. Zresztą ja ostatnio prawie w ogóle komiksów nie kupuje ale to temat na inną rozmowę zapewne.

RW: Kończmy zatem... Jakkolwiek komiks w Polsce to wciąż domena mężczyzn, to wbrew pozorom kobiet rysujących historie obrazkowe w naszym kraju nie jest wcale tak mało, zwłaszcza wśród młodego pokolenia twórczyń. Niewiele jest natomiast takich, które tworzyłyby wyłącznie scenariusz - do głowy przychodzą mi w tym momencie jedynie Joanna Sanecka, Monika Powalisz, Dominika Węcławek oraz scenarzystki z antologii "Bostońskie małżeństwa". Wśród tych wszystkich dziewczyn bardzo mało akcentuje swoją kobiecość w jakiś szczególnie dobitny sposób – zarówno we własnej twórczości jak i poza nią. I w większości raczej nie tak napastliwie i bojowniczo, jak się czasem zdarza w różnych felietonach albo podnotkowych komentarzach/forumowych wypowiedziach. To z pewnością nie przysparza temu ruchowi zwolenników – zarówno wśród panów jak i spokojniejszych pań. Ale jeżeli w ten sposób przekaz nabiera wyrazistości i lepiej trafia do zakutych głów adwersarzy – cóż, każdy sposób jest dobry, jeżeli służy słusznej sprawie. Chyba.

poniedziałek, 31 maja 2010

#467 - Robogil #3 - Konkursy komiksowe, konkursowe komiksy

Robert Wyrzykowski: Powszechnie w środowisku komiksowym panuje opinia, że z robienia historii obrazkowych w Polsce wyżyć się nie da. Faktycznie, bycie komiksiarzem na pełny etat to wciąż utopia w naszym kraju, co do tego nie ma żadnych wątpliwości. Czy robienie komiksów może być jednak intratnym, dodatkowym dochodem do normalnej pensji? Tutaj pewnie więcej osób zgodzi się, że pewne możliwości zarobku są. Abstrahując od rysowania pełnych albumów (za które czasem otrzymuje się nic albo bardzo mało), pasków dla gazet (których też niewiele, jako że krajowi wydawcy wolą importować zagraniczną klasykę) czy też wyjątkowych zleceń, taką szansą dla twórców są liczne konkursy komiksowe... organizowane zarówno przez samo środowisko (MFK) jak i przez instytucje na co dzień niezwiązane z komiksem.

Daniel Gizicki: Ejno, ale z komiksów wyżyć się nie da (chyba, że się jest Raczkowskim), a z tymi konkursami to... Panie! To by trzeba każdy konkurs wygrywać! A tu albo jakieś dziwaczne ograniczenia albo "niezbyt kompetentni jurorzy", albo tematy jakieś takie, no dla mnie przynajmniej mało atrakcyjne. Te wszystkie konkursy organizowane przez urzędy miejskie i inne instytucje z księżyca dla nas komiksiarzy, to moim zdaniem moda. I wkrótce przeminie.

RW: Dlaczego uważasz, że przeminie? To znaczy ja widzę w ich działaniu podobny schemat. W znakomitej większości konkursy organizowane przez instytucje są konkursami na konkretny temat. Prace te mają w tym momencie pewne przeznaczenie edukacyjne, jak w konkursie ekonomicznym FOR czy niedawnym podkarpackiego urzędu marszałkowskiego. Organizatorzy konkursu sięgają po komiks jako medium z prostej przyczyny - uznają tę formę za atrakcyjną i wyjątkowo przystępną dla odbiorców, szczególnie tych młodszych. Jest tutaj takie pewne upupianie komiksu jako sztuki, przyznaję.

DG: Upupianie to określenie z taką piękną tradycją... Uważam, że przeminie, bo się znudzi organizatorom. To nie są miłośnicy komiksu, którzy chcą pomagać w propagowaniu tego medium czy dać możliwość do "dorobienia sobie" autorom. Być może się mylę, ale ja to widzę tak: w pokoju w urzędzie marszałkowskim/miejskim/whatever gdzie jest komórka odpowiedzialna za tego typu inicjatywy, siedzi sobie pani Hania i pan Michał i w roku 2010 wymyślili konkurs na komiks, a w 2011 stwierdzą "dobra, komiksy mieliśmy w zeszłym roku, teraz zróbmy konkurs na krótkometrażowe filmy". Zostaną te stałe konkursy - czyli branżowe zmagania MFKowe, Powstanie i pewnie ten FOR, a reszta się wykruszy. Być może na ich miejsce wskoczą inne, na przykład jakąś rocznicę będzie obchodzić Słupsk albo Puławy to sobie zrobią konkurs na komiks.

RW: Prawdą jest to, że sporo z tych konkursów komiksowych jest wybitnie rocznicowych - jak np. tegoroczne konkursy o Grunwaldzie (z kilka ich naliczyłem) czy też przedstawienie obrony Płocka. Ale np. zobacz - konkurs na komiksy z okresu Powstania Warszawskiego jakoś się już od kilku lat trzyma - powiedziałbym nawet, że poziom prac z roku na rok wzrasta. Kiedyś to było wydarzenie, gdzie ludzie masowo produkowali pompatyczne gnioty - do tego stopnia, że zainspirowało to nawet Michała Rzecznika i Jacka Świdzińskiego do stworzenia prześmiewczych "Przygód Powstania Warszawskiego", chyba jednego z najlepszych polskich undergroundowych komiksów ostatnich lat. A teraz, muszę przyznać, podczas Komiksowej Warszawy przeglądałem antologię z ostatniej edycji - i całkiem, całkiem, niebanalne podejście, świetny poziom artystyczny.

DG: No to prawda - ten album wymiatał! Może by dało radę namówić chłopaków żeby poparodiowali te wszystkie komiksy o Grunwaldach? Nie no jasne, że poziom wzrasta - to dobrze, ale popatrz też na to, że często te różne jednorazowe konkursy wygrywają osoby kompletnie nieznane w środowisku i potem o tych osobach się więcej nie słyszy. Jako przykład; firma odzieżowa House zrobiła jakiś konkurs i go wygrała Katarzyna Łozicka - nota bene moja koleżanka z klasy w liceum (świat jest mały). I co? Słyszałeś o jakimś jej innym komiksie? Albo popatrz na liczbę wyróżnionych w konkursie Gutka i Wysokich Obcasów. Wyróżniono kupę ludzi a widziałeś jakieś inne komiksy większości z nich?

RW: No nie, nie widziałem. Podobnie jak brałem udział w konkursach organizowanych przez FOR, wraz z Marcinem Podolcem i Bartkiem Kuczyńskim - wśród laureatów i wyróżnionych było sporo znajomych i znanych komiksiarzy, ale też bardzo dużo osób, o których słyszałem po raz pierwszy i pewnie po raz ostatni. Ale czy udzielanie się w środowisku jest akurat jakimś wyznacznikiem jakości twórczej? Nie twórzmy zamkniętej sitwy, że jak ktoś nie udziela się na forach i twitterach, to jest już kompletnie bezwartościowy jako twórca. Inna sprawa, że pewnie i tak dla wielu z tych wyróżnianych osób komiks nie stanowi sposobu na życie, a jedynie incydentalną przygodę z szansą na zarobienie paru złotych... a czasem i paru tysięcy złotych, bo trzeba przyznać, że niekomiksowe instytucje potrafią sypnąć groszem na nagrody.

DG: Ale ja wcale nie chcę tworzyć zamkniętej sitwy! Co Ty mi tu w usta wkładasz? Bardzo dobrze, że tacy przypadkowi ludzie startują bo czasem robią ciekawe rzeczy i super że niekomiksowe instytucje nie żałują funduszy. Mówię jeno, że chciałbym, żeby tacy ludzie też robili komiksy potem. O! Dlatego dla mnie najciekawszym z konkursów jest stricte komiksowy konkurs przy MFK (i nie zgadzam się z Maciejem Pałką, że stracił na prestiżu), bo tam potykają się ze sobą ludzie, którzy przede wszystkim chcą robić dobre komiksy a nie tylko startują dla ewentualnej wygranej i wiążących się z tym profitów. Chodzi mi o to - że popatrz na laureatów konkursów w Łodzi i innych. Ci pierwsi to często ludzie z masą publikacji, albumami na koncie itd. Dużo mniej jest takich z przypadku. Tam ludzie przysyłają komiksy, żeby się pokazać jako komiksiarze a nie po to, żeby zgarnąć kilka patyków. Inna motywacja – a przynajmniej tak sądzę. Zresztą popatrz - Paweł Zych był laureatem MFKi – potem wydał album, tak samo Łukasz Ryłko czy Kajetan Wykurz. Ja to rozumiem jako konsekwentne działanie – wysyłam pracę na konkurs, jak się spodoba i coś zwojuję (lub nie) to się i tak pokazałem i mogę spróbować przepchnąć swój album. A ci ludzie "z przypadku" (z całym szacunkiem), no cóż, powątpiewam czy zechcą potem jeszcze wracać do komiksu, zrobić album itd.

RW
: Może tak, może nie. Takie konkursy niejako zapraszają do zapoznania się z medium jakim jest komiks, do swoistego romansu z nim. Co później z tego wyjdzie - czas pokaże. Z innej beczki - spotkałem się z opiniami, że branie udziału w takich konkursach to swoiste kurwienie się, zwłaszcza jeżeli temat wydaje się na pierwszy rzut oka zupełnie bezsensowny - albo też w wymaganiach wyraźnie określona jest linia programowa, jaką powinna spełnić nadesłana praca.

DG: Kurwienie się? W sensie sprzedawanie swojego talentu/pracy za kasę? A to nie jest normą? Jak pracujesz w gazecie i napiszesz artykuł o jakiejś tam inicjatywie prezydenta miasta, którego nie lubisz a sama inicjatywa Cię mało obchodzi, to też się kurwisz? Bez sensu.RW: To chyba chodziło o robienie rzeczy wbrew sobie lub własnym przekonaniom. Np. że robisz komiks promujący jakieś zagadnienie z którym kompletnie się nie zgadzasz. Chyba.

DG: Dlatego ja sobie takie konkursy odpuściłem. Szkoda mi czasu na robienie komiksów o emeryturach, giełdzie czy powstaniu, bo mnie to nie bardzo kręci. A poza tym odnoszę wrażenie, że tam jakoś dziwnie w tych konkursach jest. Chodzi mi o to, że owszem w jury siedzą ludzie z branży ale i ci nie z branży i czasem laury zdobywają prace, przy których wyrobiony czytelnik komiksów by się nawet nie zatrzymał.

RW: No coś w tym jest. Często wygrywają lub wyróżniane są prace o naprawdę znikomej wartości artystycznej, które w jakiś sposób ujęły niekomiksową część jury. Co nie znaczy, że tylko takie prace tam są wyróżniane, zdarzają się też komiksy rewelacyjne, kilka prac z ostatniej edycji konkursu FOR dosłownie mnie zmiażdżyło. Ale to prawda, mam wrażenie, że często nagradzane są przede wszystkim dobre chęci, zapał i nierzadko też młody wiek.

DG: No właśnie mnie śmieszą nieco ograniczenia wiekowe w niektórych konkursach. Jeśli prace mają przysyłać ludzie do 18-20 roku życia, to organizatorzy sobie sami strzelają w stopę. I skazują na niezbyt wysoki poziom zgłoszonych komiksów. Bo takich Marcinów Podolców czy Igorów Wolskich to w tym kraju jakoś nie ma zbyt wielu. Z drugiej strony zaczyna pomału kwitnąć funkcja ghostwritera...

RW: Myślisz? Takich konkursów stricte dla młodzieży jest bardzo mało, zaś nagrody na nich raczej niewielkie i rzeczowe. Ghostwriterzy... czy ja wiem? To chyba raczej rzadkie jak do tej pory, niewiele konkursów ogranicza liczbę autorów do jednego, jak na razie.

DG: I oby nie było ich więcej. Ale w Angouleme było kiedyś ograniczenie w konkursie na krótką formę – bodajże do 26 roku życia...

RW: Kończąc nasze dzisiejsze rozważania - konkursy komiksowe to interesujący element w naszym półświatku. Czasem spore wyzwanie twórcze co do dobrego ugryzienia tematu, szansa zarobienia mniejszych lub większych pieniędzy. No i oczywiście względy towarzyskie, fajnie się konkuruje z bliskimi znajomymi, miło też spotkać znajome twarze na rozdaniu. Owoce takich konkursów bywają różne, od fantastycznych perełek po totalny chłam - ale najważniejsze, że sami twórcy się dobrze bawią i przy okazji mają to poczucie rywalizacji i współzawodnictwa.

DG: A najbardziej prestiżowy jednak? Moim zdaniem konkurs przy MFK.

RW: Wydaje mi się, że tak. Być może Komiksowa Warszawa, Bałtycki Festiwal Komiksu albo inna cykliczna impreza postawią w przyszłości na konkursy. Jak na razie jednak, pozycja MFK wydaje się niezagrożona.

DG: Kto wygra w tym roku? (hehehe).

RW: Naprawdę trudno cokolwiek wyrokować, skoro nawet nie wiadomo, kto zamierza startować. Na pewno wyróżnione zostaną osoby, o których nigdy wcześniej nikt nie słyszał. Oczywiście obstawiam triumf Bartka Sztybora (jakżeby inaczej?), może w tym roku sięgnie po Grand Prix. Być może doceniony zostanie któryś z młodych zdolnych - Marcin Podolec, Igor Wolski?

DG: I o tym jak celnym strzelcem jesteś przekonamy się już w październiku!

środa, 3 marca 2010

#388 - RoboGil: Kolektyw #6


Robert Wyrzykowski: Czas szybko leci - ledwo trzy lata temu dyskutowaliśmy o pierwszym numerze "Kolektywu", a tutaj chłopaki wydają już numer szósty. Nie da się ukryć, że w międzyczasie "Kolektyw" jako pismo przeszedł długą drogę. Trzy lata temu była to amatorska akcja, gwiazdy webkomiksu z parciem na papier, sporo słabych komiksów łapanych na siłę i generalnie lekkie podśmiechujki w środowisku. A teraz - sroga selekcja, rosnący prestiż, uznani komiksiarze w środku, oficjalna premiera wespół z Kulturą Gniewu. Nobilitacja pełną gębą?

Daniel Gizicki: Może po prostu progres? Przecież ekipa skupiona wokół magazynu ślepa nie jest i potrafi krytycznie spojrzeć wstecz. Miesiąc po premierze "jedynki" autorzy byli zachwyceni, ale teraz zapewne z rozbawieniem przyglądają się swoim wczesnym wytworom. Fakt wspólnej premiery z KG nie poczytuję jako "nie wiadomo jak wielkie WOW!", raczej jako kolejny objaw integracji grajdołka.

RW: Zachwyt po premierze pierwszego numeru był w sumie uzasadniony - rozszedł się on jak świeże bułeczki, zadziałała magia nazwisk... chociaż pamiętam, że ze sprzedażą "dwójki" już nie było tak różowo.

DG: Myślę, że to norma. Dużo ludzi było ciekawych co też netkomiksiarze spłodzili, inni sięgnęli po prostu po nowy zin. A niższa sprzedaż "dwójki"? Trudno się dziwić, poprzedni numer zdecydowanie nie powalał poziomem.

RW: Po dwóch pierwszych numerach nastąpiła zmiana konwencji. Radosny freestyle zastąpiły antologie tematyczne, wzorem "Jeju" i "Maszina". Po dwóch kolejnych numerach dołączyły serie. W międzyczasie zmieniła się organizacja pracy - wcześniej nad doborem komiksów decydował cały Netkolektyw - jak w prawdziwej komunie. Dzięki temu prawie każdy z redakcji miał zapewnione wejście do numeru. W międzyczasie "władzę" przejęła Dolna Półka (Bartek Biedrzycki, Robert Sienicki, Jan Mazur) i wprowadziła bardziej kapitalistyczne podejście. Otwarcie na twórców niekoniecznie tkwiących w webkomiksowym półświatku zmusiło członków Netkolektywu do konkurowania jakością, jako że nikt już nie miał zapewnionego miejsca w kolejnym numerze. Nie wszyscy niestety temu podołali, ale kilka osób z oryginalnego składu dotrzymuje kroku, co tylko cieszy.

DG: To prawda i sądzę, że bardzo to dobrze zrobiło magazynowi. Zdrowa konkurencja, kryterium jakości decydujące o przyjęciu do druku... Wykruszyli się ci, których już sama obecność w Netkolektywie (który rozumiałem jako taką webkomiksową elytkę) mocno mnie dziwiła. Z drugiej strony niezmiernie cieszy rozwój jaki na przestrzeni tych 6 numerów można zauważyć u niektórych twórców z pierwotnego składu. Taki Łukasz Okólski czy Igor Wolski – jak dla mnie ci dwaj rysownicy to taka stała dobra wizytówka "Kolektywu". Ale rozwój widać też u tych, którzy dołączyli później, a największym odkryciem jest Tomasz "Spellcaster" Grządziela. Na początku to mi mocno Mignolą pachniał ale teraz to gościu trzaska komiksy aż miło!

RW: Ano, Grządziela wypracowuje swój własny, coraz lepiej rozpoznawalny styl. Jego "Ja potwór" z szóstego Kolektywu graficznie daje po garach, jedna z lepszych rzeczy w tym numerze... w którym tak naprawdę brak jakichś szczególnie słabujących komiksów. Wszystko jest co najmniej dobre.

DG: No właśnie, pogadajmy o tym nowym numerze, bo o poprzednich to już powiedziano wystarczająco. Uważam, że "szóstka" ma kilka potencjalnych hiciorów. Komiks Grządzieli jest na pewno jednym z nich, ale mi totalnie po łbie dały "Gniew Kehtanita" Biedrzyckiego i Lucjana Pakulskiego oraz "Wstecz" Kajetana Wykurza. No tak dobrych szorciaków to ja dawno nie widziałem. Jeśli włodarze MFK zmienią regulamin konkursu na krótką formę i dopuszczą dziełka już publikowane, "Gniew..." grand prix, nagrodę publiczności i nagrodę "Przekroju" ma jak w banku!

RW: "Gniew Kehtanita" jest jak dla mnie zdecydowanie komiksem numeru. To chyba najlepszy scenariusz Biedrzyckiego jaki kiedykolwiek czytałem, świetnie zrealizowany przez Pakulskiego. Godai'emu dobrze to wyszło, widać że to go szczerze pasjonuje - uważam, że powinien pisać więcej historii osadzonych w indiańskich klimatach. Kapitalne jest również "Wstecz" Wykurza - niebanalny pomysł, niepokojąco stopniowane napięcie i to wszystko zrealizowane z prawdziwym sznytem graficznym. Podoba mi się pomysł i fabuła Kuczyńskiego w "Potworze" oraz zgrabna popkulturowa puenta "Ech" Mazura i Ewy Jędrzejczak.

DG: No i świetne jednoplanszówki. Robert, a serie?

RW: W poprzednim numerze były trzy serie. W tym już cztery, w tym dwie zupełnie nowe – "Sarkis Karchazjan" Daniela Gizickiego i Rafała Trejnisa oraz "Drużyna A.K." tria Sienicki, Mazur i Wolski - nie wiem czy osadzona w uniwersum "Rycerza Janka", ale bardzo mi je przypominająca. Żałuję, że odpadła "Miska owoców", która była dla mnie komiksem piątego "Kolektywu".

DG: Ale ta "Drużyna" to w "piątce" była, jeno nie jako seria. Ale co sądzisz o samej idei puszczania komiksów w odcinkach? Bo ja szczerze mówiąc nie wierzyłem, że to wypali. Zwłaszcza, że "Kolektyw" ma taką a nie inną częstotliwość ukazywania się nowych numerów...

RW: Szczerze mówiąc - sama idea jest dla mnie przeciętna. Twórcy równie dobrze mogą zapomnieć o tym, że mają jakiś komiks zrobić raz na pół roku - albo też zarzucą w międzyczasie ten projekt. Czytelnik też się specjalnie nie przywiąże do komiksu, który czyta dwa razy do roku. Może gdyby to były serie, które regularnie pojawiają się w różnych zinach - jak "Destyluch" - albo odcinki tytułów dostępnych w Internecie? Nie mówię, że serie to zły pomysł, po prostu zastanawiam się ile z tych serii zobaczymy w siódemce.

DG: Czy ja wiem? Potem kompletuj te wszystkie ziny, żeby szukać odcinków jakiejś serii... Myślę, że raczej można by pójść w sieć, to znaczy co dwa miechy wkładać do netu odcinek, a te, które wypadną w okresie publikacji kolejnych numerów "Kolektywu" dawać na papier. Tylko czy to by wypaliło? Czy twórcy by tak chcieli – wszak papier ponoć uszlachetnia? Czy by przede wszystkim dali radę, w końcu wykonać co dwa miechy 10 stron, gdy się normalnie pracuje na etacie, lub studiuje, nie zawsze jest wykonalne? Poniekąd tą drogą poszli chłopaki (Sienicki, Okólski) z "Recours", ale czy to by zdało egzamin w przypadku wszystkich serii?

RW: Myślę, że zdaje w przypadku "Destylucha" Bartosza Sztybora i Macieja Pałki... tyle że to seria szczególna, raczej tajemnicza układanka, którą chłopaki publikują w przeróżnych zinach od paru lat, bawiąc się (z) czytelnikiem - o ile któryś z nich zadaje sobie trud skompletowania i analizowania tego uniwersum. Odcinek z szóstego "Kolektywu" wydaje się łączyć z którymś tam z poprzednich odcinków, kojarzę te babkę z kolczykami w kształcie swastyk. Sztyborowi nie można odmówić wyobraźni w kreowaniu niesamowitych postaci, jakie przewijają się przez "Najwydestyluchniejszego". Jak całość wyjdzie w praniu, przyjdzie nam ocenić podczas lektury albumowego wydania.

DG: No pewnie i tak. Dobra, to może zacznijmy podsumowywać 6 numerów i trzy lata istnienia "Kolektywu" takimi najlepsze/najgorsze. Najlepszy komiks?

RW: Najlepsze ze wszystkich sześciu?

DG: A co się będziemy!?

RW: Najgorsze to chyba grafomańskie bohomazy Skarży, które regularnie były publikowane aż do czwartego numeru. Najlepsze... hmm... trudno wskazać. "Gniew Kehtanita" i komiks Wykurza z tego numeru, z poprzednich pamiętam świetne szorty Unki Odyi i Tomka Grządzieli (#4).

DG: Hy! To ja mam podobnie. Największe pomyłki to Skarża i w sumie większość zawartości pierwszych dwóch numerów. Najlepiej wypadają te najnowsze komiksy – to co wspominasz, jeszcze dla mnie wypasem była "Legenda o szczurzym harfiarzu" Dakuba Jebskiego i Wolskiego oraz ten komiks z masą zer i jedynek w tytule autorstwa Daniela Chmielewskiego. No i bardzo, bardzo podobały mi się okładki "trójki", "piątki" i "szóstki". Weź se je porównaj z kaszaniastą okładką "jedynki"...

RW: Zdecydowanie można powiedzieć, że "szóstka" to dobry numer, a w związku z brakiem innych wydawnictw - w tym momencie zdecydowanie bezkonkurencyjny... No właśnie. Dostrzegam w tym momencie swego rodzaju zmierzch zinów - być może to tylko chwilowy sen zimowy, a może po prostu znak wirtualnych czasów, gdzie każdy ma bloga, Twittera i konto na Digarcie. Nie wychodzi "Maszin", "Jeju"; nie słyszy się w kuluarach o nowych ambitnych planach - a jeszcze parę lat temu zdawało się, że każdy chciał mieć własny magazyn. W tym momencie obecne są jedynie zinowy tylko z nazwy "Ziniol", "Karton", który ma aspiracje do bycia masowym magazynem komiksowym... No i "Kolektyw", który też dryfuje w kierunku magazynu. Czy jest on takim Ostatnim Mohikaninem zinów, że zainspiruję się tutaj komiksem Biedrzyckiego i Pakulskiego?

DG: Oj tam, zaraz zmierzch. Może chwilowy przesyt po prostu. Zobaczysz, minie trochę czasu to pojawią się znowu ziny. Nie te co dotychczas to inne, tworzone przez nowych ludzi. W końcu wydać zina to nie problem, a kolejni komiksiarze rosną... I pewnie za chwilę będziemy narzekać na młodziaków, że słabiznę produkują, a oni za dwa-trzy lata, w szóstym zrobią takie komiksy, że hoho!

RW: Problem nie problem - zamrożenie kasy, drukarnie, dystrybucja, zysk z tego żaden. Trochę do tej refleksji zainspirowała mnie sama Dolna Półka, publikując trzy pierwsze numery "Kolektywu" na swojej stronie. Prawie wszyscy i tak mają stałe łącze.

DG: No ale wolałbyś, żeby zrobili dodruk?

RW: Nigdy w życiu! Tak sobie po prostu zastanawiałem, czy w niedalekiej przyszłości ziny w pdfkach nie wyprą zinów na papierze. Autorzy i tak publikują za darmo. Ale to się okaże w swoim czasie. Tymczasem, "Kolektyw" #6 zdecydowanie polecam.

DG: Przesadzasz, dopóki żyją takie zgredy jak my co lubią papier, to chyba nie przeniosą nam wszystkiego do sieci? Właśnie! Nie przenośta nam zinów do sieci! A "szósteczkę" polecam zdecydowanie. Bo to kawał dobrego zina jest.

wtorek, 23 lutego 2010

#381 - RoboGil: Antologia bez jaj!


Robert Wyrzykowski: Antologia lesbijska była chyba jednym z bardziej wyczekiwanych projektów w 2009 r. Już samo ogłoszenie naboru przez Sylwię "Louise" Kaźmierczak wzbudziło gorące emocje wśród komiksiarzy (pamiętna polemika Karola "KRL-a" Kalinowskiego z Michałem Radomilem Wiśniewskim), później środowisko komiksowe wzburzył wyjątkowo przeciętny wstępny projekt okładki. "Bostońskie małżeństwa" miały swoją premierę w listopadzie 2009... i od tamtej pory cisza. Żadnej reakcji na blogach i w serwisach (z wyjątkiem dość ciepłej recenzji na Komiksomanii), jedynie parę demonstracyjnych facepalmów na twitterze.

Daniel Gizicki: Wyczekiwana?

RW: Wyczekiwana w tym sensie, że ludzie swego czasu zdawali się emocjonować tym wydawnictwem nie mniej niż "Łaumą" Karola Kalinowskiego.

DG: No nie wiem, szczerze mówiąc jakoś niespecjalnie mnie ten projekt interesował. Pośmiałem się z tych wszystkich fikołków w sieci i tyle. Może to jest kwestia tego, że ja nie jestem miłośnikiem dzieł, których wymowa jest mocno podporządkowana jakiejś ideologii. Poza tym ja mam chyba przesyt komiksu obyczajowego. Serio, doceniam tak świetne tytuły jak np. "Opowieści z Hrabstwa Essex" ale wolę poczytać jakieś akcyjniaki np. spod szyldu Vertigo niż kolejne komiksy o "zwykłych codziennych problemach". Zwłaszcza w antologiach. Antologii to mam już serdecznie dość...

RW: To prawda. Antologii komiksowych w ostatnich latach mieliśmy wiele, zwłaszcza jeżeli brać pod uwagę tematyczne ziny. Ta jednak jest szczególna - dotyka ważnej i delikatnej kwestii społecznej i bez wątpienia miała na celu przekazać jakąś ideę. Tylko jaką? Przedstawienia różnych punktów widzenia na środowisko queerowe? Uświadomienie społeczeństwu istnienia tego środowiska i jego problemów? Nakreślenie portretu lesbijki polskiej? Trochę zabrakło mi słowa wstępnego albo posłowia od redaktorki naczelnej całego przedsięwzięcia.

DG: No właśnie w sumie nie wiadomo jakiej idei ma to tyczyć. Tytuł wskazuje, że chodzi o tolerancję ale dostajemy komiksy, które tak naprawdę w większości przypadków nie dotykają tego tematu. Ja poza tym, tak generalnie, jestem mocno zażenowany poziomem stricte warsztatowym twórców występujących w tej antologii. Tak jakby redaktorka projektu nie zwracała uwagi jak komiks jest wykonany, a tylko na to czy jest "zgodny z linią partii". Nie ważne jaki, wystarczy, że o lesbijkach. A to mi przeszkadza. Bo ja chce dostawać komiksy dobrze wykonane.

RW: Antologię można stworzyć na dwa sposoby. Albo zebrać już wcześniej publikowane komiksy, aby pokazać pewien przekrój twórczości konkretnego twórcy lub całej sceny (vide Witold Idczak) - albo ogłosić pospolite ruszenie, zadać temat wypracowania i zebrać od twórców wyniki pracy domowej. Tutaj mamy do czynienia z drugim przypadkiem, trochę z konieczności - osobiście nie pamiętam wielu polskich komiksów dotykających tematyki lesbijskiej. Tak na szybko kojarzy mi się tylko praca Wojciecha Stefańca i Pawła Timofiejuka na konkurs na komiks o Powstaniu Warszawskim. Wydawałoby się, że trzymając rękę na pulsie i mając tak znaczący wpływ na treściowy kształt antologii, redaktorka mogłaby pełniej ingerować w jej zawartość, podsuwając twórcom interesujące tematy do poruszenia, przy dużym poszanowaniu dla ich wolności artystycznej rzecz jasna. Tymczasem mam wrażenie, że Sylwia Kaźmierczak przyjęła po prostu wszystko jak leci, często gęsto przymykając oko na wykonanie graficzne...

DG: Być może nic innego nie dostała. Myślę, że większość "środowiska" na projekt antologii położyła lachę po prostu. Z drugiej strony temat wydaje się być dość śliski, w sensie, że nie jest łatwo stworzyć historię, która nie powielałaby stereotypów, nie była uproszczona i nie traktowała tematu powierzchownie. I była przy okazji sprawnie wykonanym komiksem, który czyta się z przyjemnością.

RW: Masz rację z tym środowiskiem. Komiksiarze najpierw sarkali na pierwotny wymóg, że autorkami mogą być wyłącznie kobiety. Niestety, wydaje się, że zniesienie tego warunku chyba nie zaskutkowało zmasowanym napływem prac od panów. Prawie wszyscy autorzy w tej antologii to osoby kompletnie anonimowe, większość z nich nie jest w ogóle znana z tworzenia komiksów. Za w miarę rozpoznawalną gwiazdę robi tu jedynie Marcin Podolec - no i oczywiście Robert Adler, który przygotował pin-up na zakończenie albumu.

DG: Owszem ale moim skromnym zdaniem zdecydowanie najciekawszym komiksem w antologii jest "Coming out czy scrubbing In" Kasi Szaulińskiej, który co prawda narysowany jest fatalnie, ale za to czuć w nim lekkość fabularną i niewymuszony dowcip. Tu autorka nie sili się na jakieś śmiertelnie poważne prezentowanie treści, nie próbuje szokować, nie ukrywa treści za przekombinowanymi metaforami czy za niestrawną groteską jak to się dzieje w innych komiksach zawartych w "Bostońskich małżeństwach". Tu jest lekko, przyjemnie, dowcipnie i ogólnie fajnie, gdyby to jeszcze jakoś narysowane było, wtedy dziełko Szaulińskiej mogłoby być naprawdę niezłym szorciakiem. A tak mamy jedynie zaczątek czegoś ciekawego. Storyboard.

RW: Ten komiks jest najbardziej autentyczny ze wszystkich opublikowanych w tej antologii, prawdopodobnie dlatego, że jest oparty na osobistych doświadczeniach. Styl rysunków i sposób narracji TROCHĘ przywodzi mi na myśl "Persepolis" Marjane Satrapi, nie wiem czy to słuszny trop czy przypadkowe podobieństwo. Rysunkowo jest jednak dość słabo, miejscami niechlujnie. Chciałbym jednak w przyszłości przeczytać rozwinięcie historii Szaulińskiej.

DG: Nie lubię "Persepolis", więc się nie wypowiadam, ale wpadło mi do głowy coś innego teraz. Być może Sylwia Kaźmierczak powinna zadziałać jak bezwzględny (troszkę przejaskrawiam teraz) redaktor i wymusić by te wszystkie średnio narysowane i opowiedziane komiksy przerobić, przeredagować i przerysować. Może komiks Szaulińskiej powinien zostać od nowa narysowany przez jakiegoś rysownika z prawdziwego zdarzenia? Wtedy by to lepiej wyglądało i mocniej oddziaływało na odbiorcę. Dla mnie zresztą cała ta antologia to są takie zarysy, wprawki, storyboardy. Które miały opowiadać o czym właściwie? O tolerancji? O lesbijkach? Bo czytając te komiksy to ja się gubię...

RW: Na pierwszy rzut oka antologia pokazuje różne aspekty bycia lesbijką, unikając tych co bardziej kontrowersyjnych. Jest rodzące się uczucie i początki związku ("Para"), są potrzeby niewiele różniące się od tych, jakie mają heteroseksualne pary (komiksy Agaty Łaguniak), jest problem coming outu w polskiej rzeczywistości ("Coming out..."), jest takie bardziej genderowo-intelektualne podejście ("PL", chociaż irytują mnie tu te rymowanki)...

DG: No dobra ale tak naprawdę, to ja się nic nowego z tych komiksów nie dowiedziałem. Myślałem że czytając tę antologię dowiem się troszkę o różnych aspektach życia lesbijek a jak mi nawet zaserwują coś co "gdzieś czytałem", to w taki sposób, że to będzie świeże...

RW: A to takie mdłe i nijakie?

DG: Dokładnie. Mdłe i nijakie. A co mi tam, powiem to: BEZ JAJ!

RW: !!! ... ten no... Zatem... Co do tych jaj... w antologii swe komiksy prezentuje też trzech panów - Szymczak, Podolec i Atroszko (nie licząc Adlera). Jednak męski punkt widzenia na lesbijki w tych przypadkach mocno nie wypalił. Mamy tu, po kolei, przydługawą szkicowaną i chaotyczną historię o przyjacielu lesbijki; opowiastkę o Sheerze powielającą stereotyp, że lesbijki to antysamcze feministki; a także filuterny pasek rozciągnięty na trzy strony.

DG: Ja szczerze mówiąc w ogóle nie zauważyłem jakiejkolwiek różnicy czy dany komiks robi kobieta czy mężczyzna...

RW: Szczególnie te dwa ostatnie komiksy pasują do tej antologii jak pięść do nosa.

DG: No bo widzisz, "Bostońskie małżeństwa" to jeden z nielicznych przykładów - drugim takim przykładem jest "Komiksowe Becikowe" - antologii bardzo równej, gdzie wszystkie komiksy są na podobnym poziomie. Tylko, że w "Bostońskich małżeństwach" te komiksy są wszystkie raczej nieudane, (ok, Podolec rysuje zdecydowanie lepiej niż reszta), zaś w "Becikowym" wszystkie są dobre. To się rzadko zdarza - takie równe antologie - doceńmy to.

RW: Podsunąłeś tutaj dobry trop do porównania. Obydwa albumy, wbrew pozorom, mają ze sobą sporo wspólnego. Kryją się za nimi pewne idee, to nie są zbiorki szortów na jakiś abstrakcyjny temat typu "rzeki w Chinach", wydane wyłącznie dla radości wydania czegokolwiek na papierze. "Becikowe" są sympatyczną, środowiskową cegiełką na rzecz kolegów; w "Bostońskich małżeństwach" redaktorce zależało na ukazaniu bliskiej jej kwestii, co wyszło jednak mocno przeciętnie. Myślę, że kluczową różnicą pomiędzy "Becikowym" a "Bostońskimi" jest przede wszystkim organizacja redakcji na etapie selekcji. Tomek Pastuszka skontaktował się z konkretnymi twórcami prezentującymi przyzwoity poziom, Sylwia Kaźmierczak powiesiła ogłoszenie o naborze na stronie własnej (i w kilku innych serwisach chyba też) i czekała na to, co przyjdzie. Nie mam pojęcia, czy kontaktowała się z konkretnymi twórcami, ale zebrane komiksy sprawiają wrażenie mocno przypadkowych

DG: Może warto było poczekać z tą antologią, żeby się materiał uleżał niż tak go wydawać na łapucapu? Może Kaźmierczak za bardzo zależało? Albo może bardziej jej zależało, żeby tę antologię wydać i narobić szumu niż na faktycznej jakości komiksów?

RW: Chyba masz rację w obydwu przypadkach. Zabrakło srogiej redakcji, inicjatywy do kontaktu z fachowymi twórcami, takimi którzy wygładziliby nadesłane fabułki, nierzadko mające spory potencjał. Louise chyba trochę obraziła się na środowisko po flejmie na nieżyjącym już blogu KRL-a - a przynajmniej odnoszę takie wrażenie. Trochę jej się nie dziwię, też bym się zirytował gdybym miał autorską wizję własnej antologii i spotkałbym się z takimi głosami krytyki jak ona - ale na dobre to temu zbiorkowi nie wyszło.

DG: No i co z tego? Mnie jako czytelnika nie obchodzą prywatne animozje pomiędzy redaktorką a twórcami, którzy zresztą w projekcie nie wzięli udziału. Dostałem słabiutką antologię i mam na to przymknąć oko bo ktoś tam się na kogoś obraził? Daj spokój...

RW: Oj, to tylko takie moje supozycje. Ale może podsumujmy.

DG: Jedziesz!

RW: Uważam, że temat jest niewątpliwie wart antologii, lepiej wykonanej i zredagowanej, szerzej rozreklamowanej. Być może Wojtek Szot z wydawnictwa Abiekt pokusi się o podobną inicjatywę w przyszłości, być może przy czynnym współudziale Louise. Można zaprosić do niej czołowych polskich twórców, przedyskutować z nimi możliwe tematy, sparować ich z ludźmi ze środowiska, którzy mają coś ciekawego do powiedzenia, a niekoniecznie dysponują talentami graficzno-fabularnymi. "Bostońskie Małżeństwa" to niewątpliwie przetarcie szlaku w tej materii, ale równocześnie wydawnictwo, które za parę lat raczej ulegnie zapomnieniu.

DG: No ja już niewiele z tego pamiętam, ale zgadzam się - temat ciekawy, potencjalnie mogący być impulsem do powstania wielu dobrych komiksów. Jednak nie w takim wykonaniu jak tu. Bo w przypadku "Bostońskich Małżeństw" mimo szczerych chęci wyszła straszna amatorszczyzna (z koszmarną, odpychającą okładką).

RW: Także komiksom o szeroko rozumianym życiu lesbijek mówimy tak...

DG: Ale nie w takim wykonaniu.
***
"Bostońskie Małżeństwa"
wydawnictwo: Comix Grrrlz / Dolna Półka
liczba stron/format: 56 / B5
oprawa: miękka
druk: czarno-biały
cena: 15 zł

autorzy: Agata Łaguniak, Szczepan Atroszko, Przemysław Szymczak, Marta Zabłocka, Katarzyna Szaulińska, Agnieszka Weseli, Beata Sosnowska, Marcin Podolec, Anna Czerwińska i Soizick Jaffre