Robert Wyrzykowski: Czym właściwie jest komiks kobiecy - ta dyskusja rozgorzała w komiksowym zakątku polskiej sieci parę miesięcy temu, sprowokowana sławetnym panelem podczas Komiksowej Warszawy. Powstały zaangażowane wpisy na blogach, pod którymi jak grzyby po deszczu wyrastały sążniste komentarze, podobnie gorąco bywało na Twitterze. Zwolenników i przeciwników tego określenia można znaleźć wśród przedstawicieli obydwu płci. Część panów daje przyzwolenie na istnienie takiego gatunku, niektóre panie natomiast ostro się temu sprzeciwiają, bojąc się niewygodnej łatki. W tym momencie kurzawa nieco opadła, chociaż i teraz zdarzają się nowe głosy w tej debacie. Możemy się zatem przyjrzeć temu z pewnego dystansu, zebrać do kupy spostrzeżenia i przeanalizować zarówno samo zagadnienie "komiksu kobiecego" jak i argumenty padające z obydwu stron barykady.Daniel Gizicki: O rany. Skończyło się dociekanie czym jest underground i czy opłaca się wydawać zeszytówki, to wyciągnęli spod kołdry komiks kobiecy. Pamiętam jak na starym forum Wraka była jakaś taka mocna dyskusja co to jest ten komiks kobiecy z czym to się je i jakoś nie uzyskano konkretów. A teraz wszystko się od nowa bełta, jeno jedna strona to traktuje tak rozpaczliwie serio, że trochę strach się odzywać. A przecież, że zacytuję Lucka: "spokojnie, to tylko komiksy".
RW: W dyskusji na Wraku nie brałem udziału. Myślę, że nie było tam też wielu dyskutantów i dyskutantek, obecnie udzielających się w temacie, a dla których to wciąż jest świeży i atrakcyjny temat. Mam jeno wrażenie, że "komiks kobiecy" to chwytliwa marketingowo etykietka, dająca szansę na zaistnienie poza środowiskiem - albo też zaistnienie w innym środowisku poprzez zajęcie się tak niszową działalnością jak komiks. Przynajmniej ja odnoszę takie wrażenie, obserwując część dziewczyn z dumą noszących się z taką metką, zwłaszcza w pozakomiksowych mediach... a później patrząc na jakość ich prac.
DG: W sensie, że tytuł, który można wcisnąć głównie niekomiksowym czytelniczkom i czytelnikom dzięki łatce, bez łatki nie miałby żadnych szans, bo często gęsto jest po prostu słaby?
RW: W rzeczy samej. W momencie, w którym promowana jest przede wszystkim idea, samo sedno twórczej ekspresji, zaś na tzw. "stronę techniczną" przymyka się oko. Przypomina mi się w tym momencie taki komiks jak "Kochać zbyt mocno" Rosalind B. Penfold. W środowisku komiksiarzy raczej mało ceniony i dostrzeżony, dość często pojawiał się jednak w różnych niekomiksowych mediach, zwłaszcza w prasie kobiecej, gdzie i jego ocena była znacznie cieplejsza.
DG: Może i tak ale wiesz co Rob? Dla mnie jednak od czasu dyskusji na Warku, która jakoś się w końcu przerodziła w śmichy chichy, termin "komiks kobiecy" funkcjonuje jako taki mem jak choćby "plecy konia", to znaczy śmiać mi się chce z tego. Uważam, że to takie bajdurzenie jest, bo dla przeciętnego czytelnika, to czy komiks stworzyła kobieta czy facet, czy opowiada on o kobietach, facetach, robotach z kosmosu itd. nie ma znaczenia bo i tak się wybiera to co się lubi, i zwraca uwagę po prostu czy to jest dobry komiks czy nie. Zresztą jak czytam te "definicyje" na comixrgrllz czy jak tam się ta zabawna strona nazywa, to wiesz, trochę śmiech na sali. Z jednej strony komiks kobiecy to komiks o kobietach z ich perspektywy ale i też na wszelki wypadek zawłaszczono każdy komiks stworzony przez kobiety. No to ja bardzo przepraszam, ale nikt mi nie wmówi, że można postawić znak równości między "Fun Home" i komiksami o Kleksie Szarloty Pawel i je razem wrzucić do wora z napisem "Komiks KOBIECY".
RW: "Komiks dobry czy zły" to niby taka oczywistość, ale raczej nie do końca. Są ludzie, którzy z zasady nie trawią pewnych gatunków/tematów - komiksu bohaterskiego, Gwiezdnych Wojen, komiksów dla dzieci, kryminałów - nawet jeżeli dany tytuł będzie absolutnym klasykiem danego gatunku, tacy czytelnicy po prostu skrzywią się i tyle. Tak jak ja na przykład kompletnie nie czuję płyt Wu-Tang Clan i Public Enemy, mimo że są to ponoć szczytowe osiągnięcia hip-hopu.
DG: No ale co z tego? To po prostu taki czytelnik nie przeczyta i tyle.
RW: Tak, tylko że na określenie "dobry/zły" składa się również tematyka, która jednemu czytelnikowi z automatu podejdzie a innemu nie - i to już wpłynie na ogólny odbiór, nieważnie jak błyskotliwie i doskonale technicznie by nie było. Ludzie bardzo często kierują się gatunkami w doborze dóbr kultury - szerokim łukiem omijają jedne, za to lgną do innych. Wszystko to jest wysoce zsubiektywizowane. Tak samo z komiksami. Dla kogoś ten nieszczęsny "komiks kobiecy" to będzie jak woda święcona dla diabła, a inny kupi tylko i wyłącznie z tego powodu. Ale masz rację - stawianie Bechdel i Pawel w jednym rzędzie jest trochę głupie, a to właśnie proponują dziewczyny z CG, twierdząc w ogólnym artykule, że: "Do komiksu kobiecego można zaliczyć każdy wytwór, także tych artystek, które nie chcą być z tym nurtem utożsamiane. Klasyfikacja, kategoryzacja i interpretacja to domeny czytelnika i recenzenta" - nawet jak budzi to sprzeciw konkretnych twórczyń.DG: No ale czy to nie jest z góry skazane na porażkę? Rozpętywać batalie o komiks kobiecy, podczas gdy komiks jednak jest głównie skierowany do płci niezbyt pięknej? Być może gdyby w historii komiksu euro-amerykańskiego było tak jak w Japonii, że są komiksy i dla tych i dla tych i jest tego sporo z obu stron barykady, to to by miało sens. Ale historia jest inna i komiksy czytają głównie chłopcy, którzy potem dorastają i albo porzucają komiks albo sięgają po tytuły dla dojrzalszego czytelnika. Tu się nie ma co oszukiwać, serie o Batmanie czy X-Menach są skierowane do chłopców. Oni się na tym wychowują. Niech dziewczyny zamiast pitolić o definicjach i o tym co ma prawo być czym, zaczną robić historie, którymi sobie wychowają grono czytelniczek i niech potem sobie gadają o komiksie kobiecym i definiują, dzielą i kategoryzują ile dusza zapragnie. Bo na razie dla mnie to to jest zabawne bicie piany i tworzenie definicji w związku z ideologią podczas gdy te definicje ani nie mają większego merytorycznego znaczenia, ani nie przekładają się na rzeczywistość (Bechdel vs. Pawel).
RW: Dobra, jednak taki termin istnieje, został ukuty, zebrała się grupka osób go promująca i tworząca komiksy w tym duchu i w sumie głupotą jest odmawianie im praw do tego. Skoro ktoś sobie takie określenie wymyślił i pod taką banderą wygodnie mu tworzyć - ich wola, nam nic do tego. Gwałtowne sprzeciwy wobec tworzenia takich nazw trącą zazdrością - w końcu nie lubimy, gdy ktoś tworzy kluby, do których z automatu nie mamy wstępu. Także mamy jako taki prąd twórczy... tworzący... właśnie... oddajmy głos ponownie CG, które wszystko wykładają jak na tacy: "Komiks kobiecy - w dużym uproszczeniu można powiedzieć, że jest to komiks stworzony przez kobietę, o kobietach (dziewczynkach, dorosłych, trans) i do nich skierowany. Chodzi przede wszystkim o perspektywę, z jakiej ukazany jest świat. Kobieta jako autorka to warunek sine qua non, aby można było mówić o kobiecej perspektywie. Punkt widzenia kobiety jest uwarunkowany jej specyficznymi doświadczeniami, których mężczyzna nigdy nie będzie z nią dzielił." No dobrze. Sztuka raczej nie ma płci i trudno z samego stylu poznać kim jest autor, zaś samo baczenie na męsko czy kobieco brzmiące imię może być mocno zdradzieckie. Zresztą - podobno że nikt nie zna kobiety lepiej niż ona sama. Punkt widzenia mężczyzny jako zewnętrznego obserwatora może być równie celny i ciekawy dla czytelników płci obojga – a myślę nawet, że takie tytuły "Kobiety" Tatsumiego, "Ghost World" Clowesa, "Lost At Sea" O’Malleya, "Strangers in Paradise" Terry Moore'a czy też "Szpinak Yukiko" Boileta mogłyby zostać uznane za sztandarowe dzieła komiksu kobiecego… gdyby nie to, że stworzyli je mężczyźni. Ale wróćmy do powyższej definicji. Konkretna jest, ale w praktyce mam wrażenie, że dobitnie wskazuje ona miejsce komiksu kobiecego jako jednego z podgatunków komiksu obyczajowego, często gęsto opartego na osobistych doświadczeniach autorek. Zaskakuje mnie też mocno lansowana tematyka, może trochę na przekór - poza sferą uczuć i ducha to m.in.: menstruacja, fizyczna miłość lesbijska, zwielokrotnione orgazmy łechtaczkowe (chociaż ostatnie to akurat wyimek z komentarza zwolenniczki, nie oficjalne stanowisko)... strasznie to wszystko skoncentrowane na fizjologii. Czy "American Widow" albo "4 na pokładzie" w ogóle się tu kwalifikuje jako komiks kobiecy?
DG: A cholera wie. Menstruacja, miłość lesbijska, zwielokrotnione orgazmy łechtaczkowe? Sorrito, ale jeśli te komiksy mają się tylko na tym skupiać to ja dziękuję i wracam do kąta. Mówię zdecydowane "nie" takim parówkowym skrytożercom. Ja chcę ciekawych historii i jeśli będzie o tym ciekawie opowiedziane to może, ale po raczej mizernym przykładzie takiego typu czyli pompowanym przez comixgrllz "Bostońskich małżeństwach" to ja nie chce, nie tykam; i możecie mnie nazywać mizoginem komiksowym.RW: Teraz to tak hardo gadasz, mizoginie komiksowy a sam parę lat temu własnym sumptem wydałeś komiks, który miałby pewne prawo zwać się komiksem kobiecym - czyli "CentralFabrik" Anki Miśkiewicz, dzieło, które pod wieloma względami niewiele się różni od tego, co obecnie robi Olga Wróbel.
DG: Eeeee panie dzieju, ale w "CentralFabrik" to o menstruacji i zwielokrotnionych orgazmach niewiele było. Poza tym czy to był komiks kobiecy? Moim zdaniem równie dobrze takie paski mógłby robić facet. A co do Olgi wróbel to ja się nie wypowiadam.
RW: Dlaczego? Olga jest jedną z czołowych twarzy "komiksu kobiecego".
DG: A niech sobie będzie. Ja mam bardzo mieszane uczucia jeśli chodzi o jej twórczość po prostu. Nie podoba mi się. Nie rusza mnie. Nie czaję hype'u wokół tych jej komiksów.
RW: Olga Wróbel jest inteligentną twórczynią - potrafi w bardzo sprytny sposób wybraną przez siebie konwencją maskować (prawdopodobne) braki techniczne w rysunku. Lubię jej cyniczno-gorzkawe poczucie humoru i życiowe obserwacje oraz świetną kolorystykę jej prac - chociaż z szorciaka na szorciak coraz bardziej to wszystko jednostajne, a maniera pokazywania prawie wszystkiego w en face tylko to uczucie pogłębia. Nie wiem czy zdzierżyłbym cały album w takiej formie, ale trzymam kciuki za ewentualną antologię.
DG: No ja raczej nie zdzierżyłbym. I pewnie bym nie kupił. Zresztą ja ostatnio prawie w ogóle komiksów nie kupuje ale to temat na inną rozmowę zapewne.
RW: Kończmy zatem... Jakkolwiek komiks w Polsce to wciąż domena mężczyzn, to wbrew pozorom kobiet rysujących historie obrazkowe w naszym kraju nie jest wcale tak mało, zwłaszcza wśród młodego pokolenia twórczyń. Niewiele jest natomiast takich, które tworzyłyby wyłącznie scenariusz - do głowy przychodzą mi w tym momencie jedynie Joanna Sanecka, Monika Powalisz, Dominika Węcławek oraz scenarzystki z antologii "Bostońskie małżeństwa". Wśród tych wszystkich dziewczyn bardzo mało akcentuje swoją kobiecość w jakiś szczególnie dobitny sposób – zarówno we własnej twórczości jak i poza nią. I w większości raczej nie tak napastliwie i bojowniczo, jak się czasem zdarza w różnych felietonach albo podnotkowych komentarzach/forumowych wypowiedziach. To z pewnością nie przysparza temu ruchowi zwolenników – zarówno wśród panów jak i spokojniejszych pań. Ale jeżeli w ten sposób przekaz nabiera wyrazistości i lepiej trafia do zakutych głów adwersarzy – cóż, każdy sposób jest dobry, jeżeli służy słusznej sprawie. Chyba.



