W trzeciej odsłonie podsumowania roku według wydawców swoimi refleksjami dzielą się z Wami Wojciech Szot z Wydawnictwa Komiksowego, Arkadiusz Dzierżawski ze Studia Lain, Robert Zaręba ze Strefy Komiksu oraz Anna Nowacka-Devillard z Wydawnictwa Widnokrąg.
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Strefa Komiksu. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Strefa Komiksu. Pokaż wszystkie posty
wtorek, 19 stycznia 2016
piątek, 22 sierpnia 2014
#1720 - Likwidator. Szorty
W „Szortach” Ryszard Dąbrowski w pewnym sensie wraca do korzeni swojego najsłynniejszego bohatera. Esencją Likwidatora były bowiem zawsze krótkie, zwięzłe historie, w których bohater rozprawiał się ze swoimi antagonistami. Zarówno werbalnie, kompromitując poglądy przeciwnika, jak i niewerbalnie – mordując go w tyle brutalny, co efektowny sposób.
piątek, 17 stycznia 2014
#1491 - Rok 2013 według wydawców (2)
Coroczny blok tekstów podsumowujących minione 365 dni kontynuujemy prezentując spojrzenie z perspektywy tych, dzięki którym kolejne komiksowe albumy lądują w naszych rękach. Muszę przyznać, że wydawcy w tym roku byli bardzo oszczędni w słowach...
Tradycyjnie, zadaliśmy im cztery pytania:
Tradycyjnie, zadaliśmy im cztery pytania:
1. Jaki był ten rok 2013
w Waszych oficynach?
2. Jaki będzie rok
następny - plany, marzenia, życzenia?
3. Jak wygląda sytuacja
na naszym rynku - kryzys jeszcze trwa, czy już go nie ma?
4. Jaki najlepszy
komiks/publikację wydaliście w mijającym roku, jaki okazał się
największym/niespodziewanym sukcesem?
Tak odpowiadali:
Szymon Holcman (kultura gniewu):
1. Bardzo dobry. I ważny.
Z jednej strony dobra sprzedaż i przyjęcie nowych komiksów autorów
już sprawdzonych i popularnych, jak Rutu Modan, Michał Śledziński,
Thomas Ott czy Marcin Podolec, a z drugiej może nie rzucenie się na
głęboką wodę, ale wypłynięcie na nowy, jeszcze nie zbadany
akwen - krótkie gatki. Ten pierwszy rejs okazał się zaskakująco
owocny i przyjemny. Komiksy genialnego Tomka Samojlika, tria
Nowacki-Jasiński- Rybarczyk, czy fantastyczny „Jaś Ciekawski”
oraz książki Tana, Wechterowicza-Minkiewicza,
Ignerskiej-Łozińskiego zostały świetnie przyjęte i pokazały nas
z dobrej strony zupełnie innemu, niż do tej pory czytelnikowi.
Bardzo nas to cieszy.
piątek, 25 stycznia 2013
#1231 - Exodus
Legion uzbrojonych w czerwone włócznie i zakutych w metalowe zbroje, groźnie wyglądających obcych. Za ich plecami - dziwna, futurystyczna budowla w kulistym kształcie z wystrzeliwującym w górę mechanizmem, który stanowi tło dla loga komiksu. To z kolei narysowane zostało w stylu charakterystycznym dla estetyki heavy-metalowych zespołów z lat osiemdziesiątych ubiegłego wieku.
W tym przypadku okładka mówi wszytko - " Exodus" autorstwa Roberta Zaręby (scenariusz) i Jacka Brodnickiego (rysunki) to rasowa komiksowa pulpa. Tania, kiczowata science-fiction z laserami, międzygalaktycznymi intrygami, potężnym super-robotem i szalonym, złym kosmicznym tyranem. Komiks, rozczłonkowany na mniejsze epizody, był pierwotnie publikowany na łamach "Magazynu Fantastycznego". Choć powstał w okolicach 2003 roku i towarzyszył "MF" od pierwszego numeru dopiero teraz, na początku 2013 roku doczekał się wydania albumowego. Nie wiem co stanęło na przeszkodzie publikacji w 2010 roku, kiedy zapowiadano jego premierę na Warszawskie Spotkania Komiksowego.
Pierwsze, co rzuca się w oczy po wzięciu komiksu do ręku (po okładce, oczywiście) jest jego oprawa graficzna. W kresce Jacka Brodnickiego widzę pewne inspiracje twórczością Juana Gimeneza i Phillipe Druilleta, ale zestawianie polskiego artysty z wielkimi klasykami komiksu europejskiego się nie godzi. Brodnickiemu brakuj jeszcze dużo, aby można uznać go choćby za sprawnego rzemieślnika. Ma chęci, ale bardzo często mu po prostu nie wychodzi. Jego kreska jest bardzo mało zróżnicowana, brakuje jej dokładności i zwyczajnej atrakcyjności, która przyciąga czytelników do tego typu pozycji. Kuleje niemal wszystko, choć pewne podstawowe chwyty na podstawowym poziomie Brodnicki ma opanowane.
Na szczęście braki Brodnickiego nadrabia Zaręba. Dzięki jego dość rozbudowanej, literackiej narracji akcja wartko pędzi do przodu. Czytelnik wciągnięty w kolejne perypetie czwórki niesfornych terian, którym udało się przeżyć zagładę rodzimej planety nieco zapomina (albo przynajmniej odwraca wzrok) od rysowniczych niedoróbek, dając się ponieść historii. Ta jest bardzo sprawnie napisana, dzieje się dużo i szybko, lasery strzelają, statki latają, a w tle przemykają nawet gołe cyce. Temu komiksowemu science-fiction klasy B z całym swoim pulpowym urokiem bliżej jednak do amerykańskiego "Heavy Metalu", niż francuskiego "Metal Hurlanta". Dobrym tropem może być nasze "Biocosmosis", które jednak umiejscowiłbym o półkę wyżej, i nieco zapomniany dziś "Świat kropli". Jeśli te pozycje przypadły Wam do gustu, to "Exodus" ma u Was jakieś szanse. Ale tylko wtedy, gdy łykniecie go z całym dobrodziejstwem oldskulowego inwentarza.
Znowu w przypadku Wydawnictwa Roberta Zaręby muszę przyczepić się do jakości edytorskiej. Czerń znowu wygląda fatalnie. Wystarczy porównać to, co zostało wydrukowane z tym, co zaprezentowana na przykładowych planszach w sieci. Album wygląda po prostu okropnie blado.
Pamiętam jeszcze, kiedy postać Roberta Zaręby i publikacje, jakie ukazywały się pod szyldem najpierw "Magazynu Fantastycznego", a potem "Strefy Komiksu" budziły kontrowersje w komiksowie. Oczywiście, więcej w tych forumowych sporach było wycieczek osobistych, niż rzetelnej krytyki, ale wydaje mi się, że dla ówczesnego czytelnika estetyka takiego "Exodusu" była niezjadliwa. Nikt tego wtedy nie kupował B-klasowego sci-fi, choć trzeba uczciwie przyznać, że komiksowi Zaręby i Brodnickiego można sporo zarzucić. Nie jest to dzieło formatu "Barbarelli", "Flasha Gordona" czy trzymając się nieco bardziej komiksowych przykładów - "Dena" albo "RanXeroxa". Nie wiem jaka dziś jest recepcja oferty Strefy Komiksu, bo w sieci próżno szukać recenzji czy czytelniczych reakcji na te pozycje...
W tym przypadku okładka mówi wszytko - " Exodus" autorstwa Roberta Zaręby (scenariusz) i Jacka Brodnickiego (rysunki) to rasowa komiksowa pulpa. Tania, kiczowata science-fiction z laserami, międzygalaktycznymi intrygami, potężnym super-robotem i szalonym, złym kosmicznym tyranem. Komiks, rozczłonkowany na mniejsze epizody, był pierwotnie publikowany na łamach "Magazynu Fantastycznego". Choć powstał w okolicach 2003 roku i towarzyszył "MF" od pierwszego numeru dopiero teraz, na początku 2013 roku doczekał się wydania albumowego. Nie wiem co stanęło na przeszkodzie publikacji w 2010 roku, kiedy zapowiadano jego premierę na Warszawskie Spotkania Komiksowego.
Pierwsze, co rzuca się w oczy po wzięciu komiksu do ręku (po okładce, oczywiście) jest jego oprawa graficzna. W kresce Jacka Brodnickiego widzę pewne inspiracje twórczością Juana Gimeneza i Phillipe Druilleta, ale zestawianie polskiego artysty z wielkimi klasykami komiksu europejskiego się nie godzi. Brodnickiemu brakuj jeszcze dużo, aby można uznać go choćby za sprawnego rzemieślnika. Ma chęci, ale bardzo często mu po prostu nie wychodzi. Jego kreska jest bardzo mało zróżnicowana, brakuje jej dokładności i zwyczajnej atrakcyjności, która przyciąga czytelników do tego typu pozycji. Kuleje niemal wszystko, choć pewne podstawowe chwyty na podstawowym poziomie Brodnicki ma opanowane.
Na szczęście braki Brodnickiego nadrabia Zaręba. Dzięki jego dość rozbudowanej, literackiej narracji akcja wartko pędzi do przodu. Czytelnik wciągnięty w kolejne perypetie czwórki niesfornych terian, którym udało się przeżyć zagładę rodzimej planety nieco zapomina (albo przynajmniej odwraca wzrok) od rysowniczych niedoróbek, dając się ponieść historii. Ta jest bardzo sprawnie napisana, dzieje się dużo i szybko, lasery strzelają, statki latają, a w tle przemykają nawet gołe cyce. Temu komiksowemu science-fiction klasy B z całym swoim pulpowym urokiem bliżej jednak do amerykańskiego "Heavy Metalu", niż francuskiego "Metal Hurlanta". Dobrym tropem może być nasze "Biocosmosis", które jednak umiejscowiłbym o półkę wyżej, i nieco zapomniany dziś "Świat kropli". Jeśli te pozycje przypadły Wam do gustu, to "Exodus" ma u Was jakieś szanse. Ale tylko wtedy, gdy łykniecie go z całym dobrodziejstwem oldskulowego inwentarza.
Znowu w przypadku Wydawnictwa Roberta Zaręby muszę przyczepić się do jakości edytorskiej. Czerń znowu wygląda fatalnie. Wystarczy porównać to, co zostało wydrukowane z tym, co zaprezentowana na przykładowych planszach w sieci. Album wygląda po prostu okropnie blado.
Pamiętam jeszcze, kiedy postać Roberta Zaręby i publikacje, jakie ukazywały się pod szyldem najpierw "Magazynu Fantastycznego", a potem "Strefy Komiksu" budziły kontrowersje w komiksowie. Oczywiście, więcej w tych forumowych sporach było wycieczek osobistych, niż rzetelnej krytyki, ale wydaje mi się, że dla ówczesnego czytelnika estetyka takiego "Exodusu" była niezjadliwa. Nikt tego wtedy nie kupował B-klasowego sci-fi, choć trzeba uczciwie przyznać, że komiksowi Zaręby i Brodnickiego można sporo zarzucić. Nie jest to dzieło formatu "Barbarelli", "Flasha Gordona" czy trzymając się nieco bardziej komiksowych przykładów - "Dena" albo "RanXeroxa". Nie wiem jaka dziś jest recepcja oferty Strefy Komiksu, bo w sieci próżno szukać recenzji czy czytelniczych reakcji na te pozycje...
wtorek, 22 stycznia 2013
#1228 - Zagłoba
Wydawałoby się, że w rękach Zygmunta Similaka postać Onufrego Zagłoby ma wszystkie dane, aby stać się prawdziwą ozdobą jego komiksowego dorobku. W historycznych dekoracjach i z humorystycznym materiałem twórca związany ze Strefą Komiksu/Wydawnictwem Roberta Zaręby nie raz udowadniał, że potrafi sobie nieźle poradzić.
Z „Trylogii” zapamiętałem Zagłobę nieco inaczej, niż próbuje go Similak przedstawić. Imć szlachcic, choć chętniejszy do szklanki, niż do bitki, przez Henryka Sienkiewicza odmalowany został z dużą dozą sympatii, choć zżymający się na nasze narodowe przywary pod znaku sarmatyzmu, mieliby mu wiele do zarzucenia. Niemniej jego zasługi dla Rzeczypospolitej są niepodważalne, a skrzący się od konceptów rozum przeszedł już do literackiej historii. W ujęciu similakowym natomiast Zagłoba to ochlej, patologiczny łgarz, dureń, nijak nie budzący czytelniczej sympatii w przeciwieństwie do swojego pierwowzoru. Swoje przewagi na polu bitwy zawdzięcza zwykle dzielnemu inaczej rumakowi, a przygody, o których opowiada w przydrożnych karczmach ocierają się o slapstickowy absurd. Bo jak inaczej określić historię o tym, jak to nasz bohater trafił na kurację odchudzającą prowadzoną przez zakonników będąc przekonanym, że zmarł i do piekła trafił. Niewiele w tym ducha „Trylogii”, a więcej mocno przerysowanego komiksowego humoru, rodem z „obrazkowych filmów” polskiej prasy około wojennej. Dowcip jest gruby (choć trafiają się bardziej wyrafinowane fragmenty), nie tyle na granicy dobrego smaku, co zahaczający o autoparodię.
Zastanawiam się dlaczego Similak w taki sposób wystylizowanemu Zagłobie, a więc opojowi i durniowi, dał wgląd w przyszłe dzieje Polski. Wizja tego, co czeka naród, to chwyt godny wielkiej poezji romantycznej, który był zarezerwowany jedynie dla jednostek wyjątkowych… Może nie miałbym z tym takiego problemu, gdyby przy tej okazji autor nie uderzał w nieznośnie martyrologiczne tony, a jeśli już się na to zdecydował, to niech przynajmniej robi to dobrze. Nie wymagam finezji godnej „Wielkiej Improwizacji”, ale sceny wizyjne i wizyta Zagłoby w teraźniejszości to najsłabsze momenty tego albumu. Ociekające kiczem i najgorszą tandetą.
Ale to narodowe cierpiętnictwo jakoś jeszcze bym przeżył. Znacznie bardziej przeszkadzają mi akcenty antysemickie, które choć delikatne, podskórne, są jednak bardzo irytujące, bo bazują na najbardziej prymitywnych stereotypach. I nawet nie są przy tym śmieszne. Niewybredna antyniemieckość i silny antyklerykalizm nie pierwszy raz pojawiają się w tekstach Similaka, który nawet nie próbuje ukrywać swojego ideologicznego zabarwienia swoich tekstów. To zresztą dość ciekawa perspektywa spoglądania na jego komiksy.
Jeśli idzie o warstwę formalną – przy okazji „Zagłoby” wypada powtórzyć to, co poprzednio pisałem o Zygmuncie Similaku. Może i karykaturzysta to sprawny, ale z materią komiksową radzi sobie znacznie gorzej. Pod względem strukturalnym Similak ma trudności z zakomponowanie pełnometrażowej fabuły. Z polepionej z krótszych epizodów opowieści, będących często zagłobowymi gawędami o jego brawurowych czynach, ciągle wyłażą szwy. Sloganem opowieści o opowieściach nie da się zatuszować braku solidnej linii fabularnej, nieumiejętnym rozłożeniem akcentów napięciowych i braku satysfakcjonującego finału.
Kadry są mało zróżnicowana, drugim planom brakuje głębi i zróżnicowania. Choć (jak rozumiem – programowo) przerysowane ilustracje sąsiadują z utrzymanymi w bardziej realistycznym stylu to nie mogę oprzeć się wrażeniu, że niektóre z nich są bardzo niedopracowane, często wręcz niedbałe. Zresztą, estetyka samego wydania, jak i takich elementów, jak nasycenie czerni, rozkład dymków czy czcionka również pozostawia wiele do życzenia.
Interteksualna kontynuacja dziejów jednego z najsłynniejszych rycerzy kresów Rzeczypospolitej wypada blado. Uwikłana w autorskie resentymenty, odchodząca od utrwalonego w literaturze wizerunku głównego bohatera nie ma do zaoferowania właściwie nic oprócz rubasznego humoru i ociekającego tanim patosem patriotyzmu.
czwartek, 22 grudnia 2011
#928 - Mrok
„Mrok” otwiera scena brutalnych gangsterskich porachunków wskazując, że czytelnik będzie miał do czynienia z rasowym komiksem sensacyjnym. Zaraz potem scenarzysta zmienia całkowicie ton komiksu, pozwalając sobie na dresiarski dowcip, przynoszący na myśl w najlepszym przypadku „Pulp Fiction”, a w najgorszym – „Chłopaki nie płaczą”. A potem robi się jeszcze dziwniej i dziwniej.
Kolejną zmianą konwencji jest zaprezentowanie krótkiej historii o mocnym zacięciu socjologicznym, dość topornej w swoim populistycznym „przekazie”. A to tylko pierwszy tom – w drugim dochodzą jeszcze elementy fantasy, tajemnica strzeżona od tysięcy lat przez watykańskich egzorcystów i wątek wielkiej konspiracji. Jest dużo krwi, makabrycznych scen, gwałtów, narkotyków i polowań na ludzi. Cały ten patchwork konwencji, motywów i estetyk zostaje spięty w całość ogranym do bólu motywem dochodzenia pary głównych bohaterów. On to ostatni sprawiedliwy glina na komisariacie, twardy, choć trochę pierdołowaty, ona jest tryskającym seksem medium skrywającym mroczną tajemnicę.
„Mrok”, składający się do tej pory z dwóch albumów - „Przbudzenia” i „Krwawego żniwa” - jest pulpowym konglomeratem gatunków i stylów. Horror miesza się tutaj z fantastyką, sensacja z humorem, zaangażowana krytyka społeczna z bezsensowną, służącą jedynie szokowaniu, narysowaną przemocą. Konwencjonalność sąsiaduje ze świadomym, ironicznym dystansem wobec opowiadanej za pomocą klisz historii (co najlepiej widać w pierwszych dwóch scenach). Zaręba jednocześnie opowiada historię przynosząca na myśl „najlepsze” dokonania EC Comics, a z drugiej strony zdaje się naśmiewać z popularnych schematów (nie tylko komiksowych) przerysowując je w groteskowy sposób. A przynajmniej takie miałem wrażenie.
Z treścią koresponduje forma. O ile pierwszy tom został w całości narysowany przez Nikodema Cabałę, przez co jest spójny, o tyle w drugim do pracy nad oprawą wizualną autor zatrudnił oddział grafików współpracujących ze Strefą Komiksu, niekoniecznie pasujących do estetyki „Mroku”. Jeśli idzie o starszego z braci Cabałów, to przy całym szacunku dla jego warsztatu, nigdy nie należał do moich ulubionych artystów, delikatnie mówiąc. Uważam jego kreskę za bardzo sztywną, pozbawionej lekkości i swobody, koniecznym w medium opartym na opowiadaniu obrazem. Boję się, że jako rysownik po mainstreamowemu realistyczny nigdy nie przeskoczy poziomu dzielącego rzemieślnika, od tych najlepszych, którzy mają to coś, czego wyuczyć się nie da. Ma się to, albo nie. Z tego powodu nigdy nie będzie grał w lidze Rosińskiego czy Polcha. Pozostaje mu rywalizacja z Kowalskim na zapleczu ekstraklasy.
Wśród artystów, którzy współtworzyli „Krwawe żniwo” z najlepszej strony pokazał się Artur Chochowski, choć estetyka „Mroku” wydawałaby się obca jego stylowi. Jeden z najbardziej niedocenianych polskich rysowników potrafił uchwycić groteskę wydarzeń i emocję poszczególnych bohaterów. Po rysunkach Zygmunta Similaka widać pośpiech, boleśnie odbijający się na jakości jego pracy, która prezentują się po prostu źle. Nie wiem czy dobrym pomysłem było pozostawienie mu sekwencji z dużą ilością samochodów do narysowania, skoro zupełnie sobie z nimi nie radzi. Poza tym nasycił scenę gangsterskich porachunków humorem, co nie do końca pasuje do konwencji (choć może takie było zamierzenie?). Nieco lepiej zaprezentował się mangujący Tomasz Kleszcz, który z rysowaniem pojazdów problemów nie ma, ale przesadza z sztucznymi, komputerowymi efektami.
Nie jestem pewien do jakiej gry zaprasza mnie Robert Zaręba. Nie wiem na ile pomyślał sobie swoje dzieło, jako postmodernistyczny kolaż, a na ile, jako pulpową opowieść na poważnie. Ja odbieram „Mrok”, jako swego rodzaju transgatunkową penetrację sfer granicznych, w których to co maksymalnie kiczowate ściera się z własną, karykaturalną parodią. W swoich poszukiwaniach Zaręba nie boi się przekraczać granic dobrego smaku, szokować i ostentacyjnie epatować brutalnością. Myślę, że utwór bardziej przypadnie do gustu akademikom pochylającym się na stanem kultury współczesnej, niż zwykłym czytelnikom. Wisienką na torcie będą oczywiście antyklerykalne wątki, przemycane przez autora tu i ówdzie, które mogą być fajnym polem do popisu dla jakiegoś mocno dekonstrukcyjnego odczytania.
„Mrok”, składający się do tej pory z dwóch albumów - „Przbudzenia” i „Krwawego żniwa” - jest pulpowym konglomeratem gatunków i stylów. Horror miesza się tutaj z fantastyką, sensacja z humorem, zaangażowana krytyka społeczna z bezsensowną, służącą jedynie szokowaniu, narysowaną przemocą. Konwencjonalność sąsiaduje ze świadomym, ironicznym dystansem wobec opowiadanej za pomocą klisz historii (co najlepiej widać w pierwszych dwóch scenach). Zaręba jednocześnie opowiada historię przynosząca na myśl „najlepsze” dokonania EC Comics, a z drugiej strony zdaje się naśmiewać z popularnych schematów (nie tylko komiksowych) przerysowując je w groteskowy sposób. A przynajmniej takie miałem wrażenie.
Z treścią koresponduje forma. O ile pierwszy tom został w całości narysowany przez Nikodema Cabałę, przez co jest spójny, o tyle w drugim do pracy nad oprawą wizualną autor zatrudnił oddział grafików współpracujących ze Strefą Komiksu, niekoniecznie pasujących do estetyki „Mroku”. Jeśli idzie o starszego z braci Cabałów, to przy całym szacunku dla jego warsztatu, nigdy nie należał do moich ulubionych artystów, delikatnie mówiąc. Uważam jego kreskę za bardzo sztywną, pozbawionej lekkości i swobody, koniecznym w medium opartym na opowiadaniu obrazem. Boję się, że jako rysownik po mainstreamowemu realistyczny nigdy nie przeskoczy poziomu dzielącego rzemieślnika, od tych najlepszych, którzy mają to coś, czego wyuczyć się nie da. Ma się to, albo nie. Z tego powodu nigdy nie będzie grał w lidze Rosińskiego czy Polcha. Pozostaje mu rywalizacja z Kowalskim na zapleczu ekstraklasy.
Wśród artystów, którzy współtworzyli „Krwawe żniwo” z najlepszej strony pokazał się Artur Chochowski, choć estetyka „Mroku” wydawałaby się obca jego stylowi. Jeden z najbardziej niedocenianych polskich rysowników potrafił uchwycić groteskę wydarzeń i emocję poszczególnych bohaterów. Po rysunkach Zygmunta Similaka widać pośpiech, boleśnie odbijający się na jakości jego pracy, która prezentują się po prostu źle. Nie wiem czy dobrym pomysłem było pozostawienie mu sekwencji z dużą ilością samochodów do narysowania, skoro zupełnie sobie z nimi nie radzi. Poza tym nasycił scenę gangsterskich porachunków humorem, co nie do końca pasuje do konwencji (choć może takie było zamierzenie?). Nieco lepiej zaprezentował się mangujący Tomasz Kleszcz, który z rysowaniem pojazdów problemów nie ma, ale przesadza z sztucznymi, komputerowymi efektami.
Nie jestem pewien do jakiej gry zaprasza mnie Robert Zaręba. Nie wiem na ile pomyślał sobie swoje dzieło, jako postmodernistyczny kolaż, a na ile, jako pulpową opowieść na poważnie. Ja odbieram „Mrok”, jako swego rodzaju transgatunkową penetrację sfer granicznych, w których to co maksymalnie kiczowate ściera się z własną, karykaturalną parodią. W swoich poszukiwaniach Zaręba nie boi się przekraczać granic dobrego smaku, szokować i ostentacyjnie epatować brutalnością. Myślę, że utwór bardziej przypadnie do gustu akademikom pochylającym się na stanem kultury współczesnej, niż zwykłym czytelnikom. Wisienką na torcie będą oczywiście antyklerykalne wątki, przemycane przez autora tu i ówdzie, które mogą być fajnym polem do popisu dla jakiegoś mocno dekonstrukcyjnego odczytania.
czwartek, 21 kwietnia 2011
#742 - W cieniu gwiazdy
Album "W cieniu gwiazdy" jest kontynuacją "Historii okupacyjnych", komiksowych wspomnień Zygmunta Similaka z przełomu pierwszej i drugiej połowy XX wieku. Za pierwszym razem powrót do dzieciństwa czasów niemieckiej okupacji nie wypadł przekonująco. Czy drugie podejście, dotyczące tym razem okupacji spod znaku tytułowej, czerwonej gwiazdy i opowiadające o trudnym okresie dojrzewania okazało się bardziej udane?
Właściwie większość zarzutów wobec tamtego komiksu, wypadałoby powtórzyć i w tym przypadku. Talentu do satyrycznej karykatury Similakowi odmówić nie sposób. Ze swoją nieco staroświecką i paradoksalnie mało komiksową, mniej narracyjną, a bardziej ilustracyjną kreską, w takiej roli sprawdza się bardzo dobrze. Pełnometrażowy album, nie będący sekwencją pasków, tworzących pewną spójną opowieść, jak miało to miejsce w choćby przypadku „Siedmiu tygodni” Januarego N. Misiaka, brutalnie obnaża wszystkie niedostatki warsztatu Similaka. Małe zróżnicowanie planów, na których często kuleje kompozycja, niemal zupełny brak stopniowania napięcia pomiędzy planszami czy niechęć do grania szczegółem sprawiają, że lektura "W cieniu gwiazdy" szła mi bardzo opornie. Rozbicie fabuły na mniejsze, luźno ze sobą powiązane epizody nijak nie pomaga.
Z drugiej strony warto docenić świadomą stylizacją na komiksy z lat pięćdziesiątych, widoczne inspiracje stylem Wacława Drozdowskiego. Świetnym patentem jest również charakterystyczne, tintinowskie rozgraniczenie między głównym bohaterem, a otaczającym go światem. Dzięki temu, za pośrednictwem autorskiego alter ego, czytelnik może "być" w komiksie. To prosty, ale bardzo efektowny chwyt i aż dziw, że tak niewielu współczesnych twórców z niego korzysta. Nie sprawia to jednak przebijanie się przez kolejne strony jest przyjemne, ani łatwe. Czy jednak warto?
Similak daje czytelnikowi kawałek swojego życia. Nie mogę nie doceniać wartości takiego gestu, ale "W cieniu gwiazdy" brakuje tej siły, którą ma na przykład "Na szybko spisane" (nie będącej stricte autobiografią). Nieliczne momenty naprawdę wzruszają (historia z koniem), inna odstraszają parafialnym patriotyzmem, ostentacyjną antyradzieckością czy czerstwym humorem. A nad wszystkim unosi się jakiś nieokreślony komiksowy duch dalekiej przeszłości - naiwnych, prostych historyjek obrazkowych, o mocno ograniczonych możliwościach. Jak sądzę to komiks Śledzia przejdzie do historii polskiego komiksu, dzięki swoim walorom czysto artystycznym i ujęciem obrazu pokolenia wychowującego się na przełomie lat osiemdziesiątych i dziewięćdziesiątych w uniwersalnej perspektywie. Pracy łódzkiego satyryka to raczej nie grozi, choć mogę się oczywiście mylić.
Przypuszczam, że o "W cieniu gwiazdy" już za kilka lat nikt nie będzie pamiętał. Z jednej strony słusznie, a z drugiej szkoda. Bo przy całej czytelniczej ambiwalencji, wszystkich formalnych nieporadności, opowieść Similaka jakoś do mnie dotarła. Przy okazji poprzedniego albumu, emocjonalnie przeszedłem obok całej historii. W tym przypadku było jednak inaczej, autorowi udało się mnie dotknąć. A to już coś.
środa, 16 czerwca 2010
#479 - Strefa komiksu: Artur Chochowski
Już od początkowych kadrów pierwszej historii ("W pogoni z Amy") widać, że Artur Chochowski jest niezwykle sprawnym komiksiarzem. Pewna, dynamiczna kreska, skróty perspektywiczne, które nie przynoszą wstydu swojemu autorowi i prawie wzorowe kadrowanie znamionują solidny warsztat, godny twórcy z krajowej pierwszej ligi. Ale zaraz – kim tak w ogóle ten Chochowski jest? Gdzie, na naszym stosunkowo małym rynku uchował się taki klejnocik?
Jestem pewien, że dla wielu miłośników komiksu nazwisko Chochowskiego nic nie mówi. I nie ma im się co dziwić, bowiem nie jest to twórca szczególnie znany. Jego nazwiska próżno szukać na liście płac rodzimych zinów czy antologii wszelakiej maści. Do tej pory w bibliografii artysty, którego można kojarzyć z niszowym "Magazynem Fantastycznym", znajduje się niewiele pozycji. Kilka okładek ("Triumwirat: Mag", "Tod Robot: Re-animacja", "Antologia Science-Fiction"), parę krótszych historii (w "Likwidatorze" i "Antologii Komiksu Polskiego"). Na dobrą sprawę przekrojowe wydanie "Strefy Komiksu" poświęcone jego twórczości to pierwsza, poważna publikacja na jego koncie. To naprawdę bardzo niewiele, jak na twórcę z takim potencjałem.
Prace zebrane w tym tomiku stanowią naprawdę świetną wizytówkę dla swojego autora, którego wypada uznać za jednego z najciekawszych, rodzimych rysowników komiksowych. Rysunki Chochowskiego przypominają mi dokonania Śledzia z okresu pracy nad "Osiedlem Swoboda", tylko bardziej dojrzałe i dopracowane. W zależności od danej historii i jej entourage'u, artysta odpowiednio dostosowuje i modyfikuje swoją kreskę. W "Życiowej roli" i "Likwidatorze vs. siły inwazyjne", fabułach do skryptu Roberta Zaręby, jego styl jest bardziej drapieżny, satyryczny i zdeformowany, choć momentami przynoszący na myśl prace Tomasza Lwa Leśniaka, znanego z oprawy wizualnej do "Jeża Jerzego". W "Drągalu" (w roli scenarzysty znów występuje Zaręba) Chochowski zmierzył się z konwencją realistyczną i wyszedł z tej konfrontacji obronną ręką, momentami bardzo sprytnie maskując swoje braki.
Znacznie większe pole do popisu zapewnia mu bardziej "komiksowa" stylistyka, obecna w innym krótkim metrażu z uśmiechniętym eko-terrorystą w roli głównej. "Likwidatora i wykluczonych" Chochowski pociągnął wyczyszczoną kreską w odcieniach szarości, ciążącą ku klasycznemu, komiksowemu przerysowaniu. Efekt jest naprawdę piorunujący! Dla odmiany bardzo starannie wycieniowany i delikatnie pociągnięty tuszem "Krąg" (napisany przez Konrada Mizerę) prezentuje się tylko solidnie. Co ciekawe, Chochowski radzi sobie również z kolorem. Wśród takich prac najsłabiej prezentuje się "Stacja" (strasznie płaska), ale już "Anioły i potwory" oraz "Zajebiste" wyglądają bardzo fajnie.
Jak widać całkiem spory rozrzut stylistyczny udowadnia, że Artur Chochowski jest bardzo sprawnym i wszechstronnym rysownikiem. Niestety, z oprawą wizualną na wysokim poziomie nie idzie w parze jakość scenariuszy. Obok dwóch, typowych fabuł z "Likwidatorem", mamy bowiem "Drągala" pochodzącego z antologii "11/11 = Niepodległość". Dość miernie napisaną opowieść o Aleksandrze Młyńskim, akowskim bohaterze walczącym z radzieckim okupantem w okolicach Radomia. "Życiowa rola" to całkiem sympatyczny szorciak, choć nieco na siłę rozciągnięty, a resztę stanowią typowe wypełniacze będące albo zabawami z formą ("Zajebiste", "Krąg"), albo komiksowymi wprawkami, opartymi na jakimś koncepcie ("Stacja", "Anioły i potwory", "Superniezawodny Sześciostrzałowiec"). Tak naprawdę żadna z prac obecnych w antologii nie wyróżnia się niczym na tle innych. Irytują również drobne wpadki, jak znikająca bransoletka czy jedno niepotrzebne "warto" w pewnym dialogu. Takich niedopatrzeń jest całkiem sporo.
Antologia komiksów Artura Chochowskiego sprawdza się, jako znakomite portfolio dla swojego twórcy. Wypada go uznać, za jednego z najciekawszych rodzimych rysowników komiksowych, konsekwentnie promowanego przez Roberta Zarębę. To twórca, który ma wszystkie dane, aby błysnąć na rodzimej scenie i wypada tylko czekać, aż wpadnie w jego ręce jakiś solidny scenariusz. Natomiast jeśli idzie o "Strefę Komiksu" poświęconą jego twórczości, to jako zbiór komiksowych historyjek, wypada bardzo blado. Delikatnie mówiąc. Ci, którzy nastawiają się na ciekawą lekturę, mogą poczuć się srodze zawiedzeni.
Jestem pewien, że dla wielu miłośników komiksu nazwisko Chochowskiego nic nie mówi. I nie ma im się co dziwić, bowiem nie jest to twórca szczególnie znany. Jego nazwiska próżno szukać na liście płac rodzimych zinów czy antologii wszelakiej maści. Do tej pory w bibliografii artysty, którego można kojarzyć z niszowym "Magazynem Fantastycznym", znajduje się niewiele pozycji. Kilka okładek ("Triumwirat: Mag", "Tod Robot: Re-animacja", "Antologia Science-Fiction"), parę krótszych historii (w "Likwidatorze" i "Antologii Komiksu Polskiego"). Na dobrą sprawę przekrojowe wydanie "Strefy Komiksu" poświęcone jego twórczości to pierwsza, poważna publikacja na jego koncie. To naprawdę bardzo niewiele, jak na twórcę z takim potencjałem.Prace zebrane w tym tomiku stanowią naprawdę świetną wizytówkę dla swojego autora, którego wypada uznać za jednego z najciekawszych, rodzimych rysowników komiksowych. Rysunki Chochowskiego przypominają mi dokonania Śledzia z okresu pracy nad "Osiedlem Swoboda", tylko bardziej dojrzałe i dopracowane. W zależności od danej historii i jej entourage'u, artysta odpowiednio dostosowuje i modyfikuje swoją kreskę. W "Życiowej roli" i "Likwidatorze vs. siły inwazyjne", fabułach do skryptu Roberta Zaręby, jego styl jest bardziej drapieżny, satyryczny i zdeformowany, choć momentami przynoszący na myśl prace Tomasza Lwa Leśniaka, znanego z oprawy wizualnej do "Jeża Jerzego". W "Drągalu" (w roli scenarzysty znów występuje Zaręba) Chochowski zmierzył się z konwencją realistyczną i wyszedł z tej konfrontacji obronną ręką, momentami bardzo sprytnie maskując swoje braki.
Znacznie większe pole do popisu zapewnia mu bardziej "komiksowa" stylistyka, obecna w innym krótkim metrażu z uśmiechniętym eko-terrorystą w roli głównej. "Likwidatora i wykluczonych" Chochowski pociągnął wyczyszczoną kreską w odcieniach szarości, ciążącą ku klasycznemu, komiksowemu przerysowaniu. Efekt jest naprawdę piorunujący! Dla odmiany bardzo starannie wycieniowany i delikatnie pociągnięty tuszem "Krąg" (napisany przez Konrada Mizerę) prezentuje się tylko solidnie. Co ciekawe, Chochowski radzi sobie również z kolorem. Wśród takich prac najsłabiej prezentuje się "Stacja" (strasznie płaska), ale już "Anioły i potwory" oraz "Zajebiste" wyglądają bardzo fajnie.
Jak widać całkiem spory rozrzut stylistyczny udowadnia, że Artur Chochowski jest bardzo sprawnym i wszechstronnym rysownikiem. Niestety, z oprawą wizualną na wysokim poziomie nie idzie w parze jakość scenariuszy. Obok dwóch, typowych fabuł z "Likwidatorem", mamy bowiem "Drągala" pochodzącego z antologii "11/11 = Niepodległość". Dość miernie napisaną opowieść o Aleksandrze Młyńskim, akowskim bohaterze walczącym z radzieckim okupantem w okolicach Radomia. "Życiowa rola" to całkiem sympatyczny szorciak, choć nieco na siłę rozciągnięty, a resztę stanowią typowe wypełniacze będące albo zabawami z formą ("Zajebiste", "Krąg"), albo komiksowymi wprawkami, opartymi na jakimś koncepcie ("Stacja", "Anioły i potwory", "Superniezawodny Sześciostrzałowiec"). Tak naprawdę żadna z prac obecnych w antologii nie wyróżnia się niczym na tle innych. Irytują również drobne wpadki, jak znikająca bransoletka czy jedno niepotrzebne "warto" w pewnym dialogu. Takich niedopatrzeń jest całkiem sporo.Antologia komiksów Artura Chochowskiego sprawdza się, jako znakomite portfolio dla swojego twórcy. Wypada go uznać, za jednego z najciekawszych rodzimych rysowników komiksowych, konsekwentnie promowanego przez Roberta Zarębę. To twórca, który ma wszystkie dane, aby błysnąć na rodzimej scenie i wypada tylko czekać, aż wpadnie w jego ręce jakiś solidny scenariusz. Natomiast jeśli idzie o "Strefę Komiksu" poświęconą jego twórczości, to jako zbiór komiksowych historyjek, wypada bardzo blado. Delikatnie mówiąc. Ci, którzy nastawiają się na ciekawą lekturę, mogą poczuć się srodze zawiedzeni.
Subskrybuj:
Komentarze (Atom)







