Dziś na za Blera zabrałem się Daniel Grześkiewicz. Kiedy pierwsze prace Gedeona pojawiły się na wystawach konkursowych w Łodzi, niemal od razu wywołały spore zamieszanie. Były technicznie perfekcyjne, do tego miały swój charakter i pazur, pod wieloma względami wyróżniały się na tle konkurencji i zapadały w pamięć.
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Daniel Grzeszkiewicz. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Daniel Grzeszkiewicz. Pokaż wszystkie posty
sobota, 18 stycznia 2014
środa, 26 stycznia 2011
#680 - X2: Tajemnica zaginionego komiksu
A było to tak - w listopadzie na łamach Ziniolowego cyklu kibicowskiego ujawnił się nowy projekt Dariusza Cybulskiego i Daniela Grzeszkiewicza - X2. Przedsięwzięcie, które z miejsca oczarowało parę osób z komiksowego środowiska, a mi przypomniało pewną informację prasową sprzed kilku miesięcy. Po autorach spodziewano się rasowej zeszytówki w starym dobrym stylu. Swoje zrobił również materiał graficzny - znakomite rysunki Grzeszkiewicza podkreślone rewelacyjnymi kolorami rozbudziły apetyty co poniektórych. W tym i moje.
Był więc hajpik na łamach Ziniola, lans na kilku serwisach, dyskusje na forach. Zapowiedziano uroczyste spotkanie z autorami w warszawskim "Sensie Nonsensu", na dzień 18 grudnia 2010. Odczuwało się atmosferę oczekiwania; zdarzały się nawet odważne głosy, że X2 to murowany kandydat do tytułu polskiego komiksu roku 2010 i może nieźle namieszać na ryneczku. Nadszedł wreszcie dzień wielkiej premiery... i kamień w wodę. Komiks nagle zniknął z medialnego radaru. Od 18 grudnia ni huhu w publicystyce i serwisach, żadnych recenzyjek, opinii, spazmów, hejterzenia. Tak wiem, taka nagła popremierowa cisza, po wzajemnym nakręcaniu się tuż przed, nie jest szczególnie rzadka w przypadku polskiego poletka komiksowego.
Problem jednak w tym, że do tej konkretnej premiery nigdy nie doszło.
Traf chciał, że tego dnia akurat zaplanowaliśmy w "niesławnej" Kawangardzie naszą Kolorową wigilię. Wigilia była o 19.00, premiera "X2" miała mieć miejsce o 16.00 - siłą rzeczy, kilka osób postanowiło zaliczyć obydwa wydarzenia. Sam pojawiłem się tylko w Kawangardzie, nie chciało mi się wcześniej jechać na Wileńską - dlatego uczciwie przyznaję, że bazuję na informacjach z drugiej ręki. Wiadomo na pewno, że premiera się nie odbyła się z przyczyn nadzwyczajnych. Jeden ze współautorów nie dotarł na miejsce z powodu nieprzewidzianych okoliczności; a że akurat miał przy sobie prawie cały nakład, więc nie było czego pokazać na premierze. To jest informacja, jaką dostali ludzie obecni na spotkaniu i którą potem przekazali dalej.
No i luz. W pełni rozumiem, że los pokrzyżował plany i spotkanie nie mogło się odbyć, to się niestety zdarza. Nie do końca podoba mi się jednak fakt, że od ponad miesiąca nie ma żadnej informacji ze strony autorów nt. dalszych losów projektu. Nie wiadomo kiedy i czy w ogóle "X2" trafi do obiegu - ewentualni nabywcy tu i ówdzie wciąż dopytują się o ten komiks, szydercy zaś pokątnie wspominają, że cała akcja mogła być po prostu sprytnym happeningiem. Jasne, autorom może już się po prostu nie chcieć i ich sprawa, czy cokolwiek w końcu wydadzą czy nie. Tyle, że po rozkręceniu takiej akcji promocyjnej i rozbudzeniu zainteresowania potencjalnych czytelników należałoby im się kilka słów wyjaśnienia. Szkoda, że zabrakło jakiegokolwiek oficjalnego komunikatu w tej sprawie, który rozwiałby różne plotki i uciął dalsze wyczekiwanie. Osobiście jestem dość wyczulony na brak prostej i konkretnej informacji na temat tego "co dalej?" i irytują mnie takie sytuacje. Nie żebym tu zarzucał jakieś machloje, po prostu apeluję o większy profesjonalizm, który może być przykładem dla innych.
Mam nadzieję, że wkrótce sprawa się wyjaśni. I jeszcze większą, że "X2" jednak się ukaże.
Był więc hajpik na łamach Ziniola, lans na kilku serwisach, dyskusje na forach. Zapowiedziano uroczyste spotkanie z autorami w warszawskim "Sensie Nonsensu", na dzień 18 grudnia 2010. Odczuwało się atmosferę oczekiwania; zdarzały się nawet odważne głosy, że X2 to murowany kandydat do tytułu polskiego komiksu roku 2010 i może nieźle namieszać na ryneczku. Nadszedł wreszcie dzień wielkiej premiery... i kamień w wodę. Komiks nagle zniknął z medialnego radaru. Od 18 grudnia ni huhu w publicystyce i serwisach, żadnych recenzyjek, opinii, spazmów, hejterzenia. Tak wiem, taka nagła popremierowa cisza, po wzajemnym nakręcaniu się tuż przed, nie jest szczególnie rzadka w przypadku polskiego poletka komiksowego.Problem jednak w tym, że do tej konkretnej premiery nigdy nie doszło.
Traf chciał, że tego dnia akurat zaplanowaliśmy w "niesławnej" Kawangardzie naszą Kolorową wigilię. Wigilia była o 19.00, premiera "X2" miała mieć miejsce o 16.00 - siłą rzeczy, kilka osób postanowiło zaliczyć obydwa wydarzenia. Sam pojawiłem się tylko w Kawangardzie, nie chciało mi się wcześniej jechać na Wileńską - dlatego uczciwie przyznaję, że bazuję na informacjach z drugiej ręki. Wiadomo na pewno, że premiera się nie odbyła się z przyczyn nadzwyczajnych. Jeden ze współautorów nie dotarł na miejsce z powodu nieprzewidzianych okoliczności; a że akurat miał przy sobie prawie cały nakład, więc nie było czego pokazać na premierze. To jest informacja, jaką dostali ludzie obecni na spotkaniu i którą potem przekazali dalej.
No i luz. W pełni rozumiem, że los pokrzyżował plany i spotkanie nie mogło się odbyć, to się niestety zdarza. Nie do końca podoba mi się jednak fakt, że od ponad miesiąca nie ma żadnej informacji ze strony autorów nt. dalszych losów projektu. Nie wiadomo kiedy i czy w ogóle "X2" trafi do obiegu - ewentualni nabywcy tu i ówdzie wciąż dopytują się o ten komiks, szydercy zaś pokątnie wspominają, że cała akcja mogła być po prostu sprytnym happeningiem. Jasne, autorom może już się po prostu nie chcieć i ich sprawa, czy cokolwiek w końcu wydadzą czy nie. Tyle, że po rozkręceniu takiej akcji promocyjnej i rozbudzeniu zainteresowania potencjalnych czytelników należałoby im się kilka słów wyjaśnienia. Szkoda, że zabrakło jakiegokolwiek oficjalnego komunikatu w tej sprawie, który rozwiałby różne plotki i uciął dalsze wyczekiwanie. Osobiście jestem dość wyczulony na brak prostej i konkretnej informacji na temat tego "co dalej?" i irytują mnie takie sytuacje. Nie żebym tu zarzucał jakieś machloje, po prostu apeluję o większy profesjonalizm, który może być przykładem dla innych.
Mam nadzieję, że wkrótce sprawa się wyjaśni. I jeszcze większą, że "X2" jednak się ukaże.
środa, 20 października 2010
#589 - Biceps nr. 01, czyli "ej, zróbmy sobie zina!"
"Biceps" okrutnie mnie zaskoczył, kolejny raz udowadniając, że Kraków leży na peryferiach komiksowego środowiska. O nowym zinie redagowanym przez tercet arcz, TeO i Ystad (w skrócie – kolektyw wydawniczy ATY) musiały chodzić jakieś kawagardowe ploteczki i kto miał wiedzieć, ten i tak wiedział, ale do mnie żadne wieści nie docierały. Oczywiście Łukasz coś tam półgębkiem wspominał, że pochłonięty jest przez jakieś papierowy projekt, ale gdzieżbym się spodziewał, że do Łodzi przywiezie swój własny komiks!

Pisanie o pierwszym numerze "Bicepsa" z pewnością będzie łatwiejsze niż konwentowe spotykanie się "w realu" z Łukaszem, którego znam już od dobrych kilku (czterech? - dwóch z kawałkiem! a.) lat, a ciągle czuje się trochę niezręcznie, jak nie przymierzając Pstrąg przy Śledziu. W sensie, że taki nieśmiały jestem. W przypadku recenzji jego komiksu, którego jest współredaktorem nie ma się co krygować!
Pomysł na "Bicka" narodził się w jednej z warszawskich knajpek, którą nie była jednak osławiona Kawangarda, tylko w Bar u Flisa. Wspomniany już Łukasz Mazur, a także Mateusz Trąbiński i Jacek Jastrzębski chcieli mieć własnego zina, który wpisywałby się w piękne tradycje rodzimej xeroprasy. W dobie komiksowego kryzysu i w czasach, kiedy ziny wychodząc z podziemia, stają się głównonurtowymi magazynami (przypadki "Jeju!"/"Kartonu", "Kolektywu" i "Ziniola") wydawałoby się, że takie spontaniczne przedsięwzięcia, robione przez zapaleńców dla czystej zabawy nie mają już racji bytu. Łukasz, Mateusz i Jacek udowadniają, że wcale tak nie musi być.
Graficznie rzecz biorą "Biceps" prezentuje się pysznie. Pozbieranych z różnych rejonów Polski (i nie tylko) artystów, różniących się stażem i komiksowym stylem łączy jedno – świetnie rysują. Wojciech Stefaniec, Daniel Grzeszkiewicz, Tony Sandoval, Marcin Podolec w nowym (znakomitym!) wcieleniu i reprezentant starej szkoły, Jacek Skrzydlewski, to prawdziwa pierwsza liga. Niestety, scenariuszowo nie jest już tak różowo i tak naprawdę trudno znaleźć coś, co by się wyróżniało się z typowej, zinowej młócki robionej dla kumpla. Natomiast ekipa "B" wpadła na kilka znakomitych pomysłów z "Na chłopski rozum/Babskie gadanie", kulinarnym kącikiem czy komiksową krzyżówką na czele. Szkoda, że to tylko smakowite rodzynki, umilające smak głównego, dość nijakiego, dania. Życzyłbym sobie więcej tego typu atrakcji w kolejnych numerach.
Natomiast wszystko wskazuje na to, że mocną stroną "Bicepsa" będzie publicystyka. Redakcji udało się zebrać mocną kadrę ludzi umiejących o komiksie ciekawie pisać (Szymon Holcman, Tomasz Pstrągowski, Przemysław Pawełek oraz Andrzej Janicki w dość zaskakującej roli kulinarnego publicysty). Mam nadzieję, że do ekipy kilka piór jeszcze dołączy. Nieśmiało sugerowałbym mistrza ciętego felietonu Karola Kalinowskiego i pigułowe wcielenie Dominika Szcześniaka. Na tym tle dość niemrawo prezentują się teksty TeO i Ystada, a recenzje niepotrzebnie zajmują miejsce i powinny wylądować na stronie, albo tu, na Kolorowych Zeszytach.
Po zaliczeniu pierwszego "Bicka" miałem podobne wrażenia, co po przeczytaniu premierowego "Kartonu". Bo to niby szybka, lekka i w założeniach przyjemna lektura, ale szału nie ma. Miałem spore wątpliwości, co do potencjału magazynu kultury cartoonowej, ale z czasem zostały one całkowicie rozwiane. "Karton" wyrobił sobie swój charakter, kilkoma komiksami zbudował dobrą markę i tego przede wszystkim wypada życzyć ekipie "Bicepsu" – czegoś, czym będą się wyróżniali na rynku, czym będą mogli przyciągnąć czytelników. Nie licząc kilku fajnych patentów i publicystyki na razie jest dość nijako. W perspektywie Komiksowej Warszawy, na której ma ukazać drugi numer, warto oprócz masy, wyrabiać również charakterność.
Pomysł na "Bicka" narodził się w jednej z warszawskich knajpek, którą nie była jednak osławiona Kawangarda, tylko w Bar u Flisa. Wspomniany już Łukasz Mazur, a także Mateusz Trąbiński i Jacek Jastrzębski chcieli mieć własnego zina, który wpisywałby się w piękne tradycje rodzimej xeroprasy. W dobie komiksowego kryzysu i w czasach, kiedy ziny wychodząc z podziemia, stają się głównonurtowymi magazynami (przypadki "Jeju!"/"Kartonu", "Kolektywu" i "Ziniola") wydawałoby się, że takie spontaniczne przedsięwzięcia, robione przez zapaleńców dla czystej zabawy nie mają już racji bytu. Łukasz, Mateusz i Jacek udowadniają, że wcale tak nie musi być.
Graficznie rzecz biorą "Biceps" prezentuje się pysznie. Pozbieranych z różnych rejonów Polski (i nie tylko) artystów, różniących się stażem i komiksowym stylem łączy jedno – świetnie rysują. Wojciech Stefaniec, Daniel Grzeszkiewicz, Tony Sandoval, Marcin Podolec w nowym (znakomitym!) wcieleniu i reprezentant starej szkoły, Jacek Skrzydlewski, to prawdziwa pierwsza liga. Niestety, scenariuszowo nie jest już tak różowo i tak naprawdę trudno znaleźć coś, co by się wyróżniało się z typowej, zinowej młócki robionej dla kumpla. Natomiast ekipa "B" wpadła na kilka znakomitych pomysłów z "Na chłopski rozum/Babskie gadanie", kulinarnym kącikiem czy komiksową krzyżówką na czele. Szkoda, że to tylko smakowite rodzynki, umilające smak głównego, dość nijakiego, dania. Życzyłbym sobie więcej tego typu atrakcji w kolejnych numerach.
Natomiast wszystko wskazuje na to, że mocną stroną "Bicepsa" będzie publicystyka. Redakcji udało się zebrać mocną kadrę ludzi umiejących o komiksie ciekawie pisać (Szymon Holcman, Tomasz Pstrągowski, Przemysław Pawełek oraz Andrzej Janicki w dość zaskakującej roli kulinarnego publicysty). Mam nadzieję, że do ekipy kilka piór jeszcze dołączy. Nieśmiało sugerowałbym mistrza ciętego felietonu Karola Kalinowskiego i pigułowe wcielenie Dominika Szcześniaka. Na tym tle dość niemrawo prezentują się teksty TeO i Ystada, a recenzje niepotrzebnie zajmują miejsce i powinny wylądować na stronie, albo tu, na Kolorowych Zeszytach.Po zaliczeniu pierwszego "Bicka" miałem podobne wrażenia, co po przeczytaniu premierowego "Kartonu". Bo to niby szybka, lekka i w założeniach przyjemna lektura, ale szału nie ma. Miałem spore wątpliwości, co do potencjału magazynu kultury cartoonowej, ale z czasem zostały one całkowicie rozwiane. "Karton" wyrobił sobie swój charakter, kilkoma komiksami zbudował dobrą markę i tego przede wszystkim wypada życzyć ekipie "Bicepsu" – czegoś, czym będą się wyróżniali na rynku, czym będą mogli przyciągnąć czytelników. Nie licząc kilku fajnych patentów i publicystyki na razie jest dość nijako. W perspektywie Komiksowej Warszawy, na której ma ukazać drugi numer, warto oprócz masy, wyrabiać również charakterność.
Subskrybuj:
Posty (Atom)
