Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Robert Sienicki. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Robert Sienicki. Pokaż wszystkie posty

piątek, 4 lipca 2025

#2502 - Umarły Złote Kurczaki, niech żyją Podziemne Kocury

Po 13 latach i 12. edycjach Złote Kurczaki zostają "zastąpione" przez Podziemne Kocury. Najważniejszy festiwal komiks niezależnego w Polsce będzie się nadal odbywał. Tyle że pod innym szyldem i bez udziału Filipa Wiśniowskiego. 

Za organizację imprezy pod szyldem Podziemne Kocury będzie odpowiadała ta sama ekipa, która współtworzyła Złote Kurczaki w ostatnich latach. 

Co się zmienia, co pozostaje takie samo? Czego dowiedzieliśmy się na panelu Q&A poświęconym starej-nowej niezalowej inicjatywie na Krakowskim Festiwalu Komiksu? Jakie plany ma kocurowa ekipa, a co porabia obecnie Fil? 

Odpowiedzi na te pytania - i wiele więcej! - znajdziecie właśnie w tym tekście.


piątek, 1 kwietnia 2011

#729 - Scientia Occulta

"Scientia Occulta" to trzeci album z wydawnictwa Mroja Press za który odpowiedzialni są rodzimi twórcy. Po Mateuszu Skutniku ("Rewolucje. Dwa dni"), Bartoszu Sztyborze i Piotrze Nowackim ("Tainted") przyszedł czas na najmłodszych w tym gronie - Roberta Sienickiego i Łukasza Okólskiego, którzy postanowili zaprezentować lekką, popkulturową opowieść o magii i odwiecznej walce dobra ze złem, której kolejna potyczka ma miejsce w naszych czasach. Brzmi banalnie? A wcale takie nie jest!Duet Sienicki-Okólski może być znany co poniektórym z odcinkowej serii science-fiction "Recours", która pojawiła się w kilku ostatnich "Kolektywach". Jak widać panom współpracuje się na na tyle dobrze, że postanowili wziąć się za coś dłuższego. Początkowy pomysł web-komiksu ewoluował w stronę samodzielnego albumu i tak oto, za sprawą imprintu timof comics, wędruje właśnie na czytelnicze półki. Dynamiczny duet - że tak pozwolę sobie na komiksowy wtręt - pomimo niewielkiego doświadczenia w publikacjach na papierze pokazuje, że na swojej robocie się zna i w przyszłości ma szansę jeszcze sporo ku chwale polskiego komiksu namieszać.

Rozgrywająca się na stu stronach historia, to doskonały przykład na tzw. komiks środka. Sienicki skonstruował fabułę z dobrze znanych i ogranych motywów - mamy więc Kate Cooper, sceptyczną co do nienaukowych zjawisk panią detektyw, cwaniakowatego iluzjonistę Claytona Howarda czy Gregora, chcącego podbić świat oponenta owej dwójki (z obowiązkową czarną kozią bródką!). Pomimo zamierzonej sztampy, scenarzyście udało się stworzyć wciągający świat i zainteresować intrygą w taki sposób, że po zamknięciu albumu ma się ochotę na więcej. Utrzymana w dosyć luźnym klimacie historia o nieprzypadkowym spotkaniu dwóch głównych bohaterów, prowadzonym przez nich śledztwie i prawdziwej magii kończy się jednak zbyt szybko i przynajmniej w moim przypadku pozostał lekki niedosyt. Nie jest to bynajmniej związane z jakimiś brakami w fabule, tylko taką zabawę jaką miałem przy lekturze chętnie bym jeszcze przeciągnął na 5-10 stron. Ale to tylko moje fanaberie. Prawdziwym zgrzytem było natomiast kilka przekleństw pojawiających się na kartach powieści, które nijak nie pasowały mi do kształtu całości i na krótką chwilę nieco psuły radość z obcowania komiksem Sienickiego i Okólskiego. To jednak drobnostki - ogólne wrażenie jest jak najbardziej pozytywne. Przy okazji warto wspomnieć, że Bele "odrobił lekcje", a raczej mając za sobą setki godzin spędzonych na oglądaniu filmów i seriali, dobrze wykorzystał znane z nich chwyty - jak chociażby początek historii, pokazujący fragment ze środka komiksu, aby stronę później wrócić do punktu o nazwie "A wszystko zaczęło się tak...".
Na osobny akapit zasługują rysunki Łukasza Okólskiego. Dla należącego do najmłodszego pokolenia rysowników praca nad "SO" była pierwszym tego typu dokonaniem, polegającym na codziennej pracy z tymi samymi bohaterami. W zamieszczonym u nas kilka dni temu wywiadzie wspomina on, że "człowiek robi w takim trybie pracy największy progres". I rzeczywiście - im dalej, tym lepiej; kreska jest bardziej naturalna, swobodna i wyrobiona. Nie są to jednak na tyle widoczne zmiany, żeby różnica pomiędzy początkiem, a końcem historii powodowała jakieś zgrzyty. Styl jakim operuje Okólski to cartoonowa kreska, która przypomina mi nieco dokonania Michaela Avona Oeminga ("Powers") i która świetnie koresponduje z lekkim (zazwyczaj) klimatem historii rozpisanej przez Sienickiego. Biało-czarne plansze to klasa sama w sobie i nawet jeśli kogoś nie porwie sama fabuła, to nie powinien żałować wydanej kwoty właśnie ze względu na rysunki urodzonego w Kielcach rysownika.

Pierwsze dwa rozdziały (z pięciu) od dłuższego czasu wiszą na oficjalnej stronie projektu, tak więc każdy potencjalnie zainteresowany ma szansę zapoznać się ze sporą częścią materiału, zanim jeszcze sięgnie do portfela. Zabieg wcześniejszej publikacji całych rozdziałów zastosowano przy okazji "Łaumy" Karola Kalinowskiego, co - być może - przyczyniło się do rynkowego sukcesu. Czas pokaże, czy podobnie pod tym względem będzie w przypadku albumu "Scientia Occulta" (chociaż ten broni się sam). Autorzy zrobili ze swojej strony już wszystko, teraz czas na reakcje czytelników.

Na stu stronach Sienicki i Okólski zaprezentowali historię, którą z czystym sumieniem można zaliczyć do tak zwanego komiksu środka. Pytanie tylko czy jest u nas potrzeba na tego typu komiksy i czy znajdzie się odpowiednia ilość czytelników, aby duet twórców miał siły i motywację kontynuowania losów Claytona Howarda i spółki w kolejnych publikacjach? Mam nadzieję, że tak. I na zachętę powiem:

Chcę więcej!

wtorek, 29 marca 2011

#727 - Roboty (3): Statki

Po raz trzeci gościmy na naszych łamach Roberta Sienickiego (rysunki), Jakuba Dębskiego (scenariusz) i ich serię komiksową o perypetiach duetu sympatycznych robotów. W pierwszych dwóch odcinkach musieli oni zmierzyć się ze świętami Bożego Narodzenia, a w najnowszej odsłonie przyszedł w końcu czas na relaks i zabawę.
Zapraszamy do lektury!

piątek, 25 marca 2011

#723 - Czy magia jest prawdziwa?

Już 4 kwietnia nakładem wydawnictwa Mroja Press ukaże się "Scientia Occulta" (oficjalna strona, strona facebookowa). Kolorowe Zeszyty objęły swoim patronatem album znanego z "The Movie" Roberta Sienickiego (scenariusz) i Łukasza Okólskiego (rysunki), prezentującego swój talent regularnie na łamach "Kolektywu". Tandem ten ma również na koncie inną serię, mianowicie "Recours". Pierwsze dwa rozdziały komiksu zostały udostępnione przez autorów w sieci, za darmo i polecam je tym, którzy jeszcze nie mieli przyjemności zapoznać się z tym wielce obiecującym projektem. Zawarta w pięciu rozdziałach historia opowiada o nietypowym dochodzeniu ponętnej pani detektyw i ulicznego iluzjonisty, ze specyficznym poczuciem humoru, które pełne będzie spotkań z prawdziwą magią. Czarno-biały album liczyć będzie 124 strony: w środku, oprócz wspomnianych pięciu rozdziałów, z których każdy będzie liczył 20 stron. W albumie znajdzie się również galeria pin-upów przygotowanych przez zaproszonych twórców. Całość, zamknięta w twardej oprawie, będzie kosztować 49 złotych.

Przytaczając opis wydawcy:

Ludzie zawsze pożądali wiedzy. Zjawiska nadnaturalne fascynowały ich i jednocześnie przerażały. Ale nie zostawiały nikogo obojętnym…

Kate Cooper nie ma najlepszego dnia. Odnalezienie zagubionej małej dziewczynki kończy się porażką, a jej brat rozpływa się w powietrzu na jej oczach. Na dodatek jedyna wskazówka prowadzi do Claytona Howarda – ulicznego magika, który wprowadza ją w świat o istnieniu którego nie miała pojęcia. Świat pełen magii i tajemnic...

Scientia Occulta to fantastyczna komedia kryminalna napisana przez Roberta Sienickiego (“The Movie”) i narysowana przez Łukasza Okólskiego (“Kolektyw”).


O "Wiedzy Tajemnej" (bo tak chyba można przetłumaczyć tytuł łaciński na język polski) popularny Bele opowiada na łamach Komiksomanii. Aby dowiedzieć się o tym, jak komiks powstawał, jak doszło do tego, że akurat Okólski zajął się oprawą graficzną i jak udało namówić się wydawcę do zainwestowania w komiks, sięgnijcie po wywiad przeprowadzony przez Tomka Pstrągowskiego. Natomiast w przyszłym tygodniu na łamach Kolorowych ukaże się przedpremierowa recenzja mojego autorstwa, na Komiksomanię swoje pięć groszy w tym temacie dorzuci Łukasz Mazur, a Janusz Topolnicki przepyta Łukasza Okólskiego. Na rozbudzenie apetytów prezentujemy kilka ekskluzwnych grafik:

poniedziałek, 24 stycznia 2011

#678 - Rok 2010 okiem twórców

Podobnie, jak w roku ubiegłym, także i w tym, przy okazji naszych rozrachunków ze "starym rokiem" oddajemy głos komiksowym artystom. Olga, Piotrek, Maciej, Marcin, Wojciech i Robert opowiadają o tym, jaki ten ponoć feralny, kryzysowy 2010 rok był. I okazuje się, że wcale nie był taki zły. Rozpoczynamy wrażeniami Olgi Wróbel, a później w kolejności alfabetycznej oddajemy głos męskiej części podsumowania - zapraszamy do lektury!

Zazwyczaj jestem miła i nie krytykuję nic, ani nikogo ze strachu, że ludzie przestaną mnie lubić, ale w tym roku doszłam do wniosku, że może wreszcie czas przestać się tym przejmować. Dlatego też zacznę od narzekania.

W tym roku rozczarowało mnie PSK, które zapowiadało się na prężną grupę ludzi z pomysłami, którym będzie chciało się coś zmienić i wyciągnąć komiks polski z małej niszy do nieco większej. Tymczasem po Komiksowej Warszawie, która zebrała nieco pochwał, ale też wiele krytycznych uwag, zapał oklapł niczym duszek w XI Księdze Tytusa. Na posterunku został tylko Tomek "spałem w tym tygodniu 4 godziny" Pastuszka, organizując pod Sejmem akcję Publicznego Czytania Komiksów Przeciwko VAT. Nie będę się tutaj bawiła w publiczne i subiektywne szukanie winnego, tym bardziej, że PSK z minionego roku to także ja. Powiem tylko, że bycie działaczem tak mnie zniechęciło do tego typu aktywności, że postanowiłam w przyszłości skupić się tylko i wyłącznie na pracy nad komiksami. To jedyny sposób, w jaki mogę pomóc – robiąc albumy na przyzwoitym poziomie.

W nurcie krytyki, podobało mi się to, co napisał Karol Konwerski, chyba na facebooku (jeżeli się mylę i przypisuję tę myśl niewłaściwemu autorowi, przepraszam) o środowiskowym samozachwycie i chwaleniu z automatu wszystkiego, co się tylko da z dwóch przyczyn: albo ku chwale polskiego komiksu albo według mechanizmu "lubię go/ją, pijemy razem na festiwalu, nie mogę powiedzieć, że to kiepskie, bo będzie mu/jej przykro". Zauważyłam to też u siebie. Stąd powyższe akapity – w ramach ćwiczenia szczerości. Podobał mi się też boleśnie prawdziwy tekst Tomasza Pstrągowskiego "Nikt was nie kocha" w "Bicepsie", chociaż akurat "7 tygodni" Januarego Misiaka to mój ulubiony polski komiks w tym roku ( z zagranicznych – "Epileptic" Davida B. i "Mój syn" Schrauwena).

Jestem też dość zniesmaczona całą aferą wokół komiku kobiecego, i nie dlatego, jak można by przypuszczać, że godzi we mnie jako "twarz polskiego komiksu kobiecego" (do którego to miana nigdy nie pretendowałam), ale dlatego, że w tej dyskusji widzę mnóstwo zacietrzewionych ludzi, posługujących się pojęciami, które nie do końca rozumieją lub piszących całe elaboraty z punktu widzenia "bo mi się wydaje" i oczekujących, że może to być poważnym głosem w dyskusji. Na studiach humanistycznych nauczyłam się wiele, ale przede wszystkim wbijano nam do głowy, że nauki takie, jak chociażby krytyka literacka to dyscypliny ścisłe, w których obowiązują standardy starannego formułowania osądów według precyzyjnych, ostrych kryteriów, a "wydawać się" nam może najwyżej w niedzielnej rozmowie na obiadku u rodziców. I taki właśnie status przysługuje tym opiniom – subiektywnych pogawędek, a nie rzetelnego opisu stanu rzeczy. Tymczasem ze zdumieniem patrzyłam, jak w kolejnych flame'ach walczy armia ludzi, którzy zjedli wszystkie rozumy i mają monopol na rację. Na tym tle pozytywnie wyróżnił się w komentarzach pod tekstem Gizickiego i Wyrzykowskiego na "Kolorowych Zeszytach" Maciej "Repek" Reputakowski, co nie zostało jednak docenione przez jego współdyskutantów, niezbyt zachwyconych tym, że nagle pojawia się ktoś z solidnym aparatem badawczym (przepraszam za dwuznaczność). Co do samej afery, cóż. Gender studies (studia nad płcią kulturową) są faktem, czy się to polskim twórcom obojga płci podoba czy nie. Tak samo krytyka genderowa i wynikające z niej klasyfikacje. Można się z nimi nie zgadzać, ale negowanie ich racji bytu jest, delikatnie mówiąc, niepoważne.

U mnie wszystko dobrze, może z wyjątkiem syndromu opuszczonego bloga, na którego nie mogę wrzucać "Silva Rerum", żeby nie zdradzać czytelnikom, jak będzie wyglądało. Rok 2010 był pracowity, okraszony występami w prasie i telewizji, rok 2011 zapowiada się jeszcze bardziej ekscytująco, ale to na razie tajemnica.

Chciałabym zakończyć noworocznymi podziękowaniami dla Centrali, która zaczęła mnie wspierać zanim jeszcze napisałam pierwsze zdanie scenariusza, dla Dominika Szcześniaka, który kibicuje mi na swoim blogu i dla ekipy BFK za robienie najlepszego festiwalu komiksowego w Polsce. Dziękuję też Danielowi za cierpliwe wyjaśnianie mi arkanów rysowania dłoni w różnych konfiguracjach.

Nie mogę określić ubiegłego roku innym słowem niż znakomity. Obfitował w masę pozytywnych momentów, które na zawsze odmieniły moje życie i "nic w nim już nigdy nie będzie takie jak przedtem!", jak to w superbohaterskich komiksach bywa. A zaczęło się od "Komiksowego Becikowego". Był to komiks, który jeszcze przed przeczytaniem dostarczył mi największej ilości wzruszeń i pozytywnych emocji. Nawet teraz, kiedy piszę te słowa, kręci mi się w oku łezka na samo wspomnienie. Ale pomimo pojawienia się na świecie mojego synka (w lutym 2010), na szczęście znajduję czas na komiksowanie (Ewelina, dzięki za wsparcie i wyrozumiałość - jesteś najlepsza!).

Wraz z Tomkiem Pastuszką, Bartkiem Sztyborem i masą świetnych ludzi pchamy wózek pod tytułem "Karton". W 2010 wypuściliśmy cztery numery magazynu, plus zeszyt z przygodami Ratmana Tomka Niewiadomskiego. Myślę, że jest całkiem nieźle, a będzie jeszcze lepiej. Oczywiście jednym z najważniejszych zeszłorocznych wydarzeń jest premiera "Tainted". Zbiorek krótkich, niemych historii miłosnych podsumował zaledwie początek mojej współpracy z Bartkiem Sztyborem. Początek, bo obaj mamy nadzieję, że nasza kooperacja potrwa jeszcze wiele, wiele lat, a jej owocem będą liczne albumy i plejada nietuzinkowych bohaterów. Chętnie chwalę się albumikiem zagranicą, czego efektem są wzmianki o nim na kilku zagranicznych serwisach, m.in. na węgierskim portalu Kepregeny.net.

Swoje cienkopisy maczałem w antologii "Sceny z życia murarza", a w "Kolektywie" ku radości jednych i ubolewaniu innych ukazały się dwie nowe przygody Kapitana Minety. Wspólnie z Asu rozpoczęliśmy współpracę z dziecięcym magazynem "Tropami przyrody", gdzie opublikowaliśmy trzy odcinki komiksu "Doktor Leszcz i przyjaciele". To kolejna rzecz, z której jestem bardzo zadowolony, bo robienie komiksów dla dzieciaków to opcja, która daje mi mnóstwo frajdy i chodziła za mną od dłuższego czasu. A jeśli już przy dzieciakach jesteśmy, to w ostatnim "Ziniolu" znalazła się 8-planszowa historyjka, którą narysowałem do scenariusza Dominika Szcześniaka. Jest to zapowiedz dłuższej rzeczy, skierowanej do młodszego czytelnika. Strasznie się jaram tym projektem i żeby nie zapeszać nic więcej już nie napiszę. Zbierając moje publikacje do kupy, warto jeszcze wspomnieć o kilku małych, ale bardzo fajnych drobiazgach, jak plansza o Zachęcie w "Komiksowym przewodniku po Warszawie" (sc. Bartek Sztybor), stworzona we współpracy z Szymonem Holcmanem jednoplanszówka do "Antologii memoria Janusza Christy", strip w "Lodach" (znowu Sztybor), pin-up w "Osiedla Swoboda".

Podsumowując zeszły rok nie mogę nie napisać o komiksie, który w holenderskim konkursie Plastiken Plunk zdobył nagrodę publiczności. "Just One Different Thought" do scenariusza Bartka Sztybora i ze znakomitymi kolorami Tomka Pastuszki nie znalazł uznania w oczach jurorów emefkowego konkursu i postanowiliśmy spróbować szczęścia gdzie indziej. Holendrzy umieścili nas w finałowej dwunastce, a internauci wyklikali nam trofeum. Następstwem tego wydarzenia jest ipadowa wersja "Tainted" (poszerzona o nagrodzony komiks) dystrybuowana przez holenderską firmę StripDatabank. Wspomnę jeszcze, że w brytyjskim magazynie internetowym Comical Animal ukazał się odgrzebany przeze mnie szort "Nine Lives", który kilka lat temu narysowałem do scenariusza Mikołaja Tkacza z kolorami Norberta Rybarczyka. Uznałem, że rzecz jest na tyle sympatyczna, że można bez obciachu zaprezentować ją zagranicznym czytelnikom. Drobna rzecz, ale zaowocowała nawiązaniem fajnego kontaktu z twórcą serwisu, Jimem Medwayem i być może w przyszłości coś się jeszcze z tego urodzi.

2010 rok przyniósł mi również udział w komiksowych imprezach. W Warszawie, Gdańsku i Łodzi jak zwykle bawiłem się znakomicie w gronie ludzi, z którymi dzielimy wspólną pasję. Szczególnie mile wspominam prelekcję o tworzeniu komiksowych bohaterów, którą poprowadziliśmy ze Sztyborem na BeFKa. Przyszło naprawdę sporo młodych ludzi i wywiązała się ciekawa dyskusja z Mateuszem Skutnikiem. Lubię takie akcje i mam nadzieję, że tym roku również ich nie zabraknie. Smuci fakt coraz mocniej zarysowującego się kryzysu na polskim rynku komiksowym, ale nie wpływa on (przynajmniej na razie) negatywnie na mój zapał do rysowania. Cały czas czuję zajawkę i nie mam zamiaru zwalniać. Wręcz przeciwnie, plany na nadchodzący rok są ambitne i mam nadzieję, że uda się bez przeszkód nadal komiksować. Życzę naszym wydawcom, żeby przetrwali ten ciężki czas i dali radę. Oprócz tego, że rysuję komiksy, jestem również ich czytelnikiem i drobnym kolekcjonerem i nie wyobrażam sobie, że nie będę mógł dostawiać na półkach kolejnych świetnych albumów wydawanych przez naszych edytorów.

Jeśli chodzi o 2011, to plany są, jak już wspomniałem ambitne, ale nie chcę tu się szczegółowo z nich zdradzać, żeby nie rozśmieszać Boga:)

W porównaniu z poprzednim rok 2010 był dość intensywny. Miałem kilka faz na ostre zasuwanie, a z drugiej strony zrobiłem sobie w międzyczasie miesiąc wakacji pod palmami. Właściwie udało mi się dotrzymać prawie wszystkich swoich komiksowych postanowień. Doprowadziłem do wydania dwóch niezłych albumów ("Laleczki" i "Sceny z życia murarza"), wystartowałem z webkomiksem ("Degrengoland") i emocjonowałem się premierą dwóch kolejnych gier wyprodukowanych pod szyldem pastelgames. Ogólnie każde przedsięwzięcie rysunkowe miało satysfakcjonującą otoczkę związaną z ujawnieniem danego materiału. Zwłaszcza MFK był dla mnie osobistym przełomem. Jako artysta czuję się doceniony, ale nadal nie jestem dopieszczony jako twórca. Czasami mnie to nieco irytuje, ale nie powoduje frustracji, raczej mobilizuje w stylu "ja wam jeszcze pokażę" albo "jeszcze przyjdziesz ze szklanką po sól". Czuję, że przez ostatnie 10 lat przeszedłem do wyższej ligi, ale czasami czuję się jak "cudzoziemka w raju kobiet".

Obecnie na tapecie mam kilka projektów z bardzo dużym potencjałem. Powoli zaczynam się też otwierać, jako scenarzysta i zaczynam ufać swoim możliwościom. Ale tutaj jeszcze długa droga przede mną. Rok 2011 będzie dla mnie sprawdzianem, bo mam zamiar poświęcić się całkowicie autorskiemu albumowi. Czeka mnie ogromna ilość pracy, ale jednocześnie czuję że ten rok będzie pasjonującym wyzwaniem. Już się nie mogę doczekać! Albumu w roku 2011 nie planuję. Plan minimum to dwa odcinki "Najwydestyluchniejszego" w "Kolektywie".

W komiksowie miniony rok można podsumować sporym plusem. Tak, jak się spodziewałem (i o czym pisałem w podsumowaniu na "Kolorowych Zeszytach" rok temu), ukazało się sporo niezłych polskich albumów. Na stronie "Ziniola" stale kibicujemy polskim twórcom, wiadomo więc, co w trawie piszczy i jestem głęboko przekonany, że utrzymamy rosnący trend. Kto uważa inaczej, ten niestety z reguły chuja się zna na polskim komiksie i po prostu pierdoli farmazony. Fakty mówią za siebie i nie ma sensu gadać niepotrzebnych rzeczy. Lista wydanych polskich albumów to samo dobro. Nie jest tego dużo, ale jak na naszą skalę, pod względem ilości jest przyzwoicie. Robimy swoje. Dokładamy cegiełkę do polskiej kultury.

Co mnie martwi, to postępujący niedowład segmentu zinów. Nie jest ich dużo, sprofesjonalizowały się pod względem edycji i prezentowanego materiału, ale straciły jaja. Tutaj mają rację piewcy komiksowych lat '90, którzy pamiętają, że pomimo ogólnej masakry i kłód rzucanych pod nogi, w zinach wrzało, jak w tyglu. Ścierały się poglądy, eksperymentowano na dużą skalę. Skutkowało to często brnięciem w ślepe uliczki, ale trafiał się też świetny materiał, który jest pamiętany do dziś. Obecnie mamy bezwładny pęd ku poincie i prymat sitcomu. Rzemieślniczo sprawne komiksiki o niczym. To mnie zraża do zinów. Czytam komiksy twórców, którzy mają u mnie kredyt zaufania, ale czasami zaczynam wątpić, gdy widzę wszechobecną stratę czasu i marnotrawienie talentu na pierduły. Ale to jest tylko moja prywatna opinia, gdyż kibicuję mądrym, przemyślanym dziełom pisanym nie przez idiotów i nie dla idiotów. Tak więc w grę wchodzi kwestia targetu. Do zinów straciłem serce, nudzą mnie. Nawet nie chciało mi się robić przeglądu do ostatniego numeru "Ziniola". Raczej nie będę się więcej zajmował tą tematyką.

Co do samego "Ziniola", to w związku z (mam nadzieję, że tymczasowym) zdjęciem z ramion Dominika Szcześniaka wielkiego ciężaru przygotowania kolejnych numerów pisma, na pewno rozbuduje się jego mutacja internetowa. Polecam śledzić stronę magazynu i czekać na zmiany. Zakończenie wydawania magazynu u Timofa nie jest ostatnim powiedzianym słowem. Nie gasimy światła – wręcz przeciwnie. "Ziniol", jako marka w komiksowie nie zginie. Dominik ciągnie ten wózek już przez 50 numerów, hibernacje zdarzały mu się kilkukrotnie. Wiadomo jak to jest, gdy wszystkim zajmuje się jedna osoba. Do tematu chętnie wrócę za rok. Zobaczymy wspólnie, co "Ziniolowi" udało się zrealizować. Ja ze swojej strony postanowiłem pomóc i dla dobra publicznego uszczknąłem trochę czasu, który mógłbym poświęcić na doglądanie swojego blogaska. Na rzeczonym, nadal będę regularnie kibicował sobie. W końcu, nikt inny za mnie tego nie zrobi.

Tu mi się narzuca apel do twórców:

Kochani! Nikt za Was nie zajmie się promocją Waszych talentów. Po to mamy serwisy komiksowe takie, jak "Kolorowe Zeszyty", "Ziniol", "Komiksomania", "Aleja Komiksu", "Gildia" czy "Polter", aby z nich korzystać. Współtworząc je, pomagamy przede wszystkim sobie. Ideałem jest spokojna praca nad komiksami w zaciszu pracowni, ale czasami trzeba wyjść do ludzi i coś zaproponować. Weryfikacja, uwagi redaktorów, wymiana opinii, feedback – to wszystko jest bardzo ważne! Napierdalajmy, ale nie bądźmy odludami, bo stąd tylko krok do frustracji, zniechęcenia i ciśnięcia komiksami w kąt.

Zacznę od tego, że w tym roku znów miałem nogę w gipsie i to w czasie matur. Skoro już zostałem przymuszony do siedzenia w domu w maju, odebrałem to jako dostateczną karę za wszystkie występki i zamiast dokładać sobie nauki, zacząłem rysować drugi album. Skończyłem na stronie dwunastej. W wakacje naszkicowałem sześćdziesiąt stron albumu, ale innego. Potuszowałem jedną i odpadłem, to nie to. W te same (bo studenckie) wakacje dogadałem się z jednym scenarzystą i zaczęliśmy produkcję kolejnego, ale wciąż drugiego albumu. Wiem, że uda nam się go zrealizować, a relację z postępów będziecie mogli śledzić na blogu, który w tym roku stanie się czterolatkiem.

Jeśli chodzi o przygotowywanie "Kapitana Sheera", motywator blogowy sprawdził się w 100%. Dziękuję z tego kolorowego miejsca wszystkim komentującym, naprawdę bardzo nam pomogliście. Decyzja o wydaniu "Kapitana Sheera" zapadła ostatniego dnia Komiksowej Warszawy, album ukazał się na Bałtyckim Festiwalu Komiksu (przepraszam, że podczas spotkania ciągle kierowałem mikrofon w stronę głośników, wywołując poruszenie zebranych), więc tempo było słuszne. Rozumiem, że dla Kultury Gniewu nie była to łatwa decyzja wydawnicza i tym bardziej doceniam zaufanie, jakim nas obdarzono. Gdyby kogoś to ciekawiło – z Kulturą współpracuje się świetnie.

Wydaje mi się, że w tym roku pisano o komiksie więcej, niż dotychczas. Sam natknąłem się na parę wystąpień w telewizji i artykułów w prasie ogólnopolskiej. Przechodząc z powrotem na grunt osobisty, muszę przyznać, że nie spodziewałem się takiej ilości recenzji mojego komiksu. Pisano o nim w kilkunastych miejscach, od blogów po ogólnopolskie dzienniki, a także mówiono w radiowej Jedynce (audycja "Plus-Minus") i Radio Jarosław.

Na koniec może jeszcze o planach. Moim niespełnionym marzeniem, którego prób realizacji na razie się nie podejmuję, jest zilustrowanie jakiegoś artykułu w ogólnopolskim magazynie. Projektem, który leciutko zahacza o to marzenie, ale ma jednak inny wymiar, jest nawiązanie przeze mnie i Łukasza Grassa współpracy, której forma zostanie przedstawiona czytelnikom mojego bloga jeszcze w styczniu. W przerwie międzyświątecznej zapadła kolejna decyzja. Wraz z jedną z najzdolniejszych polskich rysowniczek komiksów zaczynam realizować nowy, duży i strasznie ciekawy od strony artystycznej projekt na cztery ręce. Więcej o tym przeczytacie tam gdzie zawsze, pewnie na przełomie stycznia i lutego (już wiadomo, że chodzi o komiks z Lagu i Lagu - przyp.red.)

Poza tym w 2010 roku nauczyłem się prowadzić samochód i robić placki z cukinii.


Rok 2010. Rok kryzysu. Wszystko się wali. Takie podobno chodziły słuchy. Dla mnie miniony rok był naprawdę udany. Co sylwester powtarzasz sobie, że wreszcie zmienisz coś w swoim życiu i nagle niespodziewanie dotrzymujesz danego sobie słowa. Ale tak patrząc dogłębniej – rozbijmy go na kategorie:

"The Movie": początkowo planowałem tylko trzy sezony, ale nie wytrzymałem bez tych postaci nawet roku. Czwarty sezon wrócił, ale pracy nawaliło tyle, że postanowiłem się powyręczać znajomościami. No i udało się też wbić do Stopklatki, co sprawiło, że mogłem podjąć ryzykowną decyzję porzucenia stałej, ciepłej posadki w firmie, która dostarczała mi weny na wieczne twitterowe narzekanie i wyprowadzić się na drugi koniec kraju. Doskonała decyzja i póki co jej nie żałuje. Czekały na mnie zlecenia, Stopklatka i cała masa innych rzeczy - w tym albumowe "TheMovie", które planuje od kilku lat. Powstały już trzy wersje początku, liczę, że rok 2011 pozwoli mi wreszcie opowiedzieć tę historię. Długo nie byłem pewny czy przedłużę "TheMovie" o piąty sezon. Niedawno jednak udało mi się znaleźć doskonałe rozwiązanie, aby "TheMovie" trwało dalej, ale w nieco innej formie niż dotychczas. Nie chcę jeszcze wchodzić w szczegóły, bo projekt jest wciąż w dość wczesnej fazie rozwoju.

"Robociki" seria, którą razem z Demem stworzyliśmy by tłuc ludzi na portalu bitwy.com, a potem jakoś tak przeszła do okazjonalnych szortów. W tym roku wznowiliśmy ich działalność głównie dzięki "Braku zrozumienia dla realizmu". Dzięki temu roboty powróciły w nowym "Kolektywie" i świątecznym specjalu na Kolorowych. Obecnie siedzę nad kolejną ich przygodą do ósmego "Kolektywu". Co dalej, to się okaże.

"Scientia Occulta": to trochę taki projekt roku. Miało być skromnie, a wyszło z pompą. Po skończeniu 3. sezonu "TheMovie" chciałem odpocząć i zacząć osobny paskowiec w innym klimacie. Wymyśliłem historię, narysowałem pasek i się ze wstydu schowałem, bo moja kreska do poważniejszych tematów zupełnie nie podchodzi. Zrobiłem to, co każdy by zrobił na moim miejscu - "przekonałem" Łukasza Okólskiego by to rysował. Zapieprzaliśmy solidnie, ale komiks udało nam się skończyć. W sprzedaży powinien być na Komiksowej Warszawie.

"Kolektyw": nasze dziecko rośnie i chowa się dobrze. Ma elegancki grzbiet i lepsze komiksy w środku. Jestem strasznie zadowolony ze strony, w którą magazyn zmierza. Nie będę ukrywał, że z moich serii również jestem zadowolony. To "Recours" i "Drużyna A.K", która zostanie przechrzczona na "Rycerz Janek przedstawia" i skupiać będzie różne szorty osadzone w uniwersum znanym z historii z Rycerzem.

Podkasting: "Schwing" się rozrósł. Dużo bardziej niż spodziewałem się tego, kiedy po pijaku namawiałem Konrada do nagrania pierwszego odcinka. Postanowiłem odejść po 100-tnym odcinku, ponieważ zaczynała mnie nużyć zabawa w radio. Mieliśmy lepszą organizację, lepszy dźwięk i systematyczność, ale drażniło mnie to, że nie mogę przeklinać i mówić bardziej kontrowersyjnych rzeczy. Nie musiałem ich mówić, ale brakowało mi tej psychicznej swobody, że w każdej chwili mogę. Brakowało mi tego luzu, który towarzyszył nam na początku. Tak właśnie narodziła się "Spuścizna". Chciałem gadać z kumplami na przeróżne tematy, bez obaw, że ktoś wyżej da mi po łapach, jeśli przemycę do wypowiedzi malutką "kurwę". Cały czas dorzucamy kolejne pomysły na urozmaicenie podcastu, więc myślę, że zanim dojdziemy do 10 odcinka formuła "Spuścizny" powinna być już porządnie opracowana. Póki co motamy się z kwestiami technicznymi i organizacyjnymi, ale to przecież zabawa, więc nie ma się co spinać, prawda?

Imprezy: Było ich dużo. To był dla mnie naprawdę imprezowy rok. Postanowiłem nie opuszczać komiksowych spotkań i jeśli dobrze liczę, to jedynie Leszka w tym roku nie zaliczyłem. O każdej z nich da się powiedzieć coś miłego:

- Ligatura: Bawiłem się doskonale, mimo przeziębienia (które skutecznie odeszło kiedy zacząłem popijać Tabcin piwem). Udało mi się nawet poznać moją dziewczynę.
- Wąsata premiera: Śledziu, Kolektyw i Marek Lachowicz. Wszyscy zapuściliśmy wąsy i bawiliśmy się przednio. Zaskoczenie wieczoru to darmowy egzemplarz "Osiedla Swoboda" (w życiu bym się nie spodziewał, że narysowanie jednego, malutkiego pinupu zapewni mi egzemplarz "autorski"), czyli bonusowa kasa w kieszeni do przepicia. Co też zrobiłem.
- FKW: Cudowna impreza, przynajmniej dla mnie. Cała masa znajomych twarzy i bar z alkoholem pod ręką. Największe zakupy w moim życiu. Do domu przywiozłem chyba 11kg komiksów i odciski na dłoniach od noszenia torby.
- Bydgoszcz: kameralny wieczór z tańczącym KaeReLem i naprawdę niesamowitym hostelem. Tanio i na wysokim poziomie. Cztero-gwiazdkowy hotel w którym nocowałem na wyjeżdzie służbowym nie był tak przytulny.
- BFK: striptiz, komiksy i plaża. Czego chcieć więcej od wyjazdu nad morze?
- MFK: jak zawsze klasa. Wielkie wydarzenie, duża impreza i kupa zabawy. Gdybym tylko nie rozchorował się na samo after-party. Ale wspominam bardzo miło!

Rok temu pisałbym te słowa w mieszkaniu rodziców, zapewne o godzinie 22, bo trzeba będzie szykować się do snu. Obecnie jest godzina 3:13, mieszkanie rodziców jest prawie 600 km stąd, a ja jutro wstanę pewnie po 12 i zacznę poprawiać ten tekst. Usiądę wygodnie, podrapię się po brodzie, łyknę herbaty i z uśmiechem spojrzę na 2011 rok. Rok w którym dostanę w łapki mój pierwszy gruby twardo-okładkowy album. Rok w którym po raz kolejny zabiorę się za "Festiwal Filmowy". Rok, który jeśli Wszechświat pozwoli, będzie przynajmniej w połowie tak dobry, jak poprzedni. Czego sobie i wam życzę. Chyba, że wasz rok 2010 ssał. Wtedy nie.

Rok 2010 minął bardzo szybko. Do takiego stopnia, że sprawy, które działy się w 2009 roku, mieszają mi się z rokiem ubiegłym. Osiemdziesiąt procent mojego "wolnego" czasu poświęcałem na robienie komiksów. Większą część zabierał mi jeden projekt, nad którym od wielu lat pracuje i chciałbym ukończyć go w tym roku. Mam na myśli "Szelki" do scenariusza Jerzego Szyłaka.

Trzydzieści procent ze stu zajęły mi krótkie formy stworzone z różnymi autorami. Wolna ekspresja komiksowa "Filtr codzienności" z Dominikiem Szcześniakiem, "Egzamin z Norwidem" do scenariusza Pawła Timoiejuka, który ukazał się w "Przewodniku po Warszawie", "Mendy", zrobione razem z Pawłem Kumpiniewskim do zina "Biceps". Tam również ukazał się jednoplanszowy komiks bez tytułu, który popełniłem z Przemysławem Pawełkiem. Zrobiłem też kilka krótkich historyjek, które nie miały ukazać się w druku. Powstały od tak, po prostu. Wolne formy, wolne myśli. Natchnienie wywołane chwilą. Są to komiksy: "Muzyka", "Początek końca", "Magik", "Dziecięce zabawy" i "XXX". Resztę czasu poświęcam robieniu ilustracji i innych projektów graficznych. Niestety większą część mojego życia zabiera praca (tak to już jest, z tą pracą), która pozwala mi kupować komisy w Empiku, a nie czytać komiksy w Empiku.Inaczej mówiąc - mam na chleb. Jak najwięcej czasu staram się poświęcać ludziom mi bliskim. Najgorsze jest to, że to bardzo mało czasu.

Z rokiem 2010 zakończyłem współpracę z "Ziniolem", która polegała na przerabianiu obcojęzycznych tytułów w komiksach zagranicznych na tytuły polskie. Podobnie było z onomatopejami. Mam nadzieję, że nie przez to magazyn znika z półek. W 2010 roku w kilku głowach urodziło się parę projektów, które są w fazie powstawania... Pozdrowienia dla tych, którzy wiedza, że o nich mowa!

Jeśli chodzi o polską scenę komiksową w 2010 roku, to w mojej ocenie, pod względem tytułów wydanych na naszym rynku, było słabiej niż w roku ubiegłym. Ale pod względem imprez znacznie, znacznie lepiej! Świetna organizacja, super atmosfera, wiele atrakcji. Oby tak dalej!

czwartek, 23 grudnia 2010

#651 - Roboty (2): Święty Mikołaj w końcu przyjdzie!

Drugi raz w tym miesiącu (i drugi raz w ogóle) gościmy na naszych łamach dwa sympatyczne, acz złośliwe roboty, które do życia powołał Dakub "Dem" Jebski i Robert "Bele" Sienicki. Drugi odcinek świąteczny (Uwaga! Przekleństwa!) nawiązuje fabułą do poprzednika, więc niezaznajomionych z nim czytelników zapraszamy pod ten link.

A korzystając z okazji życzymy wszystkim chwili wytchnienia podczas najbliższych dni i jak najwięcej wymarzonych komiksów (i tworów komiksopodobnych) pod choinką! Kolorowych Świąt!

poniedziałek, 6 grudnia 2010

#635 - Roboty (1): Opowieść Wigilijna

Jedną z nowych atrakcji, które niebawem umilać będą wizyty na naszej stronie będą odcinki serii "Roboty" autorstwa Dakuba Jebskiego (scenariusz) i Roberta Sienickiego (rysunki). Pierwszego premierowego - i od razu świątecznego - odcinka należy się spodziewać już w okolicach Bożego Narodzenia. A jako że będzie on nawiązywał do wcześniejszego (również świątecznego) epizodu to z racji dzisiejszych Mikołajek postanowiliśmy go przypomnieć. "Roboty" powstały 3 lata temu z okazji internetowych Bitew Komiksowych. Po jakimś czasie wyewoluowały z pasków do plansz publikowanych okazjonalnie na PCWK, zagościły w siódmym numerze "Kolektywu" oraz "Braku zrozumienia dla realizmu". A na Kolorowych pojawiać się będą co czas jakiś, niespodziewanie przerywając dominację recenzji i nowości z Polski i ze świata! Panie i Panowie, przed Wami świąteczny odcinek serii Belego i Dema!

środa, 20 października 2010

#589 - Biceps nr. 01, czyli "ej, zróbmy sobie zina!"

"Biceps" okrutnie mnie zaskoczył, kolejny raz udowadniając, że Kraków leży na peryferiach komiksowego środowiska. O nowym zinie redagowanym przez tercet arcz, TeO i Ystad (w skrócie – kolektyw wydawniczy ATY) musiały chodzić jakieś kawagardowe ploteczki i kto miał wiedzieć, ten i tak wiedział, ale do mnie żadne wieści nie docierały. Oczywiście Łukasz coś tam półgębkiem wspominał, że pochłonięty jest przez jakieś papierowy projekt, ale gdzieżbym się spodziewał, że do Łodzi przywiezie swój własny komiks!
Pisanie o pierwszym numerze "Bicepsa" z pewnością będzie łatwiejsze niż konwentowe spotykanie się "w realu" z Łukaszem, którego znam już od dobrych kilku (czterech? - dwóch z kawałkiem! a.) lat, a ciągle czuje się trochę niezręcznie, jak nie przymierzając Pstrąg przy Śledziu. W sensie, że taki nieśmiały jestem. W przypadku recenzji jego komiksu, którego jest współredaktorem nie ma się co krygować!

Pomysł na "Bicka" narodził się w jednej z warszawskich knajpek, którą nie była jednak osławiona Kawangarda, tylko w Bar u Flisa. Wspomniany już Łukasz Mazur, a także Mateusz Trąbiński i Jacek Jastrzębski chcieli mieć własnego zina, który wpisywałby się w piękne tradycje rodzimej xeroprasy. W dobie komiksowego kryzysu i w czasach, kiedy ziny wychodząc z podziemia, stają się głównonurtowymi magazynami (przypadki "Jeju!"/"Kartonu", "Kolektywu" i "Ziniola") wydawałoby się, że takie spontaniczne przedsięwzięcia, robione przez zapaleńców dla czystej zabawy nie mają już racji bytu. Łukasz, Mateusz i Jacek udowadniają, że wcale tak nie musi być.

Graficznie rzecz biorą "Biceps" prezentuje się pysznie. Pozbieranych z różnych rejonów Polski (i nie tylko) artystów, różniących się stażem i komiksowym stylem łączy jedno – świetnie rysują. Wojciech Stefaniec, Daniel Grzeszkiewicz, Tony Sandoval, Marcin Podolec w nowym (znakomitym!) wcieleniu i reprezentant starej szkoły, Jacek Skrzydlewski, to prawdziwa pierwsza liga. Niestety, scenariuszowo nie jest już tak różowo i tak naprawdę trudno znaleźć coś, co by się wyróżniało się z typowej, zinowej młócki robionej dla kumpla. Natomiast ekipa "B" wpadła na kilka znakomitych pomysłów z "Na chłopski rozum/Babskie gadanie", kulinarnym kącikiem czy komiksową krzyżówką na czele. Szkoda, że to tylko smakowite rodzynki, umilające smak głównego, dość nijakiego, dania. Życzyłbym sobie więcej tego typu atrakcji w kolejnych numerach.Natomiast wszystko wskazuje na to, że mocną stroną "Bicepsa" będzie publicystyka. Redakcji udało się zebrać mocną kadrę ludzi umiejących o komiksie ciekawie pisać (Szymon Holcman, Tomasz Pstrągowski, Przemysław Pawełek oraz Andrzej Janicki w dość zaskakującej roli kulinarnego publicysty). Mam nadzieję, że do ekipy kilka piór jeszcze dołączy. Nieśmiało sugerowałbym mistrza ciętego felietonu Karola Kalinowskiego i pigułowe wcielenie Dominika Szcześniaka. Na tym tle dość niemrawo prezentują się teksty TeO i Ystada, a recenzje niepotrzebnie zajmują miejsce i powinny wylądować na stronie, albo tu, na Kolorowych Zeszytach.

Po zaliczeniu pierwszego "Bicka" miałem podobne wrażenia, co po przeczytaniu premierowego "Kartonu". Bo to niby szybka, lekka i w założeniach przyjemna lektura, ale szału nie ma. Miałem spore wątpliwości, co do potencjału magazynu kultury cartoonowej, ale z czasem zostały one całkowicie rozwiane. "Karton" wyrobił sobie swój charakter, kilkoma komiksami zbudował dobrą markę i tego przede wszystkim wypada życzyć ekipie "Bicepsu" – czegoś, czym będą się wyróżniali na rynku, czym będą mogli przyciągnąć czytelników. Nie licząc kilku fajnych patentów i publicystyki na razie jest dość nijako. W perspektywie Komiksowej Warszawy, na której ma ukazać drugi numer, warto oprócz masy, wyrabiać również charakterność.

czwartek, 23 września 2010

#564 - Kolektyw #7

Pół roku temu omawialiśmy z Danielem szósty numer "Kolektywu" a tu bęc - już siódmy ma swoją premierę lada dzień. Siedem numerów to już poważne zinisko; jakby nie patrzeć, "Kolektywów" ukazało się do tej pory tylko o jeden mniej niż "Jejów", natomiast więcej niż "Maszinów", "Hardkorporacji" czy "B5". Dolnej Półce gratulujemy wytrwałości w redagowaniu magazynu, budowaniu marki i bezwzględnej selekcji nadsyłanych prac. Aż miło taki projekt wspierać - i dlatego właśnie Kolorowe zdecydowały się na objęcie najnowszego numeru patronatem medialnym.
Dla tych co preferują wersję "tl;dr" - jest dobrze i stabilnie, "Kolektyw" nie obniża poziomu, selekcja u drzwi klubu z wielką pandą w szyldzie wciąż działa bez większych zarzutów, na kartach magazynu przewija się wielu nowych twórców. Warto sięgnąć.

Dla tych co wolą dłużej i o każdej nowelce po kolei (zwłaszcza jeżeli są komiksiarzami zaangażowanymi w ich powstanie i łapczywie wypatrują każdej wzmianki o sobie) - poniżej krótki przegląd tego, co czeka na czytelników w magazynie. Mogą zdarzyć się jakieś minimalne spoilery. Zaczynamy od serii odcinkowych:

Miska owoców (Jakub Dębski i Igor Wolski) - powrót mojej ulubionej serii, której bardzo mi brakowało w #6. Jest absurdalny humor, są dobrze zarysowani bohaterowie, jest Nieśmiały Żuczek, cichy faworyt kilku czytelników. Dębski pokazuje lwi pazur jako scenarzysta humorystyczny, Wolski czaruje lekką i brawurowo dynamiczną krechą. Cieszy mnie to niezmiernie.

Kapitan Mineta (Bartosz Sztybor i Piotr Nowacki) - po debiucie w "Hardkorporacji" ta seria przeniosła się do poprzednich edycji "Kolektywu", z którym żyła niejako na kocią łapę - nieoficjalnie i gościnnie, za to regularnie. Z tym numerem następuje sformalizowanie związku i "Kapitan Mineta" awansuje do miana pełnoprawnej kolektywowej serii. W tym odcinku jest to, do czego przyzwyczaił nas w tej serii duet Sztybor&Nowacki, czyli mocne oparcie fabuły na erotycznych żartach. Przy okazji satyra na artystowskich krytyków filmowych. Jest OK, chociaż nie dorównuje poprzednim "Minetom".

Recours (Robert Sienicki i Łukasz Okólski) - porządny humorystyczny akcyjniak, jedyna seria w tym numerze, która kończy się jakimś cliffhangerem. Sienicki w jednej z trzech odsłon jako sprawny scenarzysta, miło też popatrzeć na to, jak się przez wszystkie numery rysunkowo wyrobił Okólski. Daje czadu po prostu.

Drużyna A.K. (Robert Sienicki, Jan Mazur i Igor Wolski) - cztery humorystyczne jednoplanszówki o nieudanych próbach ucieczki z więzienia czwórki karłów, znanych z poprzedniego numeru "Kolektywu". Ponownie Igor Wolski daje popis swojego dużego talentu, natomiast bele z makowcem serwują lekkie i bezpretensjonalnie zabawne sytuacje, okraszone dobrymi dialogami.

Najwydestyluchniejszy (Bartosz Sztybor i Maciej Pałka) - zgłębianie zagadki rozsianego po różnych zinach "Destylucha" odpuściłem już sobie jakiś czas temu, czekam na album. Całość chyba specjalnie nie posuwa akcji do przodu, warto jednak nadmienić, że Bartek pokazuje się w tym epizodzie jako świetny dialogista.

Czas przejść do tematycznych szortów. Na szczęście narzucająca się automatycznie tematyka religijna (siedem dni stworzenia, siedem grzechów głównych) nie została tutaj do cna wyeksploatowana, autorzy pokusili się o inne tropy.

Świnia w trawie – (Jakub Dębski, Robert Sienicki i Radosław Czyż) - szort pełen powrotów! Powrót Sienickiego do rysowania w "Kolektywie" (wreszcie!), powrót Dębskiego do swoich starych bohaterów - robotów D19 i B20, mocno wzorowanych na scenarzyście i rysowniku. Niezły strzał humorystyczny, mocno w stylu "Dużej Ilości Naraz Psów", ale jednak blednie w porównaniu z "Miską owoców". Radek Czyż wykonał świetną robotę jako kolorysta.

Całość – (Jan Mazur i Błażej Kurowski) - enigmatyczny i intrygujący w wymowie komiks komiks makowca i Qrjusza. Szort pobudza do dziesięciosekundowej refleksji, potem już zupełnie nie zostaje w głowie. Widzę w tym jednak dobry materiał na dłuższy album.

Jezioro (Paweł Stróż) - autor daje popis szerokim umiejętnościom w operowaniu różnymi stylami (czy wręcz nawet ich kopiowaniu). Robi to wrażenie, chociaż w przypadku tej historii taka żonglerka różnymi konwencjami graficznymi z kadru na kadr nie służy chyba niczemu poza naprężaniem rysunkowych muskułów. Ale i tak jestem pod wrażeniem.

Seven sins for fun (Agata Wawryniuk i Klaudyna Bajkowska) - stylizowana czcionka męczy oczy, ale tak poza tym, to jeden z najciekawszych i najbardziej pomysłowych komiksów w tym zestawieniu. Podobał mi się, poza tą czcionką.

Odpoczął (Mariusz Ciechoński) - popularny Wonder serwuje zgrabny, jednoplanszowy żart dla nerdów. Daje radę, graficznie też nie jest najgorzej.
7 minut w piekle (Małgorzata Szymańska) - dla wielu jeden z komiksów numeru, grafika przywodzi na myśli O'Malleya, odpowiedzialnego za "Zagubioną duszę" czy oczekiwanego na polskim rynku "Scotta Pilgrima". Fabuła nie zostaje w w głowie, ale jest na co popatrzeć, na zgrabną konstrukcję plansz, lekką krechę, wyśmienite wyczucie języka komiksu. Najdłuższy z szortów, a czyta się to migiem. Chcę więcej.

Siedem grzechów głównych (Maciej Łazowski) - jednoplanszówka artmaca w dość nietypowym dla niego stylu. Graficznie daje radę i chciałoby się zobaczyć więcej w takiej właśnie konwencji. Kadr o lataniu zapada w pamięć, reszta niestety mniej. Taka jakby blogowa notka w sumie o tym czego autor nie lubi w innych ludziach.

07:00 rano (Tomasz Grządziela) - spellcaster jak zwykle wymiata i pociska jeden z komiksów numeru, oferując to, do czego przyzwyczaił czytelników zarówno rysunkowo jak i fabularnie. W porównaniu do poprzedniego "Kolektywu" tym razem nie jest to komiks niemy. Jedyna wada to czarno-biała kolorystyka, wymuszona przez warunki techniczne.

W gąszczu liczb (Paweł Grześków) - zarówno typ humoru jak i strona graficzna dadzą się określić jednym tylko słowem - "sympatyczne". I nic poza tym. Chociaż nie jest to szczególnie oryginalne.

0.7 życzeń (Łukasz Bogacz / Romek) - styl rysunkowy przypomina mi Romana Gajewskiego, być może to on właśnie kryje się za pseudonimem "Romek". Cały pomysł oparty na prostej grze słów, ale dobrze opowiedziany, lektura wciąga. Raduje nawiązanie do kultowego serialu "Siedem życzeń".
Człowiek Szynszyla (Biram Ba) - Szynszyla to klasa sama w sobie, tutaj Biram ją tylko potwierdza, fachowo bawiąc się pastiszem superhero. Jak się mam już do czegoś przyczepić, to powiem, że nie pasuje mi to przymglone kolorowanie, dla mnie ono trochę zarzyna ten komiks i daje poczucie ociężałości. Ale poza tym jest mocno git.

Spełnienie (Magdalena Danaj) - chyba najbardziej "komikskobiecy" ze wszystkich komiksów w zbiorku. Troszkę odstaje graficznie od reszty in minus, puenta po namyśle jednak całkiem zabawna. Chociaż całość mogłaby być dwa razy krótsza.

Twoja stara jest boska (Grzegorz Teszbir i Weronika Kołodziej) - drugi z komiksów, który podejmuje motyw "siedmiu dni stworzenia", pierwszym był ten Mariusza Ciechońskiego. Fajna, fajna kreska i wykonanie; pomysł prosty i niepotrzebnie rozciągnięty na dwie plansze. Ale daje radę.

Clayton Howard (Robert Sienicki i Łukasz Okólski) - te dwie plansze trzeba chyba bardziej traktować jako teaser nadchodzącego papierowego "Scientii Occulty". Co zresztą sugeruje końcówka, z okładką komiksu i datą "kwiecień 2011". Tak, tak to absolutnie należy traktować, dla dobra twórców. Bo jako standalone szort jest jednak mocno przeciętny, ale jako blooper spełnia swoje zadanie.

Jeszcze jeden (Konrad Okoński) - Konrad Okoński w stylu jakiego nie znamy. I to w bardzo ciekawym stylu. Komiks niemy, wybitnie nie-mangopodobny. Przyzwyczajonych do wcześniejszych komiksów Konrada ten szort mocno zaskoczy - ale myślę, że bardzo na plus. Bardzo dobry kawałek komiksu.7 (Krystian Berlak) - Berlak inspiruje się baśniami braci Grimm, dorzuca trochę kadrów a la "Sin City", bawi się kompozycją planszy. Mocno tak sobie w porównaniu z innymi tytułami z antologii, ale nie da się odmówić, że to dość intrygująca rzecz.

Siedem stóp (Krystian Garstkowiak i Maciek Kowalski) - spotkanie na cmentarzu grabarza z wampirem. Intryga prosta i niewydumana, ale elegancko rozegrana. Rysownik mocno się postarał - w sumie daje to jeden z lepszych komiksów w tym numerze.

Wehikuł czasu (Tomasz Pastuszka) bardzo sympatyczna i pomysłowa plansza Asu, kapitalnie pomyślana jeżeli chodzi o konstrukcję i odniesienie do tematu numeru. Naprawdę doskonała Tematycznie kojarzy się z tym komiksem Tomka, który niedawno pojawił się na pierwszej stronie Metra.

I tyle.

Słowem podsumowania - warto sięgnąć, tym bardziej, że w tym momencie "Kolektyw" pozostaje wciąż jedynym zinem z otwartym naborem do kolejnych numerów. "Karton" funkcjonuje w ramach zaproszeń; natomiast "Ziniol" chętnie przyjmuje nadsyłane prace, ale nie informuje oficjalnych o żadnych terminach. I tu właśnie pozytywnie wyróżnia się "Kolektyw", który daje szansę na papierowy debiut twórcom mniej znanym. W tym numerze pojawia się sporo nowych nazwisk, zarówno absolutnych debiutantów, którzy jeszcze nigdzie nie publikowali, jak i znanych twórców, którzy do tej pory w "Kolektywie" nie gościli (Pastuszka, Ba). I to jest bardzo dobra droga, tak trzymać.