Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Marcin Podolec. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Marcin Podolec. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 23 października 2025

#2523 - Czasem

Autorem poniższego tekstu jest Maciej Gierszewski. Pierwotnie ukazał się on na łamach Kolorowych Zeszytów 24 listopada 2011 roku (znajdziecie go pod tym linkiem) i dotyczył pierwszego wydania „Czasem”. Wszelkie zmiany w tekście pochodzą od redakcji KZ.

Grzegorz Janusz oraz Marcin Podolec to twórcy, których nie ma konieczności nikomu specjalnie przedstawiać. W wypadku pierwszego wystarczy wspomnieć takie komiksy, jak dwa tomy „Przebiegłego dochodzenia Ottona i Watsona” („Esencja” z 2003 i „Romantyzm” z 2005 roku z rysunkami Krzysztofa Gawronkiewicza) czy wydany w 2011 roku album „Wykolejeniec” (z rysunkami Bereniki Kołomyckiej). 

Natomiast Marcin Podolec, publikując swój długometrażowy debiut – album „Kapitan Sheer” – dał się poznać, jako jeden z najciekawszych rysowników „młodego pokolenia” (tfu, nie znoszę takich określeń, ale fakt faktem twórca jest młody, zdolny i ambitny, no i nade wszystko diabelnie pracowity). 

W 2011 roku panowie połączyli swoje siły pod sztandarem Kultury Gniewu i opublikowali album „Czasem”. Komiks powstał w iście ekspresowym tempie. Marcin narysował go w ciągu 7 (słownie: siedmiu!) miesięcy.


piątek, 8 sierpnia 2025

#2509 - Proste rzeczy są najtrudniejsze – wywiad z Marcinem Podolcem

Autor zdjęcia: Kacper Zamarło

piątek, 9 lutego 2018

#2372 - Bajka na końcu świata #2: Opuszczony dom

"Bajka na końcu świata" to komiksowa seria dla dzieci autorstwa Marcina Podolca. Głównymi bohaterkami są Wiktoria i Bajka, które – w poszukiwaniu rodziców dziewczynki – samotnie przemierzają jałowe przestrzenie, wymarłe lasy i gruzowiska. Podobno cały cykl zaplanowany został na dziesięć albumów. Pożyjemy, zobaczymy. Tymczasem do księgarń trafiła druga odsłona o podtytule "Opuszczony dom".


niedziela, 25 czerwca 2017

#2331 - Bajka na końcu świata #1: Ostatni ogród

Pewnie zastanawiacie się nad tym, dlaczego najnowszy komiks Marcina Podolca nosi tytuł "Bajka na końcu świata", a nie "Bajka o końcu świata"? Tytuł brzmi trochę nie po polsku, ale od razu informuję, że jest to jedynie złudzenie. Słowo bajka, użyte w tytule albumu, nie odnosi się do rodzaju utworu literackiego. Tak ma na imię pies (a właściwie suczka) małoletniej Wiktorii, która jest główną bohaterką opowieści. Obie są permanentnie w drodze, przemierzają świat po wielkim wybuchu. Stąd owo na a nie o.


czwartek, 10 października 2013

#1386 - Fugazi Music Club

Fugazi Music Club jak mało co zasługuje na przymiotnik „kultowy”. Warszawski klub mieszczący się w dawnym kinie WZ przy ulicy Leszno 19 stał się szybko centrum kultury alternatywnej. Nie tylko dzięki założycielom - Waldkowi Czapskiemu i jego przyjaciołom - ale przede wszystkim dzięki stałym bywalcom, którzy wierni etosowi DIY współtworzyli legendę Fugazi.


Za darmo (albo za wejściówki) pomagali w organizacji koncertów i imprez. Rozklejali plakaty i roznosili ulotki, redagowali zina „Fugazigaz”, pomagali w remoncie. Otwarty przez 24 godziny na dobę klub dosłownie pulsował rockową energią. W ciągu niecałego roku działalności (od 10 stycznia do grudnia 1992 roku) odbyło się ponad 300 koncertów. Na scenie pojawiały się takie zespoły, jak Acid Drinkers, Dezerter, Armia, Oddział Zamknięty, Lech Janerka, Maanam, Dżem, TSA, Houk, KSU, Closterkeller i wiele innych. Do wielkiej kariery startowały tam zespoły Hey i Wilki. Kult zagrał po raz pierwszy piosenki z (kultowego!) „Taty Kazika” z piętnastominutową wersją „Celiny”. W Fugazi odbyła się pierwsza impreza z muzyką techno. W tłumie można było spotkać Czesława Niemena, Tadeusza Nalepę, Tomasza Beksińskiego. Kuba Wojewódzki zdobywał pierwsze dziennikarskie szlify, Grzegorz Miecugow występował w roli konferansjera, a Jurek Owisak polewał publiczność wodą. To był miejsce jedyne w swoim rodzaju. Dziś, taki klub nie miałby racji bytu. Ale wtedy? Wtedy „wszystko uchodziło”, jak trafnie podsumowuje historię Fugazi Czapski.

Na kartach komiksu doskonale uchwycono klimat tamtych czasów i tamtego miejsca, zamykając w nim mnóstwo, pozytywnej, muzycznej energii i radości. Podolec dał się porwać opowieści Czapskiego. Rytm narracji jest taki, jakie były losy Fugazi – rwany, chaotyczny, rozsadzający komiksowe ramki. Kreślona oszczędną, szkicową kreską historia momentami jednak zwalnia, choćby wtedy, gdy trzeba posprzątać klub po wielodniowej często imprezie. Wtedy tempo staje się mniej dynamiczne, o oprawa graficzna staje się silniej zmetaforyzowana, oszczędniejsza, niedopowiedziana. Kolejny raz autor „Czasem” i „Wszystko zajęte” udowadnia, że jest komiksiarzem na najwyższym, światowym poziomie.

Ale „Fugazi Music Club” jest nie tylko komiksem o grupce przyjaciół, których spontaniczny pomysł na otwarcie klubu muzycznego stał się początkiem niesamowitej, młodzieńczej przygody. Podolcowi udało się to, co według mnie nie wyszło Agacie Wawryniuk w „Rozmówkach polsko-angielskich” - opowiedział nie tylko jednostkową historię o losach Fugazi - opowiedział o Polsce po transformacji. O kraju, który już nie był komunistyczny, ale jeszcze nie dorósł do wolności. To niesamowite, w jaki sposób twórca urodzony w 1991 roku potrafił oddać nastrój tamtych czasów.

Losy założonego przez Czapskiego "biznesu" to przecież historia naszego dzikiego kapitalizmu w pigułce. Z szalonymi pomysłem realizowanym na wariackich papierach, z przekrętami, z mafią w tle i bez happy endu. Zrobiona elegancko - nienachalnie, a bardzo sugestywnie. Bez wikłania się w politykę. Można powiedzieć, że Podolec zrobił komiks na wskroś historyczny, ale jakże inny od sponsorowanych przez IPN czy Muzeum Powstania Warszawskiego produkcji. Zresztą, podobny kierunek poszukiwań obrał sobie Paweł Płóciennik. Wydaje mi się, że obu artystów nie interesują tyle fakty, co duch epoki ich rodziców. Mechanizmy, jakie nim rządziły, lokalne narracje, miejskie legendy, dziwne zjawiska, ludzie, muzyka.

Pierwotnie Kultura Gniewu planowała zaprosić 22 komiksiarzy, którzy mieli opowiedzieć historię klubu w kilkunastu szortach. Publikacja miała uświetnić Festiwal Fugazi, który ostatecznie nie doszedł do skutku. Pomysł na zrobienie komiksu o najgłośniejszym klubie na świecie trafił na biurko Marcina Podolca. Na szczęście, bo dzięki temu powstał jeden z najlepszych albumów tego roku.

środa, 28 sierpnia 2013

#1360 - S/N

Nie zaryzykuje twierdzenia, że związani ze środowiskiem Maszina twórcy kroczący w awangardzie polskiego komiksu są najciekawszych zjawiskiem od czasów pojawiania się „Produktu” na rynku, bo w komentarzach pod tą recenzją zaraz rozpęta się trolliada z udziałem anonimów zakochanych w amerykańskich trykotach, zapatrzonych w plecy konia czy pałających miłością wyłącznie do rodzimej klasyki. Nie napiszę, ale taka jest prawda.

To właśnie ze stajni Mikołaja Tkacza wyszedł jeden z najlepszych komiksów tego roku, czyli „Maczużnik” albo frapujące „Przygody nikogo” wpisujące się w klasycznie awangardowe (jakkolwiek absurdalnie brzmi takie sformułowanie) tradycje. Nastawieni na eksperyment, dojrzali warsztatowo, szukający nowych form wyrazu, dekonstruujący komiksowe formy, ale również nastawieni na wygłup, sztubacki żart, dadaistyczne psoty czy bardziej tradycyjne rzeczy – a to tylko początek. Poszczególni twórcy związani w jakiś sposób z Maszinem mają wiele oblicz, angażują się w coraz to nowe przedsięwzięcia i coraz śmielej poczynają sobie w naszym komiksowie. Centrala w ramach serii „Kolekcja Maszina” prezentuje kolejne prace twórców związanych z tą grupą. „S/N” jest następną pozycją, która ukazała się pod tym szyldem.

Autorem scenariusza i rysunków jest Michał Rzecznik, ale część skryptów i grafik wyszła spod ręki innych związanych mniej lub bardziej z Maszinem twórców. W tym niewielkich rozmiarów albumie pojawia się plejada maszinowych gwiazd, a także szereg satelitów luźno związanych z grupą. Żeby wymienić tylko kilka nazwisk – Marcin Podolec, Daniel Gutowski, Jacek Świdzińki, Przemysław Surma – dziś to przecież nie żadni młodzi, zdolni i obiecujący, ale czołowi, wiodący i wyrobieni artyści.

Taki układ twórczych sił w pewien sposób koresponduje z formą komiksu. Zasadniczo „S/N” to zbiór jednoplanszowych pasków, ale trudno powiedzieć, aby była to antologia w zwyczajnej formie. To raczej zbiór różnorodnych, krótkich historii, które łączy nie tyle temat, nie tyle treść, ile koncept (oraz forma, co jest rzeczą oczywistą). Mazol wraz ze swoimi kompanami ucieka przed konwencjami, które wpisane są w paskową formułę. I chęć nie brakuje standardowych szortów, to w oczu rzuca się nie tylko unikanie „pędu ku puencie”, ale również klasycznej, czterokadrowej kompozycji. Poszczególne historie zlewają się ze sobą. Na jednej stronie mogą znajdować się trzy kadry pierwszej historii, która swój finał będzie miała za kilka stron, w towarzystwie zupełnie innej. Przenikają się również motywy (esenowcy szczególnie upodobali sobie np. telefon), które powracają w najbardziej nieoczekiwanych momentach, burząc często dramaturgię innego paska albo każąc czytelnikowi szukać zakończenia po całym zbiorku. Taka dekonstrukcja jakby spina cały album jedną, wielką meta-narracją powodując, że zamiast przyglądać się poszczególnym fragmentom pojedynczo, zaczyna śledzić całość, próbując nadać jej jakiś, przynajmniej ogólny, sens. To bardzo interesujący zabieg, który otwiera „S/N” na kolejne interpretacje. Ale nie bójcie się, komiks Rzecznika to nie tylko seria formalnych igraszek – w zbiorku jest sporo dobrego humoru, fajnego konceptualnego dowcipu i inteligentnego żartu w artystowsko-undergroundowym guście.

Dominik Szcześniak w swojej recenzji „S/N” z wielkim entuzjazmem podkreślił, że jest to jeden z najlepszych komiksów tego roku. Nie mam wątpliwości, że projekt Michała Rzecznika i kolegów to rzecz z pewnością interesująca i zdecydowanie godna uwagi – przynajmniej dla tych, którzy od komiksu oczekują czegoś więcej, niż tylko rozrywki i „ładnych”, czyli wykonanych zgodnie z zasadami anatomii i perspektywy, rysunków. Ale, żeby rozpatrywać „S/N” w kontekście komiksu roku? Nie jestem przekonany.



wtorek, 30 października 2012

#1172 - Wszystko zajęte

Michał Śledziński w wywiadzie dla "Zeszytów Komiksowych" stwierdził, że trzydziestoparoletni twórca komiksowy to zaledwie osesek. Trudno się nie ze Śledziem nie zgadzać - wraz z setkami mozolnie zarysowanych stron przychodzi nauka i bezcenne doświadczenie, które potem przekłada się na jakość komiksów. Marcin Podolec ma zaledwie 21 lat. Inni twórcy, znajdujący się w jego wieku, mogą uchodzić co najwyżej za nieoszlifowane diamenty. Artystów perspektywicznych. To młodzi i obiecujący. Podolec po trzech albumach, kilku wernisażach i paru mniejszych formach może uchodzić za prawdziwego weterana komiksowej branży. Aż strach pomyśleć co będzie, aż osiągnie "komiksową dojrzałość". Bo na razie, według kalendarza śledziowego, jeszcze się pewnie nie urodził.

"Wszytko zajęte" mogło przejść do historii polskiego komiksu, jako kolejny album, który nigdy nie powstał. Pierwotnie komiks miał być wspólnym dziełem Marcina Podolca i Barbary Okrasy. Prace nad nim rozpoczęły się na początku zeszłego roku. Podział ról był następujący - Kolec przygotował skrypt i miał nakładać tusz na szkice Lagu. Niestety, w składzie nastąpił rozłam - w grudniu 2011 roku pojawiła się informacja, że album nie zostanie stworzony w zapowiadanym składzie. Podolec został sam na placu boju, a w dodatku na drodze realizacji projektu stanęły przedmioty martwe - awaria dysku pożarła część gotowych plansz, które trzeba było rysować od nowa. Na szczęście te wszystkie wypadki nie zniechęciły Podolca, który dopiął swego i jak zwykle pięknie wydany album (wiadomo, Kultura Gniewu - marka!) można było kupić na Festiwalu w Łodzi.

Przyznam szczerze, że poprzedni album Podolca, "Czasem" (ze scenariuszem Grzegorza Janusza), mnie nie porwał. Przyznaje, że album, powszechnie uważany za najlepszą polską produkcję ubiegłego roku (według członków Polskiego Stowarzyszenia Komiksowego) i mijającego sezonu (w głosowaniu publiczności zgromadzone na 23. MFKiG w Łodzi), to świetny komiks, ale nie udało się mu mnie oczarować. Przeczytałem go, zachwyciłem się i... tyle. Nic we mnie nie zostało. Nic się we mnie nie zmieniło. Nie miałem ochoty sięgnąć po niego kolejny raz. Z "Wszystko zajęte" było inaczej - komiks od samego początku mnie oczarował. Najpierw oprawą wizualną, a zaraz potem opowiadaną historią.

Wspomniane "Czasem" w stosunku do "Kapitana Sheera" było prawdziwym skokiem jakościowym - Marcin Podolec z opierzonego debiutanta (bo pamiętajmy o "Ser-cu") wszedł do ligi, w której grają duzi chłopcy. "Wszystko zajęte" jest natomiast kolejnym krokiem w dobrym kierunku. Krokiem o tyle rewolucyjnym, że opowieść o dwóch braciach pracujących w branży pogrzebowej w swojej estetyce, podejściu do narracji wizualnej i sposobie kreacji komiksowej rzeczywistości jest utrzymane w zupełnie innym stylu, niż dwa poprzednie albumy, który pod tym względem były dość podobne do siebie. Oprawa graficzna komiksu utrzymana jest w oryginalnie pojmowanej estetyce realistycznego cartoonu. To trochę tak, jakby Freederik Peeters rysując nowego "Lupusa" zapatrzył się w niektóre komiksy KRLa. Dla mnie, pod względem estetycznym i, powiedzmy, montażowym, to rzecz absolutnie zachwycająca. Sama gra obrazów, sprytne wykorzystanie kadry, zabawa szczegółem, płynność samej narracji czy wreszcie wykorzystanie barw - to po prostu komiksowa maestria. Komputerowej sztuczności nie czuć nic, a nic, natomiast wyraźnie widać, że Podolec nabrał więcej pewności w kresce. Trochę kolorystyką, trochę miękkim i bardzo swobodnym stylem jego ostatnia praca przypomina mi "Na szybko spisane" przywoływanego już Śledzia, ale oczywiście "Wszystko zajęte" jest piękne w swoich własnych kategoriach.

Nie chce być opacznie zrozumiany - "Wszystko zajęte" nie jest komiksowym arcydziełem. Jest komiksem znakomitym, dla mnie najlepszym w dorobku Podolca. Ani krztyny przesady nie ma w słowach Igorta, który w Łodzi nazwał ten komiks pracą na prawdziwie europejskim poziomie. Wierzcie Szymonowi Holcmanowi, który mówi, że nie wydaje autorów krajowego formatu, tylko rzeczy, które bez wstydu można pokazywać na każdym festiwalu, na każdym kontynencie. Ale nie, to jeszcze nie jest arcydzieło. Ale było cholernie blisko. Jestem ciekawe, jak wysoko Podolec ustawi poprzeczkę następnym albumem...

piątek, 30 grudnia 2011

#933 - Rok 2011 okiem twórców (część druga)

Maciej Pałka (niestrudzony animator lokalnego i globalnego środowiska komiksowego, twórca, redaktor, krytyk): zauważyłem, że w Waszych dorocznych podsumowaniach, w których biorę udział po raz trzeci, zawsze patrzę z nadzieją w przyszłość. Miło mi stwierdzić, że nie pomyliłem się w ocenie stanu polskiego komiksu. Co więcej, błądziłem tylko i wyłącznie w temacie wypalenia się zinów. Owszem, wczorajsze „cudowne dzieci” się wyprztykały i spoczęły na laurach, ale oto już nadchodzi kolejne pokolenie. Wysyp (świetnych!) zinów podczas MFK był dla wielu osób pozytywnym szokiem. Dla mnie też. Tak więc, tradycyjnie, z optymizmem stwierdzę: jest super! Polski komiks żyje i ma się coraz lepiej.

Mimo zauważalnej zwyżki formy artystycznej, rok 2011 ma wielkie szanse, aby w historii zapisać się, jako rok żenady. Przyczyną tego są działania niezwiązane bezpośrednio z tworzeniem, ale z atmosferą wokół komiksu i jego postrzeganie. Zaczęło się od Afery Szopenowskiej, która gdy już ucichła w mediach, dała wodę na młyn wielu marudom w komiksowie. Być może, utrącono jakiś medal od jednego ministra, ale za to drugi minister w tym czasie wykładał kasę na kolejny komiks. Akurat w apogeum Szopęgejt realizowałem projekt dla katowickiej „GW”. Ani razu nie usłyszałem choćby cienia aluzji do tej sprawy. Z mojej perspektywy, zwalanie winy za wszystkie komiksowe niepowodzenia na ten nieszczęsny cweloholokaust jest więc nadużyciem.

Po Szopenie posypały się kolejne przepychanki do koryta, petycje, listy do ministra od Rejtanów obrażonych za nieobecność w Tokio i jakieś smuteczki post-itowe. Wszystko to przy znaczącym milczeniu Polskiego Stowarzyszenia Komiksowego, które jawi się jako twór okaleczony. Wykastrowany, pozbawiony języka i na domiar wszystkiego wbity na pal. Nawet już nie podryguje, a tylko wali ścierwem. Efektem jest ostateczne obnażenie ściemy pod nazwą „solidarność polskiego środowiska komiksowego”. Gdy chciałem dołączyć do PSK, ktoś mądry powiedział mi: „po co się w to angażować, skoro cała zabawa skończy się na rogatkach Warszawy”? Okazuje się, że milcząca większość wiedziała swoje i obrodziło inicjatywami lokalnymi: na Śląsku, w Krakowie, w Poznaniu czy w końcu w Lublinie. A każde środowisko wczepia się pazurami w funkcję reprezentowania polskiego komiksu na swoim podwórku. Totalna decentralizacja, patrzenie na czubek nosa i olewanie ciepłym moczem idei wspólnej walki o dobry los polskiego komiksiarza. Co śmieszniejsze, w tym szaleństwie jest metoda! To działa! Komiksowa mapa Polski powiększa się z każdym dniem. Oto kraina pełna udzielnych księstewek, zwaśniona, połączona siecią intryg – polskie komiksowo! Oto kraina obdarowana bogactwem różnorodności, pełna pracowitych pasjonatów kultywujących etos wolontariatu – polskie komiksowo!

Osobiście, rok 2011 będę wspominał bardzo miło. W ubiegłym roku narzekałem, że „jako artysta czuję się doceniony, ale nadal nie jestem dopieszczony, jako twórca”. Wydawało mi się, że stanąłem pod ścianą i swoją metodą pracy osiągnąłem już wszystko, co było do ugrania w polskim komiksowie. Perspektywa kolejnej dekady żmudnego doskonalenia się po godzinach. Co rok-dwa nowa (oby lepsza) książka, raz w roku dowartościowanie się podczas MFK i rosnąca frustracja wiecznej trzeciej ligi. Rok temu nie spodziewałem się, że 2011 będzie przełomem. Zacząłem od prestiżowego projektu komiksowego wydania „Gazety Wyborczej” dla Katowic starających się o tytuł Europejskiej Stolicy Kultury, a kończę inauguracją działalności „Domu Słów – Pracowni Komiksu” w Lublinie. A to dopiero początek, co aż mnie nieco tremuje.

W ubiegłorocznym podsumowaniu obiecałem, że za rok wrócę też do tematu „Ziniola”. Udało się – „Ziniol” nie umarł, ale umocnił się jako marka. W sieci magazyn radzi sobie dobrze dzięki codziennej mozolnej pracy Dominika Szcześniaka. Ja pomogłem nieco w lokalnym wyjściu do ludzi - poza internet. Współorganizowaliśmy „Lubelskie Spotkania z Komiksem”, nawiązaliśmy współpracę z „Tekturą”, supportowaliśmy poetycki slam, zaprosiliśmy do Lublina Kasię Szaulińską i Sexy Armpit. Włączyliśmy się w działania związane z Nocą Kultury, Miastem Poezji i staraniem się Lublina o tytuł ESK. Udało nam się zrobić dwie akcje billboardowe – za drugą otrzymaliśmy nagrodę Ministra Spraw Zagranicznych. W międzyczasie był wykład na KUL`u. Zrobiliśmy przymiarkę do powrotu na papier, czego efektem jest antologia „The Best Off The Ziniols”. Symbolicznie żegnaliśmy się z xero (wydając specjalny 51 numer), aby 13 grudnia wrócić do tej formy oddając hołd twórcom niezależnej prasy drukowanej na powielaczach. „Dom Słów – Pracownia Komiksu” to w dużym stopniu efekt naszych lat w wolontariacie, dążenia do profesjonalizmu i zachowania szczerości w twórczości. Na pewno w przyszłym roku skoncentrujemy się jeszcze bardziej na działalności lokalnej, ale postaramy się o nieco większy rozmach. Plany mamy spore – chociaż ciągle liczymy siły na zamiary. Do tematu wrócimy dokładnie za rok.

Zresztą, wszystko się może zdarzyć. Trzymajcie kciuki.


Wojciech Stefaniec (któremu wreszcie udało się ukończyć „Szelki”): ten rok był świetny. Przede wszystkim dla polskiego komiksu.

Wielkie brawa dla twórców! Nie przypominam sobie, aby jednego roku powstało tyle świetnych komiksów, ile w mijającym. Ukazały się tak genialne komiksy jak „Rewolucje”, „Czasem”, „Tymczasem”, nowy „Diefenbach” i wiele innych. Brawa dla promotorów, którzy w 2011 roku z zapałem promowali komiks w mediach. Brawa dla wydawców. Stanęli na wysokości zadania, dając nam do ręki doskonale przygotowane albumy. Podziękowania należą się również czytelnikom, za to, że nie przechodzą obok polskiego komiksu obojętnie

Porzucając ton patriotyczny musze powiedzieć, że ten rok był dla mnie bardzo pracowity, emocjonujący, stresujący i rozczarowujący. Pracowity, gdyż musiałem w tym roku skończyć komiks, nad którym pracowałem około sześciu lat. Deadline to w sumie dobra rzecz. Mobilizuje i każe skończyć coś, co można robić w nieskończoność. Oprócz tego zajmowałem się innymi rzeczami. Emocjonujący, ponieważ nasze festiwale komiksowe są świetne. Czy ktoś policzył ile na taki mały, polski rynek komisowy przypada imprez? Dużo. I fajnie. Stresujący, gdyż twórczość musi mieszać się z rzeczywistością. Trzeba pracować, ponieważ z samego tworzenia komiksu pieniędzy nie ma. Trzeba godzić obowiązki życia wśród ludzi, ich zasad, zamiast robić albumy komiksowe. To jest trudne. A dla twórcy załamujące. Rozczarowujący przez kilka osób, ale nad tym nie będę się rozwodził.

Ten rok był świetny. Podsumowując, lepszy od poprzedniego. I o to chodzi. Z szacunkiem go pożegnam.



Marcin Podolec (kolejny komiksowy talent czystej wody, do którego należy tegoroczny rekord w szybkości ukończenia albumu): rok 2011 dla mnie to współpraca z Grzegorzem Januszem ukoronowana „Czasem”, „Urobkiem”, jednoplanszówkami „Uroboros” i „Miłosz”. W planach są kolejne projekty. Obecnie adaptuję scenariusz Grzegorza na potrzeby filmu animowanego, który swoją premierę będzie miał w październiku 2012 roku. Na moim blogu możecie śledzić pierwsze tła, niedługo pojawią się kolejne wycinki. Jakoś w okolicach maja usiadłem na poważnie do „Czasem”, dzięki czemu udało się zamknąć rysowanie albumu na przełomie lipca i sierpnia. Traktuję to jako trzymiesięczną podróż, nieobecność, choć w międzyczasie przyszło mi zdać sesję i kolejny raz wpakować nogę do gipsu, przy czym ostatnia kontuzja okazała się kontuzją ostateczną – nie mogę już grywać w kosza. Premiera „Czasem”, odbiór albumu, recenzje – wszystko wypadło wzruszająco pomyślnie. Bardzo się cieszę, że na nasze spotkanie autorskie przyszło 50 osób. Moment, kiedy komiks (a za nim twórca) wychodzi do ludzi jest zawsze bardzo emocjonujący.

Ciężko oceniać mi sytuację w środowisku – jakiś czas temu postanowiłem trzymać się z dala od dyskusji, które odbierają mi energię do zajmowania się komiksami. Uważam, że w tym roku zrobiliśmy w Polsce kilka naprawdę, naprawdę wartościowych rzeczy. Z tego, co widzę, przyszły rok również zapowiada się interesująco, jeśli chodzi o naszą scenę. Wciąż lubię identyfikować się ze światem komiksiarzy, a tegoroczne konwenty wspominam, jako bardzo udane, szczególnie ten w Łodzi, gdzie mieszkam od roku. No właśnie, 2011 rok to dla mnie faktyczna przeprowadzka z mieściny do dużego miasta. Studia: kilogramy obejrzanych obrazów i filmów, mocne poszerzenie horyzontów.

W styczniu zawiązaliśmy projekt kolec-lagu, lecz w grudniu skład (nie projekt) rozpadł się. Od czerwca nie mam już -nastu lat i myślę, że to był właśnie rok pewnego przejścia, przyspieszonego dorastania, jako twórcy. Przewartościowałem sobie to, czym jest dla mnie bycie rysownikiem. W ciągu ostatnich 12 miesięcy dostałem więcej, niż sobie zamarzyłem i naprawdę nie mam pojęcia, co stanie się w 2012 roku.

Choć pewne plany, oczywiście, są.


Piotrek Nowacki (jeden z redaktorów naczelnych „Kartonu”, który w komiksowie jest od zawsze): 2011 był dla mnie kolejnym udanym komiksowo rokiem, choć pojawił się również smutny akcent. Mam tu na myśli zamknięcie „Kartonu” po siedmiu numerach (o ile siódemka się ukazała - kiedy piszę te słowa raczej nie została jeszcze wydrukowana). Tłumaczyliśmy już powód takiego stanu rzeczy, więc nie będę się powtarzał. Szkoda, bo miałem nadzieję, że będzie to magazyn funkcjonujący na rynku ładnych parę lat.

Cieszę się jednak, że pod szyldem „Kartonu” udało mi się wypuścić mój autorski zeszycik „Moe”. Rozesłałem go kilku zagranicznych recenzentom specjalizujących się w tzw. mini komiksach i zebrał same dobre oceny, co oczywiście bardzo mnie cieszy. Nic jednak nie zastąpi mi radości, jaką odczuwam, kiedy widzę jak dużo frajdy ta moja komiksowa krotochwila, daje mojemu niespełna dwuletniemu synkowi. Uwielbia oglądać ze mną perypetie Moe i zdrowo zaśmiewa się kiedy np. osa robi pieskowi w łapę „kłuj, kłuj”. Choćby dla niego warto było narysować i wydać ten komiks.

W czerwcu udało mi się załapać do reprezentacji polskich komiksiarzy, którzy byli gośćmi festiwalu komiksowego w Strasburgu. Fajną relację z wyprawy napisał Marek Turek - http://turucorp.blogspot.com/2011/06/strasbulles-2011.html. Tam również „Moe” cieszył się wzięciem głównie wśród młodszej części odwiedzających nasze stoisko.

W tym roku pracowałem również nad pełnometrażowym albumem do scenariusza Bartka Sztybora. Kilka dni temu narysowałem ostatnią planszę. Teraz komiks jest na warsztacie kolorystki i mam nadzieję, że w 2012 uda się nam go wydać. Nie chcę w tym momencie za dużo zdradzać. Dodam tylko, że jest to historia bez słów. Mam również nadzieję, że w przyszłym roku uda mi się skończyć również inny pełnometrażowy projekt, jakim jest historyjka roboczo zatytułowana „Ti i Miki”. Jest to raczej rzecz dla młodszego czytelnika. Za scenariusz odpowiada Dominik Szcześniak, a kolory kładzie Sebastian Skrobol. Na tą chwilę jest gotowych piętnaście plansz. Obecnie czekam na dalszy ciąg scenariusza. Jak tylko go dostanę, ochoczo zabieram się do dalszej pracy.

Były jeszcze mniejsze publikacje, jak krótki komiks w antologii „Jazda” (sc. Sztybor, kolor Grzesiek Nita), inny szorciak w antologii „Silence” (sc. Sztybor, kolor Tomek Pastuszka), kolejny Kapitan Mineta w „Kolektywie”, plansza w cyklu „Klasyka na nowo” w trzecim „Bicepsie” czy plansza w sympatycznej broszurce z tributami dla Binio Billa. Oby w przyszłym roku udało się dalej tworzyć i jarać komiksem, tak jak dotychczas.

W kończącym się roku przeczytałem sporo komiksów, w tym kilka naprawdę znakomitych albumów autorstwa kolegów z Polski. Takie tytuły jak „Czasem”, „Diefenbach”, „Szelki” czy szósty tom „Rewolucji” to światowy poziom . Mam nadzieję, że naszym autorom uda się docierać poza nasz wciąż malutki rynek, bo naprawdę ich dzieła na to zasługują.


Jakub Kijuc (reanimator kioskowych zeszytów, którego ostatnio skusiły uroku cyfrowej dystrybucji): dziś w Krasnymstawie z samego rana spadł pierwszy poważny śnieg. Zrobiło się świątecznie i jakoś tak cieplej. Zaraz po tym, jak odczytałem pocztę, gdzie Kuba Oleksak delikatnie przypomniał mi o tym, że miałem coś napisać o mijającym komiksowym roku, zafundowałem sobie przedpołudniową dawkę wu-efu i porąbałem drwa na opał. W szczapki.

Uspokajam. Mail Kuby nie miał z tym nic wspólnego. Potem było „piro-piro”, bym już za chwilę pędził przez zimowe zaspy na pocztę.

Cały czas zastanawiałem się, co napisać o komiksikach w mijającym 2011 roku. Byłem pewien, że powinienem odnieść się przynajmniej w małej części do publikacji, które wydaję. Jednak nie do końca wiedziałem, w jakim ujęciu. Uwierzcie, że trzymając w rękach siekierę przed oczami miałem dosyć niepokojące obrazy. Kolorowe. Karmazynowe...

Ale bez reklamy. Bez promocji. Dlaczego?

Ano dlatego, że wracając z poczty, kiedy to spożytkowałem już sporą część nadmiaru energii, opanował mnie jakiś kosmiczny spokój. Nie zrozumcie mnie źle. Żadnych tam Cthulhu i Nyarlathotepów. Po prostu micha mi się śmiała. I wreszcie wiedziałem, co napisać. Albo inaczej. Wiedziałem, czego nie pisać. Bez sensu przy okazji tak miłych okazji jak Święta, czy nadchodzący Nowy Rok pisać elaboraty o tym, co będzie, i o tym, co było. Zważywszy na fakt, że nie w każdej chwili 2011 roku wokół moich działań panowała zdrowa atmosfera.

Nie będę niczego potwierdzał, ani niczego dementował. Wszystko, co miałem napisać w tym roku już napisałem. Nie będzie wrzutek z okrągłymi gadżetami, które wszyscy tak bardzo kochają. Nic z tych rzeczy. Mam po prostu nadzieję, że te Święta były dla Was wesołe, a Nowy Rok okaże się jeszcze bardziej komiksowy. Mam nadzieję, że pod choinką znaleźliście komiksy, których sami sobie nie wybraliście. Oby to był dobry znak na przyszłe 366 dni. Do usłyszenia w styczniu.

czwartek, 24 listopada 2011

#908 - Czasem

Grzegorz Janusz oraz Marcin Podolec to twórcy, których nie ma konieczności nikomu specjalnie przedstawiać. W wypadku pierwszego wystarczy wspomnieć takie jego książki, do których napisał scenariusze, jak: dwa tomy „Przebiegłego dochodzenia Ottona i Watsona” czy wydany w ubiegłym roku album „Wykolejeniec”. Natomiast Marcin Podolec publikując swój długometrażowy debiut – album „Kapitan Sheer” – dał się poznać, jako jeden z najciekawszych rysowników „młodego pokolenia” (tfu, nie znoszę takich określeń, ale fakt faktem twórca jest młody, zdolny i ambitny, no i nade wszystko diabelnie pracowity). W bieżącym roku panowie połączyli swoje siły pod sztandarem Kultury Gniewu i opublikowali album „Czasem”. Komiks powstał w iście ekspresowym tempie. Marcin narysował go w ciągu 7 (słownie: siedmiu!) miesięcy.



Książka jest zbudowana w formie diariusza, spisanego post factum przez głównego bohatera. Narracja, przedstawiona na zasadzie retrospekcji z minionych wydarzeń, obejmuje cały rok życia trzydziestopięcio letniego Adama Ostatko – narrator w swoim sprawozdaniu kwestionuje/neguje zarówno swój wiek, jak i dane personalne – oraz jego małżonki. Nie ma innych bohaterów. Akcja rozpoczyna się w styczniu od kupna domu i próbie rozbudzenia nadziei, „że w nowym miejscu wszystko ułoży się lepiej”. Ale, jak nietrudno się domyśleć, wcale nie układa się między nimi lepiej – w życiu tak właśnie bywa. Adam odkrywa w domu „kanciapę” – znajdujące się pod schodami magiczne pomieszczenie – gdy jest wewnątrz, to czas na zewnątrz się zatrzymuje. Z biegiem kolejnych miesięcy zaczyna traktować to miejsce niczym azyl, do którego ucieka, gdy chce się ukryć przed rzeczywistością. Uciec przed żoną, pracą, obowiązkami domowymi. W swoim królestwie wolnego czasu może spać do woli, przeczytać wszystkie książki odłożone „na potem”, napisać planowaną powieść. Notabene zamiast powieści zaczyna pisać książkę pod tytułem „Śnię baśnie”.


Pomysł i sposób wizualizacji onirycznych opowieści spisywanych przez Ostatko, bardzo mi się podoba. W snach Ostatko, pojawia się biblijna opowieść o stworzeniu Ewy, utworzonej przez Boga w czasie snu Adama z jego żebra. Biblijnych odwołań jest więcej, imię i nazwisko bohatera przywodzi mi na myśl pewien cytat z 1 Listu do Koryntian – „Tak też napisano: Pierwszy człowiek Adam stał się istotą żywą, ostatni Adam stał się duchem ożywiającym. Wszakże nie to, co duchowe, jest pierwsze, lecz to, co cielesne, potem dopiero duchowe. Pierwszy człowiek jest z prochu ziemi, ziemski; drugi człowiek jest z nieba” (1 Kor 15:45-47). Cytat może i jest całkowicie nietrafiony, ale jak dla mnie tłumaczy, powołanie do życia bohatera o taki imieniu i nazwisku.


Mimo alternatywnej rzeczywistości dostępnej dzięki „kanciapie”, album nie jest opowieścią fantazy. Jest raczej dramatem obyczajowym, rozpisanym przez Grzegorza Janusza na parę bohaterów. Opowiada o kolejnych etapach rozpadu emocjonalnego związku partnerskiego. Można go potraktować jako studium przypadku samotności z wyboru. Próbę zrozumienia psychologicznych motywów, które kierują człowiekiem w sytuacjach granicznych. Scenarzysta stara się dać odpowiedzieć na pytania: Co powoduje, że ludzie odsuwają się od siebie? Dlaczego rezygnują z życia i wybierają samotność? Jakie emocje kierują ludźmi w najmroczniejszych chwilach?



Inny trop interpretacyjny podsuwa sam Janusz w odautorskim komentarzu, opublikowanym na stronie Kultury Gniewu: „Zawsze fascynowały mnie historie o bezludnych wyspach. Gdy byłem przedszkolakiem, ojciec czytał mi Robinsona Crusoe Defoe, a ja słuchałem z wypiekami na twarzy. (…) W wieku lat trzydziestu poznałem Wyspę dnia poprzedniego Eco. A gdy skończyłem czterdzieści lat, postanowiłem sam napisać coś o bezludnej wyspie. Owocem tego postanowienia jest scenariusz albumu Czasem. Coś mi się zdaje, że doszedłem do zupełnie innych wniosków niż Defoe”. Diagnoza jaką stawia twórca nie jest pozytywna, nie niesie ze sobą żadnego pocieszenia ani przyjaznego poklepywania. Autor próbuje wmówić nam, że w odpowiednich warunkach, czyli gdy człowiek będzie miał pod dostatkiem wolnego czasu, gdy będzie mógł przebywać cały czas jedynie sam ze sobą, to wtedy jego człowieczeństwo zanika. Zmysł empatii, solidarność, chęć niesienia pomocy, szlachetność i inne odruchy wyuczone podczas socjalizacji obumierają. Człowiek przestaje być zwierzęciem stadnym, zamienia się w niedźwiedzia-samotnika, który występując w obronie własnego terytorium, jest zdolny zabić.


Marcin Podolcec świetnie wczuł się w intymną narrację Grzegorza Janusza. Wyczuł eskapizm i ironię zawarte w scenariuszu. Komiks jest czarno biały, jednak ilość różnych odcieni szarości, jakie udało się Marcinowi wydobyć, jest imponująca. Miękką, rozedrganą kreską bardzo sprawnie ukazał fizyczną przemianę głównego bohatera, który ze zwykłego, niczym specjalnie nie wyróżniającego się człowieka, w finale zamienia się tłustego, obleśnego, zarośniętego i odpychającego neandertalczyka. Dodatkowym smaczkiem albumu jest zaprojektowanie przez rysownika okładek książek, etykiet lekarstw, napitków oraz paczek papierosów pojawiających się w kadrach. Intrygująca jest również “gęstość rysunkowa” – mamy wizualne cytaty z Polańskiego i Rembrandta, zakodowane wydarzenia sportowe z ligi NBA, a na stronie 46, gdy bohater ma problemy z ostrością widzenia, to na rękawku T-shirta jest Oko Opatrzności Bożej. Rysunkowych żartów Marcina jest jeszcze kilka, wystarczy dokładnie przyjrzeć się ścianie na stronie 56 – lista lektur od Prousta po Remarque’a, wycinek z gazety przedstawiający kapsułę czasu, ulotka maści na grzybicę o nazwie „Piętaszek”, etc. Bardzo dobrym przedsięwzięciem ze strony ilustratora jest także „udźwiękowienie” opowieści, poprzez umieszczenie w osobnych dymkach dużej ilości wyrazów onomatopeicznych. Ten pomysł przypadł mi do gustu.


„Czasem” jest nowelą graficzną, którą należy przeczytać, aby przyjąć albo zanegować punkt widzenia scenarzysty na kondycję człowieczeństwa. „Czasem” jest nowelą graficzną, którą należy przeczytać, aby zachwalać kreskę rysownika, bo nie zachwalać się nie da. Czekam na kolejną, wspólną książkę obu panów.

poniedziałek, 24 stycznia 2011

#678 - Rok 2010 okiem twórców

Podobnie, jak w roku ubiegłym, także i w tym, przy okazji naszych rozrachunków ze "starym rokiem" oddajemy głos komiksowym artystom. Olga, Piotrek, Maciej, Marcin, Wojciech i Robert opowiadają o tym, jaki ten ponoć feralny, kryzysowy 2010 rok był. I okazuje się, że wcale nie był taki zły. Rozpoczynamy wrażeniami Olgi Wróbel, a później w kolejności alfabetycznej oddajemy głos męskiej części podsumowania - zapraszamy do lektury!

Zazwyczaj jestem miła i nie krytykuję nic, ani nikogo ze strachu, że ludzie przestaną mnie lubić, ale w tym roku doszłam do wniosku, że może wreszcie czas przestać się tym przejmować. Dlatego też zacznę od narzekania.

W tym roku rozczarowało mnie PSK, które zapowiadało się na prężną grupę ludzi z pomysłami, którym będzie chciało się coś zmienić i wyciągnąć komiks polski z małej niszy do nieco większej. Tymczasem po Komiksowej Warszawie, która zebrała nieco pochwał, ale też wiele krytycznych uwag, zapał oklapł niczym duszek w XI Księdze Tytusa. Na posterunku został tylko Tomek "spałem w tym tygodniu 4 godziny" Pastuszka, organizując pod Sejmem akcję Publicznego Czytania Komiksów Przeciwko VAT. Nie będę się tutaj bawiła w publiczne i subiektywne szukanie winnego, tym bardziej, że PSK z minionego roku to także ja. Powiem tylko, że bycie działaczem tak mnie zniechęciło do tego typu aktywności, że postanowiłam w przyszłości skupić się tylko i wyłącznie na pracy nad komiksami. To jedyny sposób, w jaki mogę pomóc – robiąc albumy na przyzwoitym poziomie.

W nurcie krytyki, podobało mi się to, co napisał Karol Konwerski, chyba na facebooku (jeżeli się mylę i przypisuję tę myśl niewłaściwemu autorowi, przepraszam) o środowiskowym samozachwycie i chwaleniu z automatu wszystkiego, co się tylko da z dwóch przyczyn: albo ku chwale polskiego komiksu albo według mechanizmu "lubię go/ją, pijemy razem na festiwalu, nie mogę powiedzieć, że to kiepskie, bo będzie mu/jej przykro". Zauważyłam to też u siebie. Stąd powyższe akapity – w ramach ćwiczenia szczerości. Podobał mi się też boleśnie prawdziwy tekst Tomasza Pstrągowskiego "Nikt was nie kocha" w "Bicepsie", chociaż akurat "7 tygodni" Januarego Misiaka to mój ulubiony polski komiks w tym roku ( z zagranicznych – "Epileptic" Davida B. i "Mój syn" Schrauwena).

Jestem też dość zniesmaczona całą aferą wokół komiku kobiecego, i nie dlatego, jak można by przypuszczać, że godzi we mnie jako "twarz polskiego komiksu kobiecego" (do którego to miana nigdy nie pretendowałam), ale dlatego, że w tej dyskusji widzę mnóstwo zacietrzewionych ludzi, posługujących się pojęciami, które nie do końca rozumieją lub piszących całe elaboraty z punktu widzenia "bo mi się wydaje" i oczekujących, że może to być poważnym głosem w dyskusji. Na studiach humanistycznych nauczyłam się wiele, ale przede wszystkim wbijano nam do głowy, że nauki takie, jak chociażby krytyka literacka to dyscypliny ścisłe, w których obowiązują standardy starannego formułowania osądów według precyzyjnych, ostrych kryteriów, a "wydawać się" nam może najwyżej w niedzielnej rozmowie na obiadku u rodziców. I taki właśnie status przysługuje tym opiniom – subiektywnych pogawędek, a nie rzetelnego opisu stanu rzeczy. Tymczasem ze zdumieniem patrzyłam, jak w kolejnych flame'ach walczy armia ludzi, którzy zjedli wszystkie rozumy i mają monopol na rację. Na tym tle pozytywnie wyróżnił się w komentarzach pod tekstem Gizickiego i Wyrzykowskiego na "Kolorowych Zeszytach" Maciej "Repek" Reputakowski, co nie zostało jednak docenione przez jego współdyskutantów, niezbyt zachwyconych tym, że nagle pojawia się ktoś z solidnym aparatem badawczym (przepraszam za dwuznaczność). Co do samej afery, cóż. Gender studies (studia nad płcią kulturową) są faktem, czy się to polskim twórcom obojga płci podoba czy nie. Tak samo krytyka genderowa i wynikające z niej klasyfikacje. Można się z nimi nie zgadzać, ale negowanie ich racji bytu jest, delikatnie mówiąc, niepoważne.

U mnie wszystko dobrze, może z wyjątkiem syndromu opuszczonego bloga, na którego nie mogę wrzucać "Silva Rerum", żeby nie zdradzać czytelnikom, jak będzie wyglądało. Rok 2010 był pracowity, okraszony występami w prasie i telewizji, rok 2011 zapowiada się jeszcze bardziej ekscytująco, ale to na razie tajemnica.

Chciałabym zakończyć noworocznymi podziękowaniami dla Centrali, która zaczęła mnie wspierać zanim jeszcze napisałam pierwsze zdanie scenariusza, dla Dominika Szcześniaka, który kibicuje mi na swoim blogu i dla ekipy BFK za robienie najlepszego festiwalu komiksowego w Polsce. Dziękuję też Danielowi za cierpliwe wyjaśnianie mi arkanów rysowania dłoni w różnych konfiguracjach.

Nie mogę określić ubiegłego roku innym słowem niż znakomity. Obfitował w masę pozytywnych momentów, które na zawsze odmieniły moje życie i "nic w nim już nigdy nie będzie takie jak przedtem!", jak to w superbohaterskich komiksach bywa. A zaczęło się od "Komiksowego Becikowego". Był to komiks, który jeszcze przed przeczytaniem dostarczył mi największej ilości wzruszeń i pozytywnych emocji. Nawet teraz, kiedy piszę te słowa, kręci mi się w oku łezka na samo wspomnienie. Ale pomimo pojawienia się na świecie mojego synka (w lutym 2010), na szczęście znajduję czas na komiksowanie (Ewelina, dzięki za wsparcie i wyrozumiałość - jesteś najlepsza!).

Wraz z Tomkiem Pastuszką, Bartkiem Sztyborem i masą świetnych ludzi pchamy wózek pod tytułem "Karton". W 2010 wypuściliśmy cztery numery magazynu, plus zeszyt z przygodami Ratmana Tomka Niewiadomskiego. Myślę, że jest całkiem nieźle, a będzie jeszcze lepiej. Oczywiście jednym z najważniejszych zeszłorocznych wydarzeń jest premiera "Tainted". Zbiorek krótkich, niemych historii miłosnych podsumował zaledwie początek mojej współpracy z Bartkiem Sztyborem. Początek, bo obaj mamy nadzieję, że nasza kooperacja potrwa jeszcze wiele, wiele lat, a jej owocem będą liczne albumy i plejada nietuzinkowych bohaterów. Chętnie chwalę się albumikiem zagranicą, czego efektem są wzmianki o nim na kilku zagranicznych serwisach, m.in. na węgierskim portalu Kepregeny.net.

Swoje cienkopisy maczałem w antologii "Sceny z życia murarza", a w "Kolektywie" ku radości jednych i ubolewaniu innych ukazały się dwie nowe przygody Kapitana Minety. Wspólnie z Asu rozpoczęliśmy współpracę z dziecięcym magazynem "Tropami przyrody", gdzie opublikowaliśmy trzy odcinki komiksu "Doktor Leszcz i przyjaciele". To kolejna rzecz, z której jestem bardzo zadowolony, bo robienie komiksów dla dzieciaków to opcja, która daje mi mnóstwo frajdy i chodziła za mną od dłuższego czasu. A jeśli już przy dzieciakach jesteśmy, to w ostatnim "Ziniolu" znalazła się 8-planszowa historyjka, którą narysowałem do scenariusza Dominika Szcześniaka. Jest to zapowiedz dłuższej rzeczy, skierowanej do młodszego czytelnika. Strasznie się jaram tym projektem i żeby nie zapeszać nic więcej już nie napiszę. Zbierając moje publikacje do kupy, warto jeszcze wspomnieć o kilku małych, ale bardzo fajnych drobiazgach, jak plansza o Zachęcie w "Komiksowym przewodniku po Warszawie" (sc. Bartek Sztybor), stworzona we współpracy z Szymonem Holcmanem jednoplanszówka do "Antologii memoria Janusza Christy", strip w "Lodach" (znowu Sztybor), pin-up w "Osiedla Swoboda".

Podsumowując zeszły rok nie mogę nie napisać o komiksie, który w holenderskim konkursie Plastiken Plunk zdobył nagrodę publiczności. "Just One Different Thought" do scenariusza Bartka Sztybora i ze znakomitymi kolorami Tomka Pastuszki nie znalazł uznania w oczach jurorów emefkowego konkursu i postanowiliśmy spróbować szczęścia gdzie indziej. Holendrzy umieścili nas w finałowej dwunastce, a internauci wyklikali nam trofeum. Następstwem tego wydarzenia jest ipadowa wersja "Tainted" (poszerzona o nagrodzony komiks) dystrybuowana przez holenderską firmę StripDatabank. Wspomnę jeszcze, że w brytyjskim magazynie internetowym Comical Animal ukazał się odgrzebany przeze mnie szort "Nine Lives", który kilka lat temu narysowałem do scenariusza Mikołaja Tkacza z kolorami Norberta Rybarczyka. Uznałem, że rzecz jest na tyle sympatyczna, że można bez obciachu zaprezentować ją zagranicznym czytelnikom. Drobna rzecz, ale zaowocowała nawiązaniem fajnego kontaktu z twórcą serwisu, Jimem Medwayem i być może w przyszłości coś się jeszcze z tego urodzi.

2010 rok przyniósł mi również udział w komiksowych imprezach. W Warszawie, Gdańsku i Łodzi jak zwykle bawiłem się znakomicie w gronie ludzi, z którymi dzielimy wspólną pasję. Szczególnie mile wspominam prelekcję o tworzeniu komiksowych bohaterów, którą poprowadziliśmy ze Sztyborem na BeFKa. Przyszło naprawdę sporo młodych ludzi i wywiązała się ciekawa dyskusja z Mateuszem Skutnikiem. Lubię takie akcje i mam nadzieję, że tym roku również ich nie zabraknie. Smuci fakt coraz mocniej zarysowującego się kryzysu na polskim rynku komiksowym, ale nie wpływa on (przynajmniej na razie) negatywnie na mój zapał do rysowania. Cały czas czuję zajawkę i nie mam zamiaru zwalniać. Wręcz przeciwnie, plany na nadchodzący rok są ambitne i mam nadzieję, że uda się bez przeszkód nadal komiksować. Życzę naszym wydawcom, żeby przetrwali ten ciężki czas i dali radę. Oprócz tego, że rysuję komiksy, jestem również ich czytelnikiem i drobnym kolekcjonerem i nie wyobrażam sobie, że nie będę mógł dostawiać na półkach kolejnych świetnych albumów wydawanych przez naszych edytorów.

Jeśli chodzi o 2011, to plany są, jak już wspomniałem ambitne, ale nie chcę tu się szczegółowo z nich zdradzać, żeby nie rozśmieszać Boga:)

W porównaniu z poprzednim rok 2010 był dość intensywny. Miałem kilka faz na ostre zasuwanie, a z drugiej strony zrobiłem sobie w międzyczasie miesiąc wakacji pod palmami. Właściwie udało mi się dotrzymać prawie wszystkich swoich komiksowych postanowień. Doprowadziłem do wydania dwóch niezłych albumów ("Laleczki" i "Sceny z życia murarza"), wystartowałem z webkomiksem ("Degrengoland") i emocjonowałem się premierą dwóch kolejnych gier wyprodukowanych pod szyldem pastelgames. Ogólnie każde przedsięwzięcie rysunkowe miało satysfakcjonującą otoczkę związaną z ujawnieniem danego materiału. Zwłaszcza MFK był dla mnie osobistym przełomem. Jako artysta czuję się doceniony, ale nadal nie jestem dopieszczony jako twórca. Czasami mnie to nieco irytuje, ale nie powoduje frustracji, raczej mobilizuje w stylu "ja wam jeszcze pokażę" albo "jeszcze przyjdziesz ze szklanką po sól". Czuję, że przez ostatnie 10 lat przeszedłem do wyższej ligi, ale czasami czuję się jak "cudzoziemka w raju kobiet".

Obecnie na tapecie mam kilka projektów z bardzo dużym potencjałem. Powoli zaczynam się też otwierać, jako scenarzysta i zaczynam ufać swoim możliwościom. Ale tutaj jeszcze długa droga przede mną. Rok 2011 będzie dla mnie sprawdzianem, bo mam zamiar poświęcić się całkowicie autorskiemu albumowi. Czeka mnie ogromna ilość pracy, ale jednocześnie czuję że ten rok będzie pasjonującym wyzwaniem. Już się nie mogę doczekać! Albumu w roku 2011 nie planuję. Plan minimum to dwa odcinki "Najwydestyluchniejszego" w "Kolektywie".

W komiksowie miniony rok można podsumować sporym plusem. Tak, jak się spodziewałem (i o czym pisałem w podsumowaniu na "Kolorowych Zeszytach" rok temu), ukazało się sporo niezłych polskich albumów. Na stronie "Ziniola" stale kibicujemy polskim twórcom, wiadomo więc, co w trawie piszczy i jestem głęboko przekonany, że utrzymamy rosnący trend. Kto uważa inaczej, ten niestety z reguły chuja się zna na polskim komiksie i po prostu pierdoli farmazony. Fakty mówią za siebie i nie ma sensu gadać niepotrzebnych rzeczy. Lista wydanych polskich albumów to samo dobro. Nie jest tego dużo, ale jak na naszą skalę, pod względem ilości jest przyzwoicie. Robimy swoje. Dokładamy cegiełkę do polskiej kultury.

Co mnie martwi, to postępujący niedowład segmentu zinów. Nie jest ich dużo, sprofesjonalizowały się pod względem edycji i prezentowanego materiału, ale straciły jaja. Tutaj mają rację piewcy komiksowych lat '90, którzy pamiętają, że pomimo ogólnej masakry i kłód rzucanych pod nogi, w zinach wrzało, jak w tyglu. Ścierały się poglądy, eksperymentowano na dużą skalę. Skutkowało to często brnięciem w ślepe uliczki, ale trafiał się też świetny materiał, który jest pamiętany do dziś. Obecnie mamy bezwładny pęd ku poincie i prymat sitcomu. Rzemieślniczo sprawne komiksiki o niczym. To mnie zraża do zinów. Czytam komiksy twórców, którzy mają u mnie kredyt zaufania, ale czasami zaczynam wątpić, gdy widzę wszechobecną stratę czasu i marnotrawienie talentu na pierduły. Ale to jest tylko moja prywatna opinia, gdyż kibicuję mądrym, przemyślanym dziełom pisanym nie przez idiotów i nie dla idiotów. Tak więc w grę wchodzi kwestia targetu. Do zinów straciłem serce, nudzą mnie. Nawet nie chciało mi się robić przeglądu do ostatniego numeru "Ziniola". Raczej nie będę się więcej zajmował tą tematyką.

Co do samego "Ziniola", to w związku z (mam nadzieję, że tymczasowym) zdjęciem z ramion Dominika Szcześniaka wielkiego ciężaru przygotowania kolejnych numerów pisma, na pewno rozbuduje się jego mutacja internetowa. Polecam śledzić stronę magazynu i czekać na zmiany. Zakończenie wydawania magazynu u Timofa nie jest ostatnim powiedzianym słowem. Nie gasimy światła – wręcz przeciwnie. "Ziniol", jako marka w komiksowie nie zginie. Dominik ciągnie ten wózek już przez 50 numerów, hibernacje zdarzały mu się kilkukrotnie. Wiadomo jak to jest, gdy wszystkim zajmuje się jedna osoba. Do tematu chętnie wrócę za rok. Zobaczymy wspólnie, co "Ziniolowi" udało się zrealizować. Ja ze swojej strony postanowiłem pomóc i dla dobra publicznego uszczknąłem trochę czasu, który mógłbym poświęcić na doglądanie swojego blogaska. Na rzeczonym, nadal będę regularnie kibicował sobie. W końcu, nikt inny za mnie tego nie zrobi.

Tu mi się narzuca apel do twórców:

Kochani! Nikt za Was nie zajmie się promocją Waszych talentów. Po to mamy serwisy komiksowe takie, jak "Kolorowe Zeszyty", "Ziniol", "Komiksomania", "Aleja Komiksu", "Gildia" czy "Polter", aby z nich korzystać. Współtworząc je, pomagamy przede wszystkim sobie. Ideałem jest spokojna praca nad komiksami w zaciszu pracowni, ale czasami trzeba wyjść do ludzi i coś zaproponować. Weryfikacja, uwagi redaktorów, wymiana opinii, feedback – to wszystko jest bardzo ważne! Napierdalajmy, ale nie bądźmy odludami, bo stąd tylko krok do frustracji, zniechęcenia i ciśnięcia komiksami w kąt.

Zacznę od tego, że w tym roku znów miałem nogę w gipsie i to w czasie matur. Skoro już zostałem przymuszony do siedzenia w domu w maju, odebrałem to jako dostateczną karę za wszystkie występki i zamiast dokładać sobie nauki, zacząłem rysować drugi album. Skończyłem na stronie dwunastej. W wakacje naszkicowałem sześćdziesiąt stron albumu, ale innego. Potuszowałem jedną i odpadłem, to nie to. W te same (bo studenckie) wakacje dogadałem się z jednym scenarzystą i zaczęliśmy produkcję kolejnego, ale wciąż drugiego albumu. Wiem, że uda nam się go zrealizować, a relację z postępów będziecie mogli śledzić na blogu, który w tym roku stanie się czterolatkiem.

Jeśli chodzi o przygotowywanie "Kapitana Sheera", motywator blogowy sprawdził się w 100%. Dziękuję z tego kolorowego miejsca wszystkim komentującym, naprawdę bardzo nam pomogliście. Decyzja o wydaniu "Kapitana Sheera" zapadła ostatniego dnia Komiksowej Warszawy, album ukazał się na Bałtyckim Festiwalu Komiksu (przepraszam, że podczas spotkania ciągle kierowałem mikrofon w stronę głośników, wywołując poruszenie zebranych), więc tempo było słuszne. Rozumiem, że dla Kultury Gniewu nie była to łatwa decyzja wydawnicza i tym bardziej doceniam zaufanie, jakim nas obdarzono. Gdyby kogoś to ciekawiło – z Kulturą współpracuje się świetnie.

Wydaje mi się, że w tym roku pisano o komiksie więcej, niż dotychczas. Sam natknąłem się na parę wystąpień w telewizji i artykułów w prasie ogólnopolskiej. Przechodząc z powrotem na grunt osobisty, muszę przyznać, że nie spodziewałem się takiej ilości recenzji mojego komiksu. Pisano o nim w kilkunastych miejscach, od blogów po ogólnopolskie dzienniki, a także mówiono w radiowej Jedynce (audycja "Plus-Minus") i Radio Jarosław.

Na koniec może jeszcze o planach. Moim niespełnionym marzeniem, którego prób realizacji na razie się nie podejmuję, jest zilustrowanie jakiegoś artykułu w ogólnopolskim magazynie. Projektem, który leciutko zahacza o to marzenie, ale ma jednak inny wymiar, jest nawiązanie przeze mnie i Łukasza Grassa współpracy, której forma zostanie przedstawiona czytelnikom mojego bloga jeszcze w styczniu. W przerwie międzyświątecznej zapadła kolejna decyzja. Wraz z jedną z najzdolniejszych polskich rysowniczek komiksów zaczynam realizować nowy, duży i strasznie ciekawy od strony artystycznej projekt na cztery ręce. Więcej o tym przeczytacie tam gdzie zawsze, pewnie na przełomie stycznia i lutego (już wiadomo, że chodzi o komiks z Lagu i Lagu - przyp.red.)

Poza tym w 2010 roku nauczyłem się prowadzić samochód i robić placki z cukinii.


Rok 2010. Rok kryzysu. Wszystko się wali. Takie podobno chodziły słuchy. Dla mnie miniony rok był naprawdę udany. Co sylwester powtarzasz sobie, że wreszcie zmienisz coś w swoim życiu i nagle niespodziewanie dotrzymujesz danego sobie słowa. Ale tak patrząc dogłębniej – rozbijmy go na kategorie:

"The Movie": początkowo planowałem tylko trzy sezony, ale nie wytrzymałem bez tych postaci nawet roku. Czwarty sezon wrócił, ale pracy nawaliło tyle, że postanowiłem się powyręczać znajomościami. No i udało się też wbić do Stopklatki, co sprawiło, że mogłem podjąć ryzykowną decyzję porzucenia stałej, ciepłej posadki w firmie, która dostarczała mi weny na wieczne twitterowe narzekanie i wyprowadzić się na drugi koniec kraju. Doskonała decyzja i póki co jej nie żałuje. Czekały na mnie zlecenia, Stopklatka i cała masa innych rzeczy - w tym albumowe "TheMovie", które planuje od kilku lat. Powstały już trzy wersje początku, liczę, że rok 2011 pozwoli mi wreszcie opowiedzieć tę historię. Długo nie byłem pewny czy przedłużę "TheMovie" o piąty sezon. Niedawno jednak udało mi się znaleźć doskonałe rozwiązanie, aby "TheMovie" trwało dalej, ale w nieco innej formie niż dotychczas. Nie chcę jeszcze wchodzić w szczegóły, bo projekt jest wciąż w dość wczesnej fazie rozwoju.

"Robociki" seria, którą razem z Demem stworzyliśmy by tłuc ludzi na portalu bitwy.com, a potem jakoś tak przeszła do okazjonalnych szortów. W tym roku wznowiliśmy ich działalność głównie dzięki "Braku zrozumienia dla realizmu". Dzięki temu roboty powróciły w nowym "Kolektywie" i świątecznym specjalu na Kolorowych. Obecnie siedzę nad kolejną ich przygodą do ósmego "Kolektywu". Co dalej, to się okaże.

"Scientia Occulta": to trochę taki projekt roku. Miało być skromnie, a wyszło z pompą. Po skończeniu 3. sezonu "TheMovie" chciałem odpocząć i zacząć osobny paskowiec w innym klimacie. Wymyśliłem historię, narysowałem pasek i się ze wstydu schowałem, bo moja kreska do poważniejszych tematów zupełnie nie podchodzi. Zrobiłem to, co każdy by zrobił na moim miejscu - "przekonałem" Łukasza Okólskiego by to rysował. Zapieprzaliśmy solidnie, ale komiks udało nam się skończyć. W sprzedaży powinien być na Komiksowej Warszawie.

"Kolektyw": nasze dziecko rośnie i chowa się dobrze. Ma elegancki grzbiet i lepsze komiksy w środku. Jestem strasznie zadowolony ze strony, w którą magazyn zmierza. Nie będę ukrywał, że z moich serii również jestem zadowolony. To "Recours" i "Drużyna A.K", która zostanie przechrzczona na "Rycerz Janek przedstawia" i skupiać będzie różne szorty osadzone w uniwersum znanym z historii z Rycerzem.

Podkasting: "Schwing" się rozrósł. Dużo bardziej niż spodziewałem się tego, kiedy po pijaku namawiałem Konrada do nagrania pierwszego odcinka. Postanowiłem odejść po 100-tnym odcinku, ponieważ zaczynała mnie nużyć zabawa w radio. Mieliśmy lepszą organizację, lepszy dźwięk i systematyczność, ale drażniło mnie to, że nie mogę przeklinać i mówić bardziej kontrowersyjnych rzeczy. Nie musiałem ich mówić, ale brakowało mi tej psychicznej swobody, że w każdej chwili mogę. Brakowało mi tego luzu, który towarzyszył nam na początku. Tak właśnie narodziła się "Spuścizna". Chciałem gadać z kumplami na przeróżne tematy, bez obaw, że ktoś wyżej da mi po łapach, jeśli przemycę do wypowiedzi malutką "kurwę". Cały czas dorzucamy kolejne pomysły na urozmaicenie podcastu, więc myślę, że zanim dojdziemy do 10 odcinka formuła "Spuścizny" powinna być już porządnie opracowana. Póki co motamy się z kwestiami technicznymi i organizacyjnymi, ale to przecież zabawa, więc nie ma się co spinać, prawda?

Imprezy: Było ich dużo. To był dla mnie naprawdę imprezowy rok. Postanowiłem nie opuszczać komiksowych spotkań i jeśli dobrze liczę, to jedynie Leszka w tym roku nie zaliczyłem. O każdej z nich da się powiedzieć coś miłego:

- Ligatura: Bawiłem się doskonale, mimo przeziębienia (które skutecznie odeszło kiedy zacząłem popijać Tabcin piwem). Udało mi się nawet poznać moją dziewczynę.
- Wąsata premiera: Śledziu, Kolektyw i Marek Lachowicz. Wszyscy zapuściliśmy wąsy i bawiliśmy się przednio. Zaskoczenie wieczoru to darmowy egzemplarz "Osiedla Swoboda" (w życiu bym się nie spodziewał, że narysowanie jednego, malutkiego pinupu zapewni mi egzemplarz "autorski"), czyli bonusowa kasa w kieszeni do przepicia. Co też zrobiłem.
- FKW: Cudowna impreza, przynajmniej dla mnie. Cała masa znajomych twarzy i bar z alkoholem pod ręką. Największe zakupy w moim życiu. Do domu przywiozłem chyba 11kg komiksów i odciski na dłoniach od noszenia torby.
- Bydgoszcz: kameralny wieczór z tańczącym KaeReLem i naprawdę niesamowitym hostelem. Tanio i na wysokim poziomie. Cztero-gwiazdkowy hotel w którym nocowałem na wyjeżdzie służbowym nie był tak przytulny.
- BFK: striptiz, komiksy i plaża. Czego chcieć więcej od wyjazdu nad morze?
- MFK: jak zawsze klasa. Wielkie wydarzenie, duża impreza i kupa zabawy. Gdybym tylko nie rozchorował się na samo after-party. Ale wspominam bardzo miło!

Rok temu pisałbym te słowa w mieszkaniu rodziców, zapewne o godzinie 22, bo trzeba będzie szykować się do snu. Obecnie jest godzina 3:13, mieszkanie rodziców jest prawie 600 km stąd, a ja jutro wstanę pewnie po 12 i zacznę poprawiać ten tekst. Usiądę wygodnie, podrapię się po brodzie, łyknę herbaty i z uśmiechem spojrzę na 2011 rok. Rok w którym dostanę w łapki mój pierwszy gruby twardo-okładkowy album. Rok w którym po raz kolejny zabiorę się za "Festiwal Filmowy". Rok, który jeśli Wszechświat pozwoli, będzie przynajmniej w połowie tak dobry, jak poprzedni. Czego sobie i wam życzę. Chyba, że wasz rok 2010 ssał. Wtedy nie.

Rok 2010 minął bardzo szybko. Do takiego stopnia, że sprawy, które działy się w 2009 roku, mieszają mi się z rokiem ubiegłym. Osiemdziesiąt procent mojego "wolnego" czasu poświęcałem na robienie komiksów. Większą część zabierał mi jeden projekt, nad którym od wielu lat pracuje i chciałbym ukończyć go w tym roku. Mam na myśli "Szelki" do scenariusza Jerzego Szyłaka.

Trzydzieści procent ze stu zajęły mi krótkie formy stworzone z różnymi autorami. Wolna ekspresja komiksowa "Filtr codzienności" z Dominikiem Szcześniakiem, "Egzamin z Norwidem" do scenariusza Pawła Timoiejuka, który ukazał się w "Przewodniku po Warszawie", "Mendy", zrobione razem z Pawłem Kumpiniewskim do zina "Biceps". Tam również ukazał się jednoplanszowy komiks bez tytułu, który popełniłem z Przemysławem Pawełkiem. Zrobiłem też kilka krótkich historyjek, które nie miały ukazać się w druku. Powstały od tak, po prostu. Wolne formy, wolne myśli. Natchnienie wywołane chwilą. Są to komiksy: "Muzyka", "Początek końca", "Magik", "Dziecięce zabawy" i "XXX". Resztę czasu poświęcam robieniu ilustracji i innych projektów graficznych. Niestety większą część mojego życia zabiera praca (tak to już jest, z tą pracą), która pozwala mi kupować komisy w Empiku, a nie czytać komiksy w Empiku.Inaczej mówiąc - mam na chleb. Jak najwięcej czasu staram się poświęcać ludziom mi bliskim. Najgorsze jest to, że to bardzo mało czasu.

Z rokiem 2010 zakończyłem współpracę z "Ziniolem", która polegała na przerabianiu obcojęzycznych tytułów w komiksach zagranicznych na tytuły polskie. Podobnie było z onomatopejami. Mam nadzieję, że nie przez to magazyn znika z półek. W 2010 roku w kilku głowach urodziło się parę projektów, które są w fazie powstawania... Pozdrowienia dla tych, którzy wiedza, że o nich mowa!

Jeśli chodzi o polską scenę komiksową w 2010 roku, to w mojej ocenie, pod względem tytułów wydanych na naszym rynku, było słabiej niż w roku ubiegłym. Ale pod względem imprez znacznie, znacznie lepiej! Świetna organizacja, super atmosfera, wiele atrakcji. Oby tak dalej!

środa, 20 października 2010

#589 - Biceps nr. 01, czyli "ej, zróbmy sobie zina!"

"Biceps" okrutnie mnie zaskoczył, kolejny raz udowadniając, że Kraków leży na peryferiach komiksowego środowiska. O nowym zinie redagowanym przez tercet arcz, TeO i Ystad (w skrócie – kolektyw wydawniczy ATY) musiały chodzić jakieś kawagardowe ploteczki i kto miał wiedzieć, ten i tak wiedział, ale do mnie żadne wieści nie docierały. Oczywiście Łukasz coś tam półgębkiem wspominał, że pochłonięty jest przez jakieś papierowy projekt, ale gdzieżbym się spodziewał, że do Łodzi przywiezie swój własny komiks!
Pisanie o pierwszym numerze "Bicepsa" z pewnością będzie łatwiejsze niż konwentowe spotykanie się "w realu" z Łukaszem, którego znam już od dobrych kilku (czterech? - dwóch z kawałkiem! a.) lat, a ciągle czuje się trochę niezręcznie, jak nie przymierzając Pstrąg przy Śledziu. W sensie, że taki nieśmiały jestem. W przypadku recenzji jego komiksu, którego jest współredaktorem nie ma się co krygować!

Pomysł na "Bicka" narodził się w jednej z warszawskich knajpek, którą nie była jednak osławiona Kawangarda, tylko w Bar u Flisa. Wspomniany już Łukasz Mazur, a także Mateusz Trąbiński i Jacek Jastrzębski chcieli mieć własnego zina, który wpisywałby się w piękne tradycje rodzimej xeroprasy. W dobie komiksowego kryzysu i w czasach, kiedy ziny wychodząc z podziemia, stają się głównonurtowymi magazynami (przypadki "Jeju!"/"Kartonu", "Kolektywu" i "Ziniola") wydawałoby się, że takie spontaniczne przedsięwzięcia, robione przez zapaleńców dla czystej zabawy nie mają już racji bytu. Łukasz, Mateusz i Jacek udowadniają, że wcale tak nie musi być.

Graficznie rzecz biorą "Biceps" prezentuje się pysznie. Pozbieranych z różnych rejonów Polski (i nie tylko) artystów, różniących się stażem i komiksowym stylem łączy jedno – świetnie rysują. Wojciech Stefaniec, Daniel Grzeszkiewicz, Tony Sandoval, Marcin Podolec w nowym (znakomitym!) wcieleniu i reprezentant starej szkoły, Jacek Skrzydlewski, to prawdziwa pierwsza liga. Niestety, scenariuszowo nie jest już tak różowo i tak naprawdę trudno znaleźć coś, co by się wyróżniało się z typowej, zinowej młócki robionej dla kumpla. Natomiast ekipa "B" wpadła na kilka znakomitych pomysłów z "Na chłopski rozum/Babskie gadanie", kulinarnym kącikiem czy komiksową krzyżówką na czele. Szkoda, że to tylko smakowite rodzynki, umilające smak głównego, dość nijakiego, dania. Życzyłbym sobie więcej tego typu atrakcji w kolejnych numerach.Natomiast wszystko wskazuje na to, że mocną stroną "Bicepsa" będzie publicystyka. Redakcji udało się zebrać mocną kadrę ludzi umiejących o komiksie ciekawie pisać (Szymon Holcman, Tomasz Pstrągowski, Przemysław Pawełek oraz Andrzej Janicki w dość zaskakującej roli kulinarnego publicysty). Mam nadzieję, że do ekipy kilka piór jeszcze dołączy. Nieśmiało sugerowałbym mistrza ciętego felietonu Karola Kalinowskiego i pigułowe wcielenie Dominika Szcześniaka. Na tym tle dość niemrawo prezentują się teksty TeO i Ystada, a recenzje niepotrzebnie zajmują miejsce i powinny wylądować na stronie, albo tu, na Kolorowych Zeszytach.

Po zaliczeniu pierwszego "Bicka" miałem podobne wrażenia, co po przeczytaniu premierowego "Kartonu". Bo to niby szybka, lekka i w założeniach przyjemna lektura, ale szału nie ma. Miałem spore wątpliwości, co do potencjału magazynu kultury cartoonowej, ale z czasem zostały one całkowicie rozwiane. "Karton" wyrobił sobie swój charakter, kilkoma komiksami zbudował dobrą markę i tego przede wszystkim wypada życzyć ekipie "Bicepsu" – czegoś, czym będą się wyróżniali na rynku, czym będą mogli przyciągnąć czytelników. Nie licząc kilku fajnych patentów i publicystyki na razie jest dość nijako. W perspektywie Komiksowej Warszawy, na której ma ukazać drugi numer, warto oprócz masy, wyrabiać również charakterność.

środa, 7 lipca 2010

#496 - Kapitan Sheer na dwa głosy

Marcinowi Podolcowi zapewne ciąży etykietka najbardziej obiecującego talentu wśród młodych komiksiarzy, przysłowiowej "ostatniej nadziei białych" i z chętnie by się jej pozbył. Popularny "Kolec" bardzo wcześnie zaczął swoją przygodę z opowiastkami obrazkowym. Mając zaledwie 17 lat narysował pełnometrażowe "Ser-ce", będące albumem „na zlecenie”. Wypada więc uznać, że to właśnie "Kapitan Sheer" jest pełnoprawnym debiutem Podolca, przygotowanym wespół z Robertem Wyrzykowskim, jako współscenarzystą.

Janusz Topolnicki:

Kiedy, jeszcze przed lekturą, przekartkowałem "Kapitana Sheera", odniosłem wrażenie, że jest to komiksowy odpowiednik poematów prozą. I w gruncie rzeczy nie pomyliłem się. Tytułowy Kapitan oraz jego pomocnik Bosman opowiadają nam o przyjaźni, problemach, kobietach i sztuce, spajając to wszystko kilkoma motywami przewodnimi. W moim przypadku ten gatunek liryki kojarzy się wręcz synonimicznie z "Paryskim Splinem" Charlesa Baudelaire'a, a to oznacza, że przed autorami stoi trudne zadanie bym po lekturze powiedział "dobre to". A to dlatego, że trzeba sporo mądrości (a może bardziej doświadczenia?) życiowej i bardzo lekkiego pióra, by w kilku zdaniach zawrzeć ciekawą myśl i jeszcze trafnie ją spuentować. Czy Marcinowi Podolcowi i Robertowi Wyrzykowskiemu ta sztuka się udała?

Przygody dwóch szczurzych wilków morskich płyną w tej historii jakby dwutorowo. Z jednej strony mamy fabułę, która porusza szerokie spektrum problemów i zagadnień. Czasem są to rozmyślania o Bogu, pięknie i marzeniach, a innym razem o kobiecych piersiach, piłce nożnej czy ludzkiej próżności. Niektóre z nich są naprawdę zabawne, ciekawie skonstruowane albo (te najlepsze) po prostu trafne. Jednak zdarzają się również historyjki delikatnie mówiąc niezrozumiałe, a nawet i banalne. Podobnie sprawa wygląda z tłem tych wszystkich "rozważań", czyli przyjaźnią między Kapitanem a Bosmanem. Kadr po kadrze poznajemy ich relacje, które tylko z pozoru są "służbowe", w rzeczywistości będąc prawdziwą męską (szczurzą?) przyjaźnią, w której jest miejsce na różnicę poglądów, odrobinę złośliwości i poszanowanie potrzeby prywatności i życiowej przestrzeni. I tylko sama końcówka komiksu odrobinę razi, ponieważ jest ona tak brutalnie dosadna, jakby autorzy bali się, że czytelnik nie zrozumie więzi, jaka łączy bohaterów.

Na szczęście "Kapitan Sheer" ma jeszcze drugą stronę medalu. A jest nią zabawa komiksową materią i formą, która momentami sprawia, że przygody Kapitana i Bosmana stają się wręcz metakomiksem. Pokazuje on jak potężnym i różnorodnym środkiem przekazu może być "historyjka z dymkiem". Pozornie wygląda to tylko na starania by "monotonne tło" i "brak akcji" nie nudził czytelnika. Dlatego od samego początku musi on sprostać nietypowym kadrom, które zmuszają do obracania komiksu, układania puzzli, zagrania w grę planszową czy przejścia labiryntu. Ale do tej interaktywnej lektury dodano jeszcze opowieść o komiksie samym w sobie. Poznajemy w niej losy "kolorowego zeszytu" - od powstania, krytyki i chwil "sławy" aż do reedycji, a na końcu całość zamknięta jest przewrotną klamrą kompozycyjną. Wszystko to sprawia, że "Kapitan Sheer" jest bardziej opowieścią o komiksowym medium (jego oryginalnych możliwościach i ograniczeniach jako formy, oraz losów gotowego produktu) aniżeli o dwóch szczurach na pełnym morzu. To hermetyczna zabawa z tematem, a zarazem możliwość "poznania" naszego środowiska (bagienka? ryneczku?) od strony zabawnych niuansów.

Na końcu, zgodnie z maksymą "last but not least", muszę w pełni i bez jakiegokolwiek "zająknięcia" pochwalić stronę graficzną komiksu. Choć dla niektórych mogą to być "tylko" dwa szczury na tle morskiej pustki, to dla mnie są to "aż" dwa szczury (nie licząc gościnnych występów), które w opowieści nastawionej na treść eksplodują szczegółem mimiki i ruchem. W doskonały sposób współgrają z opowieścią, nie przysłaniając jej ani odrobinę. I chwała im za to. Ponieważ choć Marcinowi Podolcowi i Robertowi Wyrzykowskiemu nie udało się "dorównać" do "Paryskiego Splinu" (tak naprawdę nigdy się tego nie spodziewałem), to stworzyli oni fantastyczną opowieść o komiksie, którą śmiało można polecić jako elementarz historii obrazkowych....

Kuba Oleksak:

Z "Sheerem" Marcin Podolec porwał się na niesamowicie ambitne zadanie. W formie humorystycznych jednoplanszówek postanowił ubrać swoje refleksje zarówno o sprawach ważnych i ważniejszych, jak i tych nieco mniej istotnych. Przemyślenia o sensie życia, miłości, kobietach, ludzkiej, czy też raczej szczurzej naturze i innych ważkich i uniwersalnych sprawach przeplatają się z dywagacjami o serze, piłce nożnej czy… komiksie. Błaha codzienność i głupie żarty Kolec chciał pogodzić z delikatnie filozofującymi treściami w stylistyce "nieśmiesznego humoru". Bo "Kapitan Sheer" nie jest właściwie zabawny, w tym sensie, że jego lektura owocuje salwami śmiechu. Wzbudza raczej delikatny uśmieszek w kącikach ust konceptem, wyrafinowaną formą, jakimś celnym spostrzeżeniem. W większości takie "żarty" Podolca są bardzo udane, pomysłowe i celnie spuentowane, choć nie uniknął kilka wpadek.

Nieco gorzej rzecz ma się z ich przedmiotem, treścią. Z dwóch głównych bohaterów komiksu, szczurzych marynarzy, Sheera i Bosmana, pływających po morzach w puszcze po sardynkach, bardzo często wyłazi Marcin Podolec. Dla mnie było to uczucie bardzo wyraźne. W przygody i rozmowy bohaterów wplecione zostały przemyślenia ich autora, dziewiętnastoletniego maturzysty. I trafiają się naprawdę udane koncepty, świetnie rozpisane na komiksową grę słowa z obrazem. Te komiksy są zdecydowanie najlepsze w albumie. Ale zdarzają się też rzeczy niepotrzebnie wydumane ("Kapitan Sheer i włosy"), boleśnie ślizgające się po powierzchni ("Kapitan Sheer i włosy") czy zwyczajnie banalnie ("Kapitan Sheer i ananas"). Zdecydowanie lepiej wychodzą przekomarzanki Sheera i Bosmana, niż kiedy silą się na domorosłą filozofię życiową.

Zupełne inaczej rzecz ma się w przypadku formy. Kolcowi-komiksiarzowi, w przeciwieństwie do Kolca-myśliciela, nie można wiele zarzucić. Autor, pomimo młodego wieku, dysponuje świetnym, komiksowym warsztatem. Ma pewną kreskę, która może się podobać. Świetnie czuje język narracji obrazkowej, nie boi się bawić fakturą dymków, kadrów, układem planszy. Stara się wykorzystywać wszystkie możliwości, jakie zapewnia mu komiksowa forma. Bardzo zgrabnie wplótł w rejs Sheera i Bosmana wątek autotematyczny, dotyczący procesu tworzenia komiksu, przedstawiania go czytelnikowi i jego krytyce. W tym fragmencie, który w finale bardzo zgrabnie spina cały album, czuć autentyczność, czuć pazur, którego brakuje całości. "Kapitanowi Sheerowi" bowiem brakuje siły, brakuje charakteru, komiks jest mało wyrazisty, nie angażuje, nie połyka swojego odbiorcy. Przynajmniej tak było w moim przypadku.

Niemniej, jeśli Marcin Podolec regularnie będzie doskonalił swoje komiksowe skille, to jestem strasznie ciekaw owoców jego pracy za następne pięć, dziesięć i piętnaście lat. Warsztat ma, potrzeba teraz, żeby okrzepł, jako twórca. Z całą pewnością "Kapitan Sheer" to najciekawszy komiksowy debiut od czasów Daniela Chmielewskiego i jego "Powidoku". Kolec z pewnością dysponuje wielkim potencjałem i na razie musi mu wystarczyć, że (wciąż!) będzie uchodził za młodego, zdolnego i obiecującego.

wtorek, 22 czerwca 2010

#485 - "Lubię taki nieśmieszny humor" - wywiad z Marcinem "Kolcem" Podolcem

Bosman i Kapitan Sheer szturmem wzięli siedzibę redakcji Kolorowych Zeszytów. Swoimi pirackimi sposobami przymusili nas do zmiany wyglądu strony oraz przeprowadzenia wywiadu z Marcinem Podolcem, współscenarzystą i rysownikiem albumu, w którym te dwa sympatyczne szczury odgrywają główną rolę. Popularny Kolec opowiada nie tylko o pracy nad "Kapitanem Sheerem", który (przypominamy!) ukaże się 26 czerwca 2010 roku, na Bałtyckim Festiwalu Komiksu, ale i o wypalaniu się, przyszłych planach jak i koszykówce. Zapraszamy na wywiad!


Kolorowe Zeszyty: Skąd wziął się w Twoim życiu komiks? Od czego zaczynałeś?
Marcin Podolec: Rysowanie na poważnie zaczęło się w gimnazjum, kiedy założyłem bloga i dwa miesiące później narysowałem dziesięciostronicowy komiks o Piłsudskim. Zaproszono mnie do Warszawy, było z tym dużo zamieszania i ekscytacji, i teraz z sił rozpędu po tym pierwszym sukcesie już tak sobie rysuję od ponad trzech lat. Zaczynałem od uszu powyżej oczu, wielkich, rozpłaszczonych nosów i kolorów z photoshopowego próbnika. W 2008 roku Wojtek Birek powiedział, że wyrobię sobie własny styl pod koniec liceum. Stylu ciągle szukam, ale coś już się klaruje i jestem zadowolony z coraz większej ilości rzeczy.

Masz na koncie kilka triumfów w konkursach komiksowych. Powiedz, ile tych konkursów w ogóle było? Jest jakaś uniwersalna recepta na wygrywanie?
Właściwie wygrałem tylko jeden z konkursów, w których startowałem. A nawet w tym jednym jedynym było "coś ponad", czyli grand prix dla dziewczyny, która namalowała olejny portret Piłsudskiego. Oczywiście przyjemnie wygląda ta lista "wyróżnienie, drugie miejsce, drugie miejsce...", ale tkwi w tym jakiś niedosyt. Nie nagród, ale rozwoju, bo od razu czuję, że mogłem lepiej. Miesiąc-dwa temu skończyłem liceum z paskiem i kilkoma nagrodami, mimo to czuję się niesamowicie tępy. Tak samo miewam z konkursami. Ale polecam je, jako formę treningu, młodszym ode mnie komiksiarzom, bo powoli zaczynają się tacy ujawniać. I wkurza mnie, jak małe wsparcie dostają od środowiska.

Co masz na myśli mówiąc, że młodzi twórcy dostają małe wsparcie od środowiska? Chodzi o jakichś konkretnych twórców i brak jakichś konkretnych działań?
Znajomy wysłał do wydawcy swój komiks i długo czekał w napięciu na odpowiedź. Miał wszystko porządnie opracowane na miarę swoich możliwości, cieszył się na ten komiks, bo poświęcił mu trochę życia. Zapytałem wydawcy, czy dostał od niego materiały i otrzymałem odpowiedź, że postanowił "popierdolić" mojego znajomego. Kto ma mówić młodym rysownikom, co robią dobrze, a co źle? Goście na forach? Głupio było mi przekazać nawet, że "wydawca nie jest zainteresowany". Kurde, rzadko zdarza się, żeby ktoś w wieku 16-17 lat usiadł i narysował album od początku do końca. Myślę, że jeśli nie na wydanie (o wydaniu z zapłatą nie wspominając), autor, szczególnie tak młody, zasługuje przynajmniej na szeroki komentarz i szacunek. Ktoś w końcu (PSK?) powinien otworzyć dla młodych rysowników specjalny adres mailowy plus stronkę z tutorialami, informacjami o narzędziach, ogłoszeniami o konkursach, kontaktami do scenarzystów, którzy szukają współpracowników.
Może przejdziemy do "Kapitan Sheera"", bo o nim najbardziej chciałem z Tobą porozmawiać. Wydaje mi się, że jest to dość nietypowy komiks – niby cartoonowe jednoplanszówki, ale nie do końca humorystyczne, zabawne. A właściwie anty-humorystyczne...
Lubię taki, hm, nieśmieszny humor. Słyszałem już przez to, że te historyjki są nudne albo nie spuentowane jak należy. Zobaczymy, co wymyślą recenzenci. Liczę na dużo opinii po premierze, niekoniecznie muszą być one pozytywne. Ważne, by o komiksie mówiono i dyskutowano, niech każdy pisze, jak potrafi. Jeśli coś może mnie teraz zniechęcić do pracy, to przemilczenie "Kapitana Sheera".

… co w polskim bagienku komiksowym zdarza się dość często. Czy podczas pracy nad "Sheerem" miewałeś już jakieś chwile zwątpienia, dramatyczne spadki formy?
"Kapitan Sheer" to komiks, do którego jestem przywiązany bardziej, niż do innych. Nie miałem spadków formy, rysowałem chętnie, ale zdarzały się przerwy w tworzeniu. Przeważnie zajmowałem się wtedy jakimiś szortami na konkursy. Kiedy rysowałem szczury, wieczorami brałem zapas słodyczy, herbatkę i barykadowałem się w pokoju. W godzinę miałem gotowy tusz, w drugą cały odcinek. Najdłużej rysowałem "Labirynt" - trzy dni. Podczas rysowania nauczyłem się niemal całego "Mojego wydafcy" Kultu na pamięć. Czy wątpiłem? Nasz bohater był chętnie publikowany i zbierał właściwie same pochlebne recenzje, według mnie często nawet niezasłużenie i na wyrost. Nie licząc słabo przyjętego odcinka "Przystań" (obecnego w antologii "Bostońskie małżeństwa"), który w albumie jest jedynie ½ mojego zdania w podjętym temacie, jedyną konkretną krytyką, jaka spadła na Sheera, był głos Szymona Holcmana na Motywie Drogi. Myślę, że wydanie tego komiksu w Kulturze Gniewu to całkiem urocza puenta i odpowiedź na to, czy warto w ogóle wątpić.

No właśnie, Twoim właściwym debiutem będzie "Kapitan Sheer", wydany w oficynie publikującej prace Clowesa, Hornschemeiera, Tomine. W dodatku pojawił się on na stronie Top Shelf 2.0, słowem - zaczynasz z bardzo wysokiego pułapu. Jak się z tym czujesz? Co dalej - album dla Fantagraphics, seria dla Glenat?
Coraz częściej czuję się jak Pan Blaki w "O sławie". I mówię to z przymrużeniem oka z racji pełnej świadomości puenty tego epizodu.

Pytam o to także w kontekście tego, co powiedziałeś przedtem. Nie boisz się, że wymagania wobec "Kapitana Sheera" będą mocno wyśrubowane z różnych powodów? Przyznam, że ja mam bardzo duże oczekiwania po tym, co zobaczyłem. No i fetyszyzuje trochę KG, bo wiem, że Szymon Holcman i jego współpracownicy byle czego by nie wydali…
Wydaje mi się, że gdyby cały komiks był na takim poziomie, jak plansze publikowane w sieci, Kultura Gniewu nie wydałaby tego komiksu. Poważnie, najlepsze dopiero przed wami. Dziękuję w tym miejscu wszystkim, którzy wsparli nasz projekt gościnnymi rysunkami. Myślę, że wszystkie prace w galerii zrobią na was odpowiednie wrażenie.Nasz współredaktor z Kolorowych Zeszytów, Robert Wyrzykowski, anonsowany jest jako współscenarzysta. Powiedz, jak Ci się z nim współpracowało? Jak wyglądał Wasz podział obowiązków?
Robert maczał palce w jakiejś 1/4 scenariuszy (pisał własne lub pomagał przy moich), krytykował i wychwalał odcinki, które robiłem samodzielnie, pomógł w zdobywaniu guestartów do albumowej galerii i dzielnie tłumaczył odcinki na Top Shelf 2.0. To był mój pierwszy tak poważny projekt komiksowy, więc fakt, że mogłem mu pokazać każdy odcinek i pogadać o bohaterach, pozytywnie wpływał na mój komfort psychiczny. Zaprosiłem Roberta do współpracy, kiedy jeszcze nie przypuszczałem, że "Kapitan Sheer" będzie albumem. Mimo że miał teoretycznie dużo mniejszy wpływ na wygląd całości niż ja, nie wyobrażam sobie, by zabrakło go na okładce. Na pewno jeszcze zrobimy razem jakiś komiks, niekoniecznie nowego "Kapitana Sheera".

Parafrazując tytuł jednej z pierwszych antologii wydanej przez Kulturę Gniewu - "I co dalej z Kapitanem?" Czy planujecie pracę nad nowymi odcinkami "Kapitana Sheera", czy to już zamknięty rozdział?
To, czy powstanie nowy "Kapitan Sheer", uzależniam głównie od reakcji czytelników na pierwszą część. Chętnie wrócę do tych postaci, ale raczej przejdę na kilkustronicowe historie. Myślę, że dobry wynik sprzedaży tomu, który wyjdzie w czerwcu, będzie oznaczał zielone światło dla drugiej części. Gdyby jednak czytelnicy odrzucili szczury, mam już pomysły na kilka innych albumów. Zobaczymy, jak będzie z motywacją.

"Kapitan Sheer" to zaledwie początek. Co dalej, zatem? W jakim komiksowym kierunku zamierzasz udać się teraz?
Chciałbym pozbyć się niedojrzałości w kresce i dialogach. Zacząłem już rysowanie drugiego albumu, który tym razem piszę i rysuję w 100% samodzielnie. Znów będzie o beznadziei, ale w zupełnie innej formie. Tym razem bohaterami są ludzie (w "Kapitanie Sheerze" nawet nie pada słowo "człowiek"), a jeśli chodzi o warstwę formalną komiksu, jest on czarno-biały, gęsto kreskowany. Bardzo go lubię. Małe fragmenty z pola boju wrzucam co jakiś czas na bloga, ale nie cieszą się one szczególnym zainteresowaniem. Na szczęście osoby, którym podsyłałem kilka gotowych plansz wyrażały się o nich niesłychanie ciepło. Mam już 1/5 albumu.

Możesz już coś więcej na ten temat powiedzieć, czy jest na to jeszcze za wcześnie?
Mogę zdradzić, że w dedykacjach do "Kapitana Sheera" zawarliśmy z Robertem tytuł mojego nowego albumu.

Współpracowałeś do tej pory z wieloma komiksiarzami - zarówno jako rysownik i jako scenarzysta. Stworzyłeś też wiele komiksów w pojedynkę. Jakie wskazałbyś zalety i wady poszczególnych rozwiązań?
Tworzenie w duetach uczy pokory, nieraz zmusza do kadrowania innego, niż to, do którego przywykliśmy, narzuca upychanie tekstów tam, gdzie nam pasowałby niemy kadr. Nie wiem, gdzie byłbym teraz, gdyby nie kilka korekt do każdego komiksu, kiedy zaczynałem w 2007 roku rysować dla Roberta Wyrzykowskiego. Wada, która później często przestaje być wadą, to wpieprzanie się z rysowniczymi butami na teren scenarzystów. Osobiście robię tak bardzo często i przekręcam po swojemu to, co napisali inni. Później podziwiam ich cierpliwość, która jest w tym przypadku sumiennie wypracowaną zaletą. Nad kolejnymi albumami chcę pracować sam. Krótkie historie wolę robić w zespole.

Właśnie skończyłeś szkołę średnią i zdajesz na łódzką filmówkę. Jakie masz plany co do swojej przyszłości w bliższej i dalszej perspektywie? Jakie miejsce zajmuje w nich komiks? Chciałbyś zająć się nim "zawodowo"?
Jeśli dostanę się na animację, potraktuję ją jako źródło utrzymania, a komiksy będę robić takie, jakie chcę, a nie takie, które mi ktoś zleci. Myślę, że będzie to korzystne rozwiązanie. W to, że znajdę na wszystko czas, póki co nie wątpię. Jeśli nie dostanę się na animację, możliwe, że rzucę wszystko w cholerę.
Swoją przygodę z komiksem na poważnie zacząłeś bardzo wcześnie. Przed dwudziestką masz na koncie dwa albumy, szereg szorciaków i nieźle wyrobione nazwisko. Nie boisz się, że szybko się wypalisz, znudzisz się komiksem? Jest sporo komiksiarzy, którzy z różnych powodów rzucili w diabły tworzenie komiksów i trzymają się od nich z daleka…
Przez te trzy lata rysowania na poważnie wypaliłem się już kilka razy. Potrzebuję dużo bodźców z zewnątrz: lubię, kiedy ludzie mailują, zagadują na konwentach albo nabijają wejścia na bloga. Na pewno znów się wypalę, jeśli będę się brał za projekty, na które nie mam ochoty. Muszę nauczyć się selekcjonować pomysły i powinno być w porządku. Ostatnio czuję niemoc, kiedy rysuję poprawnie, ale nie zaskakuję sam siebie. Co ciekawe, podczas tworzenia 70 plansz "Kapitana Sheera" takiego problemu nie miałem ani razu.

I na zakończenie pytanie najważniejsze. Ja po zakończeniu każdego sezonu ocieram łzy patrząc na osiągnięcia New York Knicks i z coraz większym rozkrzewieniem wspominam dobre czasy zespołu z Madison Square Garden. Komu Ty kibicujesz i dlaczego?
Dawniej kibicowałem Milwaukee Bucks, bo mieli ohydne stroje. Byli fantastycznie kiczowaci i kiedy taki kiczowaty Michael Redd trafiał trójkę za trójką, było w tym coś mistycznego. Lubiłem też Los Angeles Clippers, ale prawie nigdy nie transmitowano ich meczy. Moim ulubionym zawodnikiem był świeżo wybrany w drafcie Dwight Howard. Sam nie gram już w kosza od trzech lat, więc aktualnie nie śledzę NBA tak jak kiedyś, nie mam ulubieńców, ale cieszę się, kiedy Gortat zagra dobry mecz.