W potocznym języku bajką nieprawidłowo określa się film animowany, a po prawdzie termin ten odnosi się do literaturoznawstwa i nazywa jeden z gatunków literackich. Za jego pomocą określa się zwięzły utwór epicki, nierzadko wierszowany. Ma ona charakter dydaktyczny - zawiera w sobie morał wyrażający jakąś życiową prawdę. Bywa wyrażony wprost lub nie, znajduje się na samym początku lub na końcu utworu.
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Wydawnictwo Roberta Zaręby. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Wydawnictwo Roberta Zaręby. Pokaż wszystkie posty
piątek, 17 czerwca 2016
wtorek, 24 maja 2016
#2143 - Tim i Tom na Dzikim Zachodzie
"Tim i Tom na Dzikim Zachodzie" to jeden z pierwszych tytułów, który ukazały się nakładem wydawnictwa Kameleon, wcześniej znanego jako Wydawnictwo Roberta Zaręby. Jednocześnie jest to pierwszy komiks tego edytora przeznaczony dla najmłodszych czytelników. Z jednej strony mamy do czynienia z zupełnie nową jakością edytorską. A jak z jakością samego komiksu?
wtorek, 19 stycznia 2016
#2054 - Rok 2015 wg. wydawców (3)
W trzeciej odsłonie podsumowania roku według wydawców swoimi refleksjami dzielą się z Wami Wojciech Szot z Wydawnictwa Komiksowego, Arkadiusz Dzierżawski ze Studia Lain, Robert Zaręba ze Strefy Komiksu oraz Anna Nowacka-Devillard z Wydawnictwa Widnokrąg.
piątek, 22 sierpnia 2014
#1720 - Likwidator. Szorty
W „Szortach” Ryszard Dąbrowski w pewnym sensie wraca do korzeni swojego najsłynniejszego bohatera. Esencją Likwidatora były bowiem zawsze krótkie, zwięzłe historie, w których bohater rozprawiał się ze swoimi antagonistami. Zarówno werbalnie, kompromitując poglądy przeciwnika, jak i niewerbalnie – mordując go w tyle brutalny, co efektowny sposób.
środa, 29 stycznia 2014
#1513 - Zygmunt Similak. Shorty
"Shorty" to już drugi, po "Story Arcie?", zbiór prac łódzkiego satyryka i twórcy komiksowego Zygmunt Similaka, który ukazuje się pod szyldem Strefy Komiksu. Kolejny - "Chochliki" - widnieje w zapowiedziach Wydawnictwa Roberta Zaręby i można spodziewać się jego premiery pod koniec 2014 roku.
piątek, 24 maja 2013
#1297 - Story Art?
Robert Zaręba, wydawca, scenarzysta i głównodowodzący Strefy Komiksu, pisze, że trzeba być prawdziwym ponurakiem, żeby podczas lektury „Story Artu?” nie zaszczycić graficznych wiców Zygmunta Similaka jednym czy dwoma uśmiechami. Cóż, być może jestem właśnie takim ponurakiem, bo jedynym uczuciem, jakiego doświadczyłem podczas czytania tego albumu było narastające znudzenie.
Oczywiście, można zasłaniać się tym, że przecież każdego śmieszy coś innego, że gustujemy w różnych rodzajach dowcipu. Ale jak to jest, że to akurat Similak mnie nie bawi, a przy Wilq, Paroovce, pewnym Jeżu, a nawet Demie pokładam się ze śmiechu? To ze mną jest coś nie tak, czy jednak z Similakiem, który jak śmieszy, jak nie śmieszy?
Na album „Story Art?” składają się krótkie humorystyczne opowiastki. Zwykle zamykają się w jednym, pojedynczym satyrycznym rysunku, rzadziej trafiają się historyjki mające po dwa, trzy kadry, a statusem prawdziwych unikatów cieszą się całostronicowe, jednoplanszowe fabuły. Te znajdują się na samym końcu albumu i są zdecydowanie najsłabsze. Prace Similaka zamknięte są w dość ograniczonym kręgu – widać, że tematycznie ograniczone są do dowcipów o nieudolnych policjantach i cwanych złodziejach, przygłupich dresiarzach, skąpych księżach oraz dolach i niedolach małżeńskiego pożycia. O, brakuje chyba dowcipów o teściowych i blondynkach, aby zbiór konwencjonalnych, opartych na stereotypie humoresek był kompletny. Pamiętacie może takie groszowe gazetki z dowcipami, które można kupić w każdym kiosku za rogiem dobrych kilka lat temu? To ten sam typ żartu. Archaicznego, kojarzącego się z szkolnym korytarzem. Zresztą autor „Story Artu?” publikuje właśnie w podobnych periodykach - „Twój Dowcip”, „Mister Dowcip”, „Dobry Humor” żeby wymienić kilka.
Humor łódzkiego twórcy ma z założenia satyrycznie portretować naszą codzienność. Powinienem napisać raczej „naszą”, bo Similak według mnie odwołuje się nie tyle do samej rzeczywistości, co do utartych stereotypów. Jak mu to wychodzi? Kiepsko. Wyraźnie brakuje mu polotu, oryginalności, błyskotliwości, wizualnego wyrafinowania czy czegokolwiek innego, aby móc stawiać go na równi (co robi Zaręba) z klasykami ilustrowanej satyry. Raczkowski, Sawka, Czeczot, Koza czy nawet Mleczko grają w zupełnie innej lidze. To, co nasi najlepsi karykaturzyści podnieśli do rangi niemałego artyzmu, w wykonaniu Similaka, (któremu bliżej do Sadurskiego) jest jedynie kawałem. Nie śmiesznym, często głupim.
Kreska Zygmunta Similaka przywodzi na myśl estetykę gazetowego komiksu przedwojennego. W takim mocno przerysowanym, a z dzisiejszego punktu widzeniu już dość archaicznym, stylu autor czuje się najlepiej. Jakiekolwiek wycieczki poza ten rejon kończą się dla niego nie najlepiej. W swojej klasie to solidny wyrobnik, któremu jednak sporo brakuje do najlepszych. Zdarza się również, że Similak popisze się jakimś graficznym kiksem, a rysowanie postaci kobiecych nie jest jego mocną stroną. Kompozycja, wyczucie kadru i pewna swoboda w posługiwaniu się kreską również nie są jego mocną stroną.
Edytorska niedbałość zaczyna być już standardem w publikacjach Strefy Komiksu. Co prawda czerń coraz bardziej zaczyna przypominać czerń, ale ciała daje drukarnia. Przy niektórych większych ilustracjach oczy razi pikseloza (szczególnie paskudna na stronie 26). Poszczególne prace podobierane są bez składu i ładu, a cały album sprawia wrażenie złożonego na szybko, chaotycznie i bez pomysłu. A już szczytem jest puszczenie w albumie dwukrotnie tego samego rysunki (pojawia się na 3 i 10 stronie).
Przyznam, że spodziewałem się czegoś więcej po Zygmuncie Similaku w jego naturalnym, karykaturalno-satyrycznym środowisku. Niestety, jego dowcip okazał się tak samo czerstwy, jak redaktorski (autorski?) pomysł zatytułowania albumu w taki, a nie inny sposób.
Oczywiście, można zasłaniać się tym, że przecież każdego śmieszy coś innego, że gustujemy w różnych rodzajach dowcipu. Ale jak to jest, że to akurat Similak mnie nie bawi, a przy Wilq, Paroovce, pewnym Jeżu, a nawet Demie pokładam się ze śmiechu? To ze mną jest coś nie tak, czy jednak z Similakiem, który jak śmieszy, jak nie śmieszy?
Na album „Story Art?” składają się krótkie humorystyczne opowiastki. Zwykle zamykają się w jednym, pojedynczym satyrycznym rysunku, rzadziej trafiają się historyjki mające po dwa, trzy kadry, a statusem prawdziwych unikatów cieszą się całostronicowe, jednoplanszowe fabuły. Te znajdują się na samym końcu albumu i są zdecydowanie najsłabsze. Prace Similaka zamknięte są w dość ograniczonym kręgu – widać, że tematycznie ograniczone są do dowcipów o nieudolnych policjantach i cwanych złodziejach, przygłupich dresiarzach, skąpych księżach oraz dolach i niedolach małżeńskiego pożycia. O, brakuje chyba dowcipów o teściowych i blondynkach, aby zbiór konwencjonalnych, opartych na stereotypie humoresek był kompletny. Pamiętacie może takie groszowe gazetki z dowcipami, które można kupić w każdym kiosku za rogiem dobrych kilka lat temu? To ten sam typ żartu. Archaicznego, kojarzącego się z szkolnym korytarzem. Zresztą autor „Story Artu?” publikuje właśnie w podobnych periodykach - „Twój Dowcip”, „Mister Dowcip”, „Dobry Humor” żeby wymienić kilka.
Humor łódzkiego twórcy ma z założenia satyrycznie portretować naszą codzienność. Powinienem napisać raczej „naszą”, bo Similak według mnie odwołuje się nie tyle do samej rzeczywistości, co do utartych stereotypów. Jak mu to wychodzi? Kiepsko. Wyraźnie brakuje mu polotu, oryginalności, błyskotliwości, wizualnego wyrafinowania czy czegokolwiek innego, aby móc stawiać go na równi (co robi Zaręba) z klasykami ilustrowanej satyry. Raczkowski, Sawka, Czeczot, Koza czy nawet Mleczko grają w zupełnie innej lidze. To, co nasi najlepsi karykaturzyści podnieśli do rangi niemałego artyzmu, w wykonaniu Similaka, (któremu bliżej do Sadurskiego) jest jedynie kawałem. Nie śmiesznym, często głupim.
Kreska Zygmunta Similaka przywodzi na myśl estetykę gazetowego komiksu przedwojennego. W takim mocno przerysowanym, a z dzisiejszego punktu widzeniu już dość archaicznym, stylu autor czuje się najlepiej. Jakiekolwiek wycieczki poza ten rejon kończą się dla niego nie najlepiej. W swojej klasie to solidny wyrobnik, któremu jednak sporo brakuje do najlepszych. Zdarza się również, że Similak popisze się jakimś graficznym kiksem, a rysowanie postaci kobiecych nie jest jego mocną stroną. Kompozycja, wyczucie kadru i pewna swoboda w posługiwaniu się kreską również nie są jego mocną stroną.
Edytorska niedbałość zaczyna być już standardem w publikacjach Strefy Komiksu. Co prawda czerń coraz bardziej zaczyna przypominać czerń, ale ciała daje drukarnia. Przy niektórych większych ilustracjach oczy razi pikseloza (szczególnie paskudna na stronie 26). Poszczególne prace podobierane są bez składu i ładu, a cały album sprawia wrażenie złożonego na szybko, chaotycznie i bez pomysłu. A już szczytem jest puszczenie w albumie dwukrotnie tego samego rysunki (pojawia się na 3 i 10 stronie).
Przyznam, że spodziewałem się czegoś więcej po Zygmuncie Similaku w jego naturalnym, karykaturalno-satyrycznym środowisku. Niestety, jego dowcip okazał się tak samo czerstwy, jak redaktorski (autorski?) pomysł zatytułowania albumu w taki, a nie inny sposób.
piątek, 25 stycznia 2013
#1231 - Exodus
Legion uzbrojonych w czerwone włócznie i zakutych w metalowe zbroje, groźnie wyglądających obcych. Za ich plecami - dziwna, futurystyczna budowla w kulistym kształcie z wystrzeliwującym w górę mechanizmem, który stanowi tło dla loga komiksu. To z kolei narysowane zostało w stylu charakterystycznym dla estetyki heavy-metalowych zespołów z lat osiemdziesiątych ubiegłego wieku.
W tym przypadku okładka mówi wszytko - " Exodus" autorstwa Roberta Zaręby (scenariusz) i Jacka Brodnickiego (rysunki) to rasowa komiksowa pulpa. Tania, kiczowata science-fiction z laserami, międzygalaktycznymi intrygami, potężnym super-robotem i szalonym, złym kosmicznym tyranem. Komiks, rozczłonkowany na mniejsze epizody, był pierwotnie publikowany na łamach "Magazynu Fantastycznego". Choć powstał w okolicach 2003 roku i towarzyszył "MF" od pierwszego numeru dopiero teraz, na początku 2013 roku doczekał się wydania albumowego. Nie wiem co stanęło na przeszkodzie publikacji w 2010 roku, kiedy zapowiadano jego premierę na Warszawskie Spotkania Komiksowego.
Pierwsze, co rzuca się w oczy po wzięciu komiksu do ręku (po okładce, oczywiście) jest jego oprawa graficzna. W kresce Jacka Brodnickiego widzę pewne inspiracje twórczością Juana Gimeneza i Phillipe Druilleta, ale zestawianie polskiego artysty z wielkimi klasykami komiksu europejskiego się nie godzi. Brodnickiemu brakuj jeszcze dużo, aby można uznać go choćby za sprawnego rzemieślnika. Ma chęci, ale bardzo często mu po prostu nie wychodzi. Jego kreska jest bardzo mało zróżnicowana, brakuje jej dokładności i zwyczajnej atrakcyjności, która przyciąga czytelników do tego typu pozycji. Kuleje niemal wszystko, choć pewne podstawowe chwyty na podstawowym poziomie Brodnicki ma opanowane.
Na szczęście braki Brodnickiego nadrabia Zaręba. Dzięki jego dość rozbudowanej, literackiej narracji akcja wartko pędzi do przodu. Czytelnik wciągnięty w kolejne perypetie czwórki niesfornych terian, którym udało się przeżyć zagładę rodzimej planety nieco zapomina (albo przynajmniej odwraca wzrok) od rysowniczych niedoróbek, dając się ponieść historii. Ta jest bardzo sprawnie napisana, dzieje się dużo i szybko, lasery strzelają, statki latają, a w tle przemykają nawet gołe cyce. Temu komiksowemu science-fiction klasy B z całym swoim pulpowym urokiem bliżej jednak do amerykańskiego "Heavy Metalu", niż francuskiego "Metal Hurlanta". Dobrym tropem może być nasze "Biocosmosis", które jednak umiejscowiłbym o półkę wyżej, i nieco zapomniany dziś "Świat kropli". Jeśli te pozycje przypadły Wam do gustu, to "Exodus" ma u Was jakieś szanse. Ale tylko wtedy, gdy łykniecie go z całym dobrodziejstwem oldskulowego inwentarza.
Znowu w przypadku Wydawnictwa Roberta Zaręby muszę przyczepić się do jakości edytorskiej. Czerń znowu wygląda fatalnie. Wystarczy porównać to, co zostało wydrukowane z tym, co zaprezentowana na przykładowych planszach w sieci. Album wygląda po prostu okropnie blado.
Pamiętam jeszcze, kiedy postać Roberta Zaręby i publikacje, jakie ukazywały się pod szyldem najpierw "Magazynu Fantastycznego", a potem "Strefy Komiksu" budziły kontrowersje w komiksowie. Oczywiście, więcej w tych forumowych sporach było wycieczek osobistych, niż rzetelnej krytyki, ale wydaje mi się, że dla ówczesnego czytelnika estetyka takiego "Exodusu" była niezjadliwa. Nikt tego wtedy nie kupował B-klasowego sci-fi, choć trzeba uczciwie przyznać, że komiksowi Zaręby i Brodnickiego można sporo zarzucić. Nie jest to dzieło formatu "Barbarelli", "Flasha Gordona" czy trzymając się nieco bardziej komiksowych przykładów - "Dena" albo "RanXeroxa". Nie wiem jaka dziś jest recepcja oferty Strefy Komiksu, bo w sieci próżno szukać recenzji czy czytelniczych reakcji na te pozycje...
W tym przypadku okładka mówi wszytko - " Exodus" autorstwa Roberta Zaręby (scenariusz) i Jacka Brodnickiego (rysunki) to rasowa komiksowa pulpa. Tania, kiczowata science-fiction z laserami, międzygalaktycznymi intrygami, potężnym super-robotem i szalonym, złym kosmicznym tyranem. Komiks, rozczłonkowany na mniejsze epizody, był pierwotnie publikowany na łamach "Magazynu Fantastycznego". Choć powstał w okolicach 2003 roku i towarzyszył "MF" od pierwszego numeru dopiero teraz, na początku 2013 roku doczekał się wydania albumowego. Nie wiem co stanęło na przeszkodzie publikacji w 2010 roku, kiedy zapowiadano jego premierę na Warszawskie Spotkania Komiksowego.
Pierwsze, co rzuca się w oczy po wzięciu komiksu do ręku (po okładce, oczywiście) jest jego oprawa graficzna. W kresce Jacka Brodnickiego widzę pewne inspiracje twórczością Juana Gimeneza i Phillipe Druilleta, ale zestawianie polskiego artysty z wielkimi klasykami komiksu europejskiego się nie godzi. Brodnickiemu brakuj jeszcze dużo, aby można uznać go choćby za sprawnego rzemieślnika. Ma chęci, ale bardzo często mu po prostu nie wychodzi. Jego kreska jest bardzo mało zróżnicowana, brakuje jej dokładności i zwyczajnej atrakcyjności, która przyciąga czytelników do tego typu pozycji. Kuleje niemal wszystko, choć pewne podstawowe chwyty na podstawowym poziomie Brodnicki ma opanowane.
Na szczęście braki Brodnickiego nadrabia Zaręba. Dzięki jego dość rozbudowanej, literackiej narracji akcja wartko pędzi do przodu. Czytelnik wciągnięty w kolejne perypetie czwórki niesfornych terian, którym udało się przeżyć zagładę rodzimej planety nieco zapomina (albo przynajmniej odwraca wzrok) od rysowniczych niedoróbek, dając się ponieść historii. Ta jest bardzo sprawnie napisana, dzieje się dużo i szybko, lasery strzelają, statki latają, a w tle przemykają nawet gołe cyce. Temu komiksowemu science-fiction klasy B z całym swoim pulpowym urokiem bliżej jednak do amerykańskiego "Heavy Metalu", niż francuskiego "Metal Hurlanta". Dobrym tropem może być nasze "Biocosmosis", które jednak umiejscowiłbym o półkę wyżej, i nieco zapomniany dziś "Świat kropli". Jeśli te pozycje przypadły Wam do gustu, to "Exodus" ma u Was jakieś szanse. Ale tylko wtedy, gdy łykniecie go z całym dobrodziejstwem oldskulowego inwentarza.
Znowu w przypadku Wydawnictwa Roberta Zaręby muszę przyczepić się do jakości edytorskiej. Czerń znowu wygląda fatalnie. Wystarczy porównać to, co zostało wydrukowane z tym, co zaprezentowana na przykładowych planszach w sieci. Album wygląda po prostu okropnie blado.
Pamiętam jeszcze, kiedy postać Roberta Zaręby i publikacje, jakie ukazywały się pod szyldem najpierw "Magazynu Fantastycznego", a potem "Strefy Komiksu" budziły kontrowersje w komiksowie. Oczywiście, więcej w tych forumowych sporach było wycieczek osobistych, niż rzetelnej krytyki, ale wydaje mi się, że dla ówczesnego czytelnika estetyka takiego "Exodusu" była niezjadliwa. Nikt tego wtedy nie kupował B-klasowego sci-fi, choć trzeba uczciwie przyznać, że komiksowi Zaręby i Brodnickiego można sporo zarzucić. Nie jest to dzieło formatu "Barbarelli", "Flasha Gordona" czy trzymając się nieco bardziej komiksowych przykładów - "Dena" albo "RanXeroxa". Nie wiem jaka dziś jest recepcja oferty Strefy Komiksu, bo w sieci próżno szukać recenzji czy czytelniczych reakcji na te pozycje...
wtorek, 22 stycznia 2013
#1228 - Zagłoba
Wydawałoby się, że w rękach Zygmunta Similaka postać Onufrego Zagłoby ma wszystkie dane, aby stać się prawdziwą ozdobą jego komiksowego dorobku. W historycznych dekoracjach i z humorystycznym materiałem twórca związany ze Strefą Komiksu/Wydawnictwem Roberta Zaręby nie raz udowadniał, że potrafi sobie nieźle poradzić.
Z „Trylogii” zapamiętałem Zagłobę nieco inaczej, niż próbuje go Similak przedstawić. Imć szlachcic, choć chętniejszy do szklanki, niż do bitki, przez Henryka Sienkiewicza odmalowany został z dużą dozą sympatii, choć zżymający się na nasze narodowe przywary pod znaku sarmatyzmu, mieliby mu wiele do zarzucenia. Niemniej jego zasługi dla Rzeczypospolitej są niepodważalne, a skrzący się od konceptów rozum przeszedł już do literackiej historii. W ujęciu similakowym natomiast Zagłoba to ochlej, patologiczny łgarz, dureń, nijak nie budzący czytelniczej sympatii w przeciwieństwie do swojego pierwowzoru. Swoje przewagi na polu bitwy zawdzięcza zwykle dzielnemu inaczej rumakowi, a przygody, o których opowiada w przydrożnych karczmach ocierają się o slapstickowy absurd. Bo jak inaczej określić historię o tym, jak to nasz bohater trafił na kurację odchudzającą prowadzoną przez zakonników będąc przekonanym, że zmarł i do piekła trafił. Niewiele w tym ducha „Trylogii”, a więcej mocno przerysowanego komiksowego humoru, rodem z „obrazkowych filmów” polskiej prasy około wojennej. Dowcip jest gruby (choć trafiają się bardziej wyrafinowane fragmenty), nie tyle na granicy dobrego smaku, co zahaczający o autoparodię.
Zastanawiam się dlaczego Similak w taki sposób wystylizowanemu Zagłobie, a więc opojowi i durniowi, dał wgląd w przyszłe dzieje Polski. Wizja tego, co czeka naród, to chwyt godny wielkiej poezji romantycznej, który był zarezerwowany jedynie dla jednostek wyjątkowych… Może nie miałbym z tym takiego problemu, gdyby przy tej okazji autor nie uderzał w nieznośnie martyrologiczne tony, a jeśli już się na to zdecydował, to niech przynajmniej robi to dobrze. Nie wymagam finezji godnej „Wielkiej Improwizacji”, ale sceny wizyjne i wizyta Zagłoby w teraźniejszości to najsłabsze momenty tego albumu. Ociekające kiczem i najgorszą tandetą.
Ale to narodowe cierpiętnictwo jakoś jeszcze bym przeżył. Znacznie bardziej przeszkadzają mi akcenty antysemickie, które choć delikatne, podskórne, są jednak bardzo irytujące, bo bazują na najbardziej prymitywnych stereotypach. I nawet nie są przy tym śmieszne. Niewybredna antyniemieckość i silny antyklerykalizm nie pierwszy raz pojawiają się w tekstach Similaka, który nawet nie próbuje ukrywać swojego ideologicznego zabarwienia swoich tekstów. To zresztą dość ciekawa perspektywa spoglądania na jego komiksy.
Jeśli idzie o warstwę formalną – przy okazji „Zagłoby” wypada powtórzyć to, co poprzednio pisałem o Zygmuncie Similaku. Może i karykaturzysta to sprawny, ale z materią komiksową radzi sobie znacznie gorzej. Pod względem strukturalnym Similak ma trudności z zakomponowanie pełnometrażowej fabuły. Z polepionej z krótszych epizodów opowieści, będących często zagłobowymi gawędami o jego brawurowych czynach, ciągle wyłażą szwy. Sloganem opowieści o opowieściach nie da się zatuszować braku solidnej linii fabularnej, nieumiejętnym rozłożeniem akcentów napięciowych i braku satysfakcjonującego finału.
Kadry są mało zróżnicowana, drugim planom brakuje głębi i zróżnicowania. Choć (jak rozumiem – programowo) przerysowane ilustracje sąsiadują z utrzymanymi w bardziej realistycznym stylu to nie mogę oprzeć się wrażeniu, że niektóre z nich są bardzo niedopracowane, często wręcz niedbałe. Zresztą, estetyka samego wydania, jak i takich elementów, jak nasycenie czerni, rozkład dymków czy czcionka również pozostawia wiele do życzenia.
Interteksualna kontynuacja dziejów jednego z najsłynniejszych rycerzy kresów Rzeczypospolitej wypada blado. Uwikłana w autorskie resentymenty, odchodząca od utrwalonego w literaturze wizerunku głównego bohatera nie ma do zaoferowania właściwie nic oprócz rubasznego humoru i ociekającego tanim patosem patriotyzmu.
czwartek, 18 października 2012
#1157 - Kamień przeznaczenia 4
Niezmordowany Tomek Kleszcz dostarczył do Łodzi kolejny zeszyt swojego „Kamienia przeznaczenia”. To już tom czwarty, postępującej retardacji przed finałem ciąg dalszy. Fabuła wikła się coraz bardziej, a do zakończenia pozostały jeszcze dwie części.
Z każdym kolejnym albumie można i trzeba mówić o nieustannym progresie autora pod względem grafiki. Kleszcz idzie do przodu, ale robi to w coraz wolniejszym tempie. O ile pomiędzy pierwszym, a drugim tomem „Kamienia” można mówić nawet o skoku w tej kwestii, tak teraz twórca ogranicza się jedynie do małych kroków, wręcz podwórkowych tiptopów.
Niestety, jeśli porównać czwarty zeszyt, do premierowego to musiałby podtrzymać wszystkie moje zarzuty, co do kreski Tomka. Artysta wciąż czuje niezrozumiałą dla mnie awersję do komiksowej bieli – jego kadry są zbyt ciemne, przytłaczające, pozbawione przestrzeni, a tym samym energii. Nie rozumiem skąd ta miłość do odcieni szarości, które (jak praktyka pokazuje) nijak nie sprawdzają się w komiksie akcji. I jeszcze te czarne marginesy!
Dalej – dysonansowy zgrzyt pomiędzy wygenerowanymi komputerowo tłami i rysowanymi postaciami – wygląda to po prostu fatalnie. Wystarczy spojrzeć na pierwszą stronę, na której ręcznie rysowana piramida gryzie się z paskudnymi chmurkami zrobiony chyba w paincie. Zresztą te chmurki będą powracały przez cały album i nie przestaną mnie dręczyć nawet w moich najgorszych komiksowych koszmarach. Strona dalej – splasz z lądującym statkiem kosmicznym – to samo. Kleszcz powinien być konsekwentny, gdy decyduje się na pewną estetykę. Pomijam już kwestie tego, jak to wygląda (bo wygląda okropnie), ale również świadczy o nim, jako o artyście – można pomyśleć, że skoro wkleja te chmurki, to nie potrafi ich narysować. Tłumaczeń, że przecież w amerykańskim mainstreamie łączy się czysto komputerowe efekty z mniej lub bardziej analogową kreską nie przyjmuje – choćby dlatego, że robią to profesjonaliści. A i tak źle to tam wygląda.
To nie koniec mojej litanii – jak na komiks sensacyjny strasznie mało w „Kamieniu” czystej, nieskrępowanej i efektownej akcji. W fabule przeważają dialogi, a już prawdziwym szczytem jest wywód Marduka pomieszczony na jednej stronie, który dla rytmu opowieści powinien być rozbity na mniejsze części i odpowiednio zilustrowany. To nie pierwszy tego typu błąd Kleszcza – kompozycja wciąż kuleje. A jak już trafią się jakieś sceny walki to brakuje im dynamizmu. Bardzo trafnie ocenę takich momentów ujął w swojej recenzji Jakub Jankowski – niektóre sceny „nie chcą odpalić”.
Jeśli ktoś pytałby mnie o zdanie co Kleszcz powinien dalej robić, odpowiedziałbym w ten sposób – jak najszybciej skończyć „Kamień przeznaczenia”, odpocząć trochę (bo jak przypuszczam harówa nad serię był ciężka), złapać oddech i… poeksperymentować. Odejść na moment od swojej mainstreamowej ortodoksji (bo wydaje mi się, że trochę się w niej męczy) i poszukać inspiracji na innych obszarach. Pamiętam, jak zaprezentował jedną ze swoich prac zrobioną w bardziej cartoonowym stylu – i było ona naprawdę świetna! Moim skromnym zdaniem to jedna z lepszych rzeczy, które wyszły spod jego ręki. Niech zatem twórca „Kamienia” zmierzy się z innymi technikami, pokombinuje ze swoją kreską, poszuka inspiracji tam, gdzie do tej pory tego nie robił, poogląda pracę twórców, którzy nie należą do jego ulubionych. Sięgnie do książek Szyłaka czy McClouda. Odświeży swoje dość klasyczne (żeby nie powiedzieć – archaiczne) spojrzenie na sztukę opowiadania obrazami. Z pewnością wyjdzie mu to na dobre.
Oczywiście, w kwestiach warsztatowych wciąż bardzo daleko mu nie tylko do Piotra Kowalskiego, ale choćby Krzysztofa Wyrzykowskiego i prace w tym kierunku jest jak najbardziej wskazana. Ale nie widzę powodów dlaczego nie miałby popróbować z innymi środkami wyrazu. Tomku, nie zamykaj się z własnej woli w szufladce, tylko poszerzaj swoje możliwości. Odwagi!
Z każdym kolejnym albumie można i trzeba mówić o nieustannym progresie autora pod względem grafiki. Kleszcz idzie do przodu, ale robi to w coraz wolniejszym tempie. O ile pomiędzy pierwszym, a drugim tomem „Kamienia” można mówić nawet o skoku w tej kwestii, tak teraz twórca ogranicza się jedynie do małych kroków, wręcz podwórkowych tiptopów.
Niestety, jeśli porównać czwarty zeszyt, do premierowego to musiałby podtrzymać wszystkie moje zarzuty, co do kreski Tomka. Artysta wciąż czuje niezrozumiałą dla mnie awersję do komiksowej bieli – jego kadry są zbyt ciemne, przytłaczające, pozbawione przestrzeni, a tym samym energii. Nie rozumiem skąd ta miłość do odcieni szarości, które (jak praktyka pokazuje) nijak nie sprawdzają się w komiksie akcji. I jeszcze te czarne marginesy!
Dalej – dysonansowy zgrzyt pomiędzy wygenerowanymi komputerowo tłami i rysowanymi postaciami – wygląda to po prostu fatalnie. Wystarczy spojrzeć na pierwszą stronę, na której ręcznie rysowana piramida gryzie się z paskudnymi chmurkami zrobiony chyba w paincie. Zresztą te chmurki będą powracały przez cały album i nie przestaną mnie dręczyć nawet w moich najgorszych komiksowych koszmarach. Strona dalej – splasz z lądującym statkiem kosmicznym – to samo. Kleszcz powinien być konsekwentny, gdy decyduje się na pewną estetykę. Pomijam już kwestie tego, jak to wygląda (bo wygląda okropnie), ale również świadczy o nim, jako o artyście – można pomyśleć, że skoro wkleja te chmurki, to nie potrafi ich narysować. Tłumaczeń, że przecież w amerykańskim mainstreamie łączy się czysto komputerowe efekty z mniej lub bardziej analogową kreską nie przyjmuje – choćby dlatego, że robią to profesjonaliści. A i tak źle to tam wygląda.
To nie koniec mojej litanii – jak na komiks sensacyjny strasznie mało w „Kamieniu” czystej, nieskrępowanej i efektownej akcji. W fabule przeważają dialogi, a już prawdziwym szczytem jest wywód Marduka pomieszczony na jednej stronie, który dla rytmu opowieści powinien być rozbity na mniejsze części i odpowiednio zilustrowany. To nie pierwszy tego typu błąd Kleszcza – kompozycja wciąż kuleje. A jak już trafią się jakieś sceny walki to brakuje im dynamizmu. Bardzo trafnie ocenę takich momentów ujął w swojej recenzji Jakub Jankowski – niektóre sceny „nie chcą odpalić”.
Jeśli ktoś pytałby mnie o zdanie co Kleszcz powinien dalej robić, odpowiedziałbym w ten sposób – jak najszybciej skończyć „Kamień przeznaczenia”, odpocząć trochę (bo jak przypuszczam harówa nad serię był ciężka), złapać oddech i… poeksperymentować. Odejść na moment od swojej mainstreamowej ortodoksji (bo wydaje mi się, że trochę się w niej męczy) i poszukać inspiracji na innych obszarach. Pamiętam, jak zaprezentował jedną ze swoich prac zrobioną w bardziej cartoonowym stylu – i było ona naprawdę świetna! Moim skromnym zdaniem to jedna z lepszych rzeczy, które wyszły spod jego ręki. Niech zatem twórca „Kamienia” zmierzy się z innymi technikami, pokombinuje ze swoją kreską, poszuka inspiracji tam, gdzie do tej pory tego nie robił, poogląda pracę twórców, którzy nie należą do jego ulubionych. Sięgnie do książek Szyłaka czy McClouda. Odświeży swoje dość klasyczne (żeby nie powiedzieć – archaiczne) spojrzenie na sztukę opowiadania obrazami. Z pewnością wyjdzie mu to na dobre.
Oczywiście, w kwestiach warsztatowych wciąż bardzo daleko mu nie tylko do Piotra Kowalskiego, ale choćby Krzysztofa Wyrzykowskiego i prace w tym kierunku jest jak najbardziej wskazana. Ale nie widzę powodów dlaczego nie miałby popróbować z innymi środkami wyrazu. Tomku, nie zamykaj się z własnej woli w szufladce, tylko poszerzaj swoje możliwości. Odwagi!
wtorek, 31 lipca 2012
#1095 - Kamień Przeznaczenia 3
Ciężko przy okazji recenzowania trzeciego tomu "Kamienia przeznaczenia" choćby nie sparafrazować słów Michała Misztala, który pisząc o kolejnych komiksach Tomasza Kleszcza stale podkreśla, że dają one odbiorcy niekoniecznie często spotykaną możliwość zaobserwowania konsekwentnego rozwoju artysty. Bo Kleszcz to autor ciągle nad sobą pracujący, za każdym razem starający się ominąć towarzyszące mu wcześniej mankamenty tudzież zastąpić je tym, co czytelnicy uznają za walory. Krok po kroku.
Tak jak "dwójka", tak i "trójka" jest znacznie cieńsza objętościowo od tomu pierwszego, jeśli zaś chodzi o charakter przedstawionej w niej fabuły, plasuje się gdzieś między nimi. Poprzednia część "Kamienia..." była chwilą oddechu po wysokoenergetycznej mieszance scen dialogowych i akcji, skupiała się na informowaniu odbiorcy o kolejnych aspektach przedstawionej rzeczywistości i przygotowywaniu go do przyszłych wydarzeń. Wraz z lekturą "trójki" jasnym jest, że byłą to tylko rozgrzewka przed nią, aczkolwiek i tutaj czytelnik odkłada swój egzemplarz na półkę z pewnym niedosytem.
Niedosyt nie jest oczywiście jednoznaczny z rozczarowaniem. Scenariusz tradycyjnie cechuje prostota, ale też większe dopracowanie dramaturgii. Ciągle nie ma mowy o tzw. majstersztyku, ale lektura staje się konsekwentnie coraz przyjemniejsza. Niby nie ma co gratulować autorowi pomysłowej narracji, ale trzeba przyznać, że opowiadanie wychodzi mu coraz zgrabniej. Wcześniej zdarzały się bowiem fragmenty nieczytelne, podczas gdy teraz wszystko jest odpowiednio jasne.
Akcja znacznie tu przyspiesza, opowiadanie równoległe (i synchroniczne) tworzy pewną dawkę napięcia i tylko boli fakt, że w zasadzie tak niewiele na tylu kartach zostało nam ukazane. Bo choć i od strony wizualnej warsztat Kleszcza wyraźnie się wzmocnił - problemy z dynamiką już nie istnieją, wprost przeciwnie; z kolei niezamierzona dysproporcjonalność jest już tylko okazjonalna - bez minusu się nie obyło. Jest nim tutaj to samo, co w poprzednim tomie, mianowicie przesadnie duże panele. Nierzadko ich spora wielkość zdaje się być bowiem niczym nieuzasadniona. Tak jakby artysta na siłę chciał zrobić na odbiorcy wrażenie. Wprawdzie tak duże kadry pojawiają się już rzadziej niż w "dwójce", a czasem są jak najbardziej na miejscu, to jednak częstokroć wyglądają na marnotrawstwo strony. Świat sam w sobie przerysowany nie potrzebuje przecież dodatkowych wykrzykników. Nie wtedy, kiedy ciężko uzasadnić to fabularnie. Wówczas mamy przerost formy nad treścią.
Nie jest go jednak na tyle dużo, aby ostatni jak na razie tom "Kamienia przeznaczenia" pozostawiał nieprzyjemny posmak. Jest nieźle, jest coraz lepiej. Liczę jednak, że Tomasz nie śpieszy się z tomem czwartym na festiwal w Łodzi. Nie, żebym nie wierzył, że to będzie kolejny krok do przodu, ale ja bym od razu wolał dostać dwa takie kroki. A nie wątpię, że to bardzo możliwe.
piątek, 1 czerwca 2012
#1047 - Kamień przeznaczenia 3
Odliczanie do apokalipsy trwa dalej. Marduk jest coraz bliżej osiągnięcia swojego celu – udało mu się dorwać Sama, ale nadzieją ludzkości wciąż pozostaje jego uczeń, Dux. Prezydent najpotężniejszego mocarstwa na ziemi przygotowuje się na odparcie zbliżającego się do naszej planety tajemniczego obiektu. Tymczasem do gry o losy świata wkracza nowa siła, która może przechylić szalę zwycięstwa…
Trzeci „Kamień przeznaczenia” to (nie licząc okładek poszczególnych tomów) 43 strony akcji, a więc taki większej objętości zeszyt lub mini-album. Pod względem fabularnym ten tom wydaje się być największym fillerem serii. Historia niby zostaje popchnięta do przodu, ale komiks nie jest treściwy, brakuje mu mięsa brzydko mówiąc, nie mówiąc już o jakimkolwiek dramatyzmie. Marduk ściga Duxa, ale walka pomiędzy nimi rozegra się dopiero w następnym numerze. Tajemniczy obiekt wystrzelony z Marsa wciąż zbliża się w kierunku ziemi. Co z Nataszą i jej rolą w całej awanturze z starodawnymi bóstwami – wciąż nie wiadomo. Co z kamieniem? Rozumiem, że taka chwila oddechu przed wielkim finałem (który nastąpi w czwartym epizodzie?) jest potrzebna, ale myślę, że dałoby się ją lepiej rozegrać.
Trzy tomy „Kamienia przeznaczenia” wydają się być miarodajną próbką umiejętności jego autora. Niestety w obranej konwencji Tomasz Kleszcz poziomu dzielącego solidnego wyrobnika, od kogoś więcej nie przeskoczy. A przynajmniej nic na to w tej chwili nie wskazuje. W kolejnym „Kamieniu” znowu widać progres pod względem wizualnym, ale największe bolączki oprawy graficznej wciąż nie zostały wyeliminowane. Miejscami boleśnie kuleje anatomia (podejrzanie niski tułów obecny na stronie ósmej czy dziwna budowa karku na siedemnastej), nadal trzeba popracować nad twarzami (czternasta strona ostatniego rozdziału). Kleszczowi brakuje stabilizacji formy – zdarzają się kadry po których widać, że były długo dopieszczane, ale trafiają się również te, robione po łebkach. Pod względem narracyjnym nie jest źle, ale nie rozumiem awersji do korzystania ze speed lines, które do opowieści obfitującej w dynamiczne sceny doskonale by pasowały. Podobnie, jak perspektywiczne skróty, z których Kleszcz niemal nie korzysta.
To wszystkie niedociągnięcia byłbym w stanie Kleszczowi wybaczyć, ale nie przełknę tego, że w jego kresce brakuje lekkości, swobody, wyczucia. Rysunkowo najbardziej wadzi mi jego toporność. Z tego właśnie powodu komiks pod względem wizualnym jest po prostu nieatrakcyjny. „Kamień”, jako komiks mainstreamowy, powinien być prawdziwym eye-candy i swoimi rysunkowymi walorami nadrabiać płaskość sensacyjnego scenariusza. Moim skromnym zdaniem świetnie Kleszczowi zrobiły pobyt w jakiejś amerykańskiej szkole cartoonowej ilustracji, w której taki samouk, jak on, poznałby kilka przydatnych sztuczek, podszkoliłby warsztat, nabrałby pewności siebie. Wiedza i technika, do której dochodzi własną drogą, bolesną metodą prób i błędów, zostałaby mu podana na tacy.
Pozostając jeszcze w temacie szeroko pojętej oprawie graficznej – zupełnie nie rozumiem zamiłowania autora do czerni i ciemnych odcienie szarości. Bieli w „Kamieniu” właściwie nie można uświadczyć, jeśli nie liczyć dymków. Na mnie zrobiło to raczej negatywne wrażenie i jeszcze pogłębiło efekt toporności, o którym wspomniałem powyżej. Szkoda, że Kleszcz nie ma nad sobą jakiegoś redaktora, z którym mógłby popracować nad estetyką wydania.
Nie ma się co czarować. „Kamieniowi przeznaczenia” wciąż sporo brakuje do średniej klasy produkcji o podobnym profilu taśmowo schodzących z amerykańskich czy europejskich komiksowych linii montażowych. Usterki obecne są na wszystkich poziomach – od strony edytorskiej, przez kompozycję, aż do wizualnych kiksów. Ale pewnie moje słowa krytyki nie zrażą Tomka, który ciśnie dalej. I dobrze. Niech ciska.
Trzeci „Kamień przeznaczenia” to (nie licząc okładek poszczególnych tomów) 43 strony akcji, a więc taki większej objętości zeszyt lub mini-album. Pod względem fabularnym ten tom wydaje się być największym fillerem serii. Historia niby zostaje popchnięta do przodu, ale komiks nie jest treściwy, brakuje mu mięsa brzydko mówiąc, nie mówiąc już o jakimkolwiek dramatyzmie. Marduk ściga Duxa, ale walka pomiędzy nimi rozegra się dopiero w następnym numerze. Tajemniczy obiekt wystrzelony z Marsa wciąż zbliża się w kierunku ziemi. Co z Nataszą i jej rolą w całej awanturze z starodawnymi bóstwami – wciąż nie wiadomo. Co z kamieniem? Rozumiem, że taka chwila oddechu przed wielkim finałem (który nastąpi w czwartym epizodzie?) jest potrzebna, ale myślę, że dałoby się ją lepiej rozegrać.
Trzy tomy „Kamienia przeznaczenia” wydają się być miarodajną próbką umiejętności jego autora. Niestety w obranej konwencji Tomasz Kleszcz poziomu dzielącego solidnego wyrobnika, od kogoś więcej nie przeskoczy. A przynajmniej nic na to w tej chwili nie wskazuje. W kolejnym „Kamieniu” znowu widać progres pod względem wizualnym, ale największe bolączki oprawy graficznej wciąż nie zostały wyeliminowane. Miejscami boleśnie kuleje anatomia (podejrzanie niski tułów obecny na stronie ósmej czy dziwna budowa karku na siedemnastej), nadal trzeba popracować nad twarzami (czternasta strona ostatniego rozdziału). Kleszczowi brakuje stabilizacji formy – zdarzają się kadry po których widać, że były długo dopieszczane, ale trafiają się również te, robione po łebkach. Pod względem narracyjnym nie jest źle, ale nie rozumiem awersji do korzystania ze speed lines, które do opowieści obfitującej w dynamiczne sceny doskonale by pasowały. Podobnie, jak perspektywiczne skróty, z których Kleszcz niemal nie korzysta.
To wszystkie niedociągnięcia byłbym w stanie Kleszczowi wybaczyć, ale nie przełknę tego, że w jego kresce brakuje lekkości, swobody, wyczucia. Rysunkowo najbardziej wadzi mi jego toporność. Z tego właśnie powodu komiks pod względem wizualnym jest po prostu nieatrakcyjny. „Kamień”, jako komiks mainstreamowy, powinien być prawdziwym eye-candy i swoimi rysunkowymi walorami nadrabiać płaskość sensacyjnego scenariusza. Moim skromnym zdaniem świetnie Kleszczowi zrobiły pobyt w jakiejś amerykańskiej szkole cartoonowej ilustracji, w której taki samouk, jak on, poznałby kilka przydatnych sztuczek, podszkoliłby warsztat, nabrałby pewności siebie. Wiedza i technika, do której dochodzi własną drogą, bolesną metodą prób i błędów, zostałaby mu podana na tacy.
Pozostając jeszcze w temacie szeroko pojętej oprawie graficznej – zupełnie nie rozumiem zamiłowania autora do czerni i ciemnych odcienie szarości. Bieli w „Kamieniu” właściwie nie można uświadczyć, jeśli nie liczyć dymków. Na mnie zrobiło to raczej negatywne wrażenie i jeszcze pogłębiło efekt toporności, o którym wspomniałem powyżej. Szkoda, że Kleszcz nie ma nad sobą jakiegoś redaktora, z którym mógłby popracować nad estetyką wydania.
Nie ma się co czarować. „Kamieniowi przeznaczenia” wciąż sporo brakuje do średniej klasy produkcji o podobnym profilu taśmowo schodzących z amerykańskich czy europejskich komiksowych linii montażowych. Usterki obecne są na wszystkich poziomach – od strony edytorskiej, przez kompozycję, aż do wizualnych kiksów. Ale pewnie moje słowa krytyki nie zrażą Tomka, który ciśnie dalej. I dobrze. Niech ciska.
czwartek, 22 grudnia 2011
#928 - Mrok
„Mrok” otwiera scena brutalnych gangsterskich porachunków wskazując, że czytelnik będzie miał do czynienia z rasowym komiksem sensacyjnym. Zaraz potem scenarzysta zmienia całkowicie ton komiksu, pozwalając sobie na dresiarski dowcip, przynoszący na myśl w najlepszym przypadku „Pulp Fiction”, a w najgorszym – „Chłopaki nie płaczą”. A potem robi się jeszcze dziwniej i dziwniej.
Kolejną zmianą konwencji jest zaprezentowanie krótkiej historii o mocnym zacięciu socjologicznym, dość topornej w swoim populistycznym „przekazie”. A to tylko pierwszy tom – w drugim dochodzą jeszcze elementy fantasy, tajemnica strzeżona od tysięcy lat przez watykańskich egzorcystów i wątek wielkiej konspiracji. Jest dużo krwi, makabrycznych scen, gwałtów, narkotyków i polowań na ludzi. Cały ten patchwork konwencji, motywów i estetyk zostaje spięty w całość ogranym do bólu motywem dochodzenia pary głównych bohaterów. On to ostatni sprawiedliwy glina na komisariacie, twardy, choć trochę pierdołowaty, ona jest tryskającym seksem medium skrywającym mroczną tajemnicę.
„Mrok”, składający się do tej pory z dwóch albumów - „Przbudzenia” i „Krwawego żniwa” - jest pulpowym konglomeratem gatunków i stylów. Horror miesza się tutaj z fantastyką, sensacja z humorem, zaangażowana krytyka społeczna z bezsensowną, służącą jedynie szokowaniu, narysowaną przemocą. Konwencjonalność sąsiaduje ze świadomym, ironicznym dystansem wobec opowiadanej za pomocą klisz historii (co najlepiej widać w pierwszych dwóch scenach). Zaręba jednocześnie opowiada historię przynosząca na myśl „najlepsze” dokonania EC Comics, a z drugiej strony zdaje się naśmiewać z popularnych schematów (nie tylko komiksowych) przerysowując je w groteskowy sposób. A przynajmniej takie miałem wrażenie.
Z treścią koresponduje forma. O ile pierwszy tom został w całości narysowany przez Nikodema Cabałę, przez co jest spójny, o tyle w drugim do pracy nad oprawą wizualną autor zatrudnił oddział grafików współpracujących ze Strefą Komiksu, niekoniecznie pasujących do estetyki „Mroku”. Jeśli idzie o starszego z braci Cabałów, to przy całym szacunku dla jego warsztatu, nigdy nie należał do moich ulubionych artystów, delikatnie mówiąc. Uważam jego kreskę za bardzo sztywną, pozbawionej lekkości i swobody, koniecznym w medium opartym na opowiadaniu obrazem. Boję się, że jako rysownik po mainstreamowemu realistyczny nigdy nie przeskoczy poziomu dzielącego rzemieślnika, od tych najlepszych, którzy mają to coś, czego wyuczyć się nie da. Ma się to, albo nie. Z tego powodu nigdy nie będzie grał w lidze Rosińskiego czy Polcha. Pozostaje mu rywalizacja z Kowalskim na zapleczu ekstraklasy.
Wśród artystów, którzy współtworzyli „Krwawe żniwo” z najlepszej strony pokazał się Artur Chochowski, choć estetyka „Mroku” wydawałaby się obca jego stylowi. Jeden z najbardziej niedocenianych polskich rysowników potrafił uchwycić groteskę wydarzeń i emocję poszczególnych bohaterów. Po rysunkach Zygmunta Similaka widać pośpiech, boleśnie odbijający się na jakości jego pracy, która prezentują się po prostu źle. Nie wiem czy dobrym pomysłem było pozostawienie mu sekwencji z dużą ilością samochodów do narysowania, skoro zupełnie sobie z nimi nie radzi. Poza tym nasycił scenę gangsterskich porachunków humorem, co nie do końca pasuje do konwencji (choć może takie było zamierzenie?). Nieco lepiej zaprezentował się mangujący Tomasz Kleszcz, który z rysowaniem pojazdów problemów nie ma, ale przesadza z sztucznymi, komputerowymi efektami.
Nie jestem pewien do jakiej gry zaprasza mnie Robert Zaręba. Nie wiem na ile pomyślał sobie swoje dzieło, jako postmodernistyczny kolaż, a na ile, jako pulpową opowieść na poważnie. Ja odbieram „Mrok”, jako swego rodzaju transgatunkową penetrację sfer granicznych, w których to co maksymalnie kiczowate ściera się z własną, karykaturalną parodią. W swoich poszukiwaniach Zaręba nie boi się przekraczać granic dobrego smaku, szokować i ostentacyjnie epatować brutalnością. Myślę, że utwór bardziej przypadnie do gustu akademikom pochylającym się na stanem kultury współczesnej, niż zwykłym czytelnikom. Wisienką na torcie będą oczywiście antyklerykalne wątki, przemycane przez autora tu i ówdzie, które mogą być fajnym polem do popisu dla jakiegoś mocno dekonstrukcyjnego odczytania.
„Mrok”, składający się do tej pory z dwóch albumów - „Przbudzenia” i „Krwawego żniwa” - jest pulpowym konglomeratem gatunków i stylów. Horror miesza się tutaj z fantastyką, sensacja z humorem, zaangażowana krytyka społeczna z bezsensowną, służącą jedynie szokowaniu, narysowaną przemocą. Konwencjonalność sąsiaduje ze świadomym, ironicznym dystansem wobec opowiadanej za pomocą klisz historii (co najlepiej widać w pierwszych dwóch scenach). Zaręba jednocześnie opowiada historię przynosząca na myśl „najlepsze” dokonania EC Comics, a z drugiej strony zdaje się naśmiewać z popularnych schematów (nie tylko komiksowych) przerysowując je w groteskowy sposób. A przynajmniej takie miałem wrażenie.
Z treścią koresponduje forma. O ile pierwszy tom został w całości narysowany przez Nikodema Cabałę, przez co jest spójny, o tyle w drugim do pracy nad oprawą wizualną autor zatrudnił oddział grafików współpracujących ze Strefą Komiksu, niekoniecznie pasujących do estetyki „Mroku”. Jeśli idzie o starszego z braci Cabałów, to przy całym szacunku dla jego warsztatu, nigdy nie należał do moich ulubionych artystów, delikatnie mówiąc. Uważam jego kreskę za bardzo sztywną, pozbawionej lekkości i swobody, koniecznym w medium opartym na opowiadaniu obrazem. Boję się, że jako rysownik po mainstreamowemu realistyczny nigdy nie przeskoczy poziomu dzielącego rzemieślnika, od tych najlepszych, którzy mają to coś, czego wyuczyć się nie da. Ma się to, albo nie. Z tego powodu nigdy nie będzie grał w lidze Rosińskiego czy Polcha. Pozostaje mu rywalizacja z Kowalskim na zapleczu ekstraklasy.
Wśród artystów, którzy współtworzyli „Krwawe żniwo” z najlepszej strony pokazał się Artur Chochowski, choć estetyka „Mroku” wydawałaby się obca jego stylowi. Jeden z najbardziej niedocenianych polskich rysowników potrafił uchwycić groteskę wydarzeń i emocję poszczególnych bohaterów. Po rysunkach Zygmunta Similaka widać pośpiech, boleśnie odbijający się na jakości jego pracy, która prezentują się po prostu źle. Nie wiem czy dobrym pomysłem było pozostawienie mu sekwencji z dużą ilością samochodów do narysowania, skoro zupełnie sobie z nimi nie radzi. Poza tym nasycił scenę gangsterskich porachunków humorem, co nie do końca pasuje do konwencji (choć może takie było zamierzenie?). Nieco lepiej zaprezentował się mangujący Tomasz Kleszcz, który z rysowaniem pojazdów problemów nie ma, ale przesadza z sztucznymi, komputerowymi efektami.
Nie jestem pewien do jakiej gry zaprasza mnie Robert Zaręba. Nie wiem na ile pomyślał sobie swoje dzieło, jako postmodernistyczny kolaż, a na ile, jako pulpową opowieść na poważnie. Ja odbieram „Mrok”, jako swego rodzaju transgatunkową penetrację sfer granicznych, w których to co maksymalnie kiczowate ściera się z własną, karykaturalną parodią. W swoich poszukiwaniach Zaręba nie boi się przekraczać granic dobrego smaku, szokować i ostentacyjnie epatować brutalnością. Myślę, że utwór bardziej przypadnie do gustu akademikom pochylającym się na stanem kultury współczesnej, niż zwykłym czytelnikom. Wisienką na torcie będą oczywiście antyklerykalne wątki, przemycane przez autora tu i ówdzie, które mogą być fajnym polem do popisu dla jakiegoś mocno dekonstrukcyjnego odczytania.
poniedziałek, 7 listopada 2011
#895 - Kamień przeznaczenia
Ostatnio nastroje w komiksowie do optymistycznych nie należały. Ciągle narzekamy na recesję, czytelnicy skarżą się na wydawców i twórców, twórcy na czytelników i wydawców, a wszyscy sarkają na Empik. Nagle, niemal znikąd, pojawia się Tomasz Kleszcz i zaczyna robić komiksy. Z żelazną konsekwencją, której mogą mu pozazdrościć starsi stażem koledzy. Nie oglądając się na żadne kryzysy, nie próbując zaistnieć w żadnej koterii, po prostu - robi swoje. Nie opowiadając przy tym, że chce „uleczyć” polski rynek zeszytówką w każdym kiosku, szałowymi tazosami czy innymi gruszkami na wierzbie.

Pierwszy tom „Kamienia przeznaczenia” ukazał się w kwietniu, a drugi miał swoją premierę na tegorocznym MFKiG w Łodzi - tempo publikacji, jak na polskie warunki, niesamowite. Fabuła komiksu osnuta jest wokół tytułowego artefaktu, o który walczą starodawne siły stojące za stworzeniem ludzkiej rasy. Tomasz Kleszcz w swoim komiksie miesza wierzenia religijne z dawnej Mezopotamii z teoriami rodem z książek Ericha Von Daenikena. Zresztą polskie produkcje z przełomu lat osiemdziesiątych i dziewięćdziesiątych, takie jak „Zagadka Metropolii”, rzeczy publikowane w „Czasie Komiksu” czy właśnie seria Mostowicza, Górnego i Polcha stanowią dobre skojarzenia z kleszczowymi pracami.
Pod względem wizualnym „Kamień przeznaczenia” czerpie z jednej strony z amerykańskiego mainstreamu, a z drugiej – z mangowej estetyki. Nie należy spodziewać się wielkich oczy, ale dynamicznego montażu kadrów i drobiazgowego odwzorowania elementów architektury, pojazdów – jak najbardziej. Kleszcz, jako rysownik, ma świadomość swoich niedostatków i trudno nie przyznać mu racji. W komiksie pod względem warsztatowym kuleje niemal wszystko – anatomia, perspektywa, często siada dynamika, a okładki zamiast zachęcać do kupna odstraszają potencjalnego czytelnika. Niemniej trzeba przyznać, że pomiędzy pierwszym, a drugim albumem da się zauważyć postęp – artysta widzi swoje niedoskonałości i stara się je systematycznie eliminować.
Kleszcz ma również problemy z przekładaniem swoich pomysłów, fabuły na język opowieści obrazkowej. Jest źle z tzw. realizacją zarówno na poziomie kompozycji pojedynczego kadru, a potem strony, jak i struktury całej opowieści. Przedstawiając kolejne sekwencje autor nie przejmuje się zbytnio dawkowaniem napięcia i różnicowanie tempa „dziania się”. W jego sposobie budowania akcji brakuje zamiłowania do szczegółu, a jak wiadomo – talent tkwi właśnie w tych niby nie zauważalnych na pierwszy rzut oka drobiazgach. To one są kamieniem węgielnym wszystkich „dużych” historii. Głównym bohaterom „Kamienia” brakuje charakteru, a wystarczyło dosłownie kilkoma, drobnymi akcentami go nakreślić. Pokazać, jacy są. Pokazać, że Dux to nie tylko kupa mięśni (w drugim tomie coś w tej kwestii drgnęło), Natasza cycki i zgrabna dupa, a Sam kolejna realizacja stereotypu wtajemniczonego mędrca. Równie topornie idzie zawiązywanie intrygi sięgającej samych początków naszej ludzkości.

Jak sądzę Kleszcz chciał zrobić komiks pełen akcji, dynamicznych pościgów, efektownych pojedynków w wersji DIY. Staje w szranki nie tylko z podobnymi pozycjami przygotowywanymi przez duże, profesjonalne wydawnictwa, ale również z konkurencją filmową poniekąd, odwołując się do estetyki kina akcji lat osiemdziesiątych z wypożyczalni kaset VHS. Z racji swoich możliwości filmowcy mają przewagę nad nieruchomym medium komiksiarzy. Trzeba się zatem mocno wysilić, aby sekwencje na przykład pojedynków dorównywały temu, co zostało efektowne zmontowane i doprawione dynamiczną muzyką. Często jest tak, że komiksy z takiego gatunku nadrabiają swoje braki rozwiniętym wątkiem psychologicznym („Zabójca”), czy zdecydowanym postawieniem na realizm („Za Królową i Ojczyznę”). Trudno mi znaleźć podobny akcent w „Kamieniu przeznaczenia”. Kleszcz ma problemy z operowaniem popkulturowymi kliszami, ciężko mu wydobyć z coś świeżego z ogranych do bólu schematów.
I to właśnie jest największy problem tego komiksu– gdyby tylko opowieść o walce z Mardukiem wciągała jak sokowirówka, była ciekawa, byłbym w stanie przymknąć oko na wiele niedociągnięć. Niestety, tak nie jest.
Przed Tomkiem Kleszczem jeszcze długa i ciężka droga. Ale w jego pracach czuć tę pozytywna energię, czuć moc komiksowego funu, która u niektórych twórców już zgasł. Autor „Kamienia przeznaczenia” wciąż jest głodny komiksu. Startuje z niższego poziomu niż choćby Piotr Kowalski, który już w „Gailu” pokazał kawał dobrego warsztatu. Brakuje mu najbardziej tej pewności kreski, pewnego wyczucia i doświadczenia, którego nabywa się po zarysowaniu kilku kontenerów papier. Ale widząc zapał Kleszcza i ogrom pracy, jaką wykonał, jestem spokojny, że dalej będzie czynił postępy.
czwartek, 21 kwietnia 2011
#742 - W cieniu gwiazdy
Album "W cieniu gwiazdy" jest kontynuacją "Historii okupacyjnych", komiksowych wspomnień Zygmunta Similaka z przełomu pierwszej i drugiej połowy XX wieku. Za pierwszym razem powrót do dzieciństwa czasów niemieckiej okupacji nie wypadł przekonująco. Czy drugie podejście, dotyczące tym razem okupacji spod znaku tytułowej, czerwonej gwiazdy i opowiadające o trudnym okresie dojrzewania okazało się bardziej udane?
Właściwie większość zarzutów wobec tamtego komiksu, wypadałoby powtórzyć i w tym przypadku. Talentu do satyrycznej karykatury Similakowi odmówić nie sposób. Ze swoją nieco staroświecką i paradoksalnie mało komiksową, mniej narracyjną, a bardziej ilustracyjną kreską, w takiej roli sprawdza się bardzo dobrze. Pełnometrażowy album, nie będący sekwencją pasków, tworzących pewną spójną opowieść, jak miało to miejsce w choćby przypadku „Siedmiu tygodni” Januarego N. Misiaka, brutalnie obnaża wszystkie niedostatki warsztatu Similaka. Małe zróżnicowanie planów, na których często kuleje kompozycja, niemal zupełny brak stopniowania napięcia pomiędzy planszami czy niechęć do grania szczegółem sprawiają, że lektura "W cieniu gwiazdy" szła mi bardzo opornie. Rozbicie fabuły na mniejsze, luźno ze sobą powiązane epizody nijak nie pomaga.
Z drugiej strony warto docenić świadomą stylizacją na komiksy z lat pięćdziesiątych, widoczne inspiracje stylem Wacława Drozdowskiego. Świetnym patentem jest również charakterystyczne, tintinowskie rozgraniczenie między głównym bohaterem, a otaczającym go światem. Dzięki temu, za pośrednictwem autorskiego alter ego, czytelnik może "być" w komiksie. To prosty, ale bardzo efektowny chwyt i aż dziw, że tak niewielu współczesnych twórców z niego korzysta. Nie sprawia to jednak przebijanie się przez kolejne strony jest przyjemne, ani łatwe. Czy jednak warto?
Similak daje czytelnikowi kawałek swojego życia. Nie mogę nie doceniać wartości takiego gestu, ale "W cieniu gwiazdy" brakuje tej siły, którą ma na przykład "Na szybko spisane" (nie będącej stricte autobiografią). Nieliczne momenty naprawdę wzruszają (historia z koniem), inna odstraszają parafialnym patriotyzmem, ostentacyjną antyradzieckością czy czerstwym humorem. A nad wszystkim unosi się jakiś nieokreślony komiksowy duch dalekiej przeszłości - naiwnych, prostych historyjek obrazkowych, o mocno ograniczonych możliwościach. Jak sądzę to komiks Śledzia przejdzie do historii polskiego komiksu, dzięki swoim walorom czysto artystycznym i ujęciem obrazu pokolenia wychowującego się na przełomie lat osiemdziesiątych i dziewięćdziesiątych w uniwersalnej perspektywie. Pracy łódzkiego satyryka to raczej nie grozi, choć mogę się oczywiście mylić.
Przypuszczam, że o "W cieniu gwiazdy" już za kilka lat nikt nie będzie pamiętał. Z jednej strony słusznie, a z drugiej szkoda. Bo przy całej czytelniczej ambiwalencji, wszystkich formalnych nieporadności, opowieść Similaka jakoś do mnie dotarła. Przy okazji poprzedniego albumu, emocjonalnie przeszedłem obok całej historii. W tym przypadku było jednak inaczej, autorowi udało się mnie dotknąć. A to już coś.
czwartek, 3 lutego 2011
#686 - Rok 2010 okiem wydawców
Podobnie jak w roku ubiegłym do podsumowania ubiegłych dwunastu miesięcy zaprosiliśmy rodzimych wydawców. Swoje wrażenia przedstawił nam Radosław Bolałek z Hanami, Szymon Holcman z Kultury Gniewu, Tomasz Pastuszka zajmujący się magazynem Karton, Paweł Timofiejuk z timof comics/Mroja Press oraz Robert Zaręba ze Strefy Komiksu. I podobnie jak w roku ubiegłym chcieliśmy nieco pomóc naszym wydawcom i przedstawiliśmy kilka pytań/zagadnień/rejonów, które nas najbardziej interesowały:
1. Komiksowe wrażenia z roku 2010.Oto jak odpowiadali nasi goście (kolejność alfabetyczna):
2. Jak wypadł miniony rok dla Twojego wydawnictwa, w porównaniu z planami na 2010?
3. Najlepszy komiks Twojego wydawnictwa w 2010 roku to...
4. Największe nadzieje na 2011 rok Twoje wydawnictwo wiąże z...
5. Jak to właściwie jest z tym kryzysem?
1. Pod względem wydawniczym rok nie był wyjątkowy, był zwyczajnie bardzo dobry. Od kilku lat my, wydawcy przyzwyczajamy polskiego odbiorcę do wysokiej jakości publikacji. Tu niestety pojawia się problem, bo tytuły, które zagranicą uznawane są za bardzo dobre, u nas to są "przeciętniaki" lub wręcz "słabizny". Powtarzam się (bo mówiłem o tym niejednokrotnie), ale w Polsce sporadycznie wydaje się tytuły mniej niż "dobre". Ostatnio pracowałem przy międzynarodowej publikacji "1001 komiksów, które musisz przeczytać przed śmiercią" i bardzo dużo z listy tych komiksów mamy już wydane w Polsce, co jest pewnego rodzaju świadectwem, że jest nieźle. Problem polega na tym, że część z tych pozycji została przez tak zwane "portale branżowe" uznana za tytuły słabe i niejednokrotnie łapałem się za głowę czytając recenzje (ale do tego już się chyba przyzwyczailiśmy). Pod względem imprez, kolejny rozwojowy rok. Tu nie ma co się rozpisywać - z roku na rok jest lepiej. Dla wydawców - kolejny trudny rok, ale o tym później...2. Plan minimum wykonany. Udało się rozpocząć inwazję na Czechy. W sumie wydaliśmy więcej tytułów niż rok temu. Pod względem ilości wydanych tytułów utrzymaliśmy 4 pozycję w rankingu wydawnictw (po Egmoncie, JPFie i timof comics). Żałujemy, że w Polsce nie rozwinęliśmy się bardziej, ale nie nastawialiśmy się na to, więc niezgodności z planem nie ma.
3. Nie lubię tego pytania, bo nigdy nie wiem jak na nie odpowiedzieć. Zawsze jest kilka obsypanych nagrodami tytułów, które nasuwają się jako pierwsze. Dla mnie jednym z wybitnych dzieł z naszej stajni jest "Pitu pitu". Wiele osób od razu pokochało ten dwutomowy zbiorek (druga część już w lutym) krótkich historii, inni ominęli go szerokim łukiem, ze względu na opinie, że nowele w nim zawarte są zbyt japońskie i hermetyczne. Nie jest to prawdą. Opowieści te są zwyczajnie oniryczne i naładowane abstrakcyjnym humorem. Fakt, bazują na japońskim folklorze, ale dla samych Japończyków większość z tych wierzeń jest nieznana, więc każdy może się nimi cieszyć. Sam autor nie zakładał, że do obioru będzie wymagana znajomość podań. Do tego dochodzi fenomenalna kreska, której próbki można było już zobaczyć w antologii "Japonia...".
4. Tym, że mimo podwyżek cen, ilość klientów nadal będzie rosła. A do tego ostatnie niedobitki, które twierdzą, że manga to zło i kicz, przekonają się, iż komiksy Made in Japan mogą być równie dobre (o ile nie lepsze) niż te zrobione w Europie czy w Stanach.
5. Kryzys jest, ale to nie jest coś, co pojawiło się znikąd. Może powiem, jak to było u nas... Pierwszy pełen rok - wiadomo, że jest trudno bo jest pierwszy. W drugim złoty poleciał na łeb, na szyję przez co koszty materiałów wzrosły niemożebnie (np. Jeny z poniżej 2 zł, skoczyły do prawie 4 zł!). W trzecim nagle skoczyły ceny papieru (ze względu na trzęsienie ziemi w Chile, gdzie są fabryki celulozy - to się nazywa globalizacja!). A teraz VAT... Co rok myślimy - "ten rok jest wyjątkowo trudny, za rok będzie już lżej", ale tak nie jest. W międzyczasie pojawiło się słowo klucz - "kryzys". Każde wydawnictwo komiksowe dostało w kość, gdy pojawiał się każdy z tych czynników, ale to ich kumulacja sprawiła, że dobrze nie jest. Do tego dwa odwieczne problemy - dystrybucja i piractwo. W wypadku pierwszego dwoimy się i troimy, żeby nasze pozycje były jak najszerzej dostępne, ale 90% nie jest zależne od nas. Natomiast piractwo jest inną kwestią. Tutaj nie wystarczy, żeby zniknęły nielegalne komiksy z sieci. To podniosłoby sprzedaż w stopniu minimalnym, ale wystarczającym do ustabilizowania się rynku. Część osób nastawiłoby się na inne formy rozrywki z nielegalnych źródeł. Dopiero całkowite zlikwidowanie piractwa (w co nie wierzę) lub znaczne jego ograniczenie spowodowałoby realną walkę o pieniądze, które ludzie wydają na kulturę lub po prostu na spędzanie wolnego czasu. Co więcej, dałoby to możliwość przyciągnięcia większej ilości osób na imprezy komiksowe.
1. Mieszane. A żeby się specjalnie nie rozpisywać – w 2010, a szczególnie jego drugiej połowie – czułem się, jak uczestnik balu na Titanicu. Pięknego balu. Ze znakomitą orkiestrą, w fantastycznym towarzystwie i drinkami gratis (no, tego elementu nie było niestety w nadmiarze; a może inaczej: tego elementu nigdy nie ma w nadmiarze). Ale poszycie statku już rozorane, woda wdziera się na pokład i za chwilę trzeba będzie się w popłochu ładować do szalup. I po tym wspaniałym balu, okazałym Titanicu zostaną właśnie te smutne pojedyncze szalupy ciskane morskimi wodami raz w tę, a raz w tę. Ale żeby było jasne – nie być na tym balu to grzech!2. Zrobiliśmy mniej niż było w planach. A z części rzeczy musieliśmy zrezygnować, przełożyć, opóźnić, itp. Ale też zrobiliśmy tyle, że patrząc na to teraz, z pewnego niewielkiego czasowego dystansu, to jestem bardzo zadowolony. Mogło być naprawdę dużo gorzej.
3. Nienawidzę takich pytań. I z tej złości odpowiem, tak jak zawsze – kochamy wszystkie nasze komiksy. Naprawdę. Ślepą rodzicielską miłością. I tu wymieniam wszystkie tytuły, które wydaliśmy w 2010.
4. Z tym, że to zatonięcie Titanica, to tylko zły sen wynikający z potwornego przejedzenia się i opicia na cudownym balu. I zaraz wszystko wróci do normy. Komiksy będą wjeżdżały tysiącami do sklepów i wynoszone stamtąd będą przez szczęśliwych klientów (oczywiście po uregulowaniu rachunku przy kasie!). I będą to małe sklepy, duże sieci, komiksy kupione w e-handlu i ze "szczęk" pod dworcem oraz w kioskach. Bardzo byśmy sobie tego życzyli.
A tak poważnie, to mam taką nadzieję, że ta proza życia okaże się na tyle nieuciążliwa, że dalej będzie nam się chciało to wszystko robić. I że będziemy mogli to robić. Tyle i aż tyle.
5. Powyżej było trochę poezji. To teraz konkrety. Z tym kryzysem to jest tak, że od ponad roku hurtownia, która dostarcza nasze komiksy do Empiku albo wcale nam nie płaci za sprzedane egzemplarze, albo płaci w ratach. Ich dług wobec nas przekroczył już granicę przyzwoitości. Zostaliśmy postawieni przed dylematem, czy dawać im kolejne nasze pozycje i kredytować ich działalność, czy rozwiązać tę sprawę, licząc się z nieobecnością w największej sieci handlującej dobrami kultury.
Nie mamy teraz ani należących się nam pieniędzy, ani nowego komiksu w Empiku, ale też dług – który dopóki go nie odzyskamy jest dla nas pieniędzmi wyrzuconymi w błoto – nie rośnie. W pozostałych punktach sprzedaży wiele przez ostatnie lata się nie zmieniło. Jest w porządku. I jak na 38 milionowy kraj nie jest w porządku.
Co będzie dalej? Nie mam bladego pojęcia. Może się okazać, że bez Empiku cała ta zabawa w wydawanie komiksów nie ma sensu, nie kalkuluje się po prostu (byłoby to bardzo, bardzo smutne). Wtedy pewnie powiemy sobie "dość", bo nie bawi nas wydawanie w 300 egzemplarzach. Bo wtedy wydawnictwo przestaje być potrzebne, autorzy sami powinni sobie wydawać komiksy i sprzedawać je na rozmaitych imprezach i w sieci. A może jednak ta hurtownie zacznie z powrotem normalnie płacić i nie będzie strachu oddawać im komiksów?
1. Rok 2010 udowodnił, że chęci promowania i wydawania komiksów znacznie przerastają możliwości zaangażowania się w to ludzi zainteresowanych. Zdecydowana większość osób wychodzi z założenia, że krytykowanie działań tych nielicznych "coś robiących" jest wystarczającą pracą w kierunku poprawy sytuacji. Wizerunkowo najaktywniejsi okazują się ludzie, którzy nie potrafią wstać od komputera i przestać stukać przypadkowe klawisze. Skutecznie przesłaniają tych, którzy coś faktycznie robią. W tym miejscu chciałbym podkreślić "cichych bohaterów" minionego roku: Michała Słomkę, Bogdana Ruksztełło i Radka Bolałka (w duecie) oraz Andrzeja Janickiego, którzy aktywnie robią coś w temacie promocji komiksu. Jak i rysowników, którzy zazwyczaj skutecznie offline rysują komiksy. A to trochę ginący gatunek. Tu wskazanie moje pada na Januarego Misiaka, który mnie bardzo pozytywnie zaskoczył objawiając się z komiksem "Siedem tygodni".2. Plany zawsze stawiamy przed sobą jak najbardziej optymistyczne i nie wszystkie udało się zrealizować niestety. Ale fakt pojawiania się kolejnych numerów i przezwyciężenie niezależnych od nas przeszkadzajek napawa optymizmem. Udało się wystartować z pierwszym zeszycikiem około-kartonowym ("Ratman") i okazał się to strzał w dziesiątkę.
3. Poza "Kartonem" wydaliśmy tylko "Ratmana". Na naszą niewielką skalę okazał się bestsellerem wymagającym dodruków. Jest to niebywały sukces, gdy udaje się ograniczonymi możliwościami dystrybucyjnymi upłynnić cały nakład dorównujący innym "profesjonalnym" wydawnictwom. Tym bardziej, że w związku z problemami jakie nas spotkały w drugiej połowie minionego roku, zeszyt ten nie trafił nawet do sklepiku na naszej stronie, gdzie zazwyczaj sprzedawaliśmy najwięcej naszych komiksów.
Oczywiście też dumą napawa nas każdy kolejny numer Kartonu. Bystre oko zauważy, że jakościowo jest tendencja zwyżkowa.
4. Nie mamy nadziei tylko plany. Plan, aby ożywić się w internecie, z czym ostatnio mieliśmy trochę problemów. Idąc za ciosem, planujemy odpalić porządny sklep z Kartonowymi publikacjami.
5. Dokładnie to jest tak, że kryzys ekonomiczny się kończy (chwilowe przyspieszenie jest zauważalne na rynku). Zwiększa się zatrudnienie i co raz więcej osób będzie pracować zamiast rysować, czy wydawać komiksy. To trochę tak autotematycznie. Od grudnia mój czas, jaki jestem w stanie poświęcić komiksowi, skurczył się do godzin między 22:00 a 7:00, gdy jestem w domu. Jeśli jeszcze kilku innych aktywnych komiksiarzy także "wchłonie babilon", kryzys komiksowy będziemy mieć pełną gębą. Brzmi trochę jak żart, ale tak nie jest. Ubiegły rok aktywnie starałem się udzielać w środowisku komiksowym i kończyłem go mocno pod kreską. Na szczęście w przypadku Kartonu jest sprawna ekipa, i nawet jeśli osobiście nie mam dostatecznie czasu i możliwości aktywnie się udzielać, ten projekt trwa i się rozwija (ukłony dla Piotrka Nowackiego).
Rysowanie komiksów to w większości przypadków duża frajda i to się raczej nie zmieni.
Wydawanie i promowanie komiksów to w większości przypadków męczący i niewdzięczny wolontariat.
1. Mijający rok w polskim komiksie zaznaczył się spadkiem ilości wydawanych tytułów. Ukazało się ich mniej więcej tyle ile w 2005 roku, ale nie jest to jeszcze zapewne koniec spadków, gdyż lata 2011 i 2012 przyniosą powrót rynku do stanu z lat 2006-2007. Oczywiście tylko jeśli największy wydawca – Egmont, postanowi dalej pozostać w tej piaskownicy. Tak, piaskownicy, bo właśnie takie wrażenia pozostawia po sobie rok 2010. Spada liczba tytułów, ukazują się głównie te lepsze, a coś wobec czego bezzasadnie używa się pojęcia "środowisko" wciąż pozostaje przy swoich przyzwyczajeniach – narzekania na wszystko w kółko bezustannie. Prowadzi to do postrzegania tego roku jako bardzo słabego. Pomimo wielu interesujących imprez i bardzo udanych komiksów, w dyskursie pozostało wrażenie, że rok jak to rok, był nijaki i minął nijako. Cóż wrażenie pozostanie po nim takie, co widać już po zachowaniach i wypowiedziach wielu osób zaangażowanych w działania na tym poletku, że może nie warto się wysilać. Ogólnie wygląda na to, że mamy rok przemęczenia komiksem.2. Ubiegły rok odstaje tym od planów założonych przed nim, że nie udało się zrealizować tych projektów, które utknęły, albo z powodów nieukończenia komiksów przez autorów – "Wrota Alicji", "Dom żałoby 8", albo z powodów bardzo powolnych działań zagranicznych partnerów – "Lost Girls", "Strefa bezpieczeństwa Goražde". Na chwilę obecną jest szansa, że wszystkie te tytuły ukażą się w końcu w tym roku. Założeniem była realizacja około 20 pozycji i to się udało. Nie udało się jednak powiększyć oferty, gdyż widać wyraźne osłabienie dynamiki na rynku oraz zmalała docieralność z tytułami do czytelników niekomiksowych, w wyniku działań największej sieci sprzedaży Empiku, która uznała, że w supermarkecie kultury nie ma za wiele miejsca dla wielu dziedzin kultury (nie tylko komiksu).
3. To bardzo trudne pytanie. Bo naprawdę trudno wybrać ten jeden, czy też po jednym dla imprintu. Ale spróbujmy. "Dziennik podróżny", dlatego że nie jest to stricte komiks tylko travelogue i wydając go nie zakładałem sukcesu, właśnie z powodu odmienności od standardowego wyobrażenia o komiksie. Natomiast jest to rzecz, która w doskonały sposób pokazuje potencjał tkwiący w komiksie jako dziedzinie sztuki. W Mroji natomiast są to 5. "Rewolucje", gdyż doskonale ukazują to, że z polskim komiksem można pokazać się na świecie i znajdą się ludzie, którzy go kupią.
4. Jako że jesteśmy realistami to nie żyjemy nadziejami. Zakładamy jednak, że nastąpi w końcu stabilizacja i w tym roku uda się dotrzeć z komiksem do umysłów ludzi zarządzających w sieciach księgarskich, że jednak warto go mieć u siebie. Liczymy na to, że uda się nam zrealizować parę projektów komiksowych, w tym i kilka dosyć dużych m.in. "Lost Girls".
5. Kryzys na polskim rynku już raczej się skończył, to co obecnie obserwujemy to zbieranie się rynku po nim. Niestety czkawką kryzysu okazało się ograniczenie przez sieci handlowe sprzedające kulturę oferty, uprymitownienie jej i zawężenie głównie do dóbr środka. Do tego dochodzą zatory w płatnościach, które w 2010 roku znacznie urosły. Efektem tego jest zmniejszanie oferty przez wielu wydawców i producentów kultury, a to sprawia, że oferta ta kierowana jest coraz bardziej do zamkniętych środowisk fanowskich – w tym wypadku komiksu. A to oznacza, że jak się nie odwróci trendu, to kryzys nas dopiero czeka… za kilka lat.
W 2010 roku wydaliśmy 4 komiksy, co jest znacznym wzrostem w stosunku do 2009 roku, kiedy to w ramach "Strefy Komiksu" ukazały się tylko trzy albumy. W 2010 roku udało nam się utrzymać niskie ceny naszych komiksów, zaś ich średnia sprzedaż nie odbiegała od tej z lat poprzednich. Wygląda więc na to, że kryzys na rynku komiksowym szczęśliwie nas ominął (bądź też jest mocno przereklamowany), a to dzięki stałej liczbie czytelników, którzy w miarę regularnie kupują nasze komiksy. Jest ich wystarczająco dużo, byśmy dalej działali i wydawali komiksy czarno-białe, ale zbyt mało, aby opłacało się drukować albumy w full kolorze.W ubiegłym roku wydaliśmy kilka wyjątkowych albumów. Mocnym otwarciem była antologia autorska Artura Chochowskiego, jednego z najzdolniejszych polskich rysowników, podsumowująca jego dotychczasowe twórcze dokonania na polu komiksu.
Kolejną pozycją była wzbogacona o dodatkowe plansze reedycja "Laleczek" Macieja Pałki, To klimatyczna, posapokaliptyczna opowieść będąca szczytowym komiksowym osiągnięciem lubelskiego twórcy.
Końcówka roku zaowocowała dwoma albumami narysowanymi przez Zygmunta Similaka: trzecią częścią "Triumwiratu" oraz drugą autobiografii, pt. "W ciemiu gwiazdy". Zarówno "Triumwirat" (pierwsza od wielu lat ukończona polska seria komiksowa) jak i "W cieniu gwiazdy" (najprawdopodobniej ostatnia część autobiografii Zygmunta Similaka) zamykają pewien etap w działalności łódzkiego twórcy.
Co nas czeka w tym roku?
Najważniejszym wydarzeniem nadchodzących miesięcy będzie zakończenie prac i wydanie na wiosnę dwóch pierwszych albumów wielotomowej sagi science-fiction "Exodus", komiksu rysowanego przez Jacka Brodnickiego na potrzeby "Magazynu Fantastycznego". Na Komiksową Warszawę planujemy druk drugiej części "Mroku", którego pierwszy tom autorstwa Nikodema Cabały, rozszedł się w rekordowym dla "Strefy Komiksu" nakładzie. Tym razem obok Nikodema w komiksie wystąpią: Artur Chochowski, Zygmunt Similak oraz Tomasz Kleszcz. Latem ukażą się dwa komiksy historyczne Zygmunta Similaka: "Zawisza Czarny" i "Bitwa pod Grunwaldem". Na jesień planujemy drugą część "Gwiezdnych bezdroży" (czytelnicy "Magazynu Fantastycznego" mieli już okazję zapoznać się z dwunastostronicowym shortem z tego albumu, pt.: "Jestem Błąd, James Błąd"). Tym razem w roli rysownika Ryszarda Dąbrowskiego zastąpi Zygmunt Similak.
czwartek, 16 września 2010
#560 - Laleczki
"Laleczki" były swoistym pożegnaniem z zinowym samizdatem dla Macieja Pałki. Liczący 44 strony album został wydany na lubelskim TRACHu w kwietniu 2005 roku, w ekstremalnie niskim nakładzie. Dziś pewnie może uchodzić za białego kruka. Oryginalny materiał został solidnie zremasterowany przez Bartosza Sztybora oraz wzbogacony o dwie dodatkowe historie - "Ostatnią wyspę" do scenariusza Daniela Gizickiego i "Ze skrajności w skrajność" napisaną przez Ireneusza Mazurka.
Maciej Pałka zdążył mnie już przyzwyczaić do swojej skrajnie przerysowanej, groteskowej kreski, którą z dość dużą swobodą traktuje anatomię, perspektywę, elementy tła i scenografii. Jego paskudne gęby ze zdeformowanymi nosami mają tylu zwolenników, co przeciwników, ale nie sposób odmówić im rozpoznawalności. Prace Pałki są bardzo charakterystyczne i nie sposób ich pomylić z rysunkami innych twórców.
"Laleczki" wizualnie są albumem nierównym. Obok grafik pociągniętych grubo tuszem i gęsto podrasowanych rastrem (pojedynek pustynnego wędrowca z mutantami otwierający album), trafiają się rysunki ciśnięte obło, płasko, cienkopisem (scena napadu na Karen). Te pierwsze robią wrażenie pałkowym luzem i delikatnie przynoszą na myśl "Dziennik Podróżny" Craiga Thompsona. Natomiast te drugie prezentują się dość mizernie i mocno widać po nich upływ lat. Trudno nie docenić pracy, jaką autor włożył w ujednolicenie szaty graficznej swojego komiksu, ale po dość trudnej operacji złożenia "Laleczek" w jedną, spójną całość, pozostały wyraźne ślady po szwach. Co całkiem nieźle komponuje się z historią, poskładaną z kilku mniejszych fabuł, które rozgrywają się w postapokaliptycznej przyszłości.
Estetycznie "Laleczkom" bardzo blisko do niskobudżetowych filmów klasy B, pełnych bezsensownej przemocy, taniej erotyki i, niestety, dość szablonowej fabuły, posklejanej z wyświechtanych schematów. Na komiks to przepis dobry, jak każdy inny, ale żeby osiągnąć zadowalające efekty, z żonglerki tanimi, pulpowymi motywami, trzeba wycisnąć dobrą, angażującą historię. Albo chociaż coś więcej, niż tylko kilka skrajne odrażających chwytów i banalnych rozwiązań fabularnych. Zespołowi scenarzystów i Maciejowi Pałce daleko do wirtuozerii Tarantino czy Rodrigueza w tej materii, więc efekt jest dość średni.
Etykiety:
Bartosz Sztybor,
Daniel Gizicki,
Ireneusz Mazurek,
Laleczki,
lokalne,
Maciej Pałka,
mainstream,
patronat,
Polska,
recenzja,
Wydawnictwo Roberta Zaręby
środa, 16 czerwca 2010
#479 - Strefa komiksu: Artur Chochowski
Już od początkowych kadrów pierwszej historii ("W pogoni z Amy") widać, że Artur Chochowski jest niezwykle sprawnym komiksiarzem. Pewna, dynamiczna kreska, skróty perspektywiczne, które nie przynoszą wstydu swojemu autorowi i prawie wzorowe kadrowanie znamionują solidny warsztat, godny twórcy z krajowej pierwszej ligi. Ale zaraz – kim tak w ogóle ten Chochowski jest? Gdzie, na naszym stosunkowo małym rynku uchował się taki klejnocik?
Jestem pewien, że dla wielu miłośników komiksu nazwisko Chochowskiego nic nie mówi. I nie ma im się co dziwić, bowiem nie jest to twórca szczególnie znany. Jego nazwiska próżno szukać na liście płac rodzimych zinów czy antologii wszelakiej maści. Do tej pory w bibliografii artysty, którego można kojarzyć z niszowym "Magazynem Fantastycznym", znajduje się niewiele pozycji. Kilka okładek ("Triumwirat: Mag", "Tod Robot: Re-animacja", "Antologia Science-Fiction"), parę krótszych historii (w "Likwidatorze" i "Antologii Komiksu Polskiego"). Na dobrą sprawę przekrojowe wydanie "Strefy Komiksu" poświęcone jego twórczości to pierwsza, poważna publikacja na jego koncie. To naprawdę bardzo niewiele, jak na twórcę z takim potencjałem.
Prace zebrane w tym tomiku stanowią naprawdę świetną wizytówkę dla swojego autora, którego wypada uznać za jednego z najciekawszych, rodzimych rysowników komiksowych. Rysunki Chochowskiego przypominają mi dokonania Śledzia z okresu pracy nad "Osiedlem Swoboda", tylko bardziej dojrzałe i dopracowane. W zależności od danej historii i jej entourage'u, artysta odpowiednio dostosowuje i modyfikuje swoją kreskę. W "Życiowej roli" i "Likwidatorze vs. siły inwazyjne", fabułach do skryptu Roberta Zaręby, jego styl jest bardziej drapieżny, satyryczny i zdeformowany, choć momentami przynoszący na myśl prace Tomasza Lwa Leśniaka, znanego z oprawy wizualnej do "Jeża Jerzego". W "Drągalu" (w roli scenarzysty znów występuje Zaręba) Chochowski zmierzył się z konwencją realistyczną i wyszedł z tej konfrontacji obronną ręką, momentami bardzo sprytnie maskując swoje braki.
Znacznie większe pole do popisu zapewnia mu bardziej "komiksowa" stylistyka, obecna w innym krótkim metrażu z uśmiechniętym eko-terrorystą w roli głównej. "Likwidatora i wykluczonych" Chochowski pociągnął wyczyszczoną kreską w odcieniach szarości, ciążącą ku klasycznemu, komiksowemu przerysowaniu. Efekt jest naprawdę piorunujący! Dla odmiany bardzo starannie wycieniowany i delikatnie pociągnięty tuszem "Krąg" (napisany przez Konrada Mizerę) prezentuje się tylko solidnie. Co ciekawe, Chochowski radzi sobie również z kolorem. Wśród takich prac najsłabiej prezentuje się "Stacja" (strasznie płaska), ale już "Anioły i potwory" oraz "Zajebiste" wyglądają bardzo fajnie.
Jak widać całkiem spory rozrzut stylistyczny udowadnia, że Artur Chochowski jest bardzo sprawnym i wszechstronnym rysownikiem. Niestety, z oprawą wizualną na wysokim poziomie nie idzie w parze jakość scenariuszy. Obok dwóch, typowych fabuł z "Likwidatorem", mamy bowiem "Drągala" pochodzącego z antologii "11/11 = Niepodległość". Dość miernie napisaną opowieść o Aleksandrze Młyńskim, akowskim bohaterze walczącym z radzieckim okupantem w okolicach Radomia. "Życiowa rola" to całkiem sympatyczny szorciak, choć nieco na siłę rozciągnięty, a resztę stanowią typowe wypełniacze będące albo zabawami z formą ("Zajebiste", "Krąg"), albo komiksowymi wprawkami, opartymi na jakimś koncepcie ("Stacja", "Anioły i potwory", "Superniezawodny Sześciostrzałowiec"). Tak naprawdę żadna z prac obecnych w antologii nie wyróżnia się niczym na tle innych. Irytują również drobne wpadki, jak znikająca bransoletka czy jedno niepotrzebne "warto" w pewnym dialogu. Takich niedopatrzeń jest całkiem sporo.
Antologia komiksów Artura Chochowskiego sprawdza się, jako znakomite portfolio dla swojego twórcy. Wypada go uznać, za jednego z najciekawszych rodzimych rysowników komiksowych, konsekwentnie promowanego przez Roberta Zarębę. To twórca, który ma wszystkie dane, aby błysnąć na rodzimej scenie i wypada tylko czekać, aż wpadnie w jego ręce jakiś solidny scenariusz. Natomiast jeśli idzie o "Strefę Komiksu" poświęconą jego twórczości, to jako zbiór komiksowych historyjek, wypada bardzo blado. Delikatnie mówiąc. Ci, którzy nastawiają się na ciekawą lekturę, mogą poczuć się srodze zawiedzeni.
Jestem pewien, że dla wielu miłośników komiksu nazwisko Chochowskiego nic nie mówi. I nie ma im się co dziwić, bowiem nie jest to twórca szczególnie znany. Jego nazwiska próżno szukać na liście płac rodzimych zinów czy antologii wszelakiej maści. Do tej pory w bibliografii artysty, którego można kojarzyć z niszowym "Magazynem Fantastycznym", znajduje się niewiele pozycji. Kilka okładek ("Triumwirat: Mag", "Tod Robot: Re-animacja", "Antologia Science-Fiction"), parę krótszych historii (w "Likwidatorze" i "Antologii Komiksu Polskiego"). Na dobrą sprawę przekrojowe wydanie "Strefy Komiksu" poświęcone jego twórczości to pierwsza, poważna publikacja na jego koncie. To naprawdę bardzo niewiele, jak na twórcę z takim potencjałem.Prace zebrane w tym tomiku stanowią naprawdę świetną wizytówkę dla swojego autora, którego wypada uznać za jednego z najciekawszych, rodzimych rysowników komiksowych. Rysunki Chochowskiego przypominają mi dokonania Śledzia z okresu pracy nad "Osiedlem Swoboda", tylko bardziej dojrzałe i dopracowane. W zależności od danej historii i jej entourage'u, artysta odpowiednio dostosowuje i modyfikuje swoją kreskę. W "Życiowej roli" i "Likwidatorze vs. siły inwazyjne", fabułach do skryptu Roberta Zaręby, jego styl jest bardziej drapieżny, satyryczny i zdeformowany, choć momentami przynoszący na myśl prace Tomasza Lwa Leśniaka, znanego z oprawy wizualnej do "Jeża Jerzego". W "Drągalu" (w roli scenarzysty znów występuje Zaręba) Chochowski zmierzył się z konwencją realistyczną i wyszedł z tej konfrontacji obronną ręką, momentami bardzo sprytnie maskując swoje braki.
Znacznie większe pole do popisu zapewnia mu bardziej "komiksowa" stylistyka, obecna w innym krótkim metrażu z uśmiechniętym eko-terrorystą w roli głównej. "Likwidatora i wykluczonych" Chochowski pociągnął wyczyszczoną kreską w odcieniach szarości, ciążącą ku klasycznemu, komiksowemu przerysowaniu. Efekt jest naprawdę piorunujący! Dla odmiany bardzo starannie wycieniowany i delikatnie pociągnięty tuszem "Krąg" (napisany przez Konrada Mizerę) prezentuje się tylko solidnie. Co ciekawe, Chochowski radzi sobie również z kolorem. Wśród takich prac najsłabiej prezentuje się "Stacja" (strasznie płaska), ale już "Anioły i potwory" oraz "Zajebiste" wyglądają bardzo fajnie.
Jak widać całkiem spory rozrzut stylistyczny udowadnia, że Artur Chochowski jest bardzo sprawnym i wszechstronnym rysownikiem. Niestety, z oprawą wizualną na wysokim poziomie nie idzie w parze jakość scenariuszy. Obok dwóch, typowych fabuł z "Likwidatorem", mamy bowiem "Drągala" pochodzącego z antologii "11/11 = Niepodległość". Dość miernie napisaną opowieść o Aleksandrze Młyńskim, akowskim bohaterze walczącym z radzieckim okupantem w okolicach Radomia. "Życiowa rola" to całkiem sympatyczny szorciak, choć nieco na siłę rozciągnięty, a resztę stanowią typowe wypełniacze będące albo zabawami z formą ("Zajebiste", "Krąg"), albo komiksowymi wprawkami, opartymi na jakimś koncepcie ("Stacja", "Anioły i potwory", "Superniezawodny Sześciostrzałowiec"). Tak naprawdę żadna z prac obecnych w antologii nie wyróżnia się niczym na tle innych. Irytują również drobne wpadki, jak znikająca bransoletka czy jedno niepotrzebne "warto" w pewnym dialogu. Takich niedopatrzeń jest całkiem sporo.Antologia komiksów Artura Chochowskiego sprawdza się, jako znakomite portfolio dla swojego twórcy. Wypada go uznać, za jednego z najciekawszych rodzimych rysowników komiksowych, konsekwentnie promowanego przez Roberta Zarębę. To twórca, który ma wszystkie dane, aby błysnąć na rodzimej scenie i wypada tylko czekać, aż wpadnie w jego ręce jakiś solidny scenariusz. Natomiast jeśli idzie o "Strefę Komiksu" poświęconą jego twórczości, to jako zbiór komiksowych historyjek, wypada bardzo blado. Delikatnie mówiąc. Ci, którzy nastawiają się na ciekawą lekturę, mogą poczuć się srodze zawiedzeni.
wtorek, 16 lutego 2010
#375 - Historie Okupacyjne (część pierwsza)
Jeśli idzie o utwory autobiograficznie, to artyści komiksowi w tej materii mogą pochwalić się sporymi osiągnięciami. Tak się złożyło, że w gronie powieści graficznych, w których autorzy opowiadają o sobie i swoim życiu, trafiło się kilka wybitnych i przełomowych prac dla całego komiksowego medium. "Persepolis" Marjane Satrapi, "Blankets" Craiga Thomsona, "Fun Home" Alison Bechdel, żeby wymienić tylko kilka, które znane są także polskim czytelnikom. Niestety, osiągnięcia rodzimych twórców na tej niwie nie są tak spektakularne.

W Polsce prace tego typu można policzyć na palcach dosłownie jednej ręki. Prawdziwe pionierska praca "Życie codzienne w Polsce" Wilhelma Sasnala ginie w pomroce początku lat dziewięćdziesiątych, a za najbardziej udaną komiksową autobiografię uchodzi trylogia (jeszcze powstająca) "Na Szybko Spisane" Michała Śledzińskiego. Zresztą porównanie "Historii okupacyjnych" Zygmunta Similaka do komiksu Śledzia z pozoru wydaje się karkołomne, lecz po prawdzie jest bardzo trafne. Similak, podobnie jak Śledziu, przywołuje z pamięci nie tylko wspomnienia, które później zostaną zrekonstruowane na kadrach, ale również ówczesną, szeroko pojętą obyczajowość. W "NSS" jest to sentymentalny koloryt schyłku PRLu, z rozrzewnieniem wspominany przez dzisiejszych trzydziestolatków. W "Historiach okupacyjnych", jak sam tytuł wskazuje, czasy niemieckiej okupacji lat czterdziestych ubiegłego wieku. Porównując oba tytuły nie można zapominać, że Śledziu stworzył jeden z najwybitniejszych komiksów wolnej Polski, a pracę Similaka, przy odrobinie dobrych chęci, można uznać za utwór najwyżej przeciętny.
Także struktura obu komiksów wydaje się być podobna. Narracja została rozbita na mniejsze, powiązane ze sobą epizody, w których oglądamy wojnę oczami dziecka. Okupacyjna rzeczywistość splata się z podwórkowymi wybrykami i wyobrażeniami kilkulatka o wojnie, która trwa gdzieś w tle, na drugim planie. Mogę jedynie przypuszczać, opierając się na opracowaniach Adama Ruska, że "Historie okupacyjne" utrzymane są w tonie prasowych "filmów rysunkowych" w stylu "Wicka i Wacka" Wacława Drozdowskiego. Zresztą sam autor w wywiadzie dołączonym do albumu przyznaje się do fascynacji przygodami "dwóch honorowych cwaniaków z łódzkiego Widzewa".
Niestety, Similak ma problemy ze spójnością swojej historii, z łączeniem poszczególnych epizodów w całość, bardzo topornie idzie mu prowadzenie fabuły. Z całą pewnością autor jest świetnym karykaturzystą i satyrykiem, mającym w swoim dorobku setki, jeśli nie tysiące rysunkowych dowcipów, lecz narracja obrazkowa to inna para kaloszy, stawiająca twórcy nieco inne wymagania. Kompozycji brak przestrzeni, jego kadry "nie oddychają", są źle skompresowane, przez co komiks wizualnie staje się mniej czytelny. Niekiedy drugi plan jest dopracowany równie szczegółowo, jak pierwszy, przez co kadry stają się niewyraźne. Da się zauważyć tendencję do stosowania tylko jednego ujęcia perspektywicznego, charakterystycznego właśnie dla ilustracji satyrycznej, przez co niektóre sceny są potwornie sztucznie. Oprócz tego, gdy Similak próbuje zastosować inne ujęcia (jak na stronie osiemnastej), w pełni obnaża swoje braki w komiksowym elementarzu – anatomii, skrócie i perspektywie. Oddając jednak sprawiedliwość autorowi "Historii okupacyjnych", trzeba przyznać, że ma świetną rękę do cartoonowej stylistyki, utrzymanej w starym, dobrym stylu.
Gdyby w pierwszej części "Historii okupacyjnych" było coś, co mnie poruszyło, wzruszyło albo rozśmieszyło, przymknąłbym oko na warsztatowe niedoróbki Zygmunta Similaka. Ba, pewnie jeszcze doceniłbym stylizację na oldschoolową oprawę graficzną i dowcip. Ale niestety, podczas lektury komiksu przechodzi się niejako obok historii, dramatów i życia autora, który odważył się opowiadać o nie zawsze przyjemnych momentach ze swojego dzieciństwa.
W Polsce prace tego typu można policzyć na palcach dosłownie jednej ręki. Prawdziwe pionierska praca "Życie codzienne w Polsce" Wilhelma Sasnala ginie w pomroce początku lat dziewięćdziesiątych, a za najbardziej udaną komiksową autobiografię uchodzi trylogia (jeszcze powstająca) "Na Szybko Spisane" Michała Śledzińskiego. Zresztą porównanie "Historii okupacyjnych" Zygmunta Similaka do komiksu Śledzia z pozoru wydaje się karkołomne, lecz po prawdzie jest bardzo trafne. Similak, podobnie jak Śledziu, przywołuje z pamięci nie tylko wspomnienia, które później zostaną zrekonstruowane na kadrach, ale również ówczesną, szeroko pojętą obyczajowość. W "NSS" jest to sentymentalny koloryt schyłku PRLu, z rozrzewnieniem wspominany przez dzisiejszych trzydziestolatków. W "Historiach okupacyjnych", jak sam tytuł wskazuje, czasy niemieckiej okupacji lat czterdziestych ubiegłego wieku. Porównując oba tytuły nie można zapominać, że Śledziu stworzył jeden z najwybitniejszych komiksów wolnej Polski, a pracę Similaka, przy odrobinie dobrych chęci, można uznać za utwór najwyżej przeciętny.
Także struktura obu komiksów wydaje się być podobna. Narracja została rozbita na mniejsze, powiązane ze sobą epizody, w których oglądamy wojnę oczami dziecka. Okupacyjna rzeczywistość splata się z podwórkowymi wybrykami i wyobrażeniami kilkulatka o wojnie, która trwa gdzieś w tle, na drugim planie. Mogę jedynie przypuszczać, opierając się na opracowaniach Adama Ruska, że "Historie okupacyjne" utrzymane są w tonie prasowych "filmów rysunkowych" w stylu "Wicka i Wacka" Wacława Drozdowskiego. Zresztą sam autor w wywiadzie dołączonym do albumu przyznaje się do fascynacji przygodami "dwóch honorowych cwaniaków z łódzkiego Widzewa".
Niestety, Similak ma problemy ze spójnością swojej historii, z łączeniem poszczególnych epizodów w całość, bardzo topornie idzie mu prowadzenie fabuły. Z całą pewnością autor jest świetnym karykaturzystą i satyrykiem, mającym w swoim dorobku setki, jeśli nie tysiące rysunkowych dowcipów, lecz narracja obrazkowa to inna para kaloszy, stawiająca twórcy nieco inne wymagania. Kompozycji brak przestrzeni, jego kadry "nie oddychają", są źle skompresowane, przez co komiks wizualnie staje się mniej czytelny. Niekiedy drugi plan jest dopracowany równie szczegółowo, jak pierwszy, przez co kadry stają się niewyraźne. Da się zauważyć tendencję do stosowania tylko jednego ujęcia perspektywicznego, charakterystycznego właśnie dla ilustracji satyrycznej, przez co niektóre sceny są potwornie sztucznie. Oprócz tego, gdy Similak próbuje zastosować inne ujęcia (jak na stronie osiemnastej), w pełni obnaża swoje braki w komiksowym elementarzu – anatomii, skrócie i perspektywie. Oddając jednak sprawiedliwość autorowi "Historii okupacyjnych", trzeba przyznać, że ma świetną rękę do cartoonowej stylistyki, utrzymanej w starym, dobrym stylu.
Gdyby w pierwszej części "Historii okupacyjnych" było coś, co mnie poruszyło, wzruszyło albo rozśmieszyło, przymknąłbym oko na warsztatowe niedoróbki Zygmunta Similaka. Ba, pewnie jeszcze doceniłbym stylizację na oldschoolową oprawę graficzną i dowcip. Ale niestety, podczas lektury komiksu przechodzi się niejako obok historii, dramatów i życia autora, który odważył się opowiadać o nie zawsze przyjemnych momentach ze swojego dzieciństwa.
wtorek, 9 lutego 2010
#369 - Apokalipsa
Podobnie jak Maciej Pałka, jestem zdania, że antologiom tematycznym warto wyznaczać ramy za pomocą konwencji (fantasy, science-fiction) lub ewentualnie gatunków (kryminał, komedia), niż ograniczać twórców konkretnym hasłem czy motywem przewodnim. Często zdarza się tak, że autorzy traktują go jedynie jako błahy pretekst do opowiedzenia historii na zupełnie inny temat. I diabli biorą spójność takiego zbioru – a chyba o spójność idzie w wydawnictwach tego typu.

Zresztą w przypadku dwutomowej antologii "Apokalipsa" sprawa jest jeszcze bardziej poplątana. Wydawca i pomysłodawca projektu, Robert Zaręba, we wstępie wyznaje, że w skład pierwszego tomu wchodzi dziesiątka najlepszych (jego zdaniem) szortów polskich autorów, powstałych pod koniec XX i na początku XXI wieku. Można tylko domniemywać, dlaczego zostały zebrane pod szyldem Apokalipsy skoro prawie połowa ("Pasażer 47", "Likwidator i literaci", "The End", "Marionetki" i na dobrą sprawę "Co by było, gdyby…") nie ma z nią nic wspólnego. W drugiej części zebrano prace powstałe na potrzeby "Strefy Komiksu" i "Magazynu Fantastycznego", a także komiksy nadesłane na potrzeby zbioru. I najczęściej jedynie luźno odnoszą się do końca świata jako takiego, o wiele częściej traktując o tematyce post-apokaliptycznej.
Perfekcyjnie motyw przewodni wyzyskuje Rafał Bąkowicz w otwierającej pierwszy tom "Apokalipsie według świętego mnie". Gorzka i nieco ironiczna opowieść o ostatnim człowieku, w której autor pokazuje, jak świetnie można w komiksie słowo może grać z obrazem. Jeszcze bardziej ironicznie do zagadnienia podszedł KRL w dwóch, wczesnych szorciakach z Produktu, z kaerelkami w rolach głównych. Zarówno "Życzenie", jak i "Plac Zabaw" zawsze zaliczałem do swoich ulubionych rzeczy Kalinowskiego, więc i one należą do mocnych punktów antologii. Dwuczęściowy "Bezból" Filipa Myszkowskiego, powstały na potrzeby produktywnego fanzinu Tfur, to undergroundowa jazda po bandzie, również na upartego opowiadająca o zagładzie, tym razem przybywającej z kosmosu. Dużo posoki, wulgarnych żartów, trochę golizny i rysunkowego freestyle'u – można to lubić albo i nie. Dobrze wypada futurystyczna wariacja na temat biblijnego motywu grzechu pierworodnego, świetne narysowana przez Krzysztofa Wyrzykowskiego, w surowym i chłodnym stylu, świetnie pasującym do hard sci-fi. O dziwo, także występ Ryszarda Dąbrowskiego należy zaliczyć do udanych. Pewnie dlatego, że jego Likwidator tym razem nie był tak śmiertelnie poważny, jak to zwykle bywa. No i redakcja "Lampy" pojawia się w roli gości specjalnych. Stawkę zamykają nieco słabsze prace. "Remo", jedna z opowieści ze zbiorku Pawła Gierczaka "Wędrówki po mieści cyborgów", niczym szczególnym się nie wyróżnia, podobnie jak komiks braci Cabałów, Patryka i Nikodema, a także jednostronicowe komiksy Zygmunta Similaka ("The End") oraz praca Krzysztofa Kałuszki i Mariusza Zawadzkiego ("Pasażer 47").

Pierwszy tomik wypada naprawdę nieźle, pomimo tego, że niemal w całości składa się materiałów wcześniej publikowanych. Znacznie mizerniej prezentuje się część druga "Apokalipsy", z której pozytywnie wybija się zaledwie kilka prac. Najlepiej wypada "Puste Niebo", znakomicie rozegrana wojenna opowieść grozy, w gęstym, mastertonowskim sosie. Przeszkadza trochę przegadana narracja Michała Lebiody, ale Rafał Bąkowicz zalicza znowu świetny występ. Z dobrym inkerem mógłby spokojnie sprawdzić się na jakimś zachodnim rynku. Gierczak rehabilituje się po słabszym występie humorystyczną etiudą o zmierzchu ery fantasy ("Zmierzch") - wielki plus za nawiązanie do Conana Barbarzyńcy. Na bardzo fajnym koncepcie oparty jest szort Roberta Zaręby i Jacka Brodnickiego "Mesjasz", którego można krótko opisać, jako spotkanie Matriksa z Biblią. Niestety, resztę komiksów w drugim tomie stanowią, brzydko mówiąc, wypełniacze. Oprócz dwu- lub jednostronicowych popierdółek (nijakie "Misterium" i "Oddech" Adama Święckiego, beznadziejny "Zalotnik" Dąbrowskiego, bezpłciowe "Stare Wary" tercetu Gałek-Klimek-Jędrzejewski, niezrozumiałe "Przebudzenie" Sławomira Wolickiego, czy kuriozalny "Liść" Marcina i Marka Rudawskich), trafiają się rzeczy kompletnie z czapy – "Smętarz" z beznadziejnym scenariuszem Zawadzkiego, nieuchodzącym nawet najdurniejszym produkcyjniakom nurtu super-hero i rysunakami Dismasa, nadużywającego Photoshopa, niezrozumiały "Generalissumus" Zygmunta Similaka, który jednak powinien pozostać przy rysunku satyrycznym, bo ten wychodzi mu o niebo lepiej. "Powrót taty" na podstawie utworu Adama Mickiewicza w realizacji Zaręby i Gierczaka prezentuje się nijako, a "Prawo Natury" Karola Łukasiewicza jest zwyczajnie denne. Tylko poprawnie wypadli Sęk i Ronek w "Paczce do pana" oraz Mierzwa, Łukasiewicz i Pietrucha w "Zagrodzie". Całość uzupełnia "Pejzaż postapokaliptyczny" Mariusza Gandzela, czyli galeria ilustracji powstałych dla wydawnictwa Portal.
W sumie w dwóch, sporych rozmiarów tomach (oba po 80 stron) zebrano 26 prac. To dużo. Największym grzechem "Apokalipsy" jest brak surowych, redaktorskich nożyczek, które usunęłyby nadmiar prac słabych i kompletnie nie na temat. Czytając antologię miałem wrażenie, że obcuję ze skleconym naprędce półproduktem, który nie przeszedł odpowiedniej kontroli jakości. Wielka szkoda, że rzeczy naprawdę dobre giną w nawale tych słabszych.
Zresztą w przypadku dwutomowej antologii "Apokalipsa" sprawa jest jeszcze bardziej poplątana. Wydawca i pomysłodawca projektu, Robert Zaręba, we wstępie wyznaje, że w skład pierwszego tomu wchodzi dziesiątka najlepszych (jego zdaniem) szortów polskich autorów, powstałych pod koniec XX i na początku XXI wieku. Można tylko domniemywać, dlaczego zostały zebrane pod szyldem Apokalipsy skoro prawie połowa ("Pasażer 47", "Likwidator i literaci", "The End", "Marionetki" i na dobrą sprawę "Co by było, gdyby…") nie ma z nią nic wspólnego. W drugiej części zebrano prace powstałe na potrzeby "Strefy Komiksu" i "Magazynu Fantastycznego", a także komiksy nadesłane na potrzeby zbioru. I najczęściej jedynie luźno odnoszą się do końca świata jako takiego, o wiele częściej traktując o tematyce post-apokaliptycznej.
Perfekcyjnie motyw przewodni wyzyskuje Rafał Bąkowicz w otwierającej pierwszy tom "Apokalipsie według świętego mnie". Gorzka i nieco ironiczna opowieść o ostatnim człowieku, w której autor pokazuje, jak świetnie można w komiksie słowo może grać z obrazem. Jeszcze bardziej ironicznie do zagadnienia podszedł KRL w dwóch, wczesnych szorciakach z Produktu, z kaerelkami w rolach głównych. Zarówno "Życzenie", jak i "Plac Zabaw" zawsze zaliczałem do swoich ulubionych rzeczy Kalinowskiego, więc i one należą do mocnych punktów antologii. Dwuczęściowy "Bezból" Filipa Myszkowskiego, powstały na potrzeby produktywnego fanzinu Tfur, to undergroundowa jazda po bandzie, również na upartego opowiadająca o zagładzie, tym razem przybywającej z kosmosu. Dużo posoki, wulgarnych żartów, trochę golizny i rysunkowego freestyle'u – można to lubić albo i nie. Dobrze wypada futurystyczna wariacja na temat biblijnego motywu grzechu pierworodnego, świetne narysowana przez Krzysztofa Wyrzykowskiego, w surowym i chłodnym stylu, świetnie pasującym do hard sci-fi. O dziwo, także występ Ryszarda Dąbrowskiego należy zaliczyć do udanych. Pewnie dlatego, że jego Likwidator tym razem nie był tak śmiertelnie poważny, jak to zwykle bywa. No i redakcja "Lampy" pojawia się w roli gości specjalnych. Stawkę zamykają nieco słabsze prace. "Remo", jedna z opowieści ze zbiorku Pawła Gierczaka "Wędrówki po mieści cyborgów", niczym szczególnym się nie wyróżnia, podobnie jak komiks braci Cabałów, Patryka i Nikodema, a także jednostronicowe komiksy Zygmunta Similaka ("The End") oraz praca Krzysztofa Kałuszki i Mariusza Zawadzkiego ("Pasażer 47").
Pierwszy tomik wypada naprawdę nieźle, pomimo tego, że niemal w całości składa się materiałów wcześniej publikowanych. Znacznie mizerniej prezentuje się część druga "Apokalipsy", z której pozytywnie wybija się zaledwie kilka prac. Najlepiej wypada "Puste Niebo", znakomicie rozegrana wojenna opowieść grozy, w gęstym, mastertonowskim sosie. Przeszkadza trochę przegadana narracja Michała Lebiody, ale Rafał Bąkowicz zalicza znowu świetny występ. Z dobrym inkerem mógłby spokojnie sprawdzić się na jakimś zachodnim rynku. Gierczak rehabilituje się po słabszym występie humorystyczną etiudą o zmierzchu ery fantasy ("Zmierzch") - wielki plus za nawiązanie do Conana Barbarzyńcy. Na bardzo fajnym koncepcie oparty jest szort Roberta Zaręby i Jacka Brodnickiego "Mesjasz", którego można krótko opisać, jako spotkanie Matriksa z Biblią. Niestety, resztę komiksów w drugim tomie stanowią, brzydko mówiąc, wypełniacze. Oprócz dwu- lub jednostronicowych popierdółek (nijakie "Misterium" i "Oddech" Adama Święckiego, beznadziejny "Zalotnik" Dąbrowskiego, bezpłciowe "Stare Wary" tercetu Gałek-Klimek-Jędrzejewski, niezrozumiałe "Przebudzenie" Sławomira Wolickiego, czy kuriozalny "Liść" Marcina i Marka Rudawskich), trafiają się rzeczy kompletnie z czapy – "Smętarz" z beznadziejnym scenariuszem Zawadzkiego, nieuchodzącym nawet najdurniejszym produkcyjniakom nurtu super-hero i rysunakami Dismasa, nadużywającego Photoshopa, niezrozumiały "Generalissumus" Zygmunta Similaka, który jednak powinien pozostać przy rysunku satyrycznym, bo ten wychodzi mu o niebo lepiej. "Powrót taty" na podstawie utworu Adama Mickiewicza w realizacji Zaręby i Gierczaka prezentuje się nijako, a "Prawo Natury" Karola Łukasiewicza jest zwyczajnie denne. Tylko poprawnie wypadli Sęk i Ronek w "Paczce do pana" oraz Mierzwa, Łukasiewicz i Pietrucha w "Zagrodzie". Całość uzupełnia "Pejzaż postapokaliptyczny" Mariusza Gandzela, czyli galeria ilustracji powstałych dla wydawnictwa Portal.
W sumie w dwóch, sporych rozmiarów tomach (oba po 80 stron) zebrano 26 prac. To dużo. Największym grzechem "Apokalipsy" jest brak surowych, redaktorskich nożyczek, które usunęłyby nadmiar prac słabych i kompletnie nie na temat. Czytając antologię miałem wrażenie, że obcuję ze skleconym naprędce półproduktem, który nie przeszedł odpowiedniej kontroli jakości. Wielka szkoda, że rzeczy naprawdę dobre giną w nawale tych słabszych.
czwartek, 28 stycznia 2010
#357 - Rok 2009 okiem wydawcy
Zgodnie z zapowiedzią z ostatniego Komix-Expressu, dzisiaj przyszedł czas na kolejne komiksowe podsumowanie. O rozliczenie się z dwunastoma miesiącami 2009 roku poprosiliśmy przedstawicieli kilku wydawnictw, a konkretnie Radosława Bolałka z Hanami, Szymona Holcmana z Kultury Gniewu, Pawła Sawickiego z Mroja Press i Roberta Zarębę ze Strefy Komiksu. Aby wszystkie te podsumowania dotyczyły mniej więcej podobnych zagadnień, wyznaczyliśmy cztery "rejony", których one dotyczyły i które zostały sformułowane w mniej więcej taki sposób:
I. Komiksowe wrażenia z roku 2009.A tak odpowiadali nasi dzisiejsi goście (kolejność alfabetyczna):
II. Jak wypadł miniony rok dla wydawnictwa, w porównaniu z wcześniejszymi założeniami?
III. Najlepszy komiks danego wydawnictwa w 2009 roku to...
IV. Największe nadzieje na 2010 rok, wiążą się z...
I. Kolejny bardzo dobry rok na komiksowej scenie. Jak na tak duży kraj, komiksów nie wychodzi dużo, ale są one staranie wyselekcjonowane. Nie dość, że co roku w wielu krajach ukazuje się dużo więcej tytułów niż u nas, to jeszcze mamy całą klasykę komiksu, którą musimy nadrobić (już teraz może dużą część, gdyż cały czas te najlepsze tytuły z klasyki są u nas wydawane). Środowisko komiksowe w tym roku jakby ożyło. Nieskromnie mogę powiedzieć, że mieliśmy w tym swój udział. BFK, była chyba pierwszą imprezą od dawna, na której to środowisko komiksowe było współtwórcą, a jednocześnie najważniejszym gościem. Wydaje mi się, że ten festiwal pchnął do dalszego wspólnego działania wydawców, fanów i twórców.
II. Głównym założeniem na ten rok był rozwój. To się udało. Zwiększyliśmy ilość tytułów do 16. Zakończyliśmy rok na czwartej pozycji (trzecia jeśli rozdzielimy imprinty wydawnictwa Timof Comics), jeśli chodzi o ilość wydawanych tytułów. Biorąc pod uwagę, że dwa wydawnictwa z pierwszych pozycji działają od poprzedniego tysiąclecia, a my zakończyliśmy drugi pełny rok i mamy jeden z najmniejszych staży na rynku, to chyba jest niezły wyczyn. Za największy sukces można uznać, że w dalszym ciągu z powodzeniem prezentujemy najciekawsze pozycje z rynku japońskiego dla dojrzałego odbiorcy. Udało się nam trafić do kolejnej grupy osób, które wcześniej nie sięgały po komiks japoński (a nawet takich, którzy po komiks nie sięgali wcale). Za największą porażkę możemy uznać fakt, że nadal wiele osób, które czyta komiksy, omija nasze tytuły szerokim łukiem jedynie ze względu na kraj pochodzenia.
III. "Dwie poduszki" Hinako Sugiury. Rodzic kocha wszystkie swoje dzieci, a wydawca wszystkie komiksy, dlatego ten wybór był bardzo trudny. Autorka posiadała ogromną i wszechstronną (literatura, sztuka) wiedzę z zakresu historii Japonii, którą wykorzystała tworząc opowieści głęboko zakorzenione pod względem narracji, jak i stylu rysunkowego w klasyce japońskiej (rysunki "niedbałe" nawiązują do innych nurtów artystycznych epoki). Rzecz obowiązkowa dla osób, które interesują się choć trochę Japonią lub sztuką, dla reszty raczej bym polecił "Dziennik z Zaginięcia" lub "Zoo zimą".
IV. Rozwojem rynku. Staramy się, aby jak najwięcej osób zainteresowało się komiksem. Im więcej osób kupuje komiksy tym większe są szanse, żeby wychodziło więcej tytułów za niższą cenę. Dlatego mamy nadzieję, że całe nasze środowisko będzie pracować w pocie czoła nad rozwojem.

I. Mała stabilizacja? Kilka wydawnictw regularnie (w czym oczywiście prym wiedzie Egmont) dostarcza fanom komiksu solidnej dawki naprawdę dobrych tytułów z całego świata. Kilka innych konsekwentnie milczy (czego osobiście bardzo żałuję). Żadnych większych niespodzianek. Obserwując rozmaite podsumowania roku 2009, które w ostatnich dniach obficie się pojawiają, cieszy mnie niezmiernie spora rozpiętość tytułów, które są w nich wymieniane. Widać, że każdy z oferty polskich wydawców jest w stanie wybrać coś dla siebie (no, może poza miłośnikami komiksów ze stajni Marvel / DC) i są to rzeczy na wysokim poziomie. Obstawiam, że te wyżej wymienione trendy utrzymają się w roku obecnym.
"Komiksowe środowisko" wyraźnie przeniosło się do internetu. I nie mam tu na myśli wszelkich komiksowych serwisów, które od lat trwają w stagnacji, ale blogi, Facebooka, Twittera, gg, gdzie kwitnie życie towarzysko-uczuciowe, często odległe od komiksów (i bardzo dobrze!). A potem ci sami ludzie spotykają się w realu. Na WSK, BFK, MFK, koszykówce, knajpach... Bo picie przy gadu-gadu fajne, ale jednak czegoś brakuje (mi osobiście miejsca do tańczenia).
II. Zbliżyliśmy się do założeń. Ilość wydanych komiksów prawie identyczna do tej w 2008 (a biorąc pod uwagę kryzys i problemy z największym dystrybutorem kultury w tym kraju to spory sukces). W końcu udało się wypchnąć zapowiadane od dawna komiksy - "Klezmerzy", "Przybysz" czy "Pan Naturalny". Jeszcze tylko "Bośniacki płaski pies", "Rany wylotowe", "Niedoskonałości" i wyczyścimy te dawno zapowiadane tytuły, których premiery przesuwaliśmy. Nad tymi zmianami dat publikacji bardzo bolejemy, ale niestety są one nieuniknione przy naszym sposobie działania (normalna praca -> dom -> wieczorami zabawa w wydawnictwo).
Największa porażka: Ciągły, przytłaczający brak czasu, który skutkuje wspomnianymi wyżej opóźnieniami, nieregularnym prowadzeniem bloga, nieregularnym odpowiadaniem na maile, itp. Strasznie to jest męczące. Największy sukces: z tych widocznych gołym okiem to nagroda dla najlepszego wydawcy roku przyznana nam na ubiegłorocznym MFK. A dla mnie wielkim sukcesem i radością jest to, że w 2009 do Polski przyjechali Cyril Pedrosa (dzięki Instytutowi Francuskiemu), Guy Delisle (we współpracy z BFK) i Ivan Brun (we współpracy z MFK).
III. Ojej, to strasznie trudne pytanie, bo my naprawdę uwielbiamy wszystkie nasze komiksy, każdy z osobna i każdy za różne rzeczy. Więc nie potrafię powiedzieć, który jest najlepszy. Mogę za to przyznać, że nieodmiennie śmieję się, wzruszam i nie mogę wyjść z podziwu dla autora, czytając "Klezmerów". A znam ten komiks od kilku lat, czytałem go nie-wiem-ile-razy. Sfar to mistrz a saga o klezmerach to bardzo mądry komiks (i nie mądry "jak na komiks" tylko mądry tak w ogóle).
IV. Z czytelnikami komiksów w Polsce. Że ich liczba będzie zauważalnie rosła, co pozwoli nam zająć się tylko (albo chociaż głównie) wydawaniem komiksów. A to nasze marzenie.

I. Mam wrażenie, że rok 2009 był komiksowo lepszy od 2008. Wydawnictwa zaprezentowały naprawdę ciekawe pozycje. Egmont ruszył z nowymi seriami, a prezentując takie pozycje jak "Ibikus" czy "Henri Désiré Landru" wyszedł poza swoje dotychczasowe zainteresowania i widać, że cały czas szuka nowych pomysłów. Również inne wydawnictwa nie próżnowały i oferta na rynku jest naprawdę szeroka. Niezwykle ciężko jest zapoznać się ze wszystkim, co jest wydawane, trzeba wybierać. To dobrze, bo czytelnicy nie mogą narzekać na brak lektur. Może to tylko moje wrażenie, ale jest coraz mniej słabych komiksów - wydawcy bardzo sumiennie podchodzą do selekcji i na rynek trafiają naprawdę godne uwagi dzieła. Nie wiem czy byłbym w stanie podać tylko 10 najlepszych komiksów, które wyszły w tym roku, może łatwiej by było wybrać Top 30. Ważnym wydarzeniem był tegoroczny MFK(iG), ale nie możemy zapominać o świetnie zorganizowanym BFK – Gdańsk w wielkim stylu zaznacza się na komiksowej mapie Polski. Widać również coraz większą aktywność środowiska. Duże nadzieje pokładam w powstałym niedawno Polskim Stowarzyszeniu Komiksowym. Widać, że coś się dzieje.
II. To był pierwszy rok działalności Mroja Press i patrząc na niego z krótkiej perspektywy – było dobrze. Wydaliśmy 6 komiksów, które zostały bardzo ciepło przyjęte zarówno przez recenzentów, jak i czytelników. Oczywiście nie wszystkie plany udało się zrealizować. Sukcesem jest to, że nasze komiksy znajdują odbiorców i chyba nie przesadzę, jeśli powiem, że zbudowaliśmy solidną markę. Ciekawy dobór tytułów i wysoka jakość wydania – to nasze znaki rozpoznawcze i chcemy to utrzymać w przyszłości. Żałuję, że nie udało się wydać "Lost Girls" w 2009 r. Jest to komiks, który wymaga dużej pracy edytorskiej i po prostu nie było czasu, żeby wydać go tak, jak byśmy chcieli. Obiecuję, że warto czekać!
III. Ciężko jest mi wybrać tylko jeden tytuł, bo wszystkie nasze komiksy kocham jak dzieci. Do pewnego momentu stawiałbym na "Łajkę", ale jeśli mam wybrać ten jeden, jedyny, to wybieram "RG". Świetny komiks graficznie i fabularnie. Sądząc po opiniach – wszystkim się podoba. Pewnie było to też spore zaskoczenie wydawnicze, bo nie wszyscy słyszeli o takiej pozycji, a tu proszę – taki hicior! Chociaż znowu "Lapinot"…
IV. Mamy nadzieję, że będzie przybywało czytelników. Bez nich nie będzie kolejnych komiksów, to prosta zależność. Mamy też nadzieję, że czytelnikom spodobają się nasze propozycje: "Profesor Bell", "Strefa bezpieczeństwa Goražde", czy właśnie "Lost Girls".

I. Komiksowy rok 2009 dziwnie niepostrzeżenie przeminął obok mnie, nie zostawiając żadnego głębszego śladu w mojej pamięci. Nie ukazał się żaden komiks, który poruszyłby mnie czy też zainteresował w jakiś szczególny sposób. Ukazało się sporo polskich komiksów, ale zdecydowaną większość stanowiły antologie złożone z krótkich form i reedycje komiksowej klasyki (starej i nowej). Oznacza to płytką kieszeń wydawców, których nie stać na finansowanie nowych, kosztownych projektów. W konsekwencji wielu świetnych polskich rysowników albo nie robiło nic, albo szukało swojej szansy za granicą. Myślę, że taka tendencja utrzyma się także w następnych latach. Imprezy komiksowe nadal były niewspółmiernie rozbudowane w stosunku do realnego zainteresowania komiksem, co dobrze świadczy o integracji środowiska i kwitnącym życiu towarzyskim adeptów i fanów komiksu. Negatywnym zjawiskiem była większa liczba aktywnych twórców komiksu niż wynosił przeciętny nakład polskiego komiksu co bezsprzecznie świadczy o tym, że sami twórcy komiksowi nie chcieli czytać siebie nawzajem..
II. Pierwsze półrocze minęło pod znakiem poszukiwań rozwiązań pozwalających pogodzić potrzeby edytorskie z ograniczonymi środkami na ich zaspokojenie. Problemem nie do przeskoczenia okazała się sensowność (z ekonomicznego punktu widzenia) publikacji kolorowych albumów, a nie wyobrażałem sobie druku "Exodusu" czy też kolejnych części "Triumwiratu" w czerni i bieli. Dlatego po dwóch styczniowych "Apokalipsach" nastąpiły miesiące bezruchu. I to chyba była największa porażka, ta wielomiesięczna niemoc...
Drugie półrocze, to przede wszystkim satysfakcja z namówienia Zygmunta Similaka do narysowania pierwszej w Polsce komiksowej autobiografii obejmującej lata okupacji i stalinizmu, oraz radość z wydania jej pierwszego tomu pt. "Historie okupacyjne" To wspaniałe przedsięwzięcie, unikatowe i być może ostatnie takie w polskim komiksie. To bez wątpienia nasz największy sukces w minionym roku.
W konsekwencji z zaplanowanych sześciu albumów, ukazały się tylko trzy.
III. Oczywiście "Historie okupacyjne" Zygmunta Similaka. Oparta na faktach niezwykła opowieść o dzieciństwie autora spędzonym w ogarniętej wojną Łodzi i podłódzkim Tuszynie. To wzruszający komiksowy dokument o okupacji widzianej oczami dziecka, gdzie wojenna rzeczywistość przeplata się ze światem z dziecięcego snu i wyobraźni. Czasem czytelnikowi trudno dociec, który z tych uniwersów, realny czy wyimaginowany, jest okrutniejszy i bardziej przerażający. Komiks ten jest niepodważalnym świadectwem tamtych czasów dorzucającym kilka kolejnych puzzli składających się na obraz wojny i człowieka (w tym przypadku dziecka) uwikłanego w trudne wybory. Poszczególne epizody poruszyły mną do głębi, np. scena skatowania, a następnie zamordowania przez Niemców młodego Polaka tylko dlatego, że pokochał Niemkę, czy też senny koszmar, w którym dziecko zostaje w ogromnej maszynie przerobione na mydło. Wszystkie moje dzieci musiały ten komiks obowiązkowo przeczytać.
IV. Pracą nad nowymi komiksami z nowymi autorami oraz kontynuowaniem już rozpoczętych serii.
II. Głównym założeniem na ten rok był rozwój. To się udało. Zwiększyliśmy ilość tytułów do 16. Zakończyliśmy rok na czwartej pozycji (trzecia jeśli rozdzielimy imprinty wydawnictwa Timof Comics), jeśli chodzi o ilość wydawanych tytułów. Biorąc pod uwagę, że dwa wydawnictwa z pierwszych pozycji działają od poprzedniego tysiąclecia, a my zakończyliśmy drugi pełny rok i mamy jeden z najmniejszych staży na rynku, to chyba jest niezły wyczyn. Za największy sukces można uznać, że w dalszym ciągu z powodzeniem prezentujemy najciekawsze pozycje z rynku japońskiego dla dojrzałego odbiorcy. Udało się nam trafić do kolejnej grupy osób, które wcześniej nie sięgały po komiks japoński (a nawet takich, którzy po komiks nie sięgali wcale). Za największą porażkę możemy uznać fakt, że nadal wiele osób, które czyta komiksy, omija nasze tytuły szerokim łukiem jedynie ze względu na kraj pochodzenia.
III. "Dwie poduszki" Hinako Sugiury. Rodzic kocha wszystkie swoje dzieci, a wydawca wszystkie komiksy, dlatego ten wybór był bardzo trudny. Autorka posiadała ogromną i wszechstronną (literatura, sztuka) wiedzę z zakresu historii Japonii, którą wykorzystała tworząc opowieści głęboko zakorzenione pod względem narracji, jak i stylu rysunkowego w klasyce japońskiej (rysunki "niedbałe" nawiązują do innych nurtów artystycznych epoki). Rzecz obowiązkowa dla osób, które interesują się choć trochę Japonią lub sztuką, dla reszty raczej bym polecił "Dziennik z Zaginięcia" lub "Zoo zimą".
IV. Rozwojem rynku. Staramy się, aby jak najwięcej osób zainteresowało się komiksem. Im więcej osób kupuje komiksy tym większe są szanse, żeby wychodziło więcej tytułów za niższą cenę. Dlatego mamy nadzieję, że całe nasze środowisko będzie pracować w pocie czoła nad rozwojem.
I. Mała stabilizacja? Kilka wydawnictw regularnie (w czym oczywiście prym wiedzie Egmont) dostarcza fanom komiksu solidnej dawki naprawdę dobrych tytułów z całego świata. Kilka innych konsekwentnie milczy (czego osobiście bardzo żałuję). Żadnych większych niespodzianek. Obserwując rozmaite podsumowania roku 2009, które w ostatnich dniach obficie się pojawiają, cieszy mnie niezmiernie spora rozpiętość tytułów, które są w nich wymieniane. Widać, że każdy z oferty polskich wydawców jest w stanie wybrać coś dla siebie (no, może poza miłośnikami komiksów ze stajni Marvel / DC) i są to rzeczy na wysokim poziomie. Obstawiam, że te wyżej wymienione trendy utrzymają się w roku obecnym.
"Komiksowe środowisko" wyraźnie przeniosło się do internetu. I nie mam tu na myśli wszelkich komiksowych serwisów, które od lat trwają w stagnacji, ale blogi, Facebooka, Twittera, gg, gdzie kwitnie życie towarzysko-uczuciowe, często odległe od komiksów (i bardzo dobrze!). A potem ci sami ludzie spotykają się w realu. Na WSK, BFK, MFK, koszykówce, knajpach... Bo picie przy gadu-gadu fajne, ale jednak czegoś brakuje (mi osobiście miejsca do tańczenia).
II. Zbliżyliśmy się do założeń. Ilość wydanych komiksów prawie identyczna do tej w 2008 (a biorąc pod uwagę kryzys i problemy z największym dystrybutorem kultury w tym kraju to spory sukces). W końcu udało się wypchnąć zapowiadane od dawna komiksy - "Klezmerzy", "Przybysz" czy "Pan Naturalny". Jeszcze tylko "Bośniacki płaski pies", "Rany wylotowe", "Niedoskonałości" i wyczyścimy te dawno zapowiadane tytuły, których premiery przesuwaliśmy. Nad tymi zmianami dat publikacji bardzo bolejemy, ale niestety są one nieuniknione przy naszym sposobie działania (normalna praca -> dom -> wieczorami zabawa w wydawnictwo).
Największa porażka: Ciągły, przytłaczający brak czasu, który skutkuje wspomnianymi wyżej opóźnieniami, nieregularnym prowadzeniem bloga, nieregularnym odpowiadaniem na maile, itp. Strasznie to jest męczące. Największy sukces: z tych widocznych gołym okiem to nagroda dla najlepszego wydawcy roku przyznana nam na ubiegłorocznym MFK. A dla mnie wielkim sukcesem i radością jest to, że w 2009 do Polski przyjechali Cyril Pedrosa (dzięki Instytutowi Francuskiemu), Guy Delisle (we współpracy z BFK) i Ivan Brun (we współpracy z MFK).
III. Ojej, to strasznie trudne pytanie, bo my naprawdę uwielbiamy wszystkie nasze komiksy, każdy z osobna i każdy za różne rzeczy. Więc nie potrafię powiedzieć, który jest najlepszy. Mogę za to przyznać, że nieodmiennie śmieję się, wzruszam i nie mogę wyjść z podziwu dla autora, czytając "Klezmerów". A znam ten komiks od kilku lat, czytałem go nie-wiem-ile-razy. Sfar to mistrz a saga o klezmerach to bardzo mądry komiks (i nie mądry "jak na komiks" tylko mądry tak w ogóle).
IV. Z czytelnikami komiksów w Polsce. Że ich liczba będzie zauważalnie rosła, co pozwoli nam zająć się tylko (albo chociaż głównie) wydawaniem komiksów. A to nasze marzenie.
I. Mam wrażenie, że rok 2009 był komiksowo lepszy od 2008. Wydawnictwa zaprezentowały naprawdę ciekawe pozycje. Egmont ruszył z nowymi seriami, a prezentując takie pozycje jak "Ibikus" czy "Henri Désiré Landru" wyszedł poza swoje dotychczasowe zainteresowania i widać, że cały czas szuka nowych pomysłów. Również inne wydawnictwa nie próżnowały i oferta na rynku jest naprawdę szeroka. Niezwykle ciężko jest zapoznać się ze wszystkim, co jest wydawane, trzeba wybierać. To dobrze, bo czytelnicy nie mogą narzekać na brak lektur. Może to tylko moje wrażenie, ale jest coraz mniej słabych komiksów - wydawcy bardzo sumiennie podchodzą do selekcji i na rynek trafiają naprawdę godne uwagi dzieła. Nie wiem czy byłbym w stanie podać tylko 10 najlepszych komiksów, które wyszły w tym roku, może łatwiej by było wybrać Top 30. Ważnym wydarzeniem był tegoroczny MFK(iG), ale nie możemy zapominać o świetnie zorganizowanym BFK – Gdańsk w wielkim stylu zaznacza się na komiksowej mapie Polski. Widać również coraz większą aktywność środowiska. Duże nadzieje pokładam w powstałym niedawno Polskim Stowarzyszeniu Komiksowym. Widać, że coś się dzieje.
II. To był pierwszy rok działalności Mroja Press i patrząc na niego z krótkiej perspektywy – było dobrze. Wydaliśmy 6 komiksów, które zostały bardzo ciepło przyjęte zarówno przez recenzentów, jak i czytelników. Oczywiście nie wszystkie plany udało się zrealizować. Sukcesem jest to, że nasze komiksy znajdują odbiorców i chyba nie przesadzę, jeśli powiem, że zbudowaliśmy solidną markę. Ciekawy dobór tytułów i wysoka jakość wydania – to nasze znaki rozpoznawcze i chcemy to utrzymać w przyszłości. Żałuję, że nie udało się wydać "Lost Girls" w 2009 r. Jest to komiks, który wymaga dużej pracy edytorskiej i po prostu nie było czasu, żeby wydać go tak, jak byśmy chcieli. Obiecuję, że warto czekać!
III. Ciężko jest mi wybrać tylko jeden tytuł, bo wszystkie nasze komiksy kocham jak dzieci. Do pewnego momentu stawiałbym na "Łajkę", ale jeśli mam wybrać ten jeden, jedyny, to wybieram "RG". Świetny komiks graficznie i fabularnie. Sądząc po opiniach – wszystkim się podoba. Pewnie było to też spore zaskoczenie wydawnicze, bo nie wszyscy słyszeli o takiej pozycji, a tu proszę – taki hicior! Chociaż znowu "Lapinot"…
IV. Mamy nadzieję, że będzie przybywało czytelników. Bez nich nie będzie kolejnych komiksów, to prosta zależność. Mamy też nadzieję, że czytelnikom spodobają się nasze propozycje: "Profesor Bell", "Strefa bezpieczeństwa Goražde", czy właśnie "Lost Girls".
I. Komiksowy rok 2009 dziwnie niepostrzeżenie przeminął obok mnie, nie zostawiając żadnego głębszego śladu w mojej pamięci. Nie ukazał się żaden komiks, który poruszyłby mnie czy też zainteresował w jakiś szczególny sposób. Ukazało się sporo polskich komiksów, ale zdecydowaną większość stanowiły antologie złożone z krótkich form i reedycje komiksowej klasyki (starej i nowej). Oznacza to płytką kieszeń wydawców, których nie stać na finansowanie nowych, kosztownych projektów. W konsekwencji wielu świetnych polskich rysowników albo nie robiło nic, albo szukało swojej szansy za granicą. Myślę, że taka tendencja utrzyma się także w następnych latach. Imprezy komiksowe nadal były niewspółmiernie rozbudowane w stosunku do realnego zainteresowania komiksem, co dobrze świadczy o integracji środowiska i kwitnącym życiu towarzyskim adeptów i fanów komiksu. Negatywnym zjawiskiem była większa liczba aktywnych twórców komiksu niż wynosił przeciętny nakład polskiego komiksu co bezsprzecznie świadczy o tym, że sami twórcy komiksowi nie chcieli czytać siebie nawzajem..
II. Pierwsze półrocze minęło pod znakiem poszukiwań rozwiązań pozwalających pogodzić potrzeby edytorskie z ograniczonymi środkami na ich zaspokojenie. Problemem nie do przeskoczenia okazała się sensowność (z ekonomicznego punktu widzenia) publikacji kolorowych albumów, a nie wyobrażałem sobie druku "Exodusu" czy też kolejnych części "Triumwiratu" w czerni i bieli. Dlatego po dwóch styczniowych "Apokalipsach" nastąpiły miesiące bezruchu. I to chyba była największa porażka, ta wielomiesięczna niemoc...
Drugie półrocze, to przede wszystkim satysfakcja z namówienia Zygmunta Similaka do narysowania pierwszej w Polsce komiksowej autobiografii obejmującej lata okupacji i stalinizmu, oraz radość z wydania jej pierwszego tomu pt. "Historie okupacyjne" To wspaniałe przedsięwzięcie, unikatowe i być może ostatnie takie w polskim komiksie. To bez wątpienia nasz największy sukces w minionym roku.
W konsekwencji z zaplanowanych sześciu albumów, ukazały się tylko trzy.
III. Oczywiście "Historie okupacyjne" Zygmunta Similaka. Oparta na faktach niezwykła opowieść o dzieciństwie autora spędzonym w ogarniętej wojną Łodzi i podłódzkim Tuszynie. To wzruszający komiksowy dokument o okupacji widzianej oczami dziecka, gdzie wojenna rzeczywistość przeplata się ze światem z dziecięcego snu i wyobraźni. Czasem czytelnikowi trudno dociec, który z tych uniwersów, realny czy wyimaginowany, jest okrutniejszy i bardziej przerażający. Komiks ten jest niepodważalnym świadectwem tamtych czasów dorzucającym kilka kolejnych puzzli składających się na obraz wojny i człowieka (w tym przypadku dziecka) uwikłanego w trudne wybory. Poszczególne epizody poruszyły mną do głębi, np. scena skatowania, a następnie zamordowania przez Niemców młodego Polaka tylko dlatego, że pokochał Niemkę, czy też senny koszmar, w którym dziecko zostaje w ogromnej maszynie przerobione na mydło. Wszystkie moje dzieci musiały ten komiks obowiązkowo przeczytać.
IV. Pracą nad nowymi komiksami z nowymi autorami oraz kontynuowaniem już rozpoczętych serii.
Etykiety:
ankieta,
Hanami,
Kultura Gniewu,
lokalne,
Mroja Press,
podsumowanie,
podsumowanie 2009,
Polska,
Wydawnictwo Roberta Zaręby,
występ gościnny
Subskrybuj:
Posty (Atom)














