Pokazywanie postów oznaczonych etykietą podsumowanie 2010. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą podsumowanie 2010. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 3 lutego 2011

#686 - Rok 2010 okiem wydawców

Podobnie jak w roku ubiegłym do podsumowania ubiegłych dwunastu miesięcy zaprosiliśmy rodzimych wydawców. Swoje wrażenia przedstawił nam Radosław Bolałek z Hanami, Szymon Holcman z Kultury Gniewu, Tomasz Pastuszka zajmujący się magazynem Karton, Paweł Timofiejuk z timof comics/Mroja Press oraz Robert Zaręba ze Strefy Komiksu. I podobnie jak w roku ubiegłym chcieliśmy nieco pomóc naszym wydawcom i przedstawiliśmy kilka pytań/zagadnień/rejonów, które nas najbardziej interesowały:
1. Komiksowe wrażenia z roku 2010.
2. Jak wypadł miniony rok dla Twojego wydawnictwa, w porównaniu z planami na 2010?
3. Najlepszy komiks Twojego wydawnictwa w 2010 roku to...
4. Największe nadzieje na 2011 rok Twoje wydawnictwo wiąże z...
5. Jak to właściwie jest z tym kryzysem?
Oto jak odpowiadali nasi goście (kolejność alfabetyczna):
1. Pod względem wydawniczym rok nie był wyjątkowy, był zwyczajnie bardzo dobry. Od kilku lat my, wydawcy przyzwyczajamy polskiego odbiorcę do wysokiej jakości publikacji. Tu niestety pojawia się problem, bo tytuły, które zagranicą uznawane są za bardzo dobre, u nas to są "przeciętniaki" lub wręcz "słabizny". Powtarzam się (bo mówiłem o tym niejednokrotnie), ale w Polsce sporadycznie wydaje się tytuły mniej niż "dobre". Ostatnio pracowałem przy międzynarodowej publikacji "1001 komiksów, które musisz przeczytać przed śmiercią" i bardzo dużo z listy tych komiksów mamy już wydane w Polsce, co jest pewnego rodzaju świadectwem, że jest nieźle. Problem polega na tym, że część z tych pozycji została przez tak zwane "portale branżowe" uznana za tytuły słabe i niejednokrotnie łapałem się za głowę czytając recenzje (ale do tego już się chyba przyzwyczailiśmy). Pod względem imprez, kolejny rozwojowy rok. Tu nie ma co się rozpisywać - z roku na rok jest lepiej. Dla wydawców - kolejny trudny rok, ale o tym później...

2. Plan minimum wykonany. Udało się rozpocząć inwazję na Czechy. W sumie wydaliśmy więcej tytułów niż rok temu. Pod względem ilości wydanych tytułów utrzymaliśmy 4 pozycję w rankingu wydawnictw (po Egmoncie, JPFie i timof comics). Żałujemy, że w Polsce nie rozwinęliśmy się bardziej, ale nie nastawialiśmy się na to, więc niezgodności z planem nie ma.

3. Nie lubię tego pytania, bo nigdy nie wiem jak na nie odpowiedzieć. Zawsze jest kilka obsypanych nagrodami tytułów, które nasuwają się jako pierwsze. Dla mnie jednym z wybitnych dzieł z naszej stajni jest "Pitu pitu". Wiele osób od razu pokochało ten dwutomowy zbiorek (druga część już w lutym) krótkich historii, inni ominęli go szerokim łukiem, ze względu na opinie, że nowele w nim zawarte są zbyt japońskie i hermetyczne. Nie jest to prawdą. Opowieści te są zwyczajnie oniryczne i naładowane abstrakcyjnym humorem. Fakt, bazują na japońskim folklorze, ale dla samych Japończyków większość z tych wierzeń jest nieznana, więc każdy może się nimi cieszyć. Sam autor nie zakładał, że do obioru będzie wymagana znajomość podań. Do tego dochodzi fenomenalna kreska, której próbki można było już zobaczyć w antologii "Japonia...".

4. Tym, że mimo podwyżek cen, ilość klientów nadal będzie rosła. A do tego ostatnie niedobitki, które twierdzą, że manga to zło i kicz, przekonają się, iż komiksy Made in Japan mogą być równie dobre (o ile nie lepsze) niż te zrobione w Europie czy w Stanach.

5. Kryzys jest, ale to nie jest coś, co pojawiło się znikąd. Może powiem, jak to było u nas... Pierwszy pełen rok - wiadomo, że jest trudno bo jest pierwszy. W drugim złoty poleciał na łeb, na szyję przez co koszty materiałów wzrosły niemożebnie (np. Jeny z poniżej 2 zł, skoczyły do prawie 4 zł!). W trzecim nagle skoczyły ceny papieru (ze względu na trzęsienie ziemi w Chile, gdzie są fabryki celulozy - to się nazywa globalizacja!). A teraz VAT... Co rok myślimy - "ten rok jest wyjątkowo trudny, za rok będzie już lżej", ale tak nie jest. W międzyczasie pojawiło się słowo klucz - "kryzys". Każde wydawnictwo komiksowe dostało w kość, gdy pojawiał się każdy z tych czynników, ale to ich kumulacja sprawiła, że dobrze nie jest. Do tego dwa odwieczne problemy - dystrybucja i piractwo. W wypadku pierwszego dwoimy się i troimy, żeby nasze pozycje były jak najszerzej dostępne, ale 90% nie jest zależne od nas. Natomiast piractwo jest inną kwestią. Tutaj nie wystarczy, żeby zniknęły nielegalne komiksy z sieci. To podniosłoby sprzedaż w stopniu minimalnym, ale wystarczającym do ustabilizowania się rynku. Część osób nastawiłoby się na inne formy rozrywki z nielegalnych źródeł. Dopiero całkowite zlikwidowanie piractwa (w co nie wierzę) lub znaczne jego ograniczenie spowodowałoby realną walkę o pieniądze, które ludzie wydają na kulturę lub po prostu na spędzanie wolnego czasu. Co więcej, dałoby to możliwość przyciągnięcia większej ilości osób na imprezy komiksowe.

1. Mieszane. A żeby się specjalnie nie rozpisywać – w 2010, a szczególnie jego drugiej połowie – czułem się, jak uczestnik balu na Titanicu. Pięknego balu. Ze znakomitą orkiestrą, w fantastycznym towarzystwie i drinkami gratis (no, tego elementu nie było niestety w nadmiarze; a może inaczej: tego elementu nigdy nie ma w nadmiarze). Ale poszycie statku już rozorane, woda wdziera się na pokład i za chwilę trzeba będzie się w popłochu ładować do szalup. I po tym wspaniałym balu, okazałym Titanicu zostaną właśnie te smutne pojedyncze szalupy ciskane morskimi wodami raz w tę, a raz w tę. Ale żeby było jasne – nie być na tym balu to grzech!

2. Zrobiliśmy mniej niż było w planach. A z części rzeczy musieliśmy zrezygnować, przełożyć, opóźnić, itp. Ale też zrobiliśmy tyle, że patrząc na to teraz, z pewnego niewielkiego czasowego dystansu, to jestem bardzo zadowolony. Mogło być naprawdę dużo gorzej.

3. Nienawidzę takich pytań. I z tej złości odpowiem, tak jak zawsze – kochamy wszystkie nasze komiksy. Naprawdę. Ślepą rodzicielską miłością. I tu wymieniam wszystkie tytuły, które wydaliśmy w 2010.

4. Z tym, że to zatonięcie Titanica, to tylko zły sen wynikający z potwornego przejedzenia się i opicia na cudownym balu. I zaraz wszystko wróci do normy. Komiksy będą wjeżdżały tysiącami do sklepów i wynoszone stamtąd będą przez szczęśliwych klientów (oczywiście po uregulowaniu rachunku przy kasie!). I będą to małe sklepy, duże sieci, komiksy kupione w e-handlu i ze "szczęk" pod dworcem oraz w kioskach. Bardzo byśmy sobie tego życzyli.

A tak poważnie, to mam taką nadzieję, że ta proza życia okaże się na tyle nieuciążliwa, że dalej będzie nam się chciało to wszystko robić. I że będziemy mogli to robić. Tyle i aż tyle.

5. Powyżej było trochę poezji. To teraz konkrety. Z tym kryzysem to jest tak, że od ponad roku hurtownia, która dostarcza nasze komiksy do Empiku albo wcale nam nie płaci za sprzedane egzemplarze, albo płaci w ratach. Ich dług wobec nas przekroczył już granicę przyzwoitości. Zostaliśmy postawieni przed dylematem, czy dawać im kolejne nasze pozycje i kredytować ich działalność, czy rozwiązać tę sprawę, licząc się z nieobecnością w największej sieci handlującej dobrami kultury.

Nie mamy teraz ani należących się nam pieniędzy, ani nowego komiksu w Empiku, ale też dług – który dopóki go nie odzyskamy jest dla nas pieniędzmi wyrzuconymi w błoto – nie rośnie. W pozostałych punktach sprzedaży wiele przez ostatnie lata się nie zmieniło. Jest w porządku. I jak na 38 milionowy kraj nie jest w porządku.

Co będzie dalej? Nie mam bladego pojęcia. Może się okazać, że bez Empiku cała ta zabawa w wydawanie komiksów nie ma sensu, nie kalkuluje się po prostu (byłoby to bardzo, bardzo smutne). Wtedy pewnie powiemy sobie "dość", bo nie bawi nas wydawanie w 300 egzemplarzach. Bo wtedy wydawnictwo przestaje być potrzebne, autorzy sami powinni sobie wydawać komiksy i sprzedawać je na rozmaitych imprezach i w sieci. A może jednak ta hurtownie zacznie z powrotem normalnie płacić i nie będzie strachu oddawać im komiksów?

1. Rok 2010 udowodnił, że chęci promowania i wydawania komiksów znacznie przerastają możliwości zaangażowania się w to ludzi zainteresowanych. Zdecydowana większość osób wychodzi z założenia, że krytykowanie działań tych nielicznych "coś robiących" jest wystarczającą pracą w kierunku poprawy sytuacji. Wizerunkowo najaktywniejsi okazują się ludzie, którzy nie potrafią wstać od komputera i przestać stukać przypadkowe klawisze. Skutecznie przesłaniają tych, którzy coś faktycznie robią. W tym miejscu chciałbym podkreślić "cichych bohaterów" minionego roku: Michała Słomkę, Bogdana Ruksztełło i Radka Bolałka (w duecie) oraz Andrzeja Janickiego, którzy aktywnie robią coś w temacie promocji komiksu. Jak i rysowników, którzy zazwyczaj skutecznie offline rysują komiksy. A to trochę ginący gatunek. Tu wskazanie moje pada na Januarego Misiaka, który mnie bardzo pozytywnie zaskoczył objawiając się z komiksem "Siedem tygodni".

2. Plany zawsze stawiamy przed sobą jak najbardziej optymistyczne i nie wszystkie udało się zrealizować niestety. Ale fakt pojawiania się kolejnych numerów i przezwyciężenie niezależnych od nas przeszkadzajek napawa optymizmem. Udało się wystartować z pierwszym zeszycikiem około-kartonowym ("Ratman") i okazał się to strzał w dziesiątkę.

3. Poza "Kartonem" wydaliśmy tylko "Ratmana". Na naszą niewielką skalę okazał się bestsellerem wymagającym dodruków. Jest to niebywały sukces, gdy udaje się ograniczonymi możliwościami dystrybucyjnymi upłynnić cały nakład dorównujący innym "profesjonalnym" wydawnictwom. Tym bardziej, że w związku z problemami jakie nas spotkały w drugiej połowie minionego roku, zeszyt ten nie trafił nawet do sklepiku na naszej stronie, gdzie zazwyczaj sprzedawaliśmy najwięcej naszych komiksów.
Oczywiście też dumą napawa nas każdy kolejny numer Kartonu. Bystre oko zauważy, że jakościowo jest tendencja zwyżkowa.

4. Nie mamy nadziei tylko plany. Plan, aby ożywić się w internecie, z czym ostatnio mieliśmy trochę problemów. Idąc za ciosem, planujemy odpalić porządny sklep z Kartonowymi publikacjami.

5. Dokładnie to jest tak, że kryzys ekonomiczny się kończy (chwilowe przyspieszenie jest zauważalne na rynku). Zwiększa się zatrudnienie i co raz więcej osób będzie pracować zamiast rysować, czy wydawać komiksy. To trochę tak autotematycznie. Od grudnia mój czas, jaki jestem w stanie poświęcić komiksowi, skurczył się do godzin między 22:00 a 7:00, gdy jestem w domu. Jeśli jeszcze kilku innych aktywnych komiksiarzy także "wchłonie babilon", kryzys komiksowy będziemy mieć pełną gębą. Brzmi trochę jak żart, ale tak nie jest. Ubiegły rok aktywnie starałem się udzielać w środowisku komiksowym i kończyłem go mocno pod kreską. Na szczęście w przypadku Kartonu jest sprawna ekipa, i nawet jeśli osobiście nie mam dostatecznie czasu i możliwości aktywnie się udzielać, ten projekt trwa i się rozwija (ukłony dla Piotrka Nowackiego).
Rysowanie komiksów to w większości przypadków duża frajda i to się raczej nie zmieni.
Wydawanie i promowanie komiksów to w większości przypadków męczący i niewdzięczny wolontariat.

1. Mijający rok w polskim komiksie zaznaczył się spadkiem ilości wydawanych tytułów. Ukazało się ich mniej więcej tyle ile w 2005 roku, ale nie jest to jeszcze zapewne koniec spadków, gdyż lata 2011 i 2012 przyniosą powrót rynku do stanu z lat 2006-2007. Oczywiście tylko jeśli największy wydawca – Egmont, postanowi dalej pozostać w tej piaskownicy. Tak, piaskownicy, bo właśnie takie wrażenia pozostawia po sobie rok 2010. Spada liczba tytułów, ukazują się głównie te lepsze, a coś wobec czego bezzasadnie używa się pojęcia "środowisko" wciąż pozostaje przy swoich przyzwyczajeniach – narzekania na wszystko w kółko bezustannie. Prowadzi to do postrzegania tego roku jako bardzo słabego. Pomimo wielu interesujących imprez i bardzo udanych komiksów, w dyskursie pozostało wrażenie, że rok jak to rok, był nijaki i minął nijako. Cóż wrażenie pozostanie po nim takie, co widać już po zachowaniach i wypowiedziach wielu osób zaangażowanych w działania na tym poletku, że może nie warto się wysilać. Ogólnie wygląda na to, że mamy rok przemęczenia komiksem.

2. Ubiegły rok odstaje tym od planów założonych przed nim, że nie udało się zrealizować tych projektów, które utknęły, albo z powodów nieukończenia komiksów przez autorów – "Wrota Alicji", "Dom żałoby 8", albo z powodów bardzo powolnych działań zagranicznych partnerów – "Lost Girls", "Strefa bezpieczeństwa Goražde". Na chwilę obecną jest szansa, że wszystkie te tytuły ukażą się w końcu w tym roku. Założeniem była realizacja około 20 pozycji i to się udało. Nie udało się jednak powiększyć oferty, gdyż widać wyraźne osłabienie dynamiki na rynku oraz zmalała docieralność z tytułami do czytelników niekomiksowych, w wyniku działań największej sieci sprzedaży Empiku, która uznała, że w supermarkecie kultury nie ma za wiele miejsca dla wielu dziedzin kultury (nie tylko komiksu).

3. To bardzo trudne pytanie. Bo naprawdę trudno wybrać ten jeden, czy też po jednym dla imprintu. Ale spróbujmy. "Dziennik podróżny", dlatego że nie jest to stricte komiks tylko travelogue i wydając go nie zakładałem sukcesu, właśnie z powodu odmienności od standardowego wyobrażenia o komiksie. Natomiast jest to rzecz, która w doskonały sposób pokazuje potencjał tkwiący w komiksie jako dziedzinie sztuki. W Mroji natomiast są to 5. "Rewolucje", gdyż doskonale ukazują to, że z polskim komiksem można pokazać się na świecie i znajdą się ludzie, którzy go kupią.

4. Jako że jesteśmy realistami to nie żyjemy nadziejami. Zakładamy jednak, że nastąpi w końcu stabilizacja i w tym roku uda się dotrzeć z komiksem do umysłów ludzi zarządzających w sieciach księgarskich, że jednak warto go mieć u siebie. Liczymy na to, że uda się nam zrealizować parę projektów komiksowych, w tym i kilka dosyć dużych m.in. "Lost Girls".

5. Kryzys na polskim rynku już raczej się skończył, to co obecnie obserwujemy to zbieranie się rynku po nim. Niestety czkawką kryzysu okazało się ograniczenie przez sieci handlowe sprzedające kulturę oferty, uprymitownienie jej i zawężenie głównie do dóbr środka. Do tego dochodzą zatory w płatnościach, które w 2010 roku znacznie urosły. Efektem tego jest zmniejszanie oferty przez wielu wydawców i producentów kultury, a to sprawia, że oferta ta kierowana jest coraz bardziej do zamkniętych środowisk fanowskich – w tym wypadku komiksu. A to oznacza, że jak się nie odwróci trendu, to kryzys nas dopiero czeka… za kilka lat.

W 2010 roku wydaliśmy 4 komiksy, co jest znacznym wzrostem w stosunku do 2009 roku, kiedy to w ramach "Strefy Komiksu" ukazały się tylko trzy albumy. W 2010 roku udało nam się utrzymać niskie ceny naszych komiksów, zaś ich średnia sprzedaż nie odbiegała od tej z lat poprzednich. Wygląda więc na to, że kryzys na rynku komiksowym szczęśliwie nas ominął (bądź też jest mocno przereklamowany), a to dzięki stałej liczbie czytelników, którzy w miarę regularnie kupują nasze komiksy. Jest ich wystarczająco dużo, byśmy dalej działali i wydawali komiksy czarno-białe, ale zbyt mało, aby opłacało się drukować albumy w full kolorze.

W ubiegłym roku wydaliśmy kilka wyjątkowych albumów. Mocnym otwarciem była antologia autorska Artura Chochowskiego, jednego z najzdolniejszych polskich rysowników, podsumowująca jego dotychczasowe twórcze dokonania na polu komiksu.

Kolejną pozycją była wzbogacona o dodatkowe plansze reedycja "Laleczek" Macieja Pałki, To klimatyczna, posapokaliptyczna opowieść będąca szczytowym komiksowym osiągnięciem lubelskiego twórcy.

Końcówka roku zaowocowała dwoma albumami narysowanymi przez Zygmunta Similaka: trzecią częścią "Triumwiratu" oraz drugą autobiografii, pt. "W ciemiu gwiazdy". Zarówno "Triumwirat" (pierwsza od wielu lat ukończona polska seria komiksowa) jak i "W cieniu gwiazdy" (najprawdopodobniej ostatnia część autobiografii Zygmunta Similaka) zamykają pewien etap w działalności łódzkiego twórcy.

Co nas czeka w tym roku?

Najważniejszym wydarzeniem nadchodzących miesięcy będzie zakończenie prac i wydanie na wiosnę dwóch pierwszych albumów wielotomowej sagi science-fiction "Exodus", komiksu rysowanego przez Jacka Brodnickiego na potrzeby "Magazynu Fantastycznego". Na Komiksową Warszawę planujemy druk drugiej części "Mroku", którego pierwszy tom autorstwa Nikodema Cabały, rozszedł się w rekordowym dla "Strefy Komiksu" nakładzie. Tym razem obok Nikodema w komiksie wystąpią: Artur Chochowski, Zygmunt Similak oraz Tomasz Kleszcz. Latem ukażą się dwa komiksy historyczne Zygmunta Similaka: "Zawisza Czarny" i "Bitwa pod Grunwaldem". Na jesień planujemy drugą część "Gwiezdnych bezdroży" (czytelnicy "Magazynu Fantastycznego" mieli już okazję zapoznać się z dwunastostronicowym shortem z tego albumu, pt.: "Jestem Błąd, James Błąd"). Tym razem w roli rysownika Ryszarda Dąbrowskiego zastąpi Zygmunt Similak.

poniedziałek, 31 stycznia 2011

#685 - Komiks Roku 2010 (dyskusja)

Komiks Roku jest inicjatywą, która od połowy grudnia budzi większe i mniejsze emocje wśród komiksowej braci. Przeważnie te bardziej negatywne, dodajmy - nie zanotowaliśmy jeszcze osoby, która byłaby jednoznacznie entuzjastyczna nastawiona od początku do końca do tego plebiscytu. Jako Kolorowe jesteśmy w pewien sposób z nim powiązani - Kuba został zaproszony do jury (przez co nasza nazwa wzmiankowana jest w serwisie), wspólny album Roba i Marcina Podolca doczekał się nominacji. To mogłoby sugerować, że nie bylibyśmy w stanie wybić się na obiektywizm w tym temacie. Nic bardziej mylnego! Mamy swoje zdanie na ten temat i pozwoliliśmy sobie na wewnątrzredakcyjną dyskusję.
Łukasz Mazur: W pierwszej połowie grudnia gruchnęła wiadomość, że przeprowadzone zostaną wybory na Komiks Roku. Nie przez redakcję branżowego serwisu, nie przez ekspertów (no, poniekąd...), ale przez samych internautów, którzy bazując na pięćdziesięciu propozycjach mieli wskazywać wśród nich swoich faworytów! Oto komiksiki - w towarzystwie filmów, albumów muzycznych i gier - wkroczyły na salony!

Robert Wyrzykowski: Organizatorem wszystkich czterech plebiscytów jest bliżej nieznana mi firma y communications - jej strona internetowa nie bardzo rozjaśniła mi, czym się to przedsiębiorstwo właściwie zajmuje. Ale spoko, niewiele się nad tym zastanawiałem, w niecierpliwości oczekując uroczystego ogłoszenia nominowanych... które opóźniło się o kilka dni z powodu problemów technicznych i był to pierwszy poważny fuck-up.

ŁM: No właśnie. Chciałbym bardzo w tym miejscu napisać, że były to "złe dobrego początki", ale i później nie obyło się bez wpadek i pewnych niejasności. Dwa dni po planowanym starcie (pamiętam, że na twitterze owego 15-go grudnia co chwilę ktoś dopytywał co z tym plebiscytem - środowisko było ciekawe owego tworu) akcja ostatecznie ruszyła. I tutaj kolejne zdziwienie - w pięćdziesięciu typowanych komiksach znalazło się sporo pozycji obcojęzycznych, z którymi przeciętny czytelnik raczej nie miał za wiele wspólnego - prym wiódł tutaj nasz kolorowy Kuba, który w swoich dziesięciu typach wskazał prawie same pozycje, które nie ukazały się w naszym kraju. Przyjmuję do wiadomości, że taka była jego rola (jak tłumaczy w wywiadzie), rozumiem intencję organizatorów chcących podpowiedzieć takim miksem tytułów co godnego uwagi pojawiło się w 2010 roku, ale mimo wszystko uważam, że jeśli jest to plebiscyt tego typu, to wypadałoby się ograniczyć do pozycji wydanych tylko na naszym poletku. Jeśli rzeczywiście wybierać Komiks Roku, to z rzeczy dostępnych dla przeciętnego rodzimego śmiertelnika (mam tu na myśli Empiki, sklepy specjalistyczne, rodzime internetowe)...

RW: To prawda. Przeciętny czytelnik nie miał szans na zapoznanie się z jakimiś 20% komiksów nominowanych do zacnego tytułu Komiksu Roku. Swoją drogą, uważam liczbę 50 nominowanych tytułów w każdym z plebiscytów za zdecydowanie za dużą. W naszych warunkach, gdyby nominować tylko komiksy wydane w Polsce, załapałby się prawie każdy album - ograniczenie do 15-20 tytułów i wskazanie tylko jednego z nich byłoby wystarczające. Pomimo 50 komiksów do wyboru i tak nie dało się nie zauważyć że paru rzeczy brakuje. Przez dopuszczenie komiksów zagranicznych, siłą rzeczy sporo polskich tytułów nie załapało się na listę nominowanych. I to jest dla mnie lekki zawód i główny problem, jaki mam z tym konkursem. Zabrakło m.in.: takich albumów jak "Sceny z życia murarza", "Boska tragedia", "Tainted", "Sprane dżinsy i sztama" - rzeczy uznanych przez niektórych krytyków za tytuły wybitne. Znalazłoby się jeszcze kilka polskich rzeczy prezentujących przyzwoity poziom. Nominowano przy okazji kilka zagranicznych komiksów internetowych - jak można zestawiać komiksy papierowe z internetowymi w jednym wyścigu? Teoretycznie można, ale przykłady zagranicznych nagród pokazują, że jednak stosuje się tutaj różne kategorie. Podobnie też ma się kwestia z rodzimymi tytułami, które swoją premierę miały w Polsce kontra komiksy zagraniczne - często wielokrotnie nagradzane za granicą, starannie wyselekcjonowane przez wydawców. Pisał o tym np. Daniel Gizicki. Plebiscyt Gildii wprowadził to rozgraniczenie i uważam je za całkiem sensowne.

ŁM: No właśnie - wprowadzając do zabawy pozycje zagraniczne zapomniano o kilku rodzimych publikacjach, które powinny się raczej wśród tej pięćdziesiątki znaleźć. Do tytułów o których wspomniałeś dodałbym jeszcze bardzo chwalone (zasłużenie!) "Laleczki" Macieja Pałki (którego można chyba uznać za wielkiego przegranego tego plebiscytu), "Gang Wąsaczy" Marka Lachowicza czy "Duże ilości naraz psów" Dema. Te dwie ostatnie co prawda zupełnie mi nie podchodzą, ale mają grono wielbicieli, którzy z pewnością by na nie głosowali i choćby z tego względu warto by je umieścić. Zabrakło mi też czegoś od wydawnictwa Ongrys (wydawca roku na MFK!), a z rzeczy zagranicznych autorów, a wydanych u nas, dziwił chociażby brak "Arq 2". Inną sprawą jest to, że w przypadku kilku pozycji obcojęzycznych nie wiedziałem za bardzo "z czym to się je". I tutaj taka uwaga/propozycja (nawet i do pozostałych plebiscytów): może warto by w przyszłości zadbać o choćby kilka zdań wyjaśniających dlaczego dany komiks/film/gra/album został wytypowany? Bo, nawet zostając przy tym mieszaniu rzeczy polskich z wydanymi za granicą oraz chęci organizatorów do wskazania rzeczy godnych uwagi, te parę słów mogłoby bardziej zmobilizować do zapoznania się z daną pozycją niż zaledwie tytuł, okładka i nazwiska autorów... Kolejną wpadką było dopuszczenie do obecności na liście dwóch pozycji wydanych przed 2010 rokiem (po jakimś czasie wymienionych na inne tytuły), jak również błędy w tytułach komiksów czy imionach i nazwiskach autorów...RW: To takie drobiazgi, które świadczą o niechlujstwie, ale w sumie są mało zauważalne. Większym problemem był dla mnie brak regulaminu na stronie. Pojawił się on dopiero w zeszłym tygodniu. Tłumaczenia na facebooku były dość mętne (nie było, bo improwizujemy i dostosowujemy go do wspaniałości, jakie będą na stronie), a ujmowało to tylko profesjonalizmu całemu przedsięwzięciu. Zresztą, sama strona na facebooku miejscami wiała bucówą i odpornością na krytykę, tak szczerze mówiąc ("Ostatnio źli ludzie mówili o nas złe rzeczy w realu i w sieci..." i tym podobne pijarowskie strzały w stopę). Widać, że część rzeczy nie została dopięta na ostatni guzik - nagrody dla czytelników były organizowane w trakcie, głosowanie zaś ulegało przesunięciu, co by zgrać się z wczorajszą imprezą. Da się to zrozumieć, ale ciągłe zmiany terminów nie budzą raczej zaufania. Szkoda, bo do firmowania tego przedsięwzięcia swoim nazwiskiem zostało zaproszonych kilku zasłużonych komiksowych publicystów, których bardzo cenię i smutno było patrzeć, jak czasami musieli świecić oczami.

ŁM: Brak profesjonalizmu to chyba główny zarzut dla całego tego podsumowania - akcja bardzo interesująca, ale zabrakło jej dogłębnego przemyślenia i była to robota "na już, na teraz" (a przynajmniej odnoszę takie wrażenie). Zostawiając jednak feralny wątek doboru komiksów - nie tylko do fajesbukowej odsłony Komiksu Roku można się przyczepić, bo i oficjalna była niedopieszczona. Jednym z większych zgrzytów było dla mnie niezbyt eleganckie pożegnanie Łukasza Babiela w wiadomości na fb i późniejsze przywrócenie go do roli blogera całego przedsięwzięcia. Nie wnikając w przyczyny podjęcia takich kroków, to brudy tego typu wypadałoby zachować dla siebie, a nie puszczać na oficjalnym kanale - budzi to jednak niesmak. A co do oficjalnego www to na ostatnią chwilę wrzucane były wywiady z pięcioma ekspertami, które przeprowadzać musiał zaprzęgnięty z "Wywiadówki" Tomasz Kontny... No i jeszcze cała ta sprawa z publikowanymi na fb opiniami głosujących...

RW: Przypomnijmy - poza oddaniem głosu można było również napisać dłuższą refleksję na temat roku 2010 w komiksie. Co mogło przynieść piszącym spore profity, ponieważ pięć najczęściej "lajkowanych" opinii na facebookowej stronie plebiscytu ma szansę na nagrody, zestawy komiksów po 800 złotych. Gra była warta świeczki, nie dziwne zatem, że niektórzy opiniodawcy naganiali znajomych do lubienia. Organizatorzy wzbraniali się przed losowaniem, raz z powodu "ustawy antyhazardowej", po drugie przekonując, że ten sposób wyboru zwycięzców premiuje osoby znające się na rynku komiksowym, a nie jakichś przypadkowych głosujących. To trochę pokrętna logika. Inna sprawa, że szczególnie wybitnych analiz tam nie zauważyłem. Dodatkową kontrowersją było publikowanie opinii w różnych odstępach czasu, przez co część miała lepszą ekspozycję czasową, a inne nie.

ŁM: To publikowanie opinii uczestników na raty najbardziej mi wadziło - bo jak tu mówić o równych szansach, kiedy pierwsza opinia została pokazana światu już 17 grudnia, a ostatnia (#45) z samego rana w dniu wczorajszym. Przy okazji dyskusji nt. sposobu nagradzania, prowadzący profil Komiksu Roku argumentował słuszność takiej metody m.in. tym, że większość kliknięć w "lubię to" ma miejsce w przeciągu 48 godzin - szkoda, że zapomniał o tym przy publikacji tej ostatniej opinii... To są niby drobiazgi i można by się tego nie czepiać, gdyby nie to, że za największą ilość kliknięć były nagrody o pokaźnej wartości. Inna sprawa - nie były publikowane wszystkie opinie, a tylko te "wartościowe". Rozumiem, że nie puszczano takich tekstów w których były bluzgi, ale kto decydował o tym co jest słuszne a co nie? Na jakich zasadach? Decydowała ilość znaków czy coś innego? Moja nieopublikowana opinia (coś w stylu "Rok 2010 był. I tyle.") nie była zachwycająca, ale kto wie, może znalazła by się taka ilość podobnych mi malkontentów, że teraz szukałbym miejsca na półkach na nowe komiksiki? Losowanie byłoby chyba najwłaściwsze. No ale wspomniana przez Ciebie "ustawa antyhazardowa" i inne takie widocznie temu nie służą...

RW: Czas przejść do wielkiego rautu, jaki miał miejsce wczoraj. Poważna ceremonia, to pójść mógł tylko poważny człowiek. Łukaszu, jak było? Organizatorzy zarzekali się, że "spotkacie na miejscu wielu polskich twórców i wydawców komiksów" i że "na przyjęciu pojawi się z pewnością część typujących dziennikarzy, wydawców, a także autorów komiksowych (także tych, których albumy nominowane są w naszym plebiscycie)". Jak było z tymi wieloma wydawcami i twórcami i tym całym przyjęciem?

ŁM: Jeśli chodzi o gości, to muszę przyznać, że byli ci z samego szczytu podsumowania. Był Szymon Holcman z Kultury Gniewu oraz Magdalena i Radosław Bolałek z Hanami, czyli dwóch wydawnictw, których komiksy zajęły miejsca na podium. Imprezę zaszczycił swoją obecnością również Michał Śledziński, autor Komiksu Roku ("Osiedle Swoboda"), Olga Wróbel i Daniel Chmielewski, Kajetan Wykurz oraz Mariusz Ciechoński - to tyle jeśli chodzi o twórców. Oprócz tego jeszcze parę osób ze środowiska, w tym Łukasz Babiel, który powiedział ze sceny kilka słów na temat komiksowej części plebiscytów. Jeśli dobrze kojarzę, to nie pojawił się żaden z zaproszonych do zabawy ekspertów typujących swoje dziesiątki. Sama impreza całkiem udana - była okazja spotkać się po raz pierwszy w tym roku w większym gronie, pogadać o komiksach, rynku i innych rzeczach, napić się darmowych drinków i zjeść coś dziwnego co stało na ladzie baru. Dodatkowo przygrywał Afrokolektyw i Furia Futrzaków, które były chyba największym wabikiem dla przybyłych - bez udziału tych kapel mam wrażenie, że bawilibyśmy się jedynie w tym skromnym komiksowym gronie. Bo tak naprawdę mało kogo obchodziło to, co prowadzący imprezę Maciej Chmiel i jego goście mieli do powiedzenia - szczególnie, że w ostatnich godzinach wyniki (przynajmniej w przypadku KR) się nie zmieniły, a od samego początku można było je śledzić na stronie akcji (co też moim zdaniem odebrało całemu przedsięwzięciu nieco z atrakcyjności). Tyle o samej imprezie. Korzystając z okazji - gratulacje dla Ciebie i Marcina Podolca za zajęcie drugiego miejsca w plebiscycie. Spodziewałeś się takiego wyniku? Co czujesz w tej pięknej chwili? Czy jest to pewne ukoronowanie Twojej dotychczasowej komiksowej kariery?RW: Czy ja wiem... Wynik jest na pewno dla nas niespodzianką (bardzo miłą oczywiście!) i cieszy, chociaż przypomina trochę zajęcie miejsca na podium w konkursie Pucharu Świata w skokach narciarskich rozgrywanym w Japonii. Wiesz, chodzi mi o te konkretne turnieje, które czołówka zazwyczaj sobie odpuszcza, bo igrzyska olimpijskie/mistrzostwa świata za parę tygodni, a tutaj trzeba by się tłuc na drugi koniec świata, bo jetlag, wyczerpanie i rozstrojenie organizmu, dramat. Dlatego też przeważnie wysokie miejsca zajmują w nich underdogs - zawodnicy, którzy nie mieliby większych szans w konkursach PŚ organizowanych w Europie. Wspominam tę analogię, ponieważ pominięto w nominacjach wiele, wiele tytułów, które pewnie przegoniłyby nas w tej klasyfikacji.
Wracając do samego plebiscytu - ponarzekaliśmy, ponarzekaliśmy, może teraz przejdźmy do pozytywnego feedbacku. Komiks Roku cieszył się sporym zainteresowaniem, przynajmniej na samym początku. Była uwaga środowiska, była rekordowa duża liczba głosów w porównaniu z siostrzanymi plebiscytami. Osobiście uważam okres półtora miesiąca na oddawanie głosów za zdecydowanie za długi, zaś nowy system oddawania głosów za pomocą facebookowych lubień przez cały rok nie wydaje mi się do końca trafiony. Raz, że premiuje komiksy wydane wcześniej w ciągu roku kalendarzowego niż później, dwa że rok na głosowanie to zdecydowanie za długo, zainteresowanie dość szybko sflaczeje; no i rozumiem, że każdy dysponuje nieograniczoną liczbą głosów, więc jedna osoba zagłosuje na 2 komiksy a druga na 52. Jedyną zaletą tego systemu byłaby jawność głosowań... Zaletą, która może okazać się wadą dla części użytkowników. Poza głosowaniem ciągłym rocznym czeka nas za rok kolejny plebiscyt, który ponownie ma trwać około miesiąca. Moim zdaniem dwa tygodnie zdecydowanie by wystarczyły.

ŁM: Ja bym jednak wrócił jeszcze do narzekania, ale to za chwilę. Podoba mi się to, że to właśnie w głosowaniu na Komiks Roku wzięło udział najwięcej ludzi. Jak chcemy, to potrafimy się zmobilizować - co cieszy. Co do przyszłorocznej edycji, to na miejscu organizatorów zostałbym przy takiej formie jak teraz, tyle tylko, że ze zmianami - może nieco mniejsza ilość tytułów, wybór tylko z pozycji wydanych u nas i jakieś inne rozwiązanie w przypadku tych opinii głosujących. I przy całorocznym ruchu na stronie i fb - informacjach o premierach i tym podobnych wydarzeniach. Bo tak szczerze mówiąc to sama idea jest bardzo sympatyczna i brakowało mi czegoś takiego po tym, jak z organizowania podobnych wyborów wycofała się Aleja Komiksu. Z początku wszystko zapowiadało się bardzo profesjonalnie, a w międzyczasie powychodziło mnóstwo drobnych usterek i wygląda to tak jakby organizatorzy obudzili się na tydzień przez startem i sporo rzeczy robili na kolanie czy też już w trakcie głosowania. Chociażby regulamin o którego fragmencie jeszcze chciałbym wspomnieć - zobacz na to: "(...) w ciągu 7 dni od zakończenia na adres podany przez zwycięzców wysyłane są zestawy nagród. Koszt wysyłki, zależny od ciężaru paczki, pokrywa w całości zwycięzca. Stosowane są stawki Poczty Polskiej. Zestaw nagród można też odebrać osobiście w siedzibie y communications". Nieźle co?

RW: O. Srogo. Cięcie kosztów po całości, wynegocjowano nagrody od wydawców, zaś na zwycięzców przerzuca się płatność za przesyłkę. Racjonalne posunięcie ze strony organizatorów, ale w tym momencie ci z uczestników, którzy tak zabiegali o swoje lajki, mogą się poczuć mocno wychu... znaczy, mocno wychudzeni w portfelu. Zwłaszcza, że regulamin wrzucono do sieci w ostatniej chwili, nie wiem czy w takim przypadku do końca spełnia to postanowienia Ustawy o świadczeniu usług drogą elektroniczną, na którą powołują się organizatorzy. Regulamin wydaje się zresztą dość mocno niedopracowany - dużo energii poświęca się na tłumaczenie idei plików "cookies", których funkcje zna chyba każdy średniozaawansowany użytkownik internetu, natomiast miejscami pozwala sobie na dużą ogólność. Ot, na przykład tutaj: Podstawowym przeznaczeniem serwisu jest prowadzenie rankingu komiksów (albumów i zeszytów) oraz tzw. powieści graficznych, do których istnieje legalny dostęp na terenie Polski (w tym także drogą tzw. mail-orderingu) - w formie głosowania ciągłego oraz przeprowadzanego raz do roku plebiscytu. Nie dość, że sugeruje się oddzielny podział na komiksy i powieści graficzne, to jeszcze ten legalny dostęp na terenie Polski za pomocą mail-orderingu jest dość niejasny - znaczy, "Asterios Polyp" zamówiony z Amazonu albo "American Born Chinese" wylicytowany na Allegro też się będą liczyć, bo można je sobie zamówić z kraju? Czy chodzi tutaj tylko o polskich twórców, którzy pokazali środkowy palec dystrybutorom i sprzedają swoje komiksy na własnych stronach? I jak się mają do tego nominowane już w tym roku komiksy dostępne głównie w sieci? I po co i głosowanie ciągłe i doroczny plebiscyt? Nie mówiąc już o tym, że z powyższego punktu regulaminu nie wynika żadne ograniczenie czasowe co do momentu wydania komiksu, o ile istnieje legalny dostęp na terenie kraju - więc, logicznie, kwalifikowałby się do tego rankingu każdy tytuł wydany w latach ubiegłych! Jak na miesiąc dłubania w regulaminie, to trochę nędza.

A skoro mowa o nagrodach i ich ciężarze - czy Śledziu dostał chociaż jakiś dyplom za zwycięstwo, czy tutaj organizatorzy też przyoszczędzili?

ŁM: To trzeba by spytać Michała, ale jedyną "nagrodą" była chyba w tym wypadku możliwość zaprezentowania się przybyłej publice na scenie i powiedzenie kilku słów od siebie. Niestety był to jedyny zwycięzca, który zebrał oklaski od przybyłych - Christopher Nolan czy Flying Lotus niestety mieli tego wieczora inne plany.

Wypadałoby powoli kończyć, co mieliśmy do powiedzenia to powiedzieliśmy. W ostatnich zdaniach szkolna ocena i możliwość wyrzucenia z siebie ostatnich żali? Czy jak robimy?

RW: Sądzę, żeśmy wystarczająco już dużo żali wylali. Co do szkolnej oceny, stawiam 3+. Pozytyw to ciekawa inicjatywa, którą umiejętnie zainteresowano środowisko. Minusy to duża, duża liczba niedopracowanych szczegółów. Jak się organizatorzy od Komiksu Roku nie będą stroszyć, tylko wygładzą co trzeba - to myślę, że za rok będzie tylko lepiej.

ŁM: Nie pozostało mi raczej nic do dodania - szczególnie, że i taką samą ocenę bym wystawił. Do następnego roku więc!

poniedziałek, 24 stycznia 2011

#678 - Rok 2010 okiem twórców

Podobnie, jak w roku ubiegłym, także i w tym, przy okazji naszych rozrachunków ze "starym rokiem" oddajemy głos komiksowym artystom. Olga, Piotrek, Maciej, Marcin, Wojciech i Robert opowiadają o tym, jaki ten ponoć feralny, kryzysowy 2010 rok był. I okazuje się, że wcale nie był taki zły. Rozpoczynamy wrażeniami Olgi Wróbel, a później w kolejności alfabetycznej oddajemy głos męskiej części podsumowania - zapraszamy do lektury!

Zazwyczaj jestem miła i nie krytykuję nic, ani nikogo ze strachu, że ludzie przestaną mnie lubić, ale w tym roku doszłam do wniosku, że może wreszcie czas przestać się tym przejmować. Dlatego też zacznę od narzekania.

W tym roku rozczarowało mnie PSK, które zapowiadało się na prężną grupę ludzi z pomysłami, którym będzie chciało się coś zmienić i wyciągnąć komiks polski z małej niszy do nieco większej. Tymczasem po Komiksowej Warszawie, która zebrała nieco pochwał, ale też wiele krytycznych uwag, zapał oklapł niczym duszek w XI Księdze Tytusa. Na posterunku został tylko Tomek "spałem w tym tygodniu 4 godziny" Pastuszka, organizując pod Sejmem akcję Publicznego Czytania Komiksów Przeciwko VAT. Nie będę się tutaj bawiła w publiczne i subiektywne szukanie winnego, tym bardziej, że PSK z minionego roku to także ja. Powiem tylko, że bycie działaczem tak mnie zniechęciło do tego typu aktywności, że postanowiłam w przyszłości skupić się tylko i wyłącznie na pracy nad komiksami. To jedyny sposób, w jaki mogę pomóc – robiąc albumy na przyzwoitym poziomie.

W nurcie krytyki, podobało mi się to, co napisał Karol Konwerski, chyba na facebooku (jeżeli się mylę i przypisuję tę myśl niewłaściwemu autorowi, przepraszam) o środowiskowym samozachwycie i chwaleniu z automatu wszystkiego, co się tylko da z dwóch przyczyn: albo ku chwale polskiego komiksu albo według mechanizmu "lubię go/ją, pijemy razem na festiwalu, nie mogę powiedzieć, że to kiepskie, bo będzie mu/jej przykro". Zauważyłam to też u siebie. Stąd powyższe akapity – w ramach ćwiczenia szczerości. Podobał mi się też boleśnie prawdziwy tekst Tomasza Pstrągowskiego "Nikt was nie kocha" w "Bicepsie", chociaż akurat "7 tygodni" Januarego Misiaka to mój ulubiony polski komiks w tym roku ( z zagranicznych – "Epileptic" Davida B. i "Mój syn" Schrauwena).

Jestem też dość zniesmaczona całą aferą wokół komiku kobiecego, i nie dlatego, jak można by przypuszczać, że godzi we mnie jako "twarz polskiego komiksu kobiecego" (do którego to miana nigdy nie pretendowałam), ale dlatego, że w tej dyskusji widzę mnóstwo zacietrzewionych ludzi, posługujących się pojęciami, które nie do końca rozumieją lub piszących całe elaboraty z punktu widzenia "bo mi się wydaje" i oczekujących, że może to być poważnym głosem w dyskusji. Na studiach humanistycznych nauczyłam się wiele, ale przede wszystkim wbijano nam do głowy, że nauki takie, jak chociażby krytyka literacka to dyscypliny ścisłe, w których obowiązują standardy starannego formułowania osądów według precyzyjnych, ostrych kryteriów, a "wydawać się" nam może najwyżej w niedzielnej rozmowie na obiadku u rodziców. I taki właśnie status przysługuje tym opiniom – subiektywnych pogawędek, a nie rzetelnego opisu stanu rzeczy. Tymczasem ze zdumieniem patrzyłam, jak w kolejnych flame'ach walczy armia ludzi, którzy zjedli wszystkie rozumy i mają monopol na rację. Na tym tle pozytywnie wyróżnił się w komentarzach pod tekstem Gizickiego i Wyrzykowskiego na "Kolorowych Zeszytach" Maciej "Repek" Reputakowski, co nie zostało jednak docenione przez jego współdyskutantów, niezbyt zachwyconych tym, że nagle pojawia się ktoś z solidnym aparatem badawczym (przepraszam za dwuznaczność). Co do samej afery, cóż. Gender studies (studia nad płcią kulturową) są faktem, czy się to polskim twórcom obojga płci podoba czy nie. Tak samo krytyka genderowa i wynikające z niej klasyfikacje. Można się z nimi nie zgadzać, ale negowanie ich racji bytu jest, delikatnie mówiąc, niepoważne.

U mnie wszystko dobrze, może z wyjątkiem syndromu opuszczonego bloga, na którego nie mogę wrzucać "Silva Rerum", żeby nie zdradzać czytelnikom, jak będzie wyglądało. Rok 2010 był pracowity, okraszony występami w prasie i telewizji, rok 2011 zapowiada się jeszcze bardziej ekscytująco, ale to na razie tajemnica.

Chciałabym zakończyć noworocznymi podziękowaniami dla Centrali, która zaczęła mnie wspierać zanim jeszcze napisałam pierwsze zdanie scenariusza, dla Dominika Szcześniaka, który kibicuje mi na swoim blogu i dla ekipy BFK za robienie najlepszego festiwalu komiksowego w Polsce. Dziękuję też Danielowi za cierpliwe wyjaśnianie mi arkanów rysowania dłoni w różnych konfiguracjach.

Nie mogę określić ubiegłego roku innym słowem niż znakomity. Obfitował w masę pozytywnych momentów, które na zawsze odmieniły moje życie i "nic w nim już nigdy nie będzie takie jak przedtem!", jak to w superbohaterskich komiksach bywa. A zaczęło się od "Komiksowego Becikowego". Był to komiks, który jeszcze przed przeczytaniem dostarczył mi największej ilości wzruszeń i pozytywnych emocji. Nawet teraz, kiedy piszę te słowa, kręci mi się w oku łezka na samo wspomnienie. Ale pomimo pojawienia się na świecie mojego synka (w lutym 2010), na szczęście znajduję czas na komiksowanie (Ewelina, dzięki za wsparcie i wyrozumiałość - jesteś najlepsza!).

Wraz z Tomkiem Pastuszką, Bartkiem Sztyborem i masą świetnych ludzi pchamy wózek pod tytułem "Karton". W 2010 wypuściliśmy cztery numery magazynu, plus zeszyt z przygodami Ratmana Tomka Niewiadomskiego. Myślę, że jest całkiem nieźle, a będzie jeszcze lepiej. Oczywiście jednym z najważniejszych zeszłorocznych wydarzeń jest premiera "Tainted". Zbiorek krótkich, niemych historii miłosnych podsumował zaledwie początek mojej współpracy z Bartkiem Sztyborem. Początek, bo obaj mamy nadzieję, że nasza kooperacja potrwa jeszcze wiele, wiele lat, a jej owocem będą liczne albumy i plejada nietuzinkowych bohaterów. Chętnie chwalę się albumikiem zagranicą, czego efektem są wzmianki o nim na kilku zagranicznych serwisach, m.in. na węgierskim portalu Kepregeny.net.

Swoje cienkopisy maczałem w antologii "Sceny z życia murarza", a w "Kolektywie" ku radości jednych i ubolewaniu innych ukazały się dwie nowe przygody Kapitana Minety. Wspólnie z Asu rozpoczęliśmy współpracę z dziecięcym magazynem "Tropami przyrody", gdzie opublikowaliśmy trzy odcinki komiksu "Doktor Leszcz i przyjaciele". To kolejna rzecz, z której jestem bardzo zadowolony, bo robienie komiksów dla dzieciaków to opcja, która daje mi mnóstwo frajdy i chodziła za mną od dłuższego czasu. A jeśli już przy dzieciakach jesteśmy, to w ostatnim "Ziniolu" znalazła się 8-planszowa historyjka, którą narysowałem do scenariusza Dominika Szcześniaka. Jest to zapowiedz dłuższej rzeczy, skierowanej do młodszego czytelnika. Strasznie się jaram tym projektem i żeby nie zapeszać nic więcej już nie napiszę. Zbierając moje publikacje do kupy, warto jeszcze wspomnieć o kilku małych, ale bardzo fajnych drobiazgach, jak plansza o Zachęcie w "Komiksowym przewodniku po Warszawie" (sc. Bartek Sztybor), stworzona we współpracy z Szymonem Holcmanem jednoplanszówka do "Antologii memoria Janusza Christy", strip w "Lodach" (znowu Sztybor), pin-up w "Osiedla Swoboda".

Podsumowując zeszły rok nie mogę nie napisać o komiksie, który w holenderskim konkursie Plastiken Plunk zdobył nagrodę publiczności. "Just One Different Thought" do scenariusza Bartka Sztybora i ze znakomitymi kolorami Tomka Pastuszki nie znalazł uznania w oczach jurorów emefkowego konkursu i postanowiliśmy spróbować szczęścia gdzie indziej. Holendrzy umieścili nas w finałowej dwunastce, a internauci wyklikali nam trofeum. Następstwem tego wydarzenia jest ipadowa wersja "Tainted" (poszerzona o nagrodzony komiks) dystrybuowana przez holenderską firmę StripDatabank. Wspomnę jeszcze, że w brytyjskim magazynie internetowym Comical Animal ukazał się odgrzebany przeze mnie szort "Nine Lives", który kilka lat temu narysowałem do scenariusza Mikołaja Tkacza z kolorami Norberta Rybarczyka. Uznałem, że rzecz jest na tyle sympatyczna, że można bez obciachu zaprezentować ją zagranicznym czytelnikom. Drobna rzecz, ale zaowocowała nawiązaniem fajnego kontaktu z twórcą serwisu, Jimem Medwayem i być może w przyszłości coś się jeszcze z tego urodzi.

2010 rok przyniósł mi również udział w komiksowych imprezach. W Warszawie, Gdańsku i Łodzi jak zwykle bawiłem się znakomicie w gronie ludzi, z którymi dzielimy wspólną pasję. Szczególnie mile wspominam prelekcję o tworzeniu komiksowych bohaterów, którą poprowadziliśmy ze Sztyborem na BeFKa. Przyszło naprawdę sporo młodych ludzi i wywiązała się ciekawa dyskusja z Mateuszem Skutnikiem. Lubię takie akcje i mam nadzieję, że tym roku również ich nie zabraknie. Smuci fakt coraz mocniej zarysowującego się kryzysu na polskim rynku komiksowym, ale nie wpływa on (przynajmniej na razie) negatywnie na mój zapał do rysowania. Cały czas czuję zajawkę i nie mam zamiaru zwalniać. Wręcz przeciwnie, plany na nadchodzący rok są ambitne i mam nadzieję, że uda się bez przeszkód nadal komiksować. Życzę naszym wydawcom, żeby przetrwali ten ciężki czas i dali radę. Oprócz tego, że rysuję komiksy, jestem również ich czytelnikiem i drobnym kolekcjonerem i nie wyobrażam sobie, że nie będę mógł dostawiać na półkach kolejnych świetnych albumów wydawanych przez naszych edytorów.

Jeśli chodzi o 2011, to plany są, jak już wspomniałem ambitne, ale nie chcę tu się szczegółowo z nich zdradzać, żeby nie rozśmieszać Boga:)

W porównaniu z poprzednim rok 2010 był dość intensywny. Miałem kilka faz na ostre zasuwanie, a z drugiej strony zrobiłem sobie w międzyczasie miesiąc wakacji pod palmami. Właściwie udało mi się dotrzymać prawie wszystkich swoich komiksowych postanowień. Doprowadziłem do wydania dwóch niezłych albumów ("Laleczki" i "Sceny z życia murarza"), wystartowałem z webkomiksem ("Degrengoland") i emocjonowałem się premierą dwóch kolejnych gier wyprodukowanych pod szyldem pastelgames. Ogólnie każde przedsięwzięcie rysunkowe miało satysfakcjonującą otoczkę związaną z ujawnieniem danego materiału. Zwłaszcza MFK był dla mnie osobistym przełomem. Jako artysta czuję się doceniony, ale nadal nie jestem dopieszczony jako twórca. Czasami mnie to nieco irytuje, ale nie powoduje frustracji, raczej mobilizuje w stylu "ja wam jeszcze pokażę" albo "jeszcze przyjdziesz ze szklanką po sól". Czuję, że przez ostatnie 10 lat przeszedłem do wyższej ligi, ale czasami czuję się jak "cudzoziemka w raju kobiet".

Obecnie na tapecie mam kilka projektów z bardzo dużym potencjałem. Powoli zaczynam się też otwierać, jako scenarzysta i zaczynam ufać swoim możliwościom. Ale tutaj jeszcze długa droga przede mną. Rok 2011 będzie dla mnie sprawdzianem, bo mam zamiar poświęcić się całkowicie autorskiemu albumowi. Czeka mnie ogromna ilość pracy, ale jednocześnie czuję że ten rok będzie pasjonującym wyzwaniem. Już się nie mogę doczekać! Albumu w roku 2011 nie planuję. Plan minimum to dwa odcinki "Najwydestyluchniejszego" w "Kolektywie".

W komiksowie miniony rok można podsumować sporym plusem. Tak, jak się spodziewałem (i o czym pisałem w podsumowaniu na "Kolorowych Zeszytach" rok temu), ukazało się sporo niezłych polskich albumów. Na stronie "Ziniola" stale kibicujemy polskim twórcom, wiadomo więc, co w trawie piszczy i jestem głęboko przekonany, że utrzymamy rosnący trend. Kto uważa inaczej, ten niestety z reguły chuja się zna na polskim komiksie i po prostu pierdoli farmazony. Fakty mówią za siebie i nie ma sensu gadać niepotrzebnych rzeczy. Lista wydanych polskich albumów to samo dobro. Nie jest tego dużo, ale jak na naszą skalę, pod względem ilości jest przyzwoicie. Robimy swoje. Dokładamy cegiełkę do polskiej kultury.

Co mnie martwi, to postępujący niedowład segmentu zinów. Nie jest ich dużo, sprofesjonalizowały się pod względem edycji i prezentowanego materiału, ale straciły jaja. Tutaj mają rację piewcy komiksowych lat '90, którzy pamiętają, że pomimo ogólnej masakry i kłód rzucanych pod nogi, w zinach wrzało, jak w tyglu. Ścierały się poglądy, eksperymentowano na dużą skalę. Skutkowało to często brnięciem w ślepe uliczki, ale trafiał się też świetny materiał, który jest pamiętany do dziś. Obecnie mamy bezwładny pęd ku poincie i prymat sitcomu. Rzemieślniczo sprawne komiksiki o niczym. To mnie zraża do zinów. Czytam komiksy twórców, którzy mają u mnie kredyt zaufania, ale czasami zaczynam wątpić, gdy widzę wszechobecną stratę czasu i marnotrawienie talentu na pierduły. Ale to jest tylko moja prywatna opinia, gdyż kibicuję mądrym, przemyślanym dziełom pisanym nie przez idiotów i nie dla idiotów. Tak więc w grę wchodzi kwestia targetu. Do zinów straciłem serce, nudzą mnie. Nawet nie chciało mi się robić przeglądu do ostatniego numeru "Ziniola". Raczej nie będę się więcej zajmował tą tematyką.

Co do samego "Ziniola", to w związku z (mam nadzieję, że tymczasowym) zdjęciem z ramion Dominika Szcześniaka wielkiego ciężaru przygotowania kolejnych numerów pisma, na pewno rozbuduje się jego mutacja internetowa. Polecam śledzić stronę magazynu i czekać na zmiany. Zakończenie wydawania magazynu u Timofa nie jest ostatnim powiedzianym słowem. Nie gasimy światła – wręcz przeciwnie. "Ziniol", jako marka w komiksowie nie zginie. Dominik ciągnie ten wózek już przez 50 numerów, hibernacje zdarzały mu się kilkukrotnie. Wiadomo jak to jest, gdy wszystkim zajmuje się jedna osoba. Do tematu chętnie wrócę za rok. Zobaczymy wspólnie, co "Ziniolowi" udało się zrealizować. Ja ze swojej strony postanowiłem pomóc i dla dobra publicznego uszczknąłem trochę czasu, który mógłbym poświęcić na doglądanie swojego blogaska. Na rzeczonym, nadal będę regularnie kibicował sobie. W końcu, nikt inny za mnie tego nie zrobi.

Tu mi się narzuca apel do twórców:

Kochani! Nikt za Was nie zajmie się promocją Waszych talentów. Po to mamy serwisy komiksowe takie, jak "Kolorowe Zeszyty", "Ziniol", "Komiksomania", "Aleja Komiksu", "Gildia" czy "Polter", aby z nich korzystać. Współtworząc je, pomagamy przede wszystkim sobie. Ideałem jest spokojna praca nad komiksami w zaciszu pracowni, ale czasami trzeba wyjść do ludzi i coś zaproponować. Weryfikacja, uwagi redaktorów, wymiana opinii, feedback – to wszystko jest bardzo ważne! Napierdalajmy, ale nie bądźmy odludami, bo stąd tylko krok do frustracji, zniechęcenia i ciśnięcia komiksami w kąt.

Zacznę od tego, że w tym roku znów miałem nogę w gipsie i to w czasie matur. Skoro już zostałem przymuszony do siedzenia w domu w maju, odebrałem to jako dostateczną karę za wszystkie występki i zamiast dokładać sobie nauki, zacząłem rysować drugi album. Skończyłem na stronie dwunastej. W wakacje naszkicowałem sześćdziesiąt stron albumu, ale innego. Potuszowałem jedną i odpadłem, to nie to. W te same (bo studenckie) wakacje dogadałem się z jednym scenarzystą i zaczęliśmy produkcję kolejnego, ale wciąż drugiego albumu. Wiem, że uda nam się go zrealizować, a relację z postępów będziecie mogli śledzić na blogu, który w tym roku stanie się czterolatkiem.

Jeśli chodzi o przygotowywanie "Kapitana Sheera", motywator blogowy sprawdził się w 100%. Dziękuję z tego kolorowego miejsca wszystkim komentującym, naprawdę bardzo nam pomogliście. Decyzja o wydaniu "Kapitana Sheera" zapadła ostatniego dnia Komiksowej Warszawy, album ukazał się na Bałtyckim Festiwalu Komiksu (przepraszam, że podczas spotkania ciągle kierowałem mikrofon w stronę głośników, wywołując poruszenie zebranych), więc tempo było słuszne. Rozumiem, że dla Kultury Gniewu nie była to łatwa decyzja wydawnicza i tym bardziej doceniam zaufanie, jakim nas obdarzono. Gdyby kogoś to ciekawiło – z Kulturą współpracuje się świetnie.

Wydaje mi się, że w tym roku pisano o komiksie więcej, niż dotychczas. Sam natknąłem się na parę wystąpień w telewizji i artykułów w prasie ogólnopolskiej. Przechodząc z powrotem na grunt osobisty, muszę przyznać, że nie spodziewałem się takiej ilości recenzji mojego komiksu. Pisano o nim w kilkunastych miejscach, od blogów po ogólnopolskie dzienniki, a także mówiono w radiowej Jedynce (audycja "Plus-Minus") i Radio Jarosław.

Na koniec może jeszcze o planach. Moim niespełnionym marzeniem, którego prób realizacji na razie się nie podejmuję, jest zilustrowanie jakiegoś artykułu w ogólnopolskim magazynie. Projektem, który leciutko zahacza o to marzenie, ale ma jednak inny wymiar, jest nawiązanie przeze mnie i Łukasza Grassa współpracy, której forma zostanie przedstawiona czytelnikom mojego bloga jeszcze w styczniu. W przerwie międzyświątecznej zapadła kolejna decyzja. Wraz z jedną z najzdolniejszych polskich rysowniczek komiksów zaczynam realizować nowy, duży i strasznie ciekawy od strony artystycznej projekt na cztery ręce. Więcej o tym przeczytacie tam gdzie zawsze, pewnie na przełomie stycznia i lutego (już wiadomo, że chodzi o komiks z Lagu i Lagu - przyp.red.)

Poza tym w 2010 roku nauczyłem się prowadzić samochód i robić placki z cukinii.


Rok 2010. Rok kryzysu. Wszystko się wali. Takie podobno chodziły słuchy. Dla mnie miniony rok był naprawdę udany. Co sylwester powtarzasz sobie, że wreszcie zmienisz coś w swoim życiu i nagle niespodziewanie dotrzymujesz danego sobie słowa. Ale tak patrząc dogłębniej – rozbijmy go na kategorie:

"The Movie": początkowo planowałem tylko trzy sezony, ale nie wytrzymałem bez tych postaci nawet roku. Czwarty sezon wrócił, ale pracy nawaliło tyle, że postanowiłem się powyręczać znajomościami. No i udało się też wbić do Stopklatki, co sprawiło, że mogłem podjąć ryzykowną decyzję porzucenia stałej, ciepłej posadki w firmie, która dostarczała mi weny na wieczne twitterowe narzekanie i wyprowadzić się na drugi koniec kraju. Doskonała decyzja i póki co jej nie żałuje. Czekały na mnie zlecenia, Stopklatka i cała masa innych rzeczy - w tym albumowe "TheMovie", które planuje od kilku lat. Powstały już trzy wersje początku, liczę, że rok 2011 pozwoli mi wreszcie opowiedzieć tę historię. Długo nie byłem pewny czy przedłużę "TheMovie" o piąty sezon. Niedawno jednak udało mi się znaleźć doskonałe rozwiązanie, aby "TheMovie" trwało dalej, ale w nieco innej formie niż dotychczas. Nie chcę jeszcze wchodzić w szczegóły, bo projekt jest wciąż w dość wczesnej fazie rozwoju.

"Robociki" seria, którą razem z Demem stworzyliśmy by tłuc ludzi na portalu bitwy.com, a potem jakoś tak przeszła do okazjonalnych szortów. W tym roku wznowiliśmy ich działalność głównie dzięki "Braku zrozumienia dla realizmu". Dzięki temu roboty powróciły w nowym "Kolektywie" i świątecznym specjalu na Kolorowych. Obecnie siedzę nad kolejną ich przygodą do ósmego "Kolektywu". Co dalej, to się okaże.

"Scientia Occulta": to trochę taki projekt roku. Miało być skromnie, a wyszło z pompą. Po skończeniu 3. sezonu "TheMovie" chciałem odpocząć i zacząć osobny paskowiec w innym klimacie. Wymyśliłem historię, narysowałem pasek i się ze wstydu schowałem, bo moja kreska do poważniejszych tematów zupełnie nie podchodzi. Zrobiłem to, co każdy by zrobił na moim miejscu - "przekonałem" Łukasza Okólskiego by to rysował. Zapieprzaliśmy solidnie, ale komiks udało nam się skończyć. W sprzedaży powinien być na Komiksowej Warszawie.

"Kolektyw": nasze dziecko rośnie i chowa się dobrze. Ma elegancki grzbiet i lepsze komiksy w środku. Jestem strasznie zadowolony ze strony, w którą magazyn zmierza. Nie będę ukrywał, że z moich serii również jestem zadowolony. To "Recours" i "Drużyna A.K", która zostanie przechrzczona na "Rycerz Janek przedstawia" i skupiać będzie różne szorty osadzone w uniwersum znanym z historii z Rycerzem.

Podkasting: "Schwing" się rozrósł. Dużo bardziej niż spodziewałem się tego, kiedy po pijaku namawiałem Konrada do nagrania pierwszego odcinka. Postanowiłem odejść po 100-tnym odcinku, ponieważ zaczynała mnie nużyć zabawa w radio. Mieliśmy lepszą organizację, lepszy dźwięk i systematyczność, ale drażniło mnie to, że nie mogę przeklinać i mówić bardziej kontrowersyjnych rzeczy. Nie musiałem ich mówić, ale brakowało mi tej psychicznej swobody, że w każdej chwili mogę. Brakowało mi tego luzu, który towarzyszył nam na początku. Tak właśnie narodziła się "Spuścizna". Chciałem gadać z kumplami na przeróżne tematy, bez obaw, że ktoś wyżej da mi po łapach, jeśli przemycę do wypowiedzi malutką "kurwę". Cały czas dorzucamy kolejne pomysły na urozmaicenie podcastu, więc myślę, że zanim dojdziemy do 10 odcinka formuła "Spuścizny" powinna być już porządnie opracowana. Póki co motamy się z kwestiami technicznymi i organizacyjnymi, ale to przecież zabawa, więc nie ma się co spinać, prawda?

Imprezy: Było ich dużo. To był dla mnie naprawdę imprezowy rok. Postanowiłem nie opuszczać komiksowych spotkań i jeśli dobrze liczę, to jedynie Leszka w tym roku nie zaliczyłem. O każdej z nich da się powiedzieć coś miłego:

- Ligatura: Bawiłem się doskonale, mimo przeziębienia (które skutecznie odeszło kiedy zacząłem popijać Tabcin piwem). Udało mi się nawet poznać moją dziewczynę.
- Wąsata premiera: Śledziu, Kolektyw i Marek Lachowicz. Wszyscy zapuściliśmy wąsy i bawiliśmy się przednio. Zaskoczenie wieczoru to darmowy egzemplarz "Osiedla Swoboda" (w życiu bym się nie spodziewał, że narysowanie jednego, malutkiego pinupu zapewni mi egzemplarz "autorski"), czyli bonusowa kasa w kieszeni do przepicia. Co też zrobiłem.
- FKW: Cudowna impreza, przynajmniej dla mnie. Cała masa znajomych twarzy i bar z alkoholem pod ręką. Największe zakupy w moim życiu. Do domu przywiozłem chyba 11kg komiksów i odciski na dłoniach od noszenia torby.
- Bydgoszcz: kameralny wieczór z tańczącym KaeReLem i naprawdę niesamowitym hostelem. Tanio i na wysokim poziomie. Cztero-gwiazdkowy hotel w którym nocowałem na wyjeżdzie służbowym nie był tak przytulny.
- BFK: striptiz, komiksy i plaża. Czego chcieć więcej od wyjazdu nad morze?
- MFK: jak zawsze klasa. Wielkie wydarzenie, duża impreza i kupa zabawy. Gdybym tylko nie rozchorował się na samo after-party. Ale wspominam bardzo miło!

Rok temu pisałbym te słowa w mieszkaniu rodziców, zapewne o godzinie 22, bo trzeba będzie szykować się do snu. Obecnie jest godzina 3:13, mieszkanie rodziców jest prawie 600 km stąd, a ja jutro wstanę pewnie po 12 i zacznę poprawiać ten tekst. Usiądę wygodnie, podrapię się po brodzie, łyknę herbaty i z uśmiechem spojrzę na 2011 rok. Rok w którym dostanę w łapki mój pierwszy gruby twardo-okładkowy album. Rok w którym po raz kolejny zabiorę się za "Festiwal Filmowy". Rok, który jeśli Wszechświat pozwoli, będzie przynajmniej w połowie tak dobry, jak poprzedni. Czego sobie i wam życzę. Chyba, że wasz rok 2010 ssał. Wtedy nie.

Rok 2010 minął bardzo szybko. Do takiego stopnia, że sprawy, które działy się w 2009 roku, mieszają mi się z rokiem ubiegłym. Osiemdziesiąt procent mojego "wolnego" czasu poświęcałem na robienie komiksów. Większą część zabierał mi jeden projekt, nad którym od wielu lat pracuje i chciałbym ukończyć go w tym roku. Mam na myśli "Szelki" do scenariusza Jerzego Szyłaka.

Trzydzieści procent ze stu zajęły mi krótkie formy stworzone z różnymi autorami. Wolna ekspresja komiksowa "Filtr codzienności" z Dominikiem Szcześniakiem, "Egzamin z Norwidem" do scenariusza Pawła Timoiejuka, który ukazał się w "Przewodniku po Warszawie", "Mendy", zrobione razem z Pawłem Kumpiniewskim do zina "Biceps". Tam również ukazał się jednoplanszowy komiks bez tytułu, który popełniłem z Przemysławem Pawełkiem. Zrobiłem też kilka krótkich historyjek, które nie miały ukazać się w druku. Powstały od tak, po prostu. Wolne formy, wolne myśli. Natchnienie wywołane chwilą. Są to komiksy: "Muzyka", "Początek końca", "Magik", "Dziecięce zabawy" i "XXX". Resztę czasu poświęcam robieniu ilustracji i innych projektów graficznych. Niestety większą część mojego życia zabiera praca (tak to już jest, z tą pracą), która pozwala mi kupować komisy w Empiku, a nie czytać komiksy w Empiku.Inaczej mówiąc - mam na chleb. Jak najwięcej czasu staram się poświęcać ludziom mi bliskim. Najgorsze jest to, że to bardzo mało czasu.

Z rokiem 2010 zakończyłem współpracę z "Ziniolem", która polegała na przerabianiu obcojęzycznych tytułów w komiksach zagranicznych na tytuły polskie. Podobnie było z onomatopejami. Mam nadzieję, że nie przez to magazyn znika z półek. W 2010 roku w kilku głowach urodziło się parę projektów, które są w fazie powstawania... Pozdrowienia dla tych, którzy wiedza, że o nich mowa!

Jeśli chodzi o polską scenę komiksową w 2010 roku, to w mojej ocenie, pod względem tytułów wydanych na naszym rynku, było słabiej niż w roku ubiegłym. Ale pod względem imprez znacznie, znacznie lepiej! Świetna organizacja, super atmosfera, wiele atrakcji. Oby tak dalej!

wtorek, 18 stycznia 2011

#673 - 12x2010, czyli dwanaście mgnień minionego roku

Zeszły rok minął w cieniu kryzysu. W komiksowych dyskusjach przez wszystkie przypadki odmieniano słowa "zapaść", "Empik", "złodziejstwo", "recesja", "długi", "zastój". W kuluarach pojawiały się astronomiczne sumy, które pewna sieć sklepów jest winna polskim wydawcom komiksowym. Minorowych nastrojów wśród rodzimych edytorów nie poprawiły kolejne podatkowe obciążenie, jakie spadły na ich produkty, a których koszta poniosą czytelnicy. Ci znowu narzekają na ubogą ofertę i wysokie ceny, a wydawcy na spadające obroty. Wszyscy jadący na jednym, komiksowym wózku zastanawiają się "i co dalej?".

A wydawało się, że wszystko jest na dobrej drodze. Entuzjastyczne wypowiedzi, które padły na panelu wydawców podczas festiwalu Komiksowa Warszawa w kwietniu dawały nadzieję, że rynek opowieści obrazkowych się ustabilizował. Może niezbyt liczna, ale pewna grupa czytelników, zapewniała solidną bazę pozwalająca myśleć o dalszej ekspansji i poszukiwaniu nowych odbiorców. Niestety, wszystko to załamało się wraz z konfliktem na linii Empik-wydawcy. Wystarczyło, żeby główny komiksowy pośrednik przestał płacić za sprzedane komiksy – niewiele było trzeba, aby zatrzeć tryby całkiem nieźle funkcjonującej maszyny. Nie wiem jak wiele jeszcze pozostało, by móc mówić o widmie bankructw, a potem i całkowitego załamania rynku, ale na razie nic nie wskazuje na to, żeby koniunktura miała się wkrótce poprawić. Ale czy naprawdę jest aż tak źle? Przecież rok 2011 zaczął się mocnego uderzenia – Kultura Gniewu uderzyła długo oczekiwanym "Pinokiem", a Post przygotował wznowienie "Mausa". Komiks nie przestaną się nagle ukazywać, nawet jeżeli znikną z Empików i staną się dostępne tylko w specjalistycznej dystrybucji. A że będą drogie? Tanie nigdy nie były – za czasów Semika, kiedy Mandragora dzieliła trejdy na mniejsze kawałki i kiedy Egmont zbierał je w edycje integralne – teraz po prostu będą jeszcze droższe.

Kryzys to również czas, kiedy szuka się nowych rozwiązań – Egmont umocnił pozycję komiksów spod znaku "Star Wars" w kioskach i chciał dotrzeć do jeszcze szerszego spektrum odbiorców wysokonakładowym magazynem fantasy. Niestety, nie można powiedzieć, aby "Fantasy Komiks" okazał się sukcesem, ale jeśli wierzyć Egmontowi naprawdę niewiele brakło. Kioski również szturmuje Jakub Kiyuc, który grając na semikowych sentymentach rzucił ponad dwadzieścia tysięcy egzemplarzy pierwszego numeru "Konstruktu". Odważny i ryzykowny ruch. Czy uda się do komiksów zachęcić masowego odbiorcę – trudno powiedzieć. Na razie ukazał drugi numer.

Komiks kobiecy był drugim, obok zapaści rynku komiksowego, najczęściej dyskutowanym tematem w komiksowym środowisku. Chyba nikt nie spodziewał się, że temat kobiecej twórczości podniesiony podczas Komiksowej Warszawy, odbije się aż tak szerokim echem. Dyskusja o sensowności terminu "komiks kobiecy" i potrzebie (bądź jej braku) wskazywania na płeć tekstów komiksowych wyszła daleko poza hermetyczne środowisko, docierając do mainstreamowej prasy. Odpryskiem tych deliberacji, które często zmieniały się w agresywne pyskówki, było kuriozalne wystąpienie "artystek" z grupy "Ściętej głowy Marii Antoniny", piętnujących seksizm rodzimych wydawców. Nie brakowało również autorek, które chciały się pozbyć się takiej etykietki. Koniec końców nie mogę pozbyć się wrażenia, że z tej dyskusji nic (dobrego) nie wynikło – ci, którzy nie wiedzieli, o co z tym komiksem kobiecym chodzi, wciąż nie wiedzą, a z drugiej strony żadna z autorek nie popłynęła na fali zainteresowania tematem i nie wydała albumu.

Nasi za granicą. Brak komiksowego rynku w Polsce wcale nie oznacza, że brakuje u nas utalentowanych artystów. Z coraz większym powodzeniem próbują oni swoich sił na dużych rynkach zachodnich. We Francji po licznych perturbacjach wydawniczych do sprzedaży trafił album ""Doc Jackal & Miss Hype: Recto" (pierwotnie "London Thing") Mirosława Urbaniaka. W Ameryce Szymon Kudrański awansował na regularnego ilustratora serii "Spawn", a dla DC Comics rysuje tytuły z batmańskiej rodziny. Amerykański debiut Marka Oleksickiego, album "Frankenstein's Womb", został napisany przez samego Warrena Ellisa, a Robert Adler dla BOOM! Studios narysował "Do Androids Dream of Electric Sheep? Dust to Dust". "Harbor Moon" Pawła Sambora zebrało dużo pozytywnych recenzji, a Anna Wieszczyk, której prace pojawiały się w antologii "Popgun", pracuje nad mini-serią "Lucid" do skryptu Micheala McMilliana. Seria "Biocosmosis" Edvina Wolińskiego i Nikodema Cabały, której trzy albumy ukazały się na polskim rynku, znalazła uznanie redaktorów kultowego magazynu "Heavy Metal". To tylko kilka przykładów ilustrujących trend, który z pewnością w 2011 się utrzyma, a być może i nasili.

Komiks na wystawie. Z jednej strony "kolorowymi zeszytami" próbowano dotrzeć do czytelnika niewybrednego, którego gusta w pełni zaspokajają "Fantasy Komiks", "Star Wars Komiks" i prawdopodobnie "Konstrukt", z drugiej natomiast proponowano "sztukę komiksową" przeznaczoną dla bywalców galerii. Pomysł na komiks, jako dobra artystycznego, wyznacza drugi biegun prób poszerzania potencjalnego rynku zbytu. Już w 2009 nie brakowało interesujących wystaw, ale wydaje mi się, że dopiero w roku zeszłym chciano pokazać komiks światku artystycznemu. Niekiedy przypominało to wywarzanie dawno otwartych drzwi (seria wystaw "Czas na Komiks" organizowanych przez BWA w Jeleniej Górze, Zielonej Górze i Wrocławiu), innym razem bawiono się (to słowo zdaje się najbardziej adekwatne) z materią narracji obrazkowej, jak miało to miejsce na wystawie "Pusty komiks" przy gdańskim Bałtyckim Festiwalu Komiksu. Bezpośrednią próbą wejścia do handlowego obiegu artystycznego były krakowskie targi komiksu "Krótkie historie". Niektórzy krytycy (między innymi Sebastian Frąckiewicz) w mariażu ze art-środowiskiem upatrują wielkiej szansy dla rynku komiksowego.

Rok pod znakiem Śledzia. To był dobry rok dla Michała Śledzińskiego. Udało mu się doprowadzić do szczęśliwego końca pierwszy sezon "Wartości Rodzinnych", zaliczył udział w portugalsko-polskich warsztatach "City Stories", jako gość moskiewskiego festiwalu Kommisja promował wystawę rodzimego komiksu, a w Łodzi jego prace pokazywano pod szyldem "Mistrzowie polskiego komiksu". Wreszcie, po dziesięciu latach od premiery pierwszego docinka, ukazało się zbiorcze wydanie "Osiedla Swoboda", jednego z najważniejszych, najwybitniejszych i najciekawszych osiągnięć polskiej kultury ostatnich dwudziestu lat. I nie ma w tym stwierdzeniu ani krztyny przesady. To sporo, jak na kogoś, kto w 2009 roku chciał zrezygnować z tworzenia komiksów...

Polski rynek konwentami stoi. Jak co roku miłośnicy opowieści spod znaku kadru i dymka mieli mnóstwo okazji, aby spotkać w swoim towarzystwie, nakupić komiksów i dobrze się bawić. Szkielet kalendarza konwentowicza wyznaczają cztery duże imprezy – stołeczna Komiksowa Warszawa, poznańska Ligatura, gdańska BeFKa i łódzka eMeFKa. Każda z nich ma nieco inny charakter i oferuje inne atrakcje - premierowa FKW wyszła bardzo kameralnie, eMeFce nie brakowała rozmachu, BeeFKa postawiała na warsztatowość, silną interakcję z uczestnikami, a Ligatura powinna kojarzyć się z akademickością i naukowością. Głównie przy okazji konwentów Polska odwiedzana jest przez znamienitych komiksowych gości – w 2010 do przyjechali do nas tacy artyści jak Neil Gaiman, Rutu Modan, Olivier Schrauwen, Norm Breyfogle, Alex Robinson, Marjane Satrapi, Igor Baranko, Yves Swolfs czy Mawil.

Akcja "Tęsknie za Tobą, zeszytówko" może śmiało kandydować do miana największego kuriozum roku. Grupka komiksowych fanów zrzeszonych w Nieformalnym Froncie Fanów Komiksu w swoich wystąpieniach zaczęła domagać się powrotu zeszytów komiksowych do kiosków. Tanie, powszechnie dostępne, pulpowe historyjki miały stać się panaceum na niszowość komiksu i uratować rynek przed kryzysem. Kategorycznym żądaniom skierowanym głównie do wydawców brakowało jednak racjonalnych argumentów. Bogata oferta kioskowych tytułów, które obejmuje tak zróżnicowane tytuły, jak "Star Wars Komiks", "Fantasy Komiks", rodzinę tytułów "Kaczora Donalda" czy szereg magazynów wykorzystujących popularne licencje (Człowieka Pająka, Scooby-Doo, postacie znane z Cartoon Network) przez tęskniących została zupełnie niezauważona. I to zdemaskowało Front jako małą grupkę czytelników nostalgicznie wspominając złote czasy Semika, które już nigdy nie powrócą.

Dziesięć lat Kultury Gniewu. W październiku 2000 roku Jarek Składanek pod szyldem wydawnictwa Kultura Gniewu własnym sumptem opublikował zbiorcze wydanie "Zakazanego Owocu" Dariusza Palinowskiego. Dekadę później historia zatoczyła koło i na półkach wylądowało piękne wznowienie punkowej klasyki. Przez ten czas KG z jednoosobowej inicjatywy stała się triumwiratem – do Składanka dołączyli Paweł Tarasiewicz i Szymon Holcman, a wraz z nimi zmienił się profil wydawnictwa. W 2005 roku po raz pierwszy wydano produkt importowany ("Damskie dramaty" Anny Sommer), a później Kultura przebierała wśród undergroundowej klasyki, najwybitniejszych osiągnięć komiksu niezależnego, nie zapominając przy tym o rodzimych twórcach. W katalogu warszawskiego edytora można znaleźć takie nazwiska, jak Daniel Clowes, Charles Burns, Thomas Ott, Rutu Modan, Michał Śledziński, Janek Koza czy Jacek Frąś. Kultura Gniewu przez te dziesięć lat poszerzała horyzontu polskiemu czytelnikowi pokazując, że komiks nie kończy się tylko na "kolorowych zeszytach". Sto lat!

Upadek papierowego "Ziniola". Legenda xeroprasy, zin "Ziniol" został reaktywowany w połowie 2008 roku, w formie mainstreamowego magazynu komiksowego. Te, jak wiadomo, lekko na rynku nie mają. Jubileuszowy, dziesiąty numer, który ukazał się właściwie już w 2011 roku był tym ostatnim. Na szczęście "Ziniol" nie zniknie całkowicie – wszak pozostanie jego internetowe wcielenie, redagowane przez niestrudzonego Dominika Szcześniaka i Macieja Pałkę.

Polskie Stowarzyszenie Komiksowe zawiązało się w 2009 roku. Inicjatywie, której celem było integrowanie komiksowego środowiska, od początku towarzyszyły liczne kontrowersje. Nadziei związanych z PSK było dużo – Stowarzyszenie miało promować sztukę komiksową, wspierać rodzimych twórców i godnie reprezentować komiks wszędzie tam, gdzie będzie to potrzebne. Sprawą dyskusyjną jest na ile te cele udało się zrealizować, niewątpliwie jednak zorganizowany przez Stowarzyszenie Festiwal Komiksowa Warszawa okazał się sukcesem. Mniejszym lub większym, podobnie jak akcja publicznego czytania komiksów, której udało się przebić do mediów. Co dalej z PSK? Martwi cisza w eterze i notoryczny brak nawet najprostszej strony internetowej, ale wypada mieć nadzieję, że PSK obudzi się z zimowego snu akurat w czasie przygotowań do drugiej FKW.

Komiks polski do kin? Na palcach jednej ręki można policzyć rodzime ekranizacje komiksów. Powszechna hollywoodzka praktyka bardzo opornie przyjmuje się nad Wisłą. Już niedługo do kin trafi animowana wersja przygód Jeża Jerzego, temat filmowego "Funky Kovala" czy "Thorgala" powraca co jakiś czas. Ale wieści o planowanym przeniesieniu "Łaumy" Karola Kalinowskiego na taśmę celuloidową, które pojawiły się na początku roku, były prawdziwą bombą. Studio Lava Films w zaledwie kilka miesięcy po premierze komiksu, która miała miejsce w październiku 2009 roku, na XX. Międzynarodówce w Łodzi, nabyło prawa do "Łaumy", dostrzegając filmowy potencjał w pracy KRL'a. Niestety, od tamtej pory brak jakichkolwiek wieści w tym temacie.

A co w 2011? Przyszły rok zapowiada się całkiem owocnie, jeśli idzie o rodzimy komiks. Wiele wskazuje na to, że 2011 może znów należeć do Śledzia, tym razem za sprawą finałowego, trzeciego tomu "Na Szybko Spisane". Z niecierpliwością czekam również na wielki powrót Karola Kalinowskiego, który po spektakularnym sukcesie "Łaumy", zamknął swojego bloga, odciął się od komiksowego bagienka i być może w zaciszu swojej pracowni pracuje nad kolejnym świetnym komiksem. Ciekaw jestem jak z "drugim albumem" poradzą sobie Marcin Podolec (o ile uda mu się coś wydać w tym roku) i Przemysław Surma (którego prace nad drugim "Hmmarlowem" są już bardzo zaawansowane). Bardzo interesująco zapowiada się autobiograficzna "Silva Rerum" Olgi Wróbel. Maciej Pałka ma niezwykle ambitne plany, podobnie zresztą, jak Daniel Chmielewski, któremu robota nad "Zapętleniem" zejdzie pewnie aż do 2012 roku. Wreszcie coś ruszyło się w temacie "Pierwszej Brygady", w kuluarach chodzą nawet wieści o trzecim tomie serii. Kończąc tą wyliczankę warto jeszcze wspomnieć o "Scientii Occulty" Sienickiego i Okólskiego, kontynuacji "Siedmiu Tygodni" Januarego N. Misiaka, drugim "Diefenbachu" Benedykta Szneidera i sequelu "Straine'a" Krzysztofa Tkaczyka. Dla każdego coś dobrego…