Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Dolna Półka. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Dolna Półka. Pokaż wszystkie posty

piątek, 21 grudnia 2012

#1201 - Gniazdo światów

Komiksy w formie elektronicznej to nienowy sposób na dystrybucję własnej twórczości. Ale dopiero od niedawna – wraz z rosnącą liczbą użytkowników tabletów i z wejściem na ten rynek dużych niezależnych amerykańskich wydawnictw – ta forma kontaktu z czytelnikiem stała się naprawdę modna. W Polsce zapowiedziano już liczne publikacje, a niedługo start planują dwie platformy dystrybuujące.
(tekst ukazał się pierwotnie na łamach Kultury Liberalnej pod tytułem "Alternatywne światy")

Jedni wróżą tej formie sukces, drudzy w dobie powszechnego i darmowego (czytaj: pirackiego) dostępu do dóbr kultury nazywają szarlataństwem, inni natomiast, korzystając z chwilowego zamętu wokół elektronicznych komiksów, chcą przedstawić swoją twórczość większej grupie czytelników i przygotowują albumy w tej właśnie postaci. Do tej ostatniej grupy należy dość dobrze znany na polskiej scenie publicysta, podcaster, scenarzysta i spiritus movens wydawnictwa Dolna Półka – Bartek Biedrzycki.

Zombie zwany współczesnym polskim komiksem jest obecnie na takim etapie rozpadu, że mógłby już paść i nikt oprócz garstki pasjonatów (dosłownie – bo nawet interesujące pozycje młodych autorów trudno dziś sprzedać w stu egzemplarzach) by po nim nie płakał. Prócz kilku wyjątków polscy twórcy, z racji czysto hobbystycznej specyfiki naszej sceny, raczej nie mają sposobności tworzenia długich, rozbudowanych fabularnie historii: rysowanie komiksu pochłania bardzo dużo czasu, za który nikt autorom nie zapłaci. W tych warunkach dwu-, trzyplanszowe „szorty” i kilkunasto- lub, rzadziej, kilkudziesięciostronicowe komiksy są najczęściej spotykanym formatem. Zbiorem takich prac, powiązanych osobą scenarzysty Bartka Biedrzyckiego, jest antologia komiksowa „Gniazdo światów”.

Jak to bywa w wypadku tego typu zbiorów, plejada rysowników, z którymi przyszło pracować scenarzyście, prezentuje zróżnicowany poziom. Od światowej jakości (Adler) po stosunkowo młodych twórców, w kresce których widać jeszcze jakąś nieporadność i czuć, że borykają się ze swoim warsztatem jak pirat ze szkorbutem. Wachlarz stylów, jakimi posłużyli się artyści, jest ogromny: rysunek realistyczny, cartoon czy quasi-noirowe grafiki naśladujące estetykę Millerowskiego „Sin City”. Oprócz bodaj dwóch przypadków są to jednak rysownicy w miarę sprawnie operujący językiem medium i jestem pewien, że zarówno scenarzysta, jak i graficy nauczyli się czegoś podczas realizacji wspólnych projektów. Nie sposób zresztą oprzeć się wrażeniu, że właśnie taki cel przyświecał tworzeniu tych komiksów.

Tak jak etiuda fabularna jest najlepszym sposobem, by nauczyć się pracy z materią filmową, tak komiksowe „szorty” są wstępem do pracy nad dłuższymi albumami. Jak radził sam Alan Moore – podkreślając, jak istotne dla jego rozwoju były krótkie prace stworzone dla brytyjskich magazynów komiksowych – jeśli twórca zrobi sto komiksów jedno-, dwu-, trzyplanszowych, to siłą rzeczy stopniowo coraz lepiej zacznie rozumieć materię, z którą przyjdzie mu pracować podczas pisania dłuższych historii. W komiksach zaprezentowanych w tym zbiorze widać, że Biedrzycki opanował już opowiadanie pod względem dramaturgicznym i konstrukcyjnym, jednak prace te jakością nie wyszły ponad przeciętność i wyrabianie sobie warsztatu. W fabułach rzadko pojawia się coś ponad skutecznie postawioną pointę. Brak tu jakiejkolwiek refleksji, a scenarzysta skupia się na samym przedstawianiu wydarzeń, zapominając, że mógłby przy okazji opowiedzieć o czymś dla niego samego czy dla czytelnika istotnym. Pomijanie tego aspektu jest bardzo zastanawiające i mam wrażenie, że powodem może być jakaś wewnętrzna zachowawczość twórcy, bo Biedrzycki w swojej pozaartystycznej działalności – np. jako publicysta – nie boi się wyrażać swoich (nierzadko kontrowersyjnych) opinii i przemyśleń. Wielka szkoda, bo to właśnie z kreacji, w które wkładamy kawałek siebie, wychodzą najambitniejsze, najbardziej interesujące i najmądrzejsze historie.

Być może z uwagi na to, że komiksy te stanowią wyłącznie krótkie formy, właściwie brak tu przekonująco napisanych postaci. Niewątpliwym talentem Biedrzyckiego jest natomiast umiejętność kreowania sugestywnego tła. Pisząc swoje opowieści, na kilku kartkach tworzy światy, w które wchodzimy i wierzymy w nie od razu. Z racji tego, że autor chętnie porusza się w kręgu szeroko rozumianej fantastyki, czasem nie są to wcale tak oczywiste realia. Największą bolączką albumu wydaje mi się zlekceważenie i niewykorzystanie potencjału kilku historii.  Było mi ewidentnie żal, że autor je porzucał i nie rozbudowywał fabuł, uniwersum ani intrygujących postaci.

Możliwe, że ambicje Biedrzyckiego sięgają tylko bycia sprawnym rzemieślnikiem, ale niestety we współczesnym komiksie jest obecnie coraz mniej miejsca dla takich ludzi. Dziś jednym ze skuteczniejszych sposobów na zainteresowanie czytelnika jest komiks stricte autorski – nierzadko bardzo osobisty i biograficzny, ale to niekoniecznie droga, którą powinien podążyć akurat ten autor. Wydaje mi się, że kluczem do artystycznego rozwoju Biedrzyckiego może być teraz tylko podjęcie wyzwania i zajęcie się dłuższym komiksem lub serią. Dobrze by było, gdyby skłaniał się ku temu, co najbardziej mu wychodzi i spróbował opowiedzieć coś ciekawego o naszej rzeczywistości za pomocą metafor, szukając analogii w alternatywnych światach. Do tej pory schemat ten traktował pretekstowo jako krzywe zwierciadło i tło swoich historii, a mnie wydaje się, że ten element może stać się sposobem na znalezienie własnego, niepowtarzalnego stylu narracyjnego.

piątek, 13 stycznia 2012

#946 - Rok 2011 według wydawców

Wreszcie, w ostatniej odsłonie naszych podsumowań wypowiedzią się ci, dzięki którym kolejne komiksowe albumy lądują w naszych rękach – wydawcy. O minionym 2011 roku opowiadają nam Michał Słomka (Centrala),  Bartosz Kiedrzycki (imprint Dolna Półka), Radosław Bolałek (Hanami),  Szymon Holcman (Kultura Gniewu), Leszek Kaczanowski (Ongrys), Łukasz Turek (Wydawnictwo Ważka).

Tradycyjnie, zadaliśmy im cztery pytania:

1) Jaki był ten 2011 rok w Waszych oficynach?
2) Jak wypadł miniony rok dla wydawnictwa, w porównaniu z wcześniejszymi założeniami?
3) Jaki najlepszy komiks/publikację wydaliście w mijającym roku, jaki okazał się największym sukcesem?
4) Jak będzie wyglądał krajobraz komiksowa w 2012? Pogorzelisko po bitwie czy wschodzące słońce nad sielankową doliną?

Oto, jak odpowiadali w kolejności alfabetycznej:

Michał Słomka (Centrala)

1) Centrala to nie tylko wydawnictwo, ale również wystawy, warsztaty, szkolenia dla bibliotekarzy, ścisła współpraca z Biblioteką Uniwersytecką w Poznaniu. Wydaliśmy 9 publikacji i taki też mamy plan minimum na rok 2012.

Rok 2011 z naszej perspektywy był udany. Kontynuujemy założenia realizowane od 5 lat, realizujemy nowe projekty (między innymi digitalizację przedwojennych prasowych seriali obrazkowych), mamy świetny zespół ludzi i kolejne pomysły.

2) To był pierwszy rok w którym postawiliśmy mocno na działalność wydawniczą. Rozpiętość nakładów mamy i będziemy mieć różną (2000 egz. "Stuck Rubber Baby" czy 500 egz. "Silence"). Udało nam się rozpocząć zagraniczną dystrybucję publikacji związanych z festiwalem Ligatura. Ważnym założeniem nie tylko wydawniczym jest obalanie stereotypu komiksu, jako medium cenionego tylko dla formy. Staramy się pokazywać, że nie da się już lubić komiksu tylko dlatego, że jest komiksem. Chyba nam się to udaje bo sprzedaż naszych tytułów jest większa w księgarniach niż sklepach komiksowych.

3) To pytanie (przynajmniej jego pierwsza część) chyba bardziej do czytelników. Jeżeli sprzedaż jest miernikiem sukcesu to zaskoczyło nas jak szybko sprzedał się "We Włoszech wszyscy są mężczyznami", mimo tego, że w środowisku komiksowym ta książka odbierana ( czy też postrzegana bez odbierania była przez pryzmat wątku homoseksualnego, a nie jako świetny komiks historyczny. Cieszy nas, że inne tytuły zbierają dobre recenzje, że dostajemy sporo prywatnych opinii zadowolonych czytelników.

4) Nie funkcjonujemy w nim zbytnio więc i ciężko się o nim wypowiadać. Z naszej perspektywy mamy nadzieję na kontynuację zróżnicowania. Czasy się zmieniają i dochodzi do głosu pokolenie, dla którego komiks przestaje się kojarzyć z Kajkiem i Kokoszem czy Tytusem, zderzeniem lat 90-tych, czy emocjonalnym stosunkiem do medium jako takim. Ani pogorzelisko ani sielanka. Liczymy na normalną pracę.


Bartosz Biedrzycki (Dolna Półka)

1/2) W Dolnej Półce każdy kolejny rok jest w zasadzie podobny do poprzedniego - wydajemy dwa numery magazynu "Kolektyw" i trochę zeszytów. Chociaż przyznam, że tym razem było tego sporo, bo pojawił się "Człowiek bez Szyi" (jej, seria, seria!), do tego dwie odsłony "Hurra!" i zbiór wywiadów (weszliśmy na ciemną ścieżkę publicystyki). Do tego doszła także antologia "Jazda!" więc w sumie był to bardzo bogaty rok - i pod względem ilości, i pod względem różnorodności. Był on też owocny dla nas, jako redaktorów. Merytorycznie udało nam się nakreślić ramowy plan dalszego funkcjonowania Dolnej Półki, spójną wreszcie wizję "Kolektywu" i parę innych drobiazgów. Mamy też niezłe plany na przyszłość.

3) Nie wiem, co było najlepsze, ale ja lubię "Jazdę!". Za to chyba sukcesem, przynajmniej "medialnym" okazał się "CbS" Czernatowicza i Kołsuta - była masa opinii, głównie na zasadzie „kocham / nienawidzę”, ale to dobrze, jeżeli coś tak mocno polaryzuje odbiorców.

4) Polska scena komiksowa w 2012 roku będzie wyglądać tak samo, jak przez ostatnie lata - nadal będzie upadała, jak to nieskutecznie robi od wielu, wielu lat. Używając nieco landszaftowych metafor z pytania - to będzie spalona dolina, w której radośnie i bezpiecznie egzystuje sobie mały ludek, gapiący się w słońce. Będzie mniej Egmontu, a więcej DIY, o ile nie mylę się w swoich przewidywaniach i ocenie sytuacji. Dla małych wydawnictw nic się pewnie diametralnie nie zmieni. Nie będzie nowych efemeryd wydawniczych, w każdym razie nie w głównym obiegu, ale też nie przewiduję padów. Ciekaw jestem jedynie, czy ktoś pokusi się o wypełnienie niszy po "Kartonie" kolejnym magazynem w pierwszym obiegu.


Radosław Bolałek (Hanami)

1) W 2011 skupiliśmy się na seriach - zakończeniu "Suppli" i "Pitu pitu", kontynuowaniu "Ikigami" oraz rozpoczęciu (i w zasadzie doprowadzeniu do połowy) "Pluto". Do tego dorzuciliśmy dwie nietypowe rzeczy z okazji wizyty artystów podczas Bałtyckiego Festiwalu Komiksu: "Biblię" Bisley`a oraz "Czerwone króliki" RongRong Luo. Z jednej strony ograniczyliśmy ofertę w mniejszym stopniu, niż część kolegów z branży, a z drugiej strony, szkoda, że nie udało się wydać kilku dobrych jednostrzałówek. No i zabrakło Jiro Taniguchiego...

2) Wypadł lepiej i gorzej, niż zakładaliśmy. Lepiej, gdyż sprzedaż była ostatecznie ciut lepsza niż zakładaliśmy. Jednakże gorzej, bo aby to osiągnąć, musieliśmy ograniczyć jeszcze bardziej liczbę wydawanych tytułów. Spowodowane to jest z jednej strony ograniczonym portfelem kupujących, z drugiej zmianami realiów dystrybucyjnych. Od tego roku instytucja brania w konsygnację (wystawnie towaru na półki i rozliczanie się jedynie za sprzedany towar) praktycznie zniknęła, co sprawiło, że księgarze jeszcze mniej chętnie zaopatrują się w komiksy.

3) Jak co roku miałbym problem z wytypowaniem tego najlepszego. Wydaliśmy tytuły, z bardzo różnych kategorii - realizm magiczny, historie obyczajowe, political fiction czy album jednego z największych (dosłownie i w przenośni) twórców komiksowych. Osobiście najbardziej mnie cieszy ostatni tom "Suppli" (a w zasadzie tom "Extra"). Po pierwsze, dlatego że od tej serii zaczęliśmy naszą przygodę z wydawaniem komiksów i to jest dla nas zamknięcie pewnego rozdziału. Po drugie, wydawcy sporadycznie decydują się na publikacje takich smaczków, gdzie komiksy stanowią jedynie część, a reszta to tzw. materiały dodatkowe. Mam nadzieję, że nasi czytelnicy poczuli się dopieszczeni. Od strony komercyjnej top sprzedaży w tym roku wygląda następująco:

1. "Pluto"
2. "Osiedle promieniste"
3. "Balsamista"
4. "Suppli"
5. "Ikigami"

4) Ja bym powiedział, że wschodzące słońce nad krajobrazem post-nuklearnym. 2011 przetrwaliśmy (my, wydawcy) niemal w komplecie, część co prawda trochę napromieniowana, niektórym domy się zawaliły, innym ręce urwało. Hanami profilaktycznie schowało się w schronie, sporadycznie wypuszczając się na eskapady. Ale czy 2012 będzie dobry czas, żeby wyjść ze schronów i zakasać rękawy, wziąć się do roboty - zobaczymy.


Szymon Holcman (Kultura Gniewu)

1) Trudny. To chyba najwłaściwsze słowo. Nie zły, nie kryzysowy, ale trudny właśnie. Bo takie rzeczy jak wprowadzenie podatku VAT (w dodatku w sposób, który wprowadził czasowy chaos na rynku wydawniczym), jak kurcząca się na skutek rozmaitych czynników sieć sprzedaży to właśnie trudności, z którymi każdy wydawca planujący być w biznesie przez lata, a nie przez jeden modny sezon, musi sobie radzić. A jeśli radzi sobie dobrze, to w czasie istnienia swojego biznesu napotka podobne przeszkody kilkukrotnie. Skończymy już z tym mieleniem kryzysu, bo hossy, bessy, lepsza i gorsza koniunktura to rzeczy, które po prostu mają swoje cykle i trzeba się z tym liczyć. I trzeba je przejść jak świnkę, ospę i inne syfy.

Ten rok ze względów, powiedzmy, ekonomicznych był trudny. Ale chyba dużo trudniejszy był dla nas ze względów... pozawydawniczych. I to głównie one wpłynęły na mniejszą niż w ostatnich latach ilość wydanych komiksów. Przy okazji przypominam, że cały czas wydawnictwo funkcjonuje "po godzinach". Trudny był z jeszcze jednego względu. I to być może również powód zmniejszenia ilości naszych premier, bo nie aktywności przecież (mam wrażenie, że działo się u nas więcej niż kiedykolwiek). Mówię tu o dwóch komiksach dla MSZ. Jeden wywołał burzę, która zajęła nas totalnie na blisko miesiąc, ale jej echa trwały jeszcze dłużej, drugi okazał się być tak wymagający w produkcji, że wyssał z nas naprawdę dużo sił.

2) Gorzej. Ale to chyba normalne, pisał już o tym Platon i mówi w wielu wywiadach Woody Allen, że plany i założenia są dość odległe od rzeczywistości. A jak nie odległe, to na pewno inne. I tak też było z naszymi założeniami. Nie ma chyba za bardzo roztrząsać, co się miało ukazać a jednak się nie ukazało.

Najbardziej chyba żałujemy, że nie udało się wydać w roku ubiegłym "Bezrobotnego Froncka" Adama Ruska. Wielka księga zawierająca kilkaset odcinków przygód tytułowego przedwojennego bohatera plus książka Adama o tym najdłużej ukazującym się polskim komiksie prasowym. Wielki (A4, ponad 400 stron) album, który nie mam wątpliwości, będzie wydarzeniem. Rzecz jest gotowa do druku, a my czekamy tylko na decyzję o zaangażowaniu finansowym w ten projekt przez pewnego poważnego partnera. Ma się ona pojawić do końca stycznia.

3) Zawsze powtarzam to samo – każdy nasz album jest dla nas najważniejszy i kochamy je wszystkie, jak własne dzieci. "Pinokio" - bo to edytorska perełka z genialnie przygotowanym przez Alinę Składanek polskim liternictwem. Francuzi naszym wydaniem byli zachwyceni. "Berlin 2" - bo to świetny komiks, lepszy od tomu pierwszego, na który czytelnicy długo czekali. "Osiedle Swoboda" - bo to wznowienie, które musieliśmy zrobić w świetle tego, że pierwszy nakład rozszedł się w trzy miesiące. To najlepsza odpowiedź na pytanie "co z tym kryzysem"? A jeszcze lepsza jest taka, że to wznowienie sprzedaje się świetnie, czym jesteśmy lekko zaskoczeni. "Czasem" - bo to świadectwo niewiarygodnego rozwoju Marcina Podolca jako rysownika i komiksiarza, bo to pierwszy (ale nie ostatni!) komiks do scenariusza Grześka Janusza wydany u nas no i w końcu bo dla nas to jeden z najlepszych, nie tylko polskich, komiksów wydanych w tym roku. Niepokojące jest tylko, że moja starsza córa nazywa mój gabinecik (komórka gdzie stoi komputer) kanciapą. "Diefenbacha" - bo sami czekaliśmy na ten komiks blisko dekadę. Bo to Benedykt w naprawdę mistrzowskiej formie. No i w końcu dwie rzeczy dla MSZ. "Chopin New Romantic" - bo to bardzo ciekawa i niebanalna antologia, na której stronach spotkali się znakomici twórcy. No i to komiks, który przyniósł nam większy rozgłos niż wszystkie, które zrobiliśmy wcześniej. "Tymczasem" - bo to Truściński, Janusz, Ostrowski w świetnej formie, którą pokazali w bardzo trudnym zleceniu. Bo to komiks, który kosztował nas wiele wysiłku, ale jednak nie zabił (Robercie Sienicki, żyjesz?).

4) Będzie bez większych zmian. Chyba, że nastąpi coś, co nastąpić powinno już dość dawno temu: na poważnie – czytaj: regularnie i konsekwentnie – za komiks weźmie się duży wydawca mainstreamowy. Może "Logikomiks" (doskonały nota bene) sprzeda się W.A.B. tak dobrze, że pójdą za ciosem? Dotychczas nikt tego nie zrobił. Może to właściwy moment?

A poza tym my, komiksowi wydawcy, będziemy robić swoje, będą nowe i stare ziny (uwielbiam!), flirty komiksu z establishmentem (a może nawet i sztuką!), kolejne imprezy, spotkania, festiwale. Będzie fajnie.


Leszek Kaczanowski (Ongrys)

1/2) W 2011 (i końcówce 2010) Ongrys przygotował w sumie siedem albumów. Ukazały się dwa dotychczas niepublikowane komiksy sprzed lat (przygodowy "Kawaler de Lagardere" Tadeusza Raczkiewicza i fantastyczna "Planeta robotów" Macieja Parowskiego i Jacka Skrzydlewskiego - oba z początku lat 90-tych). Była antologia bardzo archiwalnej twórczości Papcia Chmiela, był pierwszy komiks wydany na licencji zagranicznej ("Spadająca gwiazda" Zbigniewa Kasprzaka), wznowienie rzadkiego albumu Tadeusza Baranowskiego (choć adresowanego do młodszych czytelników, niż kanoniczne pozycje autora), komiksowy debiut wraz z próbkami jego młodzieńczej twórczości oraz zbiór komiksowych pasków Raczkiewicza.

Wydaje mi się, że wydawnictwo realizowało swoje cele, prezentując ofertę różnorodną (w ramach przyjętych założeń oczywiście) zarówno pod względem targetu, jak i np. ceny. Niestety, od strony finansowej, jest coraz gorzej. W roku 2011 wielkość sprzedaży naszych pozycji spadła o jakieś 25%. Być może akurat te wymienione przeze mnie pozycje nie przypadły czytelnikom do gustu, a być może właśnie w tym okresie dał o sobie znać kryzys. Taki spadek przy nakładach rzędu kilkuset egzemplarzy jest bardzo odczuwalny i powoduje, że dużo trudniej odzyskać zainwestowane środki, za które można by wydać kolejne pozycje.

Od początku też ciągnie się sprawa zaległych płatności za książki sprzedane w Empikach. W tym roku pierwsze niezapłacone faktury trafiły do sądu, zapadły korzystne dla nas wyroki, a pieniędzy jak nie było, tak nie ma. Mówimy tutaj o kwocie pozwalającej na wydanie przynajmniej jednego dodatkowego albumu, a to dopiero pierwsza sprawa sądowa - w kolejce czekają następne niezapłacone faktury. Skutki tej sytuacji były widoczne na przykładzie naszych najnowszych publikacji – w przypadku "Kuśmidra i Filo" Ongrys musiał zrezygnować z przygotowania dwóch wersji albumu (tańszej oraz obszerniejszej - do wyboru czytelnika). Albumy Ongrysa nie przynoszą zysku, siłą rzeczy więc przygotowywane są "po godzinach" - po powrocie z normalnej pracy, zapewniającej utrzymanie. Niestety, nie wszystko da się zrobić w tak ograniczonym czasie. Staram się nie obniżać poziomu edytorskiego i graficznego albumów, ale brakuje już czasu i sił na zajęcie się sprzedażą czy promocją.

3) To oczywiście bardzo subiektywne odczucie. Z jednej strony komiksy Ongrysa z rzadka pojawiają się w zestawieniach typu "Najlepszy komiks roku" itp., a jeśli już, to na odległych miejscach. Ale też nie taka jest nasza rola. Zazwyczaj publikujemy pozycje archiwalne, często sprzed kilkudziesięciu lat. Nie wszystkie oparły się próbie czasu. Co więcej – najciekawsze pozycje z tamtego okresu zostały już wznowione przez inne wydawnictwa. Dla mnie każda pozycja Ongrysa jest w jakimś stopniu interesująca i nie do zastąpienia przez inne komiksy.

Pierwsze komiksy Papcia Chmiela nie są zachwycające, ale do niedawna były dostępne nielicznym. Zgromadzenie kompletu czasopism, w których się ukazywały trwałoby latami i kosztowało fortunę. Teraz w każdym sklepie komiksowym można kupić ich nowe wydanie za przystępną cenę. Czy to jest sukces? Pod względem sprzedaży z zeszłorocznych publikacji nieco lepszy początek w porównaniu z innymi pozycjami miała "Spadająca gwiazda".

4) Niestety, trudno mi być optymistą. Coraz mniej osób kupuje nasze pozycje. Kiedy maleje sprzedaż, maleją nakłady, a wtedy cena jednostkowa rośnie. Albumy Ongrysa stają się coraz bardziej elitarne, co wcale mi się nie podoba, ale mam na to niewielki wpływ. Ongrys próbował przygotowywać tanie wersje komiksów, które mogłyby być dostępne w każdej księgarni w Polsce (przy czym dla mnie pojęcie „tanie” oznacza, że album nie jest droższy od podobnego pod względem poligraficznym albumu innego wydawnictwa, najprawdopodobniej przygotowanego mniejszym kosztem i w znacznie większym nakładzie). Niestety nie zdało to egzaminu i najprawdopodobniej nie będzie już dwóch wersji do wyboru. Zarówno ze względu na ograniczenia finansowe, jak i osobiste nowe pozycje najprawdopodobniej będą się ukazywały rzadziej niż do tej pory.

Na tą chwilę nie wiem też jakie będą kolejne publikacje. W tej chwili pracuję nad zbiorczym wydaniem przygód profesorka Nerwosolka (przygotowywanym wspólnie ze sklepem Gildii) oraz dawno zapowiadanym "Tajfunem" pod tytułem "Monstrum". Obie pozycje powinny się ukazać w pierwszej połowie roku. Co będzie dalej – nie wiadomo.


Łukasz Turek (Wydawnictwo Ważka)

1) Weszliśmy na rynek dopiero od października, zatem nie ma sensu wypowiadać się na temat całego roku. Te trzy miesiące polegały głównie na przecieraniu szlaku, szukaniu dobrych kanałów sprzedaży, sondowaniu rynku, ale przede wszystkim poszukiwania komiksów do wydania w 2012. Nie było sensu wydawać niczego nowego, może jedynie poza debiutem Maćka Gierszewskiego (którego zresztą także zdecydowaliśmy się przesunąć na styczeń). Mnóstwo telefonów, mnóstwo maili i gonienia na pocztę. Właściwie każdy dzień wyglądał tak samo. Czy zatem był to udany rok?

2) Lata ubiegłe? Tutaj chyba nie ma sensu zabierać głosu, "starsi wiekiem" wydawcy mają zapewne więcej do powiedzenia w temacie.

3) Jedynym naszym komiksem była antologia "Ziniola". Pod względem komiksu na start był to strzał w dziesiątkę. Nie mogliśmy sobie wymarzyć lepszego debiutu, ale z drugiej strony ten zbiór zasługiwał/zasługuje na lepszą promocję. W nadchodzącym roku wydamy kolejną część antologii. Już teraz obiecujemy sobie, że będziemy do tego zbioru wracać. Może zrobimy wydanie exkluziv?

4) Prognozy? Jeżeli weźmiemy pod uwagę znaczny wzrost publikacji za publiczne pieniądze, komiksowych imprez, powrót zinów to uważam, że w promocji komiksu nastąpił progres. Jeżeli zaś chodzi o kwestię "sensowności prowadzenia tego biznesu" - problemem na pewno będzie kwestia dystrybucji, zwłaszcza dla małych wydawnictw. Kolejnym, będzie cena okładkowa, zawsze zbyt wysoka. Wydawcy dalej będą prowadzili politykę bezpiecznej sprzedaży, co dzieje się już od dłuższego czasu. Czytelnicy dostaną do ręki uznane nazwiska, ale krajowi zdolni, debiutanci będą mogli liczyć jedynie na niski nakład albo druk własnym sumptem. Żeby przebić się do świadomości czytelnika, jako "twórca uznany", muszą wykazać się wielką determinacją, co nie jest łatwe przy światopoglądzie, że polski komiks jest "be".

Kilka słów o komiksach za państwowe pieniądze. Chociaż jest to chyba najskuteczniejsza forma promocji komiksu, jako medium, może w konsekwencji doprowadzić do "rozleniwienia twórców". Zamiast realizować autorskie projekty, będą czekali na kolejne zlecenia (wiadomo, wynagrodzenie). Mam nadzieję, że tak się nie stanie i tylko dmucham na zimne.

środa, 19 października 2011

#882 - Człowiek bez Szyi

Parodiowanie ogranych do bólu motywów znanych z komiksów superbohaterskich to jeden z najbardziej eksploatowanych tematów, nie tylko w ojczyźnie komiksu. Polska, w której ubrani w kolorowe trykoty herosi panowali niepodzielnie na rynku jedynie przez dekadę, doczekała się kilku naprawdę znakomitych realizacji tego pomysłu – żeby wymienić tylko kultowego Wilq`a braci Minkiewiczów czy Orient-Mena Tadeusza Baranowskiego. Im więcej pojawia się tego typu pozycji, tym trudniej wymyślić coś świeżego, nowatorskiego i naprawdę ciekawego. A jak poradzili sobie autorzy „Człowieka bez Szyi”?

Przygody bezszyjnego superherosa to kolejna obok „Henryka Kaydana” czy „Konstruktu” seria stylizowany na poczciwe semikowe wydawnictwo, nawiązujące jednocześnie do amerykańskiego stylu publikowania kolorowych zeszytów. W komiksie znajdą się zatem strony klubowe, kolumna z listami od czytelników, fikcyjne zapowiedzi innych pozycji z uniwersum „CbSa”. Autorzy grają na sentymentach swoich czytelników, ale bez jakiegoś konkretnego celu i z zabawy formą edytorską nic nie wynika.

Wyświechtane opowiastki o superherosach momentami aż proszą się o szyderę, ale twórcy – Rafał Kołsut, autor niesławnego „Szramy”, wspomagany przez Adama Czernatowicza i oddział rysowników – idą po linii najmniejszego oporu. Podnoszą poziom patosu do absurdalnych poziomów, topią schemat w groteskowym przerysowaniu i uciekają się do bardzo tanich chwytów. Jeśli idzie o typ humoru to myślę, że adekwatnym byłoby zestawienie „CbS`a” z parodystycznym tonem „Kleszcza”, ale to jeszcze nie ta liga. „Człowiekowi bez Szyi” brakuje lekkości, polotu, większej oryginalności. Komiks pozbawiony jest charakteru – nie ma w nim krztyny finezji (jakkolwiek rozumianej), o formalnych fajerwerkach nie wspominając. Ot, to taki komiks, który robi się na nudnym wykładzie z kumplem obok.

Pierwszy zeszyt „Człowieka bez Szyi” ukazał się w dwóch odmianach. W wersji A swoje talenty pokazali Biram Ba i Kajetan Wykurz. Temu pierwszemu przypadło narysowania najciekawszej według mnie historii, czyli „Angielskiej roboty”, epatującej mocno brytyjskim humorem. Miał szansę błysnąć, ale nie do końca mu się to udało. Wydaje mi się, że Biram nie może zdecydować się w jakim kierunku rozwijać swoją kreskę – czy pójść w kierunku przerysowania, czy może próbować swoich sił stylistyce super-hero. Mocno cierpią na tym jego prace, a rezultat dodatkowo psują nieudolnie nałożone komputerowe efekty – Biramie, nie idźcie tą drogą! Na odwrót jest we „Włóknach grozy”, w których Wykurz pokazał, że może aspirować do ścisłej czołówki rodzimych cartoonistów. Ma wszystko, czego, potrzeba w komiksowych fachu – lekką rękę, wyczucie, fajne pomysły i solidny warsztat. Jeśli będzie rozwijał się w podobnym tempie to jeden, może dwa albumy dzielą go od najlepszych. Niestety, nawet jemu nie udało się uratować dość przeciętnego scenariusza.

W wersji B Jacka Kuziemskiego rastrowe zabawy bardzo szybko zaczynają irytować. O ile początek „Dusznej sprawy” może się podobać, to im dalej, tym gorzej. W rysunkach Tomasz Kwietnia jest jeszcze dużo amatorszczyzny, poczynając od wielkości dymków, przez kompozycję kadrów czy dynamikę (a raczej jej brak). Rysownika czeka jeszcze dużo pracy w doskonaleniu swoich komiksowych umiejętności. Jak zwykle kawał dobrej roboty odwalił Igor Wolski, który jest autorem kilkustronicowego originu herosa pozbawionego części ciała łączącej korpus z głową. Wolski przyzwyczaił mnie już do pewnego poziomu swoich rysunków i nie zwykł schodzić poniżej niego.

Generalnie pod względem oprawy graficznej komiks przedstawia średnie stany polskiej produkcji zinowej, wyjąwszy Wykurza (przede wszystkim!) i Wolskiego. Nie sądzę jednak, aby ktoś kupował te zeszyty dla zapierających w dech piersiach wizualiów. Szkoda zatem, że „Człowiek bez Szyi” nie broni się humorem, który powinien być atutem produkcji Kołsuta i Czernatowicza.

wtorek, 5 października 2010

#576 - Och! Przygody gentlemańskiego barbarzyńcy

W zeszłym tygodniu rozgorzała u nas w komentarzach dyskusja nt. niewielkiej liczby negatywnych recenzji komiksów w polskim Internecie. Że kolegom nieładnie na ich temat powiedzieć nie wypada, recenzenci boją się źle napisać, panuje kult pozytywnej prasy i samozadowolenia w grajdole. Przykro mi, że tym tekstem nie obalę tej tendencji, ale komiksu Kuziemskiego zmiażdżyć się nie da. Jest po prostu na to za dobry. Nie, żeby był jakiś wybitny i się złotymi zgłoskami w Polskim Komiksie zapisywał, o nie, ma swoje przywary. Ale to naprawdę porządny zeszyt jest. Na swoją obronę powiem tylko, że z autorem w życiu nie zamieniłem ani jednego słowa, może to mnie uchroni przed zarzutami o kolesiostwo.
Jacka "Brzoza" Kuziemskiego pamiętam jako tako z twórczości webkomiksowej ("Zadupie" i "Birkenau"), pojawił się również jakieś sto lat temu w pierwszym "Kolektywie". Przyznam się, że w dłuższym okresie jego starsza twórczość w ogóle nie została mi w pamięci, chociaż googlowy research zdradził, że nawet mi się jego szorciak do "Kolektywu" podobał. Ale za cholerę sobie go teraz nie przypominam. W tym roku Brzozo wystartował z ciekawymi blogiem, na którym publikuje portrety władców Polski. No i na ostatnim MFK zanotował debiut zeszytowy, z wykreowaną przez siebie postacią Harveya - barbarzyńcy-dżentelmena. I powiem szczerze - dwudziestokilkustronicowy "Och!" to zdecydowanie najlepszy album wydany do tej pory przez Dolną Półkę. Poprzeczka nie była może pod tym względem jakoś strasznie wysoko ustawiona, ale nie bądźmy małostkowi. To też pierwszy taki album od tego wydawnictwa, w którym strony czyta się poziomo, co przywodzi na myśl klasyczne "Tytusy".

"Och!" to dobry kawałek debiutu. Taka nasza nadwiślańska wariacja na temat postaci Hulka, Lobo i paru innych szaleńców, co to sieją spustoszenie wszędzie gdzie się pojawią. Bezpretensjonalny i dowcipny zeszyt napakowany jest akcją i humorem - żarty wahają się od subtelnych po wulgarne. Albumik narysowano stylową i czystą krechą, autor dobrze się przez lata wyrobił, macha ołówkiem niemal profesjonalnie, dobrze operuje narracją i językiem komiksu. Fajnie żongluje popkulturowymi nawiązaniami, ale nie opiera fabuły wyłącznie na tym. Na pewno to debiut albumowy, którego Brzozo nie będzie się musiał za kilka lat wstydzić i pochrząkiwać z zażenowaniem na samą wzmiankę.
Jasne, można by się przyczepić do tego i owego. Na przykład, że jednowątkowa historyjka króciutka jest i prościutka jak konstrukcja cepa. Że podobnych postaci o mocno rozchwianych osobowościach powodujących totalną rozpierdziuchę było już na pęczki. Na pewno jeden z redaktorów Kolorowych narzekałby, że komiks Kuziemskiego nie pobudza do refleksji i brak mu drugiego i piątego dnia, a całość sprowadza się do rzeźnickiej rąbaniny. Mnie osobiście zaczęło w połowie zeszytu irytować tytułowe powiedzonko głównego bohatera, wciskane w prawie każdą jego wypowiedź. No i komiks nie przeszedł chyba korekty. Ale to tak zwane detale.

Kuziemski stworzył urokliwą postać destrukcyjnego dżentelmena-barbarzyńcy, którą da się lubić, która zapada w pamięć i - co najważniejsze - której przygód chce się więcej. Mam nadzieję, że to nie jest ostatnia odsłona perypetii Harveya, świetnie by się to sprawdziło jako zeszytówka publikowana raz na pół roku z myślą o konwentach.

czwartek, 23 września 2010

#564 - Kolektyw #7

Pół roku temu omawialiśmy z Danielem szósty numer "Kolektywu" a tu bęc - już siódmy ma swoją premierę lada dzień. Siedem numerów to już poważne zinisko; jakby nie patrzeć, "Kolektywów" ukazało się do tej pory tylko o jeden mniej niż "Jejów", natomiast więcej niż "Maszinów", "Hardkorporacji" czy "B5". Dolnej Półce gratulujemy wytrwałości w redagowaniu magazynu, budowaniu marki i bezwzględnej selekcji nadsyłanych prac. Aż miło taki projekt wspierać - i dlatego właśnie Kolorowe zdecydowały się na objęcie najnowszego numeru patronatem medialnym.
Dla tych co preferują wersję "tl;dr" - jest dobrze i stabilnie, "Kolektyw" nie obniża poziomu, selekcja u drzwi klubu z wielką pandą w szyldzie wciąż działa bez większych zarzutów, na kartach magazynu przewija się wielu nowych twórców. Warto sięgnąć.

Dla tych co wolą dłużej i o każdej nowelce po kolei (zwłaszcza jeżeli są komiksiarzami zaangażowanymi w ich powstanie i łapczywie wypatrują każdej wzmianki o sobie) - poniżej krótki przegląd tego, co czeka na czytelników w magazynie. Mogą zdarzyć się jakieś minimalne spoilery. Zaczynamy od serii odcinkowych:

Miska owoców (Jakub Dębski i Igor Wolski) - powrót mojej ulubionej serii, której bardzo mi brakowało w #6. Jest absurdalny humor, są dobrze zarysowani bohaterowie, jest Nieśmiały Żuczek, cichy faworyt kilku czytelników. Dębski pokazuje lwi pazur jako scenarzysta humorystyczny, Wolski czaruje lekką i brawurowo dynamiczną krechą. Cieszy mnie to niezmiernie.

Kapitan Mineta (Bartosz Sztybor i Piotr Nowacki) - po debiucie w "Hardkorporacji" ta seria przeniosła się do poprzednich edycji "Kolektywu", z którym żyła niejako na kocią łapę - nieoficjalnie i gościnnie, za to regularnie. Z tym numerem następuje sformalizowanie związku i "Kapitan Mineta" awansuje do miana pełnoprawnej kolektywowej serii. W tym odcinku jest to, do czego przyzwyczaił nas w tej serii duet Sztybor&Nowacki, czyli mocne oparcie fabuły na erotycznych żartach. Przy okazji satyra na artystowskich krytyków filmowych. Jest OK, chociaż nie dorównuje poprzednim "Minetom".

Recours (Robert Sienicki i Łukasz Okólski) - porządny humorystyczny akcyjniak, jedyna seria w tym numerze, która kończy się jakimś cliffhangerem. Sienicki w jednej z trzech odsłon jako sprawny scenarzysta, miło też popatrzeć na to, jak się przez wszystkie numery rysunkowo wyrobił Okólski. Daje czadu po prostu.

Drużyna A.K. (Robert Sienicki, Jan Mazur i Igor Wolski) - cztery humorystyczne jednoplanszówki o nieudanych próbach ucieczki z więzienia czwórki karłów, znanych z poprzedniego numeru "Kolektywu". Ponownie Igor Wolski daje popis swojego dużego talentu, natomiast bele z makowcem serwują lekkie i bezpretensjonalnie zabawne sytuacje, okraszone dobrymi dialogami.

Najwydestyluchniejszy (Bartosz Sztybor i Maciej Pałka) - zgłębianie zagadki rozsianego po różnych zinach "Destylucha" odpuściłem już sobie jakiś czas temu, czekam na album. Całość chyba specjalnie nie posuwa akcji do przodu, warto jednak nadmienić, że Bartek pokazuje się w tym epizodzie jako świetny dialogista.

Czas przejść do tematycznych szortów. Na szczęście narzucająca się automatycznie tematyka religijna (siedem dni stworzenia, siedem grzechów głównych) nie została tutaj do cna wyeksploatowana, autorzy pokusili się o inne tropy.

Świnia w trawie – (Jakub Dębski, Robert Sienicki i Radosław Czyż) - szort pełen powrotów! Powrót Sienickiego do rysowania w "Kolektywie" (wreszcie!), powrót Dębskiego do swoich starych bohaterów - robotów D19 i B20, mocno wzorowanych na scenarzyście i rysowniku. Niezły strzał humorystyczny, mocno w stylu "Dużej Ilości Naraz Psów", ale jednak blednie w porównaniu z "Miską owoców". Radek Czyż wykonał świetną robotę jako kolorysta.

Całość – (Jan Mazur i Błażej Kurowski) - enigmatyczny i intrygujący w wymowie komiks komiks makowca i Qrjusza. Szort pobudza do dziesięciosekundowej refleksji, potem już zupełnie nie zostaje w głowie. Widzę w tym jednak dobry materiał na dłuższy album.

Jezioro (Paweł Stróż) - autor daje popis szerokim umiejętnościom w operowaniu różnymi stylami (czy wręcz nawet ich kopiowaniu). Robi to wrażenie, chociaż w przypadku tej historii taka żonglerka różnymi konwencjami graficznymi z kadru na kadr nie służy chyba niczemu poza naprężaniem rysunkowych muskułów. Ale i tak jestem pod wrażeniem.

Seven sins for fun (Agata Wawryniuk i Klaudyna Bajkowska) - stylizowana czcionka męczy oczy, ale tak poza tym, to jeden z najciekawszych i najbardziej pomysłowych komiksów w tym zestawieniu. Podobał mi się, poza tą czcionką.

Odpoczął (Mariusz Ciechoński) - popularny Wonder serwuje zgrabny, jednoplanszowy żart dla nerdów. Daje radę, graficznie też nie jest najgorzej.
7 minut w piekle (Małgorzata Szymańska) - dla wielu jeden z komiksów numeru, grafika przywodzi na myśli O'Malleya, odpowiedzialnego za "Zagubioną duszę" czy oczekiwanego na polskim rynku "Scotta Pilgrima". Fabuła nie zostaje w w głowie, ale jest na co popatrzeć, na zgrabną konstrukcję plansz, lekką krechę, wyśmienite wyczucie języka komiksu. Najdłuższy z szortów, a czyta się to migiem. Chcę więcej.

Siedem grzechów głównych (Maciej Łazowski) - jednoplanszówka artmaca w dość nietypowym dla niego stylu. Graficznie daje radę i chciałoby się zobaczyć więcej w takiej właśnie konwencji. Kadr o lataniu zapada w pamięć, reszta niestety mniej. Taka jakby blogowa notka w sumie o tym czego autor nie lubi w innych ludziach.

07:00 rano (Tomasz Grządziela) - spellcaster jak zwykle wymiata i pociska jeden z komiksów numeru, oferując to, do czego przyzwyczaił czytelników zarówno rysunkowo jak i fabularnie. W porównaniu do poprzedniego "Kolektywu" tym razem nie jest to komiks niemy. Jedyna wada to czarno-biała kolorystyka, wymuszona przez warunki techniczne.

W gąszczu liczb (Paweł Grześków) - zarówno typ humoru jak i strona graficzna dadzą się określić jednym tylko słowem - "sympatyczne". I nic poza tym. Chociaż nie jest to szczególnie oryginalne.

0.7 życzeń (Łukasz Bogacz / Romek) - styl rysunkowy przypomina mi Romana Gajewskiego, być może to on właśnie kryje się za pseudonimem "Romek". Cały pomysł oparty na prostej grze słów, ale dobrze opowiedziany, lektura wciąga. Raduje nawiązanie do kultowego serialu "Siedem życzeń".
Człowiek Szynszyla (Biram Ba) - Szynszyla to klasa sama w sobie, tutaj Biram ją tylko potwierdza, fachowo bawiąc się pastiszem superhero. Jak się mam już do czegoś przyczepić, to powiem, że nie pasuje mi to przymglone kolorowanie, dla mnie ono trochę zarzyna ten komiks i daje poczucie ociężałości. Ale poza tym jest mocno git.

Spełnienie (Magdalena Danaj) - chyba najbardziej "komikskobiecy" ze wszystkich komiksów w zbiorku. Troszkę odstaje graficznie od reszty in minus, puenta po namyśle jednak całkiem zabawna. Chociaż całość mogłaby być dwa razy krótsza.

Twoja stara jest boska (Grzegorz Teszbir i Weronika Kołodziej) - drugi z komiksów, który podejmuje motyw "siedmiu dni stworzenia", pierwszym był ten Mariusza Ciechońskiego. Fajna, fajna kreska i wykonanie; pomysł prosty i niepotrzebnie rozciągnięty na dwie plansze. Ale daje radę.

Clayton Howard (Robert Sienicki i Łukasz Okólski) - te dwie plansze trzeba chyba bardziej traktować jako teaser nadchodzącego papierowego "Scientii Occulty". Co zresztą sugeruje końcówka, z okładką komiksu i datą "kwiecień 2011". Tak, tak to absolutnie należy traktować, dla dobra twórców. Bo jako standalone szort jest jednak mocno przeciętny, ale jako blooper spełnia swoje zadanie.

Jeszcze jeden (Konrad Okoński) - Konrad Okoński w stylu jakiego nie znamy. I to w bardzo ciekawym stylu. Komiks niemy, wybitnie nie-mangopodobny. Przyzwyczajonych do wcześniejszych komiksów Konrada ten szort mocno zaskoczy - ale myślę, że bardzo na plus. Bardzo dobry kawałek komiksu.7 (Krystian Berlak) - Berlak inspiruje się baśniami braci Grimm, dorzuca trochę kadrów a la "Sin City", bawi się kompozycją planszy. Mocno tak sobie w porównaniu z innymi tytułami z antologii, ale nie da się odmówić, że to dość intrygująca rzecz.

Siedem stóp (Krystian Garstkowiak i Maciek Kowalski) - spotkanie na cmentarzu grabarza z wampirem. Intryga prosta i niewydumana, ale elegancko rozegrana. Rysownik mocno się postarał - w sumie daje to jeden z lepszych komiksów w tym numerze.

Wehikuł czasu (Tomasz Pastuszka) bardzo sympatyczna i pomysłowa plansza Asu, kapitalnie pomyślana jeżeli chodzi o konstrukcję i odniesienie do tematu numeru. Naprawdę doskonała Tematycznie kojarzy się z tym komiksem Tomka, który niedawno pojawił się na pierwszej stronie Metra.

I tyle.

Słowem podsumowania - warto sięgnąć, tym bardziej, że w tym momencie "Kolektyw" pozostaje wciąż jedynym zinem z otwartym naborem do kolejnych numerów. "Karton" funkcjonuje w ramach zaproszeń; natomiast "Ziniol" chętnie przyjmuje nadsyłane prace, ale nie informuje oficjalnych o żadnych terminach. I tu właśnie pozytywnie wyróżnia się "Kolektyw", który daje szansę na papierowy debiut twórcom mniej znanym. W tym numerze pojawia się sporo nowych nazwisk, zarówno absolutnych debiutantów, którzy jeszcze nigdzie nie publikowali, jak i znanych twórców, którzy do tej pory w "Kolektywie" nie gościli (Pastuszka, Ba). I to jest bardzo dobra droga, tak trzymać.

wtorek, 7 września 2010

#553 - Konkurs Kolorowych Zeszytów i Dolnej Półki

Premiera siódmego numeru magazynu "Kolektyw" już na Międzynarodowym Festiwalu Komiksu, który odbędzie się w dniach 1-3 października 2010. Jest szansa, że niektórzy szczęśliwcy zapoznają się z najnowszą odsłoną tego pisma podczas przedpremierowego spotkania, które być może odbędzie się tradycyjnie w jednej ze smutnych warszawskich kawiarni, gdzie gremialnie knuje się i pluje. Ale największy szczęśliwiec przeczyta nowy "Kolektyw" już w tym tygodniu. I to świeżutkie papierowe wydanie, prosto z drukarni. I to za darmo!
Jak to możliwe? Otóż Dolna Półka, wydawnictwo odpowiedzialne za magazyn "Kolektyw", oraz Kolorowe Zeszyty, które objęły patronatem medialnym nadchodzący numer tego periodyku, organizują konkurs, gdzie nagrodą jest właśnie ww. przedpremierowy egzemplarz. Aby zdobyć go na własność, wystarczy odpowiedzieć na proste pytanie:

Proszę wymienić autorów okładek do wszystkich dotychczasowych siedmiu numerów "Kolektyw", trzeba konkretnie wskazać, który twórca odpowiadał za który numer

Za podpowiedź niech posłuży notka z bloga Bartka Biedrzyckiego, myślę że wytrawni uczestnicy piątkowych Batmanów bez pudła odgadną twórców po stylu.

Odpowiedzi prosimy wysyłać mailem na redakcyjny adres - kolorowezeszyty@gmail.com - wygrywa osoba, która jako pierwsza poda prawidłową i kompletną odpowiedź. Nagrodę można odebrać z rąk własnych godai'ego bądź też otrzymać pocztą - wszystko po 9 września.

Pamiętajcie, że nie wystarczy wymienić tylko projektantów okładek jak leci, trzeba też ich odpowiednio dopasować do kolejnych numerów.

Zatem - powodzenia!

EDIT: No i mamy zwycięzcę. Jako pierwszy prawidłową odpowiedź nadesłał Marcin Łuczak, znany również jako iron. Serdecznie gratulujemy, zaś poniżej prezentujemy zestawienie okładek do kolejnych numerów:

#1 - Konrad Okoński
#2 - Łukasz Okólski i Konrad Okoński
#3 - Tomasz Zych
#4 - Unka Odya
#5 - Artur Sadłos
#6 - Tomasz Grządziela
#7 - Igor Wolski

czwartek, 4 marca 2010

#389 - Wąsy, kultura i gniew

Wczorajsze spotkanie na Chłodnej 25 przeszło do historii. Na najbardziej hajpowane wydarzenie ostatnich tygodni (czy nawet miesięcy), przybyło spore grono komiksiarzy nie tylko z Warszawy, ale i z odleglejszych zakątków kraju. Pretekstem do zorganizowania tej imprezy były premiery Kultury Gniewu oraz Dolnej Półki, czyli długo oczekiwany integral "Osiedla Swoboda" (serii o której napisałem kilka słów przy okazji szybkiej akcji "Łikend na Osiedlu"), album z przygodami "Gangu Wąsaczy", artbook "Element Chaosu" oraz szósty numer magazynu "Kolektyw".

Jednak główną atrakcją wczorajszego spotkania był tematyczny cosplay związany z albumem Marka Lachowicza i jego Wąsaczami. Od jakiegoś czasu w różnych miejscach w sieci można było obserwować postępy komiksiarzy nad zapuszczaniem zarostu, który wczorajszego dnia ograniczać miał się jedynie do efektownego wąsa. I trzeba przyznać, że sporo osób wywiązało się z tego zadania wzorowo i dumnie paradowało z najprawdziwszym wąsem, zazwyczaj wzbudzając podziw u pozostałych komiksiarzy (a osoby postronne/przypadkowe ze sporym zdziwieniem patrzyły na to wesołe zgromadzenie). Jednak zarost to nie wszystko - kilku wąsaczy przybyłych na Chłodną 25 zaopatrzyło się również w t-shirty z nazwami kultowych zespołów uwielbianych przez członków Gangu (Bajm, Budka Suflera), tureckie swetry czy gangsterskie maski uniemożliwiające identyfikację przybyłych. Co więcej - wąsy miały również przedstawicielki płci pięknej! W dwóch słowach: było wesoło. W trzech: było bardzo wesoło. Wczorajszego wieczora nie zabrakło oczywiście spotkań z autorami, których komiksy miały swoją premierę, czyli Michała Śledzińskiego, Marka Lachowicza i Jakuba Rebelki, jak również z kolektywną ekipą. Pogawędka założycieli magazynu odbyła się jako pierwsza i niestety zniechęciła mnie do następujących po niej rozmów z twórcami Kultury Gniewu (czego teraz żałuję). Rozumiem, że nie była ona wcześniej zaplanowana, przez co wszystko było bardzo spontaniczne, ale od spotkania autorów z czytelnikami wymagam jednak pewnej dawki profesjonalizmu, nawet jeśli większość na sali stanowią znajomi. Na spotkania z Rebelką (prowadzący Sztybor), Lachowiczem (Hildebrand) i Śledzińskim (Babiel) nie miałem już siły, chociaż z tego co przynajmniej chwilami udało mi się zobaczyć było już tak jak powinno być (czyt. profesjonalnie, bez przekleństw i porn tube'a). Po oficjalnej części imprezy, w miejscu gdzie wcześniej przepytywano autorów, rozpoczęło się YouTube Party z ulubionymi utworami Gangu Wąsaczy na którym swoje taneczne umiejętności pokazywała brać komiksowa (jak zawsze było co podziwiać). A w części barowej jak zawsze trwały nocne komiksiarzy rozmowy.

Wąsate Spotkanie Komiksowe, do którego od jakiegoś czasu odliczało się kolejne dni, było bardzo sympatyczną imprezą, która w jakimś stopniu wynagrodziła brak marcowych Warszawskich Spotkań Komiksowych i dała przedsmak tego co może się dziać przy okazji kwietniowego festiwalu Komiksowa Warszawa. Dla organizatorów i pomysłodawców jej tematyczności należą się długie brawa! Oby więcej takich spotkań!

Teleport do fotorelacji z Chłodnej 25 znajduje się pod wąsem, na początku tej relacji. Jednak proszę się nie nastawiać na zdjęcia inne, niż te typowo towarzyskie, z głupimi minami i kompromitującymi pozami.

* Tytuł wpisu pochodzi z artykułu Dominiki Węcławek "Pójdzie z dymkiem" (Życie Warszawy), zapowiadającego wczorajsze wąs-party.

wtorek, 23 lutego 2010

#381 - RoboGil: Antologia bez jaj!


Robert Wyrzykowski: Antologia lesbijska była chyba jednym z bardziej wyczekiwanych projektów w 2009 r. Już samo ogłoszenie naboru przez Sylwię "Louise" Kaźmierczak wzbudziło gorące emocje wśród komiksiarzy (pamiętna polemika Karola "KRL-a" Kalinowskiego z Michałem Radomilem Wiśniewskim), później środowisko komiksowe wzburzył wyjątkowo przeciętny wstępny projekt okładki. "Bostońskie małżeństwa" miały swoją premierę w listopadzie 2009... i od tamtej pory cisza. Żadnej reakcji na blogach i w serwisach (z wyjątkiem dość ciepłej recenzji na Komiksomanii), jedynie parę demonstracyjnych facepalmów na twitterze.

Daniel Gizicki: Wyczekiwana?

RW: Wyczekiwana w tym sensie, że ludzie swego czasu zdawali się emocjonować tym wydawnictwem nie mniej niż "Łaumą" Karola Kalinowskiego.

DG: No nie wiem, szczerze mówiąc jakoś niespecjalnie mnie ten projekt interesował. Pośmiałem się z tych wszystkich fikołków w sieci i tyle. Może to jest kwestia tego, że ja nie jestem miłośnikiem dzieł, których wymowa jest mocno podporządkowana jakiejś ideologii. Poza tym ja mam chyba przesyt komiksu obyczajowego. Serio, doceniam tak świetne tytuły jak np. "Opowieści z Hrabstwa Essex" ale wolę poczytać jakieś akcyjniaki np. spod szyldu Vertigo niż kolejne komiksy o "zwykłych codziennych problemach". Zwłaszcza w antologiach. Antologii to mam już serdecznie dość...

RW: To prawda. Antologii komiksowych w ostatnich latach mieliśmy wiele, zwłaszcza jeżeli brać pod uwagę tematyczne ziny. Ta jednak jest szczególna - dotyka ważnej i delikatnej kwestii społecznej i bez wątpienia miała na celu przekazać jakąś ideę. Tylko jaką? Przedstawienia różnych punktów widzenia na środowisko queerowe? Uświadomienie społeczeństwu istnienia tego środowiska i jego problemów? Nakreślenie portretu lesbijki polskiej? Trochę zabrakło mi słowa wstępnego albo posłowia od redaktorki naczelnej całego przedsięwzięcia.

DG: No właśnie w sumie nie wiadomo jakiej idei ma to tyczyć. Tytuł wskazuje, że chodzi o tolerancję ale dostajemy komiksy, które tak naprawdę w większości przypadków nie dotykają tego tematu. Ja poza tym, tak generalnie, jestem mocno zażenowany poziomem stricte warsztatowym twórców występujących w tej antologii. Tak jakby redaktorka projektu nie zwracała uwagi jak komiks jest wykonany, a tylko na to czy jest "zgodny z linią partii". Nie ważne jaki, wystarczy, że o lesbijkach. A to mi przeszkadza. Bo ja chce dostawać komiksy dobrze wykonane.

RW: Antologię można stworzyć na dwa sposoby. Albo zebrać już wcześniej publikowane komiksy, aby pokazać pewien przekrój twórczości konkretnego twórcy lub całej sceny (vide Witold Idczak) - albo ogłosić pospolite ruszenie, zadać temat wypracowania i zebrać od twórców wyniki pracy domowej. Tutaj mamy do czynienia z drugim przypadkiem, trochę z konieczności - osobiście nie pamiętam wielu polskich komiksów dotykających tematyki lesbijskiej. Tak na szybko kojarzy mi się tylko praca Wojciecha Stefańca i Pawła Timofiejuka na konkurs na komiks o Powstaniu Warszawskim. Wydawałoby się, że trzymając rękę na pulsie i mając tak znaczący wpływ na treściowy kształt antologii, redaktorka mogłaby pełniej ingerować w jej zawartość, podsuwając twórcom interesujące tematy do poruszenia, przy dużym poszanowaniu dla ich wolności artystycznej rzecz jasna. Tymczasem mam wrażenie, że Sylwia Kaźmierczak przyjęła po prostu wszystko jak leci, często gęsto przymykając oko na wykonanie graficzne...

DG: Być może nic innego nie dostała. Myślę, że większość "środowiska" na projekt antologii położyła lachę po prostu. Z drugiej strony temat wydaje się być dość śliski, w sensie, że nie jest łatwo stworzyć historię, która nie powielałaby stereotypów, nie była uproszczona i nie traktowała tematu powierzchownie. I była przy okazji sprawnie wykonanym komiksem, który czyta się z przyjemnością.

RW: Masz rację z tym środowiskiem. Komiksiarze najpierw sarkali na pierwotny wymóg, że autorkami mogą być wyłącznie kobiety. Niestety, wydaje się, że zniesienie tego warunku chyba nie zaskutkowało zmasowanym napływem prac od panów. Prawie wszyscy autorzy w tej antologii to osoby kompletnie anonimowe, większość z nich nie jest w ogóle znana z tworzenia komiksów. Za w miarę rozpoznawalną gwiazdę robi tu jedynie Marcin Podolec - no i oczywiście Robert Adler, który przygotował pin-up na zakończenie albumu.

DG: Owszem ale moim skromnym zdaniem zdecydowanie najciekawszym komiksem w antologii jest "Coming out czy scrubbing In" Kasi Szaulińskiej, który co prawda narysowany jest fatalnie, ale za to czuć w nim lekkość fabularną i niewymuszony dowcip. Tu autorka nie sili się na jakieś śmiertelnie poważne prezentowanie treści, nie próbuje szokować, nie ukrywa treści za przekombinowanymi metaforami czy za niestrawną groteską jak to się dzieje w innych komiksach zawartych w "Bostońskich małżeństwach". Tu jest lekko, przyjemnie, dowcipnie i ogólnie fajnie, gdyby to jeszcze jakoś narysowane było, wtedy dziełko Szaulińskiej mogłoby być naprawdę niezłym szorciakiem. A tak mamy jedynie zaczątek czegoś ciekawego. Storyboard.

RW: Ten komiks jest najbardziej autentyczny ze wszystkich opublikowanych w tej antologii, prawdopodobnie dlatego, że jest oparty na osobistych doświadczeniach. Styl rysunków i sposób narracji TROCHĘ przywodzi mi na myśl "Persepolis" Marjane Satrapi, nie wiem czy to słuszny trop czy przypadkowe podobieństwo. Rysunkowo jest jednak dość słabo, miejscami niechlujnie. Chciałbym jednak w przyszłości przeczytać rozwinięcie historii Szaulińskiej.

DG: Nie lubię "Persepolis", więc się nie wypowiadam, ale wpadło mi do głowy coś innego teraz. Być może Sylwia Kaźmierczak powinna zadziałać jak bezwzględny (troszkę przejaskrawiam teraz) redaktor i wymusić by te wszystkie średnio narysowane i opowiedziane komiksy przerobić, przeredagować i przerysować. Może komiks Szaulińskiej powinien zostać od nowa narysowany przez jakiegoś rysownika z prawdziwego zdarzenia? Wtedy by to lepiej wyglądało i mocniej oddziaływało na odbiorcę. Dla mnie zresztą cała ta antologia to są takie zarysy, wprawki, storyboardy. Które miały opowiadać o czym właściwie? O tolerancji? O lesbijkach? Bo czytając te komiksy to ja się gubię...

RW: Na pierwszy rzut oka antologia pokazuje różne aspekty bycia lesbijką, unikając tych co bardziej kontrowersyjnych. Jest rodzące się uczucie i początki związku ("Para"), są potrzeby niewiele różniące się od tych, jakie mają heteroseksualne pary (komiksy Agaty Łaguniak), jest problem coming outu w polskiej rzeczywistości ("Coming out..."), jest takie bardziej genderowo-intelektualne podejście ("PL", chociaż irytują mnie tu te rymowanki)...

DG: No dobra ale tak naprawdę, to ja się nic nowego z tych komiksów nie dowiedziałem. Myślałem że czytając tę antologię dowiem się troszkę o różnych aspektach życia lesbijek a jak mi nawet zaserwują coś co "gdzieś czytałem", to w taki sposób, że to będzie świeże...

RW: A to takie mdłe i nijakie?

DG: Dokładnie. Mdłe i nijakie. A co mi tam, powiem to: BEZ JAJ!

RW: !!! ... ten no... Zatem... Co do tych jaj... w antologii swe komiksy prezentuje też trzech panów - Szymczak, Podolec i Atroszko (nie licząc Adlera). Jednak męski punkt widzenia na lesbijki w tych przypadkach mocno nie wypalił. Mamy tu, po kolei, przydługawą szkicowaną i chaotyczną historię o przyjacielu lesbijki; opowiastkę o Sheerze powielającą stereotyp, że lesbijki to antysamcze feministki; a także filuterny pasek rozciągnięty na trzy strony.

DG: Ja szczerze mówiąc w ogóle nie zauważyłem jakiejkolwiek różnicy czy dany komiks robi kobieta czy mężczyzna...

RW: Szczególnie te dwa ostatnie komiksy pasują do tej antologii jak pięść do nosa.

DG: No bo widzisz, "Bostońskie małżeństwa" to jeden z nielicznych przykładów - drugim takim przykładem jest "Komiksowe Becikowe" - antologii bardzo równej, gdzie wszystkie komiksy są na podobnym poziomie. Tylko, że w "Bostońskich małżeństwach" te komiksy są wszystkie raczej nieudane, (ok, Podolec rysuje zdecydowanie lepiej niż reszta), zaś w "Becikowym" wszystkie są dobre. To się rzadko zdarza - takie równe antologie - doceńmy to.

RW: Podsunąłeś tutaj dobry trop do porównania. Obydwa albumy, wbrew pozorom, mają ze sobą sporo wspólnego. Kryją się za nimi pewne idee, to nie są zbiorki szortów na jakiś abstrakcyjny temat typu "rzeki w Chinach", wydane wyłącznie dla radości wydania czegokolwiek na papierze. "Becikowe" są sympatyczną, środowiskową cegiełką na rzecz kolegów; w "Bostońskich małżeństwach" redaktorce zależało na ukazaniu bliskiej jej kwestii, co wyszło jednak mocno przeciętnie. Myślę, że kluczową różnicą pomiędzy "Becikowym" a "Bostońskimi" jest przede wszystkim organizacja redakcji na etapie selekcji. Tomek Pastuszka skontaktował się z konkretnymi twórcami prezentującymi przyzwoity poziom, Sylwia Kaźmierczak powiesiła ogłoszenie o naborze na stronie własnej (i w kilku innych serwisach chyba też) i czekała na to, co przyjdzie. Nie mam pojęcia, czy kontaktowała się z konkretnymi twórcami, ale zebrane komiksy sprawiają wrażenie mocno przypadkowych

DG: Może warto było poczekać z tą antologią, żeby się materiał uleżał niż tak go wydawać na łapucapu? Może Kaźmierczak za bardzo zależało? Albo może bardziej jej zależało, żeby tę antologię wydać i narobić szumu niż na faktycznej jakości komiksów?

RW: Chyba masz rację w obydwu przypadkach. Zabrakło srogiej redakcji, inicjatywy do kontaktu z fachowymi twórcami, takimi którzy wygładziliby nadesłane fabułki, nierzadko mające spory potencjał. Louise chyba trochę obraziła się na środowisko po flejmie na nieżyjącym już blogu KRL-a - a przynajmniej odnoszę takie wrażenie. Trochę jej się nie dziwię, też bym się zirytował gdybym miał autorską wizję własnej antologii i spotkałbym się z takimi głosami krytyki jak ona - ale na dobre to temu zbiorkowi nie wyszło.

DG: No i co z tego? Mnie jako czytelnika nie obchodzą prywatne animozje pomiędzy redaktorką a twórcami, którzy zresztą w projekcie nie wzięli udziału. Dostałem słabiutką antologię i mam na to przymknąć oko bo ktoś tam się na kogoś obraził? Daj spokój...

RW: Oj, to tylko takie moje supozycje. Ale może podsumujmy.

DG: Jedziesz!

RW: Uważam, że temat jest niewątpliwie wart antologii, lepiej wykonanej i zredagowanej, szerzej rozreklamowanej. Być może Wojtek Szot z wydawnictwa Abiekt pokusi się o podobną inicjatywę w przyszłości, być może przy czynnym współudziale Louise. Można zaprosić do niej czołowych polskich twórców, przedyskutować z nimi możliwe tematy, sparować ich z ludźmi ze środowiska, którzy mają coś ciekawego do powiedzenia, a niekoniecznie dysponują talentami graficzno-fabularnymi. "Bostońskie Małżeństwa" to niewątpliwie przetarcie szlaku w tej materii, ale równocześnie wydawnictwo, które za parę lat raczej ulegnie zapomnieniu.

DG: No ja już niewiele z tego pamiętam, ale zgadzam się - temat ciekawy, potencjalnie mogący być impulsem do powstania wielu dobrych komiksów. Jednak nie w takim wykonaniu jak tu. Bo w przypadku "Bostońskich Małżeństw" mimo szczerych chęci wyszła straszna amatorszczyzna (z koszmarną, odpychającą okładką).

RW: Także komiksom o szeroko rozumianym życiu lesbijek mówimy tak...

DG: Ale nie w takim wykonaniu.
***
"Bostońskie Małżeństwa"
wydawnictwo: Comix Grrrlz / Dolna Półka
liczba stron/format: 56 / B5
oprawa: miękka
druk: czarno-biały
cena: 15 zł

autorzy: Agata Łaguniak, Szczepan Atroszko, Przemysław Szymczak, Marta Zabłocka, Katarzyna Szaulińska, Agnieszka Weseli, Beata Sosnowska, Marcin Podolec, Anna Czerwińska i Soizick Jaffre