Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Mroja Press. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Mroja Press. Pokaż wszystkie posty

piątek, 1 kwietnia 2011

#729 - Scientia Occulta

"Scientia Occulta" to trzeci album z wydawnictwa Mroja Press za który odpowiedzialni są rodzimi twórcy. Po Mateuszu Skutniku ("Rewolucje. Dwa dni"), Bartoszu Sztyborze i Piotrze Nowackim ("Tainted") przyszedł czas na najmłodszych w tym gronie - Roberta Sienickiego i Łukasza Okólskiego, którzy postanowili zaprezentować lekką, popkulturową opowieść o magii i odwiecznej walce dobra ze złem, której kolejna potyczka ma miejsce w naszych czasach. Brzmi banalnie? A wcale takie nie jest!Duet Sienicki-Okólski może być znany co poniektórym z odcinkowej serii science-fiction "Recours", która pojawiła się w kilku ostatnich "Kolektywach". Jak widać panom współpracuje się na na tyle dobrze, że postanowili wziąć się za coś dłuższego. Początkowy pomysł web-komiksu ewoluował w stronę samodzielnego albumu i tak oto, za sprawą imprintu timof comics, wędruje właśnie na czytelnicze półki. Dynamiczny duet - że tak pozwolę sobie na komiksowy wtręt - pomimo niewielkiego doświadczenia w publikacjach na papierze pokazuje, że na swojej robocie się zna i w przyszłości ma szansę jeszcze sporo ku chwale polskiego komiksu namieszać.

Rozgrywająca się na stu stronach historia, to doskonały przykład na tzw. komiks środka. Sienicki skonstruował fabułę z dobrze znanych i ogranych motywów - mamy więc Kate Cooper, sceptyczną co do nienaukowych zjawisk panią detektyw, cwaniakowatego iluzjonistę Claytona Howarda czy Gregora, chcącego podbić świat oponenta owej dwójki (z obowiązkową czarną kozią bródką!). Pomimo zamierzonej sztampy, scenarzyście udało się stworzyć wciągający świat i zainteresować intrygą w taki sposób, że po zamknięciu albumu ma się ochotę na więcej. Utrzymana w dosyć luźnym klimacie historia o nieprzypadkowym spotkaniu dwóch głównych bohaterów, prowadzonym przez nich śledztwie i prawdziwej magii kończy się jednak zbyt szybko i przynajmniej w moim przypadku pozostał lekki niedosyt. Nie jest to bynajmniej związane z jakimiś brakami w fabule, tylko taką zabawę jaką miałem przy lekturze chętnie bym jeszcze przeciągnął na 5-10 stron. Ale to tylko moje fanaberie. Prawdziwym zgrzytem było natomiast kilka przekleństw pojawiających się na kartach powieści, które nijak nie pasowały mi do kształtu całości i na krótką chwilę nieco psuły radość z obcowania komiksem Sienickiego i Okólskiego. To jednak drobnostki - ogólne wrażenie jest jak najbardziej pozytywne. Przy okazji warto wspomnieć, że Bele "odrobił lekcje", a raczej mając za sobą setki godzin spędzonych na oglądaniu filmów i seriali, dobrze wykorzystał znane z nich chwyty - jak chociażby początek historii, pokazujący fragment ze środka komiksu, aby stronę później wrócić do punktu o nazwie "A wszystko zaczęło się tak...".
Na osobny akapit zasługują rysunki Łukasza Okólskiego. Dla należącego do najmłodszego pokolenia rysowników praca nad "SO" była pierwszym tego typu dokonaniem, polegającym na codziennej pracy z tymi samymi bohaterami. W zamieszczonym u nas kilka dni temu wywiadzie wspomina on, że "człowiek robi w takim trybie pracy największy progres". I rzeczywiście - im dalej, tym lepiej; kreska jest bardziej naturalna, swobodna i wyrobiona. Nie są to jednak na tyle widoczne zmiany, żeby różnica pomiędzy początkiem, a końcem historii powodowała jakieś zgrzyty. Styl jakim operuje Okólski to cartoonowa kreska, która przypomina mi nieco dokonania Michaela Avona Oeminga ("Powers") i która świetnie koresponduje z lekkim (zazwyczaj) klimatem historii rozpisanej przez Sienickiego. Biało-czarne plansze to klasa sama w sobie i nawet jeśli kogoś nie porwie sama fabuła, to nie powinien żałować wydanej kwoty właśnie ze względu na rysunki urodzonego w Kielcach rysownika.

Pierwsze dwa rozdziały (z pięciu) od dłuższego czasu wiszą na oficjalnej stronie projektu, tak więc każdy potencjalnie zainteresowany ma szansę zapoznać się ze sporą częścią materiału, zanim jeszcze sięgnie do portfela. Zabieg wcześniejszej publikacji całych rozdziałów zastosowano przy okazji "Łaumy" Karola Kalinowskiego, co - być może - przyczyniło się do rynkowego sukcesu. Czas pokaże, czy podobnie pod tym względem będzie w przypadku albumu "Scientia Occulta" (chociaż ten broni się sam). Autorzy zrobili ze swojej strony już wszystko, teraz czas na reakcje czytelników.

Na stu stronach Sienicki i Okólski zaprezentowali historię, którą z czystym sumieniem można zaliczyć do tak zwanego komiksu środka. Pytanie tylko czy jest u nas potrzeba na tego typu komiksy i czy znajdzie się odpowiednia ilość czytelników, aby duet twórców miał siły i motywację kontynuowania losów Claytona Howarda i spółki w kolejnych publikacjach? Mam nadzieję, że tak. I na zachętę powiem:

Chcę więcej!

piątek, 25 marca 2011

#723 - Czy magia jest prawdziwa?

Już 4 kwietnia nakładem wydawnictwa Mroja Press ukaże się "Scientia Occulta" (oficjalna strona, strona facebookowa). Kolorowe Zeszyty objęły swoim patronatem album znanego z "The Movie" Roberta Sienickiego (scenariusz) i Łukasza Okólskiego (rysunki), prezentującego swój talent regularnie na łamach "Kolektywu". Tandem ten ma również na koncie inną serię, mianowicie "Recours". Pierwsze dwa rozdziały komiksu zostały udostępnione przez autorów w sieci, za darmo i polecam je tym, którzy jeszcze nie mieli przyjemności zapoznać się z tym wielce obiecującym projektem. Zawarta w pięciu rozdziałach historia opowiada o nietypowym dochodzeniu ponętnej pani detektyw i ulicznego iluzjonisty, ze specyficznym poczuciem humoru, które pełne będzie spotkań z prawdziwą magią. Czarno-biały album liczyć będzie 124 strony: w środku, oprócz wspomnianych pięciu rozdziałów, z których każdy będzie liczył 20 stron. W albumie znajdzie się również galeria pin-upów przygotowanych przez zaproszonych twórców. Całość, zamknięta w twardej oprawie, będzie kosztować 49 złotych.

Przytaczając opis wydawcy:

Ludzie zawsze pożądali wiedzy. Zjawiska nadnaturalne fascynowały ich i jednocześnie przerażały. Ale nie zostawiały nikogo obojętnym…

Kate Cooper nie ma najlepszego dnia. Odnalezienie zagubionej małej dziewczynki kończy się porażką, a jej brat rozpływa się w powietrzu na jej oczach. Na dodatek jedyna wskazówka prowadzi do Claytona Howarda – ulicznego magika, który wprowadza ją w świat o istnieniu którego nie miała pojęcia. Świat pełen magii i tajemnic...

Scientia Occulta to fantastyczna komedia kryminalna napisana przez Roberta Sienickiego (“The Movie”) i narysowana przez Łukasza Okólskiego (“Kolektyw”).


O "Wiedzy Tajemnej" (bo tak chyba można przetłumaczyć tytuł łaciński na język polski) popularny Bele opowiada na łamach Komiksomanii. Aby dowiedzieć się o tym, jak komiks powstawał, jak doszło do tego, że akurat Okólski zajął się oprawą graficzną i jak udało namówić się wydawcę do zainwestowania w komiks, sięgnijcie po wywiad przeprowadzony przez Tomka Pstrągowskiego. Natomiast w przyszłym tygodniu na łamach Kolorowych ukaże się przedpremierowa recenzja mojego autorstwa, na Komiksomanię swoje pięć groszy w tym temacie dorzuci Łukasz Mazur, a Janusz Topolnicki przepyta Łukasza Okólskiego. Na rozbudzenie apetytów prezentujemy kilka ekskluzwnych grafik:

wtorek, 28 września 2010

#570 - Tainted

Mający swoją premierę na łódzkim Międzynarodowym Festiwalu Komiksu (i Gier) album "Tainted" zbiera komiksy wspólnego autorstwa Bartosza Sztybora i Piotra Nowackiego w jednym woluminie. Dwaj twórcy, współpracujący ze sobą od kilku ładnych lat, dorobili się wreszcie pozycji, która może stanowić podsumowanie ich wspólnej obrazkowej działalności.


Wydaje mi się, że Jaszczu bardzo mocno "siedzi" w klasyce polskiego komiksu. Estetyka jego prac przesiąknięta jest staroszkolnym klimatem najlepszych prac Janusza Christy czy Tadeusza Baranowskiego. Bije od nich to komiksowe ciepło, dzięki któremu niejeden dzisiejszy czytelnik kilkadziesiąt lat temu zakochał się w kolorowych zeszytach. Dzięki temu Jaszczu łagodzi smutną wymowę "Tainted". Żadna z miłosnych historii obecnych na łamach tego zbioru nie kończy się typowym happy endem, co dość mocno kontrastuje się z ich radosną i kolorową oprawą graficzną. Scenariusze Bartka Sztybora są na wskroś nowoczesne. Pozbawione słów, silnie zikonizowane, odwołują się do modnej ostatnio tradycji komiksu niemego. Połączenie "nowego" i "starego", pierwiastków "sztyborowego" i "jaszczowego" (jak mogę jedynie przypuszczać) dało dość ciekawą kombinację. Oprócz tego, że Sztybor nie boi się mocna zagrać na uczuciach, lubi się również zabawić z komiksową materią. Najlepszym tego przykładem jest ostatni z szortów, przygotowany specjalnie na potrzeby tej publikacji. Na tle historii znanych z kart "Ziniola" czy "Jeju", to chyba najlepsza rzecz z "Tainted", zaraz obok znakomitego "Szóstego dnia", który swego czasu mocno zamieszał na digarcie.
 
Od czasów swoich pierwszych prac, Piotrek Nowacki fantastycznie się rozwinął i bardzo niewiele brakuje mu do czołówki polskiego cartoonu. Bardzo pewne, dopracowana technicznie, ale delikatna i krągła krecha została uszlachetniona delikatnymi wpływami wspomnianych mistrzów, Christy i Baranowskiego. Formie Jaszcza wtórują zatrudnieni na potrzeby projektu koloryści. Mieniące się (prawie) wszystkimi barwami tęczy rysunki Nowackiego prezentują jeszcze lepiej. Każdy z nich na swój sposób odrobił zadanie domowe. Juszczuk poleciała w cukierkowe klimaty, w przeciwieństwie do Pastuszki, który zdecydował się na bardziej przybrudzoną kolorystykę. Skrobol i Czyż jak najwierniej chcieli oddać estetykę prac, którymi się zajmowali i wyszło im to naprawdę znakomicie.









Mroja Press dba o wysoki standard edytorski swoich pozycji (choć Tomek Pastuszka udowadnia w komentarzach, że niekoniecznie) co, niestety, znajduje odbicie w dość wysokiej cenie. "Tainted" nie jest wyjątkiem od tej reguły. Nie wiem, czy warto było się spinać na twardą okładkę i błyszczącą kredę, skoro prace Sztybora i Nowackiego przywykły do zinowej oprawy. Jedynym mankamentem, do którego mogę się przyczepić jest dość niewyraźny i rozpikselowany spis treści. Podobnie, jak "Rewolucjach", innym komiksie Mroji, cena "Tainted" została podana w złotówkach, ale też w euro i dolarach. Dzięki temu, że nie znajdziemy w nim żadnych dymków, komiks od razu można przeznaczyć na eksport. 
 
Może "Tainted" wielkim komiksem nie jest i zachodnich rynków nie podbije, ale czułem wielką satysfakcję odkładając ten tomik na moją półkę. A to już bardzo dużo. Paradoksalnie zbiór opowieści o niespełnionych, trudnych, niemożliwych lub zwyczajnie bolesnych związkach został przygotowany przez twórców, którzy świetnie się rozumieją. Współpracy między Sztyborem, a Nowackiem nie brakuje chemii, a w ich związku świetnie się układa, czego najlepszym dowodem jest właśnie "Tainted".

czwartek, 28 stycznia 2010

#357 - Rok 2009 okiem wydawcy

Zgodnie z zapowiedzią z ostatniego Komix-Expressu, dzisiaj przyszedł czas na kolejne komiksowe podsumowanie. O rozliczenie się z dwunastoma miesiącami 2009 roku poprosiliśmy przedstawicieli kilku wydawnictw, a konkretnie Radosława Bolałka z Hanami, Szymona Holcmana z Kultury Gniewu, Pawła Sawickiego z Mroja Press i Roberta Zarębę ze Strefy Komiksu. Aby wszystkie te podsumowania dotyczyły mniej więcej podobnych zagadnień, wyznaczyliśmy cztery "rejony", których one dotyczyły i które zostały sformułowane w mniej więcej taki sposób:
I. Komiksowe wrażenia z roku 2009.
II. Jak wypadł miniony rok dla wydawnictwa, w porównaniu z wcześniejszymi założeniami?
III. Najlepszy komiks danego wydawnictwa w 2009 roku to...
IV. Największe nadzieje na 2010 rok, wiążą się z...
A tak odpowiadali nasi dzisiejsi goście (kolejność alfabetyczna):

I. Kolejny bardzo dobry rok na komiksowej scenie. Jak na tak duży kraj, komiksów nie wychodzi dużo, ale są one staranie wyselekcjonowane. Nie dość, że co roku w wielu krajach ukazuje się dużo więcej tytułów niż u nas, to jeszcze mamy całą klasykę komiksu, którą musimy nadrobić (już teraz może dużą część, gdyż cały czas te najlepsze tytuły z klasyki są u nas wydawane). Środowisko komiksowe w tym roku jakby ożyło. Nieskromnie mogę powiedzieć, że mieliśmy w tym swój udział. BFK, była chyba pierwszą imprezą od dawna, na której to środowisko komiksowe było współtwórcą, a jednocześnie najważniejszym gościem. Wydaje mi się, że ten festiwal pchnął do dalszego wspólnego działania wydawców, fanów i twórców.

II. Głównym założeniem na ten rok był rozwój. To się udało. Zwiększyliśmy ilość tytułów do 16. Zakończyliśmy rok na czwartej pozycji (trzecia jeśli rozdzielimy imprinty wydawnictwa Timof Comics), jeśli chodzi o ilość wydawanych tytułów. Biorąc pod uwagę, że dwa wydawnictwa z pierwszych pozycji działają od poprzedniego tysiąclecia, a my zakończyliśmy drugi pełny rok i mamy jeden z najmniejszych staży na rynku, to chyba jest niezły wyczyn. Za największy sukces można uznać, że w dalszym ciągu z powodzeniem prezentujemy najciekawsze pozycje z rynku japońskiego dla dojrzałego odbiorcy. Udało się nam trafić do kolejnej grupy osób, które wcześniej nie sięgały po komiks japoński (a nawet takich, którzy po komiks nie sięgali wcale). Za największą porażkę możemy uznać fakt, że nadal wiele osób, które czyta komiksy, omija nasze tytuły szerokim łukiem jedynie ze względu na kraj pochodzenia.

III. "Dwie poduszki" Hinako Sugiury. Rodzic kocha wszystkie swoje dzieci, a wydawca wszystkie komiksy, dlatego ten wybór był bardzo trudny. Autorka posiadała ogromną i wszechstronną (literatura, sztuka) wiedzę z zakresu historii Japonii, którą wykorzystała tworząc opowieści głęboko zakorzenione pod względem narracji, jak i stylu rysunkowego w klasyce japońskiej (rysunki "niedbałe" nawiązują do innych nurtów artystycznych epoki). Rzecz obowiązkowa dla osób, które interesują się choć trochę Japonią lub sztuką, dla reszty raczej bym polecił "Dziennik z Zaginięcia" lub "Zoo zimą".

IV. Rozwojem rynku. Staramy się, aby jak najwięcej osób zainteresowało się komiksem. Im więcej osób kupuje komiksy tym większe są szanse, żeby wychodziło więcej tytułów za niższą cenę. Dlatego mamy nadzieję, że całe nasze środowisko będzie pracować w pocie czoła nad rozwojem.


I. Mała stabilizacja? Kilka wydawnictw regularnie (w czym oczywiście prym wiedzie Egmont) dostarcza fanom komiksu solidnej dawki naprawdę dobrych tytułów z całego świata. Kilka innych konsekwentnie milczy (czego osobiście bardzo żałuję). Żadnych większych niespodzianek. Obserwując rozmaite podsumowania roku 2009, które w ostatnich dniach obficie się pojawiają, cieszy mnie niezmiernie spora rozpiętość tytułów, które są w nich wymieniane. Widać, że każdy z oferty polskich wydawców jest w stanie wybrać coś dla siebie (no, może poza miłośnikami komiksów ze stajni Marvel / DC) i są to rzeczy na wysokim poziomie. Obstawiam, że te wyżej wymienione trendy utrzymają się w roku obecnym.

"Komiksowe środowisko" wyraźnie przeniosło się do internetu. I nie mam tu na myśli wszelkich komiksowych serwisów, które od lat trwają w stagnacji, ale blogi, Facebooka, Twittera, gg, gdzie kwitnie życie towarzysko-uczuciowe, często odległe od komiksów (i bardzo dobrze!). A potem ci sami ludzie spotykają się w realu. Na WSK, BFK, MFK, koszykówce, knajpach... Bo picie przy gadu-gadu fajne, ale jednak czegoś brakuje (mi osobiście miejsca do tańczenia).

II. Zbliżyliśmy się do założeń. Ilość wydanych komiksów prawie identyczna do tej w 2008 (a biorąc pod uwagę kryzys i problemy z największym dystrybutorem kultury w tym kraju to spory sukces). W końcu udało się wypchnąć zapowiadane od dawna komiksy - "Klezmerzy", "Przybysz" czy "Pan Naturalny". Jeszcze tylko "Bośniacki płaski pies", "Rany wylotowe", "Niedoskonałości" i wyczyścimy te dawno zapowiadane tytuły, których premiery przesuwaliśmy. Nad tymi zmianami dat publikacji bardzo bolejemy, ale niestety są one nieuniknione przy naszym sposobie działania (normalna praca -> dom -> wieczorami zabawa w wydawnictwo).

Największa porażka: Ciągły, przytłaczający brak czasu, który skutkuje wspomnianymi wyżej opóźnieniami, nieregularnym prowadzeniem bloga, nieregularnym odpowiadaniem na maile, itp. Strasznie to jest męczące. Największy sukces: z tych widocznych gołym okiem to nagroda dla najlepszego wydawcy roku przyznana nam na ubiegłorocznym MFK. A dla mnie wielkim sukcesem i radością jest to, że w 2009 do Polski przyjechali Cyril Pedrosa (dzięki Instytutowi Francuskiemu), Guy Delisle (we współpracy z BFK) i Ivan Brun (we współpracy z MFK).

III. Ojej, to strasznie trudne pytanie, bo my naprawdę uwielbiamy wszystkie nasze komiksy, każdy z osobna i każdy za różne rzeczy. Więc nie potrafię powiedzieć, który jest najlepszy. Mogę za to przyznać, że nieodmiennie śmieję się, wzruszam i nie mogę wyjść z podziwu dla autora, czytając "Klezmerów". A znam ten komiks od kilku lat, czytałem go nie-wiem-ile-razy. Sfar to mistrz a saga o klezmerach to bardzo mądry komiks (i nie mądry "jak na komiks" tylko mądry tak w ogóle).

IV. Z czytelnikami komiksów w Polsce. Że ich liczba będzie zauważalnie rosła, co pozwoli nam zająć się tylko (albo chociaż głównie) wydawaniem komiksów. A to nasze marzenie.


I. Mam wrażenie, że rok 2009 był komiksowo lepszy od 2008. Wydawnictwa zaprezentowały naprawdę ciekawe pozycje. Egmont ruszył z nowymi seriami, a prezentując takie pozycje jak "Ibikus" czy "Henri Désiré Landru" wyszedł poza swoje dotychczasowe zainteresowania i widać, że cały czas szuka nowych pomysłów. Również inne wydawnictwa nie próżnowały i oferta na rynku jest naprawdę szeroka. Niezwykle ciężko jest zapoznać się ze wszystkim, co jest wydawane, trzeba wybierać. To dobrze, bo czytelnicy nie mogą narzekać na brak lektur. Może to tylko moje wrażenie, ale jest coraz mniej słabych komiksów - wydawcy bardzo sumiennie podchodzą do selekcji i na rynek trafiają naprawdę godne uwagi dzieła. Nie wiem czy byłbym w stanie podać tylko 10 najlepszych komiksów, które wyszły w tym roku, może łatwiej by było wybrać Top 30. Ważnym wydarzeniem był tegoroczny MFK(iG), ale nie możemy zapominać o świetnie zorganizowanym BFK – Gdańsk w wielkim stylu zaznacza się na komiksowej mapie Polski. Widać również coraz większą aktywność środowiska. Duże nadzieje pokładam w powstałym niedawno Polskim Stowarzyszeniu Komiksowym. Widać, że coś się dzieje.

II. To był pierwszy rok działalności Mroja Press i patrząc na niego z krótkiej perspektywy – było dobrze. Wydaliśmy 6 komiksów, które zostały bardzo ciepło przyjęte zarówno przez recenzentów, jak i czytelników. Oczywiście nie wszystkie plany udało się zrealizować. Sukcesem jest to, że nasze komiksy znajdują odbiorców i chyba nie przesadzę, jeśli powiem, że zbudowaliśmy solidną markę. Ciekawy dobór tytułów i wysoka jakość wydania – to nasze znaki rozpoznawcze i chcemy to utrzymać w przyszłości. Żałuję, że nie udało się wydać "Lost Girls" w 2009 r. Jest to komiks, który wymaga dużej pracy edytorskiej i po prostu nie było czasu, żeby wydać go tak, jak byśmy chcieli. Obiecuję, że warto czekać!

III. Ciężko jest mi wybrać tylko jeden tytuł, bo wszystkie nasze komiksy kocham jak dzieci. Do pewnego momentu stawiałbym na "Łajkę", ale jeśli mam wybrać ten jeden, jedyny, to wybieram "RG". Świetny komiks graficznie i fabularnie. Sądząc po opiniach – wszystkim się podoba. Pewnie było to też spore zaskoczenie wydawnicze, bo nie wszyscy słyszeli o takiej pozycji, a tu proszę – taki hicior! Chociaż znowu "Lapinot"…

IV. Mamy nadzieję, że będzie przybywało czytelników. Bez nich nie będzie kolejnych komiksów, to prosta zależność. Mamy też nadzieję, że czytelnikom spodobają się nasze propozycje: "Profesor Bell", "Strefa bezpieczeństwa Goražde", czy właśnie "Lost Girls".


I. Komiksowy rok 2009 dziwnie niepostrzeżenie przeminął obok mnie, nie zostawiając żadnego głębszego śladu w mojej pamięci. Nie ukazał się żaden komiks, który poruszyłby mnie czy też zainteresował w jakiś szczególny sposób. Ukazało się sporo polskich komiksów, ale zdecydowaną większość stanowiły antologie złożone z krótkich form i reedycje komiksowej klasyki (starej i nowej). Oznacza to płytką kieszeń wydawców, których nie stać na finansowanie nowych, kosztownych projektów. W konsekwencji wielu świetnych polskich rysowników albo nie robiło nic, albo szukało swojej szansy za granicą. Myślę, że taka tendencja utrzyma się także w następnych latach. Imprezy komiksowe nadal były niewspółmiernie rozbudowane w stosunku do realnego zainteresowania komiksem, co dobrze świadczy o integracji środowiska i kwitnącym życiu towarzyskim adeptów i fanów komiksu. Negatywnym zjawiskiem była większa liczba aktywnych twórców komiksu niż wynosił przeciętny nakład polskiego komiksu co bezsprzecznie świadczy o tym, że sami twórcy komiksowi nie chcieli czytać siebie nawzajem..

II. Pierwsze półrocze minęło pod znakiem poszukiwań rozwiązań pozwalających pogodzić potrzeby edytorskie z ograniczonymi środkami na ich zaspokojenie. Problemem nie do przeskoczenia okazała się sensowność (z ekonomicznego punktu widzenia) publikacji kolorowych albumów, a nie wyobrażałem sobie druku "Exodusu" czy też kolejnych części "Triumwiratu" w czerni i bieli. Dlatego po dwóch styczniowych "Apokalipsach" nastąpiły miesiące bezruchu. I to chyba była największa porażka, ta wielomiesięczna niemoc...

Drugie półrocze, to przede wszystkim satysfakcja z namówienia Zygmunta Similaka do narysowania pierwszej w Polsce komiksowej autobiografii obejmującej lata okupacji i stalinizmu, oraz radość z wydania jej pierwszego tomu pt. "Historie okupacyjne" To wspaniałe przedsięwzięcie, unikatowe i być może ostatnie takie w polskim komiksie. To bez wątpienia nasz największy sukces w minionym roku.

W konsekwencji z zaplanowanych sześciu albumów, ukazały się tylko trzy.

III. Oczywiście "Historie okupacyjne" Zygmunta Similaka. Oparta na faktach niezwykła opowieść o dzieciństwie autora spędzonym w ogarniętej wojną Łodzi i podłódzkim Tuszynie. To wzruszający komiksowy dokument o okupacji widzianej oczami dziecka, gdzie wojenna rzeczywistość przeplata się ze światem z dziecięcego snu i wyobraźni. Czasem czytelnikowi trudno dociec, który z tych uniwersów, realny czy wyimaginowany, jest okrutniejszy i bardziej przerażający. Komiks ten jest niepodważalnym świadectwem tamtych czasów dorzucającym kilka kolejnych puzzli składających się na obraz wojny i człowieka (w tym przypadku dziecka) uwikłanego w trudne wybory. Poszczególne epizody poruszyły mną do głębi, np. scena skatowania, a następnie zamordowania przez Niemców młodego Polaka tylko dlatego, że pokochał Niemkę, czy też senny koszmar, w którym dziecko zostaje w ogromnej maszynie przerobione na mydło. Wszystkie moje dzieci musiały ten komiks obowiązkowo przeczytać.

IV. Pracą nad nowymi komiksami z nowymi autorami oraz kontynuowaniem już rozpoczętych serii.

niedziela, 28 czerwca 2009

#192 - Mały Świat Golema

Na kartach „Małego świata Golema” jego autor Joann Sfar, chyba jeden z najpłodniejszych i najwybitniejszych obecnie komiksowych twórców, zaprasza czytelnika na opowieść wraz z bohaterami znanymi z innych jego dzieł. W tym nietypowym crossoverze wezmą udział między innymi dwaj spryciarze - elegancki Michel Douffon i zgryźliwy Vincent Ehrenstein, nie mogący się zdecydować, w którą stronę wyruszyć Drzewiec, komisarz wileńskiej policji nazywany złośliwie Humpty`m Dumpty`m, melancholijny wampir Fernand oraz piękna Mandragora.

Niestety, polski czytelnik nie miał jeszcze okazji zapoznać się z tymi postaciami, występującymi na łamach swoich własnych tytułów i serii. W„Małym świecie Golema” cały ten konglomerat został bardzo udanie połączony w jedną, spójną i frapującą całość, co znamionuje komiksowy kunszt Sfara, znanego z „Kota Rabina” (wydawanego nakładem Postu) i „Klezmerów” (niedawno opublikowanych przez Kulturę Gniewu). Francuski artysta żydowskiego pochodzenia w swoim komiksie łączy krótkie nowelki z bohaterami w nich występującymi delikatną nicią głównego wątku, tworząc nastrojową opowieść. Pełną humoru, napisaną i narysowaną lekkim piórem, ciepłą, ironiczną, ale jednocześnie mądrą. W swoich pracach Sfar bardzo często dotyka tradycji żydowskiej i „Golem” od tej reguły nie jest wyjątkiem. Ja mogę się tylko domyślać znaczenia i wymowy tu i ówdzie pozostawianych przez autora śladów, bo nie jestem specjalista w tej dziadzienie, przez co moja lektura nie może być pełna.

Pod względem wizualnym komiks prezentuje się bardzo dobrze. Sfar narysował „Mały świat Golema” urokliwą i skromną czarno-białą kreską, adekwatną do swobodnie prowadzonej historii. Chwilami lirycznej i spokojnej, a chwilami bardzo ekspresyjnej, albo i nawet ekspresjonistycznej.

Mroja Press chwali się wysoką jakością edytorską swoich komiksów i rzeczywiście, trudno coś zarzucić „Małemu światu Golema” pod tym względem. Odpowiednio utwardzona okładka ze skrzydełkami, dobrej jakości, gruby papier, oryginalne liternictwo i świetne tłumaczenie. Co więcej, ciekawym pomysłem jest wydanie komiksu w wersji „czystej”, to jest pozbawionej czegokolwiek, co nie należy do dzieła. Na skrzydełkach nie znajdziemy biogramu twórcy, na tylnej stronie okładki nie ma krótkiego streszczenia utworu i wyliczanki patronów medialnych.

Nie wahałbym się nazwać „Małego świata Golema” komiksem z licznymi elementami poetyki postmodernistycznej, gdyby nie to, że obdarzając go takim określeniem wyrządzę prędzej więcej szkody niż pożytku. Nie chcę obciążać go brzemieniem utworu wydziwionego i niezrozumiałego, bo przecież „Golemowi” bardzo od tego daleko. Ale da się dostrzec w komiksie kilka cech charakterystycznych dla tradycji ponowoczesnej, z których korzysta Sfar. W same założenia jego komiksu wpisana jest nieoryginalność, bowiem autor swobodnie korzysta ze swoich poprzednich utworów. Podkreślona została jego umowność jako utworu literackiego (strona 29 i przerwanie ciągłości narracji), a samego komiksu nie można traktować jako utworu koherentnego, spójnego (w 1894 roku nie mógł istnieć taki samochód, jakim poruszają się Michel i Vincent). Wreszcie „Golem” wyrasta z lokalnego i indywidualistycznego doświadczenia swojego autora, które nijak ma się do wartości powszechnie uznawanych za uniwersalne i powszechne, choć ten argument chyba najłatwiej obalić.

„Mały świat Golema” jest dobrą, a może nawet bardzo dobrą pozycją w dorobku wybitnego i płodnego twórcy, ale nie prezentuje klasy choć zbliżonej do „Kota Rabina”. Słowem – nie jest to wybitny komiks.

poniedziałek, 22 czerwca 2009

#189 - Dreszczowiec kolejowy

Lewis Trondheim dał się już poznać polskiemu czytelnikowi jako autor nie do końca typowej opowieści o piratach („Wyspa Burbonów. Rok 1730” od Egmontu) i odkrywca pierwszego komiksu spoza naszej galaktyki („A.L.I.E.E.N.” od Kultury Gniewu). Teraz, na kartach „Dworca Centralnego” (od Mroja Press, rysunki - Jean-Pierre Duffour), francuski twórca odsłoni kolejne ze swoich artystycznych wcieleń.

Wraz z głównym bohaterem utworu czytelnik trafi na tytułowy dworzec, gdzie nie przyjeżdżają żadne pociągi. Rozkłady jazdy utrzymywane są w tajemnicy, a każdy z zegarów pokazuje inną godzinę. Wszystkie kasy pozostają zamknięte, żaden z pracowników nie potrafi udzielić jakiejkolwiek sensownej pomocy. Groteskowość i grozę tej sytuacji potęgują obecne na miejscu dziwaczne indywidua – religijny fanatyk, nawracający przypadkowych podróżnych, biznesmen wydający irracjonalne polecenia ze swojego wagonu czy tajemniczy mnisi nastawiający wszystkie zegary na jedną godzinę. Poszukiwanie jakiejkolwiek informacji o pociągu przez głównego bohatera (przedstawionego w postaci animorficznego kota) i próba przetrwania w tym festiwalu szaleństwa stanowią treść tego komiksu.

Myślę, że „Dworcowi Centralnemu” więcje szkody niż pożytku wyrządziło porównanie z twórczością Franza Kafki. Bo rzeczywiście pewne cechy charakterystyczne dla prozy praskiego pisarza można odnaleźć w pracy Trondheima i Duffoura. Bezimiennego i anonimowego bohatera ścierającego się z bezduszną instytucją, której praw działania nie pojmuje, narrację utrzymaną na granicy jawy i koszmarnego snu, z którego nie sposób się obudzić, zdeformowaną rzeczywistość pełną parabolicznych obrazów czy dojmującą atmosferę niepokoju, stale towarzysząca czytelnikowi podczas lektury. Cały ten arsenał kafkowskich środków jest obecny w komiksie. Podobnie, jak „Proces”, możemy odczytywać „Dworzec Centralny” jako alegorię zagubienia się człowieka w obcym i wrogim mu świecie. Lecz ci, którzy będą chcieli wejść głębiej, poza tę nieco powierzchowną interpretację, mogą poczuć się zawiedzeni, skoro nie znajdą w komiksie religijnej egzegezy nowoczesności czy literackich egzorcyzmów tragicznej biografii. Ja przynajmniej ich nie znalazłem, ale wcale nie czuję się zawiedziony, bo utwór Duffoura i Trondheima broni się sam. To świetny kolejowy dreszczowiec, żerujący na moich lękach przed zagubieniem się na dworcu w obcym mieście, przesiadką do złego pociągu czy kradzieżą dokumentów. „Dworzec Centralny” swoim niepokojącym, dusznym nastrojem i przedziwnymi, absurdalnymi konceptami potrafił utrzymać mnie w napięciu aż do ostatniej strony, jako pierwszy komiks od czasów Maxa Anderssona i Thomasa Otta.

Wielka w tym zasługa grafika, który potrafi świetnie prowadzić fabułę i stopniowo dozować napięcie. Jean-Pierre Duffour stworzył „wyciszoną” oprawę wizualną utrzymaną w stonowanych i surowych odcieniach szarości, doskonale podkreślających klimat komiksu, będącego jego najmocniejszą stroną. Lekturą „Dworca Centralnego” najbardziej usatysfakcjonowani będą ci czytelnicy, którzy oczekują nastrojowej i wciągającej lektury. Ja na szczęście mogę się zaliczyć do tej grupy.