Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Micheal Lark. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Micheal Lark. Pokaż wszystkie posty

środa, 28 września 2016

#2237 - Lazarus #4. Trucizna

Autorem poniższego tekstu jest Krzysztof Tymczyński, a został on pierwotnie opublikowany na łamach bloga poświęconego Image Comics.

Obecnie w ofercie Image Comics znajdują się dwa tytuły, których jestem absolutnym psychofanem i przez to przygotowywanie recenzji kolejnych ich tomów stanowi dla mnie duże wyzwanie. Nie jest łatwo powstrzymać się od zalania tekstu masą zachwytów, serduszek, tęcz i jednorożców, a jednocześnie pozostać rzetelnym. Pierwszym z tych tytułów jest oczywiście "Saga", której kolejny tom pojawi się u nas lada dzień. Nie oznacza to jednak, że dopiero wtedy zaczną się trudności, ponieważ tym drugim jest właśnie "Lazarus", zaś poniższy tekst dotyczyć będzie czwartego tomu serii Rucki i Larka.


środa, 13 kwietnia 2016

#2121 - Lazarus#3. Konklawe

Autorem tekstu jest Krzysztof Tymczyński, a został on pierwotnie opublikowany na łamach bloga poświęconego Image Comics.

Swego czasu obiecywałem sobie, że nie będę dublować wydań anglo- oraz polskojęzycznych. Złamałem się pierwszy raz, gdy Mucha Comics zapowiedziała swoją edycję "Sagi", a więc komiksu, za którym po prostu przepadam. Wówczas byłem absolutnie przekonany, że nigdy przenigdy już tego nie powtórzę. O naiwności! Jakiś czas później Taurus Media zapowiada polską wersję "Lazarusa" Grega Rucki oraz Michaela Larka. Początkowo jeszcze się opierałem, ale w końcu nadszedł ten moment, w którym przestałem się oszukiwać – dziś na swojej półce mam już trzy tomy też serii i właśnie teraz chciałbym Wam napisać, dlaczego czym prędzej powinniście pójść moim śladem.

wtorek, 20 października 2015

#1981 - Lazarus #2. Awans

Autorem tekstu jest Krzysztof Tymczyński, a został on pierwotnie opublikowany na łamach bloga poświęconego Image Comics.

Złamałem się. Pierwszy tom cyklu "Lazarus" zrecenzowałem na podstawie wydań zeszytowych. Te nadal zbieram na bieżąco, ale pod koniec września zdecydowałem, że będzie to drugi tytuł, który sobie z przyjemnością zdubluję. I w taki sposób wszedłem w posiadanie drugiego taurusowego wydania zbiorczego.
 


czwartek, 26 marca 2015

#1836 - Lazarus #1. Rodzina

Autorem tekstu jest Krzysztof Tymczyński, a został on pierwotnie opublikowany na łamach bloga poświęconego Image Comics.

„Lazarus” jest serią tak świetną, że od samego początku zbieram ją w zeszytach. Tak bardzo przypadła mi do gustu, że nie wyobrażam sobie, aby nie być z nią na bieżąco i czekać na wydania zbiorcze. Mój portfel pozostaje niewzruszony na wydanie Taurusa, ale zachęcam innych do sięgnięcia po tę pozycję. Dzieło Grega Rucki i Micheala Larka to kolejny świetny komiks od Image, który warto mieć w swoich zbiorach.




piątek, 7 lutego 2014

#1521 - Lazarus (#1-4)

Dziś, poniższą recenzją na łamach Kolorowych debiutuje Grzegorz Olszewski. Jeśli jego tekst przypadł Wam do gusta, polecam jego bloga. Mnie przypadł - i to bardzo, mam więc nadzieję, że to jego pierwszy, ale nie ostatni raz.

A sniper and a headshot could solve all our problems, Jonah.

- Result: full hypovolemic decompensation with corresponding respiratory collapse (…) or, according to telemetry, down and dying. Now, the question: how long were you out?

– I’m… not sure… A minute? Maybe two?



poniedziałek, 27 czerwca 2011

#794 - Gotham Central

Wraz z przybyciem na pokład Kolorowych Zeszytów Marcina Zembrzuskiego (które w swoim wpisie Ryszard kilka dni temu zaspoilerował) nowy skład "all new, all different" melduje się w komplecie! Marcin debiutuje nie byle czym, bo świetnym tekstem, o nie mniej świetnej serii. Zapraszam również do odwiedzania jego blogów - filmowego i komiksowego. (KO)

"Gotham Central" to z pewnością jeden z najciekawszych seriali, których akcja działa się w uniwersum Mrocznego Rycerza. Pomysł na całkiem oryginalną całość jest bardzo prosty - oto świat gothamskiej zbrodni widziany oczami zwykłych policjantów. No prawie zwykłych - są to detektywi wydziału śledczego, których rekrutował sam komisarz Gordon. Scenarzyści serii, Ed Brubaker i Greg Rucka, postanowili maksymalnie uwiarygodnić miasto Człowieka Nietoperza, uczynić je miejscem, w którego istnienie nikt nie mógłby wątpić.

Zrezygnowali więc z ewentualnego futuryzmu czy gotyku znanego z filmowych adaptacji Tima Burtona - Gotham w ich wydaniu wygląda jak przeciętna amerykańska metropolia. Scenarzyści w towarzystwie Michaela Larka, rysownika słynącego z realizmu i drobiazgowości, skupili się na autentyczności procedur śledczych oraz psychologii postaci.

Historiom, które stworzyli daleko do typowych kryminałów czy obrazów sensacyjnych. Ich bohaterowie przeżywają rozterki, jakie wszyscy miewamy, po broń sięgają rzadko, na miejsce zbrodni przybywają za późno, a śledztwa, które prowadzą, są żmudne i pełne mylnych tropów. Tyle że na koniec często czeka ich spotkanie z demonicznym przestępcą pokroju Jokera. A że policjanci pozbawieni są nadludzkiej siły czy supernowoczesnego sprzętu, z takimi przeciwnikami mają niewielkie szanse. Ale jak się z tym czują? Jak bardzo i w jaki sposób wpływa to na ich życie, nie tylko zawodowe? Jaką mają motywację do dalszego działania? I wreszcie - co czują do Batmana, tak często wyręczającego ich w kryzysowych sytuacjach? Oto pytania, jakie zadaje "Gotham Central". Zaś odpowiedzi, których czytelnikowi udziela, dalekie są od banału.

Akcja serii dzieje się w czasach, kiedy James Gordon przeszedł już na emeryturę, kiedy Harvey Bullock od dawna łajdaczy się w kolejnych knajpach nie mając wiele wspólnego z policyjną robotą, a uznany za wariata Bruce Wayne nie pokazuje się już publicznie. Co ciekawe, Batman uchodzi tu za zwykłą miejską legendę - oficjalnie wcale nie istnieje, a korzystanie z batsygnału uznawane jest za straszak na przestępców, mający tylko podtrzymywać mit. Skomplikowana i jak zwykle dysfunkcyjna biurokracja, o której po części serial także opowiada, sprawia, iż uruchomienie słynnej lampy przez gliniarzy traktowane jest jako złamanie prawa. Więc, gdy zapada decyzja o poproszeniu Nietoperza o pomoc, uruchomić batsygnał może wyłącznie osoba niezwiązana z pracą w policji sensu stricte. Absurd z życia wzięty. Ale też detektywi wydziału śledczego wzywają swojego herosa raczej niechętnie, kiedy to już nie widzą większej nadziei we własnych działaniach.

Tym samym jest on postacią nawet nie drugoplanową, a epizodyczną (w niektórych historiach nie pojawia się wcale). Sprawia to, że jest bardziej tajemniczy niż kiedykolwiek wcześniej, a pozbawiony policyjnego przyjaciela pokroju komisarza Gordona - zaskakująco szorstki. Ciekawie też potraktowano super-złoczyńców. Otóż, wbrew pozorom, twórcy nie starali się ich wcale uczłowieczyć, ograniczając ich niezwykłość. Two Face, Kobieta Kot czy Szalony Kapelusznik pozostają takimi, jakimi ich znamy. Skoro jednak kolejne historie ukazywane są z punktu widzenia policjantów, to złoczyńców oglądamy tak samo rzadko, jak Batmana. Dzięki temu potencjalne zagrożenie, jakie niosą, staje się prawdziwe. W tym miejscu pochwalić też trzeba rysującego ich Larka - mimo groteskowego charakteru pasują do zwyczajnie wyglądającego Gotham tak samo, jak ścigający ich stróże prawa.

Wiele o charakterze całości mówi już otwierająca ją dwuzeszytowa opowieść "In The Line of Duty". Oto dwóch detektywów udaje się do mieszkania, w którym - jak doniósł pewien średnio wiarygodny informator - znaleźć mogą jakieś wskazówki na temat porwania nastolatki. W związku z jej sprawą nie znajdują nic, za to mieszkanie okazuje się kryjówką Mr. Freeze'a. Owocem tego spotkania jest śmierć jednego z bohaterów, który na oczach drugiego, nie mogącego nic zdziałać, zostaje przez przestępcę zamrożony, a następnie powoli rozrywany na kawałki. Doprawdy makabryczna zbrodnia. Trauma, jaką przeżył ocalały detektyw Driver, będzie się za nim jeszcze długo ciągnąć. Znacząco wpłynie to też na morale całego zespołu, do którego należy.

To właśnie te psychologiczno-obyczajowe obserwacje są najmocniejszą stroną serii, która w swoich najlepszych odsłonach traktuje kryminał jako punkt wyjścia - środek, a nie cel sam w sobie. Świetne "In The Line of Duty" wyjątkowo zostało napisane przez obu scenarzystów. Bo z reguły tworzyli na zmianę: Brubaker zajął się historiami dziejącymi się głównie za dnia, a Rucka - nocą. Zdecydowali się na taki układ, gdyż obu interesowały trochę inne tematy, a także postaci, o których losach chcieli opowiadać. Tym samym ich scenariusze wzajemnie uzupełniają się, tworząc jednak spójną całość. Bo mimo pewnej różnorodności obaj skupiali się na tym samym - dokładnej obserwacji danych jednostek i ich pracy zawodowej, gdzie częściej od wystrzałów broni słychać niekończące się rozmowy na wszelkie możliwe tematy.

Bardzo istotnym elementem serii jest ambiwalentny stosunek funkcjonariuszy do Batmana. Heros często postrzegany jest nie tyle, jako ostatnia deska ratunku, co tzw. mniejsze zło. Czasem jest niemile widziany nawet wtedy, gdy ratuje sytuację, z którą bohaterowie nie mogliby sobie sami poradzić. Zadane zostaje pytanie: dlaczego mieliby okazywać mu wdzięczność, skoro większość jego działań przypomina im o ich bezsilności? Wprawdzie pojawiają się też postaci, na które działa on motywująco i które chętnie z nim współpracują, ale w większości wypadków ma wręcz destrukcyjny wpływ na policyjne ambicje i morale. Ta niejednoznaczność wespół z ciągle pojawiającymi się w komiksie dylematami moralnymi, a czasem też dosyć ponurą tonacją, przywodzi na myśl poetykę kina noir. Już sama legenda Mrocznego Rycerza doskonale się z nią komponuje, a w "Gotham Central" otrzymujemy bohaterów typowych dla najsłynniejszego modelu czarnego kryminału - detektywów teoretycznie znajdujących się na z góry przegranych pozycjach. Ludzi, którym często towarzyszy mieszanka romantyzmu i cynizmu.

Wbrew pozorom (?) serial nie jest tytułem jednoznacznie pesymistycznym - wówczas byłby jednowymiarowy, a i nie miałby większych szans na sprzedaż (w końcu wydawany był przez wiadomego giganta amerykańskiego rynku, który choć zachwycony pracami autorów "Gotham Central", stale pilnował, by nie przekroczyli pewnej granicy). To, co przygnębiające stale równoważone jest pewną dawką optymizmu - okazjonalną przebojowością i humorem, przede wszystkim zaś idealistyczną wiarą scenarzystów w tzw. cholernie dobrych gliniarzy. Bowiem wszyscy bohaterowie wydziału śledczego są postaciami stuprocentowo pozytywnymi. Może się to wydawać dosyć naiwne, ale postacie są przy tym nie pozbawione wad. Pamiętać też należy, iż są to głównie ludzie, których wybierał osobiście komisarz Gordon, chcący w mieście umierającym przez korupcję stworzyć zespół, któremu bierność czy przekupstwo byłoby całkiem obce. I udało się. Wszystkie postaci, z jakimi bliżej zapoznają nas twórcy, są bardzo wiarygodne, o własnym, wyraźnie zarysowanym charakterze. Część z nich czytelnik poznaje tak dobrze, iż stają się ludźmi z krwi i kości, pozbawionymi jakiejkolwiek umowności. To oraz fakt, że zamiast jednego głównego bohatera otrzymujemy zbiorowy portret całego wydziału, a po części i samego miasta Gotham, przywołuje na myśl zupełnie inny tytuł: kryminalno-obyczajowy serial "The Wire", największe arcydzieło telewizji ostatnich lat (jeśli nie w całej jej historii).

Seria Rucki i Brubakera jest wprawdzie rzeczą bardziej gatunkową, a mniej ambitną, pozbawioną np. politycznej satyry, ale można odnaleźć sporo wspólnych cech oby pozycji. Będą to nie tylko te już wymienione, ale i choćby kreacja miejskiej legendy, brak jakiegokolwiek efekciarstwa (choć materiał byłby dlań wdzięczny), ogromna ilość świetnie napisanych dialogów, istotne tło społeczne, a nawet pewna konkretna postać wybuchowej policjantki-lesbijki i jej wynikających z tego problemów. Autorzy komiksu nie podali wprawdzie żadnego tytułu, którym by się inspirowali (a przynajmniej mi nie udało się na taką informację natrafić), ale chętnie opowiadają o swojej miłości do telewizyjnych seriali policyjnych. I nawet, jeśli określenie "serial policyjny" jest dla niezwykle skomplikowanego "The Wire" trochę krzywdzące, nie mam wątpliwości, że jeśli ktoś polubi jeden z tych tytułów, to polubi i drugi. Niezależnie od kolejności, w jakiej by je poznawał.

Gotham Central wydawane było w latach 2003-2006 i z miejsca podbiło serca komiksowych krytyków, szybko otrzymując szereg nominacji do statuetek Eisnera. Ale ten oczywisty sukces artystyczny nie przekładał się niestety na sukces komercyjny - wydawania kolejnych zeszytów stale oznaczało mniejszą czy większą finansową klapę. Na szczęście szefostwo DC Comics zachwycone pracami Brubakera, Rucki i Larka, ciągle publikowało kolejne zeszyty, obiecując nawet autorom, iż serial trwać będzie tak długo, jak długo będą chcieli nad nim pracować. A w międzyczasie zarabiać zaczęły wydania zbiorcze komiksu, który zaczął zyskiwać sobie grono oddanych fanów. Niestety po niespełna 30 zeszytach z zespołu odszedł Michael Lark, przez co poziom oprawy graficznej trochę spadł. Później zrezygnował Brubaker, pieczę nad kilkoma ostatnimi zeszytami zostawiając samemu Rucce.

I w tym niekoniecznie optymistycznym miejscu należałoby zaznaczyć, że cały serial jest jednak rzeczą dosyć nierówną, gdyż zdarzały się opowieści zaniżające jego ogólnie wysoki poziom. Były to te historie, w których kryminalne elementy odgrywały największą rolę. Zdarzała się wówczas autorom popadać w pewien schematyzm. Na szczęście przeważały historie zgrabnie łączące gatunkowość z obserwacją psychologiczno-obyczajową, a zdarzały się też takie, które całkowicie skupiały się na wewnętrznych przeżyciach danych postaci, jak na przykład niezwykłe "Daydreams and Believers". Jej bohaterka uzależniona jest od fantazjowania o romansie z Mrocznym Rycerzem. Choć nie obyło się bez potknięć, ciężko mi nie myśleć o "Gotham Central", jako o rzeczy bardzo udanej i godnej polecenia każdemu fanowi Batmana. Bo mimo, iż nie jest już novum w jego uniwersum, to po dziś dzień wcale się nie zestarzało. Ale przede wszystkim dlatego, że kultowy heros pojawiał się tam tak rzadko, a komiks nie tylko nic na tym nie trafił, ale i dużo zyskiwał.

środa, 15 grudnia 2010

#643 - The Pulse

W tych trudnych czasach dla mediów papierowych "Daily Bugle" kiepsko się sprzedaje. Nie dość, że przegrywa konkurencję z nowymi mediami, całodobową telewizją informacyjną i internetem, to jeszcze linia programowa proponowana przez J. Jonaha Jamesona niezbyt odpowiada czytelnikom. Delikatnie mówiąc. Szkalujący na każdym kroku "masked vigilantes" tabloid nie jest chętnie kupowany przez nowojorczyków zakochanych w swoich bohaterach. Aby przetrwać na rynku "Bugle" będzie musiał dać ludziom to, czego chcą, nawet jeśli doprowadza to JJJ'a do szaleństwa. Wydawca przełykając gorzką pigułkę zgadza się na "The Pulse". Kolumną, w której superbohaterowie będą pokazywani z nieco lepszej strony, ma prowadzić Jessica Jones."The Pulse", seria licząca sobie zaledwie 14 zeszytów, zamyka się w trzech wydaniach zbiorczych i jest w pewnym sensie kontynuacją wydawanej w MAXie serii "Alias" (o której mam nadzieję w niedalekiej przyszłości również napisać). Brian M. Bendis opowiada dalsze losy Jessiki Jones, ex-superbohaterki ze stażem w Avengers, znanej jako Jewel, byłej prywatnej pani detektyw, a obecnie pozostającej na bezrobociu przyszłej matki. Desperacko poszukująca stałej posady znajduje zatrudnienie w cieszącym się fatalną opinią szmatławcu. Wraz z Benem Urichem mają dać to, czego czytelnicy "Faktu" czy "Super-Expressu" chcą najbardziej – "inside scoop" prywatnego życia super-celebrytów z nadludzkimi mocami, zobaczenia ludzkiej twarzy skrywanej za kolorową maską, skandali, usuniętych ciąż i analizy romantycznych konfiguracji w Avengers.

Trudno jest wymyślić coś nowatorskiego i świeżego w temacie superhero po Alanie Moorze i Franku Millerze, Kurcie Busieku i Marku Waidzie, Marku Millarze i Brianie K. Vaughanie. Bendis próbuje jednocześnie zobaczyć superbohaterski mit z nieco innej perspektywy (pomysł na bugle'ową kolumnę) i prezentuje nieco inny model heroizmu (czyli "working class super-hero mom" Jessika Jones). Oczywiście nie sposób uznać jego pomysłów za oryginalne, bo seria zapowiadała się na "Marvels" w odcinkach, ale potencjał "The Pulse" i tak był ogromny. I przez Bendisa został zupełnie roztrwoniony, bo komiks traktuje o czymś zupełnie innym…Pierwsza historia bardziej skupia się na odgrzebanym po raz kolejny konflikcie Spider-Mana z Normanem Osbornem, niż na zatrudnieniu Jones u Jamesona i nie mogę znaleźć innych, niż koniunkturalne, powodów na sięgnięcie po jeden z najbardziej ikonicznych wątków Marvela. "Secret War" można potraktować, jako tie-in do bendisowej "Tajnej Wojny", nic ciekawego nie wnoszący do głównego wątku. Dopiero w trzecim i ostatnim trejdzie "Fear" Ben Urich dotyka dość ciekawego motywu bohatera upadłego i skundlonego, choć historia z D-Manem nie do końca wypada przekonująco. W roli reportera śledczego musi poradzić sobie sam, bo jego partnerka zajęta jest rodzeniem dziecka. "The Pulse" zamyka pierwszy annual "New Avengers", w którym Jessica mówi sakramentalne tak i czyni z Luke'a najszczęśliwszego faceta pod słońcem. Szkoda tylko, że ta historia do całości pasuje, jak pięść do nosa.Pracą nad oprawą wizualną podzielili się artyści, z którymi Bendis lubi współpracować. Mark Bagley nigdy nie należał do moich faworytów i rysując pierwszą historię nie zmusił mnie do zmiany mojego zdania. Trudy regularnej pracy przy "Ultimate Spider-Mana" wymuszające na nim ciągły pośpiech strasznie zniekształciły jego styl, który tak dobrze wspominałem ze starego, TM-Semikowego "Pająka". Brent Anderson to przeciętniak, o którym trudno napisać coś więcej, natomiast Micheal Lark prezentuje się najlepiej w tym towarzystwie. Klasyczna, bardzo prosta, ale nie pozbawiona dynamizmu, utrzymana w szarej tonacji świetnie krecha sprawia bardzo dobre wrażenie. W podobne estetyce, co prace znanego z pracy nad "Daredevila" artysty, utrzymana jest kreska Micheala Gaydosa, ale brakuje jej mu lekkości Larka. Jego rysunki jest koślawo przerysowane, momentami wręcz brzydkie.

Brian M. Bendis bardzo mnie rozczarował "Pulsem", zarzynając tak frapująco zapowiadający się koncept. Ach, ileż można by wycisnąć ze świata superbohaterów w ujęciu prasowo-medialnym, jakiż byłby to znakomity materiał na serial! Podrzędni herosi walczący o najmniejszą wzmiankę, raporty z pierwszej linii frontu, wywiady z ekipami remontowymi odbudowującymi Nowy Jork po każdym większym starciu i wreszcie herosi ciągający po sądach pismaków wypisujących o nich same bzdury i kłamstwa. Tyle tematów, tyle możliwości, świetna obsada bohaterów z redakcji "Bugle'a" (JJJ, Ben Urich, Robbie Robertson, Kat Farrel)… Wciąż nie potrafię zrozumieć, jak to mogło nie wypalić w rękach scenarzysty odpowiedzialnego za "Powers" i "Alias"?

poniedziałek, 26 stycznia 2009

#115 - „Captain America” vol.5

Ed Brubaker jest prawdziwym skarbem dla Marvela. Cieszy się podobnym statusem, co Geoff Johns w DC – czego ten komiksowy Midas się nie dotknie, to zamienia się w złoto. No dobra, nie wszystkiego, bo nie wyszło mu jedynie z „The Uncanny X-Men”, ale z takiego gówna, jakim stał sztandarowy komiks z mutantami, nikt nie zrobi czegoś interesującego. Zwykle nazwisko Brubakera na okładce gwarantuje wysoką, mainstreamową jakość, na dowód wystarczy wymienić takie serie jak „Daredevil” (z rysownikiem Michaelem Larkiem) czy „Immortal Iron-Fist” (ze współscenarzystą Mattem Fractionem i rysownikiem Davidem Ają). Jego pierwszym, dużym sukcesem w Marvelu była praca nad „Kapitanem Ameryką”, którą rozpoczął w 2004 roku i z niesłabnącym powodzeniem kontynuuje swoje dzieło do dnia dzisiejszego. 

Włodarze Marvela niewiele ryzykowali oddając w ręce uzdolnionego scenarzysty „Captain America”, bo jeden z ich flagowych tytułów radził sobie kiepsko. Natomiast Brubaker całkiem nieźle poczynał sobie pracując dla DC. Wraz ze rysownikiem Stevem Eptingiem wyzerował licznik i z historią „Out of Time” wystartował z piątą serią przygód amerykańskiego super-żołnierza. I, jak należało się spodziewać, odniósł sukces. 

Bru od samego początku nie patyczkował się z serią i z miejsca porwał się na jedną z największych świętości w mitologii Steve`a Rogersa. Majstrowanie przy Buckym, nastoletnim sidekicku, który zginął na froncie II Wojny Światowej, można porównać do próby przywracaniu zza grobu wujka Bena albo wskrzeszaniu rodziców Batmana. Ten zamach na jeden z najważniejszych elementów originu Kapitana Ameryki, w przeciwieństwie choćby do powrotu Jasona Todda, wyszedł sensownie i ciekawie. Nie napiszę Wam wprost czy Bucky rzeczywiście powrócił do krainy żywych, choć dla wielu pewnie nie jest to żadna tajemnica, żeby nie psuć przyjemności z lektury. A tej w przypadku serii „Captain America vol.5” jest sporo.

Kapitan Ameryka, obok Supermana, jest typem bohatera, którego przygody niełatwo pisać. To dość płaska postać, uosabiająca staroświeckie i bardzo amerykańskie wartości, z którymi niewiele da się zrobić. Brubaker nie kombinował z żadnymi udziwnieniami, pod jego ręką komiks wyzbył się tej patriotyczno-komiksowej infantylności, zachowując prawdziwą esencję przygód prawdziwie amerykańskiego herosa, będącego uosobieniem republikańskich cech wszelakich, którą dodatkowo wzbogacił o sensacyjny sznyt. Tak po prawdzie to w „Kapitanie Ameryce” jest bardzo mało trykotów, a sam tytuł mocno ciąży ku opowieściom szpiegowskim w stylu takiego dojrzałego Bonda. Mamy zatem byłych generałów KGB knujących spiski, echa zimnej wojny, sowieckich tajnych super-agentów, neonazistów, latające samochody i znakomite reminiscencje samego Rogersa z II Wojny Światowej. „Captain America” trzyma równy, wysoki poziom, a jej autor nie zalicza jakichś drastycznych wahań formy. Komiks napisany jest naprawdę bardzo dobrze, a historię wyjątkowo dobrze czyta się w zeszytach – Brubaker znakomicie potrafi skomponować akcję, aby na tych 24 stronach zmieścić autonomiczny fragment większej całości. A naprawdę wielu znakomitych komiksiarzy (mainstremowych) ma z tym problem, biorąc Bendisa, jako przykład pierwszy z brzegu. Czytając całość (polecam wydanie omnibus) nie można nie docenić „architektury” komiksu, jego kompozycji i sposobu, w jaki Bru łączy wszystkie wątki w jedną, sensowną całość.

Większych zarzutów nie można mieć równie do oprawy wizualnej. Steve Epting dał mi się zapamiętać z koszmarku, jakim były dwa numery „Mega Marvel” z Avengersami. W „Kapitanie Ameryce” zupełnie nie poznałem Eptinga. Zmienił swój styl na bardziej realistyczny i skuteczniej, wraz z inkerami, tuszuje swoje niedoróbki, bo wybitnym rysownikiem nie jest. Cieszy, że nawet jeśli Epting oddaje ołówek komuś innemu (Johnowi Paulowi Leonowi albo Michealowi Larkowi), to jest to artysta prezentujący podobny styl.
 
Nic nie wskazuje na to, że Bru podzieli los Bendisa, którego praca przy tytułach linii super-hero całkowicie artystycznie wyjałowiła i zdegenerowała. Równocześnie z pracą nad trykotami, Brubaker wciąż robi znakomite serie „niezależne” (o ile tak można nazwać kryminały pisane dla marvelowego imprintu Icon) – „Criminal” i „Incognito”. Mam taką cichą nadzieję, że kiedy Bendis wreszcie przestanie być głównym architektem marvel-świata, jego miejsce zajmie właśnie Ed Brubaker, wspomagany przez Dana Slotta i Marka Millara. Na zakończenie nie pozostaje mi nic innego, jak tylko życzyć, aby trzeci Eisner z rzędu dla najlepszego scenarzysty trafił do rąk Eda.