Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Frank Cho. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Frank Cho. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 29 października 2012

#1169 - Shanna the She-Devil: The Killing Season

Nie mnie sadzić czy to dobrze, że Jim Lee doczekał się aż tylu epigonów - ale ci (z małymi wyjątkami - np zrehabilitowany J.H. Williams III) wstępu na Arkham zazwyczaj nie mają. W teorii nie powinno go też być dla Franka Cho - jego styl to kiczowaty, seksistowski, silikonowy koszmar żerujący na najniższych instynktach czytelnika. Ale co, gdy chodzi o komiks o kobiecie uzbrojonej w dwie maczety i zabijającej tabuny dinozaurów? Nie ma co odstawiać bufonady - w tym kontekście wszystko zaczyna działać na korzyść tych rysunków, bo ganienie tego stylu byłoby równie idiotyczne, jak ganienie grindhouse'owego taniego filmu z wydekoltowanymi dziuniami zabijającymi zombie.

Komiks "Shanna the She-Devil: The Killing Season" trafił do mnie przez przypadek - kupiłem go okazyjnie w zestawie z kilkoma klasycznymi pozycjami Marvela. Mimo, że wychowany jestem na "Kadilakach i Dinozaurach", a darowanemu koniowi w zęby się nie zagląda, to byłem nastawiony do "Shanny" bardzo sceptycznie. Miło się zaskoczyłem. To całkiem przyzwoita, pulpowa historia, do której, jakby na przekór, Cho (który zajął się nie tylko oprawą graficzną ale i scenariuszem) podszedł nadzwyczaj poważnie, próbując zawrzeć w niej refleksje na temat szukania człowieczeństwa w istocie stworzonej do zabijania. Oczywiście było to bardzo ryzykowne, trudne i nie sposób oprzeć się wrażeniu, że ostatecznie bezcelowe - ale jest to tak sprawnie napisane czytadło, że wyszło to temu komiksowi na dobre. Bardzo ciekawym zabiegiem jest odcięcie się od pierwowzoru, bo komiks jest tylko luźno oparty o marvelowską ramotkę z lat 70tych. "Shanna the She-Devil" w wersji Cho jest daleko posuniętą parafrazą - zamiast quasi-tarzańskiej atletki bohaterką jest niemiecki eksperyment genetyczny znaleziony przez rozbitków w tajnych nazistowskich laboratoriach znajdujących się na wyspie pełnej dinozaurów (sic!), w uniwersum Marvela znaną jako Savage Land.
Połączenie elementów charakterystycznych dla wczesnej fantastyki naukowej jest dość powszechne we współczesnej pulpie, ale "Shanna" nie sprawia wrażenia jakoś szczególnie nieświeżej, bo Cho nie korzysta z tego wszystkiego by stworzyć pretensjonalny, postmodernistyczny ulepek - brak tu ennisowskiej zgrywy, tarantinowszczyzny i puszczania oka do czytelnika. Obcując z pulpową tradycją nie szuka okazji do wyśmiania jej. To komiks na tyle poważny, na ile może być poważna opowieść traktująca o cycatej blondynie zabijającej setki dinozaurów. Cho przedstawił swoją historię bez szaleństw (o ile sam pomysł nie jest szalony) i niepotrzebnej ekstrawagancji, zbliżając się tym samym do poetyki kina nowej przygody i filmów pokroju "Predatora", "Terminatora 2" i, siłą rzeczy, do "Parku Jurajskiego". Tak jak w owych filmach, prócz związków z Golemem czy Frankensteinem (które w przypadku Cho raczej są nie do końca zamierzonymi intencjami - to tylko ten sam typ historii), cytat nie ma tu najmniejszego znaczenia. Trafne będzie też szukanie tu związków z opowieściami pokroju "Conana", czy - jeszcze bliżej - komiksową wersją "Red Sonji".
Możliwe, że to kwestia tego, że niczego od tego komiksu nie oczekiwałem, albo gust psuje mi się coraz bardziej (bo mimo sprawności rzemieślniczej autora to zdecydowanie pozycja w złym guście), bo podczas lektury bawiłem się znakomicie. Biorąc pod uwagę konwencję, w której się obraca i styl jakim się posługuje, rysunkom Cho niewiele można zarzucić. To bardzo dobra rzemieślnicza robota, z jej wszystkimi przywarami i zaletami - zarzucić jej można uproszczenia, oszczędne tła, a chwalić za efektowność i sprawną, czytelną narracje obrazem. Brak tu też oczywiście jakiejkolwiek subtelności, a sama bohaterka posiada aparycję gwiazdy porno. Dla jednych to zapewne zaleta, dla innych wada, ale pamiętając o targecie tej publikacji jakiekolwiek rozwodzenie się na ten temat nie ma najmniejszego sensu. Z tego co wyczytałem w internecie, komiks miał się pojawić w MAX, linii Marvela dla dorosłych i miał byc znacznie bardziej dosadny - mocniejsze sceny przemocy, golizna etc. Niestety, wydawnictwo szukając szerszego targetu dla tego typu historii, zmusiło Cho do wyeliminowania co odważniejszych scen. Wielka szkoda, bo pójście na całego mogło zaowocowac czymś jeszcze bardziej rozrywkowym.

Siedmiozeszytowe "Shanna the She-Devil" nie jest ostatecznie domkniętą historią i wydaje się być tylko otwarciem furtki, wstępem do dłuższej serii. Komiks nie doczekał się jednak następnych odsłon. Na tegorocznym nowojorskim Comic-Conie zapowiedziano jednak, że "Shanna" wraca znów na łamy komiksów Marvela. Pojawić ma się w serii "Savage Wolverine" - ponoć inspirowanej prozą Lovecrafta i "Indianą Jonesem" - a pisać i rysować ma ją nie kto inny, jak Frank Cho. Tym razem jestem już pozytywnie nastawiony. Spotkanie Weapon X i silikonowej, nazistowskiej superbroni może przynieść czytelnikom sporo frajdy. 

poniedziałek, 25 czerwca 2012

#1063 - New Avengers t.03: Kłamstwa i tajemnice

Na kolejne tomy "New Avengers" czekam prawie tak, jak na kolejne zeszytówki od Semika. Brianowi Bendisowi, jak mało komu, udało uchwycić się tego samego superbohaterskiego ducha, który w swoich dziełach zaklęli Lee z Kirby`m, Claremont i Byrne`a czy spółka Micheline-McFarlane. A same albumy od Muchy pięknie pachną farbą drukarską, co jeszcze pogłębia mój nostalgiczny nastrój, Niestety, niekiedy scenarzysta z Cleveland nie potrafi stanąć na wysokości zadania. Szwankuje wykonanie, na wierzch wychodzi wychodzi pośpiech. Trzymając się tej metafory ducha, to może i on zostaje zachowany, ale litera wychodzi jakaś taka koślawa.

Na kolejny tom serii zatytułowany "Kłamstwa i tajemnice" składają się dwie historie. W pierwszej - trzyczęściowym "Roninie", Nowi Mściciele wraz z tytułowym, zamaskowanym herosem udają się do Japonii w pościg za Silverem Samuraiem. W drugiej, tytułowych "Kłamstwach i tajemnicach" pokazane zostaną skutki tej orientalnej wycieczki, a sekret powrotu Spider-Women i jej mocy zostanie wyjaśniony. Przynajmniej, w pewnym stopniu, jak się później może okazać. Wciąż ciągnie się szpiegowski wątek wielkiej konspiracji, kretów w S.H.I.E.L.D., gnijącej Hydry i zniknięcia Nicka Fury`ego, który rozpoczęty został podczas "Tajnej wojny". I będzie on jeszcze długo przewijał się w pisanych przez Bendisa (i nie tylko) komiksach. Co ciekawe, w obu tych historiach główne role odgrywają kobiety. W pierwszej reflektory skierowane są na pewną tajemniczą znajomą Daredevila, szefującą Hydrze Viper i Spider-Woman, a w drugim - pierwsze skrzypce gra znowu Jessica Drew, Ms. Marvel, a swoje momenty mają również Kat Farrel i Jessica Jones. Szkoda, że wszystkim tym dziewczynom show kradnie J. Jonah Jameson, który na łamach "Bugle`a" opisuje prezentację nowego składu Avengers. Za takie właśnie momenty kocham to, co z superbohaterszczyzną wyprawią Bendis.

Wyprawę do Japonii zilustrował David Finch, znany z pierwszego tomu "New Avengers". Pisząc o jego kresce, wypadałoby powtórzyć to, co padło przy okazji "Ucieczki". To zakorzeniona w stylistyce lat dziewięćdziesiątych, obfitująca w tusz konkretna amerykańska krecha. Monstrualne mięśnie, nienaturalnie rysowane twarze i paskudne, kolory z komputera, do których wychowani na klasykach z lat osiemdziesiątych czytelnicy, tacy jak jak, się nigdy nie przyzwyczają. Zupełnie inny styl prezentuje Frank Cho. Koreańsko-amerykański artysta operuje bardzo czystą, miękką kreską, podobną do tego, co wychodzi spod rąk Stuarta Immonena czy Steve`a McNivena. Bez bicia przyznam, że jest to jeden z moich ulubionych mainstreamowych rysowników. Także z tego powodu, że uchodzi za jednego z największych specjalistów od portretowanie kobiecych wdzięków. Ma bardzo charakterystyczną manierę rysowania kobiet - zamiast typowych dla konwencji super-hero przerysowanych, biuściastych anorektyczek, Cho rysuje obficie wyposażone panie przy kości, z pewnym elementarnym poszanowanie damskiej anatomii (na tyle, na ile to możliwe w komiksie tego typu). Przez złośliwców porównywane do wąsatych atletek z NRD, mają jednak swój nieodparty urok i co tu dużo mówić - wręcz ociekają seksualnością, wyginając się przed nastoletnim czytelnikiem w wyzywających pozach (przyjrzyjcie się dobrze Ms. Marvel podczas walki z Klawem). Co ciekawe Cho taki efekt uzyskuje nie przez deformacje i przerysowanie, ale właśnie zachowanie anatomicznych proporcji (powtórzę - na ile to takim komiksie jest wykonalne).

"Kłamstwa i tajemnice" trzymają bendisowy poziom serii. Pełnokrwiste, żywe dialogi - nikt w branży nie pisze Spider-Man i Wolverine`a, jak Bendis. Kilka niezłych linijek dostało się Kapitanowi Ameryce i Luke`owi Cagowi. Zabawy z inwersją czasową i ogólnie ze sposobem przedstawiania wydarzeń urozmaicają tok opowieści. Podobnie, jak oddanie na moment Ms. Marvel funkcji narratorki. W porównaniu z "Sentry`m" w trzecim tomie brakuje nieco tego nieszablonowego podejścia do superbohaterskich klisz, ale w komiksie, jak zresztą w całej serii, da się wyczuć pewne ironiczne zdystansowanie do całego tego ultraheroicznego, do bólu patetycznego sztafażu. 

Teraz, dla wydawnictwa Mucha Comics zaczynają się schody. Wprowadzenie Carol Danvers było związane z tym, co wydarzyło się podczas "House of M" i powiązana mocno z mitologią Avengers, ale bez znajomości jednego i drugiego dało się jakoś przełknąć ten wątek. Jednak w kolejnych trejdach zaangażowanie flagowej przecież serii Marvela w najważniejsze wydarzenia dziejące się na Ziemi-616 będzie już tylko rosło. Następny zapowiadany album - "Kolektyw" - opisuje bezpośrednie konsekwencje działań Wandy Maximoff. Oczywiście, da się ten komiks czytać bez znajomości pewnych tradycji i motywów, odłączyć je od historii, z którymi są bezpośrednio połączone, a to, co czytelnikowi niezbędne do podjęcia lektury dopowiedzieć w posłowiu.

Ale czy didaskaliami będzie się dało zatuszować nieobecność głównej mini-serii "Marvel Civil War" czy "Secret Invasion", do których w pewnym momencie "New Avengers" stają się tylko dodatkiem? Nie dość, że marvelowscy "Nowi Mściciele" są hermetyczni, jak każdy przeciętny superbohaterski komiks (czyli jak cholera) to jeszcze Musze opłaca się publikować tylko wycinek większej całości. Nie mówię, żeby wydawać wszystkie tie-iny jak leci, ale dla potencjalnego czytelnika, który jest fanbojem ("gdzie kluczowy numer tej ważnej serii, bez którego nie wiemy, dlaczego główny bohater zmienił fioletowe skarpety na czerwoną zbroje, do diaska!?") albo "zwykłego czytelnika" ("co to za cholerni, zieloni kosmici i co robią na ziemi, do diaska?") lektura serii wydawanej w tak "okrojonej" wersji może okazać się albo niemożliwa, albo niesprawiająca czytelniczej radości.

poniedziałek, 8 marca 2010

#393 - Shanna, the She-Devil

Shanna, to trzecioligowa bohaterka Marvela, stworzona na początku lat 70-tych przez Carole Seuling, Steve'a Gerbera i Georga Tuskę na "zlecenie" Stana Lee, który wprowadzając do świata Marvela nowe żeńskie postaci (oprócz królowej dżungli była to jeszcze Night Nurse i Tigra), chciał zyskać nieco więcej czytelniczek. Najlepiej na tym wyszła Tigra - co prawda nie stoi ona w pierwszym rzędzie superherosów Marvela, ale jej losy na bieżąco można śledzić w serii "Avengers: The Initiative". Pozostałe dwie panie występują na łamach komiksów epizodycznie, ale to właśnie Shanna doczekała się kilka lat temu dwóch mini-serii i jako tako odświeżyła pamięć o sobie w czytelniczych (głównie męskich) głowach.

W 2005 roku Frank Cho, na łamach siedmiu numerów serii "Shanna, The She-Devil", za namową Alexa Alonso, przedstawił autorską wizję powstania i przygód skąpo ubranej wojowniczki. Tym razem, główna bohaterka jest efektem nazistowskich eksperymentów, które miały miejsce podczas II Wojny Światowej na zapomnianej wyspie, po której hasają raptory i tyranozaury. Brzmi kiczowato? Tak. Fabuła trąci nieco słabym kinem klasy Z? Oczywiście. Mimo to historię tą czyta się z przyjemnością, czemu w dużej mierze pomaga warstwa graficzna za którą odpowiedzialny jest również Cho. Komiks ten rozpoczyna się w momencie, gdy amerykański oddział rozbitków odnajduje na wyspie niemieckie laboratoria, a w nich osiem "słojów" z kobietopodobnymi stworzeniami w środku. Nie będzie zaskoczeniem, kiedy napiszę, że siedem "obiektów" jest martwych, a tylko jeden daje oznaki życia i szybko wydostaje się z inkubatora, akurat w chwili gdy pojawiają się tam żołnierze. Tak prezentuje się początek historii wojowniczki, która później, przygarnięta przez mężczyzn, zamieszkuje wraz z nimi w ich obozie (taki mini Biskupin) i staje się podstawową rozrywką i obiektem westchnień ocalałych z katastrofy lotniczej mężczyzn. Oprócz względów czysto estetycznych, bohaterka jest dla nich również najlepszym obrońcą przed nacierającymi dinozaurami - "zupełnie niespodziewanie" okazuje się, że na skutek eksperymentów genetycznych stała się ona niezwykle silna, zwinna i wytrzymała. Co w takiej, a nie innej sytuacji sprawia, że staje się kobietą idealną.

Shanna, nie jest jednak jedynym znaleziskiem, który zawędrował do osady rozbitków - drugim jest wirus niszczący układ oddechowy, który zabija po ośmiu dniach od infekcji, i którym zaraża się połowa osadników. Jedynym wyjściem jest ponowna wycieczka do laboratorium, odnalezienie antidotum i bezpieczny powrót do "Biskupina". Dokonać tego ma czteroosobowy zespół w składzie: Shanna, pan Doktor (będący też narratorem komiksu) i mięso armatnie razy dwa, którzy muszą stawić czoła setkom raptorów, oraz nie mniejszej ilości większych czy mniejszych gadów.

Jak widać fabuła nie prezentuje się nadzwyczajnie. Chociaż przyznam, że połączenie nazistowskich eksperymentów, zagubionej wyspy, dinozaurów i seksownej Shanny potrafi pobudzić wyobraźnię. Podobnie jak strona graficzna za którą odpowiada Frank Cho - wielbiciel rysowania ponętnych bohaterek, prezentowanych najlepiej w jak najbardziej skąpym odzianiu. W przypadku "Shanna, the She-Devil" miał on duże pole do popisu. Oprócz niej, sporo miejsca w całej historii zajmują prehistoryczne gady, które kiedy nie ma w pobliżu człekokształtnych, walczą z nudą atakując siebie nawzajem, i które z anielską cierpliwością Cho wrysowywał w kolejne kadry, często umieszczając po kilkanaście, kilkadziesiąt na jednej stronie.

Jednak to żeńska bohaterka jest główną atrakcją komiksu.

Byłaby jeszcze większą, gdyby Marvel zdecydował się na opublikowanie nieocenzurowanej wersji komiksu, która to pierwotnie miała ukazać się w imprincie MAX. Brak cenzury miał się w tym wypadku sprowadzać do prezentowania Shanny tak, jak ją nazista stworzył, czyli bez zbędnych sznurków i kawałków materiału umieszczonych w strategicznych miejscach, czy też bez "przypadkowych" elementów zasłaniających "to i owo". Decyzja o łagodniejszej wersji zapadła nagle, kiedy Frank Cho miał narysowanych już pięć całych numerów serii. Jak wspominał w jednym z wywiadów, przypuszcza on, że spowodowane to było zmianą na wysokich stołkach w wydawnictwie. Po zwolnieniu Billa Jemasa, który dał zielone światło Shannie XXI wieku, dziwnym trafem starano się zahamować wszystkie zaakceptowane przez niego projekty i padło też na serię Cho, który zamiast w MAXie, opublikował swój komiks w ramach Marvel Knights. Jednak cenzura nie była jedyną zmianą - serię planowaną na początku na osiem zeszytów skrócono do siedmiu i tym samym przedostatnia część historii, która miała być niemal niemą 22 stronicową sceną walki bohaterów z raptorami, musiała zostać skrócona do mniej niż dziesięciu stron i wciśnięta gdzieś pomiędzy pozostałe wydarzenia.

Wracając jeszcze do samej Shanny - na łamach owych siedmiu numerów, z postaci wyglądającej i działającej jak dobrze zaprogramowany robot, w której narrator dostrzega "wzrok mordercy", staje się ona bohaterką z ludzkimi odruchami, walczącą do upadłego za "swoich", skłonną do poświęceń i podejmowania własnych decyzji. Na początku wykorzystywana przez żołnierzy (sto "pajacyków" za podarcie ubrania), stała się pełnoprawnym, szanowanym członkiem oddziału, a nie tylko obiektem seksualnym o ponętnych kształtach, będącym miłą odskocznią od kolegów i wszędobylskich gadów. A jeśli chodzi o samo jej imię, to nadane zostało przez jednego z wojaków, ze względu na "uderzające podobieństwo do jednej z komiksowych postaci". Tak oto "puścił oko" czytelnikom Frank Cho, który przyznał później, że cała ta historia pierwotnie miała należeć do Cavewoman - bohaterki bliźniaczo podobnej do Shanny.

O komiksie pewnie szybko by zapomniano, gdyby nie rozpalające wyobraźnię czytelników zapowiedzi mówiące o planowanym wydaniu przygód Shanny pozbawionych cenzorskich nożyczek, które co jakiś czas pojawiają się na przy okazji wywiadów z Cho, czy też ludźmi z Marvela. Na razie jednak, jedyne co pozostaje fanom spragnionym golizny w Marvelu, to buszowanie po sieci w poszukiwaniu umieszczonych na różnych stronach plansz z golutką wojowniczką (co nieco znajduje się we wpisie o cenzurze w komiksach, jak również w tym miejscu), bowiem na "Shanna, the She Devil MAX" trzeba będzie jeszcze poczekać.

I tak bohaterka, która miała przyciągnąć do Marvela więcej kobiet, paradoksalnie, po prawie czterdziestu latach od powstania, może sprawić, że to akurat mężczyźni będą lgnąć do komiksowych sklepów w poszukiwaniu reedycji jej przygód.

środa, 28 stycznia 2009

#117 - „New Avengers”

Oczywistą oczywistością był zebranie na nowo Mścicieli, którzy rozpadli się w historii „Avengers: Disassembled”. Najnowszym wcieleniem grupy najpotężniejszych ziemskich bohaterów zajął się Brian M. Bendis, który pozwolił sobie skorzystać z przepisu konkurencji. Jego formuła na „Nowych Mścicieli” przypomina koncept DC na JLA, polegający na zebraniu najpopularniejszych, najciekawszych i tych, których najlepiej się pisze w jednym zespole. Trzeba przyznać, że odnowienie i unowocześnienie „Avengersów” Bendisowi wyszło świetnie.

Ze znajdującego się na Manhattanie więzienia dla super-złoczyńców, znanego jako The Raft, na wolność uciekają wszyscy osadzeni. Nowy Jork zostaje zaatakowany przez falę łotrów dysponujących nadnaturalnymi zdolnościami. Na polu bitwy staną uwięzieni w penitencjarnym kompleksie strażnik Hell`s Kitchen Daredevil, agentka S.H.I.E.L.D., Jessika Drew i Luke Cage, bohater do wynajęcie. Na pomoc pospieszą im Kapitan Ameryka z Iron-Manem, wszędobylski Spider-Man oraz tyle tajemniczy, co potężny Sentry. Ten naprędce zebrany zespół oprócz powstrzymania uciekinierów będzie musiał dorwać tego, kto jest za to odpowiedzialny.

„New Avengers” są chyba najbardziej reprezentatywnym przykładem bendisowego stylu pisania komiksów nurtu super-hero. Na kartach flagowego tytułu Marvela da się zauważyć wszystkie zasadnicze chwyty, do których scenarzysta ucieka się w swoich pracach. Po pierwsze – charakterystyczny styl budowania opowieści, oparty na trzech, że tak powiem, filarach – retrospekcjach, retardacjach i prowadzeniu dwóch, czasem trzech wątków równocześnie. Najłatwiej wyjaśnić to na jakimś przykładzie. W „Ronine” podczas infiltrowania posiadłości klanu Yoshida przez tytułowego Ronina, z retrospektywnie przywołanej rozmowy prowadzonej przez Daredevila i Kapitana Amerykę dowiadujemy się co ów zamaskowany heros robi w Japonii i dlaczego się tam wybrał. W „Revolution” autor przerywa akcję podczas pojedynku Mścicieli z armią wojowników Hand dowodzoną przez Elektrę, by cofnąć się dzień wcześniej, do starcia zwolenników i przeciwników rejestracji -to już prawdziwa esencja „bendisowatości”.

Po wtóre – mięsiste i zabawne dialogi. Nikt tak dobrze, jak Bendis nie pisze Pająką, Peter Parker w jego rękach to żywe srebro, a pogaduchy, jakie sobie urządza sobie na boku z Cage`em czy Loganem przyprawią niejednego nerda o spazmatyczny śmiech. Po trzecie i ostatnie – igranie z super-bohaterskimi kliszami, ale tylko na tyle, na ile pozwala mu konwencja. Nie spodziewajcie się w mainstreamowym tytule jakiejś poważnej dekonstrukcji, tylko Bendisa trzymającego ironiczny dystans wobec tego, co tworzy. Scenarzysta ogranicza się raczej do złośliwych podśmiechujek i puszczania oka do czytelnika, świetnie się przy tym bawiąc. Potrafi między pełną patosu rozkładówkę z pozującymi herosami a epickie starcie z super-złoczyńcami wrzucić jakiś śmieszny, ledwie niezauważalny drobiazg. Trudno nie mieć dystansu do komiksu, w którym banda mięśniaków w kostiumach, z których jeden nosi super-zbroję, drugi jest prawie nieśmiertelnym Kanadyjczykiem, a jeszcze inny kostiumu wcale nie nosi i jest zgrywającym cwaniaka czarnuchem z Harlemu w czapce, trafia na Antarktydę, po której biegają sobie dinozaury, dzikuski (prezentujące dopuszczalna dawkę nagości w komiksach dla młodzieży) oraz mutanci, którzy są efektem eksperymentów byłego hitlerowskiego jeńca. No kaman.

Bendis jest scenarzystą cholernie nierównym, obok historii bardzo dobrych trafiają się przeciętne i całkiem słabe. Gdybym silił się na złośliwość, napisałbym to niejako „po czwarte”. Najlepiej wychodzą mu historie, w których zespół się dopiero formuje (premierowe „Breakout” i „Revolution”, czyli chrzest bojowy drugiego składu), trafiają się również średnie (wspomniany „Ronin” i „Sentry”), a z reguły poziom serii spada najniżej, kiedy stają „NA” się aneksem do trwających w uniwersum Marvela crossoverów. Kiepsko wychodzi również lawirowanie między seriami, kiedy w „New Avengers” zbierają się wyjęci spod prawa herosi, nie godzący się na Superhuman Registration Act i walczą z zespołem „Mighty Avengers” grupującym zarejestrowanych bohaterów (historii „Trust”).

Marvel zadbał, żeby przy „New Avengers” pracowali najlepsi rysownicy z ich stajni. Na łamach serii przewijają się zatem prawdzie gwiazdeczki mainstreamowego światka. Na początku szaleje David Finch, który chyba nigdzie nie rysuje tak dobrze, jak w „NA”. Jest Steve McNiven, który jak zwykle ciska na wysokim poziomie i prezentuje styl idealnie trafiający w moje gusta, podobnie zresztą jak Frank Cho. Jim Cheung daje rade, incydentalnie pojawiają się Chaykin, Coipel i Maalev, a chyba przez przypadek wśród takich tuzów zaplątał się Mike Deodato, który na tle innych artystów wypada bardzo blado, choć na kartach „Dark Avengers” pokazuje, że jak chce, to potrafi. Od 27 zeszytu ołówek na dłużej przejmuje Leinil Francis Yu, którego ociekające tuszem rysunki można lubić lub nie, ale klasy odmówić mu nie można.

„New Avengers” jest znakomitą propozycją dla miłośników trykotów, gustujących w pędzącej na złamanie karku akcji, wielkiego rozpierdziu i ceniących sobie jak największą ilość bohaterów na centymetr kwadratowy panelu. Będziecie się klawo bawić.

wtorek, 7 października 2008

#63 - Rzut za Trzy: Pochłaniam!

Arcz taurusowymi nowościami celnie zapoczątkował trójki na KaZetach i teraz ja spróbuję trafić zza linii 7 metrów i 24 centymetrów. Rzut za Trzy świetnie się nadaje, żeby trochę pomęczyć bułę owocami mojego wchłaniania kilku efektownych, mainstreamowych serii w wolnych, od sesji poprawkowej, chwilach.

„The Mighty Avengers” (Brian M. Bendis, Frank Cho, Mark Bagley; #1-12)

Bendis obecnie jest głównym architektem najważniejszych wydarzeń w Marvelu, który maczał paluchy we wszystkich ostatnich „eventach” („Disassembled”, „House of M”, „Civil War” i „Secret Invasion”), pozostają przy tym scenarzystą wielu reprezentatywnych serii Domu Pomysłów (tu lista byłaby bardzo długa). To stosunkowo rzadki przypadek, żeby kojarzony wcześniej ze świetnymi autorskimi projektami niezależnymi („Jinx”, „Torso”, no i seria „Powers”) artysta tak gładko wpasował się w kolorowy świat trykociarzy. BMB wypracował sobie receptę na komiksy o superbohaterach i nie wysilając się zbytnio, hurtowo napina do nich scenariusze, które powiedzmy sobie szczerze, nie powalają.
„The Mighty Avengers” należy do takich właśnie pozycji, które Bendis mógł i powinien napisać po prostu lepiej, a nie zwyczajnie iść po najmniejszej linii oporu. „Potężni Mściciele” mieli być chyba prowadzeni trochę na wzór swoich odpowiedników z „Ultimates”, ale Bendisowi brakło wyraźnie pomysłów jak rozegrać ten komiks, bo jego Avengersi to zwykła, permanentna nawalanka. Najpierw z najnowszym wcieleniem Ultrona i potworami Mole-Mana, a potem z Doomem. I w każdej z nich „ginie” Iron-Man, w każdej z nich mamy mniej lub bardziej durne one-linery, promienie z dupy i obracanie Nowego Jorku w gruzy. Nie braknie wycieczki w inny wymiar. Standard.

Pod względem wizualnym komiks ma dwa oblicza. Z jednej stronę nadążający za aktualnymi trendami Cho, który rysuje trochę w stylu McNivena albo Olivettiego, z miękką i „sterylną”, ale bardzo przyjemną dla oka krechą, a z drugiej Bagley, jakby wyjęty z innej epoki. Niestaranny, niedokładny, niechlujny, nudny, rysujące twarze jak placki.

Tylko dla hardkorowych fanatyków Marvela.

„Avengers: The Initiative” (Dan Slott, Stefano Caselli; #1-8)

Karierę Dana Slotta śledzę od jakiegoś czasu, bo wydaję mi się, że to scenarzysta, który ma papiery na niezłego komiksiarza. Jego kariera w Marvelu powoli nabiera rozpędu – po sporym sukcesie „She-Hulk”, miał kilka mini-serii, aby wreszcie zająć się „Avengers: The Initiative” oraz najnowszym wcieleniem „Spidermana” (o perypetiach Pająka i całym zamieszaniu z „One More Day” w najbliższym czasie powinien napisać Arcz).

Nie wszyscy pewnie wiedzą, że od czasu wejścia w życie Superhuman Registration Act każdy metaczłowiek musi się zarejestrować, a jeśli chce walczyć ze złem w kolorowym kostiumie, musi przejść specjalistyczne szkolenie i całkowicie podlega Rządowi. „Inicjatywa” to program, który opracował Tony Stark, jako dyrektor S.H.I.E.L.D, w celu zapewnienia bezpieczeństwa Ameryce. Iron-Man obiecał drużyną wyszkolonych i licencjonowanych superżołnierzy w każdym stanie. „Avengers: The Initiative” opowiada o ludziach, którzy szkolą się w Camp Hammond, aby służyć swej ojczyźnie w kolorowym trykocie.

Sam pomysł wprowadzenia do frapujących skutków „Civil War” w życie jest dobry i chyba sztywnym kołnierzykom Marvela brakło jaj, żeby konsekwentnie przemodelować status quo swojego uniwersum i ograniczyli się do jednej serii i kilku wątków w innych. A może byli zbyt zajęci podgrzewaniem atmosfery przed kolejnym, wielkim eventem, którego skutki potem zleją?

Ale przechodząc już do samego komiksu, „Avengers: The Initiative” nawiązuje stylistyką do hitowych „Runawaysów”. Slott próbuje sklecić opowieść o młodych bohaterach i ich pelerynowych perypetiach w Akademii. Piszę próbuje, bo ciągle cos mu przeszkadza. Kiedy akcja zaczyna nabierać rumieńców, kiedy zaczynają zawiązywać się wątki, scenarzysta zmuszony jest odrobić pańszczyzną wobec Marvela i zrobić ze swojej pracy tie-iny do „Worlda War Hulk”, alboo wtrącić zupełnie niepotrzebny wątek ze Spidermanem, a i Skrulle pewnie zaznaczą swoją obecność. Odnosiłem wrażenie, że historia nie może się porządnie rozwinąć, bo ciągle coś trzeba dopowiedzieć. Szczytem jest, kiedy dwójka bohaterów odkrywa, że pewien inny bohater żyje, ale szybko muszą lecieć, bo coś tam, coś tam. Słabo?

A fabuła to standardowy Marvel – Slott pobił chyba rekord w zużyciu typowych dla takiego komiksu elementów. Policzmy – klony, Spiderman, machinacje nazistowskiego naukowca, polityczne gierki Gyricha, potężna broń z innego wymiaru. Pojawia się także „wątek Ant-Mana”, jest morderstwo w kampusie, jest wątek romansowy, jest wątek „z wielką siłą...”, nie braknie inwazji terrorystów z Hydry. Czyta się to przyjemnie i trzymałoby się kupy, gdyby nie wspomniane tie-iny.

Ciutkę lepsze od „Mighty...”, ale też tylko dla miłośników Marvela.

„Justice” (Alex Ross, Jim Krueger, Doug Braithwaite, mini-seria 12 zeszytów)

I na koniec coś z DC. Do „Sprawiedliwości” podobno przymierza się Manzoku i choćby dlatego warto się przyjrzeć temu tytułowi bliżej. Dosyć przypadkowo wszedłem w posiadanie pierwszych 9 z 12 zeszytów, nie znając zatem finału całej opowieści, zastrzegam sobie prawo do modyfikacji mojej opinii.

Pomysł na historię jest całkiem zgrabny – największych suprłotrów uniwersum DC nawiedzają koszmary, w których członkowie Ligi Sprawiedliwości przyczyniają się do zagłady świata. Lex Luthor, Brainiac, Riddler i Sinestro, którzy nie ustawali w wysiłkach zniszczenia naszego kochanego globu, nagle zmieniają swoje nastawienie i próbują zamienić ziemię w prawdziwy raj, eliminując przy okazji Supermana i spółkę, którzy stanowią dla niego zagrożenie.

No dobra, może trochę przesadziłem z chwaleniem konceptu Rossa i Kruegera, ale spotykałem o wiele gorsze pomysł na fabuły z superherosami, a w „Justice” pomysł na intrygę jest i, co ważne, scenarzyści próbują konsekwentnie go realizować. Niestety, jakoś przy czwartym czy piątym zeszycie fabuła traci na dynamice, tempo siada i historia rozłazi się by, jak mniemam, eksplodować w finale. „Justice” pod względem kompozycji tak dopracowane, jak chociażby „Kingdom Come”, a to prace dosyć podobne – pełne tego heroicznego patosu, monumentalne, wielowątkowe opowieści z masą bohaterów w roli głównej. „Justice” plasuje się jednak o klasę niżej od „KC”, ale klasę wyżej niż przeciętna seria z DC, powiedzmy „JLA”.

Z oprawą graficzną mam pewien problem – w stopce komiksu stoi, że za rysunki odpowiadają Ross z Braithwaite`m i ciężko jest mi określić, kto robił szkice, a kto wykańczał. Niemniej komiks jest pełen potężnych, fotorealistycznych rozkładówek, które z miejsca przynoszą na myśl dokonania Rossa.

Powinno spodobać się nie tylko fanom DC, ale także tym, którzy lubią super-hero nawalankę.