poniedziałek, 11 sierpnia 2014

#1703 - MCU 06 - The Avengers

„The Avengers” to film wieńczący Pierwszą Fazę kinowego uniwersum Marvela, finał sezonu zapoczątkowanego pierwszym „Iron Manem”. Widowiskowy projekt uwielbianego przez fanów Jossa Whedona, w którym spotykają się wszyscy dotychczasowi superherosi, którzy wcześniej błyszczęli w swoich solowych produkcjach. Jeden z najbardziej dochodowych obrazów w historii kina. Nienawidzę tego filmu.




Poważnie. Po prostu nienawidzę. Nienawidzę go jako długoletni fan komiksów Marvela, jako geek, jako widz i jako bloger. Dla mnie ten obraz jest abominacją rujnującą niemal wszystko, co dotychczasowo udało się wypracować dzięki poprzednim filmom z MCU. Obiektywnie jestem w stanie zgodzić się, że „The Avengers” to dolna strefa stanów średnich w kategorii blockbusterów. Przypuszczam, że jest zapewne wielu ludzi, którym on się najzwyczajniej w świecie podoba. Nie zamierzam z tym dyskutować i polemizować – są różne gusta, ludzie oglądają najróżniejsze rzeczy. Subiektywnie… subiektywnie, w trakcie seansu odświeżającego ten film przed napisaniem niniejszego tesktu po raz pierwszy w życiu zdarzyło mi się we frustracji drzeć się na ekran. Ten gniot powinien być wyśmiany i totalnie zjechany przez wszystkich krytyków i recenzentów – a zwłaszcza przez komiksowych geeków, do których przecież jest w znacznej mierze skierowany.

Zacznijmy od fabuły – a raczej od jej braku. „The Avengers” fabuły bowiem nie posiada. Zamiast niej ma bezładny, chaotyczny kolaż scen, które mają wypełnić czas przed widowiskowym finałem. Cała intryga sprowadza się do tego, że Loki ma skądś wielką armię, z którą chce napaść na Ziemię. Tyle. Żadnej złożonej intrygi, żadnych niespodziewanych zwrotów akcji, żadnych interesujących relacji pomiędzy bohaterami. Te, które są, są żenujące – vide wątek „romantyczny” pomiędzy Clintem, a Natashą. Whedon nie podjął żadnej, choćby najlichszej próby uczynienia fabuły w jakiś sposób zajmującą czy angażującą uwagę. Zostało tylko suche, drętwe i bezpłciowe realizowanie konwencji zbierania drużyny i obrony Ziemi przed inwazją z kosmosu. Banał goni banał, naciągane akcje, dziury fabularne i bezsensowne zachowania postaci są tak powszechne, że pijacka gra „strzel kielicha za każdym razem, gdy zobaczysz w filmie coś głupiego” niechybnie zakończyłaby się śmiercią największego nawet moczymordy. 

Pomyślcie sobie – Whedon miał zadanie ułatwione tak, jak chyba jeszcze żaden reżyser przed nim. Nie musiał przedstawiać nowych bohaterów, ani złoczyńcy – ci bowiem znani są już widowni z poprzednich filmów. Miał pełne pole do popisu, bawiąc się ikonicznymi, rozpoznawalnymi bohaterami i wolną rękę w kreowaniu fabuły. Miał wszystkie atuty w ręku, aby zrobić dobry, mainstreamowy film superbohaterski. A zamiast niego dostaliśmy trwającą dwie godziny żenującą szamotaninę zakończoną obowiązkową epicką bitwą pod koniec. Zanim jednak do tej efekciarskiej bitwy dobrnąłem, byłem już tak poirytowany i znużony poprzednią częścią filmu – nudną, nieskładną, absurdalną, naciąganą i żenującą – że nie byłem w stanie się nim cieszyć.



Ilość scen po prostu debilnych sprawiła, że pod koniec seansu byłem bliski płaczu. Już przed napisami dostajemy Samuela L. Jacksona stojącego na tle wybuchu i mówiącego ponurym, złowieszczym tonem „ Now it’s a war”. Nie wyobrażam sobie, by ktoś we współczesnym filmie był w stanie wykorzystać tak rażącą kliszę bez poczucia zażenowania. Thor i Iron Man tłukący się bez sensu przy pierwszym spotkaniu, mimo iż ich cele od samego początku są zbieżne. I nie, nie kupuję argumentu, że jest niepisaną tradycją komiksową, by przed każdym crossoverem jego uczestnicy najpierw starli się ze sobą w walce. Po pierwsze – to nie komiks, tylko film. Po drugie – nawet w komiksach są złe i dobre uzasadnienia starć pomiędzy bohaterami. W „The Avengers” takim uzasadnieniem jest najwyraźniej zatrucie testosteronem. Hawkeye podlatujący do Helicarriera i niemal rozwalający go JEDNĄ STRZAŁĄ! Pomyślcie o tym przez moment – najbardziej zaawansowany technologicznie obiekt militarny na całym świecie zostaje praktycznie zezłomowany i zmuszony do wodowania przez jedną strzałę. Rany, gdyby Clint miał przy sobie bazookę, to pewnie nie byłoby co zbierać. Swoją drogą – jak w ogóle udało mu się podlecieć tak blisko Helicarriera bez zostania wykrytym i zestrzelonym? I ktoś w ogóle byłby mi w stanie wytłumaczyć, po co Loki dał się złapać? Albo – jak, do cholery, Bruce Banner nauczył się kontrolować Hulka? Albo – czemu Thor miał w jednej scenie (po ataku na Helicarrier) problemy z podniesieniem młotka, zaś nigdy później nie dostaliśmy żadnego odniesienia do tego wydarzenia? Albo – jaką strategię mają kosmici atakujący Nowy Jork, a nie któryś z ważniejszych punktów strategicznych? Albo – czemu przełożeni Fury’ego nie nakazali wystrzelić tych cholernych głowic BEZPOŚREDNIO W PORTAL? Ach, i najlepsze – strzała z USB, dzięki której Clint zawirusował system Helicarriera. Bo, rozumiecie, pendrive byłby zbyt mainstreamowy. Przyznam, że w tym momencie zacząłem rechotać jak głupi, choć był to oczywiście śmiech przez łzy. Wściekłości.

Postaci. O, mój Thorze… Poprzednie filmy nie dość, że wykreowały każdego z głównych bohaterów, to jeszcze każdemu nadały jakiejś tam głębi, kazały mu ewoluować, uczyć się na własnych błędach i brać odpowiedzialność za swoje działania. Kliszowate, ale sympatyczne. W „The Avengers” wszyscy są po prostu krótkowzrocznymi kretynami wydrylowanymi z osobowości. Tony to dupek, Thor jest honorowym barbarzyńcą, Steve to konserwatywny patriota i tak dalej. Są egoistyczni, zapatrzeni w siebie i zachowują się jak zbuntowane nastolatki, a nie ludzie po nierzadko traumatycznych przejściach. Wspominana już przeze mnie relacja pomiędzy Hawkeye’m, a Black Widow wypada tak, że Anakin i Padme z nowej trylogii „Star Wars” to przy nich wzór budowania relacji romantycznych w filmie. Hulk to oczywiście deus ex machina – w zależności od tego, jak scenarzystom pasowało, był nieokiełznaną bestią albo wiernym pomagierem drużyny. Nick Fury został paskudnie skrzywdzony – zrobiono z niego tak sztampową figurę twardego mentora drużyny, że tylko aktorstwo Jacksona ratowało go przed całkowitym popadnięciem w śmieszność. 

Loki zaś… Biedaku, co oni ci zrobili? W „Thorze” byłeś świetną postacią. Zagubionym, inteligentnym bohaterem, którego świat zatrząsnął się w posadach, przez co zagubiłeś się i leczyłeś zranioną dumę i skomplikowane relacje rodzinne przez sianie chaosu. Tutaj jesteś zły, bo tak ci każe scenarzysta, który dodatkowo wpycha ci w usta frazesy godne Złego Wezyra z niskich lotów powiastek fantasy dla młodzieży albo któregoś z wcześniejszych przeciwników Power Rangers, bo nawet ci późniejsi nie byli już tak przesadzeni. Cała głębia i niejednoznaczność, za którą pokochali cię widzowie wyparowała, pozostawiają jedynie karykaturę. O Hawkeye’u, który z dotychczasowych Avengers miał w MCU najmniej miejsca dla siebie, a którego Whedon na pół filmu zmienił w zombie już nawet nie wspominam. I jeszcze jedno – dosłownie wszyscy bohaterowie bez przerwy rzucają nieśmieszne, żenujące żarty.


A zatem – mamy film, który jest źle napisany, ma nijakie postaci, jest chaotyczny, bezsensowny, ma słabe dialogi (posłuchacie sobie kwestii Nicka albo Lokiego), ignoruje wcześniejszy rozwój charakterologiczny poszczególnych bohaterów. I ten film stał się hitem, zarobił kupę forsy i zebrał znakomite recenzje. Lubią go niedzielni widzowie, lubią go nerdy (które teoretycznie powinni być bardziej krytyczni), lubią go krytycy i recenzenci. I teraz ja nie wiem, czy to ja jestem dziwny, jakoś wyjątkowo wymagający, czy to reszta świata zwariowała. Nie wiem i nic mnie to nie obchodzi – ja z tym bublem nie chcę mieć już nigdy więcej do czynienia. Po zakończeniu tej notki nie chcę mu już poświęcić ani jednej myśli.

Autorem tekstu jest Michał Ochnik, który o kulturze popularnej i nie tylko pisze na blogu Mistycyzm popkulturowy. Grafika prezentowana w nagłówku pochodzi stąd.

Brak komentarzy: