Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Hanami. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Hanami. Pokaż wszystkie posty

sobota, 11 kwietnia 2020

#2526 - Jak pandemia koronawirusa wpłynie na polski rynek komiksowy?

W jaki sposób pandemia koronawirusa i gospodarczy zastój w kraju wpłyną na polski komiks i nasz rodzimy rynek? Czego można spodziewać się w najbliższych tygodniach, a co może wydarzyć się w dłuższej perspektywie? Czy czeka nas kryzys? Co można zrobić w obecnej sytuacji?


poniedziałek, 12 lutego 2018

#2375 - Wspomnienie Jiro Taniguchiego

Jeśli istnieje coś takiego jak "męska literatura komiksowa", to Taniguchi powinien być jej czołowym przedstawicielem. Większość z jego prac, które ukazały się na polskim rynku ("Ratownik", "Zoo zimą", "Wędrowiec z Tundry") traktuje o bardzo "samczych" tematach. Staroświecki heroizm w bardzo nieheroicznych czasach, dojrzewanie do pracy i miłości, zapisane w męskich genach zmaganie się z naturą.

poniedziałek, 11 stycznia 2016

#2042 - Rok 2015 wg. wydawców (1)

Bardzo żałuje, że w roku zeszłym tradycji nie stało się zadość i na Kolorowych zabrakło cyklu tekstów, w których osoby związane z rynkiem komiksowym podsumowują minione 365 dni. Tym razem nie popełnię tego błędu - dziś rozpoczynamy kolejną fazę rozrachunków z 2015 od przepytania wydawców.


piątek, 17 stycznia 2014

#1491 - Rok 2013 według wydawców (2)

Coroczny blok tekstów podsumowujących minione 365 dni kontynuujemy prezentując spojrzenie z perspektywy tych, dzięki którym kolejne komiksowe albumy lądują w naszych rękach. Muszę przyznać, że wydawcy w tym roku byli bardzo oszczędni w słowach...

Tradycyjnie, zadaliśmy im cztery pytania:

1. Jaki był ten rok 2013 w Waszych oficynach?
2. Jaki będzie rok następny - plany, marzenia, życzenia?
3. Jak wygląda sytuacja na naszym rynku - kryzys jeszcze trwa, czy już go nie ma?
4. Jaki najlepszy komiks/publikację wydaliście w mijającym roku, jaki okazał się największym/niespodziewanym sukcesem?

Tak odpowiadali:

Szymon Holcman (kultura gniewu):

1. Bardzo dobry. I ważny. Z jednej strony dobra sprzedaż i przyjęcie nowych komiksów autorów już sprawdzonych i popularnych, jak Rutu Modan, Michał Śledziński, Thomas Ott czy Marcin Podolec, a z drugiej może nie rzucenie się na głęboką wodę, ale wypłynięcie na nowy, jeszcze nie zbadany akwen - krótkie gatki. Ten pierwszy rejs okazał się zaskakująco owocny i przyjemny. Komiksy genialnego Tomka Samojlika, tria Nowacki-Jasiński- Rybarczyk, czy fantastyczny „Jaś Ciekawski” oraz książki Tana, Wechterowicza-Minkiewicza, Ignerskiej-Łozińskiego zostały świetnie przyjęte i pokazały nas z dobrej strony zupełnie innemu, niż do tej pory czytelnikowi. Bardzo nas to cieszy.

czwartek, 10 stycznia 2013

#1214 - Rok 2012 według wydawców - część druga

W drugiej serii ankiety dotyczące wydawców prezentujemy wypowiedzi kolejnych komiksowych dobrodziejów. Tym razem o roku 2012 wypowiadają się Radosław Bolałek (Hanami), Christine Mayer (Mucha Comics), Michał Słomka (Centrala).

I jeszcze przypominamy pytania:

1. Jaki był ten 2012 rok w Waszych oficynach?
2. Jaki będzie rok następny - plany, marzenia, życzenia?
3. Jest kryzys czy go nie ma - jeśli jest to, na Boga, co robić?
4. Jaki najlepszy komiks/publikację wydaliście w mijającym roku, jaki okazał się największym/niespodziewanym sukcesem?


Radosław Bolałek (Hanami)

1. Był to rok spokojnego rytmu wydawniczego. Kontynuowaliśmy wcześniej wydawane serie ("Pluto" i "Ikigami") oraz opublikowaliśmy tytuł Mitsukazu Mihary ("Nawiedzony Dom"), której "Balsamista" był największym sukcesem komercyjnym naszego wydawnictwa. Udało się przeprowadzić kilka udanych akcji promocyjnych, w tym największą promocję listopadową. Trudno jest obecnie porównywać sprzedaż do poprzednich lat, gdyż w 2011 wszedł VAT na książki, który zmienił zupełnie system rozliczeń. Sprawiło to, że 2012 w liczbach wygląda zupełnie inaczej, niż 2011, który wyglądał inaczej niż lata wcześniejsze. Do tego nie mamy kompletnych danych za grudzień, który zawsze był najlepszym miesiącem.

2. Najważniejsze, żeby był lepszy od tego i to wystarczy. Chcemy skończyć "Ikigami" i "Pluto" oraz wydać jedną książkę. Chcielibyśmy również wydać kolejny tom "Balsamisty", ale autorka musi go wreszcie skończyć. Co do nowych tytułów, takowe są w planach, ale na razie nie mogę nic więcej zdradzić.

3. Kryzys jest, ale nie do końca wygląda to tak, jak czytelnicy sobie wyobrażają. Sporo osób przestało kupować komiksy, a nowych czytelników nie przybywa tak szybko, jakbyśmy sobie tego życzyli. Powody są często bardzo prozaiczne - brak miejsca na półkach, powiększenie rodziny, bardziej mobilny tryb życia. Obecnie komiksiarze to nie dwudziestokilkuletni kawalerowie bez zobowiązań. To z reguły trzydziestolatkowie, a nawet czterdziestolatkowie, którzy często pieniądze mają, ale patrząc na komiks zadają sobie pytania: kiedy ja to przeczytam, gdzie ja to będę trzymał? Tutaj nie bardzo jesteśmy w stanie coś zdziałać - czasy się zmieniają.

Druga kwestia to dystrybucja. Czytelnicy przychodzą do sklepów sieciowych, nie znajdą towaru, później piszą w Internecie, że dystrybucja słaba. Wypisanie komentarza nie uznają za tak duży wysiłek, jak zamówienie z odbiorem własnym komiksu do sklepu. A wydawcy mają mały (a czasami nawet żaden) wpływ na dystrybucję. Nie zależy od nas ile komiksów trafi do dużych sieci, gdzie kupi je przypadkowy klient. Obecna sytuacja daje pole do popisu dla wydawnictw, które wydają w nakładach do 1000 sztuk - bo tyle można sprzedać alternatywnymi kanałami (sklepy specjalistyczne, konwenty, sprzedaż bezpośrednia i tak dalej). Z dystrybucją cały czas szukamy nowych kanałów, ale nie jest to takie proste.

4. W ciemno mogę polecić obie serie, które kontynuowaliśmy w roku 2012 – "Ikigami" oraz "Pluto". Zaskoczeń nie było, jeśli już to bardziej negatywne, bo tytuły trafiały do sklepów sieciowych z opóźnieniem (często kilkumiesięcznym!), co powodowało, że jakikolwiek akcje informacyjne czy promocyjne trafiały w próżnie, bo sprzedawcy informowali (a raczej dezinformowali), że tytuł się jeszcze nie ukazał...

Christine Mayer (Mucha Comics)

1. Dla Mucha Comics to był znakomity rok! Cieszymy się, że coraz więcej i więcej osób kupuje i czyta nasze albumy!

2. Zwalniamy nieco nasze wydawnicze tempo z powodu wejścia Hachette na rynek z albumami, które dostępne są w każdym kiosku. Chcemy zobaczyć, jak czytelnicy zareagują na tę inicjatywę. Mamy oczywiście nadzieję, że dzięki temu zainteresowanie komiksami się zwiększy, co przełoży się na wzrost poziom komiksowego czytelnictwa w Polsce.

3. W niektórych krajach rzeczywiście można mówić o poważnym kryzysie w branży. Jednakże inne rynki, które dotknięte są ogólną recesję gospodarczą (niech Hiszpania będzie tu przykładem), odnotowują wzrost komiksowej sprzedaży. Wszystko tak naprawdę zależy od konkretnego przypadku.

4. Największym sukcesem wydawniczym naszej oficyny był "Ród M" Briana M. Bendisa i Oliviera Coipela. Tuż za komiksem Marvela uplasował się "All-Star Superman" Granat Morrisona i Franka Quitely`ego. Generalnie wszystko poszło tak, jak zaplanowaliśmy i trudno mówić o jakichś nieoczekiwanych sukcesach, jako takich. Moim osobistym faworytem w ofercie Muchy jest "Daytripper", ale mam świadomość, że nie jestem typową czytelniczą komiksów.

Michał Słomka (Centrala):

1. Ciekawy. Z jednej strony był to pierwszy rok o ustalonym i podobnym do ubiegłego grafiku prac (Ligatura , wystawy, warsztaty, festiwale w Polsce i za granica), a z drugiej strony mam wrażenie coś drgnęło w postrzeganiu Centrali przez osoby traktujące dotąd komiks tradycyjnie. Otrzymaliśmy kilka wyróżnień, w tym ważną środowiskową nagrodę dla najlepszego wydawnictwa podczas MFKiG w Łodzi. Cały czas dużo się uczymy.

2. Plany wydawnicze podamy niebawem. Ruszamy z pierwszą w Polsce galeria komiksu, będzie sie nazywała Cheap East. Rozpoczynamy wydawanie nowego magazynu komiksowego. Nowych serii wydawniczych: Centralka - komiksy dla dzieci mądrych rodziców oraz książek poświęconych historii i teorii komiksu. Realizujemy międzynarodowe projekty.

3. Jest kryzys świadomości konsumenckiej. Paradoksem jest że bardziej opłaca się handlować książkami, niż je wydawać. Wydawca pierwszy wykłada pieniądze (prawa, przygotowanie do druku, tłumaczenie, druk, dystrybucja) a otrzymuje je ostatni. Ciężko mieć pretensje do ludzi, że kupują książki w miejscach, które nie rozliczają się z wydawcami. Pozostaje tylko mieć nadzieje, że Polacy docenią małe księgarnie tak, jak do docenili małe browary.  Rynek jest ciekawy. I slogan Ligatury "wyjdź z ramek - czasy się zmieniają" jest ciągle bardzo aktualny.

4. Listę publikacji można znaleźć na naszej stronie, a cieszy nas każda książka nad którą pracujemy. 

piątek, 13 stycznia 2012

#946 - Rok 2011 według wydawców

Wreszcie, w ostatniej odsłonie naszych podsumowań wypowiedzią się ci, dzięki którym kolejne komiksowe albumy lądują w naszych rękach – wydawcy. O minionym 2011 roku opowiadają nam Michał Słomka (Centrala),  Bartosz Kiedrzycki (imprint Dolna Półka), Radosław Bolałek (Hanami),  Szymon Holcman (Kultura Gniewu), Leszek Kaczanowski (Ongrys), Łukasz Turek (Wydawnictwo Ważka).

Tradycyjnie, zadaliśmy im cztery pytania:

1) Jaki był ten 2011 rok w Waszych oficynach?
2) Jak wypadł miniony rok dla wydawnictwa, w porównaniu z wcześniejszymi założeniami?
3) Jaki najlepszy komiks/publikację wydaliście w mijającym roku, jaki okazał się największym sukcesem?
4) Jak będzie wyglądał krajobraz komiksowa w 2012? Pogorzelisko po bitwie czy wschodzące słońce nad sielankową doliną?

Oto, jak odpowiadali w kolejności alfabetycznej:

Michał Słomka (Centrala)

1) Centrala to nie tylko wydawnictwo, ale również wystawy, warsztaty, szkolenia dla bibliotekarzy, ścisła współpraca z Biblioteką Uniwersytecką w Poznaniu. Wydaliśmy 9 publikacji i taki też mamy plan minimum na rok 2012.

Rok 2011 z naszej perspektywy był udany. Kontynuujemy założenia realizowane od 5 lat, realizujemy nowe projekty (między innymi digitalizację przedwojennych prasowych seriali obrazkowych), mamy świetny zespół ludzi i kolejne pomysły.

2) To był pierwszy rok w którym postawiliśmy mocno na działalność wydawniczą. Rozpiętość nakładów mamy i będziemy mieć różną (2000 egz. "Stuck Rubber Baby" czy 500 egz. "Silence"). Udało nam się rozpocząć zagraniczną dystrybucję publikacji związanych z festiwalem Ligatura. Ważnym założeniem nie tylko wydawniczym jest obalanie stereotypu komiksu, jako medium cenionego tylko dla formy. Staramy się pokazywać, że nie da się już lubić komiksu tylko dlatego, że jest komiksem. Chyba nam się to udaje bo sprzedaż naszych tytułów jest większa w księgarniach niż sklepach komiksowych.

3) To pytanie (przynajmniej jego pierwsza część) chyba bardziej do czytelników. Jeżeli sprzedaż jest miernikiem sukcesu to zaskoczyło nas jak szybko sprzedał się "We Włoszech wszyscy są mężczyznami", mimo tego, że w środowisku komiksowym ta książka odbierana ( czy też postrzegana bez odbierania była przez pryzmat wątku homoseksualnego, a nie jako świetny komiks historyczny. Cieszy nas, że inne tytuły zbierają dobre recenzje, że dostajemy sporo prywatnych opinii zadowolonych czytelników.

4) Nie funkcjonujemy w nim zbytnio więc i ciężko się o nim wypowiadać. Z naszej perspektywy mamy nadzieję na kontynuację zróżnicowania. Czasy się zmieniają i dochodzi do głosu pokolenie, dla którego komiks przestaje się kojarzyć z Kajkiem i Kokoszem czy Tytusem, zderzeniem lat 90-tych, czy emocjonalnym stosunkiem do medium jako takim. Ani pogorzelisko ani sielanka. Liczymy na normalną pracę.


Bartosz Biedrzycki (Dolna Półka)

1/2) W Dolnej Półce każdy kolejny rok jest w zasadzie podobny do poprzedniego - wydajemy dwa numery magazynu "Kolektyw" i trochę zeszytów. Chociaż przyznam, że tym razem było tego sporo, bo pojawił się "Człowiek bez Szyi" (jej, seria, seria!), do tego dwie odsłony "Hurra!" i zbiór wywiadów (weszliśmy na ciemną ścieżkę publicystyki). Do tego doszła także antologia "Jazda!" więc w sumie był to bardzo bogaty rok - i pod względem ilości, i pod względem różnorodności. Był on też owocny dla nas, jako redaktorów. Merytorycznie udało nam się nakreślić ramowy plan dalszego funkcjonowania Dolnej Półki, spójną wreszcie wizję "Kolektywu" i parę innych drobiazgów. Mamy też niezłe plany na przyszłość.

3) Nie wiem, co było najlepsze, ale ja lubię "Jazdę!". Za to chyba sukcesem, przynajmniej "medialnym" okazał się "CbS" Czernatowicza i Kołsuta - była masa opinii, głównie na zasadzie „kocham / nienawidzę”, ale to dobrze, jeżeli coś tak mocno polaryzuje odbiorców.

4) Polska scena komiksowa w 2012 roku będzie wyglądać tak samo, jak przez ostatnie lata - nadal będzie upadała, jak to nieskutecznie robi od wielu, wielu lat. Używając nieco landszaftowych metafor z pytania - to będzie spalona dolina, w której radośnie i bezpiecznie egzystuje sobie mały ludek, gapiący się w słońce. Będzie mniej Egmontu, a więcej DIY, o ile nie mylę się w swoich przewidywaniach i ocenie sytuacji. Dla małych wydawnictw nic się pewnie diametralnie nie zmieni. Nie będzie nowych efemeryd wydawniczych, w każdym razie nie w głównym obiegu, ale też nie przewiduję padów. Ciekaw jestem jedynie, czy ktoś pokusi się o wypełnienie niszy po "Kartonie" kolejnym magazynem w pierwszym obiegu.


Radosław Bolałek (Hanami)

1) W 2011 skupiliśmy się na seriach - zakończeniu "Suppli" i "Pitu pitu", kontynuowaniu "Ikigami" oraz rozpoczęciu (i w zasadzie doprowadzeniu do połowy) "Pluto". Do tego dorzuciliśmy dwie nietypowe rzeczy z okazji wizyty artystów podczas Bałtyckiego Festiwalu Komiksu: "Biblię" Bisley`a oraz "Czerwone króliki" RongRong Luo. Z jednej strony ograniczyliśmy ofertę w mniejszym stopniu, niż część kolegów z branży, a z drugiej strony, szkoda, że nie udało się wydać kilku dobrych jednostrzałówek. No i zabrakło Jiro Taniguchiego...

2) Wypadł lepiej i gorzej, niż zakładaliśmy. Lepiej, gdyż sprzedaż była ostatecznie ciut lepsza niż zakładaliśmy. Jednakże gorzej, bo aby to osiągnąć, musieliśmy ograniczyć jeszcze bardziej liczbę wydawanych tytułów. Spowodowane to jest z jednej strony ograniczonym portfelem kupujących, z drugiej zmianami realiów dystrybucyjnych. Od tego roku instytucja brania w konsygnację (wystawnie towaru na półki i rozliczanie się jedynie za sprzedany towar) praktycznie zniknęła, co sprawiło, że księgarze jeszcze mniej chętnie zaopatrują się w komiksy.

3) Jak co roku miałbym problem z wytypowaniem tego najlepszego. Wydaliśmy tytuły, z bardzo różnych kategorii - realizm magiczny, historie obyczajowe, political fiction czy album jednego z największych (dosłownie i w przenośni) twórców komiksowych. Osobiście najbardziej mnie cieszy ostatni tom "Suppli" (a w zasadzie tom "Extra"). Po pierwsze, dlatego że od tej serii zaczęliśmy naszą przygodę z wydawaniem komiksów i to jest dla nas zamknięcie pewnego rozdziału. Po drugie, wydawcy sporadycznie decydują się na publikacje takich smaczków, gdzie komiksy stanowią jedynie część, a reszta to tzw. materiały dodatkowe. Mam nadzieję, że nasi czytelnicy poczuli się dopieszczeni. Od strony komercyjnej top sprzedaży w tym roku wygląda następująco:

1. "Pluto"
2. "Osiedle promieniste"
3. "Balsamista"
4. "Suppli"
5. "Ikigami"

4) Ja bym powiedział, że wschodzące słońce nad krajobrazem post-nuklearnym. 2011 przetrwaliśmy (my, wydawcy) niemal w komplecie, część co prawda trochę napromieniowana, niektórym domy się zawaliły, innym ręce urwało. Hanami profilaktycznie schowało się w schronie, sporadycznie wypuszczając się na eskapady. Ale czy 2012 będzie dobry czas, żeby wyjść ze schronów i zakasać rękawy, wziąć się do roboty - zobaczymy.


Szymon Holcman (Kultura Gniewu)

1) Trudny. To chyba najwłaściwsze słowo. Nie zły, nie kryzysowy, ale trudny właśnie. Bo takie rzeczy jak wprowadzenie podatku VAT (w dodatku w sposób, który wprowadził czasowy chaos na rynku wydawniczym), jak kurcząca się na skutek rozmaitych czynników sieć sprzedaży to właśnie trudności, z którymi każdy wydawca planujący być w biznesie przez lata, a nie przez jeden modny sezon, musi sobie radzić. A jeśli radzi sobie dobrze, to w czasie istnienia swojego biznesu napotka podobne przeszkody kilkukrotnie. Skończymy już z tym mieleniem kryzysu, bo hossy, bessy, lepsza i gorsza koniunktura to rzeczy, które po prostu mają swoje cykle i trzeba się z tym liczyć. I trzeba je przejść jak świnkę, ospę i inne syfy.

Ten rok ze względów, powiedzmy, ekonomicznych był trudny. Ale chyba dużo trudniejszy był dla nas ze względów... pozawydawniczych. I to głównie one wpłynęły na mniejszą niż w ostatnich latach ilość wydanych komiksów. Przy okazji przypominam, że cały czas wydawnictwo funkcjonuje "po godzinach". Trudny był z jeszcze jednego względu. I to być może również powód zmniejszenia ilości naszych premier, bo nie aktywności przecież (mam wrażenie, że działo się u nas więcej niż kiedykolwiek). Mówię tu o dwóch komiksach dla MSZ. Jeden wywołał burzę, która zajęła nas totalnie na blisko miesiąc, ale jej echa trwały jeszcze dłużej, drugi okazał się być tak wymagający w produkcji, że wyssał z nas naprawdę dużo sił.

2) Gorzej. Ale to chyba normalne, pisał już o tym Platon i mówi w wielu wywiadach Woody Allen, że plany i założenia są dość odległe od rzeczywistości. A jak nie odległe, to na pewno inne. I tak też było z naszymi założeniami. Nie ma chyba za bardzo roztrząsać, co się miało ukazać a jednak się nie ukazało.

Najbardziej chyba żałujemy, że nie udało się wydać w roku ubiegłym "Bezrobotnego Froncka" Adama Ruska. Wielka księga zawierająca kilkaset odcinków przygód tytułowego przedwojennego bohatera plus książka Adama o tym najdłużej ukazującym się polskim komiksie prasowym. Wielki (A4, ponad 400 stron) album, który nie mam wątpliwości, będzie wydarzeniem. Rzecz jest gotowa do druku, a my czekamy tylko na decyzję o zaangażowaniu finansowym w ten projekt przez pewnego poważnego partnera. Ma się ona pojawić do końca stycznia.

3) Zawsze powtarzam to samo – każdy nasz album jest dla nas najważniejszy i kochamy je wszystkie, jak własne dzieci. "Pinokio" - bo to edytorska perełka z genialnie przygotowanym przez Alinę Składanek polskim liternictwem. Francuzi naszym wydaniem byli zachwyceni. "Berlin 2" - bo to świetny komiks, lepszy od tomu pierwszego, na który czytelnicy długo czekali. "Osiedle Swoboda" - bo to wznowienie, które musieliśmy zrobić w świetle tego, że pierwszy nakład rozszedł się w trzy miesiące. To najlepsza odpowiedź na pytanie "co z tym kryzysem"? A jeszcze lepsza jest taka, że to wznowienie sprzedaje się świetnie, czym jesteśmy lekko zaskoczeni. "Czasem" - bo to świadectwo niewiarygodnego rozwoju Marcina Podolca jako rysownika i komiksiarza, bo to pierwszy (ale nie ostatni!) komiks do scenariusza Grześka Janusza wydany u nas no i w końcu bo dla nas to jeden z najlepszych, nie tylko polskich, komiksów wydanych w tym roku. Niepokojące jest tylko, że moja starsza córa nazywa mój gabinecik (komórka gdzie stoi komputer) kanciapą. "Diefenbacha" - bo sami czekaliśmy na ten komiks blisko dekadę. Bo to Benedykt w naprawdę mistrzowskiej formie. No i w końcu dwie rzeczy dla MSZ. "Chopin New Romantic" - bo to bardzo ciekawa i niebanalna antologia, na której stronach spotkali się znakomici twórcy. No i to komiks, który przyniósł nam większy rozgłos niż wszystkie, które zrobiliśmy wcześniej. "Tymczasem" - bo to Truściński, Janusz, Ostrowski w świetnej formie, którą pokazali w bardzo trudnym zleceniu. Bo to komiks, który kosztował nas wiele wysiłku, ale jednak nie zabił (Robercie Sienicki, żyjesz?).

4) Będzie bez większych zmian. Chyba, że nastąpi coś, co nastąpić powinno już dość dawno temu: na poważnie – czytaj: regularnie i konsekwentnie – za komiks weźmie się duży wydawca mainstreamowy. Może "Logikomiks" (doskonały nota bene) sprzeda się W.A.B. tak dobrze, że pójdą za ciosem? Dotychczas nikt tego nie zrobił. Może to właściwy moment?

A poza tym my, komiksowi wydawcy, będziemy robić swoje, będą nowe i stare ziny (uwielbiam!), flirty komiksu z establishmentem (a może nawet i sztuką!), kolejne imprezy, spotkania, festiwale. Będzie fajnie.


Leszek Kaczanowski (Ongrys)

1/2) W 2011 (i końcówce 2010) Ongrys przygotował w sumie siedem albumów. Ukazały się dwa dotychczas niepublikowane komiksy sprzed lat (przygodowy "Kawaler de Lagardere" Tadeusza Raczkiewicza i fantastyczna "Planeta robotów" Macieja Parowskiego i Jacka Skrzydlewskiego - oba z początku lat 90-tych). Była antologia bardzo archiwalnej twórczości Papcia Chmiela, był pierwszy komiks wydany na licencji zagranicznej ("Spadająca gwiazda" Zbigniewa Kasprzaka), wznowienie rzadkiego albumu Tadeusza Baranowskiego (choć adresowanego do młodszych czytelników, niż kanoniczne pozycje autora), komiksowy debiut wraz z próbkami jego młodzieńczej twórczości oraz zbiór komiksowych pasków Raczkiewicza.

Wydaje mi się, że wydawnictwo realizowało swoje cele, prezentując ofertę różnorodną (w ramach przyjętych założeń oczywiście) zarówno pod względem targetu, jak i np. ceny. Niestety, od strony finansowej, jest coraz gorzej. W roku 2011 wielkość sprzedaży naszych pozycji spadła o jakieś 25%. Być może akurat te wymienione przeze mnie pozycje nie przypadły czytelnikom do gustu, a być może właśnie w tym okresie dał o sobie znać kryzys. Taki spadek przy nakładach rzędu kilkuset egzemplarzy jest bardzo odczuwalny i powoduje, że dużo trudniej odzyskać zainwestowane środki, za które można by wydać kolejne pozycje.

Od początku też ciągnie się sprawa zaległych płatności za książki sprzedane w Empikach. W tym roku pierwsze niezapłacone faktury trafiły do sądu, zapadły korzystne dla nas wyroki, a pieniędzy jak nie było, tak nie ma. Mówimy tutaj o kwocie pozwalającej na wydanie przynajmniej jednego dodatkowego albumu, a to dopiero pierwsza sprawa sądowa - w kolejce czekają następne niezapłacone faktury. Skutki tej sytuacji były widoczne na przykładzie naszych najnowszych publikacji – w przypadku "Kuśmidra i Filo" Ongrys musiał zrezygnować z przygotowania dwóch wersji albumu (tańszej oraz obszerniejszej - do wyboru czytelnika). Albumy Ongrysa nie przynoszą zysku, siłą rzeczy więc przygotowywane są "po godzinach" - po powrocie z normalnej pracy, zapewniającej utrzymanie. Niestety, nie wszystko da się zrobić w tak ograniczonym czasie. Staram się nie obniżać poziomu edytorskiego i graficznego albumów, ale brakuje już czasu i sił na zajęcie się sprzedażą czy promocją.

3) To oczywiście bardzo subiektywne odczucie. Z jednej strony komiksy Ongrysa z rzadka pojawiają się w zestawieniach typu "Najlepszy komiks roku" itp., a jeśli już, to na odległych miejscach. Ale też nie taka jest nasza rola. Zazwyczaj publikujemy pozycje archiwalne, często sprzed kilkudziesięciu lat. Nie wszystkie oparły się próbie czasu. Co więcej – najciekawsze pozycje z tamtego okresu zostały już wznowione przez inne wydawnictwa. Dla mnie każda pozycja Ongrysa jest w jakimś stopniu interesująca i nie do zastąpienia przez inne komiksy.

Pierwsze komiksy Papcia Chmiela nie są zachwycające, ale do niedawna były dostępne nielicznym. Zgromadzenie kompletu czasopism, w których się ukazywały trwałoby latami i kosztowało fortunę. Teraz w każdym sklepie komiksowym można kupić ich nowe wydanie za przystępną cenę. Czy to jest sukces? Pod względem sprzedaży z zeszłorocznych publikacji nieco lepszy początek w porównaniu z innymi pozycjami miała "Spadająca gwiazda".

4) Niestety, trudno mi być optymistą. Coraz mniej osób kupuje nasze pozycje. Kiedy maleje sprzedaż, maleją nakłady, a wtedy cena jednostkowa rośnie. Albumy Ongrysa stają się coraz bardziej elitarne, co wcale mi się nie podoba, ale mam na to niewielki wpływ. Ongrys próbował przygotowywać tanie wersje komiksów, które mogłyby być dostępne w każdej księgarni w Polsce (przy czym dla mnie pojęcie „tanie” oznacza, że album nie jest droższy od podobnego pod względem poligraficznym albumu innego wydawnictwa, najprawdopodobniej przygotowanego mniejszym kosztem i w znacznie większym nakładzie). Niestety nie zdało to egzaminu i najprawdopodobniej nie będzie już dwóch wersji do wyboru. Zarówno ze względu na ograniczenia finansowe, jak i osobiste nowe pozycje najprawdopodobniej będą się ukazywały rzadziej niż do tej pory.

Na tą chwilę nie wiem też jakie będą kolejne publikacje. W tej chwili pracuję nad zbiorczym wydaniem przygód profesorka Nerwosolka (przygotowywanym wspólnie ze sklepem Gildii) oraz dawno zapowiadanym "Tajfunem" pod tytułem "Monstrum". Obie pozycje powinny się ukazać w pierwszej połowie roku. Co będzie dalej – nie wiadomo.


Łukasz Turek (Wydawnictwo Ważka)

1) Weszliśmy na rynek dopiero od października, zatem nie ma sensu wypowiadać się na temat całego roku. Te trzy miesiące polegały głównie na przecieraniu szlaku, szukaniu dobrych kanałów sprzedaży, sondowaniu rynku, ale przede wszystkim poszukiwania komiksów do wydania w 2012. Nie było sensu wydawać niczego nowego, może jedynie poza debiutem Maćka Gierszewskiego (którego zresztą także zdecydowaliśmy się przesunąć na styczeń). Mnóstwo telefonów, mnóstwo maili i gonienia na pocztę. Właściwie każdy dzień wyglądał tak samo. Czy zatem był to udany rok?

2) Lata ubiegłe? Tutaj chyba nie ma sensu zabierać głosu, "starsi wiekiem" wydawcy mają zapewne więcej do powiedzenia w temacie.

3) Jedynym naszym komiksem była antologia "Ziniola". Pod względem komiksu na start był to strzał w dziesiątkę. Nie mogliśmy sobie wymarzyć lepszego debiutu, ale z drugiej strony ten zbiór zasługiwał/zasługuje na lepszą promocję. W nadchodzącym roku wydamy kolejną część antologii. Już teraz obiecujemy sobie, że będziemy do tego zbioru wracać. Może zrobimy wydanie exkluziv?

4) Prognozy? Jeżeli weźmiemy pod uwagę znaczny wzrost publikacji za publiczne pieniądze, komiksowych imprez, powrót zinów to uważam, że w promocji komiksu nastąpił progres. Jeżeli zaś chodzi o kwestię "sensowności prowadzenia tego biznesu" - problemem na pewno będzie kwestia dystrybucji, zwłaszcza dla małych wydawnictw. Kolejnym, będzie cena okładkowa, zawsze zbyt wysoka. Wydawcy dalej będą prowadzili politykę bezpiecznej sprzedaży, co dzieje się już od dłuższego czasu. Czytelnicy dostaną do ręki uznane nazwiska, ale krajowi zdolni, debiutanci będą mogli liczyć jedynie na niski nakład albo druk własnym sumptem. Żeby przebić się do świadomości czytelnika, jako "twórca uznany", muszą wykazać się wielką determinacją, co nie jest łatwe przy światopoglądzie, że polski komiks jest "be".

Kilka słów o komiksach za państwowe pieniądze. Chociaż jest to chyba najskuteczniejsza forma promocji komiksu, jako medium, może w konsekwencji doprowadzić do "rozleniwienia twórców". Zamiast realizować autorskie projekty, będą czekali na kolejne zlecenia (wiadomo, wynagrodzenie). Mam nadzieję, że tak się nie stanie i tylko dmucham na zimne.

poniedziałek, 29 sierpnia 2011

#845 - Wokół "Biblii" Simona Bisley`a (cz.2)

Jak się okazało to przygoda Simona Bisley`a z Polską nie skończy się tylko na jednej wizycie w Gdańsku. Organizatorzy Międzynarodowego Festiwalu Komiksu i Gier zapowiedzieli, że brytyjski rysownik pojawi się również w Łodzi. Ci, którym nie udało się dotrzeć na wybrzeże dostaną swoją drugą szansę spotkania tego wybitnego artysty. A do tego czasu polecam obszerny wywiad z Bizem, który ukazał się na stronie "Polityki" oraz fantastyczną wideorelację z bfkowego spotkania. No i drugą część naszego wielogłosu odnośnie "Biblii" jego autorstwa!




Filip Myszkowski (malarz, rysownik, ilustrator, autor komiksów):

Chętnie wyrażę swoją opinię, jednakże nie widzę sensu, aby się rozpisywać ani analizować. To nie w moim w moim stylu. Zmieszczę się w kilkunastu znakach: "Biblia Bisley’a to album absolutnie wspaniały".Ciężko mi argumentować mój własny gust.

Twórczość Bisley’a po prostu mi odpowiada, ma to "coś" i dodatkowo jest profesjonalnie wyprodukowana. A Biblia to taki malarski Bisley w pigułce.


Krzysztof Ryszard Wojciechowski (bloger i członek Kolorowych Zeszytów):

Simon Bisley to jeden z bohaterów mojego dzieciństwa. Człowiek, który w dużym stopniu ukształtował moje gusta komiksowe, które jednak już dość dawno minęły się z tym, co prezentuje w swojej twórczości. Po "Biblię" mimo wszystko sięgałem bez obaw, bo już sama idea wydawała mi się bardzo bliska - po pierwsze uwielbiam sztukę sakralną, a po drugie bardzo interesują mnie prace komiksiarzy, odchodzących od typowo komiksowej sekwencyjności w stronę wymowy samej grafiki. Pod obydwoma względami album okazał się dla mnie zawodem.

Bisley, z niewiadomych powodów opowiada właśnie sekwencjami obrazów, a do tego, jeśli idzie o estetykę, to sięga raczej do okładek metalowych kapel i klasyków komiksu - od Gustava Dore po Franka Frazettę. Szczerze powiedziawszy, nie bardzo jestem w stanie zrozumieć ideę, jaka przyświecała autorowi przy tworzeniu tego albumu, bo właściwie jaki jest sens - gdy pracuje się nad ilustrowaniem Biblii - dosłownie kopiować prace Gustava Dore? W kilku momentach to naśladownictwo tak nachalne, że aż budzące niesmak. Poza tymi kalkami, trudno u Bisley’a odnaleźć chęć do jakichkolwiek poszukiwań czy poszerzania ram swojej twórczości. Bezpiecznie jest się nazywać rzemieślnikiem i rozumiem taką postawę w 100%. Ale gdy bierze się za rzecz stricte autorską, to chce się chyba odpocząć od tego, co się robi na co dzień... (Tak, bardzo udanie, kilka lat temu odświeżył swój styl Rosiński - mam na myśli głównie "Zemstę Hrabiego Skarbka".).

Nie oznacza to oczywiście, że Simon nie zostawił w tych pracach siebie. Wręcz przeciwnie. Ale są to rzeczy do niczego nie prowadzące artystycznie. Do tego całość wypada zadziwiająco grzecznie - nie wiem, czy rysownik jest wierzący czy nie, ale na pewno nie chciał nikogo obrazić. Nie widać tu heretyckiego zadęcia, a przy tym trzeba przyznać, że podszedł do tematu bardziej emocjonalnie niż Robert Crumb. Swoją drogą, gdy recenzowałem "Księgę Genesis", przyszły mi do głowy porównania z wczesnym bluesem. O dziwo, tu również znajduję pewne analogie: np. używając swojego autoportretu jako wizerunku diabła, Bisley przyjmuje podobną postawę, co świadomi swej grzeszności bluesmani (tak Simon, "będzie piekło!").

Podsumowując: dla zapatrzonego w umięśnionych herosów komiksiarza czy "szalonego rockmana", to może być nie lada gratka, ale dla kogoś żywo zainteresowanego sztuką album może okazać się kiczowaty, wtórny i niestrawny. No cóż. Ja stoję dokładnie pośrodku. Jeśli idzie o wartość artystyczną, to stawiałbym raczej na Crumba, a jako komiksiarz ucieszyłbym się bardziej z polskiego wydania "Bodycount". Jeszcze nic straconego, jeśli któryś wydawca się pośpieszy to może uda się go wydrukować na łódzki festiwal?


Marcin Łuczak (animator kultury komiksowej):

Gdy pojawiła się informacja o przyjeździe Simona Bisley’a na tegoroczną edycję Bałtyckiego Festiwalu Komiksu, wiele osób zaczęło się zastanawiać, czy w Polsce pojawi się kolejny komiks tego autora. W tym czasie, jak opowiadał na spotkaniu Radosław Bolałek, właściciel wydawnictwa Hanami i współorganizator wspomnianej imprezy, kontaktował się on z właścicielami innych wydawnictw, by dowiedzieć się, czy któreś z nich wyda coś Bisley’a. Ostatecznie Radek wziął sprawy w swoje ręce i w relatywnie krótkim czasie doprowadził do wydania "Biblii" w Polsce.

To, co odróżnia "Biblię" od innych publikacji tego autora, to fakt, iż mamy do czynienia z artbookiem z bardzo wyraźnym motywem przewodnim. Bisley zdecydował się na zilustrowanie najważniejszych wydarzeń zarówno ze Starego, jak i Nowego Testamentu, bez jakiegokolwiek dodatkowego słowa komentarza z jego strony. Album na tym zdecydowanie zyskuje, gdyż cały ciężar opowiadania leży na ilustracjach. I co ważne, znakomicie się one ze swojego zadania wywiązują. Poszczególne sceny, w jego interpretacji, są w wielu przypadkach nowym spojrzeniem na doskonale znane nam wydarzenia – wystarczy wskazać tutaj scenę wygnania z raju czy też kuszenia. Każda z ilustracji jest niezwykle sugestywna i wyrazista. Oglądając poszczególne z nich (np. ukrzyżowanie Jezusa i Zwiastowanie), wielokrotnie uderzało mnie to, jak wiele Bisley potrafi przekazać. Zresztą sam autor na spotkaniu podczas BFK powiedział: "(…)w Biblii jest mnóstwo interesujących tematów. Jest miłość, nienawiść, cierpienie, śmierć, życie." - i każdy z nich jest znakomicie uchwycony przez tego utalentowanego angielskiego artystę.

Opisywaną publikację uzupełniają cytaty z Biblii. Niby nie ma w tym nic specjalnego, gdyby nie fakt iż wydając "Biblię" w Polsce zdecydowano się na bardzo interesujący ruch. Otóż w naszym wydaniu do przekładu wykorzystano cytaty z Biblii Gdańskiej z 1632 roku. Pasują one znakomicie i dodają do całości dodatkowego klimatu.

Nowa publikacja wydawnictwa Hanami nie jest skierowana wyłącznie do miłośników twórczości Simona Bisley’a. Pomimo swojej formy, bardzo rzadko spotykanej na polskim rynku komiksowym, może ona trafić do szerokiego grona odbiorców. Będą usatysfakcjonowani zarówno miłośnicy dobrej kreski, jak i osoby wymagające od publikacji czegoś więcej. Trzeba pamiętać, że album składa się z autorskich interpretacji, mniej lub bardziej wiernych oryginalnemu tekstowi, co jednak pozwala na polemikę z autorem i nie pozostawia odbiorcy obojętnym.

Od niedawna wiadomo, że Simon Bisley ponownie odwiedzi Polskę. Nastąpi to już niedługo, bo na tegorocznej edycji Międzynarodowego Festiwalu Komiksów i Gier w Łodzi. Będzie to znakomita okazja na zadanie autorowi pytań dotyczących "Biblii" i zdobycie na niej autografu.


Paweł Deptuch (bloger, fan "Invincible" i publicysta komiksowy):

Wydanie w Polsce "Biblii" to według mnie świetny pomysł. Album ten, sam w sobie, jest artystyczną perełką, dziełem sztuki godnym muzeów i stałych wystaw (mowa o zawartości), publikacją, która powinna dotrzeć nie tylko do zapalonych fanów twórczości Simona Bisley’a i komiksomaniaków, ale także do amatorów rysunku, malarstwa i ikonografii z komiksem w żaden sposób niezwiązanych.

Wydanie go to świetna okazja, aby zaprezentować estetykę komiksu na nieco szerszym polu, z innej, równie ciekawej strony, przebić się poza krąg "komiksowa", zrobić z tego wydarzenie o nieco większej skali. Sam fakt wydania tej pozycji oceniam bardzo pozytywnie i niezmiernie się cieszę, że na polskim rynku wydano taki artbook. Mam nadzieję, że album rozejdzie się szybko i, że sięgną po niego również osoby spoza branży, docenią, może bardziej zainteresują się komiksem jako takim. Ja swój egzemplarz pożyczyłem kilku znajomym, podobało się, docenili, spytali o podobne rzeczy, o autora... Może coś z tego będzie, może tędy droga do serc nowych czytelników?

Z mojej strony Hanami otrzymuje ukłon w geście szacunku, gromkie brawa i błogosławieństwo na wydawanie podobnych publikacji. Doskonała jakość, przystępna cena (nie oszukujmy się, albumy malarskie w tej samej jakości mają zbliżone ceny, ale dodatkowo poprzecinane są sporą ilością tekstu), uznany artysta... Czego chcieć więcej?


poniedziałek, 22 sierpnia 2011

#840 - Wokół "Biblii" Simona Bisley`a (cz.1)


Wielkie komiksowe wydarzenie, jakim był przyjazd Simona Bisley`a do Polski, wydawnictwo Hanami uświetniło wydaniem "Biblii" jego autorstwa. Album, będący zbiorem interpretacji motywów znanych z ksiąg Starego i Noweg Testamentu ukazał się w limitowanym nakładzie zaledwie zaledwie 530 egzemplarzy w cenie 105 złotych. Jeśli tak znakomity artysta komiksowy bierze się za tak niezwykły i, co tu dużo mówić - kontrowersyjny - temat, warto poświęcić mu nieco dłuższy, niż zwykle, tekst. O wypowiedzi na temat "Biblii" poprosiliśmy tych, którzy komiksy robią i tych, którzy o komiksach piszą. Opinie, które się pojawiły były skrajne - obok zachwytów nad pracami Biza, pojawiła się druzgocząca krytyka. Dziś publikujemy część pierwszą, a w przyszłym tygodniu pojawi się druga - jeśli ktoś będzie chciał napisać o swoich wrażeniach z "Biblii" serdecznie zapraszamy!


Jerzy Łanuszewski (bloger, publicysta, wykształciuch-inelektualista, Krakus):

Zanim zabrałem się do "obcowania" z bisley`owską wersją Biblii, spodziewałem się orgii herezji i kpiarskiego bluźnierstwa – bądź co bądź, to twórca znany głównie z malowania wielkich, groteskowo umięśnionych facetów z wielkimi spluwami i jeszcze większymi toporami. Otworzyłem album... i tu moją kacerską duszę spotkało pewne zaskoczenie. Brytyjczyk podszedł do tematu raczej poważnie i z szacunkiem – osoby wierzące (choć raczej otwarte na różnego rodzaju eksperymenty artystyczne) nie powinny być urażone jego wizjami. Co nie znaczy, że porzucił swój ostry, dynamiczny styl – to wciąż drapieżne, wyraziste linie, sploty mięśni i spora dawka szaleństwa. Widać w tym albumie również inspiracje starymi mistrzami, klasykami malarstwa religijnego, m.in. Caravaggiem i Memlingiem. Przy tym czasem niewinnie bawi się tradycją chrześcijańską, puszcza oko do widza – jak wtedy, gdy umieszcza siebiek jako Szatana lub ubiera Chrystusa z Gorejącym Sercem w iście odpustowe barwy.

W albumie Biz zawarł szereg znanych ujęć ze Starego i Nowego Testamentu, wizerunki najpopularniejszych w ikonografii zachodniej świętych (Sebastian, Antoni i Jerzy) i parę uroczych obrazków z rzymskiego cyrku. Większość wydarzeń przedstawiona jest (formie mniej lub bardziej dopracowanych szkiców ) kilka razy.

Album zawiera wiele scen bardzo "bisley`owskich" – a to Potop, a to rzeź niewiniątek, a to piekło i szatani... Można było oczekiwać, że właśnie im artysta poświęci najwięcej uwagi. Kolejna niespodzianka – gros miejsca zajmują wydarzenia najważniejsze z punktu widzenia chrześcijanina – Zwiastowanie, Męka i Zmartwychwstanie. Również sposób w jaki właśnie te sceny zostały namalowane, różni się od innych. Są o wiele bardziej dopieszczone, jakby autor chciał pokazać, że w całym Piśmie Świętym liczą się jedynie te sytuacje, a inne są tylko dodatkiem (nawet Apokalipsa została potraktowana po macoszemu). Z każdej z nich wydobywa samą istotę rzeczy – tajemnicę i niesamowitość kontaktu z bóstwem, przy Zwiastowaniu, nieludzkie cierpienia w czasie męki (co ważne – Bisley’owi udało się uniknąć błędu Gibsona i tortury, mimo, że straszne i przedstawione w dość naturalistycznie, nie odzierają Chrystusa z boskiego majestatu) i chwałę Zmartwychwstania. Opisując te obrazy, aż ciśnie się na usta określenie "natchnione".

Osobiście, najbardziej urzekł mnie obraz Chrystusa wiszącego na krzyżu. W deszczu, opuszczony przez wszystkich, pozbawiony nawet tradycyjnie towarzyszących mu łotrów. Podobnie sugestywne są przedstawienia aniołów – zakapturzonych, pozbawionych twarzy postaci, których skrzydła stworzone są z powłóczystych szat. Właśnie przy nich ma się wrażenie obcowania ze sferą sacrum – pozostałe, to po prostu bardzo dobre grafiki fantastyczne, jakich Bisley już wcześniej trochę stworzył.

Ze wszystkich znanych mi publikacji Simona Bisley’a, "Biblia" zrobiła na mnie największe wrażenie. Tym albumem Bisley wspiął się na wyżyny swojego kunsztu i udowodnił szerszej publiczności, że jest wszechstronnie uzdolnionym, wrażliwym artystą. Gdybym był papieżem (lub przynajmniej wiejskim proboszczem), zamówiłbym u niego malowanie sklepienia.


Tomasz Kleszcz (twórca komiksowy, autor "Kamienia Przeznaczenia")

Jestem miłośnikiem książek, zwłaszcza pięknie wydanych. Jedyną ich wadą jest to, że są cholernie drogie. Ale z drugiej strony, spędzenie całej nocy w barze też jest cholernie drogie, a jedyne wspomnienie jakie po nim zostaje, to dymiąca czacha. Z "Biblią" Bisley’a spędziłem kilka wieczorów. Gdyby sporządzić wykres, na którym uwidocznić skalę mojego zachwytu, to przybrał on wygląd równi pochyłej – od szczytowania do rozczarowania.

Piękna, pachnąca, idealna książka na półeczkę... ale jej zawartość, jest niegodna takiego opakowania. Niegodna dlatego, że ponad połowa plansz to niedokończone szkice. Wybazgrolone i dopiero zarysowane koncepcje, których czasem nie do końca widać, że to dzieła Bisley’a. Ostatecznie o ich autorstwie świadczy tylko jego podpis pod rysunkiem...

Po tych nielicznych skończonych planszach widać, że facet ma niesamowity warsztat, talent i wszystko co potrzeba, żeby móc się nazywać geniuszem. Gdyby ten album był pełen skończonych prac, byłby wart swojej ceny. Tymczasem na taki szkicownik wystarczy zeszytowy formacie, w miękkiej oprawce w cenie kilkunastu złotych, aby móc zapoznać się z kunsztem i warsztatem autora. W takiej formie (wzorowo) wydano szkicownik KRL`a. Nie przesadzajmy z tą kredą…


Maciej Pałka (autor powieści graficznych, twórca gier i animator kultury komiksowej)

Simona Bisley’a cenię sobie zwłaszcza jako twórcę komiksów, którego styl rysowania miał na mnie ogromny wpływ. Mogę wręcz zaryzykować stwierdzenie, że dla nas, komiksiarzy zaczynających w latach ’90, był tym, czym Velvet Underground dla muzyki rockowej. Jednak spora część jego dorobku to niestety narracyjne gnioty, które można czytać wyłącznie dla rysunków. Jako czytelnik komiksów mam taki etap za sobą, więc automatycznie mniej sobie cenię te dzieła. Pomimo ambiwalentnej oceny jakości komiksów, które ilustrował, trzeba przyznać jedno – przy realizacji większości kaszaniastych scenariuszy Bisley robił co mógł, aby za pomocą swojego atomowego pierdolnięcia, ratować co się tylko da. Para w łapie to jednak za mało, gdy na krzywy ryj porywasz się za jedną podwalin współczesnej kultury.

W polskim wydaniu sam tytuł "Biblia" wprowadza w błąd. Bardziej precyzyjny jest tytuł pierwotny - "Simon Bisley’s Illustrations from the Bible: A Work in Progress". Nie jest to adaptacja, a tylko zbiór studiów do kilku (standardowych) motywów. Potraktowanie serio dzieła Bisley’a zgodnie ze "skróconym" tytułem, to nieporozumienie. Taka "Biblia" to już raczej "Biblia pauperum" w rozumieniu najbardziej zwulgaryzowanym i uproszczonym. Czyli nie, jako typologiczne zestawienie scen z Testamentów, tylko bryk dla prostaków.

Bisley jest bodaj najwybitniejszym uczniem Frazetty, ale jednak miejscami to epigon i kicz-man. Domeną jego mistrzostwa jest komiks, a nie ilustracja. Tam gdzie jedzie Frazettą są obowiązkowe gołe cyce, dupa i Conan. Takie rzeczy lepiej i z większym jajem robił ponad trzydzieści lat temu choćby Richard Corben w "Boddysey". W albumie Bisley’a czasami pozytywnie zaskakują ukłony w kierunku starych mistrzów. A to nieboskłon jak u Hieronima Boscha, a to cała seria wygibasów z przegięciem w kierunku Mattiasa Grünewalda. No tak, ale to już było. Pięćset lat temu, czyli dawno i nieprawda.

Większość ilustrowanych scen jest przedstawiona w sztafażu horrorów klasy B, a nawet podklasy Tromy. Autor sportretował się nawet w postaci kusiciela – Szatana – śmiesznego mutancika z obowiązkowymi pazurami, kopytkami i rogami. No i taka jest właśnie ta sztuka – rodem z tandetnego straganu. Niby ironiczna, bo przepakowująca biblijne motywy tanim efekciarstwem, ale to jest jednak zabawa na poziomie "hurr durr".

Album Bisley’a broni się wyłącznie, jako wgląd w ćwiczenia z anatomii rodem z "Body World" Guntera von Hagensa. Jest w nim również kilka efektownych scen zbiorowych i ciekawych kompozycji. Niestety, intelektualnie to najzwyklejsza nędza. Strywializowany kicz z mackami i pornografia przemocy. Rzygam! Chciałoby się powiedzieć – niechby tak cwaniaczek zilustrował se Koran!


Marcin Zembrzuski (bloger i członek Kolorowych Zeszytów):

Przed lekturą bisley`owskiej "Biblii" niewiele wiedziałem o jej zawartości, czy może raczej jej charakterze i chętnie gdybałem nad tym, w jakim kierunku Brytyjczyk poszedł. Szczerze liczyłem na to, że w jakiś magiczny sposób uda mu się przedstawić nie tyle różnorodność Pisma Świętego, co przede wszystkim masę sprzeczności, na jakich się opiera (z całym szacunkiem dla uniwersalnych prawd, jakie niesie). Ale już w trakcie lektury szybko zapomniałem o swoich oczekiwaniach.

Bisley’a interesowały w literackim pierwowzorze nie kłamstwa czy mądrości, a czyste emocje. A także wszystko to, co w tej wyidealizowanej historii chrześcijaństwa niezwykłe. Innymi słowy, autor w swoich interpretacjach na plan pierwszy wyniósł nadrealizm, czasem kierując się też w stronę czystej gatunkowości. Już przypowieść o pierwszych ludziach w jego wersji wygląda jak mroczne fantasy. Oto wąż kuszący ponętną Ewę przypomina monstrualną anakondę z filmu klasy B, ale bez typowej dla takiego kina śmieszności, podczas gdy czający się w tle Adam kojarzy się z szekspirowskim Otellem, gotowym ukarać swoją kobietę, jeśli ta choćby uśmiechnie się do Diabła. Ale autor nie posuwa się w swoich wizjach za daleko. Po zjedzeniu wiadomego owocu bohaterowie przenoszą się w rzeczywistość przypominającą Piekło, popadając to w apatię, to w agonię. Ich stan pokazany jest za pomocą drugiego planu. Często właśnie dzięki tłom te prace są tak sugestywne. Autor poprzez zmiany miejsca nie tyle deformuje przedstawiane historie, co po prostu uwypukla kryjące się w nich emocje i przesłanie.

W "Biblii" dominuje mrok i napięcie, co przypomina o komiksowych korzeniach Bisley’a. Niektóre prace wyglądają niemalże jak to, co tworzył kiedyś dla magazynu "Heavy Metal", czy w serii "Slaine". Autor zdaje się tym dowodzić, że Biblia to idealny materiał wyjściowy dla komiksiarzy, wystarczy odrobina wyobraźni. Ten nieco groteskowy charakter zanika jednak wraz z rozpoczęciem Nowego Testamentu. Wówczas przychodzi czas na przeciwwagę dla wcześniejszej drapieżności. Najpierw w postaci przepełnionych szacunkiem i pozytywnymi emocjami wizerunków Matki Boskiej z Dzieciątkiem, następnie w postaci dosyć realistycznego ujęcia scen drogi krzyżowej i samego ukrzyżowania. Nawet znajdująca się między tymi fragmentami surrealistyczna wizja Mesjasza z brutalnie otwartą klatką piersiową niesie sobą jakiś ładunek optymizmu, mimo pewnej dawki szaleństwa.

"Komiksowość" wraca po śmierci Chrystusa, uderzając ze zwielokrotnioną siła, jednakże nie w Apokalipsie, a zawartej po niej galerii wizerunków Świętych. Bo czym są choćby kolejne obrazy przedstawiające Św. Jerzego walczącego ze smokiem, jeśli nie starym, dobrym heroic fantasy? Ale jak wspominałem – Bisley nie przesadza. Z reguły zniekształca i uatrakcyjnia, ale po to, aby wzbogacić. Z reguły unika kiczu, choć ten ciągle zdaje się "czyhać tuż za rogiem". Jak choćby w obrazach, na których pod stopami ukrzyżowanego Jezusa przybita jest także trupia czaszka. Bo to nie efekciarstwo, lecz hołd złożony zapomnianej już tradycji tworzenia krucyfiksów ozdabianych właśnie takimi czaszkami, co miało nie śmiercią straszyć, a do śmierci przygotowywać. Ten właśnie szczegół jest jednym z najlepszych dowodów na to, z jakim szacunkiem Bisley podszedł do przerabiania Pisma Świętego. Niekoniecznie ze względu na swoją wiarę, a raczej dlatego, że to księga będąca najczęstszym źródłem inspiracji dla wszelkiej maści artystów. Brytyjczyk spisał się na medal.


Olga Wróbel (autorka komiksowa, rysowniczka i scenarzystka):

Moje wrażenia dotyczące "Biblii" są mieszane. Jadąc na BFK, z okazji którego Hanami wydało tę publikację, wiedziałam, że jest to żelazna pozycja na mojej liście zakupów. Wróciłam z albumem w walizce, nie kartkowałam go w pociągu, mówiąc sobie, że zapoznam się z nim w skupieniu, kiedy opadną festiwalowe emocje, związane także z towarzyszeniem autorowi przez trzy dni jego pobytu w Polsce. Zapoznałam się. I co? I właściwie nic.

Wiedząc, że "Biblia" jest bardziej artbookiem niż komiksem, odczułam jednak pewien brak narracji. Oczywiście, podzielone przez Bisley’a na rozdziały ilustracje układają się w ciąg wydarzeń, począwszy od Starego Testamentu, poprzez historię Jezusa, aż po luźne sceny z życia świętych. Jednak dobór tematów wydaje się być dość losowy, nie łączy ich żaden większy zamysł – mam wrażenie, że autor wybrał po prostu motywy, które można przedstawić w atrakcyjny i ekspresyjny sposób (upadek Szatana, wygnanie z raju, Potop, Wniebowstąpienie) lub te, które dają możliwość eksponowania ludzkiego ciała w działaniu (Pasja). Doceniam oczywiście całą techniczną finezję wykonania tego zamysłu - tym, co naprawdę urzekło mnie w "Biblii" jest niezwykły dynamizm szkiców Bisley’a. Tutaj pozwolę sobie na małe porównanie z czytanym w tym samym momencie "Poznańskim Czerwcem 1956", rysowanym przez Jacka Michalskiego.


Z jednej strony wrażenie ruchu, wizualna pewność, że Jezus zwija się z bólu, a rzymski żołnierz zaraz opuści bicz. Z drugiej, w tej samej ołówkowej poetyce, robotnik z umiarkowanym zaangażowaniem próbuje sprawić, że kamień podfrunie do jego dłoni, żeby potem statycznie cisnąć nim w budynek.

Zaletą dzieła Bisley’a jest też uwolnienie scen biblijnych z estetyki odpustowej słodyczy (oprócz kilku plansz, którym jaskrawe kolory nie dodają urody) – pojawiający się w zwiastowaniu anioł wygląda bardziej na upiora, zmartwychwstający Jezus budzi przerażenie i podziw, z drugiej strony – w XXI wieku nie jest to niczym nowym ani szokującym, chyba że w Polsce.

Zastanawiając się nad oceną tego wydawnictwa przypomniałam sobie jednak, co mówił Bisley w Gdańsku – że album ten był po prostu czymś, co chciał narysować, bez wplątywania się w ideologię, bez zamiaru powiedzenia czegoś zupełnie niebywałego o świętej księdze chrześcijaństwa. I tak chyba należy "Biblię" traktować – jako luźny zbiór ilustracji, którymi fani autora będą pewnie zachwyceni, a inni po przejrzeniu bez większych emocji odstawią na półkę. Ja odstawiam.

piątek, 3 czerwca 2011

#772 - Morfina

Według mnie Hanami oddało wielką przysługą całemu rodzimemu rynkowi komiksowemu, pokazując przeciętnemu czytelnikowi, że komiks japoński nie kończy się na wielkich oczach, naiwnych, emocjonalnie rozbuchanych romansidłach czy przygodowych opowieściach z pojedynkami, ciągnącymi się przez kilka odcinków, przeznaczonymi odpowiednio dla nastoletnich dziewcząt i chłopców. Oczywiście JPF i Waneko również publikowały historie odbiegające od tego krzywdzącego stereotypu, ale to oficyna Radosława Bolałka postanowiła z takimi właśnie produkcjami wyjść poza mangowe getto. I, przynajmniej pod względem artystycznym, bo nie ma wglądu w ich księgowość, udało jej się to znakomicie.

Zastanawiam się jednak, skąd w ofercie Hanami, obok niemal zawsze godnych uwagi utworów Jiro Taniguchiego, poruszającej "Dyni z majonezem" Kiriko Nananan czy świetnych komiksów Inio Asano ("Solanin" czy "Osiedle Promieniste"), znajdują się tak słabe tytuły, jak "Król wilków" czy "Japan" duetu Miura-Buronson, pretensjonalne "Beautiful People" Mitsukazu Mihary, bezbarwny "Anagram" Kirin Tendo czy kompletnie nieudane "Ristorante Paradiso" Natsume Ono? Dziwna sprawa. Obok intrygujących, wartościowych i naprawdę ciekawych tytułów trafiają się pozycje zwyczajnie słabe, nieciekawe, wręcz banalne, a komiksów przeciętnych, czy choćby dobrych, znajdujących się pośrodku tych dwóch skrajności, nie można policzyć nawet na palach jednej ręki?

Studiująca medycynę Maki Fujiwara i niezwykle utalentowany muzyk Katsuhido Kurahashi są młodzi, piękni i zakochani. Ale łączy ich coś mocniejszego od tego uczucia. Pochodząca z rozbitej rodziny Maki trapiona jest obsesją śmierci. Jej matka zabiła się dokładnie w dniu swoich trzydziestych drugich urodzin, a jej starsza siostra została zamordowana przez ojca. Jego przepowiednia, wypowiedziana w pijackim amoku, kładzie się cieniem na całym życiu głównej bohaterki. Śmierć, której oswojeniu poświęciła całe swoje życie, zostając lekarzem i podejmując pracę w hospicjum, ma dosięgnąć ją przed osiągnięciem owych trzydziestu dwóch lat. Chce być na nią przygotowana. Ucieka w pracę, poświęca się niesieniu pomocy konającym i próbuje uporać się z dziecięcą traumą. Ale śmierć przychodzi nie do niej, tylko do jej ukochanego, który pewnego dnia, bez jednego słowa pożegnania, znika z życia Maki. Światowej sławy pianista zapadł na ciężką chorobę, która wyniszcza jego ciało i nie pozwala mu grać. Hido odmawia leczenia nowotworu mózgu, które mogłoby uratować jego życie. Do Japonii i do Maki wrócił tylko dlatego, aby dotrzymać raz danego słowa…

Oprawa graficzna jest bardzo oszczędna, wręcz surowa. Kumiko Saiki korzysta z minimum środków graficznych do zilustrowania scenariusza Chiki Adachi. Jej styl rysowania jest bardzo adekwatny do treści "Morfiny".

Autorki opowiadając historię nieszczęśliwej miłości kochanków, których życie los splótł nierozerwalnie ze śmiercią, podejmują niezwykle trudny temat umierania. Trudny podwójnie, bo niełatwo mówić o śmierci nie popadając w banał lub egzaltację, a poruszany na łamach "Morfiny" problem eutanazji w społecznym wymiarze wciąż budzi żywe kontrowersje. Wątek Maki i Hido poprowadzono całkiem zgrabnie, choć nie byłbym sobą, gdybym nie narzekał na nadmiar mangowego sentymentalizmu. Ona przez całe życie próbowała pogodzić się ze śmiercią, święcie przekonana, że wkrótce umrze. On, kochający życie i samego siebie, kona naprawdę. Nawzajem próbują pojednać się ze sobą i z przewrotnym wyrokiem losu.

Nieco inaczej sprawa ma się ze sprawami eschatologicznymi. Pomimo wszechobecności śmierci w komiksie, zupełnie nie odczuwa się jej grozy. Adachi i Saiki oswajają ją, pokazując, że stanowi ona naturalny element ludzkiej egzystencji, co bardzo dobitnie widać w niezwykle charakterystycznej scenie z kwiatami. Konanie w "Morfinie" jest zracjonalizowane, stanowi jedynie pogodzenie się z naturalną koleją rzeczy. Ostatecznie nie jest niczym więcej, jak tylko akceptacją takiego porządku rzeczy. W komiksie brakuje mi dramatycznego napięcia, poczucia ostateczności. Całość trąci stoickim banałem, z którym nie do końca mogę się zgodzić. Ale bez względu na to czy mi się to podoba czy nie, "Morfina" jest całkiem udanym komiksem. Nie tak znakomitym, jak najlepsze rzeczy ze stajni Hanami, ale o wiele lepsza od najsłabszych pozycji z asortymentu tego wydawnictwa.

poniedziałek, 9 maja 2011

#757 - Pitu Pitu

Daisuke Igarashi w antologii "Pitu Pitu" tworzy fantastyczne uniwersum dzieci i zwierząt, piękna przyrody i zgiełku miasta, w którym codzienność miesza się z niezwykłością, a hipnotyzująca rutyna - z magią i sennymi fantasmagoriami. W tym splocie nowoczesnej kultury koty ze zdziwienie oglądają ludzi, pożerających kanarki, a burze wysyłają pioruny, aby kobiecie wybranej na narzeczoną, związać wszystkie włosy na ciele. Dziwaczne, poetyckie i niezrozumiałe - tak w skrócie można by określić ten zbiorek.

Bardzo mocne zakorzenienie w tradycyjnym folklorze japońskim i w kontekście wschodniej kultury sprawia, że biedny czytelnik, ukształtowany w kulturze zachodniej, jest właściwie pozbawiony jakichkolwiek szans w starciu z "Pitu Pitu". Dla mnie oznacza to skazanie na lekturę naiwną, nie pogłębioną. Z podobnym przypadkiem miałem już do czynienia, kiedy czytałem "Dwie poduszki" od Hanami, ale wtedy Hinako Sugiura (autorka komiksu) wcielała się w przewodniczkę po egzotycznym świecie wschodniej etyki, dawnej obyczajowości i wartości, które zostały pogrzebane przez czas. Tamtą obcość dało się jakoś oswoić. W przypadku mangi Igarashiego jest to znacznie trudniejsze.

Nie potrafię znaleźć w "Pitu Pitu" żadnego punktu zaczepienia, żadnego miejsca, gdzie mógłbym spróbować rozpocząć rozpracowywanie sensu lub sensów utworu. Żaden z posiadanych przeze mnie kluczy nie pasuje. Modna w naszym kręgu kulturowym problematyka ekologiczna i etyka posthumanistyczna w duchu Petera Singera odpada w przedbiegach. Napięcie pomiędzy naturą, a cywilizacją to niezwykle istotny element, ale chyba nie zasadniczy. Wszelkie skojarzenia, na czele z najbardziej oczywistymi, takimi jak metaforyczne znaczenia pewnych zwierząt czy motywów nie mają raczej racji bytu, ponieważ są warunkowane zachodnią kulturą.

Czyżbym był zatem skazany na klucz autorski, dość prostodusznie wyłożony na ostatnich stronach "Pitu Pitu", zamiast posłowania? Autorskie pouczenie Igarashiego kojarzą mi się antyinterpretacyjnym sposobem czytania zaproponowanym przez Rolanda Barthesa. Wybitny teoretyk literatury, najważniejszy spośród poststrukturalistów, to ten sam, który zasłynął szokującą tezą o śmierci autora. Według Barthesa dzieło, czy raczej tekst, nie jest pudełkiem, depozytem czy strukturą znaczeń, dającą się w prosty (lub całkiem skomplikowany) sposób deszyfrować na drodze czytelniczej interpretacji, która buduje jakiś spójny obraz utworu. W takiej perspektywie lektura nie jest dążeniem do uchwytywania sensów, podporządkowywaniem poszczególnym elementów jakiemuś nadrzędnemu projektowi zrozumienia tekstu. Powinna być działaniem wręcz przeciwnym – to jest niezrozumieniem. Jeśli dobrze odczytuje Barthes`a czytanie to prostu czytanie, a nie poszukiwanie "prawdy" ukrytej w tekście. Niemożliwym jest pogodzenie ze sobą całej, nieskończonej galaktyki signifiants obecnej na kartach utworu w jednej, spójnej interpretacji. Zarówno francuski literaturoznawca, jak i japoński mangaka, zdają się mówić – "cieszcie się po prostu tekstem", a Igarashi idzie jeszcze dalej i chce powiedzieć "cieszcie się po prostu życiem, bo jest ono pełne magii, niezwykłości i niesamowitości, tak jak mój komiks".

I w ten sposób dziwaczny duet Barthes-Igarashi rozrasta się o osobę Neila Gaimana, któremu jak sądzę "Pitu Pitu" przypadłoby do gustu, właśnie ze względu na tą kryjąca się zakamarkach codzienności niezrozumiałą fantastyczność rodem z marzeń sennych. Zwierzęca estetyka i sposób konstruowania opowieści delikatnie przywodzi na myśl "Stwory nocy". Wydaje mi się, że tercet egzotyczny w składzie Igarashi-Barthes-Gaiman gra w miarę czysto i spójnie, ale wciąż nie jestem pewien, ż jest to melodia akurat odpowiednia dla "Pitu Pitu".

czwartek, 3 lutego 2011

#686 - Rok 2010 okiem wydawców

Podobnie jak w roku ubiegłym do podsumowania ubiegłych dwunastu miesięcy zaprosiliśmy rodzimych wydawców. Swoje wrażenia przedstawił nam Radosław Bolałek z Hanami, Szymon Holcman z Kultury Gniewu, Tomasz Pastuszka zajmujący się magazynem Karton, Paweł Timofiejuk z timof comics/Mroja Press oraz Robert Zaręba ze Strefy Komiksu. I podobnie jak w roku ubiegłym chcieliśmy nieco pomóc naszym wydawcom i przedstawiliśmy kilka pytań/zagadnień/rejonów, które nas najbardziej interesowały:
1. Komiksowe wrażenia z roku 2010.
2. Jak wypadł miniony rok dla Twojego wydawnictwa, w porównaniu z planami na 2010?
3. Najlepszy komiks Twojego wydawnictwa w 2010 roku to...
4. Największe nadzieje na 2011 rok Twoje wydawnictwo wiąże z...
5. Jak to właściwie jest z tym kryzysem?
Oto jak odpowiadali nasi goście (kolejność alfabetyczna):
1. Pod względem wydawniczym rok nie był wyjątkowy, był zwyczajnie bardzo dobry. Od kilku lat my, wydawcy przyzwyczajamy polskiego odbiorcę do wysokiej jakości publikacji. Tu niestety pojawia się problem, bo tytuły, które zagranicą uznawane są za bardzo dobre, u nas to są "przeciętniaki" lub wręcz "słabizny". Powtarzam się (bo mówiłem o tym niejednokrotnie), ale w Polsce sporadycznie wydaje się tytuły mniej niż "dobre". Ostatnio pracowałem przy międzynarodowej publikacji "1001 komiksów, które musisz przeczytać przed śmiercią" i bardzo dużo z listy tych komiksów mamy już wydane w Polsce, co jest pewnego rodzaju świadectwem, że jest nieźle. Problem polega na tym, że część z tych pozycji została przez tak zwane "portale branżowe" uznana za tytuły słabe i niejednokrotnie łapałem się za głowę czytając recenzje (ale do tego już się chyba przyzwyczailiśmy). Pod względem imprez, kolejny rozwojowy rok. Tu nie ma co się rozpisywać - z roku na rok jest lepiej. Dla wydawców - kolejny trudny rok, ale o tym później...

2. Plan minimum wykonany. Udało się rozpocząć inwazję na Czechy. W sumie wydaliśmy więcej tytułów niż rok temu. Pod względem ilości wydanych tytułów utrzymaliśmy 4 pozycję w rankingu wydawnictw (po Egmoncie, JPFie i timof comics). Żałujemy, że w Polsce nie rozwinęliśmy się bardziej, ale nie nastawialiśmy się na to, więc niezgodności z planem nie ma.

3. Nie lubię tego pytania, bo nigdy nie wiem jak na nie odpowiedzieć. Zawsze jest kilka obsypanych nagrodami tytułów, które nasuwają się jako pierwsze. Dla mnie jednym z wybitnych dzieł z naszej stajni jest "Pitu pitu". Wiele osób od razu pokochało ten dwutomowy zbiorek (druga część już w lutym) krótkich historii, inni ominęli go szerokim łukiem, ze względu na opinie, że nowele w nim zawarte są zbyt japońskie i hermetyczne. Nie jest to prawdą. Opowieści te są zwyczajnie oniryczne i naładowane abstrakcyjnym humorem. Fakt, bazują na japońskim folklorze, ale dla samych Japończyków większość z tych wierzeń jest nieznana, więc każdy może się nimi cieszyć. Sam autor nie zakładał, że do obioru będzie wymagana znajomość podań. Do tego dochodzi fenomenalna kreska, której próbki można było już zobaczyć w antologii "Japonia...".

4. Tym, że mimo podwyżek cen, ilość klientów nadal będzie rosła. A do tego ostatnie niedobitki, które twierdzą, że manga to zło i kicz, przekonają się, iż komiksy Made in Japan mogą być równie dobre (o ile nie lepsze) niż te zrobione w Europie czy w Stanach.

5. Kryzys jest, ale to nie jest coś, co pojawiło się znikąd. Może powiem, jak to było u nas... Pierwszy pełen rok - wiadomo, że jest trudno bo jest pierwszy. W drugim złoty poleciał na łeb, na szyję przez co koszty materiałów wzrosły niemożebnie (np. Jeny z poniżej 2 zł, skoczyły do prawie 4 zł!). W trzecim nagle skoczyły ceny papieru (ze względu na trzęsienie ziemi w Chile, gdzie są fabryki celulozy - to się nazywa globalizacja!). A teraz VAT... Co rok myślimy - "ten rok jest wyjątkowo trudny, za rok będzie już lżej", ale tak nie jest. W międzyczasie pojawiło się słowo klucz - "kryzys". Każde wydawnictwo komiksowe dostało w kość, gdy pojawiał się każdy z tych czynników, ale to ich kumulacja sprawiła, że dobrze nie jest. Do tego dwa odwieczne problemy - dystrybucja i piractwo. W wypadku pierwszego dwoimy się i troimy, żeby nasze pozycje były jak najszerzej dostępne, ale 90% nie jest zależne od nas. Natomiast piractwo jest inną kwestią. Tutaj nie wystarczy, żeby zniknęły nielegalne komiksy z sieci. To podniosłoby sprzedaż w stopniu minimalnym, ale wystarczającym do ustabilizowania się rynku. Część osób nastawiłoby się na inne formy rozrywki z nielegalnych źródeł. Dopiero całkowite zlikwidowanie piractwa (w co nie wierzę) lub znaczne jego ograniczenie spowodowałoby realną walkę o pieniądze, które ludzie wydają na kulturę lub po prostu na spędzanie wolnego czasu. Co więcej, dałoby to możliwość przyciągnięcia większej ilości osób na imprezy komiksowe.

1. Mieszane. A żeby się specjalnie nie rozpisywać – w 2010, a szczególnie jego drugiej połowie – czułem się, jak uczestnik balu na Titanicu. Pięknego balu. Ze znakomitą orkiestrą, w fantastycznym towarzystwie i drinkami gratis (no, tego elementu nie było niestety w nadmiarze; a może inaczej: tego elementu nigdy nie ma w nadmiarze). Ale poszycie statku już rozorane, woda wdziera się na pokład i za chwilę trzeba będzie się w popłochu ładować do szalup. I po tym wspaniałym balu, okazałym Titanicu zostaną właśnie te smutne pojedyncze szalupy ciskane morskimi wodami raz w tę, a raz w tę. Ale żeby było jasne – nie być na tym balu to grzech!

2. Zrobiliśmy mniej niż było w planach. A z części rzeczy musieliśmy zrezygnować, przełożyć, opóźnić, itp. Ale też zrobiliśmy tyle, że patrząc na to teraz, z pewnego niewielkiego czasowego dystansu, to jestem bardzo zadowolony. Mogło być naprawdę dużo gorzej.

3. Nienawidzę takich pytań. I z tej złości odpowiem, tak jak zawsze – kochamy wszystkie nasze komiksy. Naprawdę. Ślepą rodzicielską miłością. I tu wymieniam wszystkie tytuły, które wydaliśmy w 2010.

4. Z tym, że to zatonięcie Titanica, to tylko zły sen wynikający z potwornego przejedzenia się i opicia na cudownym balu. I zaraz wszystko wróci do normy. Komiksy będą wjeżdżały tysiącami do sklepów i wynoszone stamtąd będą przez szczęśliwych klientów (oczywiście po uregulowaniu rachunku przy kasie!). I będą to małe sklepy, duże sieci, komiksy kupione w e-handlu i ze "szczęk" pod dworcem oraz w kioskach. Bardzo byśmy sobie tego życzyli.

A tak poważnie, to mam taką nadzieję, że ta proza życia okaże się na tyle nieuciążliwa, że dalej będzie nam się chciało to wszystko robić. I że będziemy mogli to robić. Tyle i aż tyle.

5. Powyżej było trochę poezji. To teraz konkrety. Z tym kryzysem to jest tak, że od ponad roku hurtownia, która dostarcza nasze komiksy do Empiku albo wcale nam nie płaci za sprzedane egzemplarze, albo płaci w ratach. Ich dług wobec nas przekroczył już granicę przyzwoitości. Zostaliśmy postawieni przed dylematem, czy dawać im kolejne nasze pozycje i kredytować ich działalność, czy rozwiązać tę sprawę, licząc się z nieobecnością w największej sieci handlującej dobrami kultury.

Nie mamy teraz ani należących się nam pieniędzy, ani nowego komiksu w Empiku, ale też dług – który dopóki go nie odzyskamy jest dla nas pieniędzmi wyrzuconymi w błoto – nie rośnie. W pozostałych punktach sprzedaży wiele przez ostatnie lata się nie zmieniło. Jest w porządku. I jak na 38 milionowy kraj nie jest w porządku.

Co będzie dalej? Nie mam bladego pojęcia. Może się okazać, że bez Empiku cała ta zabawa w wydawanie komiksów nie ma sensu, nie kalkuluje się po prostu (byłoby to bardzo, bardzo smutne). Wtedy pewnie powiemy sobie "dość", bo nie bawi nas wydawanie w 300 egzemplarzach. Bo wtedy wydawnictwo przestaje być potrzebne, autorzy sami powinni sobie wydawać komiksy i sprzedawać je na rozmaitych imprezach i w sieci. A może jednak ta hurtownie zacznie z powrotem normalnie płacić i nie będzie strachu oddawać im komiksów?

1. Rok 2010 udowodnił, że chęci promowania i wydawania komiksów znacznie przerastają możliwości zaangażowania się w to ludzi zainteresowanych. Zdecydowana większość osób wychodzi z założenia, że krytykowanie działań tych nielicznych "coś robiących" jest wystarczającą pracą w kierunku poprawy sytuacji. Wizerunkowo najaktywniejsi okazują się ludzie, którzy nie potrafią wstać od komputera i przestać stukać przypadkowe klawisze. Skutecznie przesłaniają tych, którzy coś faktycznie robią. W tym miejscu chciałbym podkreślić "cichych bohaterów" minionego roku: Michała Słomkę, Bogdana Ruksztełło i Radka Bolałka (w duecie) oraz Andrzeja Janickiego, którzy aktywnie robią coś w temacie promocji komiksu. Jak i rysowników, którzy zazwyczaj skutecznie offline rysują komiksy. A to trochę ginący gatunek. Tu wskazanie moje pada na Januarego Misiaka, który mnie bardzo pozytywnie zaskoczył objawiając się z komiksem "Siedem tygodni".

2. Plany zawsze stawiamy przed sobą jak najbardziej optymistyczne i nie wszystkie udało się zrealizować niestety. Ale fakt pojawiania się kolejnych numerów i przezwyciężenie niezależnych od nas przeszkadzajek napawa optymizmem. Udało się wystartować z pierwszym zeszycikiem około-kartonowym ("Ratman") i okazał się to strzał w dziesiątkę.

3. Poza "Kartonem" wydaliśmy tylko "Ratmana". Na naszą niewielką skalę okazał się bestsellerem wymagającym dodruków. Jest to niebywały sukces, gdy udaje się ograniczonymi możliwościami dystrybucyjnymi upłynnić cały nakład dorównujący innym "profesjonalnym" wydawnictwom. Tym bardziej, że w związku z problemami jakie nas spotkały w drugiej połowie minionego roku, zeszyt ten nie trafił nawet do sklepiku na naszej stronie, gdzie zazwyczaj sprzedawaliśmy najwięcej naszych komiksów.
Oczywiście też dumą napawa nas każdy kolejny numer Kartonu. Bystre oko zauważy, że jakościowo jest tendencja zwyżkowa.

4. Nie mamy nadziei tylko plany. Plan, aby ożywić się w internecie, z czym ostatnio mieliśmy trochę problemów. Idąc za ciosem, planujemy odpalić porządny sklep z Kartonowymi publikacjami.

5. Dokładnie to jest tak, że kryzys ekonomiczny się kończy (chwilowe przyspieszenie jest zauważalne na rynku). Zwiększa się zatrudnienie i co raz więcej osób będzie pracować zamiast rysować, czy wydawać komiksy. To trochę tak autotematycznie. Od grudnia mój czas, jaki jestem w stanie poświęcić komiksowi, skurczył się do godzin między 22:00 a 7:00, gdy jestem w domu. Jeśli jeszcze kilku innych aktywnych komiksiarzy także "wchłonie babilon", kryzys komiksowy będziemy mieć pełną gębą. Brzmi trochę jak żart, ale tak nie jest. Ubiegły rok aktywnie starałem się udzielać w środowisku komiksowym i kończyłem go mocno pod kreską. Na szczęście w przypadku Kartonu jest sprawna ekipa, i nawet jeśli osobiście nie mam dostatecznie czasu i możliwości aktywnie się udzielać, ten projekt trwa i się rozwija (ukłony dla Piotrka Nowackiego).
Rysowanie komiksów to w większości przypadków duża frajda i to się raczej nie zmieni.
Wydawanie i promowanie komiksów to w większości przypadków męczący i niewdzięczny wolontariat.

1. Mijający rok w polskim komiksie zaznaczył się spadkiem ilości wydawanych tytułów. Ukazało się ich mniej więcej tyle ile w 2005 roku, ale nie jest to jeszcze zapewne koniec spadków, gdyż lata 2011 i 2012 przyniosą powrót rynku do stanu z lat 2006-2007. Oczywiście tylko jeśli największy wydawca – Egmont, postanowi dalej pozostać w tej piaskownicy. Tak, piaskownicy, bo właśnie takie wrażenia pozostawia po sobie rok 2010. Spada liczba tytułów, ukazują się głównie te lepsze, a coś wobec czego bezzasadnie używa się pojęcia "środowisko" wciąż pozostaje przy swoich przyzwyczajeniach – narzekania na wszystko w kółko bezustannie. Prowadzi to do postrzegania tego roku jako bardzo słabego. Pomimo wielu interesujących imprez i bardzo udanych komiksów, w dyskursie pozostało wrażenie, że rok jak to rok, był nijaki i minął nijako. Cóż wrażenie pozostanie po nim takie, co widać już po zachowaniach i wypowiedziach wielu osób zaangażowanych w działania na tym poletku, że może nie warto się wysilać. Ogólnie wygląda na to, że mamy rok przemęczenia komiksem.

2. Ubiegły rok odstaje tym od planów założonych przed nim, że nie udało się zrealizować tych projektów, które utknęły, albo z powodów nieukończenia komiksów przez autorów – "Wrota Alicji", "Dom żałoby 8", albo z powodów bardzo powolnych działań zagranicznych partnerów – "Lost Girls", "Strefa bezpieczeństwa Goražde". Na chwilę obecną jest szansa, że wszystkie te tytuły ukażą się w końcu w tym roku. Założeniem była realizacja około 20 pozycji i to się udało. Nie udało się jednak powiększyć oferty, gdyż widać wyraźne osłabienie dynamiki na rynku oraz zmalała docieralność z tytułami do czytelników niekomiksowych, w wyniku działań największej sieci sprzedaży Empiku, która uznała, że w supermarkecie kultury nie ma za wiele miejsca dla wielu dziedzin kultury (nie tylko komiksu).

3. To bardzo trudne pytanie. Bo naprawdę trudno wybrać ten jeden, czy też po jednym dla imprintu. Ale spróbujmy. "Dziennik podróżny", dlatego że nie jest to stricte komiks tylko travelogue i wydając go nie zakładałem sukcesu, właśnie z powodu odmienności od standardowego wyobrażenia o komiksie. Natomiast jest to rzecz, która w doskonały sposób pokazuje potencjał tkwiący w komiksie jako dziedzinie sztuki. W Mroji natomiast są to 5. "Rewolucje", gdyż doskonale ukazują to, że z polskim komiksem można pokazać się na świecie i znajdą się ludzie, którzy go kupią.

4. Jako że jesteśmy realistami to nie żyjemy nadziejami. Zakładamy jednak, że nastąpi w końcu stabilizacja i w tym roku uda się dotrzeć z komiksem do umysłów ludzi zarządzających w sieciach księgarskich, że jednak warto go mieć u siebie. Liczymy na to, że uda się nam zrealizować parę projektów komiksowych, w tym i kilka dosyć dużych m.in. "Lost Girls".

5. Kryzys na polskim rynku już raczej się skończył, to co obecnie obserwujemy to zbieranie się rynku po nim. Niestety czkawką kryzysu okazało się ograniczenie przez sieci handlowe sprzedające kulturę oferty, uprymitownienie jej i zawężenie głównie do dóbr środka. Do tego dochodzą zatory w płatnościach, które w 2010 roku znacznie urosły. Efektem tego jest zmniejszanie oferty przez wielu wydawców i producentów kultury, a to sprawia, że oferta ta kierowana jest coraz bardziej do zamkniętych środowisk fanowskich – w tym wypadku komiksu. A to oznacza, że jak się nie odwróci trendu, to kryzys nas dopiero czeka… za kilka lat.

W 2010 roku wydaliśmy 4 komiksy, co jest znacznym wzrostem w stosunku do 2009 roku, kiedy to w ramach "Strefy Komiksu" ukazały się tylko trzy albumy. W 2010 roku udało nam się utrzymać niskie ceny naszych komiksów, zaś ich średnia sprzedaż nie odbiegała od tej z lat poprzednich. Wygląda więc na to, że kryzys na rynku komiksowym szczęśliwie nas ominął (bądź też jest mocno przereklamowany), a to dzięki stałej liczbie czytelników, którzy w miarę regularnie kupują nasze komiksy. Jest ich wystarczająco dużo, byśmy dalej działali i wydawali komiksy czarno-białe, ale zbyt mało, aby opłacało się drukować albumy w full kolorze.

W ubiegłym roku wydaliśmy kilka wyjątkowych albumów. Mocnym otwarciem była antologia autorska Artura Chochowskiego, jednego z najzdolniejszych polskich rysowników, podsumowująca jego dotychczasowe twórcze dokonania na polu komiksu.

Kolejną pozycją była wzbogacona o dodatkowe plansze reedycja "Laleczek" Macieja Pałki, To klimatyczna, posapokaliptyczna opowieść będąca szczytowym komiksowym osiągnięciem lubelskiego twórcy.

Końcówka roku zaowocowała dwoma albumami narysowanymi przez Zygmunta Similaka: trzecią częścią "Triumwiratu" oraz drugą autobiografii, pt. "W ciemiu gwiazdy". Zarówno "Triumwirat" (pierwsza od wielu lat ukończona polska seria komiksowa) jak i "W cieniu gwiazdy" (najprawdopodobniej ostatnia część autobiografii Zygmunta Similaka) zamykają pewien etap w działalności łódzkiego twórcy.

Co nas czeka w tym roku?

Najważniejszym wydarzeniem nadchodzących miesięcy będzie zakończenie prac i wydanie na wiosnę dwóch pierwszych albumów wielotomowej sagi science-fiction "Exodus", komiksu rysowanego przez Jacka Brodnickiego na potrzeby "Magazynu Fantastycznego". Na Komiksową Warszawę planujemy druk drugiej części "Mroku", którego pierwszy tom autorstwa Nikodema Cabały, rozszedł się w rekordowym dla "Strefy Komiksu" nakładzie. Tym razem obok Nikodema w komiksie wystąpią: Artur Chochowski, Zygmunt Similak oraz Tomasz Kleszcz. Latem ukażą się dwa komiksy historyczne Zygmunta Similaka: "Zawisza Czarny" i "Bitwa pod Grunwaldem". Na jesień planujemy drugą część "Gwiezdnych bezdroży" (czytelnicy "Magazynu Fantastycznego" mieli już okazję zapoznać się z dwunastostronicowym shortem z tego albumu, pt.: "Jestem Błąd, James Błąd"). Tym razem w roli rysownika Ryszarda Dąbrowskiego zastąpi Zygmunt Similak.