"Laleczki" były swoistym pożegnaniem z zinowym samizdatem dla Macieja Pałki. Liczący 44 strony album został wydany na lubelskim TRACHu w kwietniu 2005 roku, w ekstremalnie niskim nakładzie. Dziś pewnie może uchodzić za białego kruka. Oryginalny materiał został solidnie zremasterowany przez Bartosza Sztybora oraz wzbogacony o dwie dodatkowe historie - "Ostatnią wyspę" do scenariusza Daniela Gizickiego i "Ze skrajności w skrajność" napisaną przez Ireneusza Mazurka.
Maciej Pałka zdążył mnie już przyzwyczaić do swojej skrajnie przerysowanej, groteskowej kreski, którą z dość dużą swobodą traktuje anatomię, perspektywę, elementy tła i scenografii. Jego paskudne gęby ze zdeformowanymi nosami mają tylu zwolenników, co przeciwników, ale nie sposób odmówić im rozpoznawalności. Prace Pałki są bardzo charakterystyczne i nie sposób ich pomylić z rysunkami innych twórców.
"Laleczki" wizualnie są albumem nierównym. Obok grafik pociągniętych grubo tuszem i gęsto podrasowanych rastrem (pojedynek pustynnego wędrowca z mutantami otwierający album), trafiają się rysunki ciśnięte obło, płasko, cienkopisem (scena napadu na Karen). Te pierwsze robią wrażenie pałkowym luzem i delikatnie przynoszą na myśl "Dziennik Podróżny" Craiga Thompsona. Natomiast te drugie prezentują się dość mizernie i mocno widać po nich upływ lat. Trudno nie docenić pracy, jaką autor włożył w ujednolicenie szaty graficznej swojego komiksu, ale po dość trudnej operacji złożenia "Laleczek" w jedną, spójną całość, pozostały wyraźne ślady po szwach. Co całkiem nieźle komponuje się z historią, poskładaną z kilku mniejszych fabuł, które rozgrywają się w postapokaliptycznej przyszłości.
Estetycznie "Laleczkom" bardzo blisko do niskobudżetowych filmów klasy B, pełnych bezsensownej przemocy, taniej erotyki i, niestety, dość szablonowej fabuły, posklejanej z wyświechtanych schematów. Na komiks to przepis dobry, jak każdy inny, ale żeby osiągnąć zadowalające efekty, z żonglerki tanimi, pulpowymi motywami, trzeba wycisnąć dobrą, angażującą historię. Albo chociaż coś więcej, niż tylko kilka skrajne odrażających chwytów i banalnych rozwiązań fabularnych. Zespołowi scenarzystów i Maciejowi Pałce daleko do wirtuozerii Tarantino czy Rodrigueza w tej materii, więc efekt jest dość średni.