Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Ryan Ottley. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Ryan Ottley. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 24 marca 2020

#2517 - Invincible tom 6

Autorem poniższego tekstu jest Michał Ochnik, który o komiksach i nie tylko pisze na blogu Mistycyzm Popkulturowy.

Kolejny kwartał, kolejny tom Invincible. Przy tak długich seriach jak ta zawsze pojawia się pewne ryzyko zmęczenia materiału. Nie materiału komiksowego – choć i tutaj wielu mniej utalentowanym twórcom zabrakłoby pewnie kreatywnej pary znacznie wcześniej niż Kirkmanowi – ale zmęczenia recenzenckiego. 


niedziela, 22 marca 2020

#2515 - Invincible tom 5

Autorem poniższego tekstu jest Michał Ochnik, który o komiksach i nie tylko pisze na blogu Mistycyzm Popkulturowy.

Na piaty tom zbiorczego wydania komiksu Invincible składają się zeszyty od czterdziestego ósmego do pięćdziesiątego dziewiątego – co oznacza, że nie jesteśmy nawet w połowie długości tej serii. Tym bardziej szokuje jej jakościowa spójność. Po przerzuceniu ostatnich stron i zamknięciu tego komiksu ja nadal mam ochotę na więcej. 


sobota, 21 września 2019

#2511 - Invincible tom 4

Autorem poniższego tekstu jest Michał Ochnik, który o komiksach i nie tylko pisze na blogu Mistycyzm Popkulturowy.

Pisanie recenzji kolejnych tomów "Invincible" – najlepszego (przynajmniej według tego, co napisano na okładce, a kimże ja jestem, by się z tym kłócić?) superbohaterskiego komiksu na świecie autorstwa Roberta Kirkmana i Ryana Ottleya – jest dla mnie źródłem przedziwnej kombinacji radości i frustracji. Radość bierze się z faktu, że uwielbiam "Invincible", uznaję go za ścisłą czołówkę komiksów superhero i cieszy mnie każdy powrót do tej serii.



wtorek, 30 kwietnia 2019

#2493 - Invincible tom 3

Autorem poniższego tekstu jest Michał Ochnik, który o kulturze popularnej i nie tylko pisze na blogu Mistycyzm popkulturowy.

Trzeci tom prawdopodobnie najlepszego komiksu superbohaterskiego na świecie (tak przynajmniej napisano na okładce każdego zeszytu amerykańskiego wydania serii oraz na tylnej okładce polskiego wydania) opiera się na dwóch fabularnych filarach. Jednym z nich jest konfrontacja Marka ze swoim ojcem – pierwsza od czasu dramatycznych i brzemiennych w skutkach wydarzeń z tomu otwierającego całą serię, gdy Nolan Grayson opuścił Ziemię, pozostawiając na niej zabitych przez siebie Strażników Planety Ziemia. 


piątek, 23 listopada 2018

#2464 - Invincible tom 1

Autorem poniższego tekstu jest Michał Ochnik, który o kulturze popularnej i nie tylko pisze na blogu Mistycyzm popkulturowy.

"Invincible" to najlepszy komiks superbohaterski we Wszechświecie – tak przynajmniej obwieszcza nam okładka każdego zeszytu oryginalnego amerykańskiego wydania. Brzmi to dość buńczucznie, ale po przypomnieniu sobie (dzięki życzliwości Egmontu) pierwszego tomu tej opowieści z niejakim zaskoczeniem stwierdzam, że… cóż, niewykluczone. 



wtorek, 27 marca 2018

#2407 - Invincible: superbohaterska telenowela

Autorem tekstu jest Michał Ochnik, który o kulturze popularnej i nie tylko pisze na blogu Mistycyzm popkulturowy.
 
Sprawdziłem dwa razy – przeszukałem Mistycyzm Popkulturowy zarówno za pomocą wyszukiwarki internetowej, jak i wewnętrznych mechanizmów platformy blogowej – i z zaskoczeniem odkryłem, że nie napisałem jeszcze notki o Invincible, jedynym komiksie superbohaterskim, jaki obecnie czytam. Robię to już nieprzerwanie od przeszło dekady, ani razu przez ten czas nie myśląc o porzuceniu lektury.


sobota, 1 marca 2014

#1545 - Haunt vol. 3

Autorem tekstu jest Krzysztof Tymczyński, a został on pierwotnie opublikowany na łamach bloga poświęconego Image Comics.

Seria "Haunt", która zapowiadana była jako ogromny hit od Todda McFarlane’a, Roberta Kirkmana, Ryana Otlley’a oraz Grega Capullo totalnie mnie rozczarowała. Przejechałem się, bo zbyt mocno zawierzyłem twórcom z góry zamawiając trzy pierwsze wydania zbiorcze i wreszcie udało mi się skończyć lekturę, która była prawdziwą męczarnią. Nie mam wątpliwości, że "Haunt" to największy zawód, jaki spotkał mnie w ostatnich latach ze strony Image Comics.



czwartek, 27 lutego 2014

#1542 - Haunt vol.2

Autorem tekstu jest Krzysztof Tymczyński, a został on pierwotnie opublikowany na łamach bloga poświęconego Image Comics.

Pierwszy zbiór "Haunt" oceniłem bardzo nisko, dlatego też do lektury drugiej ich odsłony zasiadałem z niemałą obawą. Wciąż bowiem uważałem, że główny bohater serii to nic innego jak zwyczajna zrzynka z pomysłów na inne postacie. Tymczasem zeszyty, które weszły w skład drugiego trejda nie tylko zebrały bardzo dobre oceny na zagranicznych portalach, ale także do ich rysowania zatrudniono Grega Capullo. To były aż dwa powody ku temu, by jednak przyjrzeć się tej pozycji. O dwa więcej, niż przy okazji pierwszego zbioru.



wtorek, 3 grudnia 2013

#1446 - Zarys historii Image Comics cz. 6: Todd McFarlane Productions

Autorem poniższego tekstu jest Krzysztof Tymczyński, a pierwotnie ukazał się on na łamach bloga poświęconego Image Comics, na który serdecznie zapraszam.

„Spawn #1” to najlepiej sprzedający się komiks niezależny w historii. Premierowy zeszyt serii Todda McFarlane`a sprzedał się w nakładzie 1.7 miliona egzemplarzy. Jest to rekord, który do dziś nie został pokonany i nie wydaje się, by kiedykolwiek ta sytuacja miałaby ulec zmianie. Dziś właśnie Spawn i McFarlane będą bohaterami kolejnej odsłony cyklu poświęconego historii Image Comics.



piątek, 4 października 2013

#1383 - Sea Bear & Grizzly Shark

Rekin buszujący w lesie? Niedźwiedź jako drapieżnik głębinowy? Oto przed wami przykład komiksowego neosurrealizmu.

Niedźwiedź, jak wiadomo, to najgroźniejsza bestia polująca w morskich odmętach. Choć bardzo rzadko, ale zdarza się, że ten agresywny ssak pojawia się u wybrzeży lądów celem schwytania co lepszego, ludzkiego kąska. Rekin z kolei, to najniebezpieczniejsze stworzenie lądowe, najczęściej zamieszkujące gęste lasy. Ten idealny zabójca potrafi wyczuć krew z odległości nawet kilkunastu kilometrów, a ofiarę rozszarpać w mgnieniu oka. Oba te stworzenia zamieszkiwały Ziemię w czasach, kiedy czas nie był jeszcze czasem, a przestrzeń przestrzenią, gdzie lądy były oceanami, a oceany lądami. I nadeszło Wielkie Odwrócenie, które sprawiło, że nasza planeta wygląda tak jak dziś ją znamy i widzimy. Wtedy też wspaniałe morskie stworzenia jak słoń, wilk czy ptak musiały osiąść na lądzie, a równie wspaniałe stworzenia lądowe jak wieloryb, ryba czy delfin zostały zmuszone do życia w wodzie. Jednak jednemu pechowemu niedźwiedziowi i rekinowi… wszystko się pomieszało.

Tak we wstępie do mini-albumiku „Sea Bear and Grizzly Shark” Robert Kirkman opisuje świat, w którym rozgrywają się dwie niezależne od siebie opowieści. Pierwsza z nich, stworzona przez Jasona Howarda, traktuje o morskim niedźwiedziu zamieszkującym okolice Karaibów. Podczas wakacji morduje on całą rodzinę, a z pogromu uchodzi jedynie chłopiec, świadek wydarzeń. Po dwudziestu latach wraca na wyspę aby dokonać krwawej zemsty. Odkrywa, że jej mieszkańcy to niebezpieczni kultyści-hybrydy, potomkowie niedźwiedzicy, składający jej w ofierze turystów. Pete, mściciel, ma jednak w rękawie asa. Tak naprawdę jest zaawansowanym technicznie cyborgiem bojowym na usługach amerykańskiego rządu. Wykorzystał okazję i zbiegł z pola walki aby załatwić prywatne porachunki. W pościg za nim wyrusza jeszcze bardziej podrasowany robot… „Sea Bear” to feeria krwawych potyczek, bijatyk i wybuchów przyprawiona odrobiną absurdalnego humoru, patetycznych dialogów, z zacięciem mocno rozrywkowym. Prosta historyjka o wendetcie to w rzeczywistości pretekst do zabawy motywami science-fiction i schematami z horrorów znanymi z kina i literatury. Nie aspiruje do niczego więcej niż wystrzałowego blockbustera klasy B.

Natomiast opowieść Ryana Ottley’a o rekinie grizzly to prawdziwa jazda bez trzymanki. Kalejdoskop coraz bardziej niedorzecznych scen i sytuacji, którym bez wyjątku towarzyszy unikatowy czarny humor. Każda kolejna plansza to przykład słownego bądź sytuacyjnego żartu dodatkowo potęgowanego przez quasi-dramatyczne wydarzenia. Ojciec i syn biwakują w lesie. Ten drugi kaleczy się i w mgnieniu oka traci dolne kończyny na rzecz czujnego rekina. Ci dwaj wraz z dwoma kuzynami i wynajętym łowcą oraz ich próby ukrycia się/upolowania bestii stanowią trzon fabuły. Jednak jest ona tu najmniej ważna, czego autor jest nad wyraz świadom. Prym wiodą bowiem pojedyncze komediowe sceny i równie barwne co zabawne prostolinijne postacie. Próby ratowania syna poprzez wrzucenie go na ognisko celem przypieczenia ran, zostawienie go na pastwę drapieżnika i bohaterska ucieczka ojca oraz absurdalne dowcipy o braku nóg wywołują spazmy niepohamowanego rechotu. Nie zapomnijmy jednak o rekinie, w końcu on jest tu gwiazdą. Kadry z jego udziałem to prawdziwie perełki. Krew ofiar wyczuwa z bardzo daleka, a jego umiejętności poruszania się w przestrzeni są zadziwiające, toteż najdrobniejsza ranka to praktycznie wyrok śmierci. Po ułamku sekundy od pierwszej krwi dopada skałkowego wspinacza, by chwilę potem w głębi lasu zaatakować urządzającą piknik wielodzietną rodzinę, a następnie na jego obrzeżach pożera spacerującą kobietę z miesiączką. A to nie wszystko; pomysłów na dostarczenie groteskowych scen Ottley’owi naprawdę nie brakuje.

„Sea Bear and Grizzly Shark” można spokojnie utożsamić z coraz popularniejszym gatunkiem literackim jakim jest bizarro. Album (a przynajmniej jego druga połowa) zdecydowanie wyłamuje się ze znanych schematów. Atakuje czytelnika przede wszystkim wykręconym pomysłem, brutalnym czarnym humorem, groteskowymi scenami i kreatywnością. I choć fabuły są w nim jedynie pretekstowe, powalają bezpretensjonalnością i spontanicznością. A zrodziły się one podczas pewnej nocy w trakcie trwania pewnego konwentu. Jak za starych czasów, niczym skauci przy ognisku, Ottley i Howard w hotelowym zaciszu torpedowali się głupkowatymi historiami. Od słowa do słowa, na kompletnym luzie zasiali ziarna, które w kolejnych miesiącach urabiali na zdatny do spożycia produkt. Produkt, który się przyjął. Znalazł się w połowie TOP10 najlepszych zeszytów 2010 r. (jako najbardziej zaskakujący i najzabawniejszy tytuł) i został nominowany do prestiżowej Eagle Award w kategorii ulubiona pojedyncza opowieść. Również cały nakład, a także dodruk rozszedł się jak ciepłe bułeczki. Sequel pozostaje więc tylko kwestią czasu.

Oby autorom nic się nie pomieszało i byli w stanie dostarczyć satyrę przynajmniej na podobnym poziomie. A zapowiedź crossovera daje taką nadzieję.

środa, 13 lutego 2013

#1246 - Invincible #100

Dziś na łamach Kolorowych gościmy dawno nie widzianego gościa - Paweł Deptuch z bloga poświęconego Niezwyciężonemu dzieli się swoimi refleksjami po lekturze jubileuszowego, setnego numeru serii "The Invinvcible".
Robert Kirkman doskonale wie jak wywołać szum wokół swoich tytułów. Świetnie sparodiował kampanię Marvela przy prezentacji nowego składu Strażników Ziemi do pierwszej mini-serii "Guarding the Globe"; intrygujące były teasery do runu "Something to Fear" w "Żywych Trupach", a ostatnio bardzo mocno podkręcił fanów całą akcją z jubileuszowym wydaniem "Invincible". Zapowiedzi "The Death of Everyone", w którym giną wszystkie ważniejsze postacie z serii wywołały poruszenie i falę licznych spekulacji. Poziom emocji wzrósł jeszcze bardziej po zaprezentowaniu drastycznego preview, który echem odbił się w najdalszych zakątkach internetu. Kirkman wyśrubował oczekiwania do maksimum. Sam siedziałem jak na szpilkach nie mogąc doczekać się publikacji. Czy jednak wszystko zagrało tak jak powinno?

Niestety jest to tekst zawierający pokaźną ilość spojlerów, więc jeśli nie chcesz psuć sobie przyjemności z samodzielnego czytania zeszytu, odradzam dalszą lekturę.

Na wstępie pochwalę Ryana Ottleya i Johna Raucha. Obaj przyłożyli się do tego zeszytu bardzo mocno, przez co wizualnie prezentuje się on oszałamiająco. Dynamiczne kadry, dopracowana krecha, przykuwające i idealnie dobrane kolory to już od dłuższego czasu wizytówka "Invincible". Obaj panowie wraz z Cliffem Rathburnem – bo nie wolno o nim zapominać – wykonują kawał genialnej roboty, którą naprawdę można podziwiać przez wiele godzin. Setny numer tylko to potwierdza.

Po pierwszym czytaniu #100, w głowie kołatało mi się tylko jedno: kurde, dobre, ale jakieś dziwne…  Rozbuchany do granic możliwości hype, tak wyśrubował moje oczekiwania, że czytając ten numer dostałem obuchem w łeb. Na pierwszych stronach Mark zostaje rozerwany na strzępy przez Dinosaurusa, po czym na kolejnej dowiadujemy się, że nic takiego nie miało miejsca. Moje przypuszczenia co do zaserwowanego twista potwierdziły się. Vince ma się świetnie, Guardians of the Globe bardzo sprawnie opanowują sytuację z poprzednich numerów, a słowotoków nie ma końca. Kompletnym zaskoczeniem było to, że dostałem zupełnie coś innego niż się spodziewałem (co w zasadzie nie jest jakąś nowością w tej serii). Po prostu dałem się nabrać na tę całą kampanię. Miast spektakularnych zgonów znanych i lubianych bohaterów i całej tej otoczki jubileuszostwa, dostajemy bardzo sentymentalny i stonowany numer, który bez olbrzymich fajerwerków, mimo wszystko, zmienia status quo.

Marvel i DC przy okazji okrągłych numerów poszczególnych serii zapowiadają spektakularne zmiany, zgony i wydarzenia. Tak też uczynił i Kirkman. W przeciwieństwie jednak do w/w dwójki dał mi zupełnie inny rodzaj satysfakcji. Mainstreamowe kampanie w większości przypadków od samego początku zdradzają główne fakty (mniej więcej wiemy kto zginie, co i jak się stanie), a samo przeczytanie danej opowieści jest tylko potwierdzeniem całej akcji. Odkładasz zeszyt z fałszywą satysfakcją i mówisz sobie: tak, to jest świetne, tego się właśnie spodziewałem. Setny numer "Invincible" dobitnie uświadomił mi jak schematycznie i, w gruncie rzeczy, przewidująco wielkie wydawnictwa świętują jubileusze. Kirkman, nie po raz pierwszy z resztą, zagrał mi na nosie. Oszukał mnie i zrobił to naprawdę po mistrzowsku. Odłożyłem zeszyt i pomyślałem: tak, to jest świetne, zupełnie nie tego się spodziewałem.

De facto, "Invincible" #100 to kolejna historia popychająca akcję do przodu w naturalny sposób, bez widowiskowych zwrotów akcji. Owszem nie ginie nikt z głównej obsady (no, może oprócz Dinosaursa, ale to nie jest jeszcze do końca potwierdzone), ale tragedia jaka spotyka ponad milion mieszkańców naszej planety, jest wydarzeniem co najmniej przerażającym (chociaż moim zdaniem Kirkman i tak bardzo zachowawczo potraktował ten wątek; ofiary liczone w kilkudziesięciu milionach byłyby bardziej wiarygodne, jak na tę skalę) i do tego właśnie odwołuje się tytuł "Death of Everyone". Tragedia w Stamford ("Marvel Civil War") to przy tym pikuś.

O ile Dinosaurus był bezpośrednim prowodyrem powstałego chaosu, o tyle na "Invincible’u" spoczywa cała odpowiedzialność za śmierć tych wszystkich ludzi. Tak więc Mark w świetle prawa jest przestępcą, który do swoich grzechów zaliczyć może ludobójstwo. Jednak w ramach resocjalizacji ponownie zostaje sługusem Cecila i zapewne przez wiele lat będzie odpracowywał swoją winę. Jej ciężar jest dość przytłaczający. Mark zdaje sobie sprawę ze swojej głupoty i wie, że będzie musiał wreszcie zmądrzeć i dorosnąć do pewnych zachowań.  Wewnętrzna przemiana bohatera, plus zaskakujące wieści z ust Eve, odkrycie słabego punktu Viltrumian, powrót Nieśmiertelnego i małżeństwa Graysonów  to wydarzenia, które w najbliższym czasie będą nabierały rozpędu i zdefiniują serię. Na gigantyczny plus zasługuje też pojawienie się Angstroma Levy, które dla mnie było jednym z najzabawniejszych momentów w historii tej serii.

"Invincible" #100 nie był spektakularny, ale solidny i zaskakujący. Ci, którzy przyzwyczajeni są do epickich „setek” (przykład z brzegu - Amazing Spider-Man #700) będą tym zeszytem srogo zawiedzeni. W pierwszej chwili też byłem. Ale po kolejnych czytaniach stwierdzam, że lepszego jubileuszu być nie mogło (pomimo, że kompletnie nie podoba mi się motyw ze sztucznymi satelitami Ziemi). Zapraszam do dyskusji, może ktoś się ze mną nie zgadza.

czwartek, 22 listopada 2012

#1184 - Haunt vol.1

Poniższy tekst pierwotnie został opublikowany na łamach serwisu Independent Comics, na którą przy tej okazji zapraszamy. Na Kolorowych prezentujemy jego mocno przeredagowaną wersję. Autorem recenzji jest Krzysztof Tymczyński.

Robert Kirkman, Todd McFarlane, Ryan Ottley, Greg Capullo – taki zestaw twórców powinien zagwarantować sukces każdemu komiksowemu projektowi. Dlaczego więc "Haunt" okazało się tak wielkim niepowodzeniem, niegodnym czytelniczego zainteresowania? No cóż, powód jest bardzo prozaiczny.


Głównymi bohaterami serii "Haunt" są ojciec Daniel Kilgore oraz jego brat, Kurt. Obaj są tak daleko od pojęcia "przykładnych obywateli", jak tylko to możliwe. Daniel regularnie pali, pije i odwiedza domy publiczne. I to bynajmniej nie po to, by nawracać pracujące tam panienki. Jego brat z kolei zamieszany jest w podejrzane interesy. Gdy Kurt zginie, nie dostawszy rozgrzeszenia od swojego brata, wraca na ziemski padół, jako duch i nawiedza Daniela. Wkrótce, na wskutek pewnej intrygi, Daniel i duch Kurta muszą się połączyć. Tak właśnie narodzi się Haunt – nowy superbohater w mieście, który bynajmniej nie planował przyjąć tego, na co skazał go los. Typowe, prawda?

Już nieraz przerabialiśmy scenariusz, w którym obowiązki superbohaterskie spadają na osobę, zupełnie się do tego nie nadającą. "Haunt" również realizuje tym schemat i w niczym nie zaskakuje. To, co naprawdę potrafi zadziwić, to fakt, że twórcy wierzyli, że w ten sposób mogą odnieść sukces. Już pierwszy rzut oka na edycję zbierającą pierwsze pięć zeszytów serii, pozwala zauważyć, że "Haunt" stanowi pokłon dla typowego stylu starego Image. I tak oto naszym oczom ukazują się niemal wyłącznie twardzi, wyglądający jak góra mięśni mężczyźni oraz niemożliwie seksowne kobiety, z atrybutami przeczącymi prawom grawitacji. Sama postać Haunta na pierwszy rzut oka przywołuje nieprzypadkowe skojarzenia z Venomem i ze Spawnem. Notoryczne opóźnienia, doprowadzające do szewskiej pasji czytelników, dobry scenarzysta piszący straszliwą papkę i zaskakująco wysoka sprzedaż – to kolejne analogie z tym, co było najgorsze w amerykańskich komiksach w latach dziewięćdziesiątych.

Roberta Kirkmana można kochać i wielbić po wsze czasy za takie tytuły jak "Invincible" czy "The Walking Dead". Ale znajdą się też tacy, którzy nigdy nie zapomną mu sieczki, jaką zafundował czytelnikom marvelowskiego "Ultimate X-Men". Czy "Haunt" przysporzy Kirkmanowi nowych fanów? Wszystko wskazuje na to, że bynajmniej mu nie zaszkodzi. Przeglądając zagraniczne fora i strony tematyczne nie zauważyłem, by komuś przeszkadzała wtórność, kopiowanie ogranych pomysłów, brak zajmującej fabuły czy wreszcie rysunki, które mogą przejść do historii jako najgorsze prace w karierze znakomitych przecież grafików. Amerykanom przypadło do gustu wszystko to, co mnie się nie podobało.

Skoro już wspomniałem o oprawie wizualnej – naprawdę ciężko uwierzyć w to, że Ryan Ottley narysował wszystkie plansze, które możemy podziwiać w pierwszym wydaniu zbiorczym serii "Haunt". Artysta, który niemal czarował na łamach "Invincible" i wypracował swój własny, rozpoznawalny z daleka styl, tu musiał diametralnie go zmienić. Przy tworzeniu poszczególnych plansz Ottley dzielił się pracą z Gregiem Capullo. Na początku nie do końca rozróżniłem który z nich odpowiadał za sam proces rysowania. Efekt ten trwał raptem przez kilka pierwszych stron, ale z pewnością nie zrobił na mnie dobrego wrażenia.

W zasadzie od samego początku tej recenzji narzekam na "Haunt" vol. 1. Czas jednak wspomnieć o jedynym plusie, jaki udało mi się odnaleźć w tym komiksie – nie da się obok niego przejść obojętnie. Fani starego Image po lekturze na pewno będą usatysfakcjonowani, reszta – niekoniecznie. Ale nawet część z nich sięgnie do kolejnych wydań zbiorczych, chociażby z czystej ciekawości. Bo ten komiks ma to coś, co sprawia, że ciężko jest się z nim jednoznacznie rozstać i zapomnieć.

Teraz wypadałoby wspomnieć o materiałach dodatkowych, które znalazły się w albumie – problem jest taki, że takowych nie umieszczono wcale. Nie znajdziecie w nim nawet wszystkich okładek do poszczególnych zeszytów, co uważam za skandal. Ten fakt rekompensuje nieco to, że wydanie zbiorcze kosztuje zaledwie dziesięć dolarów, co w dzisiejszych czasach jest ceną bardzo atrakcyjną.

Nie mogę polecić komiksu "Haunt" vol.1, ponieważ najzwyczajniej w świecie nie jest to pozycja dobra. Ale cóż z tego, skoro i tak się dobrze sprzeda? Magia Kirkmana i innych „wielkich nazwisk” znów zadziałała. Ja tymczasem wystawiam dwóję z plusem.

środa, 15 kwietnia 2009

#162 - Kolorowe Zeszyty (5)

Dzisiaj kolejna porcja zeszytowych mini-recenzji. Może nie jest to jakaś najbardziej atrakcyjna forma, ale raz na jakiś czas nie zaszkodzi popisać o tych kilkudziesięciostronicowych produktach - szczególnie, że nazwa bloga zobowiązuje. Dzisiaj wybrałem pięć (taka ilość chyba jeszcze nie nuży?) zeszytów - a w zasadzie cztery i jeden album(ik) - które w jakiś sposób wyróżniają się ponad "był to 543 odcinek serii..". Bądź też miały się wyróżniać, ale im nie wyszło. Na początek przygody niezwyciężonego Marka Graysona:

Invincible #60 ("The Invincible War", Image 2009)
scenariusz: Robert Kirkman
rysunki: Ryan Ottley


To ten numer o którym kilka miesięcy temu Kirkman opowiadał, że będzie to - wbrew temu co się dzieje w Marvelu i DC - jedno numerowy, kopiący dupę crossover z najważniejszymi postaciami z Image Comics. No i fakt, są herosi znani z wielu innych komiksów, rozpierducha też jest. Jako, że jest to mój pierwszy kontakt z serią, ciężko mi powiedzieć coś konkretniejszego - czyli jak to prezentuje się na tle poprzednich numerów i czy wydarzenia przedstawione w tym numerze są tak duże i wpływające na świat Niezwyciężonego jak to wygląda (bo może coś takiego dzieje się co piąty numer?). Jak dla mnie, ten numer, nie jest tym czym być miał. Kirkman w sekcji z listami przyznaje, że nieco przerosła go obecność kilkudziesięciu bohaterów z uniwersum i nie udało mu się poświęcić każdej z nich tyle czasu ile chciał na samym początku. I to widać - herosi zazwyczaj przewijają się na 3-4 kadrach, a tylko co szczęśliwsi dostali jakąś kwestię do wypowiedzenia. I tyle. Jak dla mnie twórca "Walking Dead" mógł sobie darować tę chęć zmierzenia się z materią crossów (szczególnie, że jest odpowiedzialny za "Image United"), zapomnieć o dziesiątkach występów gościnnych i skupić się po prostu na swoim superbohaterze, bo wydarzenia na 30 stronach dzieją się nieco za szybko, po łebkach i zupełnie nie czuć ich rozmiaru. Zdecydowanie lepiej, bardziej spójnie, wypadł podobny crossover w "Savage Dragonie" (#140-141), ale tam obyło się bez gadania co to niby nie czeka w środku na czytelników.

Ultimate Wolverine vs. Hulk #3 (Marvel 2009)
scenariusz: Damon Lindelof
rysunki: Leinil Francis Yu


Gdyby ktoś pod koniec lutego 2006 roku powiedział mi, że na kolejną część potyczki Logana i Bannera będę musiał czekać 1106 dni uznał bym go za lekko dziwnego. Dzisiaj natomiast patrzyłbym na niego z podziwem, ale i pewnym zaniepokojeniem, bo skąd niby miałby wiedzieć że tak będzie? Nieważne. Fakt faktem, że ponad trzy lata Damon Lindelof kazał czekać na trzecią odsłonę tej mini-serii. Nieustanne przekładanie kolejnych numerów związane było z pracą scenarzysty nad kolejnymi seriami Lostów, ale w końcu znalazł on gdzieś w tym gąszczu Dharmowych wątków czas, aby dopisać kolejne 4 rozdziały swojej historii. Numer ten poświęcony jest bardziej na przypomnienie tego co działo się wcześniej, niż na znaczące popchnięcie akcji do przodu, ale ze względu na sposób w jaki to przedstawiono, nie jest to absolutnie minusem. Narrator Wolverine i jego próba ułożenia wszystkiego w całość podana jest z wdziękiem i dużą dozą humoru, czego punktem kulminacyjnym jest rozwiązanie zagadki "co tak bardzo wkurzyło Bannera, że rozerwał mnie na dwie części?". Na koniec pojawia się Ultimate'owa wersja heroiny znanej z Ziemi 616, a jej prawdziwa tożsamość wydaję się dosyć łatwa do odgadnięcia, chociażby po przeczytaniu przykładowych stron z numeru kolejnego (chociaż mam nadzieję, że Lindelof zaserwuje tutaj jakiś twist na miarę Lostów). Mimo tak długiego przestoju serii, duży plus. Za drugą połowę historii wezmę się dopiero przy okazji zbiorczego wydania - na raz i bez reklam co drugą stronę.

Ultimate Hulk Annual #1 (Marvel 2008)
scenariusz: Jeph Loeb
rysunki: Marko Djurdjevic, Ed McGuinness


I znowu Ultimate i znowu Hulk. Ale tym razem bez Logana. Zamiast niego pojawia się Zarda, która przybyła do nowocześniejszej wersji Marvela z uniwersum Squadron Supreme podczas "Ultimate Power". Oczywiście jedno z drugim się tłucze, bo bez tego elementu komiks z Hulkiem nie ma większego sensu. Powód tej bitwy jest niecodzienny - chodzi o brak bielizny, czy czegokolwiek co zakryje szare prącie olbrzyma. Koniec końców Zarda sprowadza Hulka do parteru i wszystko kończy się zgodnie z zasadą "kto się czubi ten się lubi". Tak swoją drogą, to nie wiem co się dzieje z ludźmi z Marvela, ale ostatnio co chwila dają do zrozumienia, że ten obleśny olbrzym jest najbardziej jurnym herosem w uniwersum. Ale może w tym przypadku to fanaberia odpowiedzialnego za scenariusz Jepha Loeba, który chciał dać czytelnikom odetchnąć od ciężkiej i poważnej lektury "Ultimatum"? Kto wie. Jako ciekawostkę dodam, że pierwszych kilka stron komiksu zostało stworzonych przez Eda McGuinnesa na potrzeby czwartej serii "Ultimates", którą miał robić z Amazing Loebem. Plany się jednak zmieniły, a że sporo plansz już powstało to trzeba je było gdzieś wcisnąć. Scenarzysta ma nadzieję, że pozostałe plansze swojego kumpla, nie zmarnują się i też gdzieś, kiedyś będą miały szansę ukazać się w druku. Zapewne do jego scenariusza. Zapewne równie durnego. (zapewne i tak to kupie)

Church of Hell #1 (Berserker 2009)
scenariusz: Alan Grant
rysunki: Wayne Nichols


W pierwszym zeszycie nowej serii wydawnictwa Berserker Comics najlepsza jest okładka Bisleya. Widniejąca na niej szkaradna morda należy do głównego bohatera "Church of Hell" Dominica Raggara, który będąc narratorem postanawia opowiedzieć swoją historię od początku. Otóż był on normalnym gościem, który może nie miał wszystkiego, ale nie mógł też narzekać na swój żywot. Wszystko zaczęło się walić, kiedy skłamał po raz pierwszy, co - w dużym skrócie - zaprowadziło go do tytułowego Piekielnego Kościoła. I tutaj kończy się zeszyt pierwszy. Wygląda to na dosyć sztampową historię w stylu "od bohatera do zera" w którą miesza się sam Władca Piekieł (z którym pewnie główny bohater zawrze pakt). I tak dalej, i tak dalej.. Nie specjalnie mnie ta historia przekonuje i obawiam się, że jedyne co będzie miała do zaproponowania to makabra w postaci twarzy z okładki. Poczekam na ewentualnego trejda.

Popbot: book 8 (IDW Publishing 2009)
scenariusz: Ashley Wood / T. P. Louise
rysunki: Ashley Wood


Szczerze przyznam, że już jakiś czas temu przejadły mi się rzeczy serwowane przez australijskiego artystę. Nie tyle może pod względem grafiki, bo tutaj wiadomo - klasa światowa jak nie lepiej, ale jego twory wydają mi się ostatnio jedynie pretekstem do namalowania kolejnych wielkich robotów, cycatych niewiast z bronią i tym podobnych klimatów. Nie, żeby mi jakoś cycki przeszkadzały, ale na dłuższą metę jest to dosyć nużące (nie? nie jest?!). Na kolejny album z serii "Popbot" trzeba było czekać niewiele krócej, niż na wyżej omawiany "Ultimate Wolverine vs Hulk", ale po prawie 3 latach szczęśliwie trafił do domów fanów, czy też fanatyków twórczości Wooda. Wcześniej zmierzyłem się jedynie z drugą częścią historii, więc za bardzo nie wiem o co w tym wszystkim chodzi i chyba pora na jakieś wydanie zbiorcze - ósmy wolumin nabyłem więc z czystej ciekawości. I się zawiodłem - nie tyle grafiką, co formą (taką samą jaką zastosował on przy "World War Robot" o którym pisał nieco Daniel Gizicki). W większości wygląda to tak, że na jednej stronie jest malunek, a na drugiej tekst. Można by więc dyskutować, czy to jeszcze komiks, czy jeno ilustrowana historia, ale fakt faktem, że nie dla mnie takie eksperymenty (męczy i odrzuca). Graficznie oczywiście bombeczka, dużo malarstwa i trochę czarnego tuszu (za co najbardziej sobie cenię Ashleya), więc wzrokowcy będą mieli ucztę. Po kolejny tomik raczej nie sięgnę, ale na inne rzeczy pana Wooda jestem otwarty. Ciekawe kiedy jakiś polski wydawca zdecyduje się zaprezentować rodzimej publiczności bazgroły Ashleya W.? Bo jego gościnny występ przy okazji "Silent Hill" z Dobrego Komiksu to zdecydowanie za mało.

Tyle na dziś. Zgodnie z rozkładem, spragnionych kolejnej porcji zeszytowych recenzyjek zapraszam do wpisu numer 232 w którym będzie trochę więcej starszych pozycji. Specjalnie dla tych, którzy rozpamiętują jak to kiedyś było dobrze..