Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Tydzień Crossoverów. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Tydzień Crossoverów. Pokaż wszystkie posty

sobota, 14 marca 2009

#145 - Tydzień crossoverów - Secret Invasion

Joe Quesada w swojej rubryce „Cup O’Joe” zamieszczonej w ostatnim numerze „Secret Invasion” wspomina, że idea inwazji zmiennokształtnych Skrulli na świat Marvela pojawiła się plus minus pięć lat temu z inicjatywy Briana Michalea Bendisa. Były to czasy (przyjmijmy, że był to rok 2003), kiedy stawał się on dopiero głównodowodzącym uniwersum, ale już wtedy zaczął wcielać swój inwazyjny plan w życie i rozmieszczać najważniejszych graczy na swoich pozycjach. Rok 2004 to wielkie wydarzenie jakim był upadek „Avengers” i jednocześnie początek ery „Nowych Mścicieli”, losy których od pierwszego numeru mocno powiązane były z atakiem Skrulli, który nastąpił cztery lata później. Wspominam tu o tym, aby pokazać od jak dawna event ten był planowany i ile czasu minęło od samego pomysłu do jego wykonania. Pięć lat to aż nadto, aby tak wielkie wydarzenie zaplanować w drobnych szczegółach, porozstawiać pionki na szachownicy tak, aby wszystko do siebie pasowało i zazębiało tworząc w miarę logiczną całość.


Od początku 2007 roku było wiadomo, że szykuje się coś wielkiego. Nie wiadomo co dokładnie, ale Marvel już nie raz pokazał, że wie jak zainteresować czytelników i zwrócić na siebie uwagę, bez podawania większych informacji. Pierwszym konkretem był 31 numer „New Avengers” w którym zabita przez Echo Elektra okazuje się Skrullem. Niby nic, ale niepokojącym dla bohaterów był fakt, że ani węch Logana, ani magia Dr Strange’a, ani technologia Starka nie wykryła przebierańca. Wniosek? Każdy może być Skrullem! Od tego czasu zaczyna się okres podejrzeń, braku zaufania pomiędzy członkami grup i wszechobecnego chaosu. Trwająca do 39 numeru psychoza pozwalała sądzić, że główna seria będzie nastawiona bardziej na podtrzymywanie i pogłębianie niepewności, niż na typową super bohaterską bijatykę w której uczestniczyć będzie pół uniwersum.

Pierwszy numer „Secret Invasion” ukazał się na początku kwietnia ubiegłego roku i z miejsca stał się moim najlepszym zeszytem a.d. 2008. Chaos, zmieniające się co chwila lokacje, szybkie tempo i kolejne zielone coming-outy sprawiły, że numer ten czytałem dobrych kilka razy pod rząd, a do #2 odliczałem dni i godziny. Niestety – im dalej, tym gorzej. Akcja „Sekretnej Inwazji” dostaje zadyszki - dzieje się niby dużo, niby nadal na wielu frontach, ale ten pierwszy zachwyt ucieka z każdą kolejną odsłoną crossa – czy to w głównej serii, czy w tie-inach. Pierwsze cztery numery SI trzymają jako taki poziom – jest trochę zagadek, niepewności i mieszania w głowach zarówno herosom, jak i czytelnikom. Jak chociażby wmawianie Starkowi przez Veranke (królowa najeźdźców), że jest jednym z nich. Jednak kiedy piękni i potężni obrońcy Ziemi po pierwszym uderzeniu zaczynają dochodzić do siebie, jasne się staje, że jedynie kwestią czasu jest spuszczenie łomotu zielonym kosmitom.


Tradycyjnie już, głównej serii towarzyszyły liczne tie-iny. Tym razem tytułów oznaczonych logiem „Secret Invasion” była ponad setka. Przesada? Jak najbardziej. Dwie serie z Mścicielami w tytule („New” i „Mighty”) poświęcone zostały zarówno na rozwinięcie wydarzeń z głównej mini-serii jak i na przedstawienie historii inwazji ze strony Skrulli – ich kolejne zdobycze, podmiany bohaterów i budowanie misternego planu przejęcia planety Ziemia. Słabe numery przeplatały się z całkiem niezłymi (mam tu na myśli szczególnie te rysowane przez Cheunga w „New” i Maleeva w „Mighty”), ale były jak najbardziej potrzebne. Do innych serii, których uczestnictwo w Inwazji jest całkiem uzasadnione zaliczyłbym „Avengers: The Initiative”, „Black Panther” i stojącą na wysokim poziomie historię z „Incredible Hercules”, gdzie God Squad wyrusza na spotkanie ze Skrullowymi Bogami (bardzo dobre rysunki Rafy Sandovala i świetne okładki Romity Jr.). Do nieporozumień zaliczyłbym natomiast udział serii „Punisher” czy „New Warriors”, które do „Sekretnej Inwazji” absolutnie nic nie wniosły. Najazd Skrullów był tradycyjnie świetną okazją dla Marvela do uruchomienia nowych serii z których najlepiej zaprezentowała się „Captain Britain and MI: 13” opowiadająca o inwazji zmiennokształtnych najeźdźców na Wielką Brytanię. Powrót do uniwersum z własną serią zaliczył również uwielbiany przez sporą część czytelników Deadpool.

Dobrze zapowiadająca się inwazja, okazała się dużym niewypałem. Ciężko uwierzyć, żeby misterny plan Skrulli, który wprowadzali od wielu lat runął w gruzach w przeciągu 24 godzin od rozpoczęcia ataku. Nie popisał się sam Bendis, który w paru momentach schował ogon pod siebie i poszedł na łatwiznę, jakby bojąc się pójść krok dalej, ku naprawdę szokującym czy też intrygującym rozwiązaniom. Było to o tyle dziwne, że w wywiadach, których udzielał po każdej odsłonie „Secret Invasion”, sprawiał wrażenie jakby był osobą, która w Marvelu może niemalże wszystko. Patrząc na wszystkie osiem numerów mini-serii wygląda to tak, jakby przyłożył się głównie do pierwszej połowy, a gdy przyszedł czas na projektowanie „Dark Reign” pozostałe cztery napisał w dużym pośpiechu, oddając pałeczkę Leinilowi Yu, tak aby ten swoimi rewelacyjnymi batalistycznymi planszami odwrócił uwagę od scenariuszowej miernoty. Zresztą osoba rysownika była dla mnie najjaśniejszym punktem crossa – prace pana Yu uwielbiam, więc przynajmniej pod względem graficznym nie mam nic do zarzucenia. Drugim dużym pozytywem jest dla mnie powrót do uniwersum jednookiego Nicka Fury’ego, który od czasów „Secret Wars” pozostawał w ukryciu, a teraz po zakończeniu Inwazji uczy fachu swoich nowych podopiecznych w serii „Secret Warriors”.


Tekst ten zacząłem pisać na początku tego roku, zaraz po dostaniu w swoje łapy ostatniego numeru „Secret Invasion”, ale dopiero crossowa inicjatywa Julka zachęciła mnie do jego skończenia. Gdybym wyrobił się z tym wcześniej, byłoby pewnie znacznie ostrzej, bo nie ukrywam, że ogromnie mnie ta historia rozczarowała i w dużej mierze zniechęciła do głównego nurtu superhero prezentowanego przez wydawnictwo Quesady. Miało być wyjątkowo, a wyszło jak zwykle i to mimo wspomnianej na początku ilości czasu, jaką miał Bendis na dopieszczenie wszystkiego. Trzeba jednak przyznać, że jako wstęp (crossover tej miary wstępem?) do „Dark Reign” historia ta spisała się wyśmienicie. Zakończenie inwazji przyniosło przetasowania na najważniejszych pozycjach w świecie Marvela, w składach najważniejszych ekip i było oczywiście dobrą okazją dla wypuszczenia na światło dzienne nowych serii. I jak na razie jest dobrze. Jednak „Mroczne Rządy” mają się zakończyć pod koniec tego roku. Później pewnie czeka nas kolejny wielki crossover, kolejna nowa era i kolejny nowy porządek świata..

piątek, 13 marca 2009

#144 - Tydzień crossoverów - Sinestro Corps War

Pisząc o „Sinestro Corps War” siłą rzeczy będę musiał powtórzyć niektóre argumenty, które padły już przy okazji mojego tekstu o „Green Lanternie”. Nie ma w tym nic dziwnego, bo crossover przewijał się także na kartach tego miesięcznika, a i za scenariuszem stała jedna i ta sama osoba, Geoff Johns. Komiksowy skryba oficjalnie mianowany mainstreamowym królem Midasem, zamieniającym w złoto wszystko, czego się dotknie.

Jak przedstawia się zarys fabuły crossa rozgrywającego się w sumie na łamach dwóch ongoingów (wspomnianego „Green Lanterna” i „Green Lantern Corps”, którego pisze Dave Gibbons, znany polskiemu czytelnikowi, jako autor „The Orignals” i rysownik „Strażników”) i uzupełnionego one-shotami poświeconymi kluczowym postaciom dramatu, ukazującymi się pod wspólnym szyldem „Tales of the Sinestro Corps”? Tytułowy Sinestro był niegdyś najlepszym z zielonych latarników, kosmicznej organizacji dbającej o ład w znanej galaktyce. Obszar, nad którym trzymał piecze był pokazywany młodym kadetom za wzór porządku i dyscypliny. I sielanka by trwała, gdyby nie wyszczekany i arogancki ziemianin z Ameryki nie zdemaskował opiekuna sektora 1417, jako faszyzującego dyktatora, używającego strachu, jako narzędzia terroru i represji. Hal Jordan zrobił sobie ze swojego mentora i przyjaciela zawziętego i dozgonnego wroga. Po przymusowej banicji w wymiarze antymaterii, Sinestro na łamach „SCW” po raz kolejny będzie chciał zemścić się nie tylko na Halu, ale na całym Korpusie Zielonych Latarni i Strażnikach Wszechświata. I trzeba przyznać, że ma chłopak rozmach, bo nie wystarczyło mu już wykuć żółty pierścień mocy, tym razem zorganizował sobie własną międzygalaktyczną policję. Żółty Korpus jest antytezą zielonego odpowiednika. Posługuje się strachem, a nie siłą woli pozwalającą ten strach przezwyciężyć, Sinestro chce zaprowadzić nowy porządek w galaktyce.

Geoff Johns jest jednym z niewielu scenarzystów pracujących z kalesoniarzami, którzy naprawdę umieją zrobić dobrze swoim czytelnikom. Oprócz tego, że wie, co gra w ich nerdowskich duszach, ma wielki szacunek do dokonań twórców, poprzednio pracujących przy Latarnikach. „Sinestro Corps War” jest tego najlepszych dowodem. Johns pięknie kompiluje wszystkie pomysły pozostałych scenarzystów w spójną, zielona mitologię, mało tego – rozwija ją do prawdziwie epickich wymiarów, zgrabnie rozwijając wątek Strażników z Oa, ich księgi i sprytnie poszerzając spektrum kolorów w galaktyce DC. O jakie barwy chodzi, tego na razie nie zdradzę, podobnie jak nie wyjawię, jacy łotrzy z samego czubka ekstraklasy wejdą w skład Żółtego Korpusu. Polecam poczytanie zeszytów z serii regularnej żeby zobaczyć, kogo Sinestro werbuje – wielokrotny geekowski orgazm murowany.

Scenariuszowi Geoffa Johns do ideału jeszcze sporo brakuje i „Sinestro Corps War” nie jest komiksem bez wad. Przede wszystkim podczas lektury irytowała mnie chaotyczność i tempo kolejnych wydarzeń. Chciałoby się, żeby Johns trochę zwolnił, pozwolił nacieszyć się czytelnikowi jeszcze bardziej. Zwyczajnie – opowieść o wojnie korpusów za szybko się czyta. Momentami kuleje kompozycja, komiks momentami gubi napięcie, niektóre postacie aż proszą się o poświęcenie im kilku stron więcej. Mam tu na myśli głównie Anti-Monitora (jednego łotra zdradzę zatem), Amon Sura, Johna Stewarta, a nawet samego Jordana. Akurat z tym mógłbym się pogodzić, mam świadomość, że taka jest cena żonglowaniem dużą ilością wątków, ale nie wybaczę DC, że przydzieli tak słabych grafików do tak świetnej historii. Tak nawiasem mówiąc wydaje mi się, że Marvel dystansuje o kilka długości swojego konkurenta, jeśli chodzi o rysowników. Bo jeden Ethan van Sciver wiosny nie czyni, szczególnie, że narysował tylko otwierającego sagę speciala. Ivanowi Reisowi nie brakuje wiele do jego poziomu, ale chłopak dopiero teraz, w ostatnich numerach „Green Lanterna” pokazuje, jaka moc drzemie w jego łapie. Reszta regularnych rysowników znacznie odstaje od tej dwójki – artystów pracujących z scenarzystą Dave`m Gibbonsem przy „Green Lantern Coprs” jest wielu i niestety wszyscy z nich prezentują się albo kiepsko (Angel Unzueta, Dustin Nguyen), albo bardzo kiepsko (Patrick Gleason, Pascal Alixe, Jamal Igle). Wśród rysowników „Tales of Sinestro Corps”, na tle nieciekawej Adriany Melo i Patricka Blaine`a, będącego tanią podróbką Eda Benes`a, który sam jest nieudolnym kopistą Jima Lee, pozytywni wyróżnia się Pete Woods, wspomagany przez znanego z kart polskiego „Supermana”, prawdziwego weterana ołówka, Jerry`ego Ordway`a.

Pomimo tych uwag, „Sinestro Corps War” jest jednym z najlepszych crossoverów, jakie przydarzyło mi się czytać w ostatnim czasie. Co ja gadam – to jeden z najlepszych crossów, jaki kiedykolwiek ukazał się na amerykańskim rynku i wzór dla każdego, kto chciałby zabrać się za opowieści tego typu. Pokątnie podczytując sobie w miarę aktualne numery „Green Laterna” po cichu liczę, że domknięcie zielonej trylogii (po „Rebirth” i „SCW”), czyli „The Blackest Night” przewyższy swoje poprzednika pod każdym względem.

czwartek, 12 marca 2009

#143 - Tydzień crossoverów - Ultimate Galactus Trilogy

Na „Ultimate Galactus Trilogy” składają się trzy mini-serie. Historia rozpoczyna się w „Ultimate Nightmare”. Wiadomość od potężnego telepaty o zbliżającej się zagładzie prosto z syberyjskiej tajgi powoduje komunikacyjny paraliż całej planety. Jak zwykle szlachetny Xavier chce ratować autora sygnału, za którym stoi pewnie jakaś umęczoną mutancka duszyczka. Pragmatyczny do bólu Nick Fury wysyła swoich dzielnych amerykańskich chłopców, aby pociągnęli Ruskich do odpowiedzialności. Konflikt interesów murowany i tajna radziecka placówka nuklearna będzie miejscem spotkania Ultimatesów i X-Menów. „Ultimate Secret” traktuje o nowatorskim projekcie lotów kosmicznej w obliczu pewnej „tajnej inwazji”, a pierwsze skrzypce odegrają w niej Fantastyczna Czwórka i drugi zespół Ultimatesów. W „Ultimate Extinction” ziemscy bohaterowie chwytają się wszystkich środków, aby ocalić swoją planetę przed niosącym zgubę Gah-Lak-Tusem, gdy na całej planecie w siłę rosną wyznawcy pewnego kultu o samobójczych skłonnościach. Stawkę uzupełnia dodatek „Ultimate Vision”, będący historią systemu wczesnego ostrzegania przed Galactusem, publikowany w krótkich fragmentach na łamach regularnych serii imprintu Ultimate.

Wielka szkoda, że okładka i tytuł wydania zbiorczego zdradzają, przeciwko komu przyjdzie stanąć ziemskim herosom tym razem, bo Warrenowi Ellisowi bardzo długo udawało się utrzymywać ten sekret w tajemnicy. Ultimate`owe wcielenie Galactusa w niczym nie przypomina swojego żenującego, 616-stkowego oryginału, a scenarzysta świetnie je wykoncypował. Zresztą podobnie jest w przypadku nowych wcieleń wspomnianego Visiona, Kapitana Marvela, Falcona, Carol Denvers, Sentry`ego, Silver Surfera, Misty Knight i kilku innych postaci. Ich Ultimate`owe wersje zrobione są pomysłowo, oryginalnie i mają do odegrania konkretnie role w tej historii.

Scenariusz Warrena Ellisa może spokojnie konkurować z pierwszoligowymi serialowymi czy filmowymi produkcjami science-fiction znanymi z małego, bądź dużego ekranu. „Ultimate Galactus Trilogy” to bardzo dobrze napisana, wielowątkowa opowieść o zbliżającej się zagładzie, której obdarzeni wyjątkowymi możliwościami ludzie muszą stawić czoło. Babole logiczne są w niej ograniczone do minimum, w finale scenarzysta nie wyłożył się z żadnym żałosnym deus ex machina, rozwiązaniem z dupy, historia ma swoje tempo i daje się czytać z przyjemnością. Właściwie wszyscy bohaterowie dostają swoje pięć minut i każdy z nich swoje pojawienie się na scenie świetnie wykorzystuje. W komiksie wszystko trzyma się przysłowiowej kupy, jest napięcie, dramaturgia, szczypta nerdowskiego humoru (prawdziwą perełką jest Thor z „Exctinction” z kwestią „You. Military-industrial-complex drone girl. Bring us Beer!”). Komiks będzie strawny zarówno dla miłośnika trykotów, jak dla czytelnika, który nie przepada za kolorowymi kostiumami, które nota bene zostały ograniczone właściwie do niezbędnego minimum. Jak na uniwersum Ultimate zresztą przystało.

Fajnie, że przy okazji „Ultimate Trilogy” Marvel nie próbował na boku mnożyć dziesiątek niepotrzebnych tie-inów, rozwlekać historii po seriach regularnych. Cała opowieść Warrena Ellisa zamyka się właściwie w tych trzech epizodach i dodatku. Jest to niebagatelna zaleta i służy to spójności samej historii, w czasach, kiedy aby przeczytać jakiegoś crossa, trzeba śledzić dziesiątki tytułów, w których wątki rozmieniono na drobne.

Pod względem oprawy graficznej cała saga stoi na bardzo wysokim poziomie. W „Koszmarze” na wyżyny swoich umiejętności wspiął się Trevor Hairsine, którego styl rozpięty jest gdzieś pomiędzy Stevem Eptingiem a Bryanem Hitchem. „Sekret” na spółę narysowali, jak zwykle znakomity Steve McNiven i niewiele od niego słabszy Tom Raney. W „Wymarciu” Brandon Peterson, którego nie wspominałem zbyt dobrze z polskich „X-Menów”, pokazał jak można korzystać z rastrów w komiksie super-bohaterskim. Wizualnie „Trylogia Galactusa” wypada naprawdę świetnie.

„Ultimate Galactus Trilogy” jest świetną wizytówką dla całego imprintu Ultimate. Doskonale sprawdza się jako linia komiksów, w których reinterpretowano by klasyczne motywy i historyczne przygody z kręgu super-bohaterskiego w nowoczesnym duchu Alana Moore`a. Rzecz jasna pracy Warrena Ellisa, czy dziełom Marka Millara bardzo daleko do poziomu „Strażników” pod każdym względem, ale godne pochwały jest, że najlepsi twórcy z kręgu Ultimate kroczą drogą wyznaczoną przez Moore`a właśnie.

środa, 11 marca 2009

#142 - Tydzień crossoverów - Messiah CompleX

Messiah CompleX” stanowi próbę uporządkowania potwornego bajzlu, jakim stał się światek mutantów Marvela. Saga, rozpisana na trzynaście rozdziałów, rozgrywa się na łamach najważniejszych x-serii, czyli „The Uncanny X-Men”, „X-Men”, „New X-Men” oraz „X-Factor” i kładzie fundamenty pod trwałe i diametralne zmiany ich status quo w cyklach „Divided We Stand” i „Manifest Destiny”. W „MC” Konflikt między przywódcą grupy, Cyclopsem, a jego mentorem, Charlesem Xavierem, nabiera nowej dynamiki, scenarzyści zabierają się za rozplątywanie alternatywnych przyszłości (wreszcie!), a komiksy z mutantami nabierają delikatnego sznytu science-fiction. W historii nie braknie niespodzianek, ktoś zginie, ktoś powróci, ktoś zmartwychwstanie, ktoś zdradzi, a Instytut Xaviera, jak to przy takich okazjach zwykle bywa, zostanie zrównany z ziemią.

Ale wszystko zaczyna się w małej wiosce na Alasce, gdzie po raz pierwszy od pamiętnego Dnia M, kiedy Wanda Maximoff wypowiedziała słynne „żadnych więcej mutantów”, urodzi się dziecko z aktywnym genem X. Potężna manifestacja jej, bo to dziewczynka, jak się później okaże, mocy, przyciąga na miejsce zdarzenia rasistowskie ugrupowanie The Purifiers, robiące powtórkę z biblijnej rzezi niewiniątek oraz Maraudersów, bandę mutantów służących Misterowi Sinisterowi, którym udaje się uprowadzić noworodka. X-Meni muszą odbić dzieciaka, mającego w przyszłości stać się mutanckim mesjaszem, ale, jak zwykle, nie wiedzą jeszcze, kto w tej grze jest pionkiem, a kto głównym graczem.

„Messiah CompleX” było rysowane przez kilku artystów, którzy prezentują bardzo różnorodne stylistyki, co sprawia, że pod względem wizualnym cała historia jest okropnie niespójna. Philip Tan, będący jednym z nielicznych amerykańskich grafików, którzy lepiej oddają fizjonomie kobiet, niż mężczyzn i Scott Eaton, o którym ciężko napisać coś więcej, niż tylko „rzemieślnik”, prezentują szkołę „super-bohaterskiego” realizmu. Na drugim biegunie znajdują się przedstawiciele swawolnej i zdeformowanej kreski, Humberto Ramos, którego wielkie stopy i pokraczne sylwetki znany są polskiemu czytelnikowi z kart „Spectacular Spider-Mana” i Chris Bachalo, który wyraźnie w „MCX” się nie popisał. Stawkę uzupełnia Marc Silvestri, który jak wiadomo nie należy do moich ulubionych rysowników, ale muszę przyznać, że tym razem wspiął się na wyżyny swojego stylu i umiejętności. Generalnie grafika, mimo wspomnianej niespójności, wypada raczej na plus.

Tej graficznej różnorodności wtóruje pisarski konglomerat odpowiedzialny za fabułę. Scenariusz bowiem padł łupem aż pięciu, różnych twórców i ten fakt niestety mocno odbił się na jego jakości. Osobno Peter David, Ed Brubaker, Mike Carey i duet Craig Kyle-Chris Yost to solidni albo wręcz znakomici scenarzyści, ale pracując razem przy „Messiah CompleX” nie potrafili odnaleźć wspólnego języka. Widać, że każdy z nich na łamach swojego tytułu ciągnie w swoją stronę, a w całym crossie brakuje kogoś, kto by te wszystkie wątki odpowiednio poukładał i zadbał, żeby wszystko do siebie pasowało.

Pierwsze dwa rozdziały Brubakera zapewniają świetne otwarcie historii, lecz z czasem tempo siada i „Kompleks Mesjasza” doszlusowuje do poziomu średniego marvelowego crossa. Im dalej brniemy w fabułę, im więcej tajemnic odkrywamy, tym wrażenie obcowania z nieco lepszą kopią niesławnej „Pieśnie Egzekutora” się pogłębia. I ani Peter David z Laylą Miller i Madroxem, ani Cyclops, który z wzorowego żołnierza staje się bad-assem, ani nowe X-Force, jakie uformuje się w połowie historii nie ratują sytuacji.

„Messiah CompleX” było przełomowym wydarzeniem dla komiksów spod znaku X i myślę, że głównie za tą reformatorską odwagę scenarzystów i redaktorów crossover jest ceniony przez fanów. Jak najbardziej możemy się spierać, czy kierunek, w którym zmierzają przygody mutantów jest słuszny, czy pracujący przy tytułach z charakterystycznym X-em na okładce, aby na pewno nie przedobrzyli i czy nie będzie tego wszystko za kilka lat brutalnie odkręcać. Mnie na przykład te zmiany średnio leżą. Natomiast jeśli oceniać „MCX” jako opowieść, to broni się ona dosyć średnio. Myślę, że to moje porównanie do ulepszonej wersji „Pieśni Egzekutora” jest jak najbardziej zasadne. Niemniej, całe wydarzenie okazało się sporym sukcesem i wątki poruszane w tej historii będą kontynuowane w rozpoczynającym się „Messiah War” i trzecim crossie, będącym dopełnieniem mesjańskiej trylogii.

wtorek, 10 marca 2009

#141 - Tydzień crossoverów - Planet Hulk

Tak po prawdzie, to „Planet Hulk” wcale nie jest crossoverem w najściślejszym znaczeniu tego pojęcia. Zasadnicza część historii napisana przez Grega Paka (wyręczonego w trzech numerach przez Daniela Way`a) zamyka się w 18 zeszytach (od #88 do #105) regularnej serii „The Incredible Hulk”. Podwójny wstęp, przedstawiony na łamach trzech zeszytów „Fantastic Four” i wydaniu specjalnym – „New Avengers: Illuminati”, ważnym skądinąd z innych powodów, bez szkody dla historii można spokojnie pominąć.

Doktorowi Bruce`owi Bannerowi z coraz większą trudnością przychodzi kontrolowanie jego zielonego alter ego, którego siła po kolejnym wybuchu bomby gamma jeszcze bardziej wzrosła. Podczas ostatniego starcia dwójki „potworów” w Las Vegas – Thinga i Hulka, zginęło 26 osób, a straty finansowe szacowane są w milionach dolarów. Tony Stark, szefujący w tym czasie S.H.I.E.L.D postanawia coś z tym problemem wreszcie zrobić. Wraz z Reedem Richardsem, profesorem Xavierem, doktorem Strangem i królem Inhumans, Black Boltem, postanawiają wysłać Hulka w przestrzeń kosmiczną. Sprzeciwia im się jedynie Namor, ostatni z członków tajnego stowarzyszenia Iluminatów. Władca Atlantydy, oprócz tego, że oburza go moralny aspekt takiego czynu, zwyczajnie obawia się zemsty zielonego olbrzyma. Jak się później okaże – nie bez podstaw. Niestety, jak to zwykle bywa w takich przypadkach, coś idzie nie tak i zamiast na piękną, pokrytą bujną roślinnością, lecz pozbawioną inteligentnego życia planetę, kosmiczna kapsuła z Hulkiem ląduje na Sakaarze…

„Planet Hulk” Grega Paka całymi garściami czerpie z schematu fabularnego „Gladiatora”. To opowieść o Zielonej Szramie, o Oku Gniewu, Niszczycielu Światów, o Harkanonie, Haargu, Holku, czyli o naszym ulubionym Hulku, Sałacie Marvela, który trafił do świata ciemiężonego przez Czerwonego Imperatora i ze zwykłego niewolnika staje się bohaterem uciśnionych i ich nadzieją na wyzwolenie. Pak bardzo umiejętnie gra banalnymi kliszami walki garstki rebeliantów z okrutnym tyranem, umiejętnie rozkładając akcenty w swojej historii. Scenarzysta sprawnie wplata w swoją historię motyw religijnej przepowiedni – czy przybyły z odległego świata zielony potwór jest Sakaarsonem, sławionym w legendach zbawcą świata, czy też jest tego świata niszczycielem? Po fabule jednak nie spodziewajcie się niczego więcej od coraz większych, coraz bardziej spektakularnych walk, utrzymanych w epickim stylu, przynoszącym na myśl mitologię grecką – gniew i postać Hulka, jako żywo przypominała mi dzieje Achilla z „Illiady”. „Planet Hulk” jest jednak typowym komiksem jednorazowego użytku, bo czytany po raz wtóry, pozbawiony jest tego napięcia i ekscytacji, która towarzyszyła pierwszej lekturze. I to jest chyba jedyna, ale najpoważniejsza wada tego tytułu.

W roli rysowników zostali zatrudnieni solidni rzemieślnicy super-bohaterskiej estetyki. Wśród grafików, może z wyjątkiem Gary`ego Franka, który narysował ledwie połówkę numeru, rozsławionego późniejszą współpracą z Geoffem Johnsem przy „Action Comics”, znajdziemy raczej twórców z drugiej ligi. Na ich tle (Keu Cha, Juana Santacruza, Carlo Pagulayana) i wśród autorów graficznych epizodów (Marshalla Rogersa, Micheala Avon Oeminga, Alexa Nino) przy odrobinie dobrej woli wyróżniłbym Aarona Loprestiego, który swoją kreskę roztkliwi niejednego miłośnika opowieści obrazków pamiętającego dokonania wyśmienitego Johna Byrne`a. Świetne wrażenie robią również okładki poszczególnych zeszytów, autorstwa rysownika ukrywającego się pod pseudonimem Ladronn.

„Planet Hulk” jest świetną uwerturą do opowieści o powrocie Zielonej Szramy na jego rodzimą planetę i po lekturze ostatniego kadru na zabój chciałem dorwać kontynuację. Niestety, „World War Hulk” jest bardzo daleko do swojej poprzedniczki – daje o sobie znać rozbicie całej historii na mnóstwo niepotrzebnych wątków i wąteczków, porozrzucanych po niezliczonych mini-seriach i seriach, nic nie wnoszących do fabuły. Takie rozczłonkowanie bardzo negatywnie odbija się na kompozycji i dramaturgii historii, a i „Wojna Światowa Hulka” jest komiksem słabym i nużącym. Przede wszystkim brakuje jej tej niepewności, która towarzyszyła historii Grega Paka, bo biorąc do ręki pierwszy numer „WWH” doskonale wiemy, że Hulk nie może zmienić super-bohaterskiego status quo, a po jego inwazji i tak wszystko wróci do normy. W przeciwieństwie do „Planet Hulk”, które do ostatniego kadru trzyma swojego czytelnika w niepewności. I warto się przekonać jak skończy się kosmiczna wycieczka dla Bruce`a.

poniedziałek, 9 marca 2009

#140 - Tydzień crossoverów

Obok „kolorowych zeszytów”, które co miesiąc trafiają na sklepowe i kioskowe półki za Oceanem, crossovery należą chyba do najbardziej charakterystycznych dla komiksu super-bohaterskiego zjawisk. Czym takie historie różnią się od „zwyczajnych” komiksów? W kilku słowach - pojedynczy bohater lub grupa samotnie nie są w stanie zapobiec jakiemuś wielkiemu zagrożeniu, skrzykują więc najbliższych kumpli po fachu, żeby razem coś poradzić. Ich wspólne przygody opisywane są równoległe na łamach kilku serii i z reguły jednej mini-serii, w której śledzimy główny wątek. Za pierwszą tego typu opowieść powszechnie uchodzą „Tajne Wojny” wydane w 1984 roku. Dwunastoczęściowa mini-seria, która była uzupełniona licznymi tie-inami serii regularnych, do dziś w pewnych kręgach uchodzi za pozycję klasyczną.

Na dzień dzisiejszy trudno sobie wyobrazić komiksowy sezon pozbawiony monstrualnego crossovera, po którym nic nie byłoby takie samo. Tego typu „eventy” tak mocno wrosły w tkankę rynku i czytelnicze nawyki, że żadne zapewnienia ważniaków z DC o tym, że „Final Crisis” jest już ostatnim z wielkich, nikt nie bierze poważnie. Bo trudno traktować deklaracje Dana DiDio serio, kiedy wbrew jego zaklinaniu rzeczywistości, uniwersum Supermana i Batmana przygotowuje się do „The Blackest Night”, po którym, tak zgadliście, nic nie będzie już takie samo.

W chwili obecnej, te właśnie „eventy” nadają ton właściwie wszystkim tytułom w ofercie danego wydawcy, wskazując kierunek, w jakim komiksy przez jakiś czas, a przynajmniej do kolejnego, znaczącego „wydarzania”, bo tak można w polskim narzeczu przetłumaczyć ten termin, będą podążać. W takiej sytuacji znajomość treści takiego eventu jest kluczowa w zrozumieniu serii, którą czytelnicy są zainteresowani i chcąc, nie chcąc, muszą się z nim zapoznać. DC i Marvel doskonale grają tymi rynkowo-scenariuszowymi zależnościami, organizując cały swój kalendarz wydawniczy pod kątem eventów właśnie. I tak, nie sposób w pełnie ogarnąć wydarzeń w „House of M”, jeśli wcześniej nie zapoznaliśmy się z „Avengers: Disassembled”. Aby z kolei dowiedzieć się jak cała ta afera ostatecznie się skończyła, trzeba przeczytać komiksy spod szyldu „Decimation” i serię „Son of M”, które stanowią swoiste domknięcie wydarzeń przedstawionych w crossie i to one zaspokajają czytelniczą ciekawość. I tak, z roku na roku, się to kręci. Fabuły przepełzają z jednego komiksu do drugiego, scenarzyści muszą podejmować wątki w miejscu, w którym zostały zostawione przez swoich poprzedników, a biedny czytelnik chcący być na bieżąco musi jakoś za tym nadążyć, jeśli nie chce zadowolić się dosyć jałowymi „recapami” na Wiki czy serwisach tematycznych.

Crossovery dla jednych będą synonimem mainstreamowego obciachu w sztuce obrazkowej, rozrywką dla debili, a dla innych prawdziwą esencją amerykańskiego komiksu. Warto przypomnieć, że to właśnie historie ciągnące się latami były przyczyną krachu komiksowego rynku w połowie lat dziewięćdziesiątych ubiegłego wieku. Dla samych wydawców eventy stanowią natomiast prawdziwą żyłę złota, bo poszczególne ich odcinki zwykle królują na listach najlepiej sprzedających się komiksów. Szefowie DC i Marvela nie szczędzą środków na promocji swoich szlagierów, przynajmniej pod względem finansowym, do pracy przy nich z reguły zatrudniają najlepszych scenopisów i rysowników.

Od dziś ruszamy z tygodniem crossoverów. Przez kolejne pięć dni na łamach Kolorowych Zeszytów zaprezentujemy nasz subiektywny wybór najlepszych historii tego typu, bądź tych, na których się najbardziej przejechaliśmy.

Tak więc zapraszamy! Po tym tygodniu już nic nie będzie takie samo ;)