Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Tydzień Kolorowych Zeszytów. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Tydzień Kolorowych Zeszytów. Pokaż wszystkie posty

sobota, 31 stycznia 2009

#120 - „New X-Men”

„New X-Men” było jedną z serii rozgrzebanych przez Dobry Komiks, któremu udało się wydać zaledwie osiem numerów (zebranych u nas w cztery zeszyty) z runu Granta Morrisona, uchodzącego w powszechnym mniemaniu za dzieło rewolucyjne i przełomowe, przynajmniej w kategorii super-hero. Urodzony w Glasgow twórca znany z takich tytułów jak „Mystery Play” czy „The Invisibles” postawił sobie za zadanie obalenie koszmarnie nudnego status quo, robiąc z mutantami rzeczy, o których przeciętnym czytelnikom ich przygód się nie śniło. „New X-Men” miało być dziełem niezwykle spójnym, misternie zaplanowaną i zrealizowaną z zegarmistrzowską precyzją plątaniną wątków, nad którą scenarzysta doskonale panował. I co chyba najważniejsze – Morrison chciał zrobić komiks poważny, odzierając strzelających promieniami z różnych części ciała mutantów z ich infantylności, kiczu i wszechogarniającego banału.

Jak to wszystko wyszło w praktyce?

Morrison zaczyna z grubej rury – zabija szesnaście milionów mutantów rezydujących na Genoshy w tym samego Magneto, włącza Emmę Frost do składu X-men, wprowadza złą siostrę-bliźniaczkę Xaviera, która jest wcieloną antytezą jego marzeń o pokojowej koegzystencji ludzi i mutantów, a do tego najpotężniejszym z dotychczasowych wrogów (telepatia na poziomie omega, czynnik samogojący, telekineza i pirokineza), w pewnym momencie prezentuje jej kontrolę nad potęgą militarną imperium Shi`Ar. A to i tak stanowi tylko rozbiegówkę, bo w zeszytach, których Axel Springer nie zdążył już wydać na polskim rynku pojawi się tajemniczy Xorn, który zamiast głowy ma miniaturowe słońce, romans między Emmą a Scottem nabierze rumieńców (podobnie jak związek Beaka z Angelą), Sublime zaliczy swój spektakularny powrót, no i zobaczymy zawody w piciu whisky pomiędzy Wolverinem a Cyclopsem. Pojawi się również wątek Weapon Plus, który jest związany z przeszłością Logana, a z nim obłędny Fantomex – ninja w białym płaszczu, który pije wodę wlewając sobie ją przez głowę i wyhodował sobie statek kosmiczny, znaleziony niegdyś w swoich ustach. Znaczy wtedy był jeszcze mały, ale potem urósł. I Fantomex i statek, który ma na imię Ewa.

Słowem – Morrison jedzie po bandzie, mnoży swoje dziwactwa w każdym numerze. Przeciętny miłośnik komiksów z charakterystycznym X na okładce będzie czytał „New X-Men” z zapartych tchem, dopóki nie zorientuje się, że cały koncept szkockiego pisarza polega tylko doprowadzenia do groteskowych rozmiarów wytartych przepisów na przygody mutantów. Po prawdzie Morrison oprócz kilku niezłych pomysłów, ubarwiających trochę szary świat X-Menów (ludzie polujący na organy mutantów czy bunt Kid Omegi) nie ma wiele nowego do zaproponowania. „New X-Men” powiela ciągle te same schematy, które od lat obowiązywały w komiksach z mutantami w roli głównej, a które w jego wydaniu graniczą z absurdem. Nie braknie zatem (uwaga delikatne spoilery, których można było się jednak spodziewać) powrotu Magneto, zmartwychwstania Phoenix, rozwiązania X-Men i alternatywnych przyszłości.

Pod względem graficznym komiks stał się ofiarą przeraźliwych opóźnień „regularnego” rysownika, którym był Frank Quitely. Gdyby całe „New X-Men” było narysowane jego ręką mógłbym spokojnie napisać, że prezentuje się spójnie, efektownie i interesująco. Niestety, wizualna partyzantka wyszła fatalnie, goniący terminy artyści, jak Ethan van Sciver, który dopiero wyrabiał swój warsztat, czy szczególnie Igor Kordey popsuli dobre wrażenie pozostawione przez Quitely`ego. Graficznie komiks jest bardzo niespójny, bo oprócz całkiem ciekawych artystów, jak Phil Jimenez czy Chris Bachalo, trafiają się takie niewypały jak Marc Silvestri czy Keron Grant.

Trzeba przyznać, że oprócz trwałego wpływu, jaki na wszystkie x-serie i cały mutancki zakątek wywarli „Nowi X-Men” (wprowadzenie Emmy Frost w szeregi tych dobrych, pokazanie, że Xavier ma sporo niechlubnych tajemnic z przeszłości, otwarcia szkoły, drugorzędne mutacje ze zmianą aparycji Beasta na czele) Grant Morrison został autorem brzemiennego w skutkach precedensu. Jako twórca bardzo pofolgował swojej wyobraźni i udowodnił, że właściwie z mutantami można zrobić wszystko, nie dbając kompletnie o nic. Tym samym uchylił furtkę dziesiątkom o wiele mniej od Morriego uzdolnionych scenarzystów (Chuck Austen najlepszym przykładem), którzy robili z X-Menami co im się żywnie podoba, którzy mnożąc swoje głupie pomysły spuścili komiksy z mutantami na kompletne dno, na którym obecnie się znajdują.

piątek, 30 stycznia 2009

#119 - „Thor”

Szefowie Marvela powierzyli Joe Michealowi Straczynskiemu trudną misję przywrócenia Thora, asgardyjskiego boga piorunów i błyskawic, do świata żywych. JMS to skądinąd scenarzysta o ustalonej renomie, na którą uczciwie sobie zapracował przede wszystkim w „Spider-Manie”, a także w „Supreme Power” czy „Fantastuc Four”. Nad Pajęczakiem pracował dobre kilka lat i jako jeden z niewielu scenarzystów miał rzeczywiście oryginalną i w sumie ciekawą koncepcję na redefinicję tej postaci. Wielka szkoda, że Marvel zburzył wszystko to, co zbudował jedną, głupią odzywką Joe Quesady. Po cichu liczyłem, że w przypadku Thora będzie podobnie, wierzyłem, że Straczynski zrobi coś ciekawego z tą dosyć nudną postacią. Niestety, myliłem się.

Opowieść o powrocie boga piorunów wyszła zwyczajnie kiepsko. To strasznie płaska i liniowa historia o tym, jak Thor na nowo urządza sobie życie wśród śmiertelników, jak odnajduje swoich ziomków ze skandynawskiej mitologii i jak załatwia sprawy z Tony Starkiem, który pod jego „nieobecność” w czasie Civil War posłużył się klonem (niesławnym Clorem) nordyckiego bóstwa. W komiksie brakuje jakiegokolwiek napięcia, przeciętny czytelnik wie, co się wydarzy na następnej stronie, w kolejnym zeszycie czy nawet w drugim trejdzie. Wszystko jest kompletnie przewidywalne, historia zbudowana jest z banałów, klisz i schematów. Straczynski nie ma kompletnie żadnego pomysłu na odnowienie Thora. Wydaje się, że jego zmartwychwstanie było zwyczajnie wymuszone przez fanów, którzy nie mogli się pogodzić z tym, że ich ulubiony heros przebywa na cmentarzu. Marvel skrzętnie wykorzystał okazję do uciułania kilku dolców więcej.

A czy „Thor” ma jakieś zalety? No cóż, nowy design stroju głównego bohatera bardzo mi odpowiada… A tak na poważnie, to Straczynski bardzo ładnie rozegrał zderzenie kultury Asgardu z społecznością małego miasteczka w stanie Oklahoma, gdzie zakotwiczył Thor ze swoją wesołą gromadką. Bo czy zastanawialiście się jak w tym wspaniałym i lśniącym zamku, z którego z góry patrzą na nas boskie istoty rozwiązano problem kanalizacji? Albo co może mieć wspólnego prosty chłopak z amerykańskiego zadupia z boginką piękną jak noc gwieździsta?

Oprawa graficzna również stoi na wysokim poziomie. Przyznam, że charakterystyczne krępe sylwetki w wykonaniu Olivera Coipela przypadły mi do gustu już od czasów „House of M”. Francuski rysownik zdecydowanie daje radę. Seria ma również bardzo zacne okładki, a wśród autorów alternatywnych edycji znajdziemy takich kozaków jak Marko Djurdevic, Art Adams cz J. Scott Campbell.

Cóż można na zakończenie napisać? Mój pierwszy, dłuższy kontakt z „Thorem” skończył się sporym zawodem. Nic nie wskazuje na to, abym w najbliższym czasie miał się wybrać do komiksowego Asgardu, skoro jest jeszcze tyle znacznie lepszych tytułów z tej samej półki.

czwartek, 29 stycznia 2009

#118 - „Green Lantern”

Powrót Hala Jordana do uniwersum DC był tylko kwestią czasu. Kyle Raynor nigdy nie osiągnął takiej popularności, jaką cieszył się jego poprzednik na stanowisku ziemskiej Zielonej Latarni. Kiedy kolejni scenarzyści coraz bardziej gubili się na łamach regularnego tytułu i nie mieli zupełnie pomysłu co zrobić z trzecim Green Lanternem, bossowie DC zdecydowali – teraz jest ten moment.

Pod koniec 2004 roku Geoff Johns ze swoim etatowym rysownikiem, Ethanem van Sciverem, na łamach mini-serii „Green Lantern: Rebirth” przywrócił do życia i komiksowego użytku Latarnika Srebrnej Ery. Sześcioczęściowe „Odrodzenie” to historia, w której Hal Jordan odkupuje swoje stare grzechy, rezygnuje z wygodnego etatu Spectre`a, uosobienia Gniewu Bożego i wraca w super-bohaterskiej chwale do obowiązków kosmicznego strażnika sektora 2814. A całe to zamieszanie było jedynie preludium do restartu regularnej serii „Green Lantern” z Jordanem w roli głównej, oznaczonej jako volume 4. Jej scenarzystą został oczywiście Johns.

Trzeba przyznać, że był to jeden z najlepszych super-bohaterskich retconów, jaki miałem okazję poznać. Geoff Johns z wielkim szacunkiem podszedł do tradycji Zielonej Latarni i pracy poprzednich scenarzystów, nie poszedł na łatwiznę z jakimś klonem uśpionym na dnie oceanu czy alternatywnymi rzeczywistościami, jak mają to w zwyczaju niektórzy scenarzyści. Bardzo umiejętnie rozplątał wątki, które pozostały po innych pisarzach i zbudował naprawdę spójną mitologię GL, którą z powodzeniem rozwijał.

Geoff Johns zamienił średni serial o przygodach międzyplanetarnych policjantów, w pełnometrażową galaktyczną epopeję, o epickim rozmachu. Co więcej – to, co było kiedyś największą bolączką komiksów o kolesiach z super-mocami, czyli przepełzanie wątków z numeru na numer i historie liczone w dziesiątkach odcinków, w rękach Johnsa staje się ich wielkim atutem. Z dokładnością godną architekta projektuje swoje historie tak, aby wszystko do siebie idealnie pasowało, i w taki sposób, że aż chce się je czytać. Bardzo chciałem napisać, że seria regularna w porównaniu do „Rebirth” prezentuje się słabiej, a Johnsowi o wiele lepiej wychodzi pisanie wielkich historii, niż comiesięczna młóćka przy on-goingu, czego najlepszym dowodem jest „Sinestro Corps War”. Wojna z Żółtym Korpusem to tak zwany drugi epizod zielonej trylogii - wspomniane „Rebirth” było tym pierwszym, a ostatnim ma być zapowiadane na 2009 rok „The Blackest Night”, którego pierwsze takty już słychać w miesięczniku. Ale musze to odszczekać, bowiem czytając „Rage of the Red Lanterns” czy kolejne komiksy zbliżające nas do „Najmroczniejszej z Nocy” widzę, że scenarzysta z Michigan rozkręcił się na dobre także w serii regularnej. Konsekwentnie realizuje swoje pomysły wprowadzenia sześciu nowych Korpusów, ciekawie rozwija mitologię Księgi Oa i świetnie prowadzi postać samego Jordana, co i rusz zaskakując odbiorców. I przyznam, że trochę się boje czy Johns sprosta bardzo wygórowany oczekiwaniom czytelników, bo skoro teraz jest tak świetnie, to jak będzie później…

Warto się zatrzymać chwilkę przy samym „Sinestro Corps War”, bo to historia, która powinna być wzorem dla wszystkich scenarzystów i redaktorów, którzy zajmują się crossoverami. Lawirowanie między tytułami zostało ograniczone do minimum, fabuła przewija się właściwie tylko na łamach „Green Lanterna” Johnsa „Green Lantern Corps” Dave`a Gibbonsa i jest uzupełniona (uwaga!) tylko jednym tie-inem „Tales of the Sinestro Corps”, w którym bliżej poznajemy Żółte Latarnie. Wszystkie wątki są wzorowo poprowadzone, razem stanowią spójną całość, tworzą historię o kosmicznym rozmachu, która trzyma w napięciu do samego końca. No i finałowa bitwa naprawdę może zrobić wrażenie – niech Bendis czyta i się uczy.

Pod względem graficznym „Green Lantern” stoi na solidnym poziomie. Od czasów „New X-Men” Ethan van Sciver poczynił spore postępy i ciska bardzo sprawnie w swoim „kreskowanym” stylu, nawiązującym do trendów przełomu lat osiemdziesiątych i dziewięćdziesiątych. Carlos Pacheco awansował z drugiej do pierwszej ligi, choć dla mnie to taki McNiven dla ubogich. Ivan Reis mieści się gdzieś pomiędzy Pacheco a van Sciverem i również nieźle daje, natomiast nie mogę się jakoś przekonać do Daniela Acuny, który chyba trochę zbyt intensywnie korzysta z pomocy komputera.

Cóż można napisać ponad to, że „Green Lantern” w chwili obecnej jest chyba najlepszym komiksem z trykotami w roli głównej, a Geoff Johns (wraz z Brubakerem) dzierży prymat wśród scenarzystów piszących super-bohaterów. Tym, którzy lubią dobrą super-bohaterską pulpę polecam zacząć od „Rebirthu”, potem według własnego uznania zapoznać się z on-goingem, a od „Sinestro Corps War” włącznie lecieć po kolei.

środa, 28 stycznia 2009

#117 - „New Avengers”

Oczywistą oczywistością był zebranie na nowo Mścicieli, którzy rozpadli się w historii „Avengers: Disassembled”. Najnowszym wcieleniem grupy najpotężniejszych ziemskich bohaterów zajął się Brian M. Bendis, który pozwolił sobie skorzystać z przepisu konkurencji. Jego formuła na „Nowych Mścicieli” przypomina koncept DC na JLA, polegający na zebraniu najpopularniejszych, najciekawszych i tych, których najlepiej się pisze w jednym zespole. Trzeba przyznać, że odnowienie i unowocześnienie „Avengersów” Bendisowi wyszło świetnie.

Ze znajdującego się na Manhattanie więzienia dla super-złoczyńców, znanego jako The Raft, na wolność uciekają wszyscy osadzeni. Nowy Jork zostaje zaatakowany przez falę łotrów dysponujących nadnaturalnymi zdolnościami. Na polu bitwy staną uwięzieni w penitencjarnym kompleksie strażnik Hell`s Kitchen Daredevil, agentka S.H.I.E.L.D., Jessika Drew i Luke Cage, bohater do wynajęcie. Na pomoc pospieszą im Kapitan Ameryka z Iron-Manem, wszędobylski Spider-Man oraz tyle tajemniczy, co potężny Sentry. Ten naprędce zebrany zespół oprócz powstrzymania uciekinierów będzie musiał dorwać tego, kto jest za to odpowiedzialny.

„New Avengers” są chyba najbardziej reprezentatywnym przykładem bendisowego stylu pisania komiksów nurtu super-hero. Na kartach flagowego tytułu Marvela da się zauważyć wszystkie zasadnicze chwyty, do których scenarzysta ucieka się w swoich pracach. Po pierwsze – charakterystyczny styl budowania opowieści, oparty na trzech, że tak powiem, filarach – retrospekcjach, retardacjach i prowadzeniu dwóch, czasem trzech wątków równocześnie. Najłatwiej wyjaśnić to na jakimś przykładzie. W „Ronine” podczas infiltrowania posiadłości klanu Yoshida przez tytułowego Ronina, z retrospektywnie przywołanej rozmowy prowadzonej przez Daredevila i Kapitana Amerykę dowiadujemy się co ów zamaskowany heros robi w Japonii i dlaczego się tam wybrał. W „Revolution” autor przerywa akcję podczas pojedynku Mścicieli z armią wojowników Hand dowodzoną przez Elektrę, by cofnąć się dzień wcześniej, do starcia zwolenników i przeciwników rejestracji -to już prawdziwa esencja „bendisowatości”.

Po wtóre – mięsiste i zabawne dialogi. Nikt tak dobrze, jak Bendis nie pisze Pająką, Peter Parker w jego rękach to żywe srebro, a pogaduchy, jakie sobie urządza sobie na boku z Cage`em czy Loganem przyprawią niejednego nerda o spazmatyczny śmiech. Po trzecie i ostatnie – igranie z super-bohaterskimi kliszami, ale tylko na tyle, na ile pozwala mu konwencja. Nie spodziewajcie się w mainstreamowym tytule jakiejś poważnej dekonstrukcji, tylko Bendisa trzymającego ironiczny dystans wobec tego, co tworzy. Scenarzysta ogranicza się raczej do złośliwych podśmiechujek i puszczania oka do czytelnika, świetnie się przy tym bawiąc. Potrafi między pełną patosu rozkładówkę z pozującymi herosami a epickie starcie z super-złoczyńcami wrzucić jakiś śmieszny, ledwie niezauważalny drobiazg. Trudno nie mieć dystansu do komiksu, w którym banda mięśniaków w kostiumach, z których jeden nosi super-zbroję, drugi jest prawie nieśmiertelnym Kanadyjczykiem, a jeszcze inny kostiumu wcale nie nosi i jest zgrywającym cwaniaka czarnuchem z Harlemu w czapce, trafia na Antarktydę, po której biegają sobie dinozaury, dzikuski (prezentujące dopuszczalna dawkę nagości w komiksach dla młodzieży) oraz mutanci, którzy są efektem eksperymentów byłego hitlerowskiego jeńca. No kaman.

Bendis jest scenarzystą cholernie nierównym, obok historii bardzo dobrych trafiają się przeciętne i całkiem słabe. Gdybym silił się na złośliwość, napisałbym to niejako „po czwarte”. Najlepiej wychodzą mu historie, w których zespół się dopiero formuje (premierowe „Breakout” i „Revolution”, czyli chrzest bojowy drugiego składu), trafiają się również średnie (wspomniany „Ronin” i „Sentry”), a z reguły poziom serii spada najniżej, kiedy stają „NA” się aneksem do trwających w uniwersum Marvela crossoverów. Kiepsko wychodzi również lawirowanie między seriami, kiedy w „New Avengers” zbierają się wyjęci spod prawa herosi, nie godzący się na Superhuman Registration Act i walczą z zespołem „Mighty Avengers” grupującym zarejestrowanych bohaterów (historii „Trust”).

Marvel zadbał, żeby przy „New Avengers” pracowali najlepsi rysownicy z ich stajni. Na łamach serii przewijają się zatem prawdzie gwiazdeczki mainstreamowego światka. Na początku szaleje David Finch, który chyba nigdzie nie rysuje tak dobrze, jak w „NA”. Jest Steve McNiven, który jak zwykle ciska na wysokim poziomie i prezentuje styl idealnie trafiający w moje gusta, podobnie zresztą jak Frank Cho. Jim Cheung daje rade, incydentalnie pojawiają się Chaykin, Coipel i Maalev, a chyba przez przypadek wśród takich tuzów zaplątał się Mike Deodato, który na tle innych artystów wypada bardzo blado, choć na kartach „Dark Avengers” pokazuje, że jak chce, to potrafi. Od 27 zeszytu ołówek na dłużej przejmuje Leinil Francis Yu, którego ociekające tuszem rysunki można lubić lub nie, ale klasy odmówić mu nie można.

„New Avengers” jest znakomitą propozycją dla miłośników trykotów, gustujących w pędzącej na złamanie karku akcji, wielkiego rozpierdziu i ceniących sobie jak największą ilość bohaterów na centymetr kwadratowy panelu. Będziecie się klawo bawić.

wtorek, 27 stycznia 2009

#116 - „Old Man Logan”, czyli świat według Millara po raz czwarty

To miał być rok Marka Millara. W 2008 roku, scenarzysta „Wanted” miał w chwale komiksowej epifanii zabłysnąć na obrazkowym firmamencie za Oceanem. Redaktorzy Marvela uwierzyli w jego szczęśliwą gwiazdę i podarowali mu kilka wiodących tytułów i serii, pozostawiając przy tym mnóstwo twórczej swobody. I mieli ku temu swoje powody – po stronie jego niewątpliwych osiągnięć znajduje się mnóstwo pozycji z katalogu Domu Pomysłów. Wielki sukcesem okazało się godne XXI wieku wcielenie „Mścicieli”, czyli „Ultimates”, które po dziś dzień jest najbardziej efektownym i wciągającym komiksem czysto super-bohaterskim, przy którym wszystkie „Inwazje…” i „Kryzysy…” mogą się schować. „Ultimate X-men” to chyba ostatni komiks z mutantami, który da się czytać, „Marvel Knights Spider-Man” to pulpa na solidnym poziomie, a „Civil War” swojemu twórcy wstydu nijak nie przynosi.

Niestety, ostatnie prace Millara były wielkim rozczarowaniem. Dałem mu niewiele mniej szans, niż Joe Quesada i niestety wszystkie zostały zmarnowane. O „1985” pisałem tutaj, jego autorska wizja „Fantastic Four” (o której arcz pisał tutaj) nie porywa, a „Kick-Ass” mogę skwitować co najwyżej wzruszeniem ramion. Tak wyszło, że jego drugi run w trzeciej serii „Wolverine`a” było ostatnią okazją, w której szkocki pisarz mógł się wykazać.

Millar, wraz z Stevenem McNivenem, przejął serię od Jasona Aaarona (nawiasem mówić, to artysta, który jest na najlepszej drodze do wyrobienia sobie podobnej marki, jaką cieszył się sam Millar) w czerwcu 2008 roku. W numerze 66 „Wolverine`a” rozpoczyna się zaplanowana na osiem części historia „Old Man Logan”, w której zostajemy przeniesieni 50 lat w przyszłość. Nie jest to zwyczajna praktyka przy seriach regularnych, dla takich fikołków w alternatywne rzeczywistości z reguły zarezerwowane są mini-serie. Widać, że Millar cieszy się wielki zaufaniem swoich szefów, którzy wierzą mu na słowo, że nie zrobi wielkiego bajzlu w continuity.

W „OML” świat, który został podzielony na prowincje przez sprawujących rządy super-łotrów coraz bardziej pogrąża się w chaosie. Panuje powszechny strach, struktury społeczne uległy zniszczeniu i nie ma w nim już żadnych super-bohaterów, którzy mogliby to wszystko naprawić. Przeżyli nieliczni, w tym Logan, który nie pozwala zwracać się do siebie per Wolverine. Wolverine umarł, a pozostał jedynie stateczny farmer, którego głównym zmartwienie jest los jego ukochanej rodziny. Ale jeszcze jeden ostatni raz zostanie zmuszony do heroicznych czynów. Logan, aby spłacić swoje długi i zapewnić bezpieczny byt swojej familii będzie musiał podjąć się niewdzięcznego zadania, o które poprosi go stary znajomy, były heros i ex-Avenger, obecnie dealer – Hawkeye.

W komiksie aż roi się od tajemnic. Nikt nie wie, co stało się tej nocy, kiedy zginęli wszyscy bohaterowie, niewielu potrafi wyjaśnić tajemnicę znikających miast. Co przewożą Clint Barton i James Howlett przez całe Stany? I co było przyczyną traumy Logana, która nie pozwala mu od tych 50 lat wysunąć swoich pazurów? Te wszystkie pytania czekają w „Wolverinie” na swoje odpowiedzi.

Świat w „Old Man Logan” to sympatyczne wymieszanie klimatów trykociarskich i post-apokaliptycznych. Sama historia to podręcznikowa opowieść drogi, w której Millar idzie po najmniejszej linii oporu, pozwalając żeby fabuła właściwie sama się toczyła. Nasi bohaterowie pokonują kolejne kilometry, rozwiązują kolejne problemy, spotykają kolejnych super-łotrów i zbliżają się do celu swojej podróży. Sukcesywnie poznajemy rozwiązania kolejnych zagadek, ale Millar, tak od 2 zeszytu, zaczyna mnie nudzić i jakoś nie jestem specjalnie ciekawy zakończenia (do finału historii pozostały jeszcze trzy numery). A to bardzo poważny zarzut wobec scenariusza. Żadnych pretensji natomiast nie można mieć wobec oprawy wizualnej, bowiem Steve McNiven, jak zwykle zresztą, stanął na wysokości zadania. Znany z grafiki do „Civil War” czy „Ultimate Secret” artysta odszedł jednak od swojej czystej, wręcz sterylnej maniery i rysuje bardziej w stylu Geoffa Darrowa.

No cóż, nie był to rok Millara. Spotkałem się ze zdaniem, że pilnując filmowych adaptacji swoich prac, scenarzysta był zbyt zajęty wyrabianiem sobie stosunków w Hollywood i błaznowanie przed kamerą, względnie do mikrofonu. I niestety, czytając jego komiksy ma się wrażenie, że ich autor rzeczywiście był myślami gdzieś bardzo daleko, kiedy je pisał. „Nowe” komiksy szkockiego komiksiarza nie dorównują „starym” pod względem kompozycji fabularnej, oryginalności, dopracowania, inwencji, można chyba śmiało powiedzieć, że są zrobione na kolanie. Choć akurat w przypadku autora „Wanted” oznacza to, że są nie tyle słabe, co średnie. „Old Man Logan” mogę polecić tylko hardkorowym fanom Rosomaka i Millara.

poniedziałek, 26 stycznia 2009

#115 - „Captain America” vol.5

Ed Brubaker jest prawdziwym skarbem dla Marvela. Cieszy się podobnym statusem, co Geoff Johns w DC – czego ten komiksowy Midas się nie dotknie, to zamienia się w złoto. No dobra, nie wszystkiego, bo nie wyszło mu jedynie z „The Uncanny X-Men”, ale z takiego gówna, jakim stał sztandarowy komiks z mutantami, nikt nie zrobi czegoś interesującego. Zwykle nazwisko Brubakera na okładce gwarantuje wysoką, mainstreamową jakość, na dowód wystarczy wymienić takie serie jak „Daredevil” (z rysownikiem Michaelem Larkiem) czy „Immortal Iron-Fist” (ze współscenarzystą Mattem Fractionem i rysownikiem Davidem Ają). Jego pierwszym, dużym sukcesem w Marvelu była praca nad „Kapitanem Ameryką”, którą rozpoczął w 2004 roku i z niesłabnącym powodzeniem kontynuuje swoje dzieło do dnia dzisiejszego. 

Włodarze Marvela niewiele ryzykowali oddając w ręce uzdolnionego scenarzysty „Captain America”, bo jeden z ich flagowych tytułów radził sobie kiepsko. Natomiast Brubaker całkiem nieźle poczynał sobie pracując dla DC. Wraz ze rysownikiem Stevem Eptingiem wyzerował licznik i z historią „Out of Time” wystartował z piątą serią przygód amerykańskiego super-żołnierza. I, jak należało się spodziewać, odniósł sukces. 

Bru od samego początku nie patyczkował się z serią i z miejsca porwał się na jedną z największych świętości w mitologii Steve`a Rogersa. Majstrowanie przy Buckym, nastoletnim sidekicku, który zginął na froncie II Wojny Światowej, można porównać do próby przywracaniu zza grobu wujka Bena albo wskrzeszaniu rodziców Batmana. Ten zamach na jeden z najważniejszych elementów originu Kapitana Ameryki, w przeciwieństwie choćby do powrotu Jasona Todda, wyszedł sensownie i ciekawie. Nie napiszę Wam wprost czy Bucky rzeczywiście powrócił do krainy żywych, choć dla wielu pewnie nie jest to żadna tajemnica, żeby nie psuć przyjemności z lektury. A tej w przypadku serii „Captain America vol.5” jest sporo.

Kapitan Ameryka, obok Supermana, jest typem bohatera, którego przygody niełatwo pisać. To dość płaska postać, uosabiająca staroświeckie i bardzo amerykańskie wartości, z którymi niewiele da się zrobić. Brubaker nie kombinował z żadnymi udziwnieniami, pod jego ręką komiks wyzbył się tej patriotyczno-komiksowej infantylności, zachowując prawdziwą esencję przygód prawdziwie amerykańskiego herosa, będącego uosobieniem republikańskich cech wszelakich, którą dodatkowo wzbogacił o sensacyjny sznyt. Tak po prawdzie to w „Kapitanie Ameryce” jest bardzo mało trykotów, a sam tytuł mocno ciąży ku opowieściom szpiegowskim w stylu takiego dojrzałego Bonda. Mamy zatem byłych generałów KGB knujących spiski, echa zimnej wojny, sowieckich tajnych super-agentów, neonazistów, latające samochody i znakomite reminiscencje samego Rogersa z II Wojny Światowej. „Captain America” trzyma równy, wysoki poziom, a jej autor nie zalicza jakichś drastycznych wahań formy. Komiks napisany jest naprawdę bardzo dobrze, a historię wyjątkowo dobrze czyta się w zeszytach – Brubaker znakomicie potrafi skomponować akcję, aby na tych 24 stronach zmieścić autonomiczny fragment większej całości. A naprawdę wielu znakomitych komiksiarzy (mainstremowych) ma z tym problem, biorąc Bendisa, jako przykład pierwszy z brzegu. Czytając całość (polecam wydanie omnibus) nie można nie docenić „architektury” komiksu, jego kompozycji i sposobu, w jaki Bru łączy wszystkie wątki w jedną, sensowną całość.

Większych zarzutów nie można mieć równie do oprawy wizualnej. Steve Epting dał mi się zapamiętać z koszmarku, jakim były dwa numery „Mega Marvel” z Avengersami. W „Kapitanie Ameryce” zupełnie nie poznałem Eptinga. Zmienił swój styl na bardziej realistyczny i skuteczniej, wraz z inkerami, tuszuje swoje niedoróbki, bo wybitnym rysownikiem nie jest. Cieszy, że nawet jeśli Epting oddaje ołówek komuś innemu (Johnowi Paulowi Leonowi albo Michealowi Larkowi), to jest to artysta prezentujący podobny styl.
 
Nic nie wskazuje na to, że Bru podzieli los Bendisa, którego praca przy tytułach linii super-hero całkowicie artystycznie wyjałowiła i zdegenerowała. Równocześnie z pracą nad trykotami, Brubaker wciąż robi znakomite serie „niezależne” (o ile tak można nazwać kryminały pisane dla marvelowego imprintu Icon) – „Criminal” i „Incognito”. Mam taką cichą nadzieję, że kiedy Bendis wreszcie przestanie być głównym architektem marvel-świata, jego miejsce zajmie właśnie Ed Brubaker, wspomagany przez Dana Slotta i Marka Millara. Na zakończenie nie pozostaje mi nic innego, jak tylko życzyć, aby trzeci Eisner z rzędu dla najlepszego scenarzysty trafił do rąk Eda.