sobota, 23 sierpnia 2008

#48 - Świat według Millara (2): F4

W sierpniu zeszłego roku na konwencie Wizard World w Chicago przedstawiony został nowy duet twórców do jednego z najbardziej zasłużonych tytułów w Marvelu, jakim jest Fantastyczna Czwórka. Seria ta lata świetności miała już za sobą, więc aby ją 'odświeżyć' i wznieść ponownie na wyżyny popularności, zdecydowano się powierzyć rolę scenarzysty Markowi Millarowi, a ołówek wręczyć Brianowi Hitchowi. Duet ten ma na swoim koncie tak hitową serię jak Ultimates (vol 1+2), więc wybór wydawał się doskonały i gwarantujący rozrywkę na wysokim poziomie. Z początku mówiono o dwunastu numerach, ale w końcu dodano kolejne cztery i tym samym run Millara i Hitcha będą stanowić cztery historie, każda rozpisana na cztery numery i skupiająca się na innym członku Fantastycznej rodziny. Aby dodatkowo zaanonsować nadchodzące wielkie zmiany, Marvel zdecydował się na uwspółcześnienie samych okładek, zmianę logo itp. aby swym wyglądem przypominały bardziej magazyn, niż komiks. Tyle tytułem wstępu.

Pierwsza historia 'World's Greatest' rozgrywająca się w numerach #554-557, dobiegła już końca, więc można pokusić się o pierwsze oceny tego co 'nowe' w F4. Nie obędzie się bez spoilerów, więc jeśli ktoś nie ma ochoty psuć sobie zabawy to spokojnie może sobie resztę tego wpisu odpuścić. Tak więc 4, 3, 2, 1..

( U W A G A S P O I L E R Y ! )
Jest źle. A dokładnie rzecz biorąc to z Ziemią jest źle, bo za około 10 lat ma totalnie nie nadawać się do życia. Na szczęście mądre (i bogate) głowy zadbały o przyszłość i gdzieś tam hen, hen w kosmosie powstaje Nu-World, czyli ni mniej, ni więcej, tylko duplikat naszej niebiesko-zielonej planety (w rozmiarach 1:1). Rewelacje te odkrywa przed Mr. Fantastikiem jego była dziewoja z czasów studenckich - Alyssa Castle, która ot tak pojawia się pewnego dnia w Baxter Building i prosi Reeda o pomoc. Nu-World różni się jednak od naszej planety chociażby tym, że pominięto tereny pustynne, zlikwidowano jakiekolwiek armie, a nad utrzymaniem porządku czuwa robot o nazwie C.A.P (Conserve and Protect). To mechaniczne monstrum przypomina Iron Mana przywdziewającego barwy Kapitana Ameryki - ot takie nawiązanie do dziejów starej, niszczejącej Ziemi. I wszystko byłoby cacy, gdyby nie to, że C.A.P zaczyna robić porządek na Ziemi 1.0 i 'nic nie jest w stanie go powstrzymać'. Z wyjątkiem Reeda oczywiście (jeśli tylko wróci na czas z drugiego końca galaktyki).

Jak widać nie jest to nic specjalnego, ot kolejna niesamowita historia z F4 w roli głównej jakich było już wiele. Na szczęście seria ta to nie tylko kosmiczne problemy ale i opowieść o Pierwszej Rodzinie Marvela. I właśnie ta obyczajowa część stanowi o sile 'World's Greatest'. Cała czwórka spotyka się głównie przy okazji pojawiającego się zagrożenia, ale ich solowe historie przedstawione są w bardzo zgrabny sposób. Mamy Reeda Richardsa, który na dźwięk słów 'zagrożenie z drugiego końca wszechświata' dostaje wzwodu, wsiada na swój kosmiczny skuter i gna gdzie go potrzebują. Obok niego Sue Richards, poczciwa matka i żona, która zajęta jest tworzeniem nowej kobiecej supergrupy oraz poszukiwaniem niani dla swoich pociech. Ich wielki przyjaciel - Ben Grimm - jak zawsze zabawny i uroczy zaczyna randkować z nowo poznaną nauczycielką. I na koniec czarna owca tego towarzystwa - Johnny Storm, który postanowił sobie, że będzie rockowym wokalistą, więc założył zespół i chce na tym kosić grubą kasiorę. Oprócz tego, nocami zabawia się z super przestępczynią, którą poznał w trakcie walki. I przez dłuższy czas nie widzi w tym nic złego. Oprócz tych solowych wątków jest też przewijająca się w tle historia z kolejną rocznicą ślubu Reeda i Sue oraz próba mieszania w związku tej dwójki przez Alyssę. Ale, że to idealna rodzina to wszystko tradycyjnie kończy się dobrze, miłość wygrywa, sprawiedliwość też. Czy ktoś czuje się zaskoczony?

Hitch to już uznana marka. Głównie dzięki wspomnianym wcześniej Ultimates'om, gdzie szalał ze swoim ołówkiem (przez co terminy wydań się zmieniały i zmieniały), ale jak ktoś tworzy takie 8 stronicowe monstra to można to zrozumieć. Przy Fantastycznej Czwórce poziom jego rysunków jest jakby niższy, ale to nadal Hitch, więc przy niektórych kadrach można się zawiesić na parę chwil przy podziwianiu szczegółów jego grafik. I co ważniejsze obyło się (przynajmniej przy tej historii) bez większych obsuw. Zdarzyły się jednak wpadki. Mniejsze, jak twarz Sue z okładki #554, czy większe, jak zmieniający na potrzeby kadru swoją wielkość C.A.P. Raz ma około 5 metrów, a chwilę później to już kilkudziesięcio metrowa maszyna.

Co do samego Millara - ze swojego zadania wywiązał się poprawnie, jako rozgrzewka przed nadchodzącymi kolejnymi 12 numerami wygląda to całkiem nieźle. A porównując z tym co było przed duetem Millar / Hitch to jest naprawdę, naprawdę dobrze. Wątek duplikatu Ziemi mam nadzieję jeszcze powróci i chciałbym też, żeby pozostał w uniwersum Marvela dłużej niż wspomniana dwójka przy tworzeniu historii Reeda i spółki. Bo jej wielki wybuch w - załóżmy - ostatnim numerze pod wodzą M&H, wydaje się aż nadto oczywisty. Ale to pokaże przyszłość. Było o błędach rysownika, będzie więc o wpadkach / bzdurach scenarzysty. Tutaj wrzuciłbym ogólnie całą historię z C.A.P'em, który jest taki super świetny, że nic nie stanie mu na przeszkodzie. Nawet kilkudziesięciu najlepszych superhirołsów tej planety, którzy pomimo tego, że po ‘Civil War’ stoją po różnych stronach barykady, staną ochoczo do walki ramię w ramię - ich rozłoży w kilka minut (ehe), bez mrugnięcia mechanicznym okiem. Ale zaraz! W tym towarzystwie nie było Reeda Richardsa! Więc ten, jawiący się jako zbawiciel, przybywa ze swoim Anty-Galaktusem (ha-ha-ha) i jednym (!) uderzeniem niszczy siejącego-śmierć-na-całej-bezbronnej-planecie-robota (tutaj powinien się pojawić :roll:). Ufff.
Na szczęście, tak jak wspomniałem powyżej, wątki obyczajowe przewyższają swoim poziomem te dotyczące zagrożeń, walki, akcji, więc serię - przynajmniej dla nich - będę czytał dalej.

Historia druga, mająca tak sztampowy tytuł jak ‘Death of the Invisible Woman’, dobiegła już do połowy i oczywistym jest, że śmiercią Sue się nie skończy. Przynajmniej nie tej z 616, bo coś tak czuję, że znaleziona w końcu niania okaże się Invisible Woman z równoległej rzeczywistości. Ale to tylko moje domysły, które pewnie i tak się nie sprawdzą, o czym napiszę kiedy ta historia będzie miała swój finał, a tym samym run Millara i Hitcha dobrnie do połowy.
Jeszcze jedna rzecz - kilka miesięcy temu czytałem wywiad z jednym z twórców (podejrzewam, że to był Millar, ale nie jestem pewien - sam wywiad też mi gdzieś wcięło) w którym zachęcał do kupowania F4 na bieżąco, bo - jak się zarzekał - zbiorcze wydania jego historii długo nie ujrzą światła dziennego. Ale nie minęło kilka miesięcy i okazuje się, że w listopadzie będzie można się zaopatrzyć w superfajny HC zbierający pierwsze dwie historie nowego duetu.

Kasa, kasa, kasa...

4 komentarze:

Gonzo pisze...

a nie można by tak napisać co nowe i czy dobre, bez jednoczesnego spoilowania...?

arcz pisze...

Można by oczywiście. Wolałbyś po prostu reckę bez streszczania jo?

Gonzo pisze...

nie mam nic przeciwko streszczaniu. Interesuje mnie czasem co tam w w Wielkim Świecie słychać, a tu bach, po wstępie info o spoilerach. nie problem oddzielić informację o klasie produktu od info od treści, nah?

zresztą - kto czyta streszczenia? mnie to już w podstawówce wpieniało. Albo chcę sam poznać treść, albo zlewam temat po całości. Ale to moje odosobnione zdanie.

arcz pisze...

Rację przyznaję koledze. Się poprawię, proszę nie bić ;)