wtorek, 12 listopada 2013

#1420 - Detektyw Miś Zbyś na tropie t.1: Lis, ule i miodowe kule

"Lis, ule i miodowe kule" to pierwszy album opowiadający o przygodach detektywa Misia Zbysia, który w bieżącym albumie jest na tropie znikającego miodu. Zlecenie odnalezienia miodu realizuje wespół ze swoim marudzącym współpracownikiem – granym przez borsuka Mruka.


Fabuła wymyślona przez Macieja Jasińskiego ma charakter emblematyczny. Opiera się na znanych kulturowo ramach gatunku. Dodam od razu: znanych dorosłym czytelnikom (skojarzenia z Sherlockiem Holmesem i doktorem Watsonem są jak najbardziej na miejscu). Zasadniczo akcja książek kryminalnych opiera się na dość utartych schematach i nie inaczej jest w wypadku Misia Zbysia…. Oto mamy inteligentnego detektywa, mniej rozgarniętego współpracownika, piękną panią składającą zlecenie (w tym wypadku królową pszczół), tropienie złoczyńcy, pościg, a na końcu oddanie złego w ręce sprawiedliwości i zadośćuczynienie.

Scenariusz jest prosty, ale nie prostacki! Jego siła polega na klarowności wymyślonych sytuacji i zdarzeń, na braku moralnej dwuznaczności. Mówiąc ogólnie: jest wyraźny podział na Zło i Dobro, na miłych i niemiłych bohaterów. Nie ma żadnej przemocy, ba!, nawet cienia przemocy. Wszyscy bohaterzy odnoszą się do siebie przyjaźnie i z szacunkiem. Sądzę, że tak rozpisany scenariusz może być atrakcyjny dla małych czytelników, a także dla rodziców chcących wpajać swoim pociechom pozytywne wzorce.

Akcja skupia się przede wszystkim na pościgu. Na wielu kadrach widzimy Misia i Mruka biegnących, goniących czy szukających. Ściganie złoczyńcy, przemieszczanie się z miejsca na miejsce uatrakcyjnia publikację, ponieważ nie jest ona nudna. Dużo się w niej dzieje (na płaszczyźnie zmiany otoczenia), dało to możliwość wprowadzenia do komiksu wielu bohaterów drugoplanowych, ale także atrakcyjnych planów/widoków.

Czytając starałem się ze wszystkich sił pamiętać, że to nie jest książka dla mnie, że to nie ja jestem „grupą docelową”. Dla mnie książka jest trochę za krótka, ale dla właściwych czytelników – dzieci w wieku przedszkolnym – długość jest pewnie w sam raz. In plus działają także duże kadry (na pół strony), ale są także i takie na całą oraz rozkładówki na dwie.


Rysownik, Piotr Nowacki, spisał się bardzo dobrze. Zadbał o wyrazistych bohaterów. No, może borsuk jest zdeczko za gruby. Dzieci bez problemu rozpoznają, mimo uproszczonego rysunku, występujące w albumie zwierzęta. Perspektywa także nie ma problemów, a głębię kadru udało się uzyskać dzięki kolorom naniesionym przez Norberta Rybarczyka. Uważam, że najlepiej z całej trójki autorów spisał się właśnie kolorysta. To właśnie dzięki jego atrakcyjnym barwom komiks jest miły dla oka i przyciąga uwagę.

Na marginesie dodam jeszcze, że album pozytywnie przeszedł czytelniczą weryfikację u mojego niespełna sześcioletniego chrześniaka. Nie chciał, abym mu czytał dymki. Nasze wspólne czytanie polegało na tym, że on opowiadał historię na podstawie plansz. I jedynie w dwóch miejscach się rozminął z intencjami scenarzysty.

#1419 - Krótki zarys historii Image Comics cz.3: Highbrow i Shadowline

Dziś na „historyczną” rozkładówkę biorę nie jedno, ale aż dwa studia Image Comics, ale poniższy tekst i tak będzie najkrótszy w cyklu. Dlaczego? Zarówno Highbrow Entertainment, jak i Shadowline przez lata robiły po prostu swoje, wydając komiksy. Ich historia obyła się bez większych skandali i innych tego typu wydarzeń.


Studio założone przez Erika Larsena, czyli Highbrow Entertainment jest obecnie najspokojniejszym „zakątkiem” Image. Pierwotnie twórca ten planował stworzyć całe uniwersum w swojej części wydawnictwa i początkowo nawet mu się to udawało. Do Image Larsen sprowadził swoje postacie, które stworzył dla krótko istniejącego Megaton Comics, a byli to Savage Dragon i Vanguard. Po dużym sukcesie mini-serii z tym pierwszym herosem, Highbrow oficjalnie ruszyło z kopyta w 1992 roku. W ofercie imprintu znalazł się wydawany do dziś „The Savage Dragon”, a także serie „Vanguard”, „Freak Force”, „Star” czy „Super Patriot”. W obliczu początkowego sukcesu wydawało się, że każde z nich zdobędzie sporą popularność i na dłużej zadomowi się w ofercie Image, lecz z czasem wyniki sprzedaży zweryfikowały te śmiało założenia. Komiksy z  Highbrow były tymi, które najmocniej ucierpiały na nieporozumieniach ze sklepami komiksowymi. Po 1996 roku Larsen tylko dwukrotnie zdecydował się na opublikowanie czegoś poza kolejnymi przygodami Dragona, ale bohaterowie wszystkich spośród wyżej wymienionych serii nie zostali zapomniani. Każde z nich do dziś okazyjnie pojawia się w kolejnych numerach „The Savage Dragon”. Vanguard był nawet częścią planowanego na 2006 rok przez Roba Liefelda odrestaurowania „Youngblood”, lecz krótki żywot tej serii poskutkował powrotem do gościnnych występów w autorskiej serii Larsena.

Sam twórca wsławił się tym, że jako pierwszy pośród założycieli Image Comics opowiedział się przeciwko ścisłemu, komiksowemu uniwersum w charakterystycznym dla Marvela albo DC stylu. Powodem takiej postawy było to, co stało się na łamach "WildC.A.T.S." vol.1 #14, gdzie gościnnie wystąpili Freak Force i Savage Dragon. Studio Highbrow próbowało zaistnieć również na małym ekranie. Podobnie, jak Spawn i WildC.A.T.S., Savage Dragon został w 1995 bohaterem serialu animowanego, ale nie odniósł zbyt wielkiego sukcesu. Powstało jedynie 26 odcinków.

Aż do 2004 roku Erik Larsen po cichu funkcjonował sobie na boku wydawnictwa Image, ograniczając się do tworzeniach kolejnych przygód swojego zielonoskórego bohatera. W tym czasie został też nominowany na naczelnego Image Comics, ale nie można powiedzieć, że jako editor-in-chief miał jakiś znaczący wpływ na rozwój wydawnictwa. Nie powstrzymał on powolnych spadków wyników sprzedaży, a dziś zapamiętany zostanie pewnie z tego powodu, że to on pozwolił powrócić na łamy Image Robowi Liefeldowi. W końcu, nie mogąc pogodzić obowiązków naczelnego z tworzeniem „The Savage Dragon”, Larsen zrezygnował z posady, co okazało się świetną decyzją. Jego następca – Eric Stephenson – znów uczynił z Image trzecią siłę na rynku.


Pod koniec 2013 roku Highbrow Entertainment wydaje jedynie kolejne numery „The Savage Dragon”, który pomału zbliża się do 200 numeru. Larsen próbował jeszcze reanimować „Supreme” dla studia Extreme, ale o tym dowiecie się więcej z kolejnych wpisów. 

Jak już mogliście dowiedzieć się z poprzednich wpisów, Shadowline jest studiem założonym przez Jima Valentino. Oficjalnie powstało ono w grudniu 1992 roku, gdy małe, lecz znane do dziś logo, pojawiło się na wewnętrznej stronie okładki komiksu „Shadowhawk” #3. Właśnie ten tytuł miał być wiodącą pozycją imprintu, oczywiście tworzoną przez samego Valentino. Jakież musiało być zdziwienie twórcy, gdy okazało się, że jego flagowa kreacja okazała się jednym z najgorszych (pod względem wyników sprzedaży) tytułów w ofercie Image. „Shadowhawk” w krótkim odstępie czasu zaliczył trzy krótkie serie (łącznie osiemnaście numerów), po czym odszedł w zapomnienie.

Valentino publikował także prace innych twórców, ale w były one w większości przypadków po prostu kiepskie. W końcu przyszedł rok 1997, gdy twórca wymyślił sposób na ratowanie swojego tworu. Oficjalnie ogłoszono, że Shadowline przestaje istnieć, a w jego miejscu pojawi się „Non-line” – zarządzany przez Valentino imprint, nie będąca osobnym studiem, który publikować będzie wybrane komiksy zdolnych twórców, a od czasu do czasu sam twórca coś napisze i narysuje. Oznaczało to również kres istnienie uniwersum Shadowline i od tamtego czasu każda seria istnieje „sama dla siebie”, bez powiązań z innymi tytułami. Może Non-line nie odniosło spektakularnego sukcesu, ale jego założenie pozwoliło jednemu z założycieli Image przetrwać.


Jim Valentino jednak nie był zbyt zadowolony z tego, co osiągnął w wydawnictwie. Gdy w 1999 roku nominowano go na naczelnego Image, Non-line jako osobny twór de facto przestaje istnieć. Owszem, wciąż ukazywały się komiksy „bez studia”, lecz nie było jednej osoby sprawującej nad nimi pieczę. Spekuluje się nawet, że Valentino został naczelnym, by ponownie poczuć się ważnym w Image, skoro większość jego kolegów-współzałożycieli odnosiło zdecydowanie większe sukcesy. Miał on ogromnego pecha, ponieważ na samym początku to właśnie jemu przyszło posprzątać po odejściu Jima Lee, gdy ten przeniósł Wildstorm do DC Comics. Cała kadencja twórcy polegała na tym, by ustabilizować pozycję wydawnictwa po zdarzeniu, które rozwaliło wspólne uniwersum Image. Efekt rządów Valentino jest widoczny do dziś, ponieważ to właśnie za jego czasów wydawnictwo przebranżowiło się i otwarło na autorskie projekty młodych, zdolnych twórców. W 2004 roku, Jim zostaje zastąpiony przez Erika Larsena.

W tym też okresie dwudzieste urodziny obchodził Normalman – jeden z herosów stworzonych przez Valentino. Specjalny komiks z jego udziałem był jednocześnie odrodzeniem się Shadowline. W 2005 roku pojawia się pierwszy zeszyt, który znów posiada charakterystyczne logo na okładce. Jest nim (oczywiście) „Shadowhawk” vol. 2 #1. Tradycji stało się jednak zadość i seria nie przetrwała zbyt długo (tym razem 15 numerów), lecz pociągnęła za sobą całą falę tytułów do scenariusza swojego twórcy. Gdy ta przeszła, Shadowline skupiło się na publikacji 3-5 tytułów miesięcznie, za powstanie których rzadko kiedy odpowiada sam Valentino. Tak studio funkcjonuje do dziś, wydając między innymi takie hity jak „Peter Panzerfaust” czy „Rebel Blood”. Na zakończenie warto jeszcze wspomnieć o Silverline – założonej przez Valentino linii wydającej od czasu do czasu powieści graficzne.

Autorem tekstu jest Krzysztof Tymczyński, a to już trzecie miejsce w sieci, gdzie jest publikowany. Najpierw był Kazet, a potem autorski blog Krzyśka, na który wszystkich serdecznie zapraszam.

poniedziałek, 11 listopada 2013

#1418 - Krótki zarys historii Image Comics cz.2: Wildstorm

Jest druga połowa września 2010 roku, gdy Dan DiDio, szef wydawnictwa DC Comics, ogłasza, że wraz z końcem roku przestaje istnieć Wildstorm Productions. Tym samym kończy się historia imprintu, który przeżył 18 lat i pod swoim szyldem wydał wiele ciekawych komiksów. A to, że te niemal dwie dekady obfitowały w wiele dobrych tytułów i udanych inicjatyw, postaram się udowodnić opowiadając historię Wildstormu.


Lata w Image Comics

Omawiane wydawnictwo zostaje zamknięte przez szefa DC, ale do życia powołano go wraz z uruchomieniem pięciu innych studiów, wchodzących w skład Image Comics – nowego gracza na komiksowym rynku z 1992 roku, który rzucił rękawicę ówczesnym gigantom Za jego powstanie odpowiedzialny jest jeden człowiek: Jim Lee. Przebojowy rysownik, który do dziś dzierży rekord sprzedanych egzemplarzy pojedynczego komiksu. Skłócony z poprzednim szefostwem Marveka, Lee przyjął ofertę Todda McFarlane’a oraz kilku innych uznanych twórców i rozpoczął budowanie rynkowej siły, która mogłyby konkurować "wielką dwójką". Jim Lee ochoczo zabrał się do roboty. Nie sam, bo u jego boku pojawili się młodzi i uzdolnieni komiksowi twórcy z Brandonem Choi`em, Scottem Campbellem i niedoszłym właścicielem własnego studia w Image – Whilce`m Portacio na czele. To właśnie oni stoją za wielkim sukcesem, który wkrótce potem odniosły tytuły z Wildstormu.

Za oficjalny początek życia Wildstormu należy uznać rok 1992, gdy na półki sklepowe trafiły premierowe numery serii „WildC.A.T.S.” i „Gen13”. Były to pierwsze, ale jednocześnie najważniejsze wyniki współpracy Jima Lee i Brandona Choi`a. Oba te tytuły nie tylko odniosły sukces, ale wywołały spory szum na rynku. Kontrowersje dotyczyły przede wszystkim zawartych w komiksach postaci kobiecych. Rysowane przez Jima Lee bohaterki „WildC.A.T.S.” charakteryzowały się tym, iż były możliwie minimalnie odziane i prezentowane w pozach, które eksponowały najbardziej ich „atuty”. Niemal te same oskarżenia dotykały serię „Gen13”, lecz tu sprawa była znacznie poważniejsza. Tytuł ten opowiadał o grupie kilku nastolatków obdarzonych supermocami, a wraz z kolejnymi przygodami kolejni rysownicy uparcie odbierali im kolejne części garderoby. Oberwało się również Choi`owi, który napisał do jednego z zeszytów dość „mocną”, jak na ówczesny komiks dla nastolatków, scenę miłosną pomiędzy dwoma dziewczynami.

Jak nietrudno się domyślić, kontrowersje te nie zaszkodziły wspomnianym tytułom, a wręcz przeciwnie - wywindowały je w górę w comiesięcznej liście sprzedaży. Sukces ten nie mógł przejść niezauważony, dlatego Lee i jego ekipa poszli za ciosem. W latach 1993-95 powstają takie tytuły jak „Stormwatch” (gdzie rysunkami zajmowali się między innymi Brett Booth czy Matt Broome), „Deathblow” czy „Wetworks” (którego współtwórcą był Whilce Portacio), a „WildC.A.T.S.” i Gen13” są z powodzeniem kontynuowane. Na rynku panuje wciąż dobra koniunktura, Wildstorm poczyna sobie coraz śmielej.


Aby wykorzystać niewątpliwy sukces przedsięwzięcia, Lee postanawia oddzielić swoje tytuły od reszty Imageverse. Tak powstaje projekt o nazwie „Wildstorm Rising”, który okazuje się pierwszym w historii wydawnictwa crossoverem. W tym wydarzeniu brały udział jedynie te tytuły, których twórcą był Jim lub jego najbliżsi współpracownicy. Po jego zakończeniu, Wildstorm staje się oficjalnie autonomicznym edytorem w ramach Image. By zdobyć jak najwięcej nowych odbiorców, wkrótce powstają dwa animowane projekty. Niestety, kreskówkowe „WildC.A.T.S.” zostaje szybko skasowane, a „Gen13” nie doczekuje nawet emisji pierwszego odcinka. Porażkę w tym polu wydawnictwo powetowało sobie dość dużą i na pewno bardzo niespodziewaną popularnością fabularnej gry karcianej osadzonej w realiach Wildstorm Universe.

Rok 1995 przynosi debiut pierwszego imprintu Wildstorm. Homage Comics skupia się na autorskich projektach wielu uznanych komiksowych twórców, nie mających jednak nic wspólnego z głównym uniwersum. I projekt ten okazuje się być kolejnym strzałem w przysłowiową dziesiątkę, gdyż przynosi wiele doskonałych tytułów. To właśnie pod szyldem Homage wydane zostają takie komiksy jak „Astro City” Kurta Busieka, „Strangers In the Paradise” Terry’ego Moore’a, „Red” Warrena Ellisa czy „The Maxx” i „Zero Girl” Sama Kietha. Imprint ten przetrwał do roku 2004, gdy tytuły wchodzące w jego skład zostały włączone do tworu zwanego Wildstorm Signature Series.

Niemal dokładnie dwa lata później Wildstorm Productions sprowadza na świat swoje drugie dziecko. Cliffhanger, bo o tym malutkim wydawnictwie mowa, założony został przez Joego Madureirę, J. Scotta Campbella i Humberto Ramosa. Panowie ci również stworzyli kilka udanych tytułów, takich jak „Battle Chasers”, „Steampunk” czy wydany i w naszym kraju „Arrowsmith”. Podobnie jak Homage, również i Cliffhanger stał się później częścią Signature Series, które połączyło oba te imprinty w jeden.


Rok 1997 okazał się przełomem dla Wildstormu. To właśnie wtedy zdecydowano się oddać wszystkie główne serie wydawcy w ręce nowych, pierwszoligowych scenarzystów i rysowników. Przykładowo, Alan Moore dostał za zadanie zakończyć z klasą pierwszy wolumin „WildC.A.T.S.”, a Joe Casey i Sean Phillips rozpoczęli pracę nad drugim. Adam Warren przejął pisanie „Gen13” vol. 2 i całkowicie zmienił oblicze tej serii. Największe i najważniejsze były jednak zmiany, których sprawcą został Warren Ellis. Scenarzysta ten zajął się odświeżeniem nieco podupadłej serii „Stormwatch”, a także wprowadził do Wildstorm Universe grupę bohaterów nazywających się DV8. Z obu tych zadań wywiązał się znakomicie, bo oba te tytuły, wraz z nowymi „WildCats”, stały się rynkowymi przebojami.

Niestety, kryzys, który dotknął branżę komiksową pod koniec XX wieku uderzył zwłaszcza w mniejszych edytorów. Zauważając malejące słupki sprzedaży, Jim Lee zaczął szukać sposobu, który sprawiłby, że twórcy związani Wildstormu mogliby spokojnie realizować swoje projekty. Gwarancją tego miało się stać wykupienie WS od Image Comics przez jednego z wydawniczej „wielkiej dwójki”. W 1998 Wildstorm przeniosło się do DC Comics, stając się tym razem imprintem tego edytora, nie tylko potężnie uderzając w komiksowe uniwersum Image, lecz też w samo wydawnictwo.



Lata w DC

Dziecko Jima Lee rozpoczęło działalność w nowym domu od mocnego uderzenia. Ellis, który odpowiednio wcześniej doprowadził do zamknięcia swojego „Stormwatch” vol. 2, zaatakował półki sklepowe dziełem kontrowersyjnym i zmieniającym wówczas podejście do kwestii superbohaterów. „The Authority”, bo o tej serii mowa, wraz z końcem XX wieku wprowadza do tego typu komiksów nieco świeżości. Postacie w niej występujące metodami działania są dalecy od ideału: nie boją się zabijać, są brutalni, a swoją działalność opierają na zastraszaniu i groźbach. Jeśli dodamy do tego homoseksualne wersje Batmana i Supermana, to mamy przepis na medialny szum i… murowany sukces. Ale to nie wszystko, bowiem wraz z Johnem Cassaday`em Ellis stworzył „Planetary” – serię opowiadającą o tajnej organizacji zrzeszającej post-ludzi (czyli osobników z nadprzyrodzonymi mocami), która zajmowała się poznawaniem tajemnic, jakie stoją za powstaniem świata. Pomimo ciągłych opóźnień, seria ta była jedną z najchętniej kupowanych pozycji z logiem Wildstormu aż do jej zakończenia w 2009 roku.

Rok 1999 wart jest jednak odnotowania z jeszcze jednego powodu – powstania trzeciego już imprintu w strukturach Wildstormu. Tym razem na jego czele stanęła jedna osoba i był nią sam Alan Moore. America`s Best Comics (niezbyt skromna nazwa, nieprawdaż?) startuje z takimi tytułami jak „Liga Niezwykłych Gentlemanów”, „Top 10” czy „Tom Strong”. Jako ciekawostkę dodam, że ABC formalnie nadal istniało do końca 2010 roku, choć już od ładnych paru lat nie wypuszczano więcej niż jeden tytuł rocznie (2009 – „Top Ten” vol.2, 2010 – „Tom Strong and the Robots of Doom”). Sam Alan Moore odszedł pod koniec 2008 roku, by ponownie pisać komiksy niezależne, a jedyny tytuł z ABC, jaki przy nim pozostał, to „Liga…”, której nowe przygody wydaje już Top Shelf.

Kolejną wartą odnotowania datą jest z pewnością rok 2001, gdy zdecydowano się na krok, który stał się pierwszym w kierunku zniszczenia Wildstormu. Tytuły dotąd związane z głównym uniwersum tego wydawcy dostały na okładkach znaczek „Eye of the Storm” i przemianowane zostały na komiksy dla dorosłego czytelnika (za wyjątkiem „Gen13” vol.2). Ruszają takie serie jak „The Authority” vol.2 Robbiego Morrisona, „Stormwatch: Team Achilles”, „Sleeper” Eda Brubakera i wreszcie „WildCats 3.0” Joego Casey`a. O ile dwie pierwsze nie zostały przez fanów przyjęte zbyt ciepło, o tyle kolejne aspirowały do miana najlepszych tytułów w historii Wildstormu. Żeby to udowodnić, wystarczy wspomnieć, że seria „WildCats 3.0” została uznana jedną z dziesięciu najlepszych comiesięcznych pozycji komiksowych lat 2001-2010. Niestety, całą wymienioną powyżej czwórkę łączyło jedno – sprzedaż znacznie poniżej oczekiwanych wyników. Kilka miesięcy po crossoverze „Coup D’Etat” wszystkie te serie zostały skasowane. Najbardziej uderzyło to w Joego Casey`a, który zrealizował jedynie nieco ponad połowę tego, co chciał pokazać w trzeciej serii o przygodach „Dzikich Kotów”.


Niepowodzenie to sprawiło, że serie spod szyldu Wildstorm Universe zaczęły być traktowane jako spory problem. Dlatego w latach 2004-2007 ciężko było doszukiwać się jakiejś porażającej ilości nowych propozycji. Z tego okresu, czytelnicy pamiętają w zasadzie jedynie „The Authority Revolution” Eda Brubakera, wydawane zaledwie rok „Gen13” vol.2 i promowanego nawet w regularnym DC „Majestica”. Oprócz tego pojawiło się kilka mini-serii, jednak żadna z nich nie odniosła spektakularnego sukcesu. Próbowano jednak odbić sobie tę porażkę poprzez reorganizację imprintów. Rok 2004 przynosi wspomniane już narodziny Wildstorm Signature Series, gdzie debiutują przykładowo znakomita „Ex Machina” Brian K. Vaughana, „Desolation Jones” Warrena Ellisa czy „Albion” napisany przez córkę Alana Moore’a. Jednakże już w 2006 znaczek W:SS zniknął z okładek komiksów, a sama ich liczba została drastycznie ograniczona.

Droga ku zagładzie

Ponieważ liczby nie kłamią, szefostwo Wildstormu zauważyło, że niemal wszystkie ich propozycje sprzedają się słabo. Postanowiono ratować jakoś finanse wydawnictwa i zrobiono to w najgorszy możliwy sposób. Dwa kroki, które postawiono, doprowadziły do tego, że wraz z końcem 2010 roku edytor przestał istnieć. Prześledźmy je.

Po pierwsze: by przyciągnąć nowych odbiorców, wydawca zaczął wydawać komiksy na licencjach znanych marek. Teoretycznie nie ma w tym nic złego, jeśli wybierze się odpowiedni produkt i wyda go na dobrym poziomie. Niestety, po sukcesie serii „World of Warcraft” – jednej z pierwszych, które Wildstorm wydał na licencji - szefowie uwierzyli w to, że wszystko, co wydadzą, przyniesie spory zysk. Od tego momentu rozpoczyna się zalewanie rynku rozmaitymi pozycjami, które prześcigały się w tym, która z nich będzie gorsza. Przez cztery lata tytuły licencjonowane sukcesywnie wypierały projekty autorskie, jednak o jakimkolwiek sukcesie można mówić tylko w przypadku trzech. Zarobiły na siebie i nie raziły głupotą wspomniany wyżej „WoW” i oparte na innych grach, czyli „Gears of War” oraz „God of War”.


Po drugie: w 2006 roku postanowiono dać jeszcze jedną szansę Wildstorm Universe. Uniwersum to zostało oficjalnie uznane za Ziemię-50 w świecie DC (co dało przykładowo możliwość konfrontowania Authority z Justice League of America), a następnie zatrudniono najlepszych scenarzystów, by przywrócili blask poszczególnym tytułom. Akcja znana pod nazwą „Worldstorm” zupełnie jednak nie wypaliła. Murowane hity, jakimi miały być „WildCats” vol.4 i „The Authority” vol.3, zostały skasowane po odpowiednio jednym i dwóch numerach. Powód? Scenarzysta obu tytułów, którym był Grant Morrison, zerwał kontrakt z Wildstormem, gdyż nie umiał porozumieć się z Jimem Lee w sprawie losów obu serii. Nieoficjalnie mówi się, że denerwowały go wieczne opóźnienia w pracach rysowników obu pozycji, a w końcu za stronę graficzną nowych „WildCats” odpowiadał sam założyciel wydawnictwa.

Inne tytuły również okazały się niewypałem, tym razem jednak pod względem finansowym. Nadmienić trzeba też jednak, że Brian Azzarello („Deathblow” vol.2) i Mike Carey („Wetworks” vol.2) stworzyli chyba najsłabsze dzieła w swych karierach. Z całego Worldstormu z życiem wyszły jedynie „Gen13” vol.4 i „StormWatch PHD”, które to zostało skasowane po numerze dwunastym, ale decyzję zmieniono i pół roku później wydano kolejny zeszyt.

W 2008 roku postacie z Wildstormverse uczestniczyły w kolejnym crossoverze, którego reperkusje dawały nadzieje na lepsze jutro. Trzy, następujące po sobie historie: „Wildstorm: Armageddon”, „Wildstorm: Revolutions” i „Number of the Beast” sprawiły, że Ziemia-50 została niemal zupełnie zniszczona w wyniku ataku post-ludzi, a 90% ludzkości zginęło. Głównym zajęciem bohaterów staje się ochrona tych, którym udało się przetrwać i zapewnienie im bytu, a także próba uratowania planety, która powoli zmienia się w martwą pustynię. Tu, do wspomnianych wyżej dwóch tytułów dołączają kolejne odsłony „The Authority” i „WildCats” i choć okres ten przynosi kilka naprawdę dobrych historii (z dobrej strony pokazał się zwłaszcza Ian Edginton w „StormWatch PHD”), to jednak słupki sprzedaży zatrzymały się w okolicach 6-8 tysięcy sprzedanych egzemplarzy, co nie mogło nikogo zadowalać.


Początek roku 2010 przynosi kolejne ciosy – zakończone zostają najbardziej dochodowe serie, czyli „Ex Machina” i „World of Warcraft”, a Kurt Busiek ogłasza, że jego „Astro City” udaje się na kilkumiesięczny odpoczynek. Dodatkowo, ponieważ ostro promowane „DV8: Gods and Monsters” Briana Wooda i „Victorian Undead” Iana Edgintona nie okazały się być nadzwyczajnym sukcesem finansowym wiadomym było, że nad Wildstormem zbierają się ciemne chmury. W końcu, wrzesień 2010 przynosi wiadomość o likwidacji imprintu.

Tak wyglądała historia wydawnictwa, które przeszło długą drogę, ocierając się zarówno o bramy komiksowego nieba, kończąc jednak w ekonomicznym piekle. Życzę jednak Wam i sobie, by tytuły tego edytora zostały na długo zapamiętane. Z pewnością niektóre są tego warte.

Autorem tekstu jest Krzysztof Tymczyński, a to już trzecie miejsce w sieci, gdzie jest publikowany. Najpierw był Kazet, a potem autorski blog Krzyśka, na który wszystkich serdecznie zapraszam.

niedziela, 10 listopada 2013

#1417 - Trans-Atlantyk 227

Wygląda na to, że serial „Arrow” zdołał w niecałe dwa lata zrobić coś, co przez dekadę nie udawało się „Smallville”. Oto bowiem jesteśmy świadkami szaleństwa włodarzy stacji telewizyjnej CW, które w ostatnim tygodniu ogłosiło rozpoczęcie prac nad kolejnymi dwoma serialami o postaciach ze stajni DC. O dość zaawansowanych pracach nad cyklem „The Flash” już wiedzieliśmy, a oparte na motywach z Wonder Woman „Amazon” też jeszcze nie zostało oficjalnie uśmiercone, a już pojawiają się informacje o kolejnych produkcjach i jest ich całkiem sporo! „Hourman”, „The Avenger” oraz „iZombie” - to nowe seriale oparte na motywach komiksów z DC. Niestety, na razie nie wiadomo o nich zbyt wiele. Pierwszy z wymienionych tytułów owiany jest kompletną tajemnicą i nie wiadomo jak mocno może różnić się od komiksu. W tym głównym bohaterem był mężczyzna potrafiący zajrzeć w przyszłość. Ale jak się zapewne domyślacie – jedynie godzinę do przodu. Od tego czasu próbuje zapobiegać wydarzeniom, których jest świadkiem w wizjach. Komiksowy Hourman to postać istniejąca już ponad 70 lat i jeden z legendarnych członków Justice Society. Scenariusz napisze znany między innymi z „Rodziny Soprano” Michael Caleo. O „The Avenger” wiadomo już nieco więcej. Ujawniono, że główna bohaterką ewentualnego serialu nie będzie znany z komiksów Richard Benson, ale jego córka. Ta po śmierci swoich rodziców odkryje posiadanie nadprzyrodzonych mocy polegających na dowolnej zmianie swojego wyglądu. Dziewczyna dążyć będzie do odkrycia źródła tych zdolności oraz znalezienia osób, które odpowiedzialne są za śmierć jej matki i ojca. Scenariusz napiszą twórcy "Warehouse 13" Deric Hughes i Benjamin Raab. I wreszcie przejdźmy do „iZombie”. Komiksowa seria tworzona była dla imprintu Vertigo i opowiadała o przemienionej w żywego trupa studentce medycyny, która żywiąc się mózgami martwych osób przejmowała także ich wspomnienia. Twórcą serialu będzie Rob Thomas i zajmie się on swoimi nowymi obowiązkami po zakończeniu pracy na kinową wersją serialu „Weronica Mars”. Jeśli założymy wariant optymistyczny i wszystkie zapowiedziane seriale oparte na postaciach z DC powstaną oraz dostaną się do ramówki, to w przyszłym roku możemy doczekać się sześciu tego typu produkcji na stacji CW, a nie można zapomnieć o zapowiedzianym przez FOX-a „Gotham” czy powstającym na zlecenie NBC „Constantine”. (KT)

Wygląda na to, że DC Entertainment widząc ogromną przewagę Marvela w kinach, próbuje zdominować mały ekran, ale Dom Pomysłów nie zamierza poddawać się bez walki. W zeszłym tygodniu Disney podpisał z Netflixem umowę na szereg produkcji telewizyjnych. Założona w Los Gatos firma jest nie tylko największą internetową "wypożyczalnią" filmów i seriali (wciąż niedostępną w Polsce), ale także producentem własnych programów. Ma na koncie między innymi znakomite "House of Cards". Inwazję herosów Marvela na odbiorniki telewizyjne poprowadzi sam "Daredevil", Matt Murdoc trafi pod strzech już w 2015 roku, a później w jego ślady pójdą "Jessica Jones", "Iron Fist" i "Luke Cage". Przygody poszczególnych bohaterów zostaną zrealizowane w postaci 13-odcinkowych serialów. Później, wzorem filmowych Mścicieli, ich losy przetną się w "Defenders". Całość projektu ma zamknąć się w sumie w 60 odcinkach i można przypuszczać, że tak będzie wyglądała telewizyjna "pierwsza faza" budowania uniwersum Marvela. Wszystkie seriale mają być produkowane przez Marvel Television we współpracy z ABC Television Studios. (KO)

W sumie można było się tego spodziewać – crossover pomiędzy „Cable and the X-Force” i „The Uncanny X-Force” zakończy żywot obu serii, a X-Force będzie kolejną marką, która zostanie zrestartowana w ramach All-New Marvel NOW!. W lutym ukaże się pierwszy numer on-goinga zatytułowany po prostu „X-Force” którego scenarzystą będzie Si Spurrier (Marvel zamyka mu „X-Men: Legacy”), a rysunkami zajmie się Rock-He Kim. Cable, Psylocke, Fantomex, Marrow oraz nowi mutanci, tacy jak MeMe, którzy w pierwszych numerach będą tworzyć skład zespołu będą przeżywali przygody utrzymane trochę w klimacie tego, co robił Rick Remander. Można się zatem spodziewać, że X-Force Spurriera będą zajmowali się brudnymi sprawami, w które inne, bardziej superbohaterskie grupy z różnych powodów nie chcą się mieszać. Cable i jego ekipa nie boją się brudzić rąk, żeby sprawę załatwić jak należy. (KO)

Chyba ostatni seryjny dostawca nagród Eisnera zostaje reanimowany przez DC Comics. Wiecie o jaki tytuł chodzi? Naturalnie o skierowany do najmłodszych czytelników „Tiny Titans”, który jest wynikiem kolaboracji Arta Baltazara i Franco Aurelianiego. Komiks ten, który zapoczątkował trwającą obecnie modę na komiksy podobnego typu, jak „Batman: L’il Gotham”, „Itty Bitty Hellboy” czy zapowiedziane niedawno „L’il Dynamites” wystartował w 2008 roku i utrzymał się na rynku przez okrągłe 50 numerów. W pierwszym kwartale przyszłego roku młodzi herosi powrócą w historii „Return to Treehouse”, a sama seria nie tylko będzie kontynuacją swojej poprzedniczki, ale także wspominać będzie o innym komiksie tej dwójki autorów, a więc o „Superman Family Adventures”. Już teraz można w ciemno zakładać, że szykuje się powtórka z hitu, który dał DC trzy Eisnery. (KT)

Dwaj odkrywcy o nazwiskach Lewis i Clark odbywają w XIX wieku podróż w głąb kontynentu amerykańskiego. To fakt historyczny, ale nie według najnowszego komiksu ze studia Skybound, będącego częścią Image Comics. "Manifest Destiny" to seria, która przedstawi to, co działo się wtedy naprawdę. Według jej twórców – duetu Chris Dingess/Matthew Roberts, podróżnicy odkryli istnienie przerażających potworów, a następnie podążyli ich tropami. Wszystko to w premierowym zeszycie cyklu, który na półkach sklepowych ukaże się w najbliższą środę. Jak twierdzi Chris Dingess, pomysł na serię wziął się dzięki trwającej modzie na produkcje utrzymane w stylu "Abraham Lincoln: Łowca Wampirów", który narodził się na pewnej imprezie, gdzie pito nie tylko soki i herbatę. Oczywiście napotykane przez bohaterów komiksu potwory pochodzić mają z amerykańskich podań i legend, a sama trasa odkryć Lewisa i Clarka pokrywać ma się z tą, którą przebyli w rzeczywistości. "Manifest Destiny" to praca dwóch żółtodziobów na komiksowej scenie w USA, co może nieco martwić, ale uwierzył w nich sam Robert Kirkman. Ten jak dotąd nie opublikował w Skybound niczego, stojącego poniżej pewnego, dość dobrego poziomu. Pierwszy numer serii ukaże się w środę 13 listopada. teraz dodam jedynie, że jego okładkowa cena wynosi 2.99$. (KT)

piątek, 8 listopada 2013

#1416 - Komix-Express 208

Kolejna komiksowa wystawa – tym razem we Wrocławiu. 15 listopada o godzinie 19:00 w Galerii Komiksu i Ilustracji „Tymczasem…” odbędzie się wernisaż espozycji KrzysztofaProsiakaOwedyka malowniczo zatytułowanej „Zwyrodnialec”. Prace jednego z klasyków polskiego undergroundu będzie można oglądać aż do 8 stycznia 2014. Na ścianach galerii zawisną oryginalne plansze komiksowe z między innymi „Prosiacka X”, „Ósmej Czary”, „Blixa i Żorżety”, grafiki, obrazy, a także szkice do najnowszego projektu Prosiaka w formie odsłaniającej warsztat twórczy artysty. Warto również dodać, że Owedyk pracuje obecnie nad pełnometrażowym albumem o bardzo znanym wyimaginowanym zespole deathmetalowym. Inspiracją do powstania tej historii były rozmowy z żoną gitarzysty pewnego bardzo znanego, ale już nie wyimaginowanego zespołu deathmetalowego. Ukończenie albumu przewidziane jest na rok 2014. Zapraszamy na wystawę i czekamy na album!

Mateusz Skutnik skończył kolejny tom „Rewolucji”. Najnowszy, ósmy tom jednego z najbardziej interesujących polskich cykli komiksowych będzie zawierał sześć opowieści. Oczywiście wszystkie zostały narysowane przez Skutnika, do pięciu z nich przygotował również scenariusz, a jedna jest pióra Szymona Holcmana. „Rewolucje w kosmosie” mają ukazać się jeszcze w tym roku (w grudniu może?) nakładem wydawnictwa Timof Comics. Całość będzie nieco grubsza od poprzednich tomów i ma zamknąć się w 96 stronach formatu A4. Zgodnie z tym, co zapowiada autor powinniśmy szykować się do powrotu do korzeni serii.

Nakładem wydawnictwa MF Studio na polskim rynku ukazał się album „Nie pojedziemy zobaczyć Auschwitz”. Komiks autorstwa Jeremiego Dresa opublikowany został pierwotnie we Francji w 2011 roku w oficynie Éditions Cambourakis, a rok później w brytyjskim wydawnictwie Self Made Hero. Jak sam tytuł wskazuje, możemy oczekiwać kolejnego, autobiograficznego komiksu o przepracowywaniu żydowskiej traumy w trzecim pokoleniu po Holocuaście. Osią historii jest wyprawa Jeremiego i Martina do Polski po śmierci ich ukochanej babci Thérèse (Téma Dres, z domu Barab). Przekład polski przygotował Natan Okuniewski, całość zamyka się na 206 stronach, a cena wynosi 50 złotych. Oto opis:

Polska premiera komiksu. Autor Jérémie Dres opisuje swoją podróż do Polski, którą wraz z bratem Martinem odbyli w 2010 roku w poszukiwaniu swoich żydowskich korzeni. Niespełna trzydziestoletni autor wędruje po ulicach Warszawy, Krakowa i Żelechowa (z którego pochodziła jego babcia), ale nie czuje się pielgrzymem szukającym śladów Holocaustu. Jest raczej Europejczykiem poznającym Polskę, w której jest tyle do zobaczenia. Mając żydowskie korzenie nie trzeba przecież koniecznie zobaczyć Auschwitz. W książce pojawiają się prawdziwe postaci aktywnie biorące udział w nie tylko żydowskim kulturalnym i społecznym życiu.

W poniedziałek swoją premierę miał kolejny komiks z imprintu Centralka. „Hilda i Troll” to pierwszy tom przygód tytułowej bohaterki, Hildy Folk. Historia Luke`a Pearsona zamyka się w trzech tomach, a pierwotnie komiks został opublikowany w 2010 roku przez londyńskie wydawnictwo Nobrow (a potem wzniowiony w jego dziecięcym imprincie Flying Eye Books). Na kontynuację długo nie będzie trzeba czekać, bo drugi album ukaże się już na przełomie listopada i grudnia. Przyznam, że rzecz wygląda bardzo zachęcająco, a „New Yorker” określający autora mianem wschodzącej gwiazdy mocno kusi, aby wyłożyć te 45 złotych na liczący 40 stron album. Oto jego opis:

Wodne duchy, olbrzymy, drewniane stwory i trolle; wyprawy Hildy nigdy nie zaliczają się do zupełnie zwyczajnych. Tu również znajdziemy sporo niespodzianek, ale przecież, jak to doskonale ujęła sama Hilda: „Taki już los łowcy przygód”.

Obowiązkowy news filmowy – Fox przymierza się do trzeciego filmowego obrazu z Rosomakiem. Szefowie studia mieli podobno rozpocząć negocjacje z reżyserem Jamesem Mangoldem i odtwórcą tytułowej roli, Hugh Jackmanem. Produkcją filmu miałaby się zająć Lauren Shuler Donner, która trzymała pieczę nad każdym filmem z marvelowskimi mutantami w rolach głównych. Ostatni „Wolverine” zarobił ponad 400 milionów, więc trudno dziwić się Foxowi, że chce wycisnąć z jednej z najbardziej rozpoznawalnych marek Domu Pomysłów tak dużo, jak się tylko da. Pytanie tylko, czy Jackman powróci kolejny raz w roli Logana i czy nie jest zmęczony odgrywaniem ciągle tej samej roli od 13 lat. Aktor w jednym wywiadów zasugerował, że jego występ w „Days of Future Past” mógł być ostatnim Wolverinem w jego wykonaniu. Pytany o ewentualną kontynuację stwierdził, że musiałby się znaleźć dobry powód, aby znów przyprawić sobie adamantowe szpony. Znajdzie się?

W listopadowym numerze miesięcznika „Znak” zagościł komiks. W bloku poświęconym sztuce obrazkowej można przeczytać tekst znanego wszystkim Marka Turka zatytułowany „Subiektywny i wybiórczy rzut oka na sytuację komiksu artystycznego”, który przybliża historię światowego komiksu, a także przedstawia sylwetki współczesnych polskich twórców. O niemych komiksach Nicolasa Presla „Boska kolonia” i „Fabryka” pisze Paweł Jasnowski, natomiast Piotr Kosiewski omawia „Rycerzy świętego Wita” Davida B. Na stronie można przeczytać krótkie zajawki tych artykułów, a całość dostępna jest w kosztującym prawie 18 złotych magazynie. Cieszy, że tak szacowny magazyn, jak „Znak” zainteresował się komiksem. 

Wraz z premierą „Sandman: Overture” wreszcie poznamy tajemnicę tego, w jaki sposób Morfeusz został pochwycony na samym początku oryginalnej serii. Czytelnicy czekali aż 25 lat na to, żeby Neil Gaiman zdecydował się opowiedzieć tę historię. Ale to nie jedyna niewyjaśniona zagadka z kart 75-numerowej serii. Gaiman (na poważnie lub tylko w żartach) zapowiedział, że na pięćdziesięciolecie „Sandmana” chciałby opowiedzieć historie o tym, jak jedna z Nieskończonych, Delight, stała się Delirium i jak umarła pierwsza Rozpacz (która na krótką chwilę pojawiła się w „Nocach Nieskończonych”). To wydaje się być całkiem dobrym materiałem na kolejny prequel, zresztą podobnie rzecz ma się w przypadku losów innego z Nieskończonych, czyli Zniszczenia, który w pewnym momencie porzucił swoje obowiązki i odszedł na emeryturę. Jak do tego doszło? Do 2038 jeszcze dużo czasu, więc spekulować możemy do woli.

#1415 - Jan Hardy #01

Tekst (w wersji skróconej o jeden akapit) opublikowany jednocześnie na łamach Magazynu Miłośników Komiksu KZ. Jako post scriptum wrzucam tu komentarz autora komiksu.

Pamiętam, że kilka miesięcy temu, zanim jeszcze "Jan Hardy" wylądował w drukarni, miałem już wymyślony wstęp do niniejszego tekstu. Zaczynał się on od niesubtelnego zasugerowania potencjalnemu czytelnikowi, że Jakub Kijuc, choć teoretycznie wykonywaniem najstarszego zawodu świata się nie zajmuje, to ma z nim wiele wspólnego. Bo przecież jeszcze niedawno wystawiał on swoje prace w punkowym (czy też lewackim) lokalu "Tektura" i niemalże cały czas poświęcał awangardowemu "Konstruktowi", aby w jednej chwili - tej dokładnie, kiedy hasło "komiks patriotyczny" pokochało ONR i spółka - ukazał się on światu jako nacjonalistyczny ultra-katolik na każdym kroku wojujący ze wszystkim, co tylko kojarzyć się może z tzw. czerwoną hołotą.

Cóż, nagła zmiana postawy i zaskakująco szybka jej radykalizacja budzą zdziwienie i aż się proszą o jakieś złośliwości, ale tu wypadałoby jednak zadać kilka pytań. Jak duże znaczenie mają okoliczności powstania utworu? Skoro Kijuc, choć z "Konstruktu" nie rezygnuje, niejako odcina się od swojej artystycznej przeszłości, to czy zasadnym jest ocenianie jego najnowszego dokonania w kontekście jego całej działalności? Teoretycznie żadnego utworu - niezależnie od medium, do którego przynależy - nie można oceniać pomijając kontekst, ale co w wypadku "Jana Hardego" jest kontekstem właściwym? Wszak kolega Jakub nie ma już w nazwisku quasi-artystycznego "y", lecz zwykłe "j". A więc przyjmijmy, że liczy się tylko tu i teraz.

"Jan Hardy" to w moim mniemaniu komiks o bardzo dużym potencjale. Postmodernizm niby nie ma wiele do zaoferowania, ale postmodernistyczna zabawa historią - a tym "Hardy" właśnie jest - zdaje się kryć w sobie niemało zdrowego orzeźwienia. Dobrym na to przykładem są choćby tarantinowskie "Bękarty wojny", film wprawdzie nierówny, a jednak rozwijający nurt, który zdawał się być skazanym na brak jakiegokolwiek rozwoju. W Polsce, jak wiadomo, postmoderny brak. Abstrahując od ogólnego poziomu jej jakości/wartości, postrzegam to jako coś złego. Bo nawet najgorsze gówna zdarzać się powinny, ażeby sztuka mogła się w pełni rozwijać. Raz było blisko, byśmy tego typu utwór mogli na naszym podwórku mieć - na mijający właśnie rok zapowiadana była pełnometrażowa animacja "Hardkor '44" Tomasza Bagińskiego. Niestety, do jej realizacji nie doszło i chyba już nie dojdzie. Niektórzy się cieszą, gdyż postrzegali ją jako
gwałt na naszej historii, innym zaś pozostaje "Jan Hardy".

Z jednej strony komiks ten spełnia moje oczekiwania, z drugiej - okazuje się być również tym, czego się obawiałem. Ostatecznie jednak oceniam go bardziej na plus niż na minus. Ale zacznijmy od początku. Fabuła przedstawia świat, nazwijmy to, alternatywny, gdzie Żołnierze Wyklęci (a przynajmniej ci - czy też część z tych - którzy wchodzą w skład grupy R.O.T.A.) okazują się być swojskim odpowiednikiem superbohaterów. Radiowa kontrola nad roślinnością, teleportacja, niezrównana siła i wytrzymałość - z naszymi wojakami Sowieci nie mają lekko, nawet jeśli w swoich szeregach mają oni golemy skrzyżowane (?) z Cthulhu. Polacy mają kopać dupy czerwonym aż zniszczą całe ZSRR - to tutaj zapewne jedyna słuszna opcja (nie, żeby mi się nie podobała).

Najmocniejszą stroną "Hardego" są bohaterowie. Nie tylko ci, których widzimy w akcji, ale też ci, o których się ledwie wspomina (niekoniecznie słownie, skoro na pewnym kadrze przychodzi nam zobaczyć znakomite tło w postaci portretów licznych polskich herosów o pseudonimach takich jak Piotr Odwaga czy Radowy Człowiek). Nie chodzi przy tym o to, jak dobrze są napisani - bo jak na razie każdy jest najwyżej naszkicowany - lecz o to, jak wiele z nich można prawdopodobnie wycisnąć. Obserwowanie niektórych z nich, zwłaszcza Niedźwiedzia Wojciecha, sprawiło mi sporo frajdy. Głównym powodem tego stanu rzeczy wydaje mi się inspirowanie się przez Kijuca twórczością Mike'a Mignoli, oczywiście z opowieściami o Hellboyu na czele. To jakby obserwujące bohaterów otoczenie, postawienie na lokalny folklor, swego rodzaju wyciskanie niezwykłości z dnia codziennego, pulpowe rysy opowieści... Tylko ironii brak, a to pierwszy z kilku niemałych minusów tegoż komiksu.

Brak ironii sprawia, że "Hardemu" ostatecznie bliżej jednak do "Kapitana Ameryki" niż "Hellboya". A dokładniej, do pierwszej odsłony "Kapitana Ameryki", do tych jego przygód, które rząd amerykański masowo podrzucał swoim żołnierzom walczącym w Europie z Hitlerowcami. Znaczy się propaganda, propaganda i jeszcze raz propaganda. Powiedzmy, że nie mam pretensji o przesłanie, ale kiedy brak jakiegokolwiek dystansu, to komiks staje się miejscami niezamierzenie komiczny. "Każdy stolem czerpie siłę ze swojej niezłomności i siły charakteru" - mówi o sobie bohater tytułowy. "Ja jestem katolikiem i patriotą. Moja siła to wartości, które powinny być bliskie każdemu Polakowi. A są to: Bóg, honor i umiłowanie ojczyzny." Bardziej nachalnie i łopatologicznie już chyba nie można. Co nie znaczy, że subtelności brakuje na każdym kroku. Weźmy chodźmy wspomnianego wcześniej golema. Osobiście zawsze gębą automatycznie mi się uśmiecha, kiedy taką postać widzę w filmie czy komiksie, ponieważ jest to mój ulubiony z archetypów opowieści z dreszczykiem. Tu jednak rozchodzi się o to, że to przecież postać wywodząca się z legendy żydowskiej. Pozostaje tylko cieszyć się (powiedzmy, że cieszyć się), iż nie zostało to powiedziane czytelnikowi wprost.

Ostatnim minusem jest strona wizualna utworu. O ile w "Konstrukcie" pewną nieczytelność rysunków autor mógł usprawiedliwiać awangardowym charakterem dzieła, o tyle tutaj ewidentnym staje się, że prawdziwie dobrym rysownikiem to on wcale nie jest. Nie tylko ze względu na wspomnianą nieczytelność, ale też zwyczajną brzydotę i niechlujność wybranych fragmentów opowieści. Nie wątpię, że mogłoby być lepiej, gdyby tylko Kijuc się tak nie spieszył z płodzeniem swojego dzieła. Fani czekali bardzo niecierpliwie i, jak mi się wydaje, autor przyspieszał tempo tak bardzo, jak to możliwe. Kto wie, może nawet zarywał wszystkie noce po kolei wypełniając swój nos białym proszkiem niczym amerykańscy piloci szykujący się do zbombardowania Berlina (bo czego to się nie robi dla Ojczyzny?). A to przecież zawsze odbija się na jakości dzieła. Widać to nie tylko na rysunkach, ale i w nieco kulejącej dramaturgii. Rzecz składa się bowiem z regularnych przeskoków czasowych, tj. z teraźniejszości do przeszłości. To, o czym autor opowiada jest ciekawe, ale przy klejeniu kolejnych epizodów zabrakło płynności (polecałbym zasadę analogii, fajna sprawa).

Przy tym wszystkim dziwne więc, że "Jana Hardego" nie lubić jednak nie potrafię. Mam szczerą nadzieję, że Kijuc kolejne części bardziej dopracuje i zrezygnuje z oczywistych zagrań pod prawicową publikę. Nie dlatego, że bolą mnie jego poglądy, a dlatego, że w ten sposób obniża poziom utworu, którego potencjał jest zbyt duży, ażeby na jego marnowanie tylko wzruszać ramionami.

Post Scriptum

Na fejsbukowym fanpejdżu komiksu recenzja ta nie została podlinkowana (nie od razu, nie przez Kijuca), ale bez odpowiedniego komentarza się nie obyło: "Jakiś czas temu postanowiłem nie udostępniać tekstów mających wyglądać jak recenzje komiksów, a będącymi już z samego założenia czymś innym. W jednym z takich tekstów zostałem nazwany 'ultrakatolikiem'. Nie ma i nie było czegoś takiego. Albo się jest katolikiem, albo się nie jest. Je jestem i właśnie dlatego nie udostępniam tych gadzinowych tekścików. Wybaczam Wam autorzy:). I cytacik na dziś: >>I mimo, że św. Jan Ewangelista widział w swojej wizji wiele dziwnych stworów, na pewno nie ujrzał nic, co dorównywałoby dzikością choćby jednemu z jego komentatorów.<<"

czwartek, 7 listopada 2013

#1414 - Psychopoland

Osią fabuły "Psychopoland" jest ograny motyw vendetty, który Chmielewski i Białczak rozgrywają w bardzo komiksowy (czytaj – mocno przerysowany) sposób. Oto pewien polski przedsiębiorca, aby ocalić życie swojego chorego syna musi koniecznie wygrać państwowy przetarg. Niestety, nie udaje mu się to.

Choć jego oferta była najlepsza, to z powodu niedostarczenie kompletu dokumentów na czas, nie mógł otrzymać zlecenia. Winny jest oczywiście nie zapominalski przedsiębiorca, ale urzędnik. Akurat tym razem niestereotypowo uczciwy i nie chcący przymykać oczy na nieprawidłowości, jak jego koledzy. Niemniej, dochodzi do tragedii Zrozpaczony ojciec, niczym Punisher w parku tuż po gangsterskiej strzelaninie, poprzysięga zemstę na kurczowo trzymającego się przepisów pracowniku sektora publicznego. W stylu Franka Castle`a, ale w nieco bardziej finezyjny sposób.

Po takim opisie fabuły można by spodziewać się realizacji utrzymanej w sensacyjnej konwencji, skupionej bardziej na akcji, jak i nieco bardziej subtelnej opowieści koncentrującej się na dramacie głównych bohaterów. "Psychopoland" skłania się bardziej ku tej pierwszej opcji – to nie wzniosła antyczna tragedia, to nie "Plac Zbawiciela", to raczej "Dług", komiks środka, o który usilnie woła część polskich czytelników. Album stoi nie psychologicznym skomplikowaniem swoich postaci, nie skomplikowaniem uwikłaniem w własne decyzje, ale brawurowo poprowadzoną akcją. Fabuła, choć nie jest specjalnie skomplikowana, została poszatkowana na niewielkie fragmenty, które podane w niechronologicznym porządku, prezentuje się bardzo efektownie. Choć opowieść miewa słabsze momenty, a Chmielu lubi pokusić o jakiś tani chwyt, całość układa się zgrabnie, a finał wali po emocjach, jak należy.

Sensacyjna fabuła w "Psychopoland" splata się z opisem polskiej rzeczywistości z pierwszej dekady XXI wieku. Nie można jednak napisać, żeby analiza, jaką funduje nam Chmielu była specjalnie odkrywcza, ani żeby zachęcała do jakiejś głębszej refleksji. Scenarzysta ogranicza się głównie do bardzo mocnej i chyba nieco powierzchownej krytyki. Na kartach jego komiksu ożywają postkomunistyczne resentymenty. Transformacja została wygrana przez PRL`owskich działaczy, którzy przehandlowali państwowy majątek i przeniknęli do establishemntu. Zwykli ludzie biorą udział w wyścigu szczurów, którego tempo regulują wszechobecne i wszechpotężne korporacje. Ci, którzy w teorii mają trzymać ich stronę – politycy i policjanci – są skorumpowani, nieudolni i patrzą tylko, żeby nachapać się jak najwięcej i narobić jak najmniej. To pesymistyczna wizja świata pozbawionego współczucia. Tak skrojoną publicystykę można oczywiście traktować, jako słabość tego komiksu, ale ja bym próbował dostrzec w nim siłę. Gdzie, jak nie w komiksie taka mocna i przerysowana kontestacja rzeczywistości może się sprawdzić? Do bezkompromisowego "Psychopoland" będzie pasowała jak ulał, szczególnie, że nie można odmówić jej sugestywności.

Te kreślone grubą kreską refleksje o Polsce i ponury nastrój jeszcze mocniej podkreślone zostały za pomocą oprawy graficznej. Piotr Białczak kreuje rzeczywistość odpychającą brzydotą, ciężka, duszną. Rysunki, gdzie więcej jest podlanej tuszem czerni, niż bieli fantastycznie sprawdzają się w oddawaniu szczegółów miasta. Jak słusznie zauważył w swojej recenzji Tomasz Pstrągowski, akcja rozgrywa się w polskim nigdziebądź, jakimś dużym mieście nad Wisłą. Białczak bardzo sprawnie operuje w estetyce komiksu realistycznego, ale zdarzają się mu błędy. Właściwie we wszystkich recenzjach powtarza się zarzut, że trudno rozróżnić głównych bohaterów, a ja od siebie dodam, że niekiedy kuleje kompozycja kadrów. Ale Białczak ma potencjał, aby za dwa, góra trzy albumy rysować na poziomie Marka Oleksickiego.

"Psychopoland" nie jest wybitnym komiksem. Za rok, dwa niewielu będzie o nim pamiętało. To lektura na dwa wieczory, bo której w dłuższej perspektywie niewiele w czytelniku zostaje. Ale komiks Chmielewskiego i Białczaka to ten typ komiksu, który wali mocno i szybko. Posyła na deski, niczym bokser wagi ciężkiej, ale nie nokautuje. Na początku ciężko się po taki ciosie pozbierać, ale z czasem dochodzimy do siebie.

środa, 6 listopada 2013

#1413 - Krótki zarys historii Image Comics

Na początku było... wydawnictwo Marvel Comics. Historia Image Comics rozpoczyna się w 1991 roku, gdy do biura Terry’ego Stewarda – ówczesnego prezydenta Domu Pomysłów – przychodzi grupka twórców niezadowolonych z tego, w jaki sposób są traktowani przez swoich szefów. W większości rysownicy mają pretensje o to, że ich prace traktowane są jako taśmowy wyrób, nie mają żadnego wpływu na proces twórczy, a najbardziej chyba boli ich fakt, że nie posiadają praw autorskich do stworzonych przez siebie postaci i historii.


Na czele grupy, która domagała się zmian w funkcjonowaniu Marvela stali Todd McFarlane oraz Rob Liefeld, twórcy w tamtym czasie z absolutnego topu. Niestety, Steward pozostał głuchy na ich prośby, więc obaj panowie postanowili odejść z wydawnictwa. Przy okazji pociągnęli za sobą innych niezadowolonych - Jima Lee, Erika Larsena, Marca Silvestriego, Jima Valentino, Whilce`go Portacio oraz Chrisa Claremonta. Rok później ósemka uciekinierów ogłosiła otwarcie wydawnictwa Image Comics. Nowa, założona przez artystów oficyna miała przede wszystkim zapewnić pełną wolność twórczą. Nikt już nie mógł powiedzieć Jimowi Lee, żeby kolejne numery pisanej przez niego serii mają być częścią większego crossovera. Kolejny fundamentem Image miało być to, że prawa autorskie do wszystkiego, co stworzyli poszczególni twórcy miały zostać w ich rękach. Jedyną „częścią” wydawnictwa będącą jego własnością okazało się znane już od dwudziestu lat logo, stworzone przez Hanka Kanalza

Od początku głównym założeniem twórców Image Comics było stworzenie osobnych studiów dla każdego z nich, aby w jego ramach mogli realizować swoje własne, nie narzucane przez nikogo, komiksowe pomysły. I tak każdy z twórców zrzeszonych w wydawnictwie stworzył swoją markę. Wyjątkami byli Chris Claremont, który wolał pozostać freelancerem i przeżywający w tym czasie zawirowania rodzinne Whilce Portacio. Ostatecznie Image dorobiło się sześciu imprintów:

Extreme Studios – założone przez Roba Liefelda. Tu publikowano takie tytuły jak „Youngblood”, „Prophet” czy „Supreme”.

Highbrow Entertainment
– którego twórcą był Erik Larsen, twórca „The Savage Dragon” oraz „Freak Force”.

Shadowline – stworzone przez Jima Valentino. Na początku największym hitem studia była seria „Shadowhawk”.

Todd McFarlane Productions – tu raczej nie trzeba pisać kto był założycielem, prawda? W tym studiu powstał „Spawn”.

Top Cow Productions – „dziecko” Marca Silvestriego i dom takich serii jak „Witchblade” czy „The Darkness”

Wildstorm Productions – gdzie swój dom znalazły wszystkie pomysły Jima Lee, na czele z „WildC.A.T.S.” oraz „StormWatch”.

Losy każdego z tych studiów, a także tych, które powstały w późniejszym okresie, zasługują na osobne notki. Ale wróćmy do Image. Na samym początku swojego funkcjonowania, nowy gracz na rynku podczepił się pod wydawnictwo Malibu Comics i korzystał z jego kanałów dystrybucji, marketingu oraz administracji. Trwało to tylko do 1993, ponieważ Image bardzo szybko stało się poważnym graczem na rynku i mogło się już ostatecznie usamodzielnić. Jak do tego doszło? Niemal każdy z opublikowanych przez nowe wydawnictwo komiksów stawał się rynkowym hitem. Tak było z historycznie pierwszą pozycją od Image – „Youngblood” #1, a także właściwie z każdym kolejnym komiksem. Przykładowo, „Spawn” #1” sprzedał się w nakładzie 1.7 miliona egzemplarzy, co do dziś jest rekordem wśród komiksów spoza Marvela i DC. Część spośród ojców-założycieli uznało, że warto stworzyć coś na kształt uniwersum Image i, przy zachowaniu swobody twórczej, niektóre serie zaczęły się przenikać. Dzięki temu czytelnicy mogli być świadkami team-upu Spawna z Youngblood czy Wild C.A.T.S. z Savage Dragonem. Erik Larsen oraz Jim Valentino obawiali się, że doprowadzi to do przekształcenia Image w korporację podobną do tej, którą z hukiem opuścili i z czasem zaczęli się wycofywać ze idei wspólnego uniwersum.

Stereotypowo wyobrażenie o komiksach z wczesnego Image równa się zbiorowi wszystkiego, co najgorsze w komiksie superbohaterskim lat dziewięćdziesiątych, ale pamiętać należy, że wydawnictwo nie publikowało jedynie pozycji napakowanych nawalankami kolorowych trykociarzy. Przejrzyste zasady funkcjonowania i stawianie artystów na pierwszym miejscu zaczęło stopniowo przyciągać kolejnych twórców, którzy chcieli stworzyć coś całkowicie po swojemu. I tak wkrótce Image zaczęło publikować takie tytuły jak „The Maxx” Sama Kietha, „Pitt” Dale’a Keowna czy „Astro City” Kurta Busieka oraz Alexa Rossa. Ale już wkrótce sielanka miała się skończyć...

Pierwsze kłopoty Image Comics pojawiły się w połowie lat 90-tych, gdy sklepy komiksowe dość mocno okroiły ilość zamawianych u wydawcy komiksów. Wszystko ze względu na dość niekorzystne dla nich zasad współpracy, przez które sprzedawcy zostawali z ogromną ilością komiksów, których nikt nie chciał kupować. To zabolało poszczególne studia, zwłaszcza pod względem finansowym. Rozwiązaniem okazało się zatrudnienie Larry’ego Mardera, który nawiązał nowe kontakty z poszczególnymi dostawcami komiksów i ustalił  jasne oraz korzystne zasady dla obu stron. Po jakimś czasie zamówienia na komiksy od Image znów zaczęły wzrastać, a kolejne serie pokroju „Witchblade” czy „Gen13” znowu lądowały na liście bestsellerów. Image wyprzedzając upadające już Malibu Comics oraz Valiant Comics stało się trzecią siłą na rynku, sadowiąc się tuż za plecami wielkiej dwójki.

Niestety, gdzie kucharek sześć tam... spore kłopoty. Jak to zwykle bywa sukces okazał się przyczyną upadku. Jak to się potocznie mówi, sodówka uderzyła do głowy. Pomiędzy ojcami-założycielami projektu, zaczęły pojawiać się spięcia. Rob Liefeld został naczelnym całości wydawnictwa i zaczął wykorzystywać swoją pozycję do promowania Maximum Press – autorskiego wydawnictwa komiksowego, którego nie włączył w struktury Image. Jako pierwszy zaprotestował Marc Silvestri, któremu nie podobały się próby podkupienia Michaela Turnera z jego studia przez Liefelda. Pierwszym odszczepieńcem okazało się Top Cow. Te wydarzenia odbiły się na całym Image. Po wielu naradach w 1996 roku postanowiono wyrzucić twórcę „Youngblood” z wydawnictwa. Ten zabrał ze sobą całość studia Extreme, połączył z Maximum Press i przekształcił w wydawnictwo Awesome Comics. Silvestri w reakcji na te wydarzenie powrócił z Top Cow w struktury Image. Gdy wydawało się, że nastały spokojniejsze czasy, w 1998 roku prawdziwą bombę zrzucił Jim Lee. Jego WildStorm zostało sprzedane DC Comics i można powiedzieć, że w tym momencie nastąpił faktyczny koniec „uniwersum Image”, co sprawiło sporo kłopotów poszczególnym twórcom i ich komiksom. Już odejście Liefelda sprawiło, że Todd McFarlane musiał dość poważnie zmienić origin Spawna, lecz zniknięcie WildStormu wpłynęło na takie serie jak „Cyber Force”, „Hunter Killer”, a także na miesięcznik, którego bohaterem był Al Simmons.

Wraz z odejściem Lee, poszczególne studia zmieniły nieco taktykę wydawniczą. Komiksy z Top Cow stały się praktycznie osobnym uniwersum, podobnie jak wspomniane już prace McFarlane’a. Erik Larsen skupił się wyłącznie na „The Savage Dragon”, co zresztą robi do dziś, a Shadowline zostało zamknięte. W 1999 roku z pracy odszedł Larry Marder, a zastąpił go Jim Valentino. Od tego czasu Image postanowiło zdywersyfikować swoją ofertę i skupić się na publikowaniu komiksów określanych jako „non-studio”, oczywiście nie zabraniając poszczególnym twórcom publikować pod własnym szyldem. Valentino ustąpił w 2004 roku, zastąpiony przez Erika Larsena. Ten nie wsławił się niczym, ponieważ kontynuował dzieło swojego poprzednika. Nie był to najlepszy okres dla Image, które osiągało coraz gorsze wyniki sprzedaży i musiało rywalizować z Dark Horse Comics oraz IDW Publishing o miano trzeciej siły na rynku. Wszystko miało zmienić się jednak w 2008 roku.

Wtedy też w Image pojawił się Eric Stephenson. Nie tylko namówił on Jima Valentino do wskrzeszenia Shadowline, ale przede wszystkim postawił na scenarzystę, który nazywał się Robert Kirkman. Chyba bez przesady można powiedzieć, że to właśnie ojciec „The Walking Dead” oraz „Invincible” uratował Image przed popadnięciem w całkowitą przeciętność i (być może) rychłym upadkiem. Komiksy Kirkmana wpłynęły na zmianę profilu wydawnictwa – superherosi zeszli na bok, a w cenie zaczęły być komiksy o znacznie bardziej różnorodnej tematyce. Niesamowitym przebojem okazały się „Żywe trupy”, ale znowu – ich fenomen to materiał na osobną notkę.

W Image znów wzrosła rola poszczególnych studiów, lecz komiksy „non-studio” nie straciły na swojej ważności. Dziś można śmiało powiedzieć, że aktualna oferta Image to w połowie pozycje studyjne, a w połowie komiksy wydawane pod wspólnym szyldem. W połowie 2010 roku Kirkman zakłada własny imprint Skybound, a w 2012 roku John Michael Straczynski reaktywuje Joe’s Comics. Wcześniej była to mała część Top Cow, dziś pełnoprawne studio Image. Wspomnieć należy także, że w 2007 roku do Image wraca Rob Liefeld. Próbuje on reanimować markę „Youngblood”, a w 2012 roku ze średnim skutkiem przywraca do życia studio Extreme.

Pomimo tego, rok 2012 ogólnie był pasmem sukcesów wydawnictwa. Z okazji dwudziestolecia istnienia Image, nie tylko przyciągnięto masę uznanych twórców, ale także ruszono ze sporą ilością nowych pozycji. Wśród nich „Saga”, „The Manhattan Project” czy „Fatale”. Image odzyskało pozycję trzeciej siły na rynku, a rok 2013 pokazał, że na tym wydawnictwo nie ma zamiaru poprzestać.

Autorem powyższego tekstu jest Krzysztof "Lokus" Tymczyński. Pierwotnie ukazał się on na  ostatnio założonym przez niego blogu poświęconym Image Comics. Wpadajcie tam, jak chcecie poczytać coś fajnego o wydawnictwie, które wydaje Spawna, Żywe trupy i przygody pewnego zielonego smoka.  

#1412 - Papierowe chłopaki

W Łodzi podczas MFKiG na spotkanie z autorami „Papierowych chłopaków” pojawiłem się całkowicie przypadkowo. Przyznam szczerze, że choć chce uchodzić za osobę dobrze zorientowaną w tym, co dzieje się na polskim komiksowym poletku, to o komiksowym debiucie Michała Oraszki i Romana Przylipiaka nie słyszałem. Zaskoczony i trochę zaintrygowany tym, o czym opowiadali obaj autorzy postanowił sięgnąć po ich album.

Pierwotnie skrypt komiksu wydanego nakładem wydawnictwa Marina miał zostać zrealizowany w formie filmu fabularnego. Za kamerą miał stanąć Przylipiak, znany przede wszystkim, jako reżyser nagradzanych tu i ówdzie wideoklipów (w swoim dorobku ma współpracę z między innymi Behemothem, Łukasze Zagrobelnym czy Marcinem Świetlickim), próbujący swoich sił również za kamerą offowych produkcji (podobno z całkiem niezłym powodzeniem). Filmowa wersja „Papierowych chłopaków” doczekała się się castingu, przygotowano wstępną dokumentację zdjęciową, a do jednych z głównych ról szykowała się Agnieszka Warchulska, znana choćby z „Długu”, „Pierwszego miliona” czy szeregu telewizyjnych produkcji. Niestety, pomysłu ostatecznie nie udało się zrealizować w takiej formie, ale jego skrypt trafił w ręce Michała Oraszki, prywatnie przyjaciela autora scenariusza. Pochodzący z Warszawy artysta i projektant graficzny zapalił się do realizacji „Papierowych chłopaków” w formie komiksowej. Wraz z bratem Romana, Wojciechem, który pomagał w tłumaczeniu skryptu filmowego na język narracji komiksowej, udało się doprowadzić rzecz całą do końca.

Historia przedstawiona na kartach albumu oparta jest na doświadczeniach scenarzysty. Bohaterowie komiksu, dwaj przyjaciele z gdańskiego liceum, Robert i Andrzej, znajdują się w tym trudnym okresie życia, gdzie już dawno nie jest się nastolatkiem, ale jeszcze wiele brakuje do stabilnego, dorosłego życia. Ciągłe problemy z kasą, użeranie się z rodzicami, nieudane związki z kobietami – cóż, tzw. „proza życia”. Ich zagubienie potęguje jeszcze ówczesna sytuacja w Polsce – akcja komiksu rozgrywa się na przełomie lat osiemdziesiątych i dziewięćdziesiątych ubiegłego wieku. Przejście od zdychającego komunizmu do dzikiego kapitalizmu jest bolesne dla wszystkich. Andrzej i Robert wiedzeni szansą zarobienia kilku groszy, a może i nadzieję zrobienia muzycznej kariery postanawiają założyć zespół. Taki co to grał będzie lekką i łatwą muzykę w dyskotekach na żywo. „Papierowe chłopaki” pakują keyboard do malucha i ruszają w trasę po Półwyspie Helskim, aby podbijać polskie pomorze muzyką disco.

Jeśli „Papierowe chłopaki” miały być sentymentalną podróżą do świata młodości, pełnego artefaktów z późnego PRL`u i wczesnej III RP – nie wyszło. Zabrakło oka do detalu, umiejętności odmalowania „kolorytu epoki”, czyli tego, co miał Śledziu w „Na Szybko Spisane” albo Szaweł  w „Spranych dżinsach i sztamie” -  melancholijnego nastroju. Jako kameralny dramat dwóch przyjaciół, którzy w wyniku różnych życiowych przypadków oddalają się od siebie komiksowi Oraszki i Przylipka brakuje wyrazistości. Scenarzysta nie potrafił wydobyć z relacji między Andrzejem, a Robertem, żadnej dramaturgii. żadnych dotykających czytelnika emocji. Może więc to miała być lekka i łatwa opowiastka obyczajowa-muzyczna? Jeśli tak to dlaczego została tak fatalnie skomponowana i brutalnie poszatkowana na pozbawione jakiejkolwiek lekkości epizody? Obraz epoki, specyficzna love story? Chyba też nie... Podczas lektury „Papierowych chłopaków” to ciągłe zastanawianie się o czym ten komiks właściwie było tak samo irytujące, jak rwany rytm narracji.


Bo nie tylko scenarzysta się nie popisał, ale również i rysownik. Jak widać na przykładzie Michała Oraszki sam dyplom łódzkiego ASP nie wystarczy, aby sprawnie posługiwać się wizualną narracją. Rysunki w „Papierowych chłopakach” utrzymane są w czarno-białej tonacji z niebieskimi akcentami. Ta kolorystyka w jakiś sposób podkreśla mizerię losu głównych bohaterów i porażkę ich muzycznej eskapady, ale sama oprawa graficzna nie wygląda dobrze. Oraszek ma spore problemy z komponowanie kadrów i gospodarowaniem przestrzenią na stronie. Jego narracja pozbawiona jest odpowiedniego rytmu, nierzadko zdarza się, że kadry są nieczytelne, momentami, niektóre z nich są po prostu brzydkie, źle narysowane. Styl jego kreski można próbować porównać z estetyką współczesnego amerykańskiego komiksu niezależnego, ale byłoby to zestawienie mocno na wyrost, ponieważ przed artystą jeszcze dużo pracy, aby mógł sobie na nie zasłużyć.

„Papierowe chłopaki”  to idealny przykład jak można zmarnować całkiem interesujący pomysł na historię, bo komiks braci Przylipków i Oraszki zapowiadał się naprawdę ciekawie. Pomijając już to, że komiks jest nie najlepiej zrobiony, pomijając jego kompozycyjne niedoróbki i kiepskie rysunki, jego największą wadę jest to, że nie wiadomo do czego zmierza ta historia. 

wtorek, 5 listopada 2013

#1411 - Odd Thomas. Diabelski pakt

Przed lekturą „Diabelskiego paktu” nazwisko Deana Koontza nie było mi obce. Choć nie czytałem żadnej z jego książek, kojarzyłem go jako jednego z najbardziej znanych twórców amerykańskiej literatury popularnej. I, jak się okazuje, jednego z najlepszych, jeśli mierzyć wartość pisarza w liczbie sprzedanych egzemplarzy (450 milionów) i bestsellerów na liście „New York Timesa” (aż 28 książek wspięło się na pierwsze miejsce tego rankingu).
Nie znałem natomiast Odda Thomasa. Lektura premierowego tomu spin-offowej serii komiksowej był moim pierwszym spotkaniem z nastolatkiem, który widzi duchy i z zamiłowania rozwiązuje kryminalne zagadki. Odd zadebiutował w 2003 roku i pierwsza książka z jego udziałem (zatytułowana po prostu „Odd Thomas”) z miejsca stała się przebojem, ciesząc się dobrym przyjęciem szczególnie u czytelników. Na sequele nie trzeba było długo czekać – w 2005 ukazał się „Dar widzenia”, rok później - „Braciszek Odd”, a na „Kilka godzin przed świtem” trzeba było poczekać do 2008. Ostatnio ukazały się dwie kolejne części cyklu („Odd Apocalypse” i „Deeply Odd” - obie Polsce jeszcze nie zostały wydane), w zeszłym roku na rynku pojawiło się trzyczęściowe opowiadanie „Odd Interlude”, a Koontz pracuje jeszcze nad „Saint Odd”, który ma być ostatnim rozdziałem przygód Odda. Seria doczekała się również filmowej adaptacji (z Willemem DeFoe w jednej z główny ról), a także cyklu powieści graficzny (w sumie ukazały się trzy). Nie ma to tamto - Odd to solidna popkulturowa marka.

Ale kim jest sam Odd? Cóż, jak już wspomniałem widzi duchy zmarłych, ale poza tym jest całkiem przeciętnym dwudziestolatkiem. Mieszka w fikcyjnym Pico Mundo w Kalifornii, które jest stereotypowym, niewielkim amerykańskim miasteczkiem (aż dziw, że jego nazwa nie kończy się na -ville). Pracuje w lokalnej naleśnikarni i jeśli wierzyć klientom – jest fenomenalnym kucharzem. Jego narzeczoną jest Bronwen „Stormy” Llewellyn, rezolutna dziewucha z sierocińca. Cóż powiedzieć więcej – to taki typ bohatera, z którym przeciętny nastoletni czytelnik może się bezproblemowo utożsamiać. O to chyba chodziło Koontzowi i chyba to jest jednym ze źródeł sukcesu tej marki.

Jak przystało na komiks utrzymany w konwencji thrillera w „Diabelski pakcie” nie mogło zabraknąć kryminalnej intrygi. W Pico Mundo dochodzi do morderstwa. Ofiarą jest siedmioletni chłopiec, Joey Gordon. Morderca zostawił na miejscu zbrodni staroświecką notkę z wiadomością ułożoną z powycinanych liter z gazet, ale to jedyny trop jaki ma policja. W tym momencie do akcji wkracza Odd ze swoimi niezwykłymi umiejętnościami. Bohater postanawia pomóc policji w ujęciu przestępcy. W sprawę zamieszana jest również Sherry Sheldon, przyjaciółka Stormy z dzieciństwa. Jest ona opiekunką, która zajmowała się Joey`em i ma do odegrania znaczącą rolę w tej historii.

Fabuła jest racze nieskomplikowana. Intryga rozpisana jest w zaskakująco przewidywalny sposób, a rozwiązanie jest dość naiwne, cóż można było się tego spodziewać po thrillerze przeznaczony dla nastolatków. Całość ubarwiają humorystyczne wstawki, ale dość powiedzieć, że nie jest to dowcip najwyższych. Ale (znów!) czegoż można spodziewać się po thrillerze przeznaczonym dla nastolatków...

Przyznam, że zaskoczyła mnie oprawa graficzna, bo zwyczajnie nie spodziewałem się mangowej estetyki po tej pozycji. Jakoś te wielkie oczy i łezki zdziwienia nie pasują mi do tej typowo amerykańskiej historii, ale cóż – widać Koontz bardzo ceni sobie prace Queenie Chan. Trudno dociec czemu – artystka, która urodziła się w Hong Kongu, ale dorastała w Australii rysuje co najwyżej przeciętnie. Nie spodziewajcie się więc po wizualiach czegoś ciekawego. Zresztą, to samo można powiedzieć o całym albumie -  „Diabelski pakt” to lekkie czytadło, które nawet w swojej wadze przegrywa konkurencje z bardziej interesującymi pozycjami.

poniedziałek, 4 listopada 2013

#1410 - Orły Rzymu t.1

"Orły Rzymu" to pierwszy komiks z jakim miałem kontakt do którego scenariusz napisał Enrico Marini. Jego osobę znam głównie jako rysownika o czym poniżej, ale czy w roli scenarzysty radzi sobie równie dobrze jak w przypadku ilustracji?

Cała historii w "Orłach" została oparta na relacji pomiędzy młodym barbarzyńcą siłą zmuszonym do życia w wydawałoby się cywilizowanym Rzymie, a jego rówieśnikiem, synem szanowanego obywatela inperium. Ermanamer jest jednym z dzieci Sigimera – wodza germańskiego plemienia Cherusków. Po tym, jak Rzymianie zawarli rozejm z większością plemion germańskich. zabrali do swojej stolicy wielu zakładników w postaci potomków przywódców. Wszystko to w ramach umocnienia nowo powstałego sojuszu militarnego. Gdy nasz bohater dociera do Rzymu, zostaje oddany pod opiekę bardzo zasłużonego oficera i właściciela ziemskiego, Tytusa Waleriusza. 

Od teraz będzie szacowny rzymianin odpowiedzialny, aby uczynić z młodego barbarzyńcy pełnoprawnego obywatela cesarstwa. Ermanamer zostaje włączony do rodziny Tytusa i wraz z jego synem, Markiem, zostaje poddany ostremu treningowi wojskowemu. W tym momencie, moim zdaniem, rozpoczyna się najciekawsza część całego komiksu. Scenarzysta poprzez zestawienie tych dwóch całkiem odmiennych nie tylko kulturowo, ale również pod względem charakteru, postaci tworzy bardzo ciekawy kontrast. Jeden z nich jest walecznym, odważnym i zahartowanym chłopakiem, natomiast drugi jest jego wielkim przeciwieństwem przynoszącym hańbę swojej rodziny.

Na początku miałem wrażenie jakby podczas pisania scenariusza autor za mocno zapatrzył się w serial amerykańskiej stacji HBO "Rzym". Tak jak tam, tak i tutaj w starożytnym mieście wszyscy prowadzą dość rozwiązłe życie z bardzo luźnym podejściem do seksu, zabójstw i spisków. Jednak im dłużej się nad tym zastanawiałem, tym bardziej ta analogia wydawał się na nietrafiona. Tam scenarzyści skupiali się na przedstawianiu samych mieszkańców miasta-państwa. Tutaj autor bardziej stara się pokazać sporą różnicę pomiędzy cywilizowanymi rzymianami, a barbarzyńskimi germanami. To porównanie wychodzi mocno na niekorzyść tych rzekomo bardziej światłych.

Od strony graficznej komiks prezentuje się dokładnie tak samo, jak wszystkie inne prace Mariniego wydane na naszym rynku. Jeśli kiedykolwiek miałeś, drogi czytelniku do czynienia z serią "Cygan", "Drapieżcy" lub "Skorpion" to dokładnie wiesz czego należy się spodziewać. Mam wrażenie, że rysownik ten raczej w niewielkim stopniu się rozwija i ciągle rysuje mniej więcej na takim samym poziomie. Co prawda całość jest przyjemna dla oka, anatomia się zgadza i całość jest bogata w szczegóły, jednak z drugiej strony w żadnym momencie nie ma tutaj nic tak pięknego, aby zachwyciło. Poprawnie wykonana praca i nic więcej.

Jest to z pewnością lekki i przyjemny komiks na dłuższą chwilę relaksu pod warunkiem, że nie przeszkadzają nam czasem brutalne sceny lub golizna. Ja miło spędziłem czas podczas lektury, jednak muszę przyznać, że mi bardzo odpowiadają takie tematy. Jedyne do czego mógłbym się przyczepić to zbyt mała ilość stron poświęcona Germanom. Zawsze wydawali mi się bardziej interesujący. Jednak w końcu jest to seria o losach Rzymian więc w sumie nie można brać tego za wadę.

Autorem tekstu jest Piotr Lipa. Pierwotnie został on opublikowany na blogu Coś z zupełnie innej beczki