poniedziałek, 11 czerwca 2012

#1054 - Trans-Atlantyk 192

Dokładnie w rok po relaunchu DCU i powstaniu Nowej 52 Dan DiDio zapowiedział premierę czterech, nowych tytułów. Oprócz tego, że wrzesień będzie miesiącem zero, w którym wszystkie serie cofną się w czasie i przedstawią nieznane fakty z życia swoich bohaterów, na rynku zadebiutują nowe tytuły, które zwiększą ofertę DC Comics do 56 tytułów. Chwilowo, bo jak potwierdził Dan DidDo miesiąc później kolejny kwartet tytuł, które sprzedają się poniżej oczekiwań (i/lub opłacalności) zostanie skasowany. Wśród nich znajdją się "Justice League International", "Captain Atom", "Resurrection Man" i "Voodoo". Tu żadnego zaskoczenie być nie może, ale przyznam, że wybór tytułów do kolejnej fali mnie mocno zaskoczył. Właściwie są tam same niespodziewane pozycje. W nowym DCU pojawi się kolejny tytuł z wildstormowym rodowodem, czyli "Team Seven" pisany przez Justina Jordana, kojarzonego z przebojowym "The Strange Talent of Luther Strode" od Image Comics, z rysunkami Jesusa Merino. Seria ma być związana z początkami DCnU, a w skład tytułowego zespołu ma tworzyć wybuchowa mieszanka - Dinah Lance, Amanda Waller, Steve Trevor, John Lynch, Alex Fairchild, Cole Cash i Slade Wilson. W "The Phantom Stranger" poznamy dalsze losy tytułowej postaci, która pojawiła się na kartach "Justice League", a przez swoje związki z tajemniczą Pandorą ma odegrać kluczową rolę w powoli zbliżającym się evencie, zatytułowanym "The Trinity War". Dan DiDio pisze, Brent Anderson dba o oprawę graficzną. "Talon" natomiast będzie spin-offem "The Night of Owls". James Tynion IV i Gullem March opowiedzą historię Calvina Rose`a będzie próbował wieść normalne życie i zerwać swoje związki z Court of Owls. Wreszcie, największym zaskoczeniem jest debiut... antologii fantasy. Na łamach "Sword of Sorcery" Christy Marx (skrypt) i Aaron Lopresti (rysunki) opiszą przygody Amethyst, księżniczki Gemworldu, a Tony Bedard i Jesus Saiz wezmą na warsztat mitycznego Beowulfa.

Jim Lee zostawia Ligę Sprawiedliwości. Rysownik, jeden z architektów Nowej 52 i członek zarządu DC Comics zapowiadał, że wraz z Geoffem Johnsem przez dwa lata będzie procwał nad flagowym tytułem relaunchu, ale opuszcza pokład po narysowaniu siedmiu (na razie) zeszytów. Nikt nie jest zdziwiony takim obrotem spraw, bo znając problemy Lee z dotrzymywaniem terminów, wcześniej czy później musiał odpuścić. Bez zmian pozostanie stanowisko scenarzysty "Justice League", które wciąż będzie piastował Geoff Johns, natomiast DC zapowiedział juz, że schedę rysownika obejmie artysta z "górnej półki", który do tej pory bardziej kojarzony był z Marvelem. Ma związać się z serią na dłużej, nawet na dwa lub nawet trzy lata.

Od jakiegoś czasu krążą plotki o skasowaniu serialu "Avengers: Earth’s Mightiest Heroes". Animacja emitowana na Disney XD miałaby zostać zastąpiona przez nową produkcję zatytułowaną "Avengers Assemble". Wszystko wskazuje na to, że tak właśnie się stanie - przed końcem trwającego jeszcze drugiego sezonu Chris Yost i reszta scenarzystów naprędce domyka rozpoczęte wątki, a po animacji widać, że decydenci tną budżet okrutnie. Gwoli prawdy druga seria jest znacznie słabsza od pierwszej. Bardzo żałuję, że zupełnie niewykorzystanego potencjału drzemiącego w niektórych historiach. "Avengers Assemble" mają wystartować w 2013 roku, a jego realizacją ma zająć się departament Marvel Animation w koprodukcji z Film Roman. Jego podstawą mają być filmowi "Marvel`s Avengers", w przeciwieństwie do "A: EMH", który pełnymi garściami czerpał z klasyki Mścicieli. Prawdopodobnie zapowiedz nowej animacji pojawi się podczas konwentu w San Diego.

Po tym, jak Kyle powiedział Northstarowi "tak" na wierzch wypłynęły informacje, jakoby Marvel swój homoseksualny ślub planował znacznie wcześniej. Dale Eaglesham, wraz ze scenarzystami Gregiem Pakiem i Fredem Van Lente, pracowali nad tym pomysłem na łamach serii "Alpha Flight". Nie udało im się go zrealizować, bo tytuł został skasowany po ośmiu numerach, choć podczas FanExpo Canada ogłoszono, że z mini-serii komiks awansuje na on-goinga. Może i do tego by doszło, gdyby pozwolono twórcom na zrealizowanie tego pomysłu - gejowski ślub z pewnością podbił by sprzedaż, wzbudził zainteresowanie mediów i przedłużył żywot "AF". A tak przynajmniej spekulował rysownik serii. Po szybkiej interwencji Marvela Eaglesham jeszcze szybciej zrewidował swoje słowa. Okazało się, że nic takiego nie planowano, a ślub Northstara z Kyle`m od samego początku miał wydarzyć się na łamach jakiegoś x-komiksu.

Kolejnym klasykiem, który zostanie wydany w prawdziwie ekskluzywnym standardzie Artist`s Edition będzie "Tarzan" w wersji Joe`go Kuberta, jednego z najwybitniejszych żyjących artystów komiksowych Ameryki. Uchodząca za jedną z najlepszych, jeśli nie najlepszych z komiksowych adaptacji przygód bohatera Edgara Rice Burroughsa ukaże się, jak zwykle, nakładem IDW Publishing we wrześniu. W liczącym sobie ponad 150 stron albumie znajdzie się komplet sześciu przygód władcy małp, które powstały podczas współpracy Kuberta z DC Comics. Pierwotnie były wydawane w latach 1972 do 1977, trwale zapisując się w komiksowych annałach amerykańskiej branży obrazkowej. Poprzednia zbiorcza edycja została wydana nakładem Dark Horse Comics w trzech osobnych tomach.

sobota, 9 czerwca 2012

#1053 - Komix-Express 143

W zapowiedziach wydawnictwa Centrala na czerwiec pojawił się nowy tytuł i jest nim "Podejdź bliżej" ("Liebe schaut weg") autorstwa Niemki Line Hoven. Komiks został pierwotnie wydany nakładem niemieckiego wydawnictwo Reprodukt i powstał, jako praca dyplomowa autorki w Wyższej Szkole Nauk Stosownych w Hamburgu. W "Podejdź bliżej" Hoven subtelnie splata fragmenty wspomnień trzech pokoleń swojej rodziny w retrospekcję swoich własnych korzeni. Jej dzieło jest poruszającą kroniką rodzinną, w której łączą się ze sobą historia i wydarzenia z prywatnego życia. Komiks, wykonany techniką scratchboardingu, opowiada jak doszło do tego, że autorka urodziła się jako córka Amerykanki i Niemca. Komiks ma mieć swoją premierę podczas Bałtyckiego Festiwalu Komiksu, 30 czerwca i wygląda na to, że będzie to jedyny komiks Centrali wydany w tym miesiącu. "Dzicy" Lucie Lomovej, którzy również zapowiadani byli na czerwiec, zaliczyli obsuwę. W chwili obecnej nie wiadomo kiedy utwór nagrodzony na czeskim festiwalu Komiksfest 2011 ukaże się w Polsce. Wciąż istnieje szansa, że jego premiera będzie miała miejsce jeszcze w tym roku.

"Ziniol" wraca na papier! 23 czerwca, podczas Spotkań Komiksowych w Rzeszowie ukaże się 52 numer magazynu komiksowego redagowanego przez Dominika Szcześniaka. Oprócz tego, że numer będzie liczył sobie 36 czarno-białych stron i będzie ozdobiony świetną okładką Daniela Grzeszkiewicza z Orient-Menem Tadeusza Baranowskiego nie wiadomo nic. Czyżby "Z" wróci na dobre (kolejny raz) na analogowy nośnik? Czy jest to raczej jednorazowe wydarzenie, podobnie, jak było to w przypadku poprzedniego, 51. numeru, związanego ze staraniami Lublina o tytuł Europejskiej Stolicy Kultury? Już wkrótce na stronie "Ziniola" ma pojawić się lista nazwisk osób, które maczały palce w powstaniu 52 i być może wtedy Szcześniak napisze coś więcej w tej sprawie.

Zych w Poznaniu, a Frąckiewicz... też w Poznaniu. 16 czerwca Paweł Zych, jako współ-ilustrator "Bestiariusza Słowiańskiego" pojawi się w księgarni komiksowo-fantastycznej KiK zlokalizowanej przy ulicy Św. Marcina 26. Zdobywca Grand Prix Międzynarodowego Festiwalu Komiksu w Łodzi z 2004 roku będzie rozdawał autografy i pewnie opowie nieco o swojej pracy nad książką. Spotkanie rozpocznie się o godzinie 11:00. A tymczasem w Głośnej (ul. Św Marcin 30/8-9, nad kinem Muza), 12 czerwca pojawi się Sebastian Frąckiewicz. Krytyk komiksowy kontynuuje swoje tournee, na którym promuje książkę "Wyjście z getta. Rozmowy o kulturze komiksowej w Polsce". Spotkanie, które rozpocznie się o godzinie 18:00, poprowadzi nasz redakcyjny kolega, Maciej Gierszewski. Zapraszamy poznaniaków!

Trzeci zeszyt "Białego Orła" braci Kmiołków trafi do sprzedaży 27 czerwca. Epizod, kończący historię narodzin polskiego herosa, zatytułowaną "Pierwszy Lot", doczeka się swojej limitowanej edycji. Wersja ze specjalną okładką zamknie się w 150 egzemplarzach, z czego tylko 100 trafi do powszechnej sprzedaży. A tymczasem inny polski twórca siedzący w szeroko pojętym mainstreamie, Tomasz Kleszcz, ogłosił, że trwają prace nad czwartym tomem "Kamienia przeznaczenia". Autor chce wyrobić się z premierą swojego komiksu na Międzynarodowy Festiwal Komiksu i Gier w Łodzi i liczy, że mu się to uda. My również trzymamy za niego kciuki i prezentujemy pierwszą plansze z "Kamienia" 4.0:

Obowiązkowy news filmowy - Marvel znowu przymierza się do filmowej wersji Black Panthera. Filmowe losy postaci stworzonej przez Stana Lee i Jacka Kirby`ego sięgają prehistorii, to jest 1992 roku, kiedy Wesley Snipes oświadczył, że chciałby się wcielić w postać księcia Wakandy, w utrzymanym w stylu Indiany Jones`a filmie. Produkcją obrazu miała zająć się najpierw Columbia Pictures, potem Artisan Entertainment, ale ostatecznie nic z tego nie wyszło. W 2005 roku prawa do filmowej wersji Czarnej Pantery wróciły z Lionsgate, który kupił je od Artisan, do Marvel Studios. Pierwsze pogłoski o pracach nad filmem pojawiły się w 2009 roku, gdy Dom Pomysłów rozważał przeniesienie na kinowy ekran jednego ze swoich mniej znanych herosow. Wtedy, nic z tego nie wyszło, ale teraz po zatrudnieniu scenarzysty Marka Bailey`a w styczniu 2011, szansę na realizację tego pomysłu rosną. Czyżby ekranizacja "Black Panther" miała być tym tajemniczym filmem zaplanowany przez Marvela na maj 2014 roku?

piątek, 8 czerwca 2012

#1052 - Najważniejsze relaunche

Jeśli jakaś rzecz stała się trendem w amerykańskim przemyśle komiksowym, to były to relaunche.

Ciągle przepracowywanie tradycji, opowiadanie znanych historii na nowo, ciągłe modyfikowanie kanonu i chęć zaczyniania wszystkiego od nowo, z czystą kartą, jeszcze raz – to nieodłączne cechy przemysłu obrazkowego za Oceanem, a jednocześnie najprostsza definicja tego, czym jest relaunch. Próbuje znaleźć jakiś dobry odpowiednik tego terminu w języku polskim, ale nic dobrego nie przychodzi mi do głowy, więc pozostanie przy oryginalnym brzmieniu.


Relaunche, jako takie, mają różne oblicza. Często wiążą się ze zmianą numeracji, lecz nie zawsze. Niekiedy całkowicie odrzucają tradycję danego bohatera, grupy czy serii, a czasem w mniejszym lub większym stopniu zmieniając ich mitologię. Niekiedy obejmują jeden tytuł, całą rodzinę, a czasem – całe komiksowe uniwersa. Zasada pozostaje jedna bez zmian – startujemy od punktu wyjścia (na różne sposoby rozumianego).

Opierając się na zestawieniu opublikowanym na Newsaramie przygotowałem ranking 10 najważniejszych relaunchy w historii amerykańskiego komiksu. W dużej mierze tekst jest przekładem, czego nie ukrywam, ale dodałem kilka moich uwag. Dajcie znać czy chcecie czytać na Kolorowych więcej tekstów tego typu.

10) Valiant odświeża Gold Key
Dziś pewnie niewielu czytelników pamięta wydawnictwo Valiant, które jak równy z równym na początku lat dziewięćdziesiątych rywalizowało z DC Comics i Marvelem. Jego historia to doskonały przykład ciągłego przepracowywania starych pomysłów na nowo. Założone w 1989 roku przez byłego redaktora naczelnego Domu Pomysłów, Jima Shootera, odświeżyło szereg postaci z wydawnictwa Gold Key. Dzięki zaangażowaniu takich twórców, jak Barry Windsor-Smith czy Bob Layton, stworzono nowe uniwersum komiksowe. Wydawnictwo stało się poniekąd ofiarą własnego sukcesu, bo w 1996 roku zostało kupione przez znanego producenta gier komputerowych Acclaim Entertainemtn i zaliczyło kolejnego, twardego relauncha. Cała dotychczasowa historia została odesłana w niebyt, a serie z numerem jeden na okładce, zostały oddane w ręce takich tuzów, jak Warren Ellis, Mark Waid, Kurt Busiek czy Garth Ennis. Niestety, Valiant pod wodzą Fabiana Niciezy jako E-i-C nie przetrwał kryzysu lat dziewięćdziesiątych, ale w tym roku szykuje się jego kolejny powrót – podczas majowego Free Comic Book Day kolejną szansę dostali X-O Manowar, Bloodshot i Harbinger. Czy tym razem się uda?

9) Renesans Zielonej Latarni
W 2005 roku nazwisko Geoffa Johnsa kojarzyli jedynie czytelnicy „Teen Titans”, których udanie odświeżył. W tamtym czasie „Green Lantern” nie mógł marzyć nawet o statusie, jakim cieszy się dzisiaj, nie mówiąc już o sprzedaży. Wtedy Hal Jordan, z jednego z prominentnych herosów DCU stał się szalonym villainem poszukującym odkupienia i, co tu dużo pisać, brakowało na niego pomysłu. Przydzieleni go do roli Spectre`a nie mogło się utrzymać się zbyt długo. Johns przywrócił go do roli w której czuł się najlepiej. Wybielił jego kartotekę retconując zamieszanie z Parallaksem i przygotował pierwsze zręby mitologii Zielonych Latarni, a następnie przywrócił Korpus. Czwarty wolumin „Green Lanterna” okazał się wielkim sukcesem zarówno artystycznym, jak i komercyjnym, stając się w tamtym momencie najlepszą serią super-hero na rynku. Dziś, Zielona Latarni lśni nieco słabiej, ale wciąż jest bardzo silną marką na rynku. „GL” wywindował Johnsa w strukturach DC Comics, a jego praca stawiana był za wzór twórcom, którzy pracowali nad Nową 52.

8) „Star Wars” w Dark Horse Comics
Dzisiaj, naturalnym wydaje się, że za komiksową część multimedialnego imperium George`a Lucasa odpowiada Dark Horse Comics, ale jeszcze 20 lat niewielu spodziewało się, że serie spod szyldu „Star Wars” staną się tak ważnym segmentem rynku komiksowego. Wszystko zaczęło się od Marvela, który po premierze „Nowej Nadziei” nabył prawa do komiksowej adaptacji i kontynuacji filmu, który co prawda stał się przebojem, ale nie był jeszcze taką marką, jak jest teraz. Przez dziewięć lat, do 1984 roku ukazało się ponad 100 komiksów rozwijające uniwersum „Gwiezdnych Wojen” w nieco staroszkolnym duchu „Flasha Gordona”. Później, na krótko wydawnictwo Blackthorne wydało trzy trójwymiarowe zeszyty i wydawało się, że gwiezdno-wojenna franczyza została na długo pogrzebana.
Z dzisiejszej perspektywy wydaje się to niebywałe, ale w latach dziewięćdziesiątych świat „Star Wars” został zapomniany. Dopiero kilka, niezależnych od siebie inicjatyw przyczyniła się do renesansu gwiezdnej sagi, a wśród nich było także „Dark Empire” – sześciu-częściowa mini-serii Toma Veitcha i Cama Kennedy`ego wydana nakładem Dark Horse w 1991. Historia powrotu Imperatora okazała się wielkim sukcesem, doczekała się kontynuacji i zamieniła się w linię komiksową, obecnych na rynku od 20 lat.

7) Rycerze Marvela
Wciąż pozostajemy w trudnych dla komiksu latach dziewięćdziesiątych, ale przenosimy się bliżej nowego wieku. Marvel podniósł się już po rządach Boba Harrasa, ale nowa era Domu Pomysłu miała dopiero nadejść za sprawą Joe`go Quesady. Przepis na sukces imprintu Marvel Knights z 1998 roku był banalny w swojej prostocie – oddajemy w ręce utalentowanych scenarzystów znanych, acz ostatnio podupadłych bohaterów i nie przeszkadzamy im w pracy z wysokości redaktorskich stołków. Decyzjom Joe`go Q. zawdzięczamy drugie życie „Daredevila” (Kevin Smith i Quesada właśnie), „Punishera” (Garth Ennis i Steve Dillon), „Inhumans” (Paul Jenkins i Jae Lee) czy „Black Panther” (Christopher Priest i Mark Texeira). Największym sukcesem okazał się restart Śmiałka. Był to jeden z pierwszych tytułów, którego renowacja możliwa była dzięki wskrzeszeniu ducha lat osiemdziesiątych. A w dwa lat po relaunchu Quesada został mianowany redaktorem naczelnym Marvela i dzięki jego pracy Earth-616 wygląda dziś tak, a nie inaczej.

6) Zburzenie i odbudowanie Avengers
Dzisiaj, kiedy ledwo, co wyszliśmy z kina z seansu filmowych „Mścicieli”, a w czubie najlepiej sprzedających się komiksów z Marvela znajduje się kilka serii z Avengers w tytule, trudno uwierzyć, że w latach dziewięćdziesiątych dominującą marką Domu Pomysłów byli X-Men. Aby przywrócić blask Największym Ziemskim Bohaterom postanowiono poświęcić Capa, Thora, Iron-Mana, Fantastyczną Czwórkę i kilku innych bohaterów w walce z istotą zwaną Onslaught. Po przenosinach do innego wymiaru, mieli na nowo przeżyć swoje przygody, na łamach serii tworzonych przez kilku z ojców-założycieli Image Comics. Jim Lee, Rob Liefeld i Whilce Portacio mieli ich nowe-stare historie. Uniwersum stworzone przez Franklina Richardsa przetrwało tylko rok, bo już w 199 w ramach eventu „Heroes Reborn” wrócili do swojego rodzimego świata. A tam, czekał ich kolejny reboot – w 2004 roku scenarzysta Brian M. Bendis w crossoverze „Avengers: Dissasembled” rozwiązał drużynę tylko po to, aby Mściciele powrócili na łamach nowego on-goinga zatytułowanego „New Avengers”. W dużej mierze dzięki Bendisowi (i millarowym „Ultimates”) to właśnie Avengers są obecnie najważniejszą marką w Dom Pomysłów.

5) Definiowanie Człowieka ze Stali
Po wydaniu radykalnie zmieniającego status quo w DCU „Kryzysu na Nieskończonych Ziemiach” przyszedł czas na opowiedzenie o początkach najważniejszych amerykańskich herosów. John Byrne na łamach sześcioczęściowej mini-serii „Superman: Man of Steel” stworzył nowy origin Supermana, czyszcząc jego mitologię z niepasujących do nowoczesnego stylu opowieści elementów rodem z Srebrnej Ery. Komiks do dziś zaskakuje oryginalnym podejściem do tematu i świeżością spojrzenia, a jednocześnie pozostaje wierny tradycji. Pomimo kolejnych re-tellingów genezy Kal Ela, dla wielu czytelników to właśnie dzieło Byrne`a zdefiniowało postać Supermana. Także dla mnie.

6) Definiowanie Mrocznego Rycerza
Powiedzieć, że tym, kim dla Supermana był John Byrne, dla Batmana stał się Frank Miller będzie grubym niedopowiedzeniem. Miller dla Mrocznego Rycerza i całej branży komiksowej był kimś znacznie ważniejszym – nie tylko odświeżył genezę Gackę, zdefiniował jego współczesne wcielenie w „Roku pierwszym”, ale również wziął na swój warsztat superbohaterski mit w „The Dark Knight Returns” i dokonał absolutnej rewolucji. Oczywiście, „Year One”, jak i „Man of Steel” już od jakiegoś czasu są poza continuity, jednak ten fakt wcale nie umniejsza ich artystycznej wartości, czy tego, że stanowią obowiązkowy punkt odniesienia dla twórców, piszących przygody Batmana i Supermana.

3) Nowa 52
Relaunch DC Comics był jednym z najbardziej ryzykownych ruchów, jakie jakiekolwiek wydawnictwo komiksowe za Oceanem miałoby odwagę uczynić. Tym bardziej zaskakujące jest to, że na taką decyzję poważył się edytor, który uchodził za bardzo konserwatywnego. Dan DiDio, Geoff Johns i Jim Lee restartując wszystkie swoje miesięczniki nie tylko wyrzuciło na śmietnik continuity (choć, jak wiadomo nie całkiem i nie we wszystkich przypadkach), ale przede wszystkim zerwało z wieloletnią tradycją, sięgającą niekiedy 70 lat wstecz. We wrześniu 2011 wszystkie tytuły DC komiks ukazały się z #1 na okładce, dały początek odświeżonemu uniwersum DC i stworzyła tak zwaną Nową 52 (od liczby serii). Choć dziś oferta uległa kilku korektom, to ta nazwa wciąż funkcjonuje. Z pewnością wpływ na decyzję DC miała coraz gorsza rynkowa koniunktura, spadająca sprzedaż i konieczność wkroczenia na arenę cyfrowej dystrybucji. Pod pewnymi względami Nową 52 trzeba uznać za sukces. Inicjatywa odbiła się szerokim echem wśród opinii publicznej, co wymiernie przełożyło się na sprzedaż i rynkowy sukces odnowionego DC. Przypuszczam, że bez „jedynek” branża na początku 2012 roku notowałaby znacznie słabsze wyniki, a Marvel nie ruszyłby z kopyta do odrabiania strat, aby doścignąć swojego konkurenta. Oczywiście, merytoryczna ocena to rzecz osobna i dyskusyjna, ale niewątpliwie rozmach całego przedsięwzięcia nie miał sobie równych w historii amerykańskiego przemysłu komiksowego. 

2) Powrót X-Men
Dzisiaj trudno wyobrazić współczesną popkulturą bez X-Men. Ale czterdzieści lat temu wydawało się, że grupa mutantów, istot obdarzonych niezwykłymi mocami, okaże się jednym z najbardziej nieudanych pomysłów Stana Lee. W latach 1970-1975 „Uncanny X-Men”, sztanadarowy x-miesięcznik sprzedawał się tak źle, że Marvel ograniczył się do drukowania reprintów. Wreszcie, na łamach „Giant-Size X-Men” rozpoczynający swoją przygodę z komiksem Chris Claremont, wspomagany przez dwóch weteranów – Lena Weina i Dave Cockruma – zrobił prawdziwą rewolucję. Wprowadził nową generację mutantów, w której znaleźli się między innymi Wolverine, Storm, Colossus i Nightcrawler, którzy cieszą się dziś znacznie większą popularnością, niż niektórzy z członków oryginalnego składu. Stworzył szereg uchodzących dziś za klasyczne historii. Bez Claremonta i tego relaunchu nie byłoby dzisiaj dziesiątek x-tytułów, kilku seriali animowanych, pięciu filmów i miliardów zarobionych przez Dom Pomysłów dolarów.

1) Początek Srebrnej Ery
Nie można z dzisiejszej perspektywy nie doceniać roli niepozornego „Showcase” #4, w którym zadebiutował drugi Flash, Barry Allen. To był zaledwie kamień (jak się później okazało – kamień milowy), który spowodował późniejszą lawinę publikacji, które dziś uchodzą za klasykę Silver Age – pierwszego renesansu komiksu superbohaterskiego, który po II Wojnie Światowej stracili na swojej popularności na rzecz komiksów wojennych, kryminalnych i opowieści grozy, a także romansów. Przejście od Złotego do Srebrnego Wieku było czymś więcej niż tylko odświeżeniem originów bohaterów DC Comics, to przede wszystkim wyjściem ubranych w kolorowe kostiumu postaci z wieku dziecięcego i stworzenie podstaw współczesnego superbohaterskiego przemysłu.

czwartek, 7 czerwca 2012

#1051 - Bat-Czwartki 01: Blaszany Batmanek ("Batman: The Movie")

"Batman: The Movie" miał swoją premierę w 1966 roku. W tamtych czasach, dla nas zdecydowanie zamierzchłych, by nie powiedzieć prehistorycznych, adaptacje komiksów należały do rzadkości. Kino nie dysponowało jeszcze środkami, które w wiarygodny sposób oddałyby realia komiksów o superbohaterach. Dzisiaj, ówczesne efekty specjalne śmieszą, zamiast budzić podziw. Podobnie, jak niektóre filmy z tamtych lat. Niewątpliwie zestarzały się, ale nie "Batman: The Movie". Nie sposób powiedzieć, aby zestarzał się ktoś, kto nigdy nie dorósł. Ten film to esencja dzieciństwa.

Serial o przygodach Mrocznego Rycerza, z którego wywodzi się film, nie różnił się wiele od innych produkcji tego typu, które nadawano w latach 60-tych w Ameryce. Takie tytuły jak "Man from U.N.C.L.E" czy "Green Hornet" dziś nie mówią wiele młodemu widzowi, ale ponad czterdzieści lat temu rozpalały wyobraźnię widzów na całym świecie. Te sensacyjno–szpiegowskie historyjki pisane na wzór pulpowych książeczek za kilkanaście centów, cieszą się dziś statusem kultowych. Momentami śmieszą naiwnością, ale nie sposób odmówić im uroku. "Batman" był jednym z najpopularniejszych seriali, które wówczas nadawano. Każdy odcinek kończył się emocjonującym cliffhangerem (czy Batman i Robin wydostaną się z ogromnej klepsydry? czy bohaterowie umkną na czas spod ogromnej lupy skierowanej w słońce?) przez co publiczność w napięciu wyczekiwała na kolejny odcinek. Wśród aktorów, którzy gościnnie pojawili się w serialu byli miedzy innymi Vincent Price, Joan Collins, Zsa Zsa Gabor i Bruce Lee. Nazwiska dziś pokryte patyną, wówczas będące u szczytu popularności. Film Leslie H. Martinsona był pierwotnie pomyślany jako pilot serialu, ale ostatecznie producenci postanowili rozszerzyć go do rozmiarów filmu pełnometrażowego. "Batman: The Movie" nie odniósł oszałamiającego sukcesu, ale poniekąd otworzył Batmanowi drogą do przyszłych ekranizacji.

Film rozpoczyna się od znamiennej sekwencji – Bruce Wayne i Dick Grayson podjeżdżają kabrioletem pod drzwi posiadłości. Uśmiechnięci od ucha do ucha wysiadają z wozu i witają się z  Alfredem i anonimową pokojówką. Chwilę potem, już jako Batman i Robin, pędzą na złamanie karku w stronę prującego fale statku. Po drodze pozdrawiają ich miłośnicy fitness trenujący na dachu wieżowca, policjanci i para, która wybrała się na piknik. Tak w dużym skrócie prezentuje się świat, w którym żyją bohaterowie – roześmiany i beztroski; niebezpieczeństwo nawet jeśli istnieje jest daleko i nie zagraża bezpośrednio obywatelom. A wszystko dzięki duetowi Batman i Robin, gotowemu w każdej chwili stanąć do walki ze złem. Dobrze, że są - podsumowuje mężczyzna w parku i na powrót zatapia się w urokach letniego piknikowania.

Atmosferą film jest bliski prostodusznym komiksom o Batmanie z lat 50-tych – bohater staje do walki przestępczością, aby spełnić swój obywatelski obowiązek. Pod maską nie kryje się neurotyczny milioner, ale „zwykły Amerykanin” jak zwięźle tłumaczy Robin. Śmierć rodziców i wywołana nią trauma nie odgrywają tu istotnej roli. Wayne jest wciąż szczęśliwym dzieckiem, które do woli dokazuje, gdy rodziców nie ma w pobliżu. W filmie nie pada ani jedno słowo nawiązujące do morderstwa Thomasa i Marthy Wayne'ów. Autorzy w ciekawy sposób próbują zamaskować ich nieobecność: we wspomnianej już scenie z początku filmu pojawia się Alfred i pokojówka. W komiksie o żadnej pokojówce nie było mowy. Czym tłumaczyć jej pojawienie się w filmie? Po pierwsze, obecność kobiety odżegnuje aluzje, co do rzekomego homoseksualizmu bohaterów – Wayne został wychowany w tradycyjnym modelu rodzinnym, dzięki czemu mógł czerpać wzorce zarówno od kobiety jak i mężczyzny (wspomnienie książki Werthama "Seduction of Innocent" było wówczas bardzo silne). Po drugie, para Alfred i pokojówka są ucharakteryzowani na parę rodziców, którzy witają się ze swoimi dziećmi, cała scena przypomina z kolei ekspozycję rodem z serialu familijnego. Ta sprytna sztuczka ma nas przekonać, że śmierć, szczególnie tak potworna jak śmierć rodziców Wayne'a, nie ma w tym świecie racji bytu.

O ironio, Batman z filmu Martinsona jest bliski wizji superbohatera przedstawionej w "Strażnikach" Alana Moore'a - Batman i Robin w swoich na wpół amatorskich kostiumach przypominają pierwszych Gwardzistów - Nocnego Puchacza, Człowieka Ćmę, Zakapturzonego Sędziego, którzy z równym entuzjazmem postanowili walczyć z przestępczością. Moore próbował wyobrazić sobie jak wyglądałby świat, gdyby istnieli w nim zamaskowani bohaterowie. Tytułowi "Strażnicy" poza jednym wyjątkiem, nie wyróżniają się żadnymi supermocami. To normalni ludzie mający swoje słabości. Moore opisuje ich z odrobiną ironii, trudno nie uśmiechnąć się na widok mężczyzn i kobiet w trykotach i maskach na twarzy. Batman z filmu budzi podobne, jeśli nie bliźniacze odczucia z tą różnicą, że jest pozbawiony ludzkich słabości – to bohater pełną gębą, szlachetny jak skaut i pobożny jak ministrant.

Sławna jest już scena, w której Batman zostaje zaatakowany przez rekina. Choć rekin to odrobinę za dużo powiedziane, bo na pierwszy rzut oka widać, że to atrapa. Batman jednak nie zważa na to i próbuje uwolnić się z "żelaznego" uścisku drapieżnika, jak gdyby od tego zależało jego życie. Jest to podyktowane konwencją, ale przy okazji ta "niedorzeczność" odkrywa przed nami ukryty sens filmu. W scenie, w której bohaterowie dowiadują się o porwaniu statku, zaalarmowani ruszają do jaskini, wskakują na rurę i po chwili są już na dole w kostiumach. Kiedy zdążyli się przebrać, co to za sztuczka? Sztuczka, stara jak świat, a na imię jej wyobraźnia. Po "wstąpieniu" do jaskini bohaterowie przenoszą się do innej, fantastycznej rzeczywistości, którą rządzą inne prawa, prawa wyobraźni – tu wszystko jest możliwe. Batman jest takim samym elementem tego świata, co wybuchający rekin lub bomba rodem z kreskówki, którą bohater stara się rozbroić. Wayne jest dzieckiem, które porusza całym tym światem.

"Batman: The Movie" jest często obiektem żartów. Śmiejemy się z tandetnych kostiumów i naiwności fabuły. Trudno wyobrazić sobie, aby ktokolwiek mógł uznać, że damy się na to nabrać – tu wszystko krzyczy: jestem sztuczne, jestem atrapą! Śmiejemy się z campowej, na wpół ironicznej konwencji. Ale jest to śmiech bezwzględny, kpiący. Traktujemy ten film z wyższością; jesteśmy jak dorosły, który przygląda się dziecku pogrążonemu w zabawie. Dziecku nie trzeba wiele: ze zwykłego patyka może zrobić wspaniały miecz, z ławki pojazd kosmiczny; sprawić, aby plastikowa atrapa zmieniła się w drapieżnego rekina nie jest dla dziecka żadnym wyzwaniem. Sądzę, że oglądając ten film, wielu widzów łapie się za głowy, myśląc, cóż to za durnota, tak jakby sami nie pamiętali swoich zabaw z dzieciństwa. To nie jest kwestia zamysłu autorów, którzy nigdy nie udawali, że kręcą poważny film, to kwestia naszych własnych uprzedzeń. Jeśli je odrzucić, okaże się, że "Batman: The Movie" to bezpretensjonalna rozrywka, która się nie zestarzała. Jest tu kilka żartów nie trafionych, które śmieszą swoją nieudolnością, ale weźmy choćby gag z bombą – Batman biega po molo z bombą nad głową, która lada chwila wybuchnie; przechodnie co chwila wchodzą mu w paradę, tak że bohater nie może znaleźć miejsca, aby zdetonować niebezpieczny ładunek – to slapstick w czystej postaci rodem z filmów Macka Senneta. Nie mniej komiczne są zagadki podsyłane bohaterom przez Riddlera. Ich rozwiązanie wymaga niemal surrealistycznej – a więc poniekąd dziecięcej – wyobraźni. Nic dziwnego, że dojrzali policjanci łamią sobie nad nimi głowę, a Batman od razu potrafi je rozwikłać.

Wayne-dziecko w odróżnieniu od Oscara Mazeratha z powieści Guntera Grassa dorośnie. Dwadzieścia trzy lata później Tim Burton nakręci dużo poważniejszą w tonie opowieść o początkach kariery Człowieka Nietoperza. Po nim Batman wpadnie w ręce Joela Schumachera, który pokaże go w fazie młodzieńczego buntu; aż wreszcie przed kamerą stanie Christopher Nolan i przedstawi jego pierwsze kroki w dorosłym życiu. Mimo czterdziestki na karku Batman jest wciąż młodzieniaszkiem, który dopiero co liznął dorosłego życia. Przez lata zmieniał się w zależności od czasów, w jakich przyszło mu pojawić się na ekranie; dojrzewał, a publiczność razem z nim.  Seria filmów z Batmanem układa się w powieść edukacyjną, spomiędzy kart, której możemy wyczytać prawdę o nas samych: "Batman: The Movie" to łabędzi śpiew amerykańskiej popkultury u progu zmian obyczajowych lat 70; filmy Burtona czerpią z pop-artowej estetyki lat 80; "Batman Forever" i "Batman i Robin" ociekają wątpliwym splendorem lat 90; w filmach Nolana odbijają się niepokoje społeczne początku XXI wieku.

Kto wie, co przyniesie przyszłość? Batman będzie się wciąż zmieniał, ale niezależnie od tego jak potoczą się jego losy "Batman:The Movie" będzie jednym z najjaśniejszych momentów jego filmowej kariery. Każdorazowa przygoda z tym filmem jest jak zjazd w dół zbocza na Różyczce z "Obywatela Kane'a" Wellesa, bądź kęs proustowskiej magdalenki. Nic nie zbliży nas bardziej do tego okresu, zwanego dzieciństwem.

wtorek, 5 czerwca 2012

#1050 - Goon vol. 3: Heaps of Ruination

Oto najlepszy znany mi goonowy tom. O jakiejkolwiek nierówności nie ma już mowy - wysoki poziom od początku do końca. Dla mnie każda z czterech zaprezentowanych tu historii była (jest i będzie?) knockoutem. I po każdej utracie przytomności wstawałem pragnąc więcej. Panie Powell, pan jest nienormalny. Panie Powell, stworzył pan majstersztyk rozrywkowego komiksu, moim skromnym zdaniem.

No dobra, nie tylko moim - tak jak w 2004 roku, tak i w 2005 autor został za "Goona" nominowany do nagród Eisnera. Ponownie w tych samych czterech kategoriach. W kończącej tom opowieści pt."The Vampire Dame Had To Die!" pojawiła się nawet chamska dygresja na temat owych nominacji. Oto na scenie stoi ubrany w garnitur Franky i przedstawia publiczności niedorozwiniętego chłopca zwącego się Peaches Valentine, specjalizującego się w rozsmarowywaniu swoich odchodów w przeróżnych miejscach (po raz pierwszy pojawił się w poprzednim wydaniu zbiorczym, w równie krótkiej opowieści o "amerykańskiej dziewczynce posiadającej kretyna"). Młodzieniec robi to, co umie najlepiej, choć tym razem ekskrementy lądują na jego głowie. Na koniec przedstawienia dumnie wyciąga tabliczkę z napisem "2004 Nominee For Four Eisner Awards!". Na scenę wkraczają wówczas komiksowi krytycy, będący zapewne członkami eisnerowskiej komisji, i rozpoczynają pseudo-intelektualną analizę tego, co właśnie ujrzeli. Dopiero Franky, dzierżąc w dłoni spluwę, wyprowadza ich z błędu, w typowy dla siebie sposób. Zgaduję, że bardziej bezczelnego (i głupiego) żartu Powell już chyba nie mógł na ten temat wymyślić. Ale komisja wcale się nie obraziła - tym razem otrzymał już nie jedną, a dwie statuetki, w kategoriach Best Humor Publication oraz Best Continuing Series.

Muszę tu jednak zaznaczyć, że opisany żart doceniam za odwagę, nie za jakość, bo od pozostałej zawartości albumu odstaje. Ale to tylko 2 strony na wszystkich 128. W każdym razie z chamstwem i prostactwem jest w "Goonie" tak samo, jak z absurdem i czarnym humorem, który nieoczekiwanie ustępuje czasem miejsca śmiertelnej powadze. Czy też jak z gatunkami, którymi Powell ciągle żongluje - od komedii przez western po horror i noir. Ten komiks to - w swoich najlepszych odsłonach - mieszanka wszystkiego, pod niemalże każdym względem. W ten sposób nigdy nie wiadomo, kiedy w danej historii pojawi się coś brutalnego czy wulgarnego, a kiedy inteligentnego czy nawet uroczego. W tym właśnie tkwi jego siła. Ale przejdźmy do poszczególnych historii, jakim przyszło znaleźć się w tym znakomitym zbiorze.

Oto w twierdzy Bezimiennego Kapłana od miesięcy już więziony i torturowany jest Buzzard, nieśmiertelny ex-szeryf pożywiający się trupim mięsem. Resztką sił udaje mu się uwolnić trzymanego w słoiku obok duszka będącego "dzieckiem mgły i Księżyca", który w ramach podziękowania (i nie tylko) przybiera postać szkieletu sępa, aby poinformować o nieciekawym położeniu Buzzarda samego Goona. I poprosić o ratunek, oczywiście. No i nasz bohater zbiera w końcu ekipę przeróżnych znajomych bandziorów i rusza do akcji. Bardzo proste i bardzo wkręcające (jeśli tylko zdążyło się wcześniej poznać odpowiednie postaci). Pozornie niezbyt oryginalne, ale ostatecznie zmierza w bardzo zaskakującym kierunku. Dużo akcji i humoru, rozbrajające dialogi i hasła (mój faworyt to: "There's a werewolf and a giant robot killing my zombies! Release the great zombie chimp!"). No i bardzo fajnie zobaczyć wreszcie wilkołaka Merle'a w scenie innej niż gra w pokera czy chlanie alkoholu (nie, żeby takie sceny nie były tu fajne).

Kolejna historia, to już zupełnie inna bajka. "Lagarto Hombre", bo tak się nazywa, to nominowana do Eisnera w kategorii Best Single Issue opowieść o wielookiej kreaturze z innego wymiaru, która z bardzo pustym żołądkiem przybywa do świata Goona. Co wzbudza zainteresowanie zarówno bohatera, jak i szalonego Dr. Alloya, który przecież nie marzy o niczym innym, jak o uratowaniu ludzkości przed jakimkolwiek zagrożeniem. Jest to jedna wielka parodia - czy może pastisz - starych monster movies, choć grzechem byłoby nie wspomnieć też o pewnym fragmencie stylizowanym na western, a nawiązującym do kina Sergio Leone (sposób, w jaki Powell to zrobił, rozłożył mnie to na łopatki). To, co w historii najlepsze - po mocnych punktach zwrotnych - to sama narracja. Do bólu patetyczna i tak samo ironiczna, wzorowana na trailerach starych horrorów i sci-fi klasy B (do głowy przychodzą też hollywoodzkie produkcje, z "King Kongiem" na czele).

Najbardziej z całego tomu lubię historię numer 3, gdzie do akcji wkracza Hellboy. Początek historii spłodził sam jego ojciec, Mike Mignola. Oto Piekielny Chłopiec przybywa do nawiedzonego domu. Błądzi miedzy obserwującymi go z obrazów postaciami, aż wreszcie znajduje stary, zniszczony komiks - "The Goon Magazine". Ledwie go podnosi, a otrzymuje solidny cios w tył głowy. Kiedy otwiera oczy, znajduje się w goonowym uniwersum, gdzie ze względu na kolor skóry automatycznie brany jest za komunistę. Od tego miejsca historię rysuje już Eric Powell. Oczywiście Hellboy szybko spotyka Goona i Franky'ego, co owocuje masą zabójczych dialogów (Franky nadaje mu imię Rosie), a w końcu bierze udział w masakrowaniu zombiaków przemycających świńskie kotlety. Ale to dopiero początek. Szaleństwo za szaleństwem, prawda?

Nie wiem czy to, co piszę brzmi zachęcająco, bo ciężko chyba w pełni oddać charakter tego komiksu. Mam wrażenie, że opisując jego komiczne elementy pozbawiam je komizmu. Cóż, to trzeba po prostu samemu poznać. W każdym razie wspomniane historie to - pomijając pewien bardzo smutny akcent - czysto rozrywkowa rozpierducha. Lekka, bezpretensjonalna, emocjonująca, oryginalna, odważna, upiorna, nieobliczalna, do łez rozśmieszająca... I tak dalej. W związku z tym ostatnia opowieść - wspomniana wcześniej "The Vampire Dame Had To Die!" - jest ich niemalże przeciwieństwem. Zaczyna się absurdalną szyderą z wampirów, ale szybko przekształca się w całkowicie poważny, gotycki melodramat. Romantyczny i w pewnym momencie naprawdę poruszający. Niemożliwe? Cóż...

niedziela, 3 czerwca 2012

#1049 - Komix-Express 142

Myślałem, że doczekaliśmy się czasów, kiedy w mainstreamowej prasie znalazła się pewna grupa rzetelnych dziennikarzy i publicystów, którzy na komiksie się znają. Potrafią pisać o nim w sposób interesujący i spojrzeć z perspektywy, która często jest niemożliwa do osiągnięcia w komiksowie. Pamiętam, jak na fali komiksowego boomu nowego wieku, kiedy Egmont sięgał po władzę na rodzimym rynku, w wysokonakładowej prasie i internecie pojawiały się fantastyczne kwiatki pisane przez ludzi, którzy nie mieli zielonego pojęcia o tym, czym wypełniali swoje wierszówki. Na forum Gildii nawet specjalny wątek założono do piętnowania co bardziej "rzetelnych" twórców. A ileż śmiechu przy tym było, co te pismaki wymyślały, że, ho ho! Dlaczego o tym pisze? Ano dlatego, że czytając tekst Katarzyny Kamińskiej znaleziony na lisowej platformie Na Temat poczułem się jakbym wrócił do tamtych pięknych czasów. Pomijam już styl, w jakim utrzymany jest sam wpis, bo rozumiem, że szukający taniej sensacji język tabloidów, to obowiązująca w wielu tytułach dziennikarska poetyka. Bardziej boli mnie to, że szanowana pani Kamińska jest na bakier z logicznym myśleniem i nie potrafi nawet umiejętnie skompilować źródeł. W jej tekście-potworku, traktującym o domniemanym homoseksualizmie Batmana pomieszała dwie sprawy. Wywiad Granta Morrisona dla "Playboy`a", w którym szkocki twórca dzieli się swoimi idiosynkrazjami dotyczącymi komiksu superbohaterskiego, zmiksowała z zapowiedziami DC Comics o uczynieniu jednego ze swoich ikonicznych bohaterów gejem.  Wypowiedzi scenarzysty "Batman Inc." i "Batman & Robin" jakkolwiek często są bardzo interesujące, ale wcale nie muszą mieć zbyt wiele wspólnego z komiksową czy jakąkolwiek inną rzeczywistością. Ale co tam, rezolutna dziennikarka dodała dwa do dwóch i wyszło jej pięć - skoro Morrison tak mówi, to nie może być przypadek, a jego wypowiedzi muszą pokrywać się z tym, co zapowiedział Dan DiDio na londyńskim KaPow! Rozumiem, że każdy ma prawo do błędu, sam je przecież często popełniam, ale pisanie takich piramidalnych bzdur, licząc, że ciemny czytelnik to łyknie i nabije wejścia na stronie, jest w bardzo złym smaku. Powiedziałbym nawet, że urąga dziennikarskiej rzetelności.

Rzecz jest tym bardziej tym bardziej żenująca, że w roli konsultanta od kolorowych zeszytów wystąpił Łukasz Chmielewski, jeden z redaktorów Alei Komiksu, obecny również na łamach Na Temat, kuriozalnie określany, jako "krytyk komiksów". Cóż, to ja od dziś będę "krytykiem książek". Popularny Ljc nie tylko nie wyprowadził swojej koleżanki z błędu, ale jeszcze popisał się swoją batmańską erudycją pisząc, że ostatnia u Batmana źle się dzieje. Podobno nie tak dawno "złamano mu kręgosłup" (w 1993 roku? To przecież epoka albo dwie dla rynku komiksowego!), "trafił do zaświatów" (a nie podróżował w czasie?), a "Morrison poszedł na łatwiznę" z czego wynikałoby, że w jakimś pisanym przez Morriego komiksie Batman rzeczywiście wychodzi z szafy. Zarówno Kamińska, jak i Chmielewski piszą w takim tonie, jakoby Mroczny Rycerz rzeczywiście zrobił coming out, co oczywiście jest wierutną bzdurą i nie ma nic wspólnego z rzeczywistością. Ani promocją "The Dark Knight Rises".  Do tego całego zamieszania wrzucono jeszcze Milesa Moralesa, który "jest w połowie Afroamerykaninem, w połowie Latynosem, a do tego jak sugeruje wielu-gejem" - no na wielkich przedwiecznych, z czyich ust takie sformułowanie padło i nie było zabarwione ironią w stylu "to może teraz jeszcze z niego geja zrobicie?".

Nie tylko piłkarskie Euro połączy Polaków i Ukraińców - 19 maja swoją premierę miał "Woroszyłowgrad". Komiks autorstwa Artura Wabika (scenariusz) i Marcina Surmy (rysunki) powstał na podstawie powieści ukraińskiego prozaika Serhija Żadana pod tym samym tytułem. Książka ukaże się na polskim rynku dopiero w 2013 roku, a na razie musimy zadowolić się jej komiksową adaptacją. Album zadebiutował w Ługańsku (dawniej Woroszyłowgradzie), w ramach festiwalu Artdrome, imprezy łączącej ukraińską literaturę, polski komiks i street art z obu krajów. "Woroszyłowgrad" w ukraińskiej wersji językowej można było kupić podczas Nocy Kultury w Lublinie (2-3 czerwca 2012). Również wtedy odbyło się spotkanie z autorami, o którym na łamach Ziniola pisze Dominik Szcześniak. W planach znajduje się wydanie również polskiej wersji tej publikacji.

Obowiązkowy news filmowy (polski) - nie sposób nie wspomnieć o filmowym "Tymku i Mistrzu"! Serial komiksowy, który zadebiutował na łamach "Komiksowa", komiksowego dodatku do "Gazety Wyborczej" w 2002 roku, będzie kolejnym, który zostanie przerobiony na film. Pracować nad nim będą jego "rodzice", czyli Tomasz Leśniak i Jerzy Skarżycki wraz z SPI. Jak na razie tylko tyle można dowiedzieć się z oficjalnego fan-page'a "TiM", ale trzymamy rękę na pulsie i z pewnością będziemy informować o tym projekcie. "Jeż Jerzy", "Thorgal", "Łauma", "Funky Koval", "Czasem", "Wilq"... co dalej?

Obowiązkowy news filmowy (zagraniczny) - rozpoczęły się zdjęcia na planie trzeciego "Irona-Mana". W obliczu kasowego sukcesu "Avengers" budżet produkcji Shane`a Blacka (reżyseria i scenariusz) i Drew Pearce (scenariusz) zwiększono ze 140 do 200 milionów. Na ekran powrócą Robert Downey Jr, Gwyneth Paltrow i Don Cheadle, a swoje debiuty zaliczą Ben Kingslay, Guy Pearce i Andy Lau, a także... Adam Sandler. Fabuł trzeciego "Żelaźniaka" ma być luźno oparta na treści historii "Extremis" Warrena Ellisa i Adiego Granova, a rolach głównych villainów obsadzeni będą Aldrich Killian, prawdopodobnie odpowiedzialny za stworzenie nowego modelu nanotechnologicznej zbroi oraz Mandarin, związany prawdopodobnie z terrorystyczną organizacją Ten Rings, która pojawiła się w pierwszej części. Oprócz tego na ekranie ma pojawić się zbroja Iron Patriota, której podczas "Mrocznych Rządów" używał Normana Osborn. Oryginalnego Green Goblina jednak nie uświadczymy, bo prawa do jego filmowego wizerunku posiada Sony, a nie Marvel Studios. Z tego, co mówi Black, "Iron-Man 3" ma być swoistym powrotem do korzeni, skupionym na postaci Tony`ego, podobnie, jak miało to miejsce w pierwszej części.


sobota, 2 czerwca 2012

#1048 - Trans-Atlantyk 191

W nieco ponad tydzień od momentu, w którym Dan DiDio zapowiedział, że jeden z ikonicznych herosów DC Comics okaże się gejem wiemy już kgoso spotka ten zaszczyt. Na czoło kandydatów szybko wysforował się Alan Scott, którego obstawiał Rich Johnston z BleedingCool i, jak zwykle, miał rację. W zapowiedziach "Earth-2" można zobaczyć Scotta w miłosnym uścisku ze swoim kochankiem/chłopakiem. Oryginalny Green Lantern został wymyślony przez Martina Nodella i Billa Fingera w 1940 roku. Najwyraźniejsze chyba ucieleśnienie odwagi i idealizmu, uosobione w klasycznym modelu amerykańskiego superbohatera zyska nowy, homoseksualny odcień. W pierwotnej wersji zielone moce Zielonej Latarni były magicznego pochodzenia, a jedyną piętą achillesową Scotta było... drewno. Tak, miał słabość do drewna (już tłumaczę - z angielskiego "wood" jest jednym z synonimów pewnego męskiego organu). W nowym DCU klasyczny heros zamieszkuje Ziemię-2. James Robinson, od którego wyszedł pomysł zmienienia orientacji Alanowi, mówi, że chciał w ten sposób wypełnić pustkę po Obsidianie. Syn Latarnika ze Złotej Ery był gejem i niestety nie udało mu się przetrwać relaunchu. Jak zapowiada scenarzysta nie będzie to ostatni homoseksualista w jego komiksie...


"Avengers vs. X-Mena" trwa w najlepsze, ale już teraz pojawiają się plotki dotyczące przetasowań wśród autorów, które pojawią się po zakończeniu eventu. Przy okazji premiery filmowych "Avengers", w których po napisach swoją obecność w marvelowskim movieverse potwierdził Thanos, a jego pierwowzór pojawił się w serii "Avengers Assemble" mówi się, że Brian M. Bendis przejmie któryś z kosmicznych tytułów. Może nowego "Novę", może "Guardians of the Galaxy", którzy również pojawili się w "AA". Albo jakąś mutację kosmicznych X-Men. Pogłoski o przejęciu mutantów przez Bendisa krążą już od dłuższego czasu i wcale nie muszą wykluczać się z ostatnimi informacjami. Bo czemu nie zabrać mutantów w kosmos, skoro na ziemi im tak źle? Miejsce Bendisowi zrobiłyby "Uncanny X-Men" Kieron Gillen, który na konwencie w Phoenix wzdychał do pisania "Iron Mana" i niewykluczone, że wraz z Gregiem Landem zluzuje Matta Fractiona.

Znany z emitowanego na antenie MTV realisty show "Jersey Shore" Mike "the Situation" Sorentino wystąpi we własnym komiksie. Jeśli nie wiecie kto zacz, to wystarczy spojrzeć na okładkę - siłka, solarka, suczki i melanże, te klimaty. Co ciekawe produkcją komiksu zajmie się Wizard World i MPS Entertainment. Opartą na biografii Sorentino historia zostanie zrealizowana przez scenarzystę Paula Jenkinsa i rysownika Talenta Caldwella, a więc twórców, którzy raczej do anonimowych nie należą i przy "normalnych" seriach pewnie znaleźliby zatrudnienie. Szczególnie autor "The Incredible Hulka", "Petera Parker, Spider-Man", "Inhumans", "Hellblazera", "Wolverine: Origin", który ma w dorobku statuetkę Eisnera. Okładki przygotuje Greg Horn, który jak inny artysta w branży nadaję się do rysowania hojnie przez chirurgów obdarzonych dam w rozerotyzowanych pozach.

W maju wystartowała seria "Superman Family Adventures", tworzona przez autorów odpowiedzialnych za "Tiny Titans". Art Baltazar i Franco stworzyli superbohaterski komiks dla dzieci, posługując się klasycznymi dla gatunku schematami i miłą dla oka, choć nieco infantylną, grafiką. Opowieść o szkole dla sidekicków była również nasycona szeregiem odwołań do regularnego uniwersum DC, inside-joke`ów i w ogóle sprawiała dużo radości także dorosłym czytelnikom. W podobnym stylu będzie utrzymana ich kolejna produkcja. Czytając preview serii można zobaczyć Człowieka ze Stali robiącego rzeczy, które... no cóż, powinien robić Człowiek ze Stali. Ratowanie Metropolis przed lecącym w stronę miasta meteorytem, flirtowanie z Lois, kłótnie z Perry`m White, bijatyki z robotami nasłanymi przez Lexa Luthora, team-upowanie się z Supergirl, Superboye`m i Superpsem. Przyznaje, komiks ma naprawdę sporo uroku, komiksowej zajawki i dużo supermańskiego ducha, którego często w "głównych" seriach często brakuje.

Greg Rucka potwierdził, że pracuje nad kolejną serii "Stumptown". Pierwszy zeszyt ma się ukazać jeszcze przed końcem roku, na jesień. "The Case of the Baby in the Velvet Case" wystartuje we wrześniu i wydany zostanie nakładem Oni Press. Greg, w wywiadzie dla Newsramy nie chciał nic więcej na ten temat powiedzieć, oprócz tego, że nie che aby przerwy pomiędzy kolejnymi numerami wydłużały się w miesiące, nauczony złymi doświadczeniami. Tak czy siak - warto czekać. Pierwsza, czteroczęściowa seria "Stumptown" pomimo, że w segmencie kryminałów noir musi radzić sobie z wyborową konkurencją, sprzedawała się bardzo dobrze, a krytycy ją dopieszczali.

Teraz, każdy miłośnik "Strażników" (albo i nie) będzie mógł własnoręcznie wbić nóż prosto w serce Alana Moore`a. Oczywiście, dla bezczeszczących dziedzictwo najwybitniejszego artysty komiksowego naszych czasów "Before Watchaman" to za mało, o wiele za mało, więc firma Dynamic Forces na filmowej licencji Warner Bros przygotuje... rorschachowy toster. To pewnie zupełny przypadek, że na przyozdobienie opiekacza do chleba, w którym rano będzie można przygotować chrupiące śniadanie wybrano akurat bezkompromisowego i brutalnego stróża prawa...

piątek, 1 czerwca 2012

#1047 - Kamień przeznaczenia 3

Odliczanie do apokalipsy trwa dalej. Marduk jest coraz bliżej osiągnięcia swojego celu – udało mu się dorwać Sama, ale nadzieją ludzkości wciąż pozostaje jego uczeń, Dux. Prezydent najpotężniejszego mocarstwa na ziemi przygotowuje się na odparcie zbliżającego się do naszej planety tajemniczego obiektu. Tymczasem do gry o losy świata wkracza nowa siła, która może przechylić szalę zwycięstwa…

Trzeci „Kamień przeznaczenia” to (nie licząc okładek poszczególnych tomów) 43 strony akcji, a więc taki większej objętości zeszyt lub mini-album. Pod względem fabularnym ten tom wydaje się być największym fillerem serii. Historia niby zostaje popchnięta do przodu, ale komiks nie jest treściwy, brakuje mu mięsa brzydko mówiąc, nie mówiąc już o jakimkolwiek dramatyzmie. Marduk ściga Duxa, ale walka pomiędzy nimi rozegra się dopiero w następnym numerze. Tajemniczy obiekt wystrzelony z Marsa wciąż zbliża się w kierunku ziemi. Co z Nataszą i jej rolą w całej awanturze z starodawnymi bóstwami – wciąż nie wiadomo. Co z kamieniem? Rozumiem, że taka chwila oddechu przed wielkim finałem (który nastąpi w czwartym epizodzie?) jest potrzebna, ale myślę, że dałoby się ją lepiej rozegrać.

Trzy tomy „Kamienia przeznaczenia” wydają się być miarodajną próbką umiejętności jego autora. Niestety w obranej konwencji Tomasz Kleszcz poziomu dzielącego solidnego wyrobnika, od kogoś więcej nie przeskoczy. A przynajmniej nic na to w tej chwili nie wskazuje. W kolejnym „Kamieniu” znowu widać progres pod względem wizualnym, ale największe bolączki oprawy graficznej wciąż nie zostały wyeliminowane. Miejscami boleśnie kuleje anatomia (podejrzanie niski tułów obecny na stronie ósmej czy dziwna budowa karku na siedemnastej), nadal trzeba popracować nad twarzami (czternasta strona ostatniego rozdziału). Kleszczowi brakuje stabilizacji formy – zdarzają się kadry po których widać, że były długo dopieszczane, ale trafiają się również te, robione po łebkach. Pod względem narracyjnym nie jest źle, ale nie rozumiem awersji do korzystania ze speed lines, które do opowieści obfitującej w dynamiczne sceny doskonale by pasowały. Podobnie, jak perspektywiczne skróty, z których Kleszcz niemal nie korzysta.

To wszystkie niedociągnięcia byłbym w stanie Kleszczowi wybaczyć, ale nie przełknę tego, że w jego kresce brakuje lekkości, swobody, wyczucia. Rysunkowo najbardziej wadzi mi jego toporność. Z tego właśnie powodu komiks pod względem wizualnym jest po prostu nieatrakcyjny. „Kamień”, jako komiks mainstreamowy, powinien być prawdziwym eye-candy i swoimi rysunkowymi walorami nadrabiać płaskość sensacyjnego scenariusza. Moim skromnym zdaniem świetnie Kleszczowi zrobiły pobyt w jakiejś amerykańskiej szkole cartoonowej ilustracji, w której taki samouk, jak on, poznałby kilka przydatnych sztuczek, podszkoliłby warsztat, nabrałby pewności siebie. Wiedza i technika, do której dochodzi własną drogą, bolesną metodą prób i błędów, zostałaby mu podana na tacy.

Pozostając jeszcze w temacie szeroko pojętej oprawie graficznej – zupełnie nie rozumiem zamiłowania autora do czerni i ciemnych odcienie szarości. Bieli w „Kamieniu” właściwie nie można uświadczyć, jeśli nie liczyć dymków. Na mnie zrobiło to raczej negatywne wrażenie i jeszcze pogłębiło efekt toporności, o którym wspomniałem powyżej. Szkoda, że Kleszcz nie ma nad sobą jakiegoś redaktora, z którym mógłby popracować nad estetyką wydania.

Nie ma się co czarować. „Kamieniowi przeznaczenia” wciąż sporo brakuje do średniej klasy produkcji o podobnym profilu taśmowo schodzących z amerykańskich czy europejskich komiksowych linii montażowych. Usterki obecne są na wszystkich poziomach – od strony edytorskiej, przez kompozycję, aż do wizualnych kiksów. Ale pewnie moje słowa krytyki nie zrażą Tomka, który ciśnie dalej. I dobrze. Niech ciska. 

czwartek, 31 maja 2012

#1046 - Ligatura 2012: Ligatura Pitching

Twórcy poznańskiego festiwalu od początku nie kryli, że to właśnie pitching jest dla nich najważniejszy. I nie ma się co dziwić. Prezentacja projektów międzynarodowych artystów dokonana przed publicznością i jury celem wyłonienia, a następnie opublikowania tego najlepszego (ewentualnie tych najlepszych), to świetny pomysł nie tylko z marketingowego punktu widzenia. W pewnym sensie jest to, w zależności od wybranej pracy, możliwość znalezienia się w samym środku czy nawet na samym początku procesu twórczego danego artysty (niektórzy przedstawiali komiksy już praktycznie gotowe, tylko czekające na wydawcę, inni ledwie zarysy ewentualnych publikacji). Wreszcie to swego rodzaju wehikuł czasu. Wszak przyszłość medium spoczywa w rękach właśnie tych artystów, młodych i jeszcze szerzej nieznanych. Za sprawą Ligatury u części z nich niebawem się to zmieni.


Do tegorocznego pitchingu zgłoszone zostały równo 73 projekty z 19 krajów, a na festiwal zakwalifikowanych zostało 20 z nich. Prezentacje podzielone zostały na 2 spotkania. Pierwsze odbyło się w piątkowe popołudnie, kiedy to jeszcze, niestety, nie udało mi się dotrzeć do Poznania; czego żałuję tym bardziej, że to właśnie dwójka z pierwszej dziesiątki wybranych artystów zajęła zaszczytne pierwsze i trzecie miejsce na podium (kolejno Bart Nijstad z Holandii oraz Archie Fitzgerald z Wielkiej Brytanii). Miejsce drugie zajęły zaś działające pod wspólnym pseudonimem Zonika nasze rodaczki, Monika Powalisz i Zosia Dzierżawska. Od przedstawienia ich projektu, zatytułowanego "Serce ze śniegu", rozpoczęła się sobotnia część pitchingu.

Oprócz wspomnianych pań Polskę reprezentowała jeszcze Maria Rostocka oraz Robert Olesiński i Michał Madej. Pozostali uczestnicy przyjechali do nas z Węgier, Wielkiej Brytanii, Rosji, Słowacji i Czech. W większości wypadków przedstawione prace znacznie różniły się od siebie, chyba pod każdym możliwym względem. Niektórzy stawiali na abstrakcyjność i/lub absurd, inni na "zwyczajność" lub jej przeciwieństwo w postaci czystej wody gatunku, jeszcze inni na śmiałe eksperymenty formalne. Nie zabrakło nawet postapokaliptycznej mangi, choć jej autor, Dmirty Dubrovin, skośnymi oczami pochwalić się nie mógł. Nie musiał.

Było parę projektów, które wydały mi się nijakie i dziś już nic z nich nie pamiętam, dominowały jednak te, na które najlepszym określeniem będzie przymiotnik "ciekawe" (czasem "bardzo"). Jednym z nich była zaskakująca (także swoją prostotą) opowieść o wschodnioeuropejskim piosenkarzu pop noszącym jakże wymowne nazwisko Yuri Valentin. Piosenkarzu, któremu podczas podróży na koncert do pewnego miasteczka przydarza się nie lada nieszczęście - oto rzeka, którą płynął, rzeka przecinająca pustynię (!), niespodziewanie wysycha. Kto by pomyślał, że jedynym ratunkiem mogą okazać się łzy mieszkańców wspomnianego miasteczka? Odpowiedź brzmi: David Biskup.


Pierwszym z dwóch projektów, które spodobały mi się najbardziej było wspomniane wcześniej "Serce ze śniegu", opowieść o przypadkowym spotkaniu przed kinem dwójki ex-kochanków. Razem wybierają się na tytułowy film (którego fabuła stanowi ilustrację ich dawnego związku), zaś po seansie ruszają wspólnie na plac zabaw, gdzie nieoczekiwanie wpadają w pętlę czasową... Do finału realizacji komiksu autorkom jeszcze czasu trochę chyba zostało, ale przedstawione przez scenarzystkę opisy i szkice wskazują na subtelną i szczerą opowieść miłosną (czy też miłosno-egzystencjalną), której nie powstydziłby się sam norweski mistrz minimalizmu znany jako Jason. 

Jeszcze bardziej podobała mi się jednak przedstawiona przez Petra Novaka antyczna opowieść pod tytułem "A Misty Island Crimson-Coloured" opowiadająca o upadku Celtów. Upadku, do którego doszło za sprawą wysłanych przez Cesarza elitarnych żołnierzy mających wyplenić z Anglii "barbarzyństwo" i pogaństwo. Choć prezentacja ograniczała się do samych ogólnikowych opisów i szkiców koncepcyjnych, historia wypadła bardzo interesująco, przede wszystkim za sprawą dynamicznych rysunków i scenariusza zapowiadającego się jako rzecz bardzo dopracowana dramaturgicznie, wreszcie - a może przede wszystkim - za sprawą śmiertelnie poważnego potraktowania przez twórców celtyckiej mitologii, które to komiks zabiera w rejony fantasy. Oto bowiem do walki z Rzymianami stają nie tylko oczekiwani wojownicy, ale też tworzone przez druidów celtyckie żywe trupy czy sporej wielkości "drzewne potwory".

Jedną jedyną rzeczą, do której mógłbym się przyczepić, był jedynie brak mikrofonu. Wystarczyło, że dany projekt przedstawiał nieco ciszej mówiący autor, aby ciężko było usłyszeć przynajmniej część jego wypowiedzi. Zwłaszcza, jeśli siedziało się na końcu sali, a za sąsiadów miało się ludzi, którzy chwilami bardziej zainteresowani byli sobą niż prezentacjami. Jeśli przymknąć na to oko (a zdaje się, że bez tego obejść się nie może), to nie pozostaje nic innego, jak tylko organizatorom gratulować.


środa, 30 maja 2012

#1045 - Ta piękna wojna ("Marvel`s Avengers 3D")

Seansowi "Avengersów" powinien towarzyszyć dreszczyk emocji i podniecenia. Co takiego zgotował nam Joss Whedon i spółka? Po latach oczekiwań i miesiącach spekulacji wreszcie dowiemy się wszystkiego. Teraz, zaraz, będziemy wreszcie mogli odetchnąć z ulgą. Koniec ze snuciem teorii i przypuszczeniami na temat rzekomych przeciwników i przebiegu fabuły. Stojąc przed kinem w ciepłe majowe popołudnie, nie czuję jednak podniecenia. Do seansu dzielą mnie ledwie minuty, a ja nie przestępuję nerwowo z nogi na nogę, nie wyrywam  się, choć myślałem, że nie będę mógł opanować nerwów. Nagle wszystkie te miesiące, spędzone na oczekiwaniu i analizowaniu zwiastunów i przecieków ze studia, straciły dla mnie znaczenie. Świeci słońce, na niebie nie widać nawet jednej chmurki, a ja zaraz znajdę się w gronie starych znajomych.

Ta historia rozpoczęła się w 2007 roku, gdy w maleńkiej scence na koniec "Iron Mana" Nick Fury obwieścił Tony'emu Starkowi zamiar zebrania największych ziemskich herosów w jednym zespole. Od tego czasu Marvel sukcesywnie rozbudowywał swoje uniwersum. Fury'ego zaś uczynił swoim posłańcem. Jego obecność na ekranie zawsze była swego rodzaju obietnicą - gdy wydawało się, że to już koniec, na scenie zjawiał się szef S.H.I.E.L.D i triumfalnie obwieszczał, że to dopiero początek. I rzeczywiście, "Avengers" otwierają zupełnie nowy rozdział w historii Marvel Studios. Spełnił się sen Kevina Feiga i filmowe uniwersum Marvela stoi na solidnych fundamentach i czeka na przyjęcie kolejnych bohaterów z kart komiksów. Spełnił się sen fanów, bo dostali film o jakim marzyli - "Avengersi" to w dorobku Marvela prawdziwa perła, creme de la creme.

Po wygnaniu z Asgardu Loki postanawia zaatakować Ziemię i tym samym upiec dwie pieczenie na jednym ogniu – ogłosić się królem i utrzeć nosa swojemu zarozumiałemu braciszkowi, który Ziemię darzy szczególnym uczuciem. Aby osiągnąć swój cel potrzebuje Tesseraktu, który jest w rękach Nicka Fury'ego. Bez kłopotu kradnie go i rozpoczyna przygotowania do inwazji na Ziemię. Fury w obliczu zagrożenia wraca do pomysłu stworzenia oddziału Mścicieli. Ten pomysł nie spotyka się z entuzjazmem ze strony zainteresowanych. Zdaje się niemożliwe, aby pogodzić ze sobą tak różne indywidualności, które na dodatek zbytnio za sobą nie przepadają - Stark jest egocentrykiem, Rogers jest zbyt dumny, Thor wyniosły. Każdy z herosów nosi w sobie jakaś skazę, która go określa. Na wojnie jednak wszyscy są równi i aby przeżyć muszą ze sobą współpracować.

Nie jesteśmy żołnierzami! - wykrzykuje cywil nad cywilami Tony Stark w twarz żołnierza idealnego - Steve'a Rogersa. Ma rację, ale czas ku takim wyznaniom nie jest odpowiedni – oto Ziemia stoi w obliczu międzygalaktycznej wojny. Część członków drużyny będzie musiało się oswoić z wojaczką, dla innych nie będzie to nic nowego. Prym w walce wiodą Kapitan Ameryka i Thor; wojna to ich żywioł. Czarna Wdowa i Hawkeye nie ustępują im na tym polu. Tylko Stark i Banner odstają od reszty. Problemem Starka jest rozbuchane ego – nie potrafi podporządkować się jak inni. Banner z kolei nie może pogodzić się z brzemieniem, które nosi. Rufallo udało się to, czego nie osiągnęli Norton i Bana - stworzył wiarygodny portret człowieka targanego wątpliwościami, udręczonego odpowiedzialnością, która na nim ciąży. Banner jest nieco safandułowaty i sprawia wrażenie nieszkodliwego, ale po błysku w oku można poznać, że doskonale wie, jaką siłą dysponuje. Jestem zawsze zły – rzuca do Kapitana Ameryki i wiemy, że nie są to czcze przechwałki. To człowiek, który naprawdę potrafi trzymać nerwy na wodzy, ale kiedy ktoś wyprowadzi go z równowagi, lepiej brać nogi za pas. Gdy zmienia się w Hulka staje się chodzącym kataklizmem. Po raz pierwszy możemy czuć potęgę zielonego giganta: od początku mówi się o nim ze strachem, ale dopiero, gdy jednym uderzeniem pośle na łopatki ogromnego kosmicznego czerwia, wiemy, że naprawdę należy się go bać. Ale nawet on w obliczu zagłady spuści z tonu i stanie w jednym szeregu z innymi.

Wojna zdaje się być czymś wyjątkowym, nawet Thor, który miał nabrać dystansu do wojaczki, w ferworze walki szczerzy zęby w uśmiechu. Whedon daleki jest jednak od jej mitologizowania. Wojna, nawet tak kolorowa i bajkowa jak ta, jest czymś koszmarnym i nieludzkim.W finale oglądamy ludzi opłakujących swoich bliskich; Clint zaraz po przebudzeniu pyta, ilu ludzi zabił, przewinienia Lokiego liczy się w ofiarach. I choć obraz żałobników zostaje wyparty przez obraz wiwatującego tłumu, to Whedon nie zapomina o ofiarach. Zwycięstwo? Owszem, ale wszystko ma swoją cenę.

Wojna u Whedona kończy się triumfem bohaterów. Na koniec rozjeżdżają się, każdy w swoją stronę, ale gdy nadejdzie taka konieczność, ponownie połączą siły. Siła Mścicieli leży w jedności, ale czy jednostka okaże się na tyle silna, aby przetrwać? Innymi słowy, jak zakończy się krucjata Bruce'a Wayne'a w "The Dark Knight Rises"? Nie tylko bohaterowie Marvela wyruszą tego lata na wojnę. Jedno jest pewne, tym razem nie będzie tak miło. Cieszmy się więc słońcem póki możemy.

wtorek, 29 maja 2012

#1044 - Goon vol. 2: My Murderous Childhood

To tutaj zaczyna się ten naprawdę dobry "Zbir". "Nigdy wcześniej nie widziałem, aby jakiś artysta wkroczył na komiksową scenę z tak dopracowanymi i dojrzałymi historiami i rysunkami" - miał napisać we wstępie do tomu niejaki Frank Cho. Nie jest to jeszcze szczyt możliwości Erica Powella, ale jest już dosyć blisko. Trzeba jednak zaznaczyć, że chodzi mi o cały zbiór, który jest jeszcze trochę nierówny, a nie o poszczególne historie, które go tworzą. Jedna z nich jest jedną z najlepszych goonowych historyjek, jakie miałem do tej pory okazję poznać.

Łącznie otrzymujemy tu siedem opowieści. Pierwsza z nich skupia się na losach pewnej przeklętej rodzinki o wielce wymownym nazwisku Grave. Zdeformowany ojciec i dwóch monstrualnych synków chowających swoje twarze pod workami. Wyglądają naprawdę upiornie, do tego trudnią się odpowiednio złą robotą - grabią cmentarze z kolejnych zwłok dla Bezimiennego Kapłana, który tworzy z nich później swoje zombiaki. W pewnym wywiadzie Powell powiedział, że dumny jest z tego, iż - pomijając kilka wyjątków - "Goona" można zacząć czytać od któregokolwiek miejsca. Przypadkowy czytelnik rozpoczynający z nim przygodę od środka serii nie będzie miał żadnych problemów z połapaniem się w poszczególnych historiach, bo tworzą one zamknięte całości. Nie oznacza to, że serii brakuje konsekwencji czy też, że się nie rozwija, ale Powell bardzo zgrabnie unika kłopotu pt. "nowy odbiorca nie rozumieć o co chodzić".

I właśnie historia "The Goon And The Family Grave" jest tego bardzo dobrym przykładem. Zaczyna się bowiem od dwóch ekspozycji różnych bohaterów. W pierwszej autor przypomina czytelnikom tragiczną przeszłość Zbira. Krótko, treściwie i efektownie, dzięki czemu czytelnicy znający ją na pamięć na nudę narzekać wcale nie mogą. Druga ekspozycja przedstawia nam smutną historię tego, jak wspomniana rodzinka stała się sługusami Bezimiennego. Po niej przechodzimy do sedna sprawy, czyli historii rozgrywającej się w tzw. teraźniejszości, gdzie ścieżka Zbira (w towarzystwie Franky'ego, rzecz jasna) już nie pierwszy raz przecina się ze ścieżką państwa Grave'ów. W ten sposób z tonacji serio przechodzimy do pełnego akcji slapsticku. A w międzyczasie pojawiają się fragmenty nawiązujące do wcześniejszych zeszytów, które to dla stałych czytelników będą czystą przyjemnością, a dla nowych - lekkostrawnym wprowadzeniem w goonowe uniwersum. Właśnie ta opowieść przyniosła Powellowi pierwszą w życiu statuetkę Eisnera (w kategorii Best Single Issue).

Kolejne dwie historie są wg mnie lepsze. Najpierw zmyłka w postaci dwustronicowego "All The World Is Wonderful When You're An Idiot", opowiadającego o tym, jak to "każda dziewczynka powinna posiadać własnego kretyna". Owe dwie strony to szczyt chamstwa i szowinizmu. Bardzo prostackie, ale też bardzo ironiczne. A że przy okazji piekielnie zabawnie... Po tym następuje właściwa część historii, gdzie po raz pierwszy pojawia się jedna z najciekawszych postaci z całego serialu - szalony naukowiec znany jako Dr. Alloy. Czyli pozornie standardowy antagonista jak żywcem wyjęty z nieśmiertelnego kina grozy i SF lat 50. ubiegłego wieku. W rzeczywistości jest z nim dużo lepiej, niż można by sądzić. Co by ewentualnym przyszłym czytelnikom nie psuć zabawy, ograniczę się do dwóch rzeczy. Po pierwsze, ten bardzo niebezpieczny geniusz ma naprawdę dobre serce i wszystko, co robi, ma służyć dobru ludzkości (to że pozostaje niedoceniony, jak również powody tego stanu rzeczy, to już inna sprawa). Po drugie, jego obecność zawsze jest gwarancją pojawienia się jakiegoś zabójczego robota w okolicy. Jego historia przypomina pod kątem zakończenia pierwszą opowieść z udziałem kapitalnego Buzzarda. Bo kończy się w najmniej oczekiwanym miejscu, co z jednej strony pozostawia odbiorcę z pewnym niedosytem, z drugiej jest swego rodzaju obietnicą złożoną mu na przyszłość przez autora. I jak w wypadku Buzzarda - obietnicą później spełnioną. No, może w nieco mniejszym stopniu.

Inaczej ma się sprawa z "The Lost Goon Tale", zeszytem, który w kręgach fanów twórczości Powella jest już chyba pozycją kultową. Znowuż zaczyna się od pomysłowego wstępu - tym razem galerii fotosów przedstawiających chłopca uciekającego z domu. Zatrzymuje się on w pewnej zdezelowanej, opuszczonej stodole, a w niej znajduje w końcu stary, zniszczony komiks. Gdy zaczyna go czytać, przenosimy się do świata Zbira, aby poznać jedyną w swoim rodzaju opowieść o tym, jak to tytułowy bohater będąc jeszcze chłopcem zrezygnował z życia w cyrku na rzecz gangsteryzmu. Przyczyny tego dobrze już znamy, ale to tutaj widzimy, jak po raz pierwszy pojawił się w Miasteczku, jakim sposobem stał się prawą ręką słynnego mafiosa Labrazia i wreszcie jak zaprzyjaźnił się z Franky'm (który za młodu był zapłakanym chłopcem do bicia; kto by pomyślał?). Świetne dramaturgicznie i tak samo absurdalne, co... prawdziwe. Bardzo sentymentalna, ale zupełnie bezpretensjonalna historia wielkiej przyjaźni. Miazga.

Tak więc każda kolejna historia jest lepsza od poprzedniej, no nic, tylko się w tomie tym zakochać. Ale na koniec nie jest już, niestety, tak różowo. Całość kończą trzy krótkie opowiastki i każda kolejna jest tym razem coraz słabsza. Zdecydowanie najlepiej broni się pierwsza z nich, szalony melodramat (sic!) pt. "The Sea Hug". Rozpoczyna się od kapitalnego wstępu będącego hołdem dla "najgorszego reżysera w historii kina", czyli Edwarda Wooda, rozwija się naprawdę ciekawie i zabawnie (jedną z centralnych postaci jest mój ukochany Rybi Pete), ale kończy się już dosyć ogranym żartem. Takim, z którego naprawdę chciałbym się zaśmiać, ale nic ponad lekki uśmieszek wydobyć z siebie nie potrafię. Kolejna opowieść - o pewnej śmiertelnie groźnej małpie mającej pierdolca na punkcie ciasta jagodowego - zawiera kilka zaskakujących pomysłów i fajnych gagów, ale w mniejszej ilości niż "The Sea Hug", za to z równie ogranym - ale już kompletnie nieśmiesznym - zakończeniem. Warto jednak odnotować, że to tu po raz pierwszy na łamach "Goona" pojawił się rysownik inny niż sam Powell, a mianowicie Kyle Hotz, z którym zresztą współpracuje okazjonalnie do dziś (np. jakiś czas temu stworzyli razem serię "Billy The Kid's Old Timey Oddities").

Ostatni tytuł wart jest odnotowania już tylko ze względu na tego typu "historyczny" akcent. Bowiem to w nim po raz pierwszy pojawiają się w goonowym universum bracia Mud, którzy wkrótce stali się jednymi z ważniejszych postaci drugoplanowych komiksu. Szkoda tylko, że opowieść o tym, jak to Zbir owych zidiociałych zabójców poznał, jest zupełnie przeciętna. Ciężko nie odnieść wrażenia, iż napisanie jej było tylko dla autora pretekstem, aby braciszków przedstawić. A i wcześniej i później tego typu historie pisał dużo, dużo lepiej (ciekawiej przede wszystkim). Myślę, że jednak można na te kończące całość mniejsze czy większe niewypały przymknąć oko. W końcu pozostałe 80% to bardzo porządna robota.