W najbliższy piątek, czyli w sumie już jutro, rozpoczyna się w piąta edycja Międzynarodowego Festiwalu Kultury Komiksowej Ligatura. Brałem udział w poprzednich trzech edycjach poznańskiej imprezy i tak samo będzie w tym roku. U siebie na blogu przedstawiłem punkty programu, które wydają mi się najciekawsze, natomiast na Kolorowych prezentujemy pełny harmonogram.
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Ligatura. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Ligatura. Pokaż wszystkie posty
czwartek, 7 sierpnia 2014
poniedziałek, 14 października 2013
#1393 - Komarów
Jeśli spojrzeć na wyniki ligaturowych pitchingów z 2011 roku to można dojść do wniosku, że w cenie jest awangarda, co wpisuje się w ducha poznańskiego festiwalu. Dwa lata temu nagrodzono komiksy odważne formalnie, niebanalne w treści i ze wszystkich sił uciekające od typowo komiksowych schematów. Wiadomo, eksperyment ma to do siebie, że może się udać („The Lonely Matador)” lub trochę mniej („Radosav. Poranna mgła”). Jeśli zestawić „Komarów” z tymi dwoma pozycjami, to album Barta Nijstada będzie wyglądał na bardzo zachowawczy i konserwatywny.
W 2012 jury w składzie Christian Maiwald z niemieckiego Reproduktu, David Schilter z łotewskiego „Kusia!”, Ria Schulpen z belgijskiego wydawnictwa Bries, Eleonóra Takács z Węgier i Tomáš Prokůpek z czeskiego „Aargh” za najlepsza pitchingową prezentację uznało „Komarów”. Komiks holenderskiego artysty Barta Nijstada nie jest ani awangardowy w formie, a w treści trudno uznać go za odkrywczy lub chociaż interesujący. A tego właśnie spodziewałem się po komiksie wyróżnionym na Ligaturze.
W swoim dziele Nijstad zabiera nas do prowincjonalnego miasteczka przynoszącego na myśl topos typowych amerykańskich przedmieść. Tytułowy Komarów to miejsce, w którym niczym komary latające pod kopułą jednej z kościelnych wież, kłębią się popkulturowe klisze wespół z szytą grubymi nićmi krytyką współczesnego świata (a przynajmniej jego zachodniej części).
Autor wytykając w komiksie społeczne patologie różnej maści nie potrafi jednak wyjść poza publicystyczny banał. Piętnując wielki przemysł wyrządzający krzywdę tak środowisku naturalnemu, jak i zwykłemu człowiekowi ucieka w pustą, destrukcyjną metaforę. Pokazując ludzi, jako dających się łatwo manipulować idiotów nie mówi o nas nic nowego. W komiksie znajdziemy mnóstwo tropów psychoanalitycznych i motywów przejścia, których sensów nie do końca pewien, ale zdaje się, że i tu Nijstad nie odkrywa Ameryki. Demaskując dzieci, jako owładnięte seksualnymi fantazjami i zakochane w przemocy „produkty współczesnej kultury” autor decyduje się uczynić jedno z nich głównym bohaterem swojego komiksu. Ale najciekawszym wątkiem jest ten związany z sąsiadką Janka (bo tak nazywa się ten główny bohater).
Z pozoru to znowu dość banalna kreacja. Z powodu monstrualnej tuszy samotna kobieta musi używać specjalnego wózka do poruszania się. Jest nieprzyjemna, leniwa i znęca się nad swoim psem. Regularnie odwiedza jakiegoś szarlatana, który za pomocą swoim niby magicznych zabiegów leczy jej nogi – do tego momentu wszystko wydaje się dość jasne i oczywiste. Ale to właśnie spod jej ręki wychodzą dziwne, falliczne rzeźby, które później w dziwny sposób ożywają i zaczynają niszczyć tytułowe miasteczko. Jak więc należy interpretować tworzone przez wyposażoną w rysy biblijnej Ewy figurki? Czy człowieka czeka zagłada, którą przygotował dla siebie własnymi rękami? Czy to jakaś krytyka współczesnej sztuki? A może jeszcze coś innego? Przyznam, że na tym elementem komiksu zastanawiałem się najdłużej i wydał mi się najbardziej interesujący. Pewnie dlatego, że nie był tak oczywisty, jak pozostałe.
Jak napisałem wyżej, obraz końca świata w „Komarowie” nawiązuje do oklepanych w popkulturze motywów. Groteskowa fabuła przynosi na myśl estetykę klasycznych monster movies i konstrukcję filmów katastroficznych (sam Nijstad mówi, że jedną z inspiracji była „Tragedia Posejdona”). Wszechobecne ptaki symbolizujące zagrożenie to ukłon w stronę pewnego mistrza budowania napięcia w kinie, a całość podszyta jest metafizycznym niepokojem charakterystycznym dla filmów Ingmara Bergmana.
Jedyne, co w tym komiksie się broni to jego oprawa graficzna. Bart Nijstad to komiksiarz z bardzo solidnym warsztatem, więcej niż sprawnie posługujący się wizualną narracją, który w dodatku znakomicie radzi sobie z używaniem w swojej pracy choćby zdjęć. Na kadrach "Komarów" fotorealistyczne wstawki efektownie współgrają z tradycyjnie komiksowymi, umownymi elementami. Oprócz tego autorowi "Komarów" udało się uzyskać bardo sugestywny i plastyczny efekt przestrzenności swoich plansz. Ale nawet to nie ratuje tego albumu, który w ostatecznym rozrachunku sprawia wrażenie nieoryginalnego, przekombinowanego i momentami zwyczajnie bełkotliwego...
W 2012 jury w składzie Christian Maiwald z niemieckiego Reproduktu, David Schilter z łotewskiego „Kusia!”, Ria Schulpen z belgijskiego wydawnictwa Bries, Eleonóra Takács z Węgier i Tomáš Prokůpek z czeskiego „Aargh” za najlepsza pitchingową prezentację uznało „Komarów”. Komiks holenderskiego artysty Barta Nijstada nie jest ani awangardowy w formie, a w treści trudno uznać go za odkrywczy lub chociaż interesujący. A tego właśnie spodziewałem się po komiksie wyróżnionym na Ligaturze.
W swoim dziele Nijstad zabiera nas do prowincjonalnego miasteczka przynoszącego na myśl topos typowych amerykańskich przedmieść. Tytułowy Komarów to miejsce, w którym niczym komary latające pod kopułą jednej z kościelnych wież, kłębią się popkulturowe klisze wespół z szytą grubymi nićmi krytyką współczesnego świata (a przynajmniej jego zachodniej części).
Autor wytykając w komiksie społeczne patologie różnej maści nie potrafi jednak wyjść poza publicystyczny banał. Piętnując wielki przemysł wyrządzający krzywdę tak środowisku naturalnemu, jak i zwykłemu człowiekowi ucieka w pustą, destrukcyjną metaforę. Pokazując ludzi, jako dających się łatwo manipulować idiotów nie mówi o nas nic nowego. W komiksie znajdziemy mnóstwo tropów psychoanalitycznych i motywów przejścia, których sensów nie do końca pewien, ale zdaje się, że i tu Nijstad nie odkrywa Ameryki. Demaskując dzieci, jako owładnięte seksualnymi fantazjami i zakochane w przemocy „produkty współczesnej kultury” autor decyduje się uczynić jedno z nich głównym bohaterem swojego komiksu. Ale najciekawszym wątkiem jest ten związany z sąsiadką Janka (bo tak nazywa się ten główny bohater).
Z pozoru to znowu dość banalna kreacja. Z powodu monstrualnej tuszy samotna kobieta musi używać specjalnego wózka do poruszania się. Jest nieprzyjemna, leniwa i znęca się nad swoim psem. Regularnie odwiedza jakiegoś szarlatana, który za pomocą swoim niby magicznych zabiegów leczy jej nogi – do tego momentu wszystko wydaje się dość jasne i oczywiste. Ale to właśnie spod jej ręki wychodzą dziwne, falliczne rzeźby, które później w dziwny sposób ożywają i zaczynają niszczyć tytułowe miasteczko. Jak więc należy interpretować tworzone przez wyposażoną w rysy biblijnej Ewy figurki? Czy człowieka czeka zagłada, którą przygotował dla siebie własnymi rękami? Czy to jakaś krytyka współczesnej sztuki? A może jeszcze coś innego? Przyznam, że na tym elementem komiksu zastanawiałem się najdłużej i wydał mi się najbardziej interesujący. Pewnie dlatego, że nie był tak oczywisty, jak pozostałe.
Jak napisałem wyżej, obraz końca świata w „Komarowie” nawiązuje do oklepanych w popkulturze motywów. Groteskowa fabuła przynosi na myśl estetykę klasycznych monster movies i konstrukcję filmów katastroficznych (sam Nijstad mówi, że jedną z inspiracji była „Tragedia Posejdona”). Wszechobecne ptaki symbolizujące zagrożenie to ukłon w stronę pewnego mistrza budowania napięcia w kinie, a całość podszyta jest metafizycznym niepokojem charakterystycznym dla filmów Ingmara Bergmana.
Jedyne, co w tym komiksie się broni to jego oprawa graficzna. Bart Nijstad to komiksiarz z bardzo solidnym warsztatem, więcej niż sprawnie posługujący się wizualną narracją, który w dodatku znakomicie radzi sobie z używaniem w swojej pracy choćby zdjęć. Na kadrach "Komarów" fotorealistyczne wstawki efektownie współgrają z tradycyjnie komiksowymi, umownymi elementami. Oprócz tego autorowi "Komarów" udało się uzyskać bardo sugestywny i plastyczny efekt przestrzenności swoich plansz. Ale nawet to nie ratuje tego albumu, który w ostatecznym rozrachunku sprawia wrażenie nieoryginalnego, przekombinowanego i momentami zwyczajnie bełkotliwego...
czwartek, 15 sierpnia 2013
#1352 - Silence 2012
„Silence 2012” to katalog prac nadesłanych na konkurs na krótką formę komiksową bez słów (tudzież „International Silent Comics Competition”) przy poznańskiej Ligaturze. Wydawany jest cyklicznie, co roku - i tak antologia prac z zeszłego, miała premierę na czwartej Ligaturze, a najpewniej za rok pojawi się zbiorek prac z tegorocznego konwentu.
W szranki podczas drugiej edycji konkursu stanęło 168 (za informacją w katalogu) lub 191 (tą liczbę można znaleźć w sieci) prac. W sumie w antologii znalazło się miejsce dla 89 (!) komiksów pomieszczonych na 500 (!!!) stronach. Rzecz jest więc bardzo słusznych rozmiarów, a towarzystwo jest „międzynarodowe” nie tylko z nazwy - w „Silence” wzięli udział artyści z Argentyny, Belgii, Bośni i Hercegowiny, Bułgarii, Chin, Chorwacji, Czech, Danii, Finlandii, Francji, Hiszpanii, Holandii, Japonii, Kanady, Kazachstanu, Kolumbii, Litwy, Łotwy, Malezji, Niemiec, Portugalii, Rosji, RPA, Rumunii, Słowenii, Szwajcarii, Szwecji, Tajwanu, Ukrainy, USA, Węgier, Wielkiej Brytanii, Włoch no i oczywiście z Polski. Wynik godny podziwu! To fantastyczna sprawa, że Ligatura dotarła niemal do każdego zakątku na świecie, gdzie się opowiada obrazem. To najlepszy dowód na to, że poznańska impreza staje się coraz bardziej prestiżowym i znaczącym przedsięwzięciem komiksowym w skali Europy i obok naszego łódzkiego Comic-Conu może wkrótce stać się naszą polską wizytówką w tej materii.
Zwycięzców typowali jurorzy – znany z „Goliata” Toma Gauld oraz Tim Molloy (Australia) i Erik Kriek (Holandia). Za najlepsza pracę uznali „The Oysters of Time” czeskiego tercetu Dzian Baban, Votech Masek, Jan Siller, będący całkiem zgrabną etiudą z zaskakującym finałem. Drugie miejsce przypadło Johnowi Martzowi z Kanady („Heaven All Day”), a na najniższym stopniu podium znalazł się Francuz Sauvebois ze swoim „Cal” (graficzny majstersztyk!). Nie zazdroszczę tym, którzy mieli przebierać w materiałach nadesłanych na konkurs – nie tylko ze względu na ich olbrzymią ilość, ale przede wszystkim na ich jakość. Zeszłoroczny „Silence” bardzo mnie zmęczył. Ciężko przychodziło mi przebijanie się przez jego zawartość (także z innego powodu, ale o tym za chwilę). Tegoroczny to zupełnie inna para kaloszy – poziom konkursu był bardzo wysoki. Szortów godnych uwagi jest tu całe mrowie, trudno znaleźć jakiś naprawdę wyraźnie słaby lub całkiem nieudany komiks, choć oczywiście takie się zdarzają. Żeby wymienić kilka - „Washing machine” Barbary Hocoń, „Der Rosenkavalier 67” Miriam Katin, "eXtinc" Juliana Rocha i Nicolasa Alessandro, "Shopping" Jenni Vedonaji czy pozbawione tytułów prace Rossa Hvidstena i Igora Kostyluka.
Zwycięzców typowali jurorzy – znany z „Goliata” Toma Gauld oraz Tim Molloy (Australia) i Erik Kriek (Holandia). Za najlepsza pracę uznali „The Oysters of Time” czeskiego tercetu Dzian Baban, Votech Masek, Jan Siller, będący całkiem zgrabną etiudą z zaskakującym finałem. Drugie miejsce przypadło Johnowi Martzowi z Kanady („Heaven All Day”), a na najniższym stopniu podium znalazł się Francuz Sauvebois ze swoim „Cal” (graficzny majstersztyk!). Nie zazdroszczę tym, którzy mieli przebierać w materiałach nadesłanych na konkurs – nie tylko ze względu na ich olbrzymią ilość, ale przede wszystkim na ich jakość. Zeszłoroczny „Silence” bardzo mnie zmęczył. Ciężko przychodziło mi przebijanie się przez jego zawartość (także z innego powodu, ale o tym za chwilę). Tegoroczny to zupełnie inna para kaloszy – poziom konkursu był bardzo wysoki. Szortów godnych uwagi jest tu całe mrowie, trudno znaleźć jakiś naprawdę wyraźnie słaby lub całkiem nieudany komiks, choć oczywiście takie się zdarzają. Żeby wymienić kilka - „Washing machine” Barbary Hocoń, „Der Rosenkavalier 67” Miriam Katin, "eXtinc" Juliana Rocha i Nicolasa Alessandro, "Shopping" Jenni Vedonaji czy pozbawione tytułów prace Rossa Hvidstena i Igora Kostyluka.
Wśród reprezentantów Polski pozytywnie zaskoczył mnie Jakub Grochola. Jeszcze do niedawno uważałem go za jednego z wielu zinowców, którzy coś tam sobie skrobią, ale po lekturze "Zakręconego" widzę, że to dojrzały twórca o wyrobionym, ciekawym stylu. Po duetach Grzegorz Janusz-Tomasz Niewiadomoski oraz Robert Sienicki-Błażej Kurowski mogłem spodziewać się nico więcej, ale zarówno "On ne vit qu`a Paris!" i "Hand to hand combat" trzymają solidny poziom. In plus pokazał się Jakub Babczyński, który pięknie zabawił się z moimi czytelniczymi oczekiwaniami. Renata Gąsiorowska (kolejne obok Grocholi nazwisko do zapamiętania!) ujęła mnie rozczulającą formą i sposobem mówienia o tęsknocie, a Monika Powalisz z Zofią Dzierżowską-Bojanowską - nostalgiczną subtelnością. Moje prywatne grand prix składam na ręce Michała Rzecznika za szorta "Z deszczu pod rynnę".
Wśród artystów spoza granic naszego kraju Maik Hasenbank przygniata erotyczną intensywnością swojego "Playboy`a", a Cheng Kuan Kohowi połowa kartonistów z Polski może zazdrościć lekkości kreski. Nero Le Ye zabrał mnie na kompletnie odjechaną, psychodeliczną wyprawę w przestworza, Ne Suarez Lopez tworzy jeden z najlepszych dziecięcych komiksów, jakie kiedykolwiek czytałem, a Matt Higgins i Magda Boreysza zachwycają kolejno - oryginalnością konceptu i emocjonalnym ładunkiem pomieszczonym na tych kilku stronach. Na sam koniec pozamiatał znany internacjonał Danijel Zezelj. Artysta, który publikował dla Marvela, Vertigo, jego komiksy ukazywały się we Włoszech, Francji, Słowenii, Szwajcarii, Szwecji, Brazylii i jeszcze kilku innych krajach, pokazuje potęgę komiksowej ekspresji.
Na zakończenie muszę trochę ponarzekać. Ja rozumiem, że Centrala promuje awangardowe rozwiązania, ale naprawdę format 10x14,5 cm choć zgrabny, poręczny i ładnie pasuje do damskiej torebki to nijak nie nadaje się do czytania. Niewygodne toto, ciężko się wygodnie usadowić z takim wynalazkiem, nie mówiąc już o konieczności kupowania specjalnych okularów do lektury niektórych prac. W praktyce "Iris wormwood" Soriny Vazeliny i "Charon" Mateusza Wiśniewskiego i Izabeli Dudzik są nieczytelne. Centralo, nie idźcie tą drogą!
Ciesze się, że rokrocznie dzięki Ligaturze mogę wybrać się na taką komiksową podróż dookoła globu. Dobrze, że nie trzeba brać paszportu i oszczędzam na biletach lotniczych Fajnie, że mam możliwość podglądnięcia twórców, do których nie miałbym szansy dotrzeć w inny sposób i spojrzeć na "naszych" w nieco innym kontekście.
Ciesze się, że rokrocznie dzięki Ligaturze mogę wybrać się na taką komiksową podróż dookoła globu. Dobrze, że nie trzeba brać paszportu i oszczędzam na biletach lotniczych Fajnie, że mam możliwość podglądnięcia twórców, do których nie miałbym szansy dotrzeć w inny sposób i spojrzeć na "naszych" w nieco innym kontekście.
wtorek, 6 sierpnia 2013
#1346 - Komiks bezkompleksów - relacja z Ligatury 2013
Jeśli ktoś nie znosi komiksów, powinien koniecznie wybrać się na poznański festiwal Ligatura. To terapia dla wszystkich, którzy jeszcze nie przetrawili tego, że rysowanie historii jest autonomiczną sztuką i że na poziomie fabularnym i estetycznym może dorównywać swoim uznanym starszym krewnym.
Przez cztery dni w centrum Poznania można było posłuchać frapujących dyskusji, obejrzeć masę inspirowanych komiksem filmów, krążyć po klubach, galeriach i prywatnych mieszkaniach, w których zaaranżowano przestrzeń pod wystawy.
Co oprócz braku poszumu swetrów i widoku włosów spiętych w kitkę decyduje o wartości festiwalu? Przede wszystkim pitching! To konkurs ofert przygotowanych przez rysowników i scenarzystów. Jak twierdzą organizatorzy – jedyny na świecie. Kilkunastu autorów z całej Europy przedstawiło swoje propozycje. (…) Wygrała Joana Estrela Vasconclesos – Hiszpanka pracująca na Litwie jako wolontariuszka. Już niebawem będzie można przeczytać jej frapujący, polityczny komiks o zinstytucjonalizowanej homofobii u naszych wschodnich sąsiadów. Niezależnie od werdyktu jury warto popularyzować ideę pitchingu. Wszystkie prace, które zakwalifikowano do drugiego etapu zostaną rozesłane do wydawców w Europie i Stanach Zjednoczonych.
Festiwalowi towarzyszył również konkurs „Silence” – na komiksy bez dymków. Wygrał Evgeny Yakovlev z Kazachstanu za pracę „Forgotten”. (…) Odbyły się też warsztaty scenariuszowe i rysunkowe i kilka wystaw, które śmiało mogłyby przyćmić snobistyczne wernisaże w modnych galeriach. „Portret podwójny. Polski komiks kobiecy” pokazał twórczość dwudziestu autorek w duchu zgodnym z ideą festiwalu – bez zadęcia, protekcjonalizmu i nadętych teorii.
Monograficzna wystawa prac Badyla – twórcy związanego z prasą niezależną, m.in. ,,Mać Pariadką" czy ,,Pasażerem" – odbyła się w anarchistycznej księgarnio-kawiarni Zemsta. Jego proste rysunki, pozornie niewiele różniące się od satyrycznych obrazków znanych z głównonurtowej prasy, są już częścią historii rodzimego niezalu. Warto wspomnieć, że pierwsza generacja powojennych polskich anarchistów od samego początku uważała komiks za medium adekwatne i użyteczne w prowadzeniu działalności propagandowej. Badyl sprawnością czy celnością komentarzy nie ustępuje najsłynniejszym polskim rysownikom prasowym, wali za to mocniej od nich, za temat drwin obierając nie przywary poszczególnych polityków lub aktualne wydarzenia, a całokształt naszej młodej i przaśnej demokracji.
Wystawa holenderskiego kolektywu Lamelos pokazała, jak obalić snobizm i hipokryzję wpisane w działalność galerii sztuki współczesnej. W holu nowej części Zamku Cesarskiego nawieszano ogromną ilość prac – od lapidarnych ołówkowych szkiców, przez urokliwe (choć często obrazoburcze) akwarelki i wydruki cyfrowe, aż po wielowarstwowe sitodrukowe odbitki. Ilość i nagromadzenie grafik stanowiły radosny atak na galeryjną sztampę i udawanie, że można godzinami kontemplować ubogie w treści wystawy. (…)
Można by wymieniać kolejne wernisaże i spotkania (tu jedyny bodaj feler: wielu prelegentów nie dotarło na swoje wykłady), ale wypada w końcu przerwać pean na cześć najbardziej bezobciachowego festiwalu komiksowego w Europie Środkowo-Wschodniej. Żeby zgrabnie zamknąć ten cykl zachwytów, należy wspomnieć o uroczystym zakończeniu. Uświetnił je muzyczny performance Judy Dunaway, amerykańskiej artystki konceptualnej, która zagrała niepokojący koncert, używając między innymi… wibratorów! Zbliżane do balonów oklejonych superczułymi mikrofonami wydawały dźwięki przypominające pikowanie meserszmitów. Entuzjaści akustycznych eksperymentów tłumaczyli w kuluarach, że chodziło o analogię pomiędzy balonami a komiksowymi dymkami, jednak nie sposób uniknąć skojarzenia, że lateksowe vibrato miało ukazać ostateczną formę rozkoszy.
Nie trzeba być długowłosym nerdem w polarze, by zbliżyć się do takiego stanu na poznańskim festiwalu. Mówi Michał Słomka, organizator festiwalu Ligatura: „Nie chcemy udowadniać, że komiks jest mądry, dobry; po prostu pokazujemy, że to odpowiednie medium do pokazywania prawdy w sposób chłodny, analityczny lub emocjonalny także za pomocą estetycznego eksperymentu. Nie m sensu organizować festiwalu komiksowego tylko dla zagorzałych fanów. To sprawdza się na innych imprezach, gdzie spotykają się pasjonaci w wąskim gronie i na przykład grają w RPG. My chcieliśmy stworzyć festiwal, jakiego potrzebuje Polska i nasza część Europy. Myślenie wąskimi kategoriami nie pokrywa się z rzeczywistością, z różnorodnością komiksowego świata”.
Przez cztery dni w centrum Poznania można było posłuchać frapujących dyskusji, obejrzeć masę inspirowanych komiksem filmów, krążyć po klubach, galeriach i prywatnych mieszkaniach, w których zaaranżowano przestrzeń pod wystawy.
Co oprócz braku poszumu swetrów i widoku włosów spiętych w kitkę decyduje o wartości festiwalu? Przede wszystkim pitching! To konkurs ofert przygotowanych przez rysowników i scenarzystów. Jak twierdzą organizatorzy – jedyny na świecie. Kilkunastu autorów z całej Europy przedstawiło swoje propozycje. (…) Wygrała Joana Estrela Vasconclesos – Hiszpanka pracująca na Litwie jako wolontariuszka. Już niebawem będzie można przeczytać jej frapujący, polityczny komiks o zinstytucjonalizowanej homofobii u naszych wschodnich sąsiadów. Niezależnie od werdyktu jury warto popularyzować ideę pitchingu. Wszystkie prace, które zakwalifikowano do drugiego etapu zostaną rozesłane do wydawców w Europie i Stanach Zjednoczonych.
Festiwalowi towarzyszył również konkurs „Silence” – na komiksy bez dymków. Wygrał Evgeny Yakovlev z Kazachstanu za pracę „Forgotten”. (…) Odbyły się też warsztaty scenariuszowe i rysunkowe i kilka wystaw, które śmiało mogłyby przyćmić snobistyczne wernisaże w modnych galeriach. „Portret podwójny. Polski komiks kobiecy” pokazał twórczość dwudziestu autorek w duchu zgodnym z ideą festiwalu – bez zadęcia, protekcjonalizmu i nadętych teorii.
Monograficzna wystawa prac Badyla – twórcy związanego z prasą niezależną, m.in. ,,Mać Pariadką" czy ,,Pasażerem" – odbyła się w anarchistycznej księgarnio-kawiarni Zemsta. Jego proste rysunki, pozornie niewiele różniące się od satyrycznych obrazków znanych z głównonurtowej prasy, są już częścią historii rodzimego niezalu. Warto wspomnieć, że pierwsza generacja powojennych polskich anarchistów od samego początku uważała komiks za medium adekwatne i użyteczne w prowadzeniu działalności propagandowej. Badyl sprawnością czy celnością komentarzy nie ustępuje najsłynniejszym polskim rysownikom prasowym, wali za to mocniej od nich, za temat drwin obierając nie przywary poszczególnych polityków lub aktualne wydarzenia, a całokształt naszej młodej i przaśnej demokracji.
Wystawa holenderskiego kolektywu Lamelos pokazała, jak obalić snobizm i hipokryzję wpisane w działalność galerii sztuki współczesnej. W holu nowej części Zamku Cesarskiego nawieszano ogromną ilość prac – od lapidarnych ołówkowych szkiców, przez urokliwe (choć często obrazoburcze) akwarelki i wydruki cyfrowe, aż po wielowarstwowe sitodrukowe odbitki. Ilość i nagromadzenie grafik stanowiły radosny atak na galeryjną sztampę i udawanie, że można godzinami kontemplować ubogie w treści wystawy. (…)
Można by wymieniać kolejne wernisaże i spotkania (tu jedyny bodaj feler: wielu prelegentów nie dotarło na swoje wykłady), ale wypada w końcu przerwać pean na cześć najbardziej bezobciachowego festiwalu komiksowego w Europie Środkowo-Wschodniej. Żeby zgrabnie zamknąć ten cykl zachwytów, należy wspomnieć o uroczystym zakończeniu. Uświetnił je muzyczny performance Judy Dunaway, amerykańskiej artystki konceptualnej, która zagrała niepokojący koncert, używając między innymi… wibratorów! Zbliżane do balonów oklejonych superczułymi mikrofonami wydawały dźwięki przypominające pikowanie meserszmitów. Entuzjaści akustycznych eksperymentów tłumaczyli w kuluarach, że chodziło o analogię pomiędzy balonami a komiksowymi dymkami, jednak nie sposób uniknąć skojarzenia, że lateksowe vibrato miało ukazać ostateczną formę rozkoszy.
Nie trzeba być długowłosym nerdem w polarze, by zbliżyć się do takiego stanu na poznańskim festiwalu. Mówi Michał Słomka, organizator festiwalu Ligatura: „Nie chcemy udowadniać, że komiks jest mądry, dobry; po prostu pokazujemy, że to odpowiednie medium do pokazywania prawdy w sposób chłodny, analityczny lub emocjonalny także za pomocą estetycznego eksperymentu. Nie m sensu organizować festiwalu komiksowego tylko dla zagorzałych fanów. To sprawdza się na innych imprezach, gdzie spotykają się pasjonaci w wąskim gronie i na przykład grają w RPG. My chcieliśmy stworzyć festiwal, jakiego potrzebuje Polska i nasza część Europy. Myślenie wąskimi kategoriami nie pokrywa się z rzeczywistością, z różnorodnością komiksowego świata”.
Autorem powyższego tekstu jest Jan Bińczycki. Jest to fragment obszernej relacji z tegorocznej Ligatury, całość można przeczytać w 41. numerze "Ha!artu". Gorąco polecamy zapoznać się z bieżącym numerem, którego temtem przewodnim jest dziennikarstwo spod znaku GONZO. W numerze także ciekawy blok komiksowy, dlatego tym bardziej polecamy krakowski magazyn interdyscyplinarny. Więcej szczegółów i możliwość zamówienia :tu:
Skróty oraz ilustracje pochodzą od redakcji Kolorowych.
Skróty oraz ilustracje pochodzą od redakcji Kolorowych.
środa, 17 kwietnia 2013
#1278 - "Ligatura jest dla niektórych" - rozmowa z Maciejem Gierszewskim
Trochę to dziwnie, żeby na potrzeby wywiadu przepytywać Macieja Gierszewskiego, który występuje nie tyle w roli członka redakcji Kolorowych, co jako współorganizator Międzynarodowego Festiwalu Kultury Komiksowej Ligatura. Dyskutujemy zatem o Ligaturze jako dwaj kumple - ja z perspektywy potencjalnego uczestnika, on - jako pracujący przy imprezie.
W tym roku po raz drugi będziesz brał udział w Ligaturze jako organizator. Jaką funkcję przy organizacji poznańskiego konwentu pełnisz? Czy się będziesz zajmował?
Tak, jak w poprzednim roku, pomagałem Michałowi i Magdzie w ustaleniu punktów programu. Gdzieś tak na początku stycznia odbyliśmy kilka wspólnych spotkań, podczas których zastanawialiśmy się nad tym, co chcemy pokazać. Pomysły mieliśmy rożne, zapisywaliśmy je sobie na tablicy, która wisi na drzwiach do biura Fundacji Tranzyt, następnie ustalaliśmy, co z tych pomysłów warto zorganizować, a co uda się zorganizować. Niestety, nie wszystko, co planowaliśmy, udało się przeprowadzić. Zależało nam na tym, aby zaprosić Toma Gaulda, ale niefortunnie miał on w tym okresie zaplanowane coś innego.
Przed festiwalem koordynowałem zapisy na warsztaty komiksowe, zajmowałem się (po części) obsługą medialną festiwalu (jeśli tak to można nazwać) na Facebooku i blogu Sygnały z Centrali. Podczas samego festiwalu podzieliśmy się zadaniami. Każde z nas będzie otwierało jakieś wydarzenie, zajmowało się obsługą stoiska, witało gości. Dodatkowo będę prowadził spotkanie z Marią i Michałem Rostockimi.
Jak wygląda impreza komiksowa widziana z tamtej strony, z perspektywy organizatora, czym różni się od spojrzenia uczestnika, którym byłeś jeszcze dwa lata temu?
Będąc z drugiej strony, zdałem sobie sprawę, jakie to wszystko jest okropnie stresujące. Dwa lata temu nie uświadamiałem sobie, że po prostu o wszystkim trzeba pamiętać, stale wymieniać informacje, przekazywać wieści dalej. Gdy dwa lata temu pisałem na Kolorowe relację z Ligatury 2011, to wypominałem organizatorom, że nie było strzałek wskazujących, gdzie odbywają się spotkania. Teraz wiem: nie dość, że trzeba zaplanować takie strzałki, uzgodnić z kimś zrobienie ich, to potem jeszcze trzeba samemu iść i sprawdzić, czy już są...
W ubiegłym roku z zmieniliście termin festiwalu z lutego na kwiecień, w tym roku podtrzymujecie ten czas. Czym była ta korekta podyktowana i czy wchodzenie w paradę Komiksowej Warszawie, odbywającej się miesiąc po was, nie zaszkodziła w jakiś sposób Ligaturze?
Przede wszystkim pogodą. Liczymy, że będzie cieplej, niż w lutym, dzięki czemu pojawi się więcej gości. Ale oczywiście były także praktyczne wytyczne związane ze zmianą terminu. Nie mam tu na myśli Komiksowej Warszawy, już prędzej sesje na uczelniach. Poznań to jest w dużej mierze studenckie miasto, wielu uczestników/widzów festiwalu rekrutuje się z tej grupy, dlatego chcieliśmy dać im szanse swobodnego uczestnictwa, aby nie musieli wybierać: iść na wernisaż Anji Wicki, czy zakuwać na egzamin. Inny powód to terminy rozpatrywania wniosków od dotacje. Ligatura jest festiwalem, który organizujemy przy dużym wsparciu różnych instytucji, a wiele z tych instytucji rozpatruje wnioski do końca marca...
Michał Traczyk z "Zeszytów Komiksowych" napisał w ubiegłym roku o Ligaturze w taki sposób: "jeśli ktoś wciąż wierzy w bzdurę na temat komiksu (przypomnę: komiks jest dla dzieci), powinien koniecznie wziąć udział w Ligaturze. Będzie to dla niego niepowtarzalna okazja do uświadomienia sobie zarówno banalności, jak i niedorzeczności dotychczasowego sposobu myślenia o komiksie." Co ty na takie dictum?
Wiesz Kuba, jesteśmy przekonani, że są także komiksy dla dzieci, stąd seria Centralka. Sądzę jednakże, że Michałowi chodziło o taką sytuację, którą wszyscy tak dobrze znamy. Większość ludzi uważa, że komiks, to nie jest medium poważne. W sensie: komiksy nie podejmują ważnych i znaczących tematów, ponieważ mają przede wszystkim bawić, być rozrywką. Próbowaliśmy to w ubiegłym roku przełamać retrospekcyjną wystawą prac Janka Kozy, z jednej strony zależało nam na tym, aby unaocznić, że ten twórca robi komiksy (gdyż ci, którzy czytają „Politykę”, gdzie są drukowane stripy Janka, w dużym stopniu uważają, że są to li tylko i jedynie zabawne rysunki), a z drugiej strony chcieliśmy pokazać, iż twórcy komiksowi podejmują tematy trudne, a zarazem ważne.
Jestem przekonany, że wystawa, którą przewidzieliśmy na otwarcie Cheap East, pierwszej galerii komiksu w Polsce, będzie równie znacząca.
Dla mnie to stwierdzenie prowokujące do dyskusji. Na Ligaturze w świetle reflektorów znajdują się zjawiska niszowe, eksperymentalne, poszukujące, penetrujące granice tego, co komiksowe. Czy zatem właśnie takie utwory komiksowe mają świadczyć o sile tego medium? Dla mnie esencją komiksu czy raczej komiksowości wciąż pozostaje Burne Haggarth, Action Comics, Jack Kirby, Steve Ditko, Carl Barks, Prince Vailiant, Tintin, Rosiński, Papcio Chmiel czy Christa. Wiem, że to dość tendencyjnie dobrana lista wielkich klasyków, ale czy nie jest tak, że komiks, niejako ze swojej definicji (pokutującej w powszechnej świadomości), ze względu na swoją historię, tradycję, kanon jest po prostu dla dzieci?
Kuba, kanon jest dla wszystkich, a Ligatura dla niektórych. Nie chodzi mi o to, że chcemy, aby nasz festiwal był egalitarny, ale raczej zależy nam na tym, aby pokazać, że gdzieś obok głównego nurtu „narracji wizualnej” są różnorakie inne zjawiska, a niektóre nam się podobają i chcemy pokazać je szerszej publiczności. Dwa lata temu hasło Ligatury brzmiało: Wyjdź z ramek! To znaczy: nie należy się opierać tylko i wyłącznie na kanonie. Należy go przekroczyć. Henryk Sienkiewicz należy do kanonu literatury. Czy wyobrażasz sobie ciekawy festiwal poświęcony jego twórczości? Oczywiście taki festiwal jest możliwy, ale aby był interesujący do postaci pisarza i jego dzieła należałoby podejść niebanalnie.
Co roku podkreślana jest nietypowość Ligatury na tle innych polskich imprez komiksowych. Zanim będę mógł z tym twierdzeniem polemizować, mógłbyś w jakiś sposób określić na czym mogłaby ta nietypowość polegać?
Nietypowość imprezy w Poznaniu polega w głównej mierze na możliwości interakcji: twórcy i publiczności. Stąd w programie festiwalu wernisaże wystaw komiksowych, podczas których można być „blisko” dzieła. Organizujemy wystawy w taki sposób, że artyści dostają dużo wcześniej plan i zdjęcia miejsca, aby mogli przygotować „wystawę celową”, czyli pod określoną przestrzeń, aby mogli zaprojektować rozmieszczenie prac i ich układ. Staramy się, aby nasze wystawy nie polegały tylko na tym, że wiesza się plansze na ścianie i to wszystko. Dlatego tym bardziej cieszy nas, że debiut galerii Cheap East będzie miał miejsce właśnie w tym roku, podczas festiwalu. Imprezy, spotkania rozsiane są po mieście, świadczą o tym, że Ligatura to festiwal „chodzony”, czyli przechodzi się z jednego miejsca do kolejnego. To chodzenie sprzyja poznawaniu się ludzi, zawieraniu znajomości, ugadywaniu, „ubijaniu” interesów. W tym roku, jeszcze mocniej niż w poprzednich latach, postawiliśmy na warsztaty twórcze. W piątek i sobotę będą miały miejsce łącznie 4 różne warsztaty, w tym jeden dla dzieci.
W ubiegłym roku wywiadzie dla "artPapieru" Michał Słomka mówił, że Ligatura nie jest imprezą dla fanów komiksu. Czy tak rzeczywiście jest? Czy na imprezie brakuje osób z szeroko pojętego środowiska komiksowego, a pojawiają się ludzie komiksem niezainteresowani?
Tak sobie myślę, że Michałowi chodziło o coś zupełnie innego. Festiwal składa się z dwóch bloków. Tego dla publiczności (warsztaty, wystawy, wernisaże, spotkania, rozmowy, autografy, gala oraz zakupy) i dla profesjonalistów. Do tego drugiego bloku zaliczamy cykl dwudniowych spotkań Ligatura Pitching, czyli krótkie 5 minutowe prezentacje pomysłu na album, serię lub krótszą formę komiksową przed międzynarodowym jury. Prezentacja taka może mieć charakter multimedialny, może też być przedstawieniem szkiców bądź gotowych plansz i scenariusza. Dla profesjonalistów jest także tegoroczna nowość, czyli Czytelnia Ligatury, która jest stworzona z myślą o wydawcach, agentach oraz dystrybutorach, pragnących rozszerzyć swój katalog wydawniczy o nowe zagraniczne publikacje. Tylko akredytowani uczestnicy festiwalu otrzymają dostęp do cichej i wygodnej czytelni, w której znajdą szeroki wybór komiksów z Polski i zagranicy. W Czytelni można nie tylko przejrzeć komiksy, ale również otrzymać wszelkie niezbędne informacje na temat autorów, wydawców oraz właścicieli praw.
Pitchingi to rzeczywiście charakterystyczny punkt programu Ligatury. Czy da się zauważyć jakieś tendencje, coś charakterystycznego?
Z roku na rok jest przysyłanych jest coraz więcej prac, a ich poziom jest bardzo wysoki. W tym roku swoją premierę będzie miał komiks „Komarów” Barta Nijstada, który zdobył pierwsze miejsce na Ligatura Pitching 2012.
Tak, jak w poprzednim roku, pomagałem Michałowi i Magdzie w ustaleniu punktów programu. Gdzieś tak na początku stycznia odbyliśmy kilka wspólnych spotkań, podczas których zastanawialiśmy się nad tym, co chcemy pokazać. Pomysły mieliśmy rożne, zapisywaliśmy je sobie na tablicy, która wisi na drzwiach do biura Fundacji Tranzyt, następnie ustalaliśmy, co z tych pomysłów warto zorganizować, a co uda się zorganizować. Niestety, nie wszystko, co planowaliśmy, udało się przeprowadzić. Zależało nam na tym, aby zaprosić Toma Gaulda, ale niefortunnie miał on w tym okresie zaplanowane coś innego.
Przed festiwalem koordynowałem zapisy na warsztaty komiksowe, zajmowałem się (po części) obsługą medialną festiwalu (jeśli tak to można nazwać) na Facebooku i blogu Sygnały z Centrali. Podczas samego festiwalu podzieliśmy się zadaniami. Każde z nas będzie otwierało jakieś wydarzenie, zajmowało się obsługą stoiska, witało gości. Dodatkowo będę prowadził spotkanie z Marią i Michałem Rostockimi.
Jak wygląda impreza komiksowa widziana z tamtej strony, z perspektywy organizatora, czym różni się od spojrzenia uczestnika, którym byłeś jeszcze dwa lata temu?
Będąc z drugiej strony, zdałem sobie sprawę, jakie to wszystko jest okropnie stresujące. Dwa lata temu nie uświadamiałem sobie, że po prostu o wszystkim trzeba pamiętać, stale wymieniać informacje, przekazywać wieści dalej. Gdy dwa lata temu pisałem na Kolorowe relację z Ligatury 2011, to wypominałem organizatorom, że nie było strzałek wskazujących, gdzie odbywają się spotkania. Teraz wiem: nie dość, że trzeba zaplanować takie strzałki, uzgodnić z kimś zrobienie ich, to potem jeszcze trzeba samemu iść i sprawdzić, czy już są...
W ubiegłym roku z zmieniliście termin festiwalu z lutego na kwiecień, w tym roku podtrzymujecie ten czas. Czym była ta korekta podyktowana i czy wchodzenie w paradę Komiksowej Warszawie, odbywającej się miesiąc po was, nie zaszkodziła w jakiś sposób Ligaturze?
Przede wszystkim pogodą. Liczymy, że będzie cieplej, niż w lutym, dzięki czemu pojawi się więcej gości. Ale oczywiście były także praktyczne wytyczne związane ze zmianą terminu. Nie mam tu na myśli Komiksowej Warszawy, już prędzej sesje na uczelniach. Poznań to jest w dużej mierze studenckie miasto, wielu uczestników/widzów festiwalu rekrutuje się z tej grupy, dlatego chcieliśmy dać im szanse swobodnego uczestnictwa, aby nie musieli wybierać: iść na wernisaż Anji Wicki, czy zakuwać na egzamin. Inny powód to terminy rozpatrywania wniosków od dotacje. Ligatura jest festiwalem, który organizujemy przy dużym wsparciu różnych instytucji, a wiele z tych instytucji rozpatruje wnioski do końca marca...
Michał Traczyk z "Zeszytów Komiksowych" napisał w ubiegłym roku o Ligaturze w taki sposób: "jeśli ktoś wciąż wierzy w bzdurę na temat komiksu (przypomnę: komiks jest dla dzieci), powinien koniecznie wziąć udział w Ligaturze. Będzie to dla niego niepowtarzalna okazja do uświadomienia sobie zarówno banalności, jak i niedorzeczności dotychczasowego sposobu myślenia o komiksie." Co ty na takie dictum?
Wiesz Kuba, jesteśmy przekonani, że są także komiksy dla dzieci, stąd seria Centralka. Sądzę jednakże, że Michałowi chodziło o taką sytuację, którą wszyscy tak dobrze znamy. Większość ludzi uważa, że komiks, to nie jest medium poważne. W sensie: komiksy nie podejmują ważnych i znaczących tematów, ponieważ mają przede wszystkim bawić, być rozrywką. Próbowaliśmy to w ubiegłym roku przełamać retrospekcyjną wystawą prac Janka Kozy, z jednej strony zależało nam na tym, aby unaocznić, że ten twórca robi komiksy (gdyż ci, którzy czytają „Politykę”, gdzie są drukowane stripy Janka, w dużym stopniu uważają, że są to li tylko i jedynie zabawne rysunki), a z drugiej strony chcieliśmy pokazać, iż twórcy komiksowi podejmują tematy trudne, a zarazem ważne.
Jestem przekonany, że wystawa, którą przewidzieliśmy na otwarcie Cheap East, pierwszej galerii komiksu w Polsce, będzie równie znacząca.
Dla mnie to stwierdzenie prowokujące do dyskusji. Na Ligaturze w świetle reflektorów znajdują się zjawiska niszowe, eksperymentalne, poszukujące, penetrujące granice tego, co komiksowe. Czy zatem właśnie takie utwory komiksowe mają świadczyć o sile tego medium? Dla mnie esencją komiksu czy raczej komiksowości wciąż pozostaje Burne Haggarth, Action Comics, Jack Kirby, Steve Ditko, Carl Barks, Prince Vailiant, Tintin, Rosiński, Papcio Chmiel czy Christa. Wiem, że to dość tendencyjnie dobrana lista wielkich klasyków, ale czy nie jest tak, że komiks, niejako ze swojej definicji (pokutującej w powszechnej świadomości), ze względu na swoją historię, tradycję, kanon jest po prostu dla dzieci?
Kuba, kanon jest dla wszystkich, a Ligatura dla niektórych. Nie chodzi mi o to, że chcemy, aby nasz festiwal był egalitarny, ale raczej zależy nam na tym, aby pokazać, że gdzieś obok głównego nurtu „narracji wizualnej” są różnorakie inne zjawiska, a niektóre nam się podobają i chcemy pokazać je szerszej publiczności. Dwa lata temu hasło Ligatury brzmiało: Wyjdź z ramek! To znaczy: nie należy się opierać tylko i wyłącznie na kanonie. Należy go przekroczyć. Henryk Sienkiewicz należy do kanonu literatury. Czy wyobrażasz sobie ciekawy festiwal poświęcony jego twórczości? Oczywiście taki festiwal jest możliwy, ale aby był interesujący do postaci pisarza i jego dzieła należałoby podejść niebanalnie.
Co roku podkreślana jest nietypowość Ligatury na tle innych polskich imprez komiksowych. Zanim będę mógł z tym twierdzeniem polemizować, mógłbyś w jakiś sposób określić na czym mogłaby ta nietypowość polegać?
Nietypowość imprezy w Poznaniu polega w głównej mierze na możliwości interakcji: twórcy i publiczności. Stąd w programie festiwalu wernisaże wystaw komiksowych, podczas których można być „blisko” dzieła. Organizujemy wystawy w taki sposób, że artyści dostają dużo wcześniej plan i zdjęcia miejsca, aby mogli przygotować „wystawę celową”, czyli pod określoną przestrzeń, aby mogli zaprojektować rozmieszczenie prac i ich układ. Staramy się, aby nasze wystawy nie polegały tylko na tym, że wiesza się plansze na ścianie i to wszystko. Dlatego tym bardziej cieszy nas, że debiut galerii Cheap East będzie miał miejsce właśnie w tym roku, podczas festiwalu. Imprezy, spotkania rozsiane są po mieście, świadczą o tym, że Ligatura to festiwal „chodzony”, czyli przechodzi się z jednego miejsca do kolejnego. To chodzenie sprzyja poznawaniu się ludzi, zawieraniu znajomości, ugadywaniu, „ubijaniu” interesów. W tym roku, jeszcze mocniej niż w poprzednich latach, postawiliśmy na warsztaty twórcze. W piątek i sobotę będą miały miejsce łącznie 4 różne warsztaty, w tym jeden dla dzieci.
W ubiegłym roku wywiadzie dla "artPapieru" Michał Słomka mówił, że Ligatura nie jest imprezą dla fanów komiksu. Czy tak rzeczywiście jest? Czy na imprezie brakuje osób z szeroko pojętego środowiska komiksowego, a pojawiają się ludzie komiksem niezainteresowani?
Tak sobie myślę, że Michałowi chodziło o coś zupełnie innego. Festiwal składa się z dwóch bloków. Tego dla publiczności (warsztaty, wystawy, wernisaże, spotkania, rozmowy, autografy, gala oraz zakupy) i dla profesjonalistów. Do tego drugiego bloku zaliczamy cykl dwudniowych spotkań Ligatura Pitching, czyli krótkie 5 minutowe prezentacje pomysłu na album, serię lub krótszą formę komiksową przed międzynarodowym jury. Prezentacja taka może mieć charakter multimedialny, może też być przedstawieniem szkiców bądź gotowych plansz i scenariusza. Dla profesjonalistów jest także tegoroczna nowość, czyli Czytelnia Ligatury, która jest stworzona z myślą o wydawcach, agentach oraz dystrybutorach, pragnących rozszerzyć swój katalog wydawniczy o nowe zagraniczne publikacje. Tylko akredytowani uczestnicy festiwalu otrzymają dostęp do cichej i wygodnej czytelni, w której znajdą szeroki wybór komiksów z Polski i zagranicy. W Czytelni można nie tylko przejrzeć komiksy, ale również otrzymać wszelkie niezbędne informacje na temat autorów, wydawców oraz właścicieli praw.
Pitchingi to rzeczywiście charakterystyczny punkt programu Ligatury. Czy da się zauważyć jakieś tendencje, coś charakterystycznego?
Z roku na rok jest przysyłanych jest coraz więcej prac, a ich poziom jest bardzo wysoki. W tym roku swoją premierę będzie miał komiks „Komarów” Barta Nijstada, który zdobył pierwsze miejsce na Ligatura Pitching 2012.
A co z konkursem Silence? Kiedy ukaże się pofestiwalowy katalog 2012?
Uznaliśmy, że skoro Silence jest konkursem blisko związanym z festiwalem, to katalog z minionego roku wydamy teraz, a z tego roku - na przyszły festiwal. Na sam konkurs przychodzi coraz więcej prac z różnych zakątków świata. Katalog Silence 2011 liczył sobie 256 stron, tegoroczny 528 stron. W 2011 roku wewnątrz są 43 prace artystów z 20 krajów, w tegorocznym jest 89 prac artystów z 36 krajów.
A inne premiery?
Uznaliśmy, że skoro Silence jest konkursem blisko związanym z festiwalem, to katalog z minionego roku wydamy teraz, a z tego roku - na przyszły festiwal. Na sam konkurs przychodzi coraz więcej prac z różnych zakątków świata. Katalog Silence 2011 liczył sobie 256 stron, tegoroczny 528 stron. W 2011 roku wewnątrz są 43 prace artystów z 20 krajów, w tegorocznym jest 89 prac artystów z 36 krajów.
A inne premiery?
Długo by wymieniać! Nowe projekty Mikołaja Tkacza „Przygody nikogo” oraz (wespół z Agnieszką Piksą) „Nieznany geniusz”, Michała Rzecznika i Daniela Gutowskiego „Maczużnik”, solowy album Rzecznika, czyli "S/N", „Za oknem świeci słońce” Anji Wicki, "Cykle" Małgorzaty Dmitruk , no i katalog „Silence 2012” oraz „Zeszyty Komiksowe #15: Batman”.
poniedziałek, 8 kwietnia 2013
#1273 - Ligatura 2013: rozkład jazdy
Znany jest dokładny rozkład jazdy tegorocznego Festiwalu Kultury Komiksowej Ligatura. To już czwarta edycja poznańskiego (jak ten czas leci!) konwentu, który odbędzie się w dniach 18-21 kwietnia, trwając od czwartku do niedzieli. Będą filmy, wernisaże, zagraniczni goście, pitchingi, warsztaty mistrzowskie, performanse i wiele, wiele innych atrakcji, które nierzadko świadczą o wyjątkowości tej imprezy. Tomasz Samojlik, Dominik Szcześniak i Maciej Pałka, Jerzy Szyłak, kolektyw Maszin, Bart Nijstad, Martin Ernstsen, Maria i Michał Rostoccy, Bartosz Sztybor i Michał „Śledziu” Śledziński, Agnieszka Piksa - to tylko kilka nazwisk gości, którzy przewijają się w programie... Wpadajcie do Poznania!
CZWARTEK, 18 KWIETNIA
Portret podwójny. Polski komiks kobiecy. Wernisaż
SPOT, ul. Dolna Wilda 87, godz. 17.00
Wystawa autobiograficznych komiksów napisanych przez 20 polskich autorek, stanowiąca jednocześnie bardzo dobry przegląd głównych trendów w tym gatunku.
Badyl. Wernisaż
Klubokawiarnia anarchistyczna „Zemsta”, ul. Fredry 5/3a, godz. 19.30
Wystawa jednego z czołowych i (o ile można tak powiedzieć) reprezentatywnych twórców nurtu anarchistycznego komiksu w Polsce- Przemka „Badyl” Badowskiego.
Lamelos. Wernisaż
godz. 20.30
Centrum Kultury Zamek, ul. św. Marcin 80/82 Hall Główny
Holenderski kolektyw artystyczny Lamelos słynie z tworzenia ekscentrycznych, zabawnych i trudnych do zaklasyfikowania komiksów, ilustracji oraz zwariowanej sztuki performatywnej.
Comic-Con epizod V: Fani kontratakują
Bilet: 8 zł
Kino Muza, ul. św. Marcon 30, godz. 21.30
Opowieść o największym w Stanach Zjednoczonych festiwalu poświęconym popkulturze. To, co zaczęło się w 1970 roku jako skromny konwent fanów komiksu, wkrótce miało stać się popkulturowym wydarzeniem roku. Język: angielski. Napisy: polskie.
PIĄTEK, 19 KWIETNIA
Czytelnia ligatury.
Wstęp za okazaniem akredytacji.
Przylądek Arkadia +1, ul. Ratajczaka 44, godz. 12.00-15.00
Czytelnia Ligatury jest stworzona z myślą o wydawcach, agentach oraz dystrybutorach, którzy pragną rozszerzyć swój katalog wydawniczy o nowe zagraniczne publikacje.
Gili Gili. Wernisaż
Mieszkanie przy ul Kochanowskiego 9/5, godz. 13.00
Trzecia odsłona „Gili-Gili prezentuje:” publikacji i wystawy prac, stworzonych przez grupę artystów zaproszonych do zmagań z tematem kosmosu przez krakowską grupę Gili-Gili.
Warsztaty komiksu autobiograficznego.
Prowadzenie Maria Ines Gul
SPOT, ul. Dolna Wilda 87, godz. 16.00
Czym jest komiks? Skąd się bierze? Jak go zrobić? Od czego zacząć? Czy dziewczyny też mogą rysować fajne komiksy? Będziemy rysować, szkicować i bazgrolić w celu znalezienia właściwych odpowiedzi.
Ligatura pitching.
Wstęp za okazaniem akredytacji.
Przylądek Arkadia +1, ul. Ratajczaka 44, godz. 16.00-18.00
To seria spotkań wybranych wśród zgłoszeń artystów z międzynarodową komisją, która będzie oceniać projekty ich utworów komiksowych.
Spotkania z autorami
godz. 17.00-19.00
Centrum Kultury Zamek, ul. św. Marcin 80/82, sala 102
17.00-18.00 Tomasz Samojlik. Prowadzenie: Marcin Łuczak; PL
18.00-19.00 Zeszyty Komiksowe nr 15, temat: Batman, goście: Michał Chudoliński, Michał Traczyk, prowadzenie: Wojciech Nelec; PL
Kombinat. Małgorzata Dmitruk. Wernisaż
Galeria Malingrad, Al. Marcinkowskiego 20a, godz. 19.00
Wystawa cyklu litografii „Kombinat” to nowatorskie podejście do komiksu i wykorzystywanej w nim narracji. Artystka opowiada historię o swoim mistrzu z Białorusi- Dimitriju Vasiljewiczu Małatkowie.
Anja Wicki. Wernisaż
Kolektyw 1a, św. Marcin 1a, godz. 20.30
Ekspozycja wschodzącej gwiazdy szwajcarskiego komiksu, na której zostaną pokazane oryginalne plansze z publikacji „Za oknem świeci słońce”, szkicowniki oraz krótkometrażowe animacje.
Wonder Women!
Nieopowiedziana historia amerykańskich superbohaterek.
Bilet: 10 zł
Kino Muza, ul. św. Marcin 30, godz. 22.00
Film przedstawia fascynującą ewolucję oraz spuściznę komiksów o Wonder Woman. Od narodzin komiksowej superbohaterki w latach 40. XX w. po powstanie współczesnych dzieł, które stały się hitami. Język: angielski. Napisy: polskie.
Nocne inspiracje
Klub Meskal, ul. Nowowiejskiego 17, godz. 22.00
Nocna hulanka twórców i czytelników komiksów
SOBOTA, 20 KWIETNIA
Warsztaty dla dzieci: jak stworzyć niesamowitego bohatera komiksowego za pomocą ołówka, pisaka i marchewki.
Prowadzenie: Tomasz Samojlik.
godz. 10.00-12.00
Centrum Kultury Zamek, ul. św. Marcin 80/82, sala 102
Każdy stworzy bohatera na miarę Radioaktywnego Szczura Ancymona, czy Superplastycznego Woźnego Szkolnego. Słowem-po warsztatach każdy uczestnik będzie miał w ręku przepustkę do wielkiej kariery komiksowej!
Warsztaty: scenarzysta/rysownik-
-„VS.” czy „&”?.
Prowadzenie: Dominik Szcześniak i Maciej Pałka
godz. 10.00-13.00
Centrum Kultury Zamek, ul. św. Marcin 80/82 Galeria Komiksu Cheap East, sala 101
Przedmiotem warsztatów będzie współpraca na linii scenarzysta–rysownik. Jak przebiega? Konfliktowo czy bezboleśnie? Omówione zostaną podstawowe zasady pisania scenariusza i prawidła rządzące rysunkiem.
Wykłady mistrzowskie
godz. 11.30-14.30
Centrum Kultury Zamek, ul. św. Marcin 80/82, sala 103
Spotkania z wybitnymi artystami komiksowymi, teoretykami i historykami komiksu.
11.30-12.15 Christian Gasser „30 lat magazynu Strapazin”; EN
12.15-13.00 Kalle Hakkola „Finnish Comics Annual”; EN
13.00-13.45 Nicolas Grivel „What is it like to be a comic agent?; EN
13.45-14.30 prof. Jerzy Szyłak „O powieściach graficznych”; PL
Czytelnia ligatury.
Wstęp za okazaniem akredytacji.
Przylądek Arkadia +1, ul. Ratajczaka 44, godz. 12.00-15.00
Czytelnia Ligatury jest stworzona z myślą o wydawcach, agentach oraz dystrybutorach, którzy pragną rozszerzyć swój katalog wydawniczy o nowe zagraniczne publikacje.
Spotkania z autorami
godz. 14.00-17.45
Centrum Kultury Zamek, ul. św. Marcin 80/82, sala 102
14.00-15.00 Bart Nijstad. Prowadzenie: Michał Traczyk, ang., tłum. na pol.
15.00-16.00 Martin Ernstsen. Prezentacja, ang., tłum. na pol.
16.00-17.00 Maria i Michał Rostoccy. Prowadzenie: Maciej Gierszewski.
17.00-17.45 Seria Maszina, premiera komiksów Maczużnik, S_N, Przygody nikogo i spotkanie z autorami: Danielem Gutowskim, Michałem Rzecznikiem i Mikołajem Tkaczem
Warsztaty z tworzenia komiksów.
Prowadzanie Bartosz Sztybor i Michał „Śledziu” Śledziński
godz. 14.00-17.00
Centrum Kultury Zamek, ul. św. Marcin 80/82, Galeria Komiksu Cheap East, sala 101
Warsztaty mają na celu pokazać, jak prosty pomysł przeistoczyć w historię, a później tę historię zilustrować. Od szukania pomysłu po rozkładanie akcentów na kolejnych planszach.
Ligatura pitching.
Wstęp za okazaniem akredytacji.
Przylądek Arkadia +1, ul. Ratajczaka 44, godz. 16.00-18.00
To seria spotkań wybranych wśród zgłoszeń artystów z międzynarodową komisją, która będzie oceniać projekty ich utworów komiksowych.
Nieznany geniusz. Agnieszka Piksa, Mikołaj Tkacz. Wernisaż
godz. 18.30
Centrum Kultury Zamek, ul. św. Marcin 80/82, Galeria Komiksu Cheap East, sala 101
Mikołaj Tkacz, pupil surrealizmu, zaskakujący swą oryginalną formą, niezwykłymi pomysłami. Agnieszka Piksa, dama komiksu artystycznego, gdzie komiks nie jest celem lecz środkiem do wyrażenia własnych idei.
Uroczysta gala finałowa
godz. 20.00
Centrum Kultury Zamek, ul. św. Marcin 80/82, Sala pod Zegarem, 2 piętro
Oficjalne zakończenie festiwalu Ligatura, podczas którego zostaną wręczone nagrody w konkursach „Silence” oraz „Ligatura Pitching”.
Występ Judy Dunaway, amerykańskiej kompozytorki i artystki konceptualnej, która jest znana przede wszystkim ze swoich prac dźwiękowych, wykonywanych na lateksowych balonach.
After party
Cafe Mięsna, ul. Garbary 62, godz. 22.00
Nocna hulanka twórców i czytelników komiksów. Gra DJ Sąsiad.
NIEDZIELA, 21 KWIETNIA
Aleksandra Waliszewska. Wernisaż
Klubokawiarnia Głośna, ul. św. Marcin 30, godz. 13.00
Odsłonięcie pracy Aleksandry Waliszewskiej, artystki sztuk wizualnych, która zajmuje się malarstwem sztalugowym i ściennym, jest autorką gwaszy, rysunków, grafik i ilustracji.
Poruszone komiksy.
Bilet: 10 zł
Kino Muza, ul. św. Marcin 30, godz. 14.00
Projekcje animacji Renaty Gąsiorowskiej, Oli Szmidy, Marcina Surmy, Marcina Podolca, Janka Kozy, Anji Wicki oraz Ingrīdy Pičukāne. Język: polski. Napisy: angielskie.
IMPREZY TOWARZYSZĄCE:
Wystawa „Za Imperium. Honor.” Merwan Chabane, Bastien Vivès.
12-20 kwietnia 2013
Księgarnia „Skład Kulturalny”, ul. Św. Marcin 24
Prezentowane prace są wyborem scen bitewnych, które pojawiły się w pierwszej części trylogii „Za Imperium”.
Wystawa „Silence”
15-21 kwietnia 2013 roku, czynne całą dobę.
Słupy ogłoszeniowe w następujących lokalizacjach:
ul. Grunwaldzka / Dworzec Zachodni; Dworzec PKS; ul.Libelta przy Urzędzie Miasta; Rondo Śródka przy Dworcu MPK; skrzyżowanie ulic Garbary i Estkowskiego; skrzyżowanie ulic Kościuszki i św. Marcin; skrzyżowanie ulic Górna Wilda i Dolna Wilda; skrzyżowanie ulic Kórnicka i Piotrowo.
Wystawa „Silence” to zbiór prac nagrodzonych w międzynarodowym konkursie na komiks bez słów.
Nocny Maraton z Batmanem
19 kwietnia 2013 roku, start od godz. 22.00 do rana
bilety: 29 zł
Multikino Stary Browar, ul. Półwiejska 42
Projekcja filmów: „Batman. Początek”, „Mroczny Rycerz”, „Mroczy Rycerz Powstaje”.
Targi EAST COVER MARKET
19-20 kwietnia 2013 roku;
piątek: 11.00-18.00; sobota: 11.00-21.00
CK „Zamek”, ul. św. Marcin 80/82, Hall cesarski
Międzynarodowe targi prezentujące najciekawsze albumy, czasopisma oraz nowości komiksowe.
INFO PUNKT:
piątek
11.00-18.00
sobota
11.00-21.00
CK „Zamek”, ul. św. Marcin 80/82, Hall cesarski
Tu odbierzesz akredytacje, program, materiały promocyjne, spytasz o drogę i pogodę.
czwartek, 31 maja 2012
#1046 - Ligatura 2012: Ligatura Pitching
Twórcy poznańskiego festiwalu od początku nie kryli, że to właśnie
pitching jest dla nich najważniejszy. I nie ma się co dziwić.
Prezentacja projektów międzynarodowych artystów dokonana przed
publicznością i jury celem wyłonienia, a następnie opublikowania tego
najlepszego (ewentualnie tych najlepszych), to świetny pomysł nie tylko z
marketingowego punktu widzenia. W pewnym sensie jest to, w zależności
od wybranej pracy, możliwość znalezienia się w samym środku czy nawet na
samym początku procesu twórczego danego artysty (niektórzy
przedstawiali komiksy już praktycznie gotowe, tylko czekające na
wydawcę, inni ledwie zarysy ewentualnych publikacji). Wreszcie to swego
rodzaju wehikuł czasu. Wszak przyszłość medium spoczywa w rękach właśnie
tych artystów, młodych i jeszcze szerzej nieznanych. Za sprawą Ligatury
u części z nich niebawem się to zmieni.
Do tegorocznego pitchingu zgłoszone zostały równo 73 projekty z 19
krajów, a na festiwal zakwalifikowanych zostało 20 z nich. Prezentacje
podzielone zostały na 2 spotkania. Pierwsze odbyło się w piątkowe
popołudnie, kiedy to jeszcze, niestety, nie udało mi się dotrzeć do
Poznania; czego żałuję tym bardziej, że to właśnie dwójka z pierwszej
dziesiątki wybranych artystów zajęła zaszczytne pierwsze i trzecie
miejsce na podium (kolejno Bart Nijstad z Holandii oraz Archie
Fitzgerald z Wielkiej Brytanii). Miejsce drugie zajęły zaś działające
pod wspólnym pseudonimem Zonika nasze rodaczki, Monika Powalisz i Zosia
Dzierżawska. Od przedstawienia ich projektu, zatytułowanego "Serce ze
śniegu", rozpoczęła się sobotnia część pitchingu.
Oprócz
wspomnianych pań Polskę reprezentowała jeszcze Maria Rostocka oraz
Robert Olesiński i Michał Madej. Pozostali uczestnicy przyjechali do nas
z Węgier, Wielkiej Brytanii, Rosji, Słowacji i Czech. W większości
wypadków przedstawione prace znacznie różniły się od siebie, chyba pod
każdym możliwym względem. Niektórzy stawiali na abstrakcyjność i/lub
absurd, inni na "zwyczajność" lub jej przeciwieństwo w postaci czystej
wody gatunku, jeszcze inni na śmiałe eksperymenty formalne. Nie zabrakło
nawet postapokaliptycznej mangi, choć jej autor, Dmirty Dubrovin,
skośnymi oczami pochwalić się nie mógł. Nie musiał.
Było parę projektów, które wydały mi się nijakie i dziś już nic z nich
nie pamiętam, dominowały jednak te, na które najlepszym określeniem
będzie przymiotnik "ciekawe" (czasem "bardzo"). Jednym z nich była
zaskakująca (także swoją prostotą) opowieść o wschodnioeuropejskim
piosenkarzu pop noszącym jakże wymowne nazwisko Yuri Valentin.
Piosenkarzu, któremu podczas podróży na koncert do pewnego miasteczka
przydarza się nie lada nieszczęście - oto rzeka, którą płynął, rzeka
przecinająca pustynię (!), niespodziewanie wysycha. Kto by pomyślał, że
jedynym ratunkiem mogą okazać się łzy mieszkańców wspomnianego
miasteczka? Odpowiedź brzmi: David Biskup.
Pierwszym z dwóch projektów, które spodobały mi się najbardziej było
wspomniane wcześniej "Serce ze śniegu", opowieść o przypadkowym spotkaniu
przed kinem dwójki ex-kochanków. Razem wybierają się na tytułowy film
(którego fabuła stanowi ilustrację ich dawnego związku), zaś po seansie
ruszają wspólnie na plac zabaw, gdzie nieoczekiwanie wpadają w pętlę
czasową... Do finału realizacji komiksu autorkom jeszcze czasu trochę
chyba zostało, ale przedstawione przez scenarzystkę opisy i szkice
wskazują na subtelną i szczerą opowieść miłosną (czy też
miłosno-egzystencjalną), której nie powstydziłby się sam norweski mistrz
minimalizmu znany jako Jason.
Jeszcze bardziej
podobała mi się jednak przedstawiona przez Petra Novaka antyczna
opowieść pod tytułem "A Misty Island Crimson-Coloured" opowiadająca o upadku
Celtów. Upadku, do którego doszło za sprawą wysłanych przez Cesarza
elitarnych żołnierzy mających wyplenić z Anglii "barbarzyństwo" i
pogaństwo. Choć prezentacja ograniczała się do samych ogólnikowych
opisów i szkiców koncepcyjnych, historia wypadła bardzo interesująco,
przede wszystkim za sprawą dynamicznych rysunków i scenariusza
zapowiadającego się jako rzecz bardzo dopracowana dramaturgicznie,
wreszcie - a może przede wszystkim - za sprawą śmiertelnie poważnego
potraktowania przez twórców celtyckiej mitologii, które to komiks
zabiera w rejony fantasy. Oto bowiem do walki z Rzymianami stają nie
tylko oczekiwani wojownicy, ale też tworzone przez druidów celtyckie
żywe trupy czy sporej wielkości "drzewne potwory".
Jedną jedyną rzeczą, do której mógłbym się przyczepić, był jedynie brak
mikrofonu. Wystarczyło, że dany projekt przedstawiał nieco ciszej
mówiący autor, aby ciężko było usłyszeć przynajmniej część jego
wypowiedzi. Zwłaszcza, jeśli siedziało się na końcu sali, a za sąsiadów
miało się ludzi, którzy chwilami bardziej zainteresowani byli sobą niż
prezentacjami. Jeśli przymknąć na to oko (a zdaje się, że bez tego
obejść się nie może), to nie pozostaje nic innego, jak tylko
organizatorom gratulować.
wtorek, 8 maja 2012
#1027 - Ligatura 2012: Diabelskie dzieci
Opis pełnometrażowej animacji wyreżyserowanej przez Mariolę Brillowską
brzmi całkiem interesująco. Film dzieli się na sześć epizodów, których
wspólnym tematem jest rozpad rodziny prowadzący do morderstwa dokonanego
przez dziecko na swoich rodzicach. Akcję utworu autorka umiejscawia w
bliżej nieokreślonej przyszłości, dzięki czemu śmiało przejaskrawiać
może wszystkie możliwe elementy, co służyć ma uwypukleniu przesłania. Na
pierwszy rzut oka Diabelskie dzieci to rzecz u swoich podstaw mająca z jednej strony psychologię, a z drugiej socjologię, ale w rzeczywistości jest zgoła inaczej.
Pierwszy z epizodów rozdzielony zostaje na dwie części, aby spinać
pozostałe w spójną całość. Tyle że tego samego typu klamrę - jak również
swoisty motyw przewodni - stanowią już oddzielające kolejne historie
fragmenty, które przedstawiają latającą w przestrzeni kosmicznej
reżyserkę wyjaśniającą widzom treść swojego dzieła (tudzież
nakierowującą ich na odpowiednią jego interpretację). Czyni ona siebie
przewodnikiem po swoim świecie, czy może raczej - swojej artystycznej
wrażliwości. Trzeba przyznać, że ta jest jedyna w swoim rodzaju,
niestety nijak ma się to do jakości filmu.
Ulubione narzędzia Brillowskiej to kicz, groteska i makabra. Kolejne
elementy mnoży ona w tempie geometrycznym, doprowadzając do jednego
wielkiego ekstremum. Nagromadzenie przerysowanej przemocy i perwersji
przywodzi na myśl najbardziej szokujące filmy Takashiego Miike, z kolei
nawał symboli przypomina rozbuchanie najbardziej ekstrawaganckich filmów
Alejandro Jodorowskiego. Ten drugi pasuje tu zresztą jeszcze bardziej,
jeśli wziąć pod uwagę fakt, że jeden z epizodów oparty został o tekst
literacki autorstwa jego przyjaciela, bezkompromisowego surrealisty
Fernando Arrabala. Pozostałe epizody również są adaptacjami literatury
(Manueli Gretkowskiej, Orly Castel-Blooma, Rosy Liksom i Edwarda
Limonowa), wszystkie jednak Brillowska bezsprzecznie wchłonęła i
zaprezentowała w filmie niczym własne pomysły. Samo w sobie jest to jak
najbardziej dobre, ale - znowuż - nijak ma się to do jakości filmu.
Widownia nie otrzymuje ani chwili wytchnienia. Penis pewnego chłopca
zamienia się w ogromnego węża pożerającego, a następnie przeobrażającego
swoich rodziców w płciową hybrydę, której ciało zewsząd pokryte jest
narządami rozrodczymi. Inni rodzice przychodzą do pokoju swojego syna
(którego piżama ozdobiona jest licznymi swastykami), aby spenetrować
pięścią jego odbyt. Tego typu scenami Diabelskie dzieci cechują
się na każdym kroku. I cóż to autorka miała na myśli? Jakkolwiek
oczywistościami są krytyka systemów totalitarnych czy pochwała feminizmu
(w tym wypadku dosyć szowinistycznego, należałoby zaznaczyć), to jednak
film bardzo szybko popada w bełkot. I pretensjonalną tonację.
Brillowska mnoży bowiem wszystko bez jakiegokolwiek umiaru, nie
przejmując się regułami opowiadania filmowego. Dramaturgia nie jest dla
niej ważna, liczą się tylko kolejne dziwactwa (skutecznie neutralizujące
tzw. ważkość tematyki dzieła). Nie pomaga też strona wizualna. Dominuje
estetyka turpizmu, czym podkreślone zostaje to, co... już wcześniej
podkreślone zostało. Owa brzydota, regularne silenie się na szokowanie
odbiorcy i wreszcie minimalizm formalny przywodzą na myśl pewien
kontrowersyjny komiks internetowy o nazwie Electric Retard. Tyle
że jego autor nie udawał, że ma cokolwiek do przekazania. Nie, żeby
Brillowska była osobą, która o niczym się wypowiedzieć nie chce, ale Diabelskie dzieci
wyglądają raczej tak, jakby wybrane do omówienia tematy stanowiły dla
niej jedynie pretekst, aby mogła sobie "pomasturbować", pogwałcić,
pociąć czy pomordować. Można by zapewne bronić filmu przymiotnikami w
stylu "odważny", "bezkompromisowy", "ekstrawagancki" czy po prostu
"autorski", ale, jak myślę, w najlepszym razie jest to kabotyństwo, a
najtrafniejszym określeniem zdaje się być jednak "grafomania".
PS. Przykładowa krótkometrażówka pani Brillowskiej, doskonale oddająca charakter Diabelskich dzieci: Linda und Lorna in Morgen Roete.
czwartek, 3 maja 2012
#1023 - Ligatura 2012: Animation Now!
Drugiego dnia poznańskiego festiwalu Ligatura w Kinie Muza wyemitowany został
blok krótkometrażowych filmów animowanych wybranych wcześniej drogą
ogólnopolskiego konkursu. Dziesięć zwycięskich prac składających się na
"Animation now!" to przekrój przez różnorodne techniki animacji, od
plastelinowej i lalkowej przez komputerową obsypaną cukrem. Różnią się
od siebie także, oczywiście, reprezentowanymi gatunkami, jak również
jakością - obok pozycji pod każdym kątem interesujących pojawiają się
bowiem te, które do zaoferowania mają w zasadzie tylko popis
technicznych możliwości swoich autorów. Na szczęście nie stanowią
przeważającej większości, a i część z nich traktować można jako w miarę
przyjemne ciekawostki.
Jedną z nich byłaby zapewne imponująca formalnie "Galeria" Roberta
Procha, gdyby nie to, że trwa minut prawie pięć, czyli, jak dla mnie, o
jakieś dwie lub nawet trzy za dużo. Absolwent Poznańskiej Akademii Sztuk
Pięknych bawi się obrazem z prawdziwą gracją, ale abstrakcyjność zdaje
się stanowić dla niego wartość samą w sobie, zaś czytelne opowiadanie
nie leży w polu jego zainteresowań. Na pierwszy rzut oka takim samym
przerostem formy nad treścią cechuje się częstokroć nagradzana "Linia
życia" Tomka Duckiego, ale to jedynie pozory. Ducki przedstawia historię
"wiecznego biegu mechanicznych ludzi", egzystencjalną alegorię wyzbytą
śladów jakichkolwiek pretensji, często w tego typu utworach obecnych. To
rzecz oszczędna, dynamicznie opowiedziana, w pewnym momencie całkiem
poruszająca. Jej siła tkwi w prostocie i szczerości.
Zwrotem
w stronę życia nieskażonego tzw. szarą rzeczywistością są "Radostki"
Magdaleny Osińskiej. Wywodząca się z łódzkiej filmówki artystka
przedstawia świat oczami dziecka, a właściwie tą część świata, w której
najważniejszą rolę odgrywa jego wyobraźnia. A więc zabawa, zabawa i
jeszcze raz zabawa. Dziecko będące (okazjonalnym) narratorem opowieści
kreuje parę bohaterów, których wyprawia w niebezpieczną przygodę. Ci
jednak z czasem zaczynają żyć własnym życiem, niezależnie od swojego
twórcy. Prawdopodobnie. Wprawdzie w drugiej połowie wyraźnie kuleje
dramaturgia, jednak film do końca pozostaje odpowiednio uroczy (kojarząc
się czasem z wybranymi utworami mistrza Juliana Antonisza).
Ze
wspomnianej filmówki wywodzą się też trzej kolejni autorzy, których to
filmy stanowią zresztą największe - wespół ze wcześniejszą "Linią życia"
- plusy "Animation Now!". Pierwszym z nich są kultowe już chyba "Drżące
trąby" młodziutkiej (rocznik '90) Natalii Brożyńskiej. Ekstrawagancka
artystka filmem tym szturmem zdobyła światowe festiwale, jak również -
za pomocą magii YouTube'a - serca tysięcy internautów. I nie ma się co
dziwić. Jej niespełna czterominutowa opowieść o wywołanej zazdrością
chęci mordu to wysokich lotów komedia cechująca się bardzo wyraźnym i
oryginalnym "charakterem pisma" autorki.
Tak samo specyficzne i dobre jest równie chętnie nagradzane "Miasto
płynie" Balbiny Bruszewskiej, nietuzinkowa mieszanka różnorodnych
technik, form i gatunków. Bruszewska szczerze - czasem brutalnie
szczerze - portretuje miasto Łódź i jej mieszkańców. Często balansuje na
granicy dramatu i komedii, chętnie sięga po społeczno-obyczajową
satyrę, z narracji bardziej tradycyjnej przechodzi w muzyczny teledysk,
wreszcie film animowany łączy z aktorskim, a groteskę przeobraża w swego
rodzaju utwór poetycki (piękny epizod porannej pobudki). Robi wrażenie.
Ostatnim
z łódzkich tworów - a także ostatnim w pełni udanym tutaj filmem - są
niezwykle liryczne "Dwa kroki za..." Pauliny Majdy, reżyserki wyraźnie
czerpiącej z tradycji Polskiej Szkoły Animacji spod znaku dzieł
Waleriana Borowczyka i Jana Lenicy z przełomu lat 50. i 60. Artystka
opowiada o mieszkającym na wsi chłopcu marzącym o wyjeździe do wielkiego
miasta. Najpierw przenoszącym się do niego w świecie wyobraźni,
następnie zaś - jak się nieoczekiwanie okazuje - w sensie fizycznym. Nie
do końca czytelny sposób opowiadania okazuje się mocną stroną filmu,
podobnie jak spinające poszczególne elementy w spójną całość cytaty z
powieści Edwarda Stachury. Szkoda, że czytane akurat przez niekoniecznie przekonującego Wojciecha
Malajkata.
Trzy z ostatnich czterech projektów
traktować można jeszcze jako przyjemne ciekawostki - zgrabne formalnie,
odpowiednio krótkie teledyski "Sponge Ideas" Katarzyny Nalewajki i
Pauliny Szewczyk oraz "Grand Central" Przemka Adamskiego i Katarzyny
Kijek, a także ledwie jednominutowy filmik "Pszczoły przygoda" Marty
Papierowskiej. Gorzej z "Balladą o smoku i bohaterze",
postmodernistycznej zabawie teoretycznie składającej się z elementów
interesujących i zabawnych, ostatecznie jednak pozlepianych ze sobą bez
wyczucia i w złych proporcjach, a tym samym zwyczajnie męczącej.
Choć
nie wszystkie utwory trafiały w mój gust, "Animation Now!" to moim
zdaniem zbiór udany, a przede wszystkim świetna inicjatywa. Warte
poznania. Po prostu.
czwartek, 12 kwietnia 2012
#1008 - "Lunatykując, ciało robi rzeczy…" - wywiad z Anke Feuchtenberger
Prezentujemy wywiad z Anke Feuchtenberger, przeprowadzony przez Annę Biskupską (tłumaczkę komiksu) przy współpracy Macieja Gierszewskiego; poniższą rozmowę będzie można także przeczytać w samym albumie "Somnambule". Polska premiera książki będzie miała miejsce 19 kwietnia na poznańskiej Ligaturze, przy okazji wernisażu prac artystki w Uniwersytecie Artystycznym.
Oprócz tego w sprzedaży pojawi się również limitowana edycja komiksu wzbogacona o płytę DVD, zawierająca film animowany Anke. Ta wersja będzie kosztowała 44,90 złotych i dostępna będzie jedynie w sklepie Centrali. Za edycję podstawową wystarczy zapłacić 39,90.
Dlaczego zatytułowała Pani swoją książkę "Somnambule"? To słowo można łatwo skojarzyć z chorobą – lunatykowaniem. Nocna, senna atmosfera jest odczuwalna niemalże od pierwszej strony. Co „chorobliwego” jest w tych historiach?
Somnambule jest błędnie określane jako choroba. Tak jak w XIX wieku histeria i inne opacznie rozumiane właściwości natury ludzkiej. Określamy siebie jako schizofrenicznych, depresyjnych, autystycznych, nie mając na myśli niczego klinicznego. Dla mnie somnambule jest lunatykowaniem, czymś, co robiłam do około 25 roku życia, także czymś niebezpiecznym (kiedy wychodzi się przez okno i w pidżamie krąży po okolicy), teraz robi to mój syn. W rysowaniu jest to dla mnie proces, który jest wprawdzie czynnością fizyczną, ale do której przenika to, co nieświadome. To nie jest tylko nocna, senna atmosfera, rzeczywiste użycie rysunku, jako snu.
Często inspirowała się Pani opowiadaniami Katrin de Vries. Dlaczego akurat ta autorka?
Mniej w tym inspiracji, a więcej rzeczywistej współpracy. Ona pisze prozę, ja rysuję. Jej proza jest bardzo prosta, mało w niej akcji i prawie wcale psychologicznych nawiązań. Są to teksty, które poruszają się na quasi- archaicznej płaszczyźnie. To pozwoliło mi na bardzo swobodne poruszanie się w świecie obrazu, a także umożliwiło stworzenie historii na nowo za pomocą rysunku, ale nie w sposób autobiograficzny, bo tego nie chciałam. Jej teksty bardzo mnie inspirowały.
W Pani książce brakuje spisu treści, paginacji, także pojedyncze historie nie zawsze oddzielone są od siebie tytułami. To sprawia wrażenie, że wszystkie opowiadania stanowią jeden wielki sen. W rzeczywistości również możemy śnić naraz kilka historii, którym często brakuje logicznego następowania, wzajemnie przenikających się. Czy właśnie takie wrażenie chciała Pani osiągnąć?
W "Somnambule" brakuje logiki. Nie chciałam rysować snów, ale śnić, rysując. Właściwie chcę tego, tworząc wszystkie swoje rysunki, ponieważ podświadomość wydaje mi się najcenniejszym materiałem narracyjnym. To ma bardzo silny związek z ciałem, a więc także ze zwierzęcą stroną nas. Bardzo interesuje mnie, gdzie jest właśnie ta granica między zwierzętami, a nami.
We wszystkich historiach główną rolę odgrywają postaci kobiece. Trudno jednak na pierwszy rzut oka rozpoznać ich płeć. Powiedziałabym nawet, że są androgyniczne. Dlaczego nie są typowymi kobietami?
Jest Pani pierwszą osobą, która twierdzi, że nie rozpoznaje płci. Zwykle wszyscy pytają, dlaczego płeć jest przedstawiona w ten sposób? Dlaczego zawsze chodzi o kobiecość i dlaczego jest to tak widoczne? W ludziach interesuje mnie pierwiastek zwierzęcy, to, co nas nieświadomie napędza. Kiedy przyjrzy się Pani zwierzętom, "typowa", dla mnie stereotypowa, płeć jest nie do rozpoznania. U niektórych zwierząt jest w ogóle nierozpoznawalna, na przykład u kotów czy zajęcy. Zatem płeć czy różnica płci (czego wcale nie uważam za marginalne) musi leżeć w czym innym, niż w seksistowsko ukształtowanym stereotypie kobiety.
Somnambule jest błędnie określane jako choroba. Tak jak w XIX wieku histeria i inne opacznie rozumiane właściwości natury ludzkiej. Określamy siebie jako schizofrenicznych, depresyjnych, autystycznych, nie mając na myśli niczego klinicznego. Dla mnie somnambule jest lunatykowaniem, czymś, co robiłam do około 25 roku życia, także czymś niebezpiecznym (kiedy wychodzi się przez okno i w pidżamie krąży po okolicy), teraz robi to mój syn. W rysowaniu jest to dla mnie proces, który jest wprawdzie czynnością fizyczną, ale do której przenika to, co nieświadome. To nie jest tylko nocna, senna atmosfera, rzeczywiste użycie rysunku, jako snu.
Często inspirowała się Pani opowiadaniami Katrin de Vries. Dlaczego akurat ta autorka?
Mniej w tym inspiracji, a więcej rzeczywistej współpracy. Ona pisze prozę, ja rysuję. Jej proza jest bardzo prosta, mało w niej akcji i prawie wcale psychologicznych nawiązań. Są to teksty, które poruszają się na quasi- archaicznej płaszczyźnie. To pozwoliło mi na bardzo swobodne poruszanie się w świecie obrazu, a także umożliwiło stworzenie historii na nowo za pomocą rysunku, ale nie w sposób autobiograficzny, bo tego nie chciałam. Jej teksty bardzo mnie inspirowały.
W Pani książce brakuje spisu treści, paginacji, także pojedyncze historie nie zawsze oddzielone są od siebie tytułami. To sprawia wrażenie, że wszystkie opowiadania stanowią jeden wielki sen. W rzeczywistości również możemy śnić naraz kilka historii, którym często brakuje logicznego następowania, wzajemnie przenikających się. Czy właśnie takie wrażenie chciała Pani osiągnąć?
W "Somnambule" brakuje logiki. Nie chciałam rysować snów, ale śnić, rysując. Właściwie chcę tego, tworząc wszystkie swoje rysunki, ponieważ podświadomość wydaje mi się najcenniejszym materiałem narracyjnym. To ma bardzo silny związek z ciałem, a więc także ze zwierzęcą stroną nas. Bardzo interesuje mnie, gdzie jest właśnie ta granica między zwierzętami, a nami.
We wszystkich historiach główną rolę odgrywają postaci kobiece. Trudno jednak na pierwszy rzut oka rozpoznać ich płeć. Powiedziałabym nawet, że są androgyniczne. Dlaczego nie są typowymi kobietami?
Jest Pani pierwszą osobą, która twierdzi, że nie rozpoznaje płci. Zwykle wszyscy pytają, dlaczego płeć jest przedstawiona w ten sposób? Dlaczego zawsze chodzi o kobiecość i dlaczego jest to tak widoczne? W ludziach interesuje mnie pierwiastek zwierzęcy, to, co nas nieświadomie napędza. Kiedy przyjrzy się Pani zwierzętom, "typowa", dla mnie stereotypowa, płeć jest nie do rozpoznania. U niektórych zwierząt jest w ogóle nierozpoznawalna, na przykład u kotów czy zajęcy. Zatem płeć czy różnica płci (czego wcale nie uważam za marginalne) musi leżeć w czym innym, niż w seksistowsko ukształtowanym stereotypie kobiety.
W moich rysunkach można też znaleźć inaczej przedstawione kobiety – kobiece na stereotypowy sposób. Na przykład na rysunku "Młody łabędź" dwie kobiety pochylają się nad jajem, mają największe piersi, jakie mogłam narysować. Także w mojej ostatniej książce, części trylogii, "Prostytutka P rzuca rękawiczką" główną rolę odgrywa bardzo, bardzo kobieca postać. Jednak w "Somnambule" chciałam zbadać nieokreślony obszar. Płciowość, którą mogłam przedstawić w oderwaniu od obrazów wykreowanych przez media. Coś, co jest bardziej siłą fizyczną niż "romantyczną miłością". Film "Somnambule" chyba lepiej obrazuje, co miałam na myśli, także jeśli chodzi o zagadnienia: "przyciąganie", "odzwierciedlenie", "rozmnażanie".
Tylko w jednej historii występuje mężczyzna. Jego ciało zostaje pomalowane przez kobiety, tańczy – jak w jakimś plemiennym rytuale, w którym pokazanie męskości odgrywa główną rolę. Ostatecznie ląduje jednak głową w doniczce. Czy w tej historii wyśmiana została męskość?
Tę historię narysowałam wiele lat temu (w 1996 roku). Dzisiaj narysowałabym ją inaczej. Nie nazwałabym tego wyśmianiem. Jeśli przyjrzeć się wszystkim martwym, zmaltretowanym ciałom kobiet w klasycznych komiksach, to myślę, że obeszłam się z mężczyznami bardzo łagodnie. Ale ta historia opiera się na "prawdziwym" zdarzeniu. Byłam zakochana w mężczyźnie, który miał coś z odkrywcy. Krążył fizycznie gdzieś po świecie i nie dał się złapać żadnej kobiecie, żadnej miłości. Był bardzo pociągający, ale bronił się usilnie przed wszystkim, co mogłoby go usidlić. Chciałam zobrazować pożądanie. Zadałam sobie pytanie, co wznieciłoby pożądanie u kobiet?
Ten mężczyzna chce poznać tajemnice obu kobiet, więc je szpieguje, one z kolei chcą wiedzieć, jak to jest kogoś pożądać i wypróbowują to na nim. Ten temat często występuje w moich historiach. Także w pierwszej książce "Prostytutka P". To, że mężczyzna ostatecznie ląduje w doniczce, znaczy tyle, że musi dorosnąć zanim będzie mógł skonfrontować się z kobietami. W tym samym czasie inna (lunatyczna) jego część tańczy dalej w szklarni.
Dlaczego kobieca seksualność odgrywa tak znaczącą rolę w Pani książce? Czyż nie jest to jedna z największych sił napędowych w ogóle na świecie? U zwierząt, ludzi, roślin...
Zauważyłam też, że w prawie każdej historii występuje motyw oderwanej głowy. Jak należy to rozumieć? Lunatykując, ciało robi rzeczy, których umysł później nie pamięta. Także we śnie istnieje silna rzeczywistość, za którą ciało nie nadąża: kiedy latam we śnie, latam NAPRAWDĘ! Dokładnie wiem, jak to jest! Tylko w dzień już tego nie potrafię. We śnie ciało jest zatem oddzielone od głowy, co nie jest tak bardzo charakterystyczne u zwierząt. To chciałam pokazać. Poza tym często informacje przedstawione są we śnie za pomocą konkretnych obrazów. I tak w moich historiach głowa została oderwana, jednak życie się przez to nie kończy.
Uważam, że Pani książka nie jest wcale łatwa w interpretacji. Pani rysunki mówią do czytelnika symbolami – tak jak sny. Jeśli zinterpretować je dosłownie, nie znajdzie się w nich znaczenia. Dopiero kiedy odgadnie się symbole, które się w nich kryją, wiadomo, o czym mówi historia. Czy Pani się z tym zgadza?
Nie chciałabym, żeby coś było tu interpretowane. Nawet jeśli nie mogę temu zapobiec albo sama próbuję (jak podczas tej rozmowy). Myślę, że jeśli się zagłębi w historię, podąża za snem, jest się na innym poziomie rozumienia. Tak jak w książce "Dzieci umarłych" Jelinek lub poezji Gertrud Kolmar. Nie chciałabym, żeby obrazy stały się psychoanalitycznymi symbolami, które należy zinterpretować. To nigdy nie będzie tak funkcjonować. Chciałam opowiedzieć coś o niemożliwości podporządkowania snu logice, która jest właściwa lub nie. Chciałam opowiedzieć coś o ambiwalentnych, i tu słowo AMBIWALENTNY jest dla mnie bardzo ważne, anarchicznych siłach, które nami targają i są większe niż nasz intelekt może pojąć. To brzmi trochę patetycznie, dlatego wybrałam "uroczą" zajączkę i twarz księżyca, żeby nie stało się to zbyt patetyczne. Tego rodzaju siły działają w prywatnym życiu każdej kobiety (w związkach: mężczyzna + kobieta, dziecko + matka, kobieta + kobieta), w związkach planetarnych (ziemia + księżyc), w kobiecym ciele (comiesięczne przyciąganie i odpychanie) itd.
Podajemy również wyjątki z programu Ligatury, w których będzie uczestniczyła Anke:
19 kwietnia w czwartek, o godzinie 19.00, dwa wernisaże:
19 kwietnia w czwartek, o godzinie 19.00, dwa wernisaże:
a) wystawy prac Anke Feuchtenberger ;
b) studentów Anke Feuchtenberger z Uniwersytetu Artystycznego w Hamburgu.
Uniwersytet Artystyczny w Poznaniu, al. Marcinkowskiego 25. Wstęp wolny. Wystawa dostępna do 22.04.2012,
21 kwietnia (sobota), wykład mistrzowski i autografy:
c) 12.00 - 12.30 Anke Feuchtenberger (Niemcy) - wykład w języku angielskim
Centrum Kultury Zamek, ul. Św. Marcin 80/82, sala w 218, 2 piętro
d)15.30 - 16.30 autografy Jay Wright, Anke Feuchtenberger, Jeroen Funke, Grzegorz Janusz i Marcin Podolec, Maszin.
Centrum Kultury Zamek, ul. św. Marcin 80/82, sala 218, 2 piętro
środa, 21 grudnia 2011
#927 - The Lonely Matador
„The Lonely Matador”, czyli „Samotny matador” (w teście będę używał obu wersji językowych tytułu, chociaż polski tytuł się w wydaniu nie pojawia, ponieważ tom przeznaczony jest także na eksport i można go kupić także za granicą), to komiks autorstwa brytyjskiego rysownika Jay’a Wrighta. Album został wydany przez poznańskie wydawnictwo Centrala, gdyż autor zdobył pierwsze miejsce na Ligatura Pitchnig 2011 w ramach drugiego Festiwalu Kultury Komiksowej Ligatura. Mała uwaga na marginesie: chwalić należy Centralę za promowanie i wydawanie laureatów, bo jeszcze w tym roku ma się ukazać album „Radosav. Poranna mgła” Borisa Stanicia, kolejnego finalisty Pitchnigu.
W albumie „Samotny matador” Jay opowiada alternatywną wersję życia, a właściwie starości, hiszpańskiego matadora Juana Belmonte, który faktycznie był hiszpańskim matadorem i żył w latach 1892 – 1962. Akcja komiksu dzieje się rok później, na jednym z początkowych kadrów pojawia się budzik, na którym widnieje rok 1963. Wyjściem dla snucia opowieści, jest zdanie: „Co by było, gdyby…?”. Gdyby słynny bohater areny nie popełnił samobójstwa, a po zakończeniu fenomenalnej i burzliwej kariery, odszedł na emeryturę, dożył późnej starości. Jak wówczas wyglądałoby jego życie? Z jakimi problemami życia codziennego musiałby borykać się słynny matador, bożyszcze kobiet, wielbiony przez tłumy? Czy potrafiłby sobie poradzić sam, bez walki, bez adrenaliny buzującej we krwi. Komiks, który trzymam w rękach, można uznać za swoiste ćwiczenie z wyobraźni. Jak wygląda starość? Jak sobie można z nią radzić? Czy musi być nudna? Na te i na kilka innych, podobnych pytań, uzyskujemy odpowiedzi, gdy czytamy „Samotnego matadora”. Tydzień z życia emeryta, jest przestawiony z przymrużeniem oka, w sposób symboliczny. Wyszczególnione zdarzenia uznać należy za potencjalną egzemplifikację, a nie przedstawienie faktycznych wydarzeń, które mogły mieć miejsce w jednym tygodniu. Nie należy odczytywać zdarzeń dosłownie – poniedziałek to dzień wspomnień, mamy okazję poznać bliżej dawne życie bohatera, „wspólnie” pooglądać zdjęcia, wtorek to wyprawa do sklepu mięsnego, robienie zakupów, bo lodówka pusta, w środę bohater idzie na siłownię, w czwartek pobudka o pierwszej po południu i oglądanie telewizji przez cały dzień, w piątek poranna toaleta, a potem, aby nie wyjść z wprawy, matadorskie „ćwiczenia”, najciekawsza jest sobota, gdyż tego dnia Juana Belmonte postanawia walczyć, przebiera się i w nocy przemalowuje bilbord, umieszcza na nim napis The fight lives on. Niewiele więcej dzieje się w sferze fabularnej, można uznać, że Jay Wright medytuje nad tym, czy decyzja o samobójstwie była dobra, czy też samotne życie z dnia na dzień ma jakiś sens. A jeśli tak, to jaki?
Uważam, że album „Samotny matador”, jest komiksem przeznaczonym zasadniczo dla dziecięcego odbiorcy. O czym świadczy m.in. tegoroczne wyróżnienie tego komiksu w Macmillan Children's Book Prize, ale także wyśmienite rysunki brytyjskiego autora. Prostota i schematyczność ujęcia postaci, wręcz karykaturalność. Niezwykła symboliczność ujęć i gestów. Nieschematyczne i różnorakie kadrowanie; obok całostronicowych kadrów są plansze z wyraźnym podziałem na sekwencję następujących po sobie zdarzeń. Niezbyt zawiła fabuła, raczej do „omówienia”, a nie przeczytania. W końcu „The Lonely Matador” jest komiksem bez dialogów, a ilość słów została ograniczona do minimum. O tym, że książka Wrighta, to komiks dla dzieci świadczy jeszcze kilka innych zabiegów formalnych, a także pomysły na interaktywność tomu: dodatki w postaci dwóch plakatów, koperty ze zdjęciami, półprzezroczysta kalka, umieszczona na kadrach, na których przedstawiony jest sen bohatera. Proste, ale zarazem genialne.
poniedziałek, 4 lipca 2011
#798 - Relacja z "Ligatury", część druga
Piątek, 2011-06-03:
Urywam się z pracy tak szybko, jak to tylko jest możliwe. Jednak nie na tyle wcześnie, aby zdążyć na wernisaż "Le Darinier Cri", który odbył się o 13:00. Nie udaje mi się także załapać na otwarcie "Krótkich historii", ale myślę sobie, nic straconego. Pewnie będę miał jeszcze okazję, aby przejść się do "Głośnej" i może akurat zastanę Romana, to sobie z nim chwilę porozmawiam.
EAST COVER Ligatura Pitching 2011
Idea "pitchingu" polega na spotkaniu, zetknięciu ze sobą artystów komiksowych z wydawcami, redaktorami i innymi osobami, które są żywo zainteresowane promocją, rozpowszechnianiem i publikacją komiksów. Zasadniczo twórcy prezentują swoje prace przed międzynarodową komisją. Jej zadanie polega na wytypowaniu jednego projektu, który w późniejszym terminie zostanie wydany drukiem w Polsce. Pomysł na tego typu spotkanie, tak przeprowadzone, wydaje mi się bardzo dobry, wręcz świetny.
Dodatkowym atutem "pitchingu" w Poznaniu miał być katalog, o którym wspominają organizatorzy na swojej stronie, pisząc tak: "Podczas Festiwalu Kultury Komiksowej LIGATURA będzie dostępny katalog EAST COVER Pitchings zawierający profile wszystkich wybranych do prezentacji artystów. Po Ligaturze, katalog będzie rozsyłany do wydawnictw i organizatorów festiwali w Europie i USA". Niestety katalogu nie dorwałem. Nie wiem, czy się już ukazał i czy był dziś dostępny, a ja go przeoczyłem, czy też dopiero się ukaże.
Michał Słomka po polsku przedstawił ideę "pitchingu" oraz w kilku słowach przybliżył międzynarodowe jury. Wypowiedzi Michała przełożone zostały przez tłumacza (z pomocą Michała) na angielski. Szkoda jednak, że autorzy prezentujący swoje prace i projekty nie mieli wsparcia tłumacza, ponieważ nie wszyscy z nich biegle posługiwali się językiem angielskim. W piątek zaprezentowała się pierwsza grupa, a następnego dnia kolejna. Osobiście z tego, co widziałem, najbardziej podobała mi się prezentacja Kamila Tatary, czyli projekt komiksu pod tytułem "Golden Boy", który z wielką pasją mówił o swoim bohaterze, a także o swoim sposobie rysowania i przygotowywania kolejnych plansz. Bez żadnych wątpliwości mogę powiedzieć, że całość była genialnie narysowana. Chętnie kupiłbym album Kamila. Podobał mi się również projekt "Perpetum mobile" Jakuba Sytego oraz Mikołaja Ratki. Komiks zbudowany z osobnych, krótkich i zabawnych historyjek, bardzo ciekawie kadrowanych. Obok wymienionych przeze mnie osób swoje prace przedstawiali jeszcze: Agata Dębicka, Jeroen Funke oraz Filip Bąk.
W sobotę nie byłem na drugiej "pitchingowej" prezentacji, ponieważ w tym samym czasie odbywało się spotkanie autorskie Aleksandara Zografa, w którym uczestniczyłem. Tak informacyjnie podaję, że laureatem EAST COVER Ligatura Pitching 2011 został Jay Wright z Wielkiej Brytanii.
Nie udało mi się wstać na tyle wcześnie, aby wyrobić się ze wszystkimi porannymi czynnościami i na 11:00 zdążyć do Biblioteki Uniwersyteckiej, żeby wziąć udział w panelu dyskusyjnym "Co z tym komiksem?". Teraz oczywiście żałuję. Bardzo jestem ciekaw co mówiono, kto mówił, o czym i czy rozmawiano, może postawiono jakąś diagnozę. Chciałbym porozmawiać z kimś, kto był na panelu, chciałbym usłyszeć relację, skoro sam na nim nie byłem.
Wykłady mistrzowskie: Aleksandar Zograf
Dotarłem do Uniwersyteckiej dopiero na spotkanie z Aleksandarem Zografem, czyli na promocję komiksu "Pozdrowienia z Serbii. Dziennik komiksowy z czasów konfliktu w Serbii". Album, wydany przez poznańską Centralę, miał swoją ogólnopolską premierę właśnie tego dnia. Spotkanie rozpoczęło się z delikatnym poślizgiem, prowadził je Michał Słomka. Chociaż autor komiksu okazał się samograjem, który w ciekawy (i nieśmiały) sposób opowiadał o swoich rysowniczych początkach, o swoich fascynacjach, o codzienności w czasie wojny, o fałszywym obrazie bałkańskiej wojny, który prezentowany był w międzynarodowych mediach. Bardzo spodobała mi się pewna jego wypowiedź, do tego stopnia, że aż ją sobie zanotowałem: "Niezależnie od tego w jakim jesteś mieście, to znajdziesz w nim historie, które to miasto chce ci opowiedzieć, tylko musisz być twardy i chcieć jej wysłuchać".
Po spotkaniu uznałem, że nie ma większego sensu iść do "Ósemek" na drugą część "pitchingów", ponieważ już trwały i właściwie za chwilę miały się zakończyć. Miałem wolne pół godziny, dlatego poszedłem do "Głośnej", aby pooglądać zgromadzone tam w ramach "Krótkich historii" prace. Byłem jedynym widzem. Dziwnie się z tym czułem. Bacznie obserwowany przez cztery osoby z obsługi wystawy i kawiarni. Przyznaję, że może i miałem ochotę zabrać sobie do domu jakieś rysunki, najchętniej Aleksandry Woldańskiej-Płocińskiej i Kamila Tatary, ale przecież i tak bym tego nie zrobił, nie starczyłoby mi odwagi i bezczelności. Przy okazji pooglądałem sobie, ale nie kupiłem, pierwszy numer "Gili-Gili prezentuje: Eyjafjallajokull".
Story Art Review of Ligatura 2011
W "Ósemkach" pooglądałem prace Mikołaja Tkacza oraz wziąłem bierny udział w ostatnim punkcie programu tegorocznej Ligatury. "Story Art.…" miało się rozpocząć o godzinie 18:30, czekałem i czekałem, o 19:01 padło wreszcie sakramentalne „To zaczynajmy, zapraszamy do środka”, po którym do środka weszło 31 osób. Jurorzy ogłosili wyniki w każdej kategorii. Dużo tego…
Po kilku dniach spis nagrodzonych pojawia się na stronie organizatora.
Po południu, gdy wracałem z pracy do domu na Garbarach natknąłem się Grzegorza Łuczyńskiego, z którym nie widziałem się od dnia naszego przypadkowego spotkania w Kinie "Muza" na wernisażu prac konkursowych "Silence". Okazało się, że był na kilku, innych niż ja, wystawach i wernisażach w czasie trwania Ligatury i dlatego nie było nam dane się zobaczyć. Mówił, że czytał moją relację z pierwszych dwóch dni na Kolorowych i dopytywał czy będzie druga część, odpowiedziałem, że po weekendzie. Wymieniliśmy opinię o całym festiwalu, a gdy wróciłem do domu, to pomyślałem, że właściwie mógłbym poprosić Grzegorza, aby napisał swój komentarz o Ligaturze. Napisał:
Ligatura z jednej strony jest wydarzeniem kulturalnym, które ma na celu pokazanie ludziom nieobytym ze sztuką komiksową, czym są opowieści graficzne. Pokazuje nieznane ogółowi prace zagranicznych oraz polskich artystów, jednocześnie mając na celu pokazanie artystycznej społeczności, że komiks to też sztuka… Niestety z drugiej strony twórcy Festiwalu zdają się nie zauważać, że polski rynek komiksowy jest bardzo malutki i hermetyczny. W naszym kraju historyjki obrazkowe czytane są tylko i wyłącznie przez świadomych fanów, a największą bolączką jest fakt, że niemal wcale nie pojawiają się nowi czytelnicy. Rynek przeżywa okres nadmiernej dojrzałości – publikowane są tylko i wyłącznie najlepsze dzieła najbardziej uznanych mistrzów gatunku. Młody czytelnik nie jest w stanie znaleźć nic dla siebie. W tym właśnie punkcie wzniosłe idee Ligatury napotykają na twardą barierę rzeczywistości. Obecni na atrakcjach są niemal tylko ludzie widoczni na każdym festiwalu komiksowym, więc pomysł szerzenia znajomości tej dziedziny sztuki wśród niezaznajomionych z nią ludzi upada. Nie sprawdza się też idea stawiania na Festiwalu na wystawy, gdyż niski poziom artystowskich (ciężko tu bowiem mówić o "artystycznych") prac dobieranych głównie ze względu na niszowość, nie zachwyca przybyłych na Ligaturę fanów, przyzwyczajonych do nieco wyższego poziomu rozpowszechnianych prac. Niestety czasy zafascynowania komiksem undergroundowym większość obecnych czytelników przeżyła w latach dziewięćdziesiątych poprzedniego wieku, natomiast działania takie jak Ligatura (mimo założonego celu) pokazują przez przypadek przybyłym młodym fanom, że komiks jako medium nie jest dla "ludzi", lecz dla "artystów".
Dlatego należy się zastanowić, czy działania takie jak Ligatura, które przypadkowym czytelnikom pokazują fałszywy obraz komiksu, natomiast zapalonych fanów rażą niskim poziomem wykonania organizatorskiego oraz merytorycznego, nie powinny przeobrazić się w coś zupełnie innego i promującego komiks wśród szerszego grona potencjalnych odbiorców.
wtorek, 28 czerwca 2011
#795 - Relacja z "Ligatury", część pierwsza
Na tegorocznym Międzynarodowym (i to pełną gębą!) Festiwalu Kultury Komiksowej "Ligatura" w Poznaniu zjawił się Maciej Gierszewski. Na potrzeby Kolorowych Zeszytów Giera przygotował relację z imprezy w dość nietypowej, dziennikowej formie. Dziś zapraszamy do lektury pierwszej części, a już wkrótce zaprezentujemy część drugą.
Poniedziałek, 2011-05-30, czyli prolog:
Przydałaby mi się ulotka z programem "Ligatury", dlatego poszedłem do "Meskaliny". Pomyślałem sobie, że skoro w tej knajpie ma się odbyć "Komiksofon" i bankiet kończący festiwal, to pewnie w okolicach baru lub gdzieś na stolikach znajdę leżące jakieś ulotki informacyjne. Akurat był koncert, więc nie miałem możliwości, aby wejść do środka. Na bramce stał Benek, więc zapytałem go, czy są ulotki "Ligatury". W odpowiedzi usłyszałem: "Organizator jeszcze nie dostarczył". Pomyślałem, że może są już w "Dragonie", więc poszedłem do "Dragona", ale tam także nie było. Wróciłem do domu z pustymi rękami. W domu przekopiowałem szczegóły programu, wkleiłem do worda i wydrukowałem.
Przyznaję, nie uczestniczyłem we wszystkich imprezach, spotkaniach, wykładach, wystawach i innych iwentach tegorocznego, 2-go Międzynarodowego Festiwalu Kultury Komiksowej "Ligatura", który odbywał się w dniach od 1 do 4 czerwca w Poznaniu. Idea przewodnia minionego festiwalu została przez organizatorów streszczona w bardzo chwytliwym haśle: "Czasy się zmieniają – wyjdź z ramek". To bardzo atrakcyjna myśl. Może w swojej pierwszej części nazbyt banalna. Natomiast intrygujące "wyjdź z ramek" przyświecało organizatorom przy konstruowaniu programu, który był bardzo rozbudowany i różnorodny. Z racji ograniczeń czasowych, wynikających z zadań pracowniczych, wybrałem dla siebie tylko niektóre jego elementy. Dlatego moja relacja będzie wybiórcza i szczątkowa.
Środa, 2011-06-01:
Agnieszka Piksa: "Clue Clouds"
Spóźniłem się na wernisaż, który odbył się w najbardziej zasłużonej/wysłużonej galerii Poznania - "Arsenale". Spóźniłem się niewiele, ale jednak. I dlatego nie miałem okazji wysłuchać słów wstępu kuratora wystawy, w którym pewnie zostało wytłumaczone, co przedstawiają prezentowane prace, na co należy zwrócić szczególną uwagę, jak należy je interpretować oraz dlaczego zostały pokazane w czasie trwania festiwalu komiksowego. Mój ograniczony aparat pojęciowy, który nie liznął ani grama klasycznego wykształcenia artystycznego, nie pozwolił mi zrozumieć rysunków z cyklu "chmury pojęciowe". Na wystawie pokazane zostały także słowne ready-made’y, których ideę jak najbardziej rozumiem. Miałem okazję zapoznać się z podobnymi utworami, pisanymi przez współczesnych poetów, takich jak Andrzej Sosnowski, Darek Foks czy Marta Podgórnik. Jeśli mam być szczery, to ich utwory, które zostały zbudowane na takiej samej zasadzie, znaczą. Znaczą w warstwie komunikatu i sensu tego komunikatu. Słowne ready-made’y Agnieszki Piksy odebrane zostały przeze mnie jako różnokolorowe strzępy zdań, które nie łączyły się w całość.
Wieczorem, gdy wróciłem do domu, przeczytałem ze stronie "Ligatury" kilka słów, które mają przybliżać autorkę i jej prace: "prace tekstowe, w których klasyczna literacka narracja zastąpiona została przez formę eseju wizualnego, podobnego aleatorycznej partyturze. Tym samym projekt "Clue Clouds" w bezpretensjonalny sposób odwołuje się do tradycji konceptualnej, wzbogacając ją o ekspresyjną formę graficzną i nietuzinkowe poczucie humoru". Te zdania, może i ładne, pojemne, wcale nie pomogły mi w zaakceptowaniu faktu, iż prace wystawione w "Arsenale" zostały zaprezentowane w ramach festiwalu "kultury komiksowej".
Maciej Sieńczyk: "Polisario"
Na wystawie w Galerii ON zostało zgromadzonych około 40 prac – rysunków, szkiców, obrazów, kolorowych grafik, ilustracji, krótkich, kilkuplanszowych komiksów. Obok tych, stricte autorskich produkcji, wystawiono także zbiór eksponatów z "gabinetu kolekcjonera", czyli z prywatnej kolekcji namiętnego zbieracza, jakim okazał się być Maciej Sieńczyk. Rekwizyty zbierane przez niego, to w głównej mierze przedmioty-odrzuty, przedmioty-buble. Przedmioty, które kiedyś do czegoś konkretnego służyły, które należały do sfery użytkowej, a teraz są to w głównej mierze śmieci. Umieszczenie ich w galerii, miedzy oryginalnymi, autorskimi pracami, wydobyło z tych "martwych" przedmiotów drugie i trzecie dno. Ukazało, jak niedaleko jest od prac Sieńczyka do zbieranych przez niego osobliwych i absurdalnych ready-made’s. Wymienię kilka z nich: duże, kartonowe, kolorowe plansze do przysposobienia obronnego – "Zasady strzelania do celów powietrznych", "Materiały wybuchowe", "Znaki topograficzne". Nietypowe, socjalistyczne druki, ulotki, broszury, książeczki, podręczniki – "Z biblioteki toromistrza kolejowego", tom 4, pod tytułem "Walka z pełzaniem szyn", autorstwa Marcelego Rosta. Plastikowe zabawki, kosmiczne, księżycowe, kolorowe łaziki. Dziecięcy, wykonany z plastiku, stetoskop.
Przemieszanie autorskich prac z przedziwnymi eksponatami, rekwizytami rodem z wysypiska śmieci, okazało się być bardzo trafnym i "płodnym" zabiegiem. Dzięki takiej prezentacji prac wyszło na jaw, że obiekty i sytuacje zaczerpnięte z życia codziennego, leżakują przez jakiś czas w pamięci Sieńczyka, aby następnie powrócić na łamy jego prac. Ale "powrót" nie jest dosłownym cytatem z rzeczywistości, następuje surrealistyczne przetworzenie i dzięki temu stają się one zabawne i straszne. Smutne, ale i zarazem absurdalnie komiczne. Wystawa "Polisario" zasadniczo zmieniła mój punkt widzenia i oceny prac Macieja Sieńczyka.
Wernisaż prac konkursowych: SILENCE
W holu kina Muza spotykam pierwszych dziś znajomych, którzy nie należą do "światka komiksowego". Oni także przyszli pooglądać wywieszone prace. Dużo nie ma do oglądania. W słowie wstępnym Michał Słomka mówi, że na konkurs przysłono ponad 200 prac z 36 krajów. Zastanawiające jest, dlaczego zaprezentowano jedynie 9 z nich. Mało, bardzo mało, za mało. Fakt, kino Muza to kameralne miejsce, ale zmieściłoby się jeszcze co najmniej drugie tyle prac. Michał w swoim wystąpieniu nie powiedział, dlaczego zaprezentowano tak mało autorów z tych 79, których zakwalifikowano do konkursu.
Zrobić ciekawy komiks bez słów, nawet na niewielu stronach, to trudna sztuka. Opowiedzieć zajmującą historię za pomocą samego obrazu, aby nie popaść w anegdotyczność przedstawienia, to nie lada wyzwanie. Mi najbardziej podobały się dwa komiksy: Juanity Kellner z Niemiec oraz Marty Długołęckiej z Polski. Bardzo różne od siebie. Plansze Juanity Kellner opowiadały historię dziewczynki, która bawi się z misiem, a następnie miś bawi się dziewczynką. Fascynujące w tych planszach były kolory oraz ekspresjonistyczna kreska. Z tych kadrów biły silne emocje, jakby całość została narysowana z nienawiścią. A komiks Marty Długołęckiej ostatecznie wygrał cały konkurs Silence.
Czwartek, 2011-06-02:
Niestety jestem w pracy do wieczora, dlatego nie mam okazji uczestniczyć w żadnym punkcie programu. Najbardziej żałuję, że nie byłem na wernisażu pierwszego numerku kwartalnika artystycznego "Gili Gili", który poświęcony jest w całości ilustracji. Bohaterem prac dziewiętnastu autorów bieżącego numeru jest islandzki wulkan Eyjafijallajökull. Z opisu zamieszczonego na stronie, wnioskuję, że wspomniany kwartalnik ma więcej wspólnego ze sztuką niż z komiksem, rozumianym nawet jako "kolorowe historie". Osobiście się o tym nie przekonałem, ponieważ nigdzie nie natknąłem się na informację, jak i do kiedy czynna jest ta wystawa.
Subskrybuj:
Posty (Atom)



















