Pokazywanie postów oznaczonych etykietą relacja. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą relacja. Pokaż wszystkie posty

środa, 5 listopada 2014

#1775 - Raport z Łodzi (1)

Jak co roku na Kolorowych nie pojawi się pełnowartościowa relacja z Międzynarodowego Festiwalu Komiksu (i Gier) w Łodzi. Jestem zdania, że w pojedynkę niemożliwe jest napisanie rzetelnej relacji z imprezy, która w ostatnich latach rozrosła się do naprawdę monstrualnych rozmiarów (choć na Polterze podjętą bardzo ambitną próbę). Z drugiej strony źle stałoby się gdyby największe komiksowe święto w naszym kraju przeszło u nas bez żadnego echa… 


wtorek, 6 sierpnia 2013

#1346 - Komiks bezkompleksów - relacja z Ligatury 2013

Jeśli ktoś nie znosi komiksów, powinien koniecznie wybrać się na poznański festiwal Ligatura. To terapia dla wszystkich, którzy jeszcze nie przetrawili tego, że rysowanie historii jest autonomiczną sztuką i że na poziomie fabularnym i estetycznym może dorównywać swoim uznanym starszym krewnym. 

Przez cztery dni w centrum Poznania można było posłuchać frapujących dyskusji, obejrzeć masę inspirowanych komiksem filmów, krążyć po klubach, galeriach i prywatnych mieszkaniach, w których zaaranżowano przestrzeń pod wystawy.

Co oprócz braku poszumu swetrów i widoku włosów spiętych w kitkę decyduje o wartości festiwalu? Przede wszystkim pitching! To konkurs ofert przygotowanych przez rysowników i scenarzystów. Jak twierdzą organizatorzy – jedyny na świecie. Kilkunastu autorów z całej Europy przedstawiło swoje propozycje. (…) Wygrała Joana Estrela Vasconclesos – Hiszpanka pracująca na Litwie jako wolontariuszka. Już niebawem będzie można przeczytać jej frapujący, polityczny komiks o zinstytucjonalizowanej homofobii u naszych wschodnich sąsiadów. Niezależnie od werdyktu jury warto popularyzować ideę pitchingu. Wszystkie prace, które zakwalifikowano do drugiego etapu zostaną rozesłane do wydawców w Europie i Stanach Zjednoczonych.

Festiwalowi towarzyszył również konkurs „Silence” – na komiksy bez dymków. Wygrał Evgeny Yakovlev z Kazachstanu za pracę „Forgotten”. (…) Odbyły się też warsztaty scenariuszowe i rysunkowe i kilka wystaw, które śmiało mogłyby przyćmić snobistyczne wernisaże w modnych galeriach. „Portret podwójny. Polski komiks kobiecy” pokazał twórczość dwudziestu autorek w duchu zgodnym z ideą festiwalu – bez zadęcia, protekcjonalizmu i nadętych teorii.

Monograficzna wystawa prac Badyla – twórcy związanego z prasą niezależną, m.in. ,,Mać Pariadką" czy ,,Pasażerem" – odbyła się w anarchistycznej księgarnio-kawiarni Zemsta. Jego proste rysunki, pozornie niewiele różniące się od satyrycznych obrazków znanych z głównonurtowej prasy, są już częścią historii rodzimego niezalu. Warto wspomnieć, że pierwsza generacja powojennych polskich anarchistów od samego początku uważała komiks za medium adekwatne i użyteczne w prowadzeniu działalności propagandowej. Badyl sprawnością czy celnością komentarzy nie ustępuje najsłynniejszym polskim rysownikom prasowym, wali za to mocniej od nich, za temat drwin obierając nie przywary poszczególnych polityków lub aktualne wydarzenia, a całokształt naszej młodej i przaśnej demokracji.

Wystawa holenderskiego kolektywu Lamelos pokazała, jak obalić snobizm i hipokryzję wpisane w działalność galerii sztuki współczesnej. W holu nowej części Zamku Cesarskiego nawieszano ogromną ilość prac – od lapidarnych ołówkowych szkiców, przez urokliwe (choć często obrazoburcze) akwarelki i wydruki cyfrowe, aż po wielowarstwowe sitodrukowe odbitki. Ilość i nagromadzenie grafik stanowiły radosny atak na galeryjną sztampę i udawanie, że można godzinami kontemplować ubogie w treści wystawy. (…)

Można by wymieniać kolejne wernisaże i spotkania (tu jedyny bodaj feler: wielu prelegentów nie dotarło na swoje wykłady), ale wypada w końcu przerwać pean na cześć najbardziej bezobciachowego festiwalu komiksowego w Europie Środkowo-Wschodniej. Żeby zgrabnie zamknąć ten cykl zachwytów, należy wspomnieć o uroczystym zakończeniu. Uświetnił je muzyczny performance Judy Dunaway, amerykańskiej artystki konceptualnej, która zagrała niepokojący koncert, używając między innymi… wibratorów! Zbliżane do balonów oklejonych superczułymi mikrofonami wydawały dźwięki przypominające pikowanie meserszmitów. Entuzjaści akustycznych eksperymentów tłumaczyli w kuluarach, że chodziło o analogię pomiędzy balonami a komiksowymi dymkami, jednak nie sposób uniknąć skojarzenia, że lateksowe vibrato miało ukazać ostateczną formę rozkoszy.

Nie trzeba być długowłosym nerdem w polarze, by zbliżyć się do takiego stanu na poznańskim festiwalu. Mówi Michał Słomka, organizator festiwalu Ligatura: „Nie chcemy udowadniać, że komiks jest mądry, dobry; po prostu pokazujemy, że to odpowiednie medium do pokazywania prawdy w sposób chłodny, analityczny lub emocjonalny także za pomocą estetycznego eksperymentu. Nie m sensu organizować festiwalu komiksowego tylko dla zagorzałych fanów. To sprawdza się na innych imprezach, gdzie spotykają się pasjonaci w wąskim gronie i na przykład grają w RPG. My chcieliśmy stworzyć festiwal, jakiego potrzebuje Polska i nasza część Europy. Myślenie wąskimi kategoriami nie pokrywa się z rzeczywistością, z różnorodnością komiksowego świata”.

- - - - - - - - - - - - - - - - - -
Autorem powyższego tekstu jest Jan Bińczycki. Jest to fragment obszernej relacji z tegorocznej Ligatury, całość można przeczytać w 41. numerze "Ha!artu". Gorąco polecamy zapoznać się z bieżącym numerem, którego temtem przewodnim jest dziennikarstwo spod znaku GONZO. W numerze także ciekawy blok komiksowy, dlatego tym bardziej polecamy krakowski magazyn interdyscyplinarny. Więcej szczegółów i możliwość zamówienia :tu:

Skróty oraz ilustracje pochodzą od redakcji Kolorowych.

czwartek, 31 maja 2012

#1046 - Ligatura 2012: Ligatura Pitching

Twórcy poznańskiego festiwalu od początku nie kryli, że to właśnie pitching jest dla nich najważniejszy. I nie ma się co dziwić. Prezentacja projektów międzynarodowych artystów dokonana przed publicznością i jury celem wyłonienia, a następnie opublikowania tego najlepszego (ewentualnie tych najlepszych), to świetny pomysł nie tylko z marketingowego punktu widzenia. W pewnym sensie jest to, w zależności od wybranej pracy, możliwość znalezienia się w samym środku czy nawet na samym początku procesu twórczego danego artysty (niektórzy przedstawiali komiksy już praktycznie gotowe, tylko czekające na wydawcę, inni ledwie zarysy ewentualnych publikacji). Wreszcie to swego rodzaju wehikuł czasu. Wszak przyszłość medium spoczywa w rękach właśnie tych artystów, młodych i jeszcze szerzej nieznanych. Za sprawą Ligatury u części z nich niebawem się to zmieni.


Do tegorocznego pitchingu zgłoszone zostały równo 73 projekty z 19 krajów, a na festiwal zakwalifikowanych zostało 20 z nich. Prezentacje podzielone zostały na 2 spotkania. Pierwsze odbyło się w piątkowe popołudnie, kiedy to jeszcze, niestety, nie udało mi się dotrzeć do Poznania; czego żałuję tym bardziej, że to właśnie dwójka z pierwszej dziesiątki wybranych artystów zajęła zaszczytne pierwsze i trzecie miejsce na podium (kolejno Bart Nijstad z Holandii oraz Archie Fitzgerald z Wielkiej Brytanii). Miejsce drugie zajęły zaś działające pod wspólnym pseudonimem Zonika nasze rodaczki, Monika Powalisz i Zosia Dzierżawska. Od przedstawienia ich projektu, zatytułowanego "Serce ze śniegu", rozpoczęła się sobotnia część pitchingu.

Oprócz wspomnianych pań Polskę reprezentowała jeszcze Maria Rostocka oraz Robert Olesiński i Michał Madej. Pozostali uczestnicy przyjechali do nas z Węgier, Wielkiej Brytanii, Rosji, Słowacji i Czech. W większości wypadków przedstawione prace znacznie różniły się od siebie, chyba pod każdym możliwym względem. Niektórzy stawiali na abstrakcyjność i/lub absurd, inni na "zwyczajność" lub jej przeciwieństwo w postaci czystej wody gatunku, jeszcze inni na śmiałe eksperymenty formalne. Nie zabrakło nawet postapokaliptycznej mangi, choć jej autor, Dmirty Dubrovin, skośnymi oczami pochwalić się nie mógł. Nie musiał.

Było parę projektów, które wydały mi się nijakie i dziś już nic z nich nie pamiętam, dominowały jednak te, na które najlepszym określeniem będzie przymiotnik "ciekawe" (czasem "bardzo"). Jednym z nich była zaskakująca (także swoją prostotą) opowieść o wschodnioeuropejskim piosenkarzu pop noszącym jakże wymowne nazwisko Yuri Valentin. Piosenkarzu, któremu podczas podróży na koncert do pewnego miasteczka przydarza się nie lada nieszczęście - oto rzeka, którą płynął, rzeka przecinająca pustynię (!), niespodziewanie wysycha. Kto by pomyślał, że jedynym ratunkiem mogą okazać się łzy mieszkańców wspomnianego miasteczka? Odpowiedź brzmi: David Biskup.


Pierwszym z dwóch projektów, które spodobały mi się najbardziej było wspomniane wcześniej "Serce ze śniegu", opowieść o przypadkowym spotkaniu przed kinem dwójki ex-kochanków. Razem wybierają się na tytułowy film (którego fabuła stanowi ilustrację ich dawnego związku), zaś po seansie ruszają wspólnie na plac zabaw, gdzie nieoczekiwanie wpadają w pętlę czasową... Do finału realizacji komiksu autorkom jeszcze czasu trochę chyba zostało, ale przedstawione przez scenarzystkę opisy i szkice wskazują na subtelną i szczerą opowieść miłosną (czy też miłosno-egzystencjalną), której nie powstydziłby się sam norweski mistrz minimalizmu znany jako Jason. 

Jeszcze bardziej podobała mi się jednak przedstawiona przez Petra Novaka antyczna opowieść pod tytułem "A Misty Island Crimson-Coloured" opowiadająca o upadku Celtów. Upadku, do którego doszło za sprawą wysłanych przez Cesarza elitarnych żołnierzy mających wyplenić z Anglii "barbarzyństwo" i pogaństwo. Choć prezentacja ograniczała się do samych ogólnikowych opisów i szkiców koncepcyjnych, historia wypadła bardzo interesująco, przede wszystkim za sprawą dynamicznych rysunków i scenariusza zapowiadającego się jako rzecz bardzo dopracowana dramaturgicznie, wreszcie - a może przede wszystkim - za sprawą śmiertelnie poważnego potraktowania przez twórców celtyckiej mitologii, które to komiks zabiera w rejony fantasy. Oto bowiem do walki z Rzymianami stają nie tylko oczekiwani wojownicy, ale też tworzone przez druidów celtyckie żywe trupy czy sporej wielkości "drzewne potwory".

Jedną jedyną rzeczą, do której mógłbym się przyczepić, był jedynie brak mikrofonu. Wystarczyło, że dany projekt przedstawiał nieco ciszej mówiący autor, aby ciężko było usłyszeć przynajmniej część jego wypowiedzi. Zwłaszcza, jeśli siedziało się na końcu sali, a za sąsiadów miało się ludzi, którzy chwilami bardziej zainteresowani byli sobą niż prezentacjami. Jeśli przymknąć na to oko (a zdaje się, że bez tego obejść się nie może), to nie pozostaje nic innego, jak tylko organizatorom gratulować.


czwartek, 3 maja 2012

#1023 - Ligatura 2012: Animation Now!

Drugiego dnia poznańskiego festiwalu Ligatura w Kinie Muza wyemitowany został blok krótkometrażowych filmów animowanych wybranych wcześniej drogą ogólnopolskiego konkursu. Dziesięć zwycięskich prac składających się na "Animation now!" to przekrój przez różnorodne techniki animacji, od plastelinowej i lalkowej przez komputerową obsypaną cukrem. Różnią się od siebie także, oczywiście, reprezentowanymi gatunkami, jak również jakością - obok pozycji pod każdym kątem interesujących pojawiają się bowiem te, które do zaoferowania mają w zasadzie tylko popis technicznych możliwości swoich autorów. Na szczęście nie stanowią przeważającej większości, a i część z nich traktować można jako w miarę przyjemne ciekawostki.



Jedną z nich byłaby zapewne imponująca formalnie "Galeria" Roberta Procha, gdyby nie to, że trwa minut prawie pięć, czyli, jak dla mnie, o jakieś dwie lub nawet trzy za dużo. Absolwent Poznańskiej Akademii Sztuk Pięknych bawi się obrazem z prawdziwą gracją, ale abstrakcyjność zdaje się stanowić dla niego wartość samą w sobie, zaś czytelne opowiadanie nie leży w polu jego zainteresowań. Na pierwszy rzut oka takim samym przerostem formy nad treścią cechuje się częstokroć nagradzana "Linia życia" Tomka Duckiego, ale to jedynie pozory. Ducki przedstawia historię "wiecznego biegu mechanicznych ludzi", egzystencjalną alegorię wyzbytą śladów jakichkolwiek pretensji, często w tego typu utworach obecnych. To rzecz oszczędna, dynamicznie opowiedziana, w pewnym momencie całkiem poruszająca. Jej siła tkwi w prostocie i szczerości.

Zwrotem w stronę życia nieskażonego tzw. szarą rzeczywistością są "Radostki" Magdaleny Osińskiej. Wywodząca się z łódzkiej filmówki artystka przedstawia świat oczami dziecka, a właściwie tą część świata, w której najważniejszą rolę odgrywa jego wyobraźnia. A więc zabawa, zabawa i jeszcze raz zabawa. Dziecko będące (okazjonalnym) narratorem opowieści kreuje parę bohaterów, których wyprawia w niebezpieczną przygodę. Ci jednak z czasem zaczynają żyć własnym życiem, niezależnie od swojego twórcy. Prawdopodobnie. Wprawdzie w drugiej połowie wyraźnie kuleje dramaturgia, jednak film do końca pozostaje odpowiednio uroczy (kojarząc się czasem z wybranymi utworami mistrza Juliana Antonisza).

Ze wspomnianej filmówki wywodzą się też trzej kolejni autorzy, których to filmy stanowią zresztą największe - wespół ze wcześniejszą "Linią życia" - plusy "Animation Now!". Pierwszym z nich są kultowe już chyba "Drżące trąby" młodziutkiej (rocznik '90) Natalii Brożyńskiej. Ekstrawagancka artystka filmem tym szturmem zdobyła światowe festiwale, jak również - za pomocą magii YouTube'a - serca tysięcy internautów. I nie ma się co dziwić. Jej niespełna czterominutowa opowieść o wywołanej zazdrością chęci mordu to wysokich lotów komedia cechująca się bardzo wyraźnym i oryginalnym "charakterem pisma" autorki.


Tak samo specyficzne i dobre jest równie chętnie nagradzane "Miasto płynie" Balbiny Bruszewskiej, nietuzinkowa mieszanka różnorodnych technik, form i gatunków. Bruszewska szczerze - czasem brutalnie szczerze - portretuje miasto Łódź i jej mieszkańców. Często balansuje na granicy dramatu i komedii, chętnie sięga po społeczno-obyczajową satyrę, z narracji bardziej tradycyjnej przechodzi w muzyczny teledysk, wreszcie film animowany łączy z aktorskim, a groteskę przeobraża w swego rodzaju utwór poetycki (piękny epizod porannej pobudki). Robi wrażenie.

Ostatnim z łódzkich tworów - a także ostatnim w pełni udanym tutaj filmem - są niezwykle liryczne "Dwa kroki za..." Pauliny Majdy, reżyserki wyraźnie czerpiącej z tradycji Polskiej Szkoły Animacji spod znaku dzieł Waleriana Borowczyka i Jana Lenicy z przełomu lat 50. i 60. Artystka opowiada o mieszkającym na wsi chłopcu marzącym o wyjeździe do wielkiego miasta. Najpierw przenoszącym się do niego w świecie wyobraźni, następnie zaś - jak się nieoczekiwanie okazuje - w sensie fizycznym. Nie do końca czytelny sposób opowiadania okazuje się mocną stroną filmu, podobnie jak spinające poszczególne elementy w spójną całość cytaty z powieści Edwarda Stachury. Szkoda, że czytane akurat przez niekoniecznie przekonującego Wojciecha Malajkata.

Trzy z ostatnich czterech projektów traktować można jeszcze jako przyjemne ciekawostki - zgrabne formalnie, odpowiednio krótkie teledyski "Sponge Ideas" Katarzyny Nalewajki i Pauliny Szewczyk oraz "Grand Central" Przemka Adamskiego i Katarzyny Kijek, a także ledwie jednominutowy filmik "Pszczoły przygoda" Marty Papierowskiej. Gorzej z "Balladą o smoku i bohaterze", postmodernistycznej zabawie teoretycznie składającej się z elementów interesujących i zabawnych, ostatecznie jednak pozlepianych ze sobą bez wyczucia i w złych proporcjach, a tym samym zwyczajnie męczącej.

Choć nie wszystkie utwory trafiały w mój gust, "Animation Now!" to moim zdaniem zbiór udany, a przede wszystkim świetna inicjatywa. Warte poznania. Po prostu.

poniedziałek, 17 października 2011

#880 - Miłość, przyjaźń i kolorowe obrazki

Kolejny, 22. z kolei Międzynarodowy Festiwal Komiksu i Gier w Łodzi za nami. Jak było? Jak zwykle – fantastycznie! Łódzki konwent niewątpliwie zasługuje na miano najlepszej komiksowej imprezy, której scenariusz z roku na rok jest podobny. Spotkania, prelekcje, wystawy, warsztaty, giełda, autografy – to też, ale przede wszystkim wspaniała atmosfera komiksowego święta. Gdzie, jak nie w Łodzi można snuć się Piotrkowską i przypadkowo wpaść to na Przemka Pawełka, a to na Jacka Gdańca.

Pójście po piwo na stację benzynową z Ojcem Rene kończy się spotkaniem Krzysztofa Gawronkiewicza, wypatrywanie perełek na giełdzie owocuje dłuższą rozmową z Tomkiem Pstrągowskim, a wieczorem przy odrobinie szczęścia można wziąć się za łby z samym Simonem Bisley`em. Niezobowiązujące rozmowy w niedzielny poranek przy kawie w ŁDKu, lawirowanie od jednej koterii do drugiej na sobotniej gali, podsłuchiwanie nad czym to komiksiarze pracują i gadanie, gadanie i jeszcze raz gadanie o wszystkim z bliższymi i dalszymi znajomymi. Piękna sprawa! Choć nad wszystkim cieniem kładło się widmo kryzysu, wróciłem z Łodzi z maksymalnie naładowanymi bateriami, pełen pozytywnej energii, która powinna wystarczyć przynajmniej do trzeciej edycji Komiksowej Warszawy. Nie wszystko oczywiście mogło się podobać i właśnie od pewnych niedoróbek chciałbym rozpocząć tą relację.

Z roku na rok poziom zadęcia na sobotniej gali rośnie, choć tym razem odbyło się bez beatboxerów i głosu Tadeusza Knapika. Jak zwykle pojawił się szereg dostojników, Pan „niania też może być fachowcem!” Sponsor i tłumacz, który fachowcem najwyraźniej nie był, symultanicznie przekładający sceniczne dialogi na język angielski. Mam wrażenie, że im bardziej rynek komiksowy się kurczy, tym większej pompy można spodziewać się na eMeFce, tym bardziej organizatorzy pękają z dumy (słusznie, czy niesłusznie – to sprawa dyskusyjna), odgrażając się, że już wkrótce w Łodzi powstanie polskie centrum komiksu. Trwa to przynajmniej od czasu, kiedy uroczystość rozdania nagród przeniosła się do Wytwórni i już chyba nic się z tym nie da zrobić. Podobały mi się akcenty growe podczas (świetny podkład muzyczny!) i szturmowcy pilnujący wejścia na scenę. Nie podobało mi się prowadzenie gali i niezręczna cisza, która zapadała, co jakiś czas. Przemek Pawełek podpowiada, że warto by zatrudnić kogoś, kto mógłby poprowadzić rozdanie nagród i to z pewnością mogłoby rozwiązać ten problem.

Daniel Gizicki na swoim blogu słusznie wytykał potraktowanie wystawy konkursowej po macoszemu. Właściwie, co roku prace nadesłane nie tylko z Polski stłaczane są bez składu i ładu na niewielkiej przestrzeni. Bez pomysłu i byle jak. Rozwieszane w ten sposób, aby zmuszać potencjalnych czytelników do nadrabiania gimnastycznych zaległości (raz i dwa, przysiad-wyprost-przysiad-wyprost, raz i dwa). Inna sprawa, że chyba trzeba zastanowić się nad sensownością organizowania konkursu na krótką formę, który stanowi relikt dawnych, komiksowych czasów. Może warto, aby MFKiG wzorem „Długiego Debiutu” Centrali, Pitchingów Ligatury albo komiksowego Stypendium Sklepu Nowej Gildii pomyślało o jakiejś możliwości ufundowania wydania albumu? Skoro inni, o znacznie bardziej ograniczonych możliwościach finansowych potrafią, to czemu największy ponoć festiwal w Europie środkowo-wschodniej by nie mógł?

Jak co roku dochodziło do dantejskich scen przy okazji rozdawania autografów. Jak zwykle największe oblężenie przeżywał Grzegorz Rosiński. Najzagorzalsi łowcy oryginalnych rysunków mieli ze sobą ponoć do dziesięciu albumów polskiego mistrza. W tym roku porządku w ogonkach miały pilnować komitety kolejkowe, ale jak wynika z wielu wypowiedzi na blogach i forach nic z tego dobrego nie wyszło. Nie mniejszą popularnością cieszyły się zagraniczne gwiazdy, w tym Simon Bisley, który nie dość, że wprowadził kolejkowiczów w konsternację, to jeszcze traktował swoich fanów jak bydło obrażając ich i rzucając komiksami.

I właśnie spotkanie z Bisley`em przejdzie do historii i legendy łódzkich konwentów. O niektórych mówi się, że są duszą towarzystwa – Biz może uchodzić za prawdziwego towarzyskiego demona! Brytyjski artysta komiksowy zachowywał się jak przebrzmiała gwiazda rocka z poprzedniej epoki podczas spotkania, na którym Duże Kino pękało w szwach. Nie dawał dojść do słowa prowadzącemu i tłumaczowi, a jego wypowiedzi zwykle ograniczały się do niewybrednych odzywek. Słowem – odwalał bucówę. Widocznie ilość fanów mocno uderzyła mu do głowy, bo na kameralnym spotkaniu Gdańsku było podobno zupełnie inaczej. Nie lepiej było na imprezie w Wytwórni, gdzie o bełkoczącym przez te swoje krzywe zęby Bizie chodzą najróżniejsze historie.

Kiedy przeprowadzałem wywiad z inną gwiazdą tegorocznej eMeFKi, Brianem Azzarello, miałem wrażenie, że jest bardzo wymagającym rozmówcą. Puści parę z gęby, tylko wtedy, jeśli pytający włoży sporo wysiłku w to, co robi i ruszy głową. Trzeba wiedzieć, kiedy pocisnąć, a kiedy odpuścić. Jak mi się to udało – już wkrótce będziecie mogli to ocenić sami, natomiast niedzielnego spotkania ze scenarzystą „100 Naboi” i „Loveless” nie można zaliczyć do udanych. Na pewno było lepiej niż rok temu na Normie Breyfogle`u (bo gorzej być nie mogło), ale nie było też dobrze. Dowodem reakcje publiczności i zdziwiona mina samego Azzarello, który nie bardzo wiedział, o co prowadzącemu chodzi i najczęściej odpowiadaj prostym „tak”, „nie” lub „sam wiesz lepiej, jaka ma być odpowiedz, więc po co pytasz?” Natomiast Eduardo Risso to taki typ twórcy, który uwielbia opowiadać o swojej pracy, o komiksach, o Carlosie Trillo, Brianie, pracy dla DC – często zdarza mu się przy powiedzieć więcej niż powinien, często ucieka w anegdotki i dygresje. Wiecznie uśmiechnięty, bardzo życzliwy i otwarty człowiek. Miałem odczucie, że spotkanie z nim mogło być jeszcze lepsze, gdyby pozwolono mu mówić w jego ojczystym języku, po hiszpańsku, a nie po angielsku, w którym często brakowało mu słów. Bardzo sympatycznie było również na spotkaniu z Ramonem Perezem, który opowiadał o komiksowej realizacji jednego z niedokończonych scenariuszy legendarnego Jima Hensona.

Jeśli idzie o rodzime gwiazdy to zgodnie z łódzką tradycją nie udało mi się dotrzeć na spotkanie z Rosińskim. Co roku obiecuje sobie, że nadrobię tą zaległość, bo nie być na Rosie na eMeFce, to jak być w Krakowie i nie zobaczyć Wawelu. Obiecuje, że w przyszłym się uda. Bardzo dobre wrażenie zrobił na mnie Śledziu, który przyjechał na festiwal tylko dla swoich fanów, aby podpisać im drugie wydanie „Osiedla Swoboda”. Kto, jak kto ale Michał Śledziński mógłby chodzić w koronie zbawcy polskiego komiksu i wybrzydzać na autobus pełen fanowskiej tłuszczy, domagając się jazdy taryfą do Wytwórni. Ale to nie ten typ. To bezpretensjonalny i skromny koleś, który podejdzie do Ciebie w kolejce po piwo i zagai, nawet jeśli nie należysz do żadnej komiksowej kliki (albo nie wie, że do niej należysz, bo jesteś tak dobrze zakonspirowany).

Przymykając jednak oko na te niedociągnięcia, organizatorom Międzynarodowego Festiwalu Komiksu (i Gier) trzeba jednak oddać sprawiedliwość – z łódzkiej imprezy udało im się zrobić niemal perfekcyjnie działający mechanizm. Myślę, że od kilku dobrych lat (od roku 2005? 2006?) kolejne eMeFKi nie schodzą poniżej pewnego, bardzo wysokiego, poziomu – żadnych salek potu, podpisywanie autografów przy toaletowych zapachach czy chowanie się z komiksikami po szatniach i piwnicach. Oczywiście, zawsze znajdzie się coś, co można dopracować, poprawić, zrobić lepiej i więcej, pomyśleć przede wszystkim jak z komiksem docierać do jak najszerszego grona odbiorców. Ale myślę, że z formuły, na jaką Adam Radoń i jego współpracownicy się zdecydowali, więcej wycisnąć po prostu się nie da. Co zatem zrobić można? Fajnie by było gdyby w Łodzi odbyła się uroczysta premiera lub przedpremiera którejś z zapowiadanych kinowych wersji rodzimych komiksów – „Thorgala”, „Łaumy” albo „Funky Kovala”. Myślę, że czerwony dywan, ekipa z filmowego planu i dziesiątki paparazzich dodaliby jeszcze więcej blichtru łódzkiej imprezie, podnosząc jej rangę w mainstreamowych mediach i przyciągając jeszcze więcej fanów. Ale, jak piszę, to tylko moje pobożne życzenia i jeden z pomysłów, który wpadł mi w drodze powrotnej do Krakowa.

poniedziałek, 3 października 2011

#869 - Królowie Łodzi

Emefka, emefka i po emefka. Relację z największego komiksowego konwentu w Polsce rozpoczynamy od przedstawienia tych, którzy zostali nagrodzeni na łódzkim festiwalu. Noc z 1 na 2 października należała do nich i w jak najlepszych humorach bawili się podczas imprezy w Wytwórni. A przynajmniej niektórzy z nich...

Obrady jury konkursu na krótką formę komiksową trwały od 14 do 16 września. Tradycyjnie przewodził nim Wojciech Birek, a uczestniczyli Katarzyna Nowakowska, Paweł Timofiejuk, Adam Rusek i Witold Tkaczyk. Trzy równorzędne wyróżnienia XXII Międzynarodowego Festiwalu Komiksu i Gier w Łodzi powędrowały na ręce:

- Dominika Szcześniaka (scenariusz) i Krzysztofa Małeckiego (grafika) za pracę pod tytułem "W samo południe";
-Pawła Piechnika (scenariusz i rysunki) za pracę pod tytułem "Cisza";
-Pawła Marszałka (scenariusz) i Łukasza Samsonowicza (grafika) za pracę pod tytułem "Działo ogłupiania".

Na podium zameldowali się następujący twórcy i ich dzieła:

- III nagroda: Tomasz Kontny (scenariusz) i Marek Turek (rysunki) za pracę pod tytułem "Kiedy domy śnią" (1800 zło);

- II nagroda: Dennis Wojda (scenariusza) i Sebastian Skrobol (rysunki) za pracę pod tytułem "Island of Hope" (2500 zło);

- I nagroda: Andriej Tkalenko za pracę pod tytułem "Inevitability" (4000 zło)

Nagroda Grand Prix została przyznana Michałowi Narożnikowi (scenariusz) i Berenice Kołomyckiej (rysunki) za pracę pod tytułem "O psie, który czuł się człowiekiem" (5000 zło).

Nagrody powędrowały w godne ręce, choć w kuluarach pojawiła się teoria, że nagradzając szorciak Skrobola, myślano, że jego autorem jest Sztybor. Patrząc na nazwiska zwycięzców, wydaje się, że nieco pochopnie zrezygnowano z nagradzania debiutantów w kategorii amatorów. Powód był słuszny - z regulaminowych zawiłości korzystali co bardziej sprytni autorzy i zgarniali zwycięskie laury, ale tworząc kategorię open początkujący pozbawieni zostali możliwości jakiegokolwiek zaistnienia na największej imprezie komiksowej w kraju. Młodzi twórcy z roku na rok przesyłają coraz więcej prac i może warto pomyśleć jakby ich wyróżnić? Poza tym nie jestem przekonany czy uparte trwanie przy relikcie "komiksowej smuty" lat dziewięćdziesiątych, czyli krótkiej, ośmiostronnicowej formie również nie jest jest najbardziej udanym pomysłem. Rozumiem, że tradycja zobowiązuje, ale może warto nadać konkursowi kształt zbliżony do tego, jaki mają pitchingi na Ligaturze?

Nie dało się również nie zauważyć nieobecności Bartka Sztybora wśród nagrodzonych, który w tym roku znalazł swoich konkursowych pogromców. Komiksiarz w swojej kolekcji ma już 1., 2. i 3. miejsce, a także dwa wyróżnienia - wciąż czeka na swoje Grand Prix i wyróżnienia numer 2. Bartek komplementował tegorocznych triumfatorów, ale odgrażał się, że w 2012 roku sięgnie po najcenniejsze laury.

Innymi nagrodzonymi na gali zostali:

- Jarek "Obważanek" Machała został uhonorowany Doktoratem Humoris Causa za swoją wieloletnią pracę w środowisku komiksowym, długoletnie prowadzenie pierwszego serwisu komiksowego Wrak.pl i pomoc w organizowaniu łódzkiego festiwalu. Jarek z wysokości sceny odgrażał się, że nie powiedział jeszcze ostatniego słowa w komiksowie;

- Pro-Arte zostało ogłoszone najlepszym wydawnictwem mijającego roku, choć jak zapewniali organizatorzy, nagroda została przyznana za całokształt działalności edytorskiej;

- Najlepszym polskim komiksem 2011 roku głosami łódzkiej publiczności uznano "Scientię Occultę" (Mroja Press/Timof i cisi wspólnicy) Roberta Sienickiego (scenariusz) i Łukasza Okólskiego (rysunki), album którego Kolorowe Zeszyty objęły swoim patronatem;

- odznaczenie Ministerstwa Kultury i Dziedzictwa Narodowego otrzymał Jakub Wiejecki ze Stowarzyszenia Twórców "Contur", który od pracuje przy plebiscycie "Big Boat of Humor";

- a samą nagrodę "Big Boat of Humor" i nagrodę w wysokości 10000 złotych za najlepszy rysunek satryczny otrzymała w tym roku Magdalena Wosik.

Wszystkim nagrodzonym gratulujemy!

wtorek, 28 czerwca 2011

#795 - Relacja z "Ligatury", część pierwsza

Na tegorocznym Międzynarodowym (i to pełną gębą!) Festiwalu Kultury Komiksowej "Ligatura" w Poznaniu zjawił się Maciej Gierszewski. Na potrzeby Kolorowych Zeszytów Giera przygotował relację z imprezy w dość nietypowej, dziennikowej formie. Dziś zapraszamy do lektury pierwszej części, a już wkrótce zaprezentujemy część drugą.
Poniedziałek, 2011-05-30, czyli prolog:

Przydałaby mi się ulotka z programem "Ligatury", dlatego poszedłem do "Meskaliny". Pomyślałem sobie, że skoro w tej knajpie ma się odbyć "Komiksofon" i bankiet kończący festiwal, to pewnie w okolicach baru lub gdzieś na stolikach znajdę leżące jakieś ulotki informacyjne. Akurat był koncert, więc nie miałem możliwości, aby wejść do środka. Na bramce stał Benek, więc zapytałem go, czy są ulotki "Ligatury". W odpowiedzi usłyszałem: "Organizator jeszcze nie dostarczył". Pomyślałem, że może są już w "Dragonie", więc poszedłem do "Dragona", ale tam także nie było. Wróciłem do domu z pustymi rękami. W domu przekopiowałem szczegóły programu, wkleiłem do worda i wydrukowałem.

Przyznaję, nie uczestniczyłem we wszystkich imprezach, spotkaniach, wykładach, wystawach i innych iwentach tegorocznego, 2-go Międzynarodowego Festiwalu Kultury Komiksowej "Ligatura", który odbywał się w dniach od 1 do 4 czerwca w Poznaniu. Idea przewodnia minionego festiwalu została przez organizatorów streszczona w bardzo chwytliwym haśle: "Czasy się zmieniają – wyjdź z ramek". To bardzo atrakcyjna myśl. Może w swojej pierwszej części nazbyt banalna. Natomiast intrygujące "wyjdź z ramek" przyświecało organizatorom przy konstruowaniu programu, który był bardzo rozbudowany i różnorodny. Z racji ograniczeń czasowych, wynikających z zadań pracowniczych, wybrałem dla siebie tylko niektóre jego elementy. Dlatego moja relacja będzie wybiórcza i szczątkowa.

Środa, 2011-06-01:

Agnieszka Piksa: "Clue Clouds"

Spóźniłem się na wernisaż, który odbył się w najbardziej zasłużonej/wysłużonej galerii Poznania - "Arsenale". Spóźniłem się niewiele, ale jednak. I dlatego nie miałem okazji wysłuchać słów wstępu kuratora wystawy, w którym pewnie zostało wytłumaczone, co przedstawiają prezentowane prace, na co należy zwrócić szczególną uwagę, jak należy je interpretować oraz dlaczego zostały pokazane w czasie trwania festiwalu komiksowego. Mój ograniczony aparat pojęciowy, który nie liznął ani grama klasycznego wykształcenia artystycznego, nie pozwolił mi zrozumieć rysunków z cyklu "chmury pojęciowe". Na wystawie pokazane zostały także słowne ready-made’y, których ideę jak najbardziej rozumiem. Miałem okazję zapoznać się z podobnymi utworami, pisanymi przez współczesnych poetów, takich jak Andrzej Sosnowski, Darek Foks czy Marta Podgórnik. Jeśli mam być szczery, to ich utwory, które zostały zbudowane na takiej samej zasadzie, znaczą. Znaczą w warstwie komunikatu i sensu tego komunikatu. Słowne ready-made’y Agnieszki Piksy odebrane zostały przeze mnie jako różnokolorowe strzępy zdań, które nie łączyły się w całość.

Wieczorem, gdy wróciłem do domu, przeczytałem ze stronie "Ligatury" kilka słów, które mają przybliżać autorkę i jej prace: "prace tekstowe, w których klasyczna literacka narracja zastąpiona została przez formę eseju wizualnego, podobnego aleatorycznej partyturze. Tym samym projekt "Clue Clouds" w bezpretensjonalny sposób odwołuje się do tradycji konceptualnej, wzbogacając ją o ekspresyjną formę graficzną i nietuzinkowe poczucie humoru". Te zdania, może i ładne, pojemne, wcale nie pomogły mi w zaakceptowaniu faktu, iż prace wystawione w "Arsenale" zostały zaprezentowane w ramach festiwalu "kultury komiksowej".
Maciej Sieńczyk: "Polisario"

Na wystawie w Galerii ON zostało zgromadzonych około 40 prac – rysunków, szkiców, obrazów, kolorowych grafik, ilustracji, krótkich, kilkuplanszowych komiksów. Obok tych, stricte autorskich produkcji, wystawiono także zbiór eksponatów z "gabinetu kolekcjonera", czyli z prywatnej kolekcji namiętnego zbieracza, jakim okazał się być Maciej Sieńczyk. Rekwizyty zbierane przez niego, to w głównej mierze przedmioty-odrzuty, przedmioty-buble. Przedmioty, które kiedyś do czegoś konkretnego służyły, które należały do sfery użytkowej, a teraz są to w głównej mierze śmieci. Umieszczenie ich w galerii, miedzy oryginalnymi, autorskimi pracami, wydobyło z tych "martwych" przedmiotów drugie i trzecie dno. Ukazało, jak niedaleko jest od prac Sieńczyka do zbieranych przez niego osobliwych i absurdalnych ready-made’s. Wymienię kilka z nich: duże, kartonowe, kolorowe plansze do przysposobienia obronnego – "Zasady strzelania do celów powietrznych", "Materiały wybuchowe", "Znaki topograficzne". Nietypowe, socjalistyczne druki, ulotki, broszury, książeczki, podręczniki – "Z biblioteki toromistrza kolejowego", tom 4, pod tytułem "Walka z pełzaniem szyn", autorstwa Marcelego Rosta. Plastikowe zabawki, kosmiczne, księżycowe, kolorowe łaziki. Dziecięcy, wykonany z plastiku, stetoskop.

Przemieszanie autorskich prac z przedziwnymi eksponatami, rekwizytami rodem z wysypiska śmieci, okazało się być bardzo trafnym i "płodnym" zabiegiem. Dzięki takiej prezentacji prac wyszło na jaw, że obiekty i sytuacje zaczerpnięte z życia codziennego, leżakują przez jakiś czas w pamięci Sieńczyka, aby następnie powrócić na łamy jego prac. Ale "powrót" nie jest dosłownym cytatem z rzeczywistości, następuje surrealistyczne przetworzenie i dzięki temu stają się one zabawne i straszne. Smutne, ale i zarazem absurdalnie komiczne. Wystawa "Polisario" zasadniczo zmieniła mój punkt widzenia i oceny prac Macieja Sieńczyka.


Wernisaż prac konkursowych: SILENCE

W holu kina Muza spotykam pierwszych dziś znajomych, którzy nie należą do "światka komiksowego". Oni także przyszli pooglądać wywieszone prace. Dużo nie ma do oglądania. W słowie wstępnym Michał Słomka mówi, że na konkurs przysłono ponad 200 prac z 36 krajów. Zastanawiające jest, dlaczego zaprezentowano jedynie 9 z nich. Mało, bardzo mało, za mało. Fakt, kino Muza to kameralne miejsce, ale zmieściłoby się jeszcze co najmniej drugie tyle prac. Michał w swoim wystąpieniu nie powiedział, dlaczego zaprezentowano tak mało autorów z tych 79, których zakwalifikowano do konkursu.

Zrobić ciekawy komiks bez słów, nawet na niewielu stronach, to trudna sztuka. Opowiedzieć zajmującą historię za pomocą samego obrazu, aby nie popaść w anegdotyczność przedstawienia, to nie lada wyzwanie. Mi najbardziej podobały się dwa komiksy: Juanity Kellner z Niemiec oraz Marty Długołęckiej z Polski. Bardzo różne od siebie. Plansze Juanity Kellner opowiadały historię dziewczynki, która bawi się z misiem, a następnie miś bawi się dziewczynką. Fascynujące w tych planszach były kolory oraz ekspresjonistyczna kreska. Z tych kadrów biły silne emocje, jakby całość została narysowana z nienawiścią. A komiks Marty Długołęckiej ostatecznie wygrał cały konkurs Silence.

Czwartek, 2011-06-02:

Niestety jestem w pracy do wieczora, dlatego nie mam okazji uczestniczyć w żadnym punkcie programu. Najbardziej żałuję, że nie byłem na wernisażu pierwszego numerku kwartalnika artystycznego "Gili Gili", który poświęcony jest w całości ilustracji. Bohaterem prac dziewiętnastu autorów bieżącego numeru jest islandzki wulkan Eyjafijallajökull. Z opisu zamieszczonego na stronie, wnioskuję, że wspomniany kwartalnik ma więcej wspólnego ze sztuką niż z komiksem, rozumianym nawet jako "kolorowe historie". Osobiście się o tym nie przekonałem, ponieważ nigdzie nie natknąłem się na informację, jak i do kiedy czynna jest ta wystawa.

czwartek, 24 marca 2011

#722 - Bydgoska Sobota z Komiksem 2011

Po miesiącach festiwalowej posuchy komiksowi fani mieli w końcu okazję spotkać się większym gronie podczas Bydgoskiej Soboty z Komiksem, która miała miejsce dziewiętnastego marca w Akademickiej Przestrzeni Kulturalnej. Zważywszy na przesympatyczne wspomnienia z edycji 2010 można się było spodziewać nader udanego początku komiksowo-festiwalowego roku. Pamiętając o ubiegłorocznym zmęczeniu związanym z kilkugodzinną podróżą w sobotni ranek, tym razem do Bydgoszczy ruszyliśmy z Warszawy w piątkowe popołudnie w sile czterech osób. Bez większych problemów (i w dobrych humorach) dotarliśmy do miasta Jerzego Wróblewskiego i połączywszy siły z Michałem Śledzińskim zrobiliśmy wieczorne "rozpoznanie terenu" - najpierw w Węgliszku, w którym dnia następnego miało się odbyć afterparty, a później w pizzerii Capri, służącej za miejsce "robienia bazy" pod wieczorne trudy i znoje.

Do APK dotarliśmy w sobotnie przedpołudnie o czasie, gdzie o godzinie 11:00 dano znak do rozpoczęcia kameralnego konwentu. Szczerze przyznam, że plan tego typu imprez z biegiem lat stracił dla mnie na znaczeniu i obecnie stanowi drugo- czy trzeciorzędną sprawę. Na pierwszy plan wysunęły się wszelkie spotkania z dawno (albo i nie) niewidzianymi komiksiarzami, poznawanie nowych osób, rozmowy na niekoniecznie komiksowe tematy czy środowiskowe ploteczki. Jeśli przy okazji można zahaczyć o spotkanie z ciekawym autorem czy obejrzeć miłą oku wystawę tym lepiej - aspekt towarzyski stoi jednak na pierwszym miejscu. Z tego też powodu patrząc na plan imprezy nie zawracałem sobie głowy kalkulacją czy warto telepać się przez kilka godzin pociągiem do Bydgoszczy - zapakowałem w tornister "Moe" Jaszcza (oraz kilka niezbędników) i ruszyłem w drogę. Nie było jednak tak, że całą imprezę przesiedziałem poza miejscem imprezy, nie zwracając uwagi na to co dzieje się w budynku Akademickiej Przestrzeni. Dwa punkty programu interesowały mnie szczególnie - prezentacja autorska prac Jakuba Kiyuca oraz pokaz dokumentu "Zakazany Owoc nr 6". Jeśli chodzi o tą pierwszą, to stanowiłaby ona znacznie lepszą atrakcję, gdyby twórcy "Konstruktu" towarzyszyła osoba prowadząca, która swoimi pytaniami mogłaby wyciągnąć coś ponad to co sam Kijuc chciał przekazać publice. Oczywiście można było samemu zadawać pytania i pierwsze z nich dotyczyło (niespodzianka) liczby sprzedanych egzemplarzy, co spotkało się z odpowiedzią, że ta jest zadowalająca i pozwalająca myśleć optymistycznie jeśli chodzi o powodzenie projektu, lecz nie padły jakiekolwiek liczby. Prezentacja polegała na pokazie slajdów z wczesnymi pracami Jakuba, konceptami "Konstruktu" czy zdjęciami z postapokaliptycznych instalacji, które swego czasu wykonywał w Lublinie (które - jeśli dobrze zrozumiałem - dały początek komiksowemym losom Filipa Stixa i spółki). Nie stanowiło to jednak zbyt atrakcyjnej (i np. zachęcającej do zakupu komiksu) formy - szkoda tym większa, że przygotowany materiał zdjęciowy miał w sobie potencjał i przy odpowiednim zaprezentowaniu całość mogła wypaść znacznie lepiej.

Pokaz "Zakazanego Owocu nr 6" poprzedzony był spotkaniem z jego sprawcami - triem Le Kolektiff Negatif i Dariuszem Palinowskim - na które niestety nie udało mi się dotrzeć. Jednak ze względu na słabą formę "Pały" (sponsorowaną zapewne przez wspomniane w drugim akapicie zmęczenie po podróży) - z tego co można było usłyszeć od osób, które w nim uczestniczyły - nie ma chyba czego żałować. Nic to jednak, bo wisienką na torcie tego dnia miał być wspomniany dokument. Po drobnych problemach technicznych na wielkim ekranie pojawiły się pierwsze kadry dokumentu i na półtorej godziny twórca legendarnego "Zakazanego Owocu" zawładnął salą. Mając w pamięci teaser oraz trailer produkcji spodziewałem się bezkompromisowej opowieści o muzycznych czy komiksowych dokonaniach "Pały" ubarwionych kwiecisty językiem i bon motami. I taką też w zasadzie dostałem, jednak po projekcji mój entuzjazm do "ZO#6" znacznie opadł - głównie z dwóch powodów. Przede wszystkim te półtorej godziny, to tak o połowę za dużo - kiedy minęło 30-40 minut produkcja zaczynała lekko nużyć i tylko co czas jakiś wybudzała z letargu. Drugą rzeczą, która znacząca przeszkadzała w odbiorze dzieła jest momentami kiepski dźwięk, uniemożliwiający czasem zrozumienie co też ciekawego ma do powiedzenia w danej chwili główny bohater opowieści. Rozumiem, że są to filmowe początki LKN, że wyszło to z początku całkiem spontanicznie, że punk i underground i tym podobne, ale gdyby poświęcić nieco więcej czasu na zgłębienie filmowych meandrów, bardziej przyłożyć się zarówno na etapie kręcenia dokumentu jak i montażu, to wyszłaby znacznie lepsza produkcja. Nie mówię, że jest źle, ale spodziewałem się czegoś znacznie lepszego i rozczarowanym po seansie byłem wielce. Żeby jednak nie było tak, że tylko narzekam, to na duży plus trzeba chociażby zaliczyć występy gościnne (np. Michał Śledziński, Jerzy Szyłak) czy włączenie do dokumentu archiwalnych video-nagrań Palinowskiego z jego kilkuletniego pobytu w Londynie. Tyle jeśli chodzi o plan imprezy. Nie był on co prawda tak atrakcyjny jak w roku ubiegłym, ale chodzą plotki, że edycja przyszłoroczna ma szansę prezentować się pod tym względem okazalej, za co naturalnie trzymam kciuki.

Frekwencyjnie Bydgoska Sobota z Komiksem wypadła poniżej (moich) oczekiwań. O ile na początku na terenie imprezy przechadzało się kilkadziesiąt - w dużej mierze spoza środowiska - osób, o tyle im ta dłużej trwała, tym na "placu boju" pozostawali sami weterani. Najmłodsi przybyli głównie na warsztaty komiksowe prowadzone przez Janusza Wyrzykowskiego, natomiast podczas późniejszych punktów programu na głównej sali było około dwudziestu, w porywach trzydziestu osób. Niezbyt wiele, nieprawdaż? Oprócz naszej grupy ze Stolicy Polski do Bydgoszczy przybyła również skromna delegacja z Łodzi i Poznania. Najliczniej prezentowała się ekipa z Gdańska, która niestety ruszyła w stronę domu przed wieczorną imprezą w Węgliszku. W porównaniu z zeszłym rokiem zabrakło głównie młodej komiksowej krwi, przez co na afterze średnia wieku była całkiem wysoka. Pomimo tego było całkiem sympatycznie - z początku wszyscy przybyli zgromadzili się głównie przy Dariuszu Palinowskim, ale gdy ten wraz z ekipą Le Kolektiff Negatiff ruszył w kierunku Torunia, pozostałe w Węgliszku towarzystwo rozpierzchło się po całym lokalu. I tam też zakończyła się tegoroczna Sobota z Komiksem.

Jeśli chcieć podsumować cały wyjazd jednym słowem, to można powiedzieć, że było poprawnie. Program imprezy nie powalał na kolana, ale można było znaleźć coś dla siebie. Towarzysko zaś prezentowało się to na zasadzie "programu obowiązkowego" - przybyli ci, którzy mieli przybyć. I nic ponadto. Rozumiem, że takiego bogactwa atrakcji jak na zbliżającej się Komiksowej Warszawie czy łódzkiej "międzynarodówce" próżno szukać w planie kameralnego bydgoskiego festiwalu, ale może stać się kiedyś tak, że zostaną jedynie te dwie największe imprezy i nic pomiędzy nimi. A wtedy będzie można pokusić się o parafrazę słów Dominika Szcześniaka z ostatniego (póki co) "Ziniola" i powiedzieć: "Drogi festiwalowiczu, nawaliłeś".

Oby to jednak nie nastąpiło.
Widzimy się w Bydgoszczy za rok.

środa, 28 lipca 2010

#516 - (Mocno spóźniona) relacja z BFK 2010!

Bałtycki Festiwal Komiksu miał miejsce co prawda miesiąc temu, ale ze względu na różne zawirowania, przeprowadzki oraz (nie)przyjemności życia dopiero teraz mogę na spokojnie napisać co nieco o gdańskiej imprezie. Przy czym postaram się skupić bardziej na merytorycznych kwestiach, bo te towarzyskie zostały omówione w wielu innych miejscach. Zastanawiałem się czy po tak długim czasie od imprezy jest jeszcze sens, żeby o niej wspominać, ale brak jakiejś konkretniejszej, nie skupiającej się właśnie na kwestiach towarzyskich relacji utwierdził mnie w przekonaniu, że owszem jest. Czy mi się to uda to inna sprawa.

Niestety nie dane mi było uczestniczyć w programie BFK od samego początku, tj. od wernisażu wystawy "Pusty komiks" Jacka Frąsia, która odbyła się w Centrum Sztuki Współczesnej Łaźnia. Z późniejszych rozmów, relacji i zdjęć wnioskuję, że jest czego żałować (szczególnie, że egzamin, który uniemożliwił mi wcześniejsze przybycie z radością muszę powtarzać we wrześniu). Bardzo jestem ciekaw co wyjdzie z improwizowanego komiksu, do którego każdy mógł dołożyć swoje kilka groszy i które to grosze w postaci rysunków w jedną logiczną całość miał następnie złożyć twórca komiksów "Glinno" czy "Stan". Po wernisażu przyszedł czas na pierwszą imprezę integracyjną, która odbyła się w klubie "Buffet" - kto był, ten wie jak było (a kto nie był niech wie, że było świetnie), a ja z chęcią za rok widziałbym ten lokal jako oficjalne miejsce wieczornych spotkań komiksiarzy.
Spotkanie z wydawcami - od lewej: Szymon Holcman z Kultury Gniewu, Radosław Bolałek z Hanami i Tomasz Pastuszka z "Kartonu".

Sobota była pierwszym dniem podczas którego większość czasu spędzono w Wojewódzkiej i Miejskiej Bibliotece Publicznej im. Josepha Conrada-Korzeniowskiego, gdzie trwały spotkania, prelekcje i warsztaty. Jednym z pierwszych punktów programu była dyskusja z tradycyjnego bfkowego cyklu "Mówić i pisać o komiksie" o tytule "Czy warto rozmawiać o komiksie?". Jej uczestnicy (m.in. Przemek Pawełek, Karol Kalinowski, Jacek Jastrzębski) doszli do wniosków, że owszem, o komiksach warto rozmawiać/pisać lecz niekoniecznie w takiej formie jak ma to często miejsce w komiksosferze, co dla nikogo z obecnych nie było raczej zaskoczeniem. Kolejnym punktem było tradycyjne spotkanie z wydawcami, które przyznam szczerze (już chyba któryś raz) jest dla mnie zawsze jedną z ciekawszych atrakcji każdego z komiksowych festiwali. Tym razem wydawców reprezentował Radek Bolałek z Hanami, Szymon Holcman z Kultury Gniewu oraz Tomasz Pastuszka z "Kartonu". Jednym z głównych tematów rozmowy były pojawiające się od jakiegoś czasu prognozy o słabszej formie rynku komiksowego. Co prawda podczas Komiksowej Warszawy wydawcy wyrażali się o nim w samych superlatywach, jednak były to pochwały odnoszące się do poprzednich dwunastu miesięcy. W 2010 nie jest już tak różowo i optymistycznie. Zdaniem Holcmana szczyt możliwości naszego rynku przypadł na Międzynarodowy Festiwal Komiksu w 2008 roku, kiedy to do Łodzi przyjechał m.in. Moebius, Manara czy Liberatore - od tamtego czasu mamy regres. Co do przewidywań jak może wyglądać nasz rynek za kilka/kilkanaście miesięcy to zdaniem Szymona może być tak (to jedynie teoria i jak zaznaczono - pesymistyczna!), że Egmont stopniowo będzie wycofywał się z wydań albumowych na rzecz magazynów komiksowych (można już to teraz zauważyć patrząc na wakacyjną ofertę wydawnictwa), co z kolei doprowadzi do likwidacji działów komiksowych w Empikach - było nie było najważniejszych miejscach zbytu dla wydawców. W takim wypadku rynek powróci do stanu z połowy lat 90-tych, oferta ulegnie znacznemu uszczupleniu a do łask wrócą komiksy i ziny wydawane własnym sumptem. Czy tak rzeczywiście będzie, przekonamy się zapewne już niebawem. Kolejną kwestią poruszoną na panelu były nowe możliwości w pozyskaniu kolejnych czytelników, które przy ziszczeniu się przewidywań reprezentanta KG mogłyby się okazać bezcenne dla dalszego funkcjonowania niektórych wydawnictw. Podobnie jak w przypadku oficyn zagranicznych, głównej szansy upatruje się w anglojęzycznych wersjach rodzimych komiksów wypuszczanych na iPady - nad takimi rozwiązaniami pracuje i Kultura (w całości przetłumaczona jest już "Łauma") i redakcja "Kartonu", a efekty tych prac można będzie poznać prawdopodobnie jeszcze w tym roku. Ponadto "Karton" oprócz wersji anglojęzycznej na ekranach tych zmyślnych urządzeń zadebiutuje również na papierze poza granicami naszego kraju - pierwszy przystanek to prawdopodobnie Holandia. Swoją ofertę w inne rejony świata skierowało również Hanami, które póki co wypuściło na czeski rynek dwa komiksy, "Księgę Wiatru" ("Kniha větru") oraz pierwszy tom "Balsamisty" ("Balzamovač"). Kolejne w drodze, a docelowo to co będzie się ukazywać u nas, od razu w wersji czeskiej ma lądować za południową granicą. Z ciekawszych informacji warto jeszcze odnotować, że kartonowa ekipa przy pomocy tysięcy wlepek ma zamiar wkrótce "zakleić ten kraj".

Kolejnych kilka festiwalowych godzin spędziłem na przygotowywaniu się do spotkania z kolekcjonerami komiksów, Jackiem Jastrzębskim i Matuszem Trąbińskim, które miałem przyjemność poprowadzić. Ominęły mnie tym samym spotkania z wszystkimi zagranicznymi goścmi, tj. Rutu Modan ("Rany wylotowe"), Olivierem Schrauwenem ("Mój syn") oraz panem Yoshimasa Mizuo. Co do samego spotkania z kolekcjonerami to dosyć niezręcznie mi się wypowiadać, acz nie było najgorzej - dopisała i publika i pytania od niej, które wypełniły w zasadzie całą drugą połowę przeznaczonego dla nas czasu. Było to pierwsze spotkanie z kolekcjonerami, którzy - sądząc po niektórych pytaniach - jawią się jako pewnego rodzaju cuda natury. Było to też pierwsza dla mnie okazja, żeby wystąpić w roli prowadzącego - ciekawe doświadczenie, ale nie spieszy mi się, żeby zmierzyć się z tym ponownie.

Chwilę przed i chwilę po kolekcjonerskim spotkaniu odbyły się warsztaty Piotrka Nowackiego i Bartosza Sztybora (któego w pierwszych minutach zastąpił Tomasz Pastuszka) "Przepis na bohatera komiksu" oraz prezentacja Polskiego Stowarzyszenia Komiksowego, na których w dyskusję wdał się siedzący wśród publiczności Mateusz Skutnik ("Rewolucje", "Pan Blaki"). Tego typu "wybryki" nie są częste, więc zawsze warto je odnotować (i w przyszłości brać przykład). Po spotkaniu z PSK przyszła kolej na krótkie wystąpienie redaktorów oraz twórców magazynu "Karton", a pierwszy dzień zakończono rozdaniem GDAKów oraz rozwiązaniem konkursu na "Pasek w pomorskich klimatach". Z tego co udało mi się zapamiętać w kategorii Komiks dla Młodzieży GDAKa 2010 dostała wydana przez Kulturę Gniewu "Łauma" Karola Kalinowskiego, a Szymon Holcman został wybrany GDAKowym "Jokerem". Natomiast w paskowym konkursie zwyciężył podobnie jak rok temu Jakub Babczyński, a jedno z wyróżnień przypadło duetowi Jacek Jastrzębski (scenariusz) / Piotr Bartosiak (rysunek), których "kibicowski" pasek mamy przyjemność prezentować poniżej.Interparty odbyło się w pobliskim klubie "Odlot" w którym brać komiksowa przeniosła się z wnętrza lokalu do betonowego "ogródka", gdzie została do wczesnych godzin porannych. Tam też odbyły się tradycyjne bitwy komiksowe, prowadzone przez Przemka Pawełka, do których zgłosiło się kilkunastu (!) uczestników. Po wielu walkach i na szczęście niezbyt wielu dogrywkach w trzyosobowym finale (KRL, Bizon, Jaszczu) zwyciężył podobnie jak rok temu Piotrek Nowacki! Serdeczne gratulacje raz jeszcze! Początkowo bitwy przyciągnęły przed wejście do lokalu spore tłumy, jednak im dłużej one trwały tym ludzi ubywało a pod sam koniec zostały jedynie osoby ściśle związane ze środowiskiem (a przynajmniej odniosłem takie wrażenie). W przyszłości warto by pomyśleć nad usprawnieniem formy bitew, ewentualnie ograniczeniem liczby uczestników, tudzież wprowadzeniem eliminacji do "głównych" walk na pomysły i markery. Zresztą to nie tylko problem pojedynków przy okazji BFK, ale również Ligi Bitew Komiksowych, gdzie pod koniec zostawali już najbardziej zainteresowani, czyli często znajomi uczestników. Po bitwach przyszedł czas na integrację środowiska, której znacznie pomagał komiks "Ostatni najazd Jaćwingów" Romana Gustawa Woźniaka przy którym zbierały się większe i mniejsze grupki i podziwiały fantastyczne trapezoidalne kadry. Albumem zafascynowany był również Olivier Schrauwen, który od Olgi Wróbel dostał swój własny egzemplarz! Zabawa trwała do wczesnych godzin porannych, przez co niedzielne uczestnictwo w Bałtyckim Festiwalu Komiksu dla wielu (w tym dla mnie) ograniczało się głównie do snucia po terenie biblioteki i relaksie na pobliskim "kwadracie TeO".
Interparty - Olga Wróbel, January N. Misiak oraz Jakub Babczyński i ich radość podczas przeglądania "Ostatniego najazdu Jaćwingów".

Tym bardziej szkoda, że ominęła mnie przez to około połowa półtoragodzinnego wykładu Tomka Pastuszki "Wydaj się sam. Czyli od Internetu do offsetu" czy też wcześniejsza prelekcja Daniela Chmielewskiego dotycząca komiksowej interpretacji wiersza. Za stary byłem, aby wziąć udział w warsztatach Olgi Wróbel z najmłodszymi, więc tylko zerkałem co też przyszły kwiat polskiego komiksu (oby!) wyprawiał z pracami Bohdana Butenko. Z krótkich obecności na paru innych punktach programu zapadła mi w pamięć fatalistyczna przepowiednia dotycząca filmowego "Scotta Pilgrima", mówiąca o tym, że w przypadku niepowodzenia ekranizacji za wielką wodą wielce wątpliwy jest jego występ w naszych salach kinowych. Brzmiało to o tyle dziwnie i kuriozalnie, że data polskiej premiery znana jest już od dłuższego czasu i nic nie wskazuje, żeby miało się to zmienić. Im dłużej trwał dzień, tym więcej osób zbierało się we wspomnianym pod koniec zeszłego akapitu miejsca (łącznie z organizatorami).

Bałtycki Festiwal Komiksu zakończył się w niedzielę o 15.00 i zapewne zapisał złotymi literami w pamięci większości uczestników. Ostatni weekend czerwca (który to termin został zarezerwowany już i w przyszłych latach) jest idealną datą na zakończenie komiksowego "sezonu" trwającego umownie od MFK do BFK właśnie. A sam Gdańsk to świetne miejsce od którego można rozpocząć wakacyjne wojaże. W przypadku tegorocznej edycji ciężko mi określić czy było lepiej czy gorzej w porównaniu z poprzednią. Z jednej strony, mając w pamięci zapewnienia organizatorów z zeszłego roku, spodziewałem się - nie umniejszając Rutu Modan czy Olivierowi Schrauwenowi - dużej zagranicznej gwiazdy pokroju Davida Lloyda, która przyjechałaby do miasta Neptuna niekoniecznie przy okazji premiery swojego komiksu. Ale to może za rok. Z drugiej odniosłem wrażenie, że imprezą zainteresowanych było nieco więcej osób niż w 2009 roku, co szczególnie było widać przy punktach programu poświęconych mandze czy też anime, gdzie specjalnie na te atrakcje ściągały całkiem konkretne grupy zapaleńców.

A już teraz warto zapamiętać, że w przyszłym roku 24-26 czerwca wypada spędzić w Gdańsku.

czwartek, 6 maja 2010

#442 - Wujek Dobra Rada o Komiksowej Warszawie

To już ostatni tekst dotyczący pierwszej edycji Festiwalu Komiksowa Warszawa, jaki pojawi się na Kolorowych Zeszytach. Postanowiłem odejść nieco od formuły tradycyjnej relacji i zabawić się w wujka, sypiącego dobrymi radami. Być może organizatorzy imprezy, czyli kolejno (jak stoi na plakacie) Polskie Stowarzyszenie Komiksowe, Stowarzyszenie Twórców "Contur" i Cafe Spokojna wezmą je sobie do serca w przyszłym roku, kiedy będą zajmowali się przygotowaniami do drugiej edycji stołecznej imprezy.

Warszawskiemu debiutantowi na konwentowej mapie Polski wiele mogło ujść na sucho. Wszak pewne rzeczy były robione po raz pierwszy, więc pomyłki i niedopatrzenia musiały się zdarzyć. Niektóre wyszły w przysłowiowym praniu i nie dało się im zapobiec wcześniej. Na taryfę ulgową FKW (czy tak brzmi oficjalny skrót imprezy?) wielki wpływ miały również czynniki zewnętrzne – żałoba narodowa i Doktor Doom, który za pomocą swojej wyrafinowanej technologii zasnuł niebo nad Europą pyłem wulkanicznym, czym uniemożliwił przybycie Jeffa Lemire'a do naszego kraju. Chwała organizatorom, że imprezę niemal w całości udało się przenieść z tygodnia na tydzień. Oprócz autora "Opowieści z hrabstwa Essex" największą ofiarą przemian okazał się mecz koszykówki wydawców z resztą świata, który został bezsensownie przeniesiony na piątek. I nie mogłem się na nim pojawić!

Walenie w Basenie

Centralny Basen Artystyczny okazał się całkiem niezłym miejscem na komiksową imprezę. Zlokalizowany niemal w centrum Warszawy, blisko Dworca, zatem przybysze spoza stolicy nie powinni mieć problemów z dotarciem do celu. Budynek był słusznych rozmiarów, więc w jednym lokalu udało się pomieścić gości, giełdę, gastronomię, a także miejsce na wieczorne after party. Moim zdaniem miało to swoje dobre i złe strony. Z jednej strony mogłem sobie z piwkiem w ręku spokojnie słuchać, co do powiedzenia ma Piotr Kowalski, by zaraz wrócić do burzliwie debatującej braci zgromadzonej przy stoliku. Z drugiej natomiast widok lekko lub bardzo wstawionych komiksiarzy szwendających się po całym CBA nie był zbyt efektowny. Dla kogoś z boku mogło to wyglądać, co najmniej niefajnie.

Jeśli za rok FKW również odbędzie się w Basenie, warto poprawić kilka rzeczy. Przede wszystkim należałoby zadbać o odpowiednie oświetlenie – było ciemno, ponuro, depresyjnie. Szczególnie doskwierało to łowcom autografów i składającym podpisy artystom. Nie obraziłbym się również na mały remont, bo CBA sprawiało wrażenie raczej obskurnego i nie prezentowało się zbyt efektownie. Ale to tylko moje zdanie.

Goście, goście…

Program był tak ułożony, aby móc załapać się na większość, jeśli nie wszystkie atrakcje i mieć chwilę czasu na posilenie ciała, wizytę na giełdzie i pogaduchy ze znajomymi. Przeważały oczywiście spotkania autorskie, sporo było moderowanych paneli dyskusyjnych (komiks kobiecy, Polacy za granicą), brakło natomiast komiksowych warsztatów, które ostatnio cieszyły się sporą popularnością. Nie przypominam sobie żadnych wpadek i żenujących pytań. Prowadzący, jak i zaproszeni goście spisali się bardzo dobrze. Inną kwestią jest problem urozmaicenia tego typu atrakcji. W czasach, gdy autorzy za pomocą blogów na bieżąco informują o swojej pracy, a serwisy i magazyny komiksowe wyrywają sobie najciekawsze wieści i walczą o ekskluzywny kontent, trudno jest w napięciu oczekiwać na spotkanie ze swoim ulubionym twórcą…

Tutaj pojawia się również ciekawy paradoks – osoby otrzaskane na scenie nie usłyszą nic nowego, a dla ludzi kompletnie zielonych w temacie, spotkania mogą okazać się zwyczajnie nudne. Obawiam się, że ktoś "spoza" przy okazji festiwalu nie łyknie komiksowego bakcyla. Po prostu komiksowe (i nie tylko komiksowe!) imprezy organizowane są dla ludzi "z branży". Rysowników, scenarzystów, forumowiczów i wszelkiej maści "panów redaktorów". Dla nich Komiksowa Warszawa zapewne była bardzo udanym festiwalem. Bo w gruncie rzeczy niewiele nam trzeba – trochę premierowych albumów, w miarę czystych toalet, stałego dostępu do piwa i okazji do spotkania znajomych rozsianych po całej Polsce. Czy dla innych konwentowiczów, o ile tacy byli, impreza była udana – trudno mi powiedzieć.

Wyjście z komiksem do szerszej publiczności to głębszy problem, z którym borykają się właściwie wszystkie przedsięwzięcia tego typu. O ile dobrze pamiętam, Komiksowej Warszawie przyświecała idea wyjścia z komiksem na ulice, dotarcia do mas. Miały temu służyć komiksowe wystawy, zlokalizowane w popularnych warszawskich lokalach. Strzałem w dziesiątkę okazał się "Przewodnik" rozdawany zamiast opłaty za wstęp. Punkt informacyjny, chluba Olgi Wróbel, miał za zadanie oswajać niewtajemniczonych z festiwalowymi zwyczajami i służyć pomocą. Zaginione plakaty Tomka Pastuszki, rozwieszone po mieście, miały kierować przypadkowych przechodniów do CBA. Dla mnie to trochę mało, jak na imprezę masową. Przede wszystkim brakowało mi atrakcji dla dzieciaków. FKW sprawiała wrażenie imprezy wyłącznie dla dorosłych. Uważam, że świetnym pomysłem byłyby właśnie komiksowe warsztaty, prowadzone przez twórców, pokazujących młodzieży i dzieciakom, o co chodzi w narracji obrazkowej.

Trudniej byłoby zainteresować komiksem osoby starsze i tutaj widzę wielkie pole do popisu dla organizatorów – może jakieś multimedialne prezentacje w duchu McClouda albo Szyłaka, pokazujące jak komiks należy czytać, przybliżające jego możliwości i potencjał? Ciekawe konfrontacje z przedstawicielami innych sztuk, którzy z komiksem mają coś wspólnego (Żulczyk, Orbitowski)? Może warto skoordynować festiwal z jakąś komiksową ekranizacją i przy tej okazji pokazać ludziom pierwowzór, w jakiś ciekawy sposób? Zdaję sobie sprawę, że to tylko takie moje sobie gdybanie, które zapewne zostanie skwitowane "jak chcesz, to zrób sam", ale sądzę zwyczajnie, że warto urozmaicić program o coś nowego, coś atrakcyjnego dla ludzi z zewnątrz. W najlepszym interesie wszystkich, wydawców, artystów i członków stowarzyszenia, jest docieranie do potencjalnych czytelników i promowanie komiksu.

Narzekania ciąg dalszy

Na zakończenie chciałbym się przyczepić jeszcze kilku rzeczy. Przede wszystkim pierwsze rozdanie nagród Polskiego Stowarzyszenia Komiksowego wypadło żenująco. Z całym szacunkiem dla Olgi i Asu – nie spodziewałem się gali godnej Oscarów czy ducha Tadeusza Knapika, ale czegoś na poziomie. Niekoniecznie musi to być czerwony dywan i smokingi, ale niech to nie będą przysłowiowe flanele wpuszczone w sprane dżinsy. Będę się również upierał, że kulała promocja festiwalu. Nie wiem, jak było w mediach mainstreamowych, ale w naszym piekiełku wyglądało to słabo. Myślę, że warto jak najwcześniej, wszelkimi możliwymi kanałami nakręcać hype i podgrzewać atmosferę przed imprezą. Oczywiście, nie porównuję w tym względzie eFKaWu do eMeFKi, która z wielkim wyprzedzeniem promuje swoje atrakcje. Ale już teraz wiadomo o kilku premierach zapowiadanych na BeeFKę i znana jest tożsamość pierwszych gości. W sieci wiele również powiedziano o Bitwie Komiksowej. Trafiło się tam również sporo niedoróbek (hostessy, prowadzący odwrócony tyłem, nietrafione tematy, forowanie pewnego zawodnika), które za rok się na pewno nie powtórzą, bo łatwo ich uniknąć.

Pod skryptem

Chciałbym podziękować wszystkim, którzy na FKW chwalili Kolorowe Zeszyty i cenili robotę, jaką wykonuję z chłopakami. Przyznam, że nie spodziewałem się, że będzie Was aż tylu! Cholernie miło jest dostać tak potężny feedback. Przepraszam również tych, z którymi nie zdążyłem wymienić, choć kilku zdań albo udało mi się tylko przedstawić lub powiedzieć durne "cześć". Mam nadzieję nadrobić to na najbliższym konwencie.

Autor nie jest członkiem PSK, choć nie ukrywa, że jeśli finanse i tzw.: "sytuacja życiowa" pozwoli, będzie chciał wstąpić do GTW polskiego komiksu.

środa, 28 kwietnia 2010

#434 - "Komiksowa Warszawa. Początek" HC vol.1

O Komiksowej Warszawie (23-25 kwietnia), która w miniony weekend ściągnęła do Stolicy Polski komiksiarzy z całej Polski napisano wiele. Relację dla Komiksomanii na żywo przeprowadził Tomasz Pstrągowski, tam też kilka godzin po zakończeniu festiwalu pojawiły się wszelkie nowości, które wyszły na światło dzienne podczas spotkania z wydawcami (z racji czego daruję sobie ich powtarzanie w tym miejscu). Swoje kilka słów o debiutującej imprezie napisał chociażby Maciej Pałka, Michał Śledziński, jak również Olga Wróbel, wzbogacając kilka zdań o materiał foto. Na forum gildii jak zawsze rozgorzała ciekawa/"ciekawa" dyskusja, a redaktorzy DC Multiverse pokusili się o żałosne kilka słów odnośnie do tego co zjedli i co obejrzeli w czasie imprezy. Pozytywnie popisał się za to fafkoolec z Miasta Fantastyki, który w swojej wyważonej relacji pokazał jak te kilka zdań o festiwalu powinno wyglądać. Zbyt wiele do opisywania mi nie zostało, ale i tak dodam swoje trzy grosze do pofestiwalowych wrażeń.

Komiksowa Warszawa zastąpiła na komiksowo-konwentowej mapie Polski mające długą tradycję Warszawskie Spotkania Komiksowe. Początkowo (jeśli dobrze kojarzę) miała być to konkurencyjna impreza, która w kolejnym etapie ewolucji miała szansę wesprzeć nowymi siłami wueske, aż ostatecznie została sama na polu boju jeśli chodzi o miasto Pani Syrenki, metra i PKiN. Organizatorem KW jest założone w zeszłym roku Polskie Stowarzyszenie Komiksowe, dla którego - o czym wypada wspomnieć - był to jak na razie najważniejszy sprawdzian. Oceniając festiwal należy też pamiętać, że pracowało przy nim spore grono osób, dla których był to też pierwsze, bądź jedno z pierwszych takich doświadczeń. I po trzecie i ostatnie - wydarzenia z ostatnich tygodni (żałoba narodowa, sympatyczny Eyjafjallajökull) znacznie skomplikowały, bądź też uniemożliwiły nawet (przyjazd Jeffa Lemire'a) niektóre z planów organizatorów. Mimo tego nieco asekuracyjnego podejścia, uważam, że następca WSK zadebiutował bardzo udanie.

To co odróżniło go od swojej dziewięcioletniej poprzedniczki to przede wszystkim około festiwalowa otoczka w postaci rozsianych po całej Warszawie wystaw komiksowych, jak również głównego gadżetu imprezy, czyli "Przewodnika po Warszawie" - 56 stronicowego, darmowego (!) albumiku, przy którym swoje palce maczało mnóstwo znanych komiksiarzy. Wyolbrzymieniem byłoby twierdzić, ze dzięki temu miasto "żyło" komiksem w ostatnich kilku dniach, jednak to wyjście poza festiwalowy budynek jest dobrym krokiem naprzód w przyciąganiu ludzi spoza środowiska, co przy umiejętnej ewolucji ma szansę w przyszłych edycjach odnieść znacznie większy sukces. To na co nie zwróciłem za bardzo uwagi na początku imprezy, czyli punkt informacyjny ("ukochane dziecko festiwalu" Olgi Wróbel) mieszczący się przy wejściu do CBA, okazał się bardzo przydatnym miejscem, przy którym wiele przybywających na imprezę osób zatrzymywało się i dostawało wszelkie wskazówki jak dostać się w konkretne miejsca budynku, czy na poszczególne punkty imprezy. Jeśli chodzi o siedzibę Komiksowej Warszawy to był nią wspomniany Centralny Basen Artystyczny, znajdujący się - tutaj sypię głowę popiołem przed Jarkiem Obważankiem, który wypomniał mi to przy zapowiedzi imprezy - w ścisłym centrum Stolicy Polski (ok. 15 minut piechotą z Metra Centrum). Co prawda budynek był nieco schowany, ale chętni zmierzający do niego od strony Alei Ujazdowskich, przez kilka sobotnich godzin byli kierowani na miejsce imprezy specjalnie dla tego przygotowanym przez Tomasza Pastuszkę bannerem (do momentu w którym "kierunkowskaz" nie znalazł się najprawdopodobniej w innym wymiarze). Sam obiekt okazał się strzałem w dziesiątkę - dobra sala na spotkania, do której w kilka sekund można było się dostać z przylegającego doń baru, dużo miejsca na giełdę, sympatyczne pomieszczenie na festiwalową wystawę. A dodatkowo nie trzeba było w amoku szukać odpowiedniego miejsca na afterparty, bo te miało miejsce również w Basenie.

Spotkanie z wydawcami. Od lewej: Maciej Pietrasik (Taurus Media/Mroja Press), Leszek Kaczanowski (Ongrys), Radosław Bolałek (Hanami), Bartek Biedrzycki (Dolna Półka), Joanna Kępińska (Egmont Polska), Paweł Sawicki (Mroja Press), Szymon Holcman (Kultura Gniewu) i Paweł Timofiejuk (timof comics)

Nieco kulał program imprezy, który pozbawiony obecności Jeffa Lemire'a prezentował się poprawnie, acz bez wielkich rewelacji. Coś na zasadzie "festiwalowej jazdy obowiązkowej" zawierającej tradycyjne spotkania z twórcami (m.in. Piotr Kowalski, Mateusz Skutnik, Paweł Kłudkiewicz, Maciej Łazowski i Bartek Szymkiewicz), panele dyskusyjne (Polscy twórcy za granicą, Kobiety i komiks) czy też spotkanie z wydawcami, które jest moim obowiązkowym punktem każdej imprezy. Zabrakło mi nieco czegoś ponad pogadanek prowadzącego z gośćmi (na przykład warsztatów komiksowych), ale z drugiej strony, to właśnie na Komiksowej Warszawie uczestniczyłem w największej liczbie spotkań podczas swej festiwalowej "kariery". Najciekawszym punktem programu był dla mnie ten poświęcony twórczości kobiet, który chyba jako jedyny wywołał dyskusję pomiędzy uczestniczkami, a słuchającymi, jak również doczekał się później komentarzy w komiksowej części polskiej sieci. A będąc dłuższą chwilę przed jego rozpoczęciem przy punkcie informacyjnym, miałem okazję spotkać kilka przedstawicielek płci pięknej, które pytały się o samo spotkanie i wyglądały na takie, które właśnie dla niego pofatygowały się do CBA. Ten fakt, jak i dyskusja, która wynikła na samym spotkaniu, może być wskazówką co do planowania punktów programu przy kolejnych edycjach. Najciekawszy moment ubiegłorocznej wueski, czyli bitwy komiksowe, znalazł się również w programie Komiksowej Warszawy. Jednak w wypadku tej edycji komiksowych pojedynków jeden na jeden można mieć sporo zastrzeżeń - niepotrzebne były przerwy pomiędzy bitwami (patrząc na to ile oglądających ubywało po każdej), niespecjalny był również pomysł na ich tematy (tutaj znacznie lepszy wydaje mi się system przyjęty przy okazji Flamastery vs. Majki, czyli ogólne tematy w stylu "herbata", a nie np. finałowe "walenie w basenie", którego kontekstu nie musiał załapać Igor Baranko, i tak ostateczny zwycięzca Bitew) czy niepotrzebnie urządzano niekończące się dogrywki. Pomimo tych kilku niedociągnięć i słabszej formy prowadzącego (Przemek Pawełek), bitwy te sprawdziły się jako pewnego rodzaju pomost pomiędzy częścią "oficjalną" (spotkania), a afterparty. Sporo kontrowersji w pofestiwalowych relacjach i komentarzach wzbudziły nagrody stowarzyszenia, które były ostatnią atrakcją festiwalu. Przyznane one zostały w czterech kategoriach: Najlepszy Scenarzysta (Alex Robinson za "Wykiwanych"), Najlepszy Rysownik (Shaun Tan za "Przybysza"), Najlepszy Komiks Polski ("Łauma" Karola Kalinowskiego) i Najlepszy Komiks Zagraniczny (ex aequo "Fun Home" Alison Bechdel i "Opowieści z hrabstwa Essex" Jeffa Lemire'a). Jak nietrudno policzyć, wydawnictwo timof comics otrzymało 2,5 nagrody (te pół za dzieło Bechdel wydane wespół z Abiekt.pl) i ten fakt jest właśnie problemem/skandalem dla wielu komiksiarzy, ze względu na osobę Pawła Timofiejuka, który prezesuje Stowarzyszeniu. Nietrudno pokusić się w takiej sytuacji o posądzenia o kolesiostwo - jak zresztą wielu czyni, ale równie niewielkim problemem powinno być zrozumienie, że to nagrody przyznawane przez członków Polskiego Stowarzyszenia Komiksu i to ich zdaniem takie albumy, tacy twórcy je otrzymali. A swoją drogą nikt chyba nie zaprzeczy, że każdy ze zwycięzców to ścisła czołówka poszczególnych kategorii. Z drugiej strony w zasadzie każde tego typu wyróżnienia spotykają się z żywiołowym odzewem, więc niespecjalnie jest się chyba czym przejmować.

Jeśli chodzi o zarzuty odnośnie do poszczególnych pomieszczeń Centralnego Basenu Artystycznego i ich przeznaczenia na Komiksowej Warszawie (dla niektórych problemem był mrok, czy też autografy w miejscu spotkań), to kilka rzeczy miało wyglądać inaczej. Jednak w związku z tygodniowym przesunięciem imprezy, liczba pomieszczeń, które CBA mogło użyczyć komiksiarzom zmalała. Tak więc jak to pierwotnie miało wyglądać, będzie można dowiedzieć się zapewne w przyszłym roku.

Tego typu inicjatywy - szczególnie łódzkie i warszawskie właśnie - przyciągają najwięcej ludzi z komiksowego środowiska. Tym samym wszelkim rozmowom, plotkom i ploteczkom na tematy nie tylko komiksowe nie ma końca od pierwszych do ostatnich godzin imprezy. Podobnie było i teraz, a głównym punktem integracyjnym był wspomniany bar. Nie oznacza to jednak, iż Komiksowa Warszawa spełniła swe zadanie jedynie dla stałych bywalców tego typu imprez, przedkładających często pogaduchy nad program imprezy. Na sali spotkań, jak i giełdzie, dało się zauważyć nieco nowych twarzy - nie były to może tłumy, ale jak na pierwszą imprezę nie było źle. Sukcesem okazały się festiwalowe wystawy i związany z ich odwiedzaniem konkurs - podczas trwania imprezy do punktu informacyjnego zgłosiła się duża ilość osób z siedmioma wystawowymi pieczątkami, które upoważniały do otrzymania darmowego komiksu (a były to m.in. "Wykiwani" Robinsona, "Komiks W-wa" Truścińskiego, Kłosia i Kwaśniewskiego czy "Berlin" Lutesa). Jest to jakiś wyznacznik tego, jak taka inicjatywa przyjęła się wśród uczestników imprezy i mieszkańców miasta (a cała akcja potrwa jeszcze do 30 kwietnia).

Podsumowując te dwa i pół festiwalowego dnia (wszystko zaczęło się w piątek meczem koszykówki Wydawcy kontra Reszta Świata, wygranym przez tych pierwszych) muszę przyznać, że pierwsza edycja Komiksowej Warszawy była udaną imprezą, która w przyszłości może być jeszcze lepsza. Owszem, było sporo niedociągnięć (a organizatorzy dostrzegają ich pewnie więcej niż przeciętny uczestnik), ale nikt się chyba nie spodziewał, że już na samym początku będzie to MFK Bis?

środa, 31 marca 2010

#409 - Bydgoska Sobota z Komiksem 2010

Bydgoszcz to wyjątkowe miejsce na komiksowej mapie Polski - z tym miastem przez większość życia związany był legendarny Jerzy Wróblewski, tam urodził się oraz tworzy nadal Andrzej Janicki i w końcu tam przyszedł na świat Michał Śledziński, jak również wielu innych uznanych komiksowych twórców. Tam też w ostatnią sobotę marca miała miejsce Bydgoska Sobota z Komiksem, w której wraz z innymi fanami "kolorowych zeszytów" z całej Polski miałem przyjemność uczestniczyć.

Przygoda z Bydgoszczą dla Warszawy i okolic (Jacek "Ystad" Jastrzębski, Mateusz "TeO" Trąbiński, Robert "Bele" Sienicki, Tomasz "Asu" Pastuszka wraz z siostrą Anią, oraz moja skromna osoba) rozpoczęła się o 6.40 rano, kiedy z Dworca Centralnego ruszył pociąg, który równo po trzech godzinach i czterdziestu siedmiu minutach wyhamował w punkcie docelowym wycieczki. W międzyczasie dołączył do naszej grupy uzbrojony w harmonijkę Binio Bill przebrany za Karola Kalinowskiego i w tak doborowym towarzystwie spotkaliśmy się na bydgoskim peronie z trójmiejską grupą reprezentowaną przez Igora "iquorka" Wolskiego, Tomasza "Spellcastera" Grządzielę i Jacka "Brzozo" Kuziemskiego. Dzięki spotkanemu przewodnikowi (pozdrawiam!) bez żadnego kłopotu dotarliśmy do Akademickiej Przestrzeni Kulturalnej. Do pierwszego spotkania w APK zostało jeszcze trochę czasu (niestety nie udało nam się dotrzeć na pierwszy punkt programu jakim była pogadanka ze Sławomirem Kiełbusem w Ratuszu), który spożytkowano na zapoznanie z miejscem oraz wystawami prac twórców pochodzących z Bydgoszczy i okolic. W tym miejscu muszę powiedzieć, że APK jako główne miejsce imprezy było bardzo dobrym wyborem - budynek ładny, zadbany, z dużą salą idealną na zaplanowane spotkania, miejscem na mniej oficjalne pogaduszki i pobliskim studenckim barem "Flinston Grill" z całkiem niezłą strawą.

Pierwszym z sześciu punktów imprezy zaplanowanych w APK, było spotkanie z Magdaleną Bochniak (córką Jerzego Wróblewskiego) oraz Andrzejem Janickim reprezentującym BB Team. Podczas spotkania prowadzonego przez Macieja Jasińskiego, goście mówili między innymi o możliwości nazwania jednej z bydgoskich ulic imieniem twórcy Binio Billa, jak również o przyszłych publikacjach prac Wróblewskiego, które prawdopodobnie pojawią się na październikowej emefce. Oprócz kolejnego tomu przygód popularnego kowboja, istnieje możliwość wydania niedokończonego "My nigdy nie śpimy", jak również komiksów z "Dziennika Wieczornego" w którym ten legendarny twórca debiutował. Oprócz tego, podczas spotkania rozdawany był tekst Macieja Jasińskiego "Od Roda do Sasa" będący jednym z rozdziałów przygotowywanej przez niego książki "Jerzy Wróblewski - Mistrz z Bydgoszczy". A jako, że tematyka naszego bloga to głównie "kalesony", to z radością i zaciekawieniem przeczytałem te kilka stron traktujących o przygodzie Wróblewskiego z Marvelem. Kolejny punkt to warsztaty z KRLem, które cieszyły się największą frekwencją - nad kartkami zasiadło kilkunastu uczestników, którzy pod czujnym okiem prowadzącego rysowali kolejne kadry swoich komiksów. Warsztaty te zgromadziły również sporo publiczności, która obserwowała poczynania młodych twórców, podziwiała wystawowe prace (w antyramie znalazł się również Muzyczny Batman Andrzeja Janickiego!), czy polowała na autografy artystów obecnych na sali. Przybyła również bydgoska telewizja, która przeprowadziła krótkie wywiady ze Śledziem, wspomnianym już niejednokrotnie Andrzejem Janickim czy Adamem Radoniem, który przyjechał z Łodzi wraz z Piotrem Kasińskim, Ewą Stępień i Katarzyną Tośta. Po konkursie wiedzy o komiksie (prowadzenie - Maciej Jasiński, wręczanie nagród - Krzysztof Mirowski), w którym pytania były często iście eksperckie (podobnie jak wiedza większości zgromadzonych), odbyło się poprowadzone przez Łukasza Chmielewskiego spotkanie z Maciejem "Simsonem" Simińskim, na które jednak - ze względu na domagający się zapełnienia żołądek - nie trafiłem. Przedostatnim punktem programu była pogadanka Krzysztofa Mirowskiego z profesorem Jerzym Szyłakiem na temat najważniejszych polskich rysowników ostatniego dziesięciolecia. Scenarzysta m.in. "Szminki" czy "Strange Places" zaliczył do tego grona czterech twórców - Michała Śledzińskiego, Krzysztofa Gawronkiewicza, Mateusza Skutnika oraz Marka Turka. Kilka słów poświęcił również na innych komiksiarzy, których wybrali prowadzący spotkanie jako potencjalnych kandydatów do tego grona - zdaniem Szyłaka na jak najlepszej drodze do tego aby do owej czwórki w przyszłości dołączyć, znajduje się Karol Kalinowski, natomiast takich twórców jak Przemysław Truściński, Robert Adler czy Rafał Gosieniecki gość spotkania z różnych względów uznał za straconych dla polskiego komiksu. Kilka ciepłych słów poleciało w stronę "Przygód Powstania Warszawskiego" Jacka Świdzińskiego i Michała Rzecznika, które Jerzy Szyłak uznał za dobrą alternatywę do wszelkich antologii powstańczych. Spotkanie z profesorem Uniwersytetu Gdańskiego było jak dla mnie najciekawszym momentem Bydgoskiej Soboty - Szyłak dysponuje ogromną wiedzą na temat kadrów i dymków, którą z chęcią dzielił się z publicznością. Co ważne jest również cały czas na bieżąco ze "stanem polskiego komiksu". Oby więcej takich spotkań! Pokaz filmu "Szogun Zabójca" ("Shogun Assassin") przybyłą z Warszawy i z Poznania grupą kolektywnie odpuściliśmy i skierowaliśmy swe kroki w stronę hostelu, który okazał się nie tak blisko jak się wydawało.

(fragment zdjęcia autorstwa Macieja Jasińskiego, przedstawiający warsztaty z KRLem - cała fotorelacja dostępna jest w dwóch częściach na blogu Binio Billa)
Oprócz twórców biorących udział w spotkaniach, na terenie Akademickiej Przestrzeni Kulturalnej można się było natknąć między innymi na Krzysztofa "Krisa" Różańskiego, Andrzeja Nowakowskiego, Bartłomieja "Graphicusa" Kuczyńskiego, Krzysztofa Wyrzykowskiego, Jacka Michalskiego, Łukasza Ciaciucha, Jacka Przybylskiego czy Jakuba Mathia.

Po chwili odpoczynku w odległym hostelu, ruszyliśmy grupą do "Węgliszka". Knajpa ta okazała się nader sympatyczną miejscówką w której przez długie godziny lało się głównie piwo (jak to mówi Bele: "tęsknię za tobą, Kujawiaku"), rozmowom na tematy komiksowe, około komiksowe i zupełnie nie związane z kadrami i dymkami nie było końca, a nocny finał imprezy upłynął pod znakiem tańca z komiksowymi gwiazdami (którego do dziś niektórzy się nieco wstydzą, a dowody są). Obowiązkowym elementem każdego afterparty jest również tworzony przez wszystkich komiks (tym razem twórców było ponad dwudziestu), który pewnie za jakiś czas zawiśnie gdzieś w sieci.

Tak upłynęło te kilkadziesiąt bardzo sympatycznych godzin w Bydgoszczy, do której za rok pewnie także się wybierzemy. Może nawet jeszcze większą ekipą. Bydgoską Sobotę z Komiksem należy zaliczyć do imprez bardzo udanych, zarówno towarzysko, jak i programowo. W tym miejscu chciałbym też pogratulować i podziękować wszystkim osobom, które zaangażowane były w projekt BSzK 2010, który moim zdaniem zakończył się sukcesem totalnym!

Pierwszy tak udany wiosenny konwent komiksowy dobrze wróży na czekające już w kolejce imprezy, z których kolejną będzie debiutująca Komiksowa Warszawa. Do zobaczenia więc za niecałe trzy tygodnie!

PS. Jackowi Jastrzębskiemu dziękuję za pomoc przy rekonstrukcji niektórych zdarzeń i fachową wiedzę z zakresu komiksu i nie tylko, którą tak szczodrze się dzielił podczas pisania tej relacji!
PS2. Jeśli nic poważnego nie stanie na drodze, to w jutrzejszym dniu pojawi się fotorelacja z Bydgoskiej Soboty.