Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Bat-Czwartki. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Bat-Czwartki. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 19 lipca 2012

#1084 - Bat-Czwartki 07: Nietoperz na skraju dojrzewania ("Mroczny Rycerz")

"Batman: Początek" zarobił w kinach ponad 300 milionów, stając się najbardziej kasowym filmem z Człowiekiem Nietoperzem od czasów "Batmana" Tima Burtona. Nolan świetnie odnalazł się w roli reżysera wielkiego hollywoodzkiego widowiska: zdobył uznanie krytyków i sympatię ze strony fanów. Ale to dopiero "Mroczny Rycerz" przypieczętował jego sukces. Kontynuacja "Batman Begins"  przyniosła wpływy rzędu miliarda dolarów na całym świecie i jest najbardziej kasową częścią serii.

"Mroczny Rycerz" zarobił górę pieniędzy, porównywalną, jeśli nie większą, z tą którą w filmie Joker puszcza z dymem. Tu nie chodzi o pieniądze – mówi – ale o przesłanie. W jego ustach brzmiało ono: wszystko płonie. Na potwierdzenie swojej tezy za pomocą ledwie kilku beczek benzyny i garści dynamitu pogrążył Gotham w chaosie. Nolan wypada blado na jego tle, ale i jemu udała się rzecz niebywała: udowodnił, że można nakręcić inteligentnego blockbustera, a kontynuacja wcale nie musi być słabsza od poprzednika, łamiąc przy tym nie mniej reguł, co Joker.
"Mroczny Rycerz" różni się nie tylko od wszystkich dotychczasowych części serii o przygodach Batmana, ale również od wszystkich filmów z superbohaterami, jakie dotychczas nakręcono. Nolan pokazał Batmana, jakiego jeszcze nie widzieliśmy – pokonanego. Joker "złamał" jego ducha, nauczył, że prawdziwe życie jest dokonywaniem wyborów. W "Batman Forever" Wayne uchyla się przed odpowiedzialnością i na złość Riddlerowi ratuje z opresji zarówno Robina jak i doktor Meridian. W "Spider-Manie 2" Peter Parker staje przed wyborem: albo uratuje Mary Jane, albo dzieci uwięzione w kolejce. Ku rozczarowaniu Doktora Octopusa udaje mu się uratować wszystkich. W "Mrocznym Rycerzu" Joker dwukrotnie poddaje Batmana podobnej próbie: po raz pierwszy podczas przyjęcia w apartamencie Wayne'a, po raz drugi w czasie przesłuchania na komisariacie. Za pierwszym razem Batman wychodzi z niej zwycięsko: ratuje Rachel, nie zdejmując maski. Za drugim to Joker jest górą, choć może powinniśmy powiedzieć: ślepy los. Batman chciał uratować Rachel, ale zamiast tego trafił do magazynu z Dentem. Joker zakpił sobie z niego i udowodnił tym samym jak dużą rolę w życiu odgrywa przypadek. Reżyser, uśmiercając wybrankę bohatera, zszokował wszystkich. Jonathan Nolan wspomina pierwszy pokaz filmu, podczas którego widownia zamarła: można było usłyszeć pojedyncze westchnienie. Publiczność była tak pewna zasady, że bohater zawsze znajdzie sposób, aby wszystkich uratować. Świetnie było ją złamać.
Zabijając Rachel, Nolan zmusił swojego bohatera do pożegnania się z dzieciństwem – Wayne dokonuje wyboru i teraz musi żyć z jego konsekwencjami. Pod tym właśnie względem "Mroczny Rycerz" jest realistyczny. Batman wciąż jest postacią na poły fantastyczną – zakutym w zbroję milionerem, gromiącym przestępców pod osłoną nocy – ale jego działania mają już realne konsekwencje. Witamy w prawdziwym świecie, panie Wayne.
Pamiętacie to uczucie, gdy po raz pierwszy w życiu coś poszło nie po waszej myśli? Gdy poczuliście wzbierającą w was niemoc i strach przed nieznanym? W "Batman: Początek" Wayne od początku do końca realizuje swój plan: z małymi przeszkodami, ale udaje mu się zatriumfować tak, jak sobie to wymarzył. W "Mrocznym Rycerzu" jest już pewien swego: uważa przestępców za prostaków, którym chodzi wyłącznie o pieniądze. Dopiero pojawienie się Jokera uświadomi mu jak bardzo się myli. W słynnej scenie przesłuchania Wayne przygląda się swojemu przeciwnikowi z ciekawością, ale i pogardą. Joker jest dla niego irytującym robakiem, "dziwadłem", którego nie rozumie. Ten "śmieć, który zabija dla pieniędzy" nie jest jednak tym, kim wydaje się bohaterowi. Batman jest od niego silniejszy, rzuca go o ściany jakby był szmacianą lalką, ale to Joker od początku do końca dominuje nad Mrocznym Rycerzem i zawsze jest kilka kroków przed nim. Nawet w momencie, gdy Batman okłada go pięściami, morderczy klaun przewyższa go o głowę. Joker ma bowiem w swoich rękach siłę o jakiej Nietoperzowi się nie śniło – ślepy los.
Wayne stworzył Batmana, aby opanować swój strach i zaprowadzić porządek, w sensie dosłownym i metaforycznym. Joker z powodzeniem to kwestionuje. Wyłącznie ślepy los jest sprawiedliwy, w tym świecie tylko życie bez zasad ma sens. Morderczy klaun jest u Nolana wcieleniem terroru i chaosu. Od początku chciał wywrócić wszystko do góry nogami i udało mu się. Nolan zastosował genialny w swojej prostocie zabieg: w scenie, gdy Joker wisi kilkanaście pięter nad ziemią, kamerą okręca się wokół niego i przyjmuje jego punkt widzenia – góra staje się dołem i odwrotnie. Świat stanął na głowie. Joker zwyciężył.
"Mroczny Rycerz" różni się stylem od "Batman: Początek". Pierwsza część filmu czerpie inspiracje z mitologii bohatera, stąd obecna w niej pewna doza romantyzmu. Kontynuacja opowiada już całkowicie samodzielną historię, jest poważniejsza, bardziej realistyczna. Nolan odniósł zwycięstwo tam gdzie Tim Burton poniósł klęskę. Dlaczego jego Mroczny Rycerz A.D 1992 nie zdobył sobie takiej sympatii publiczności? Przypomnijmy słowa Christophera Nolana, wypowiedziane przy okazji premiery "Batman: Początek": żyjemy w przerażającym świecie, a jeszcze dziesięć lat temu było inaczej. Widownia w 1992 roku nie była jeszcze gotowa na takiego Batmana, jakiego wymarzył sobie Burton. O ironio, co wtedy było dziwaczne i przerażające, dziś jest codziennością. Żyjemy w mrocznych czasach, ot co.
"Mroczny Rycerz" różni się od wszystkich dotychczasowych Batmanów, ale jednocześnie znajdziemy w nim nawiązania do poprzednich filmów z serii. Scena, w której Harvey Dent podaje się za Batmana, jest odwrotnością sceny z "Batman Forever", w której Wayne powstrzymuje się przed ujawnieniem, co doprowadzi do śmierci rodziny Dicka Graysona. Starcie między Jokerem, a Batmanem na ulicach Gotham z "Mrocznego Rycerza" bliźniaczo przypomina to z finału "Batmana" Burtona. Takich smaczków jest więcej, a ich rola nie sprowadza się wyłącznie do roli ciekawostki. Nolan nakręcił film będący sumą dotychczasowych doświadczeń Człowieka Nietoperza. To dzieło kompletne, zamykające pewien rozdział w historii Mrocznego Rycerza.

czwartek, 12 lipca 2012

#1077 - Bat-Czwartki 06 - Viva Fear! ("Batman: Początek")

Po spektakularnej klapie "Batman i Robin" studio Warner Brothers rozpoczęło poszukiwania reżysera, który popchnąłby serię w nowym kierunku i naprawić mocno nadszarpnięty wizerunek Mrocznego Rycerza. Okazało się to jednak dużo trudniejsze i  bardziej czasochłonne niż przewidywano. Trzeba było przeszło ośmiu lat, aby decyzją producentów, to Christopher Nolan objął obowiązki reżysera nowego filmu z Batmanem. Nolan wywiązał się ze swojego zadania – z powodzeniem wprowadził Człowieka Nietoperza w XXI wiek i na powrót uczynił go bohaterem masowej wyobraźni. 
Dziś trudno sobie wyobrazić inną osobę na stanowisku reżysera niż Christopher Nolan, ale w 1997 roku reżyser dopiero przymierzał się do swojego pełnometrażowego debiutu i nie mógł przypuszczać, że w przyszłości będzie kręcił filmy za 200 milionów dolarów. Tymczasem w Warner Brother trwały gorączkowe poszukiwania reżysera nowego Batmana. Pomysłów na kontynuację nie brakowało: wieszczono powrót Jacka Nicholsona w roli Jokera, Madonna miała wcielić się w Harley Quinn, przeciwnikiem Batmana miał być Scarecrow (obecność Jokera tłumaczono działaniem gazu strachu – morderczy klaun miał nawiedzać Batmana w czasie halucynacji wywołanych gazem). Żaden pomysł nie zdołał się jednak przebić i zaistnieć w rzeczywistości. Z czasem studio było tak zdesperowane, że zwróciło się do Joela Schumachera. Reżyser "Batman i Robin" zgodził się wyreżyserować kolejną część serii pod warunkiem, że będzie to skromniejsza produkcja niż jej poprzedniczka. Nauczony doświadczeniem z planu "Batman i Robin" Schumacher chciał uniknąć utarczek z producentami. Reżyser narzekał, że kierownictwo studia wymogło na nim, aby w filmie pojawiło więcej bat-gadżetów. Poparł go jeden z producentów Michael Uslan: Czasem docierasz do takiego punktu, gdy nie robisz już filmu, ale dwugodzinną reklamę zabawek. To smutne, ponieważ wierzę, że jeśli pozwoli się reżyserowi nakręcić dobry film, to i tak zabawki się sprzedadzą. Taka argumentacja nie trafiała jednak do studyjnych włodarzy i w efekcie "Batman i Robin" to blockbuster w najgorszym tego słowa znaczeniu. Aby uniknąć kolejnego fiaska Schumacher planował nakręcić bardziej kameralny film, inspirując się głównie "Rokiem Pierwszym" Franka Millera. Studio nie skorzystało jednak z jego propozycji i zwróciło się do młodego reżysera Darrena Aronofsky'ego, którego debiut "Pi" odbił się szerokim echem w świecie.

Na pytanie, jak wyobraża sobie film z Batmanem reżyser odpowiedział, że w roli głównej obsadziłby Clinta Eastwooda, a całość sfilmował w Tokio. Trudno w to uwierzyć, ale studio zaintrygowała propozycja Aranoffsky'ego i zleciła mu przygotowania scenariusza. Reżyser zdawał sobie sprawę, że seria utknęła w martwym punkcie i niebezpiecznie zbliżyła się do poziomu campowego serialu z lat 60, dlatego zdecydował się na realistyczne ujęcie przygód Mrocznego Rycerza. Film miał być luźną adaptacją "Roku pierwszego" Millera. Na tyle luźną, że w filmie Bruce Wayne po śmierci swoich rodziców miał zostać przygarnięty przez mechanika samochodowego Big Ala, zaś jego inspiracją do tego, aby stać się Batmanem miał być sygnet w kształcie nietoperza (ukłon w stronę Fantoma, popularnego bohatera stworzonego przez Lee Falka). Aronofsky widział w Jamesie Gordonie bohatera na miarę Serpico, zaś w Wayne'ie odpowiednik Travisa Bickle'a z "Taksówkarza". Wśród swoich inspiracji wymieniał "Życzenie śmierci" i "Francuskiego łącznika". Reżyser chciał, aby przy jego filmie "Batman" Burtona wydał się kreskówką. Ostatecznie projekt nie został jednak zrealizowany. Aronofsky przyznał w wywiadzie, że film nie miał szans powodzenia: Myślę, że ludzie z Warnera wiedzieli od początku, że coś takiego nie mogłoby powstać. Myślę, że mieli rację, ponieważ wśród fanów Batmana są czterolatkowie, więc gdyby taki film powstał, każdy czterolatek zaciągnąłby swoich rodziców do kina. Film musiałby mieć odpowiednią kategorię wiekową. W pewnym momencie pojawiła się jednak nadzieja, że skoro DC wydaje komiksy skierowanego do odbiorców w różnym wieku, tak samo może postąpić studio w przypadku filmu. Chciałem nakręcić rzecz dla dorosłego widza za małe pieniądze. Można było to zrobić taniej, może na 16 mm. Moglibyśmy wypuścić go po premierze wersji dla młodszych. Jeden dla dorosłych, jeden dla dzieci. Tak czy inaczej, ludzie z Warner Brothers wykazali się odwaga pozwalając nam pracować nad tym projektem (reżyser współpracował z Frankiem Millerem). Projekt Aronofsky'ego był ambitny, ale niemożliwy do zrealizowania. Studio potrzebowało pewnego hitu, a "Year One" nie gwarantował sukcesu kasowego.
Nieprzypadkowo obaj wyżej wymienieni reżyserzy przyznawali się do inspiracji "Rokiem pierwszym" Franka Millera. Opowieść o początkach kariery Bruce'a Wayne'a w roli Batmana należy do najwybitniejszych komiksów w historii. Co takiego zwróciło na niego uwagę obu reżyserów? Miller w przedmowie do komiksu wspominał, że dla kogoś kto pamięta serial z lat '60 "Rok pierwszy" będzie niespodzianką. Dokładnie to samo chcieli osiągnąć Schumacher i Aronofsky – zerwać z campowymi korzeniami i skierować serię na nowe tory. Marzenie reżysera "Pi" o bardziej brutalnym wcieleniu Batmana miał jednak zrealizować dopiero Christopher Nolan.

Mimo że Aronofsky nigdy nie nakręcił "Year One" to jego wysiłek nie poszedł na marne. Myślę, że jego wariacja na temat Batmana otrzeźwiła producentów i sprowadziła ich z powrotem na Ziemię. A jeśli to nie wystarczyło, to z pewnością widok płonących wież WTC zrobił to z nawiązką."Batman: Początek" nie mógłby powstać w świecie, w którym 9/11 nie miał miejsca. Jak to zgrabnie ujął Nolan: Żyjemy w przerażającym świecie, a jeszcze dziesięć lat temu było inaczej. Musiał zmienić się świat, żebyśmy mogli podziwiać nowe realistyczne wcielenie Batmana. W 1999 roku, gdy Aronofsky pisał swój scenariusz "Year One" świat był jeszcze niewinny i nie potrzebował nowego Batmana.
Przed realizacją "Batman: Początek" Nolan przygotowywał się do nakręcenia filmu o Howardzie Hughes'ie, ale plany pokrzyżował mu "Aviator"” Martina Scorsese. Skoro Hughes był już zajęty, reżyser postanowił sięgnąć po innego ekscentrycznego milionera – Bruce Wayne'a. Nolan był miłośnikiem komiksów z Batmanem, w dzieciństwie oglądał serial z Adamem Westem, znał również filmy Burtona i Schumachera. Czuł jednak, że nie eksplorują one psychiki bohatera, że to raczej "ćwiczenia stylistyczne", aniżeli poważne potraktowanie legendy Mrocznego Rycerza. Pomysł Nolana na film był prosty: jeszcze nikt nie opowiedział o tym dlaczego Wayne został Batmanem. Należało zacząć od początku.
Gdy w 1988 roku Tim Burton stanął na planie zdjęciowym "Batmana" adaptacje komiksów należały do rzadkości. Reżyser "Soku z żuka" był pionierem na tym polu. Gdy Christopher Nolan zaczynał kręcić "Batman: Początek", miał już za sobą wsparcie całego przemysłu opartego na adaptacjach komiksów. W 2001 pojawili się "X-meni" Bryana Singera, którzy zapoczątkowali komiksowy boom w Hollywood. Rok później na ekrany wszedł pierwszy "Spider-Man" Sama Raimiego z miejsca bijąc wszelkie rekordy popularności. Komiksy z miejsca stały się najbardziej pożądanym towarem w Fabryce Snów. Było tylko kwestią czasu, kiedy na ekranach po raz kolejny zagości Mroczny Rycerz. W 2005 fani mogli wreszcie odetchnąć z ulgą - On wrócił.
W "Batman: Początek" Nolan towarzyszy Bruce'owi Wayne'owi od chwili, gdy bohater jest świadkiem śmierci swoich rodziców do momentu, kiedy staje się Batmanem. Reżysera interesowała odpowiedź na pytanie co takiego było powodem, dla którego postanowił poświęcić się walce z przestępczością. Trauma z dzieciństwa, poczucie obowiązku? Nolan schodzi głębiej w podświadomość bohatera i znajduje tam nieograniczone pokłady strachu. Wayne boi się, jest przerażony. Strach towarzyszy mu od dziecka, pożera go od środka. Jedynym wyjście z tej sytuacji jest znaleźć sposób, aby zwrócić swój strach przeciwko temu, co go wywołuje. Wayne chce odpłacić światu, który uczynił go takim jaki jest. Kluczową sceną opisującą bohatera jest moment, w którym Batman szybuje ponad głowami odurzonych gazem Scarecrowa mieszkańców Narrows. Oto chwila jego triumfu – oddaje światu to, co mu należne. Jest symbolem strachu, ale i nadziei, która spływa na mieszkańców Gotham.
W finale Wayne odbudowuje rodzinną posiadłość. W symboliczny sposób zamyka tym samym pewien rozdział w swoim życiu – studnia, do której wpadł jako dziecko, zostaje na naszych oczach zapieczętowana. Wayne nauczył się kontrolować swój strach, wie jak go ujarzmić i wykorzystać. W tym momencie bohater przestaje być małym dzieckiem, staje się mężczyzną. Ale świat nie śpi i już wysłał swojego posłańca, aby nauczył Wayne'a pokory. Dzieciństwo Wayne'a zakończy się naprawdę w chwili, gdy Gordon wręczy mu wizytówkę Jokera. Batman, choć jeszcze tego nie wie, stał się właśnie Mrocznym Rycerzem.
Nolan praktycznie zrewolucjonizował przemysł filmowy, pokazując, że adaptacja komiksu nie musi być wątpliwym kompromisem, między oczekiwaniami dorosłego widza, a wymogami rynku. Dowiódł tym samym, że cokolwiek, by nie mówić, to świat się zmienił i to na gorsze. Żyjemy w epoce strachu i tak samo jak Wayne musimy nauczyć się kontrolować nasze lęki.

czwartek, 5 lipca 2012

#1070 - Bat-Czwartki 05: Nastolatek do potęgi trzeciej ("Batman i Robin")

"Batman Forever" był udaną próbą odświeżenia wizerunku Człowieka Nietoperza. Film został drugim najbardziej kasowym filmem roku, zarabiając przeszło 100 milionów dolarów więcej niż „Powrót Batmana”. Producenci mieli powody do zadowolenia – Schumacher wywiązał się z powierzonego mu zadania i uczynił Batmana gwiazdą kina akcji, na przekór wizerunkowi odmieńca z filmów Burtona. Mroczny Rycerz stał się idolem nastolatków na całym świecie. Schumacher nie cieszył się jednak długo sympatią studia. Jego zasługi szybko przyćmiła widowiskowa klapa "Batman i Robin", który jednogłośnie okrzyknięto jednym z najgorszych filmów w historii. Publiczność nie zostawiła na reżyserze suchej nitki. Film spotkał się z miażdżącą krytyką i poniósł sromotną porażkę w box office'ie. Efekt: złamane kariery i koniec z kinowymi przygodami Batmana na długie lata.

Przypadek "Batman i Robin" pod wieloma względami przypomina "Powrót Batmana". Na pierwszy rzut oka różni je praktycznie wszystko, ale jedno mają wspólne – oba odniosły porażkę. "Powrót Batman" był bardziej gotycki i mroczny niż poprzednik i to nie spodobało się publiczności; "Batman Forever" był campowy, "Batman i Robin" jest campowy do kwadratu, czym zraził do siebie widzów. Pierwszy okazał się zbyt wykoncypowany dla ówczesnej widowni, drugi zbyt naiwny, by nie powiedzieć - głupi. Jak się więc okazuje publiczność nie lubi przesady ani w jedną, ani w drugą stronę.

W "Batman Forever" Bruce Wayne zostaje postawiony przed wyborem między normalnym życiem, a walką z przestępczością. Najpierw porzuca misję ratowania mieszkańców Gotham. Prędko jednak zostaje zmuszony, by jeszcze raz przywdziać kostium Batmana. Jak się okaże opłaci mu się to z nawiązką. W finale filmu, gdy bohater staje przed Riddlerem po raz pierwszy bowiem jest Batmanem i Wayne'em jednocześnie. Nie musi więcej wybierać. Osiągnął wreszcie upragnioną równowagę i pozbył się dręczącego go poczucia winy. Paradoksalnie, wyzwolony Wayne jest jednak mniej atrakcyjny dla widza niż jego skonfliktowane wcielenie - jest, ale tak jakby go nie było. Schumacher nie zauważył przemiany swojego bohatera i pozwolił, aby Wayne w "Batman i Robin" zmienił się we własną karykaturę.

Wayne u Schumachera jest nieznośny i trudno go znieść, zupełnie jak nastolatka, który wchodzi w ostatni etap okresu dojrzewania. Gdzie podział się ten cichy introweryk z filmów Burtona? Jego miejsce zajął wszystko wiedzący gwiazdor, dzieciak, który zgrywa dorosłego. W "Batmanie" Wayne nie zwracał niczyjej uwagi, nawet goście na jego przyjęciu nie wiedzieli jak wygląda. "Batman Forever" uczynił z niego gwiazdę, rozpoznawalną przez każdego, ale bohater boleśnie odczuł konsekwencje sławy. Chorobliwe uwielbienie Nygmy i obsesja Two Face sprowadziło na niego nie lada kłopoty. Mimo to Wayne polubił światła fleszy i poklask tłumu. Każde jego wystąpienie śledzi teraz stado dziennikarzy i fotoreporterów. O ile jednak w "Batman Forever" bohater trafiał na okładki "Time'a" i "Neesweeka", tak w "Batman i Robin" interesują się nim głównie brukowce - podstarzała dziennikarka rubryki towarzyskiej nie odstępuje bohatera na krok. Zmieniły się media, zmienili się czytelnicy, którzy chcą wiedzieć wszystko o ulubionych gwiazdach - co jedzą, z kim sypiają itp. itp. Edward Nygma, choć szalony, otaczał swojego idola uwielbieniem i nigdy nie zniżyłby się do takiego poziomu.

Wielokrotnie krytykowano wybór George'a Clooney' na głównego bohatera, ale doskonale pasował do roli zakochanego w sobie narcyza, którym de facto był Wayne w "Batman i Robin". Patrząc na niego, można odnieść wrażenie, że nic nie jest w stanie wyprowadzić go z równowagi, jego spokój ducha i samouwielbienie przybiera wręcz karykaturalne rozmiary. Jego Wayne nie musi konfrontować się z samym sobą, nie toczy wewnętrznej walki. W swoim zadufaniu wierzy, że taki jaki jest, będzie już zawsze i to wyróżnia go spośród innych ludzi, którzy wciąż nie mogą się odnaleźć.

W "Batman: Rok Pierwszy" Franka Millera bohater, aby nie budzić podejrzeń, tworzy sobie wizerunek rozkapryszonego bon vivanta i znudzonego arystokraty. W "Batman i Robin" jest nim: nie ma już przed sobą żadnego celu – zrobił wszystko, co można było zrobić, osiągnął więcej niż ktokolwiek. Gotham nie jest już dla niego wyzwaniem. Nic go z nim nie łączy.  Nocne eskapady nie mają już tego samego uroku, co wcześniej; to rutyna, żmudny obowiązek, który nie niesie ze sobą nawet najmniejszej przyjemności.

Schumacher zamknął Wayne`a w krainie wiecznego dzieciństwa – popkulturowej Nibylandii. Gotham City z "Batman i Robin" nie potrzebuje obrońcy. To ono służy Wayne'owi/Batmanowi, dostarczając mu rozrywki w postaci licznych rzezimieszków i barwnych złoczyńców. Bohater stał się zakładnikiem baudrillowskiej symulakry, wiecznym gościem upiornego Disneylandu. Wayne jest dzieckiem uwięzionym w ciele dorosłego.

Schumacher po premierze filmu tłumaczył, że jego intencje były jak najlepsze, chciał bowiem nakręcić film, z którego widzowie wyjdą zadowoleni - "Batman i Robin" miał  rozbawić widza, dostarczyć mu rozrywki. Może więc jesteśmy dla Schumachera zbyt surowi? Może dopiero za kilkanaście lat będziemy w stanie docenić jego dzieło, tak jak ma to miejsce z "Batman: The Movie"? Obawiam się jednak, że nic mu już nie pomoże. O ile bowiem film Leslie'ego Martinsona jest bezpretensjonalny i czarujący to "Batman i Robin" jest jego przeciwieństwem. Film Schumachera wyraża bowiem to, co najgorsze w latach dziewięćdziesiątych – ogłupiający pęd za pieniędzmi i brak szacunku dla widza.

Można pomstować na Schumachera za to, co zrobił Mrocznemu Rycerzowi, ale na szczęście nie ma to już większego znaczenia. Owszem, na kolejny film z Batmanem trzeba było czekać aż osiem lat. To całkiem sporo i nic dziwnego, że niektórzy tracili już nadzieję na powrót Człowieka Nietoperza.  Ale czy znajdzie się ktokolwiek, kto dziś powie, że nie było warto? To trochę jak z okresem dojrzewania. Robiło się wtedy głupie rzeczy, których często się żałuje, ale nie mogło być inaczej. Trzeba było to przeżyć.

czwartek, 28 czerwca 2012

#1065 - Bat-czwartki 04 : Fluorescent Adolescent ("Batman Forever")

W 1995 roku Backstreet Boys szturmowali listy przebojów ze swoim pierwszym singlem. Prym na rynku wydawniczym wiodły magazyny młodzieżowe, które prześcigały się w ilości drukowanych plakatów coraz to nowych idoli, których nazwisk dziś nikt już nie pamięta. Trafiały one na ściany pokoi nastolatków, wpisując się na stałe w krajobraz lat 90-tych. W tych samych kioskach, co "Popcorn", "Dziewczynę", czy "Bravo" można było również kupić komiksy z Batmanem wydawane przez TM-Semic. Zrządzeniem losu rok '95 był dla polskich fanów Mrocznego Rycerza szczególnie dramatyczny – Batman, postrach przestępców, największy detektyw świata, nikł w oczach w serii "Knightfall". Wkrótce mieliśmy zobaczyć go leżącego ze strzaskanym kręgosłupem w kałuży krwi. O ironio, w tym samym czasie na ekrany kin wszedł "Batman Forever".

Batman z filmu Joela Schumachera jest okazem zdrowia. Nie męczą go zawroty głowy, nie słania się na nogach z wyczerpania. W niczym nie przypomina swojego odpowiednika z kart komiksów, który jest bliski załamania nerwowego. W odróżnieniu od niego jest jeszcze młodzikiem, który ledwo co postawił pierwsze kroki w kostiumie nietoperza. Przypomina nastolatka u progu dojrzewania – jest zdezorientowany i zagubiony, obce są mu wybory, jakie niesie ze sobą dorosłe życie. W pierwszej kolejności musi skonfrontować się z samym sobą. Dopiero później przyjdzie pora na psychopatycznych osiłków.

W "Batmanie" Tima Burtona Wayne, zabijając Jokera w symboliczny sposób przecina pępowinę, która łączyła go z nieformalnym "ojcem". Mimo to jest wciąż dzieckiem, które do końca nie rozumie, konsekwencji swoich poczynań. Burton stawia go przed dylematem czy wieść normalne życie, czy poświęcić się walce z przestępczością, ale bohater nie jest jeszcze w stanie wybrać. W "Batmanie" udaje mu się uniknąć konfrontacji z samym sobą  – jako Batman pokonuje Jokera i zostaje zaakceptowany przez mieszkańców Gotham w roli obrońcy miasta; jako Wayne zdobywa serce Vicky Vale, która zgadza się dzielić życie z superbohaterem. Ta idylla nie trwa długo. W "Powrocie Batmana" bohater napomyka jedynie, że związek z blondwłosą dziennikarką się nie udał. Być może Vale miała dość życia z dużym dzieckiem? Wayne musi więc poszukać sobie nowej partnerki. Selina Kyle od razu przyciąga jego uwagę, ponieważ tak, jak on "bawi się" w przebieranki. Przy niej nie będzie musiał więcej udawać, ani ukrywać swoich neuroz. Kyle odrzuca jednak jego awanse, czym robi Wayne'owi przysługę. Ich związek opierałby się bowiem nie na akceptacji i wzajemnym zaufaniu, ale podobieństwie – oboje cierpią na rozszczepienie osobowości, oboje pragną zemścić się za swoje krzywdy. Wayne w dziecinny sposób chciał rozwiązać swój problem wiążąc się z kimś o identycznej osobowości. Jednym słowem, wybrał drogę na skróty. Wayne z "Batman Forever" jest już dojrzalszy i wie, że w ten sposób niczego nie osiągnie.
   
Bohater burtonowski był bardziej Batmanem, niż Wayne`em. W "Batman Forever" proporcje są bardziej wyrównane. Z początku bohater stara się wybrać między jednym, a drugim, ale ta droga prowadzi donikąd. Porzucając kostium Batmana nie pozbędzie się swojego wewnętrznego Nietoperza. Głód wrażeń, pragnienie walki jest w nim głęboko zakorzenione, znacznie głębiej niż trauma spowodowana śmiercią rodziców. Scenarzysta Akiva Goldsman idzie w ślady Franka Millera i powtarza za autorem "Powrotu Mrocznego Rycerza" diagnozę, według której ON był w Wayne'ie od dziecka, tragiczna śmierć rodziców tylko przyśpieszyła JEGO przyjście na świat.
   
W podświadomości bohatera zalęgło się przeświadczenie, że to on jest winien śmierci swoich rodziców i to każe mu co noc występować na ulicach Gotham w przebraniu Batmana. Ale w rzeczywistości prawda jest taka, że Wayne'owi taki tryb życia odpowiada. Lubi, wręcz lubuje się w gromieniu przestępców. Żyje zemstą, to utrzymuje go przy życiu. Śmierć Jokera nie przyniosła mu upragnionej ulgi. Wręcz przeciwnie. Wayne u Schumachera jest znacznie bardziej złożonym bohaterem, niż u Burtona, ale w istocie został obdarzony mentalnością przeciętnego nastolatka, który przeżywa piekło okresu dojrzewania.

W "Batmanie", na chwilę przed pierwszym pojawieniem się bohatera, dwóch złodziejaszków wymienia między sobą plotki o rzekomym pogromcy przestępców przebranym za nietoperza. Nikt nie wie, jak wygląda, a mimo to wszyscy się go boją. W "Batman Forever" bohatera nie otacza już tajemnica, gdy więc Robin poda się za Batmana nikt mu nie uwierzy. Przestępcy wiedzą jak wygląda prawdziwy Rycerz Gotham. Jest teraz gwiazdą.

W filmach Burtona obecność Batmana i jego przeciwników odstrasza ludzi. Gotham pustoszeje, stając się polem walki między zaprzysięgłymi wrogami. Batman, Joker, Pingwin są niczym bogowie z greckiego panteonu, którzy zstąpili na ziemię. Zwykli śmiertelnicy nie są godni ich oglądać. W "Batman Forever" przed budynkiem banku, w którym Two Face przetrzymuje zakładnika, zbiera się tłum gapiów. Gdy Batman pojawia się na miejscu, wpatrują się w niego jak urzeczeni. Wychowani przez media, domagają się spektaklu, rozrywki. Batman jest w ich oczach współczesnym gladiatorem, zakutym w lateksową zbroję. Z cichego introwertyka zmienił się w gwiazdora, symbol seksu. Batman z filmów Burtona był ikoną popkultury, w filmach Schumachera jest  idolem nastolatków – bohaterem na miarę czasów, w których prym będą wiedli Backstreet Boys, Spice Girls i Britney Spears.

czwartek, 21 czerwca 2012

#1061 - Bat-Czwartki 03: Gang urwisów ("Powrót Batmana")

Sukces "Batmana" był bezsporny – miliony zarobione w kinach czyniły go jednym z największych kinowych hitów wszech czasów i najbardziej kasową adaptacją komiksu w historii. Na kontynuację nie trzeba było długo czekać - w 1992 premierę miał "Powrót Batmana". Być może to kwestia pory roku – akcja filmu rozgrywa się zimą – ale reakcja publiczności była chłodna, żeby nie powiedzieć lodowata. Film się podobał, owszem. Odniósł sukces, ale należy nadmienić, sukces umiarkowany w porównaniu do poprzednika. Było w nim jednak coś – owo coś zaś trudno wytłumaczyć – co budziło wśród widzów konsternację. Oczekiwano kontynuacji utrzymanej w podobnej konwencji. Tymczasem Burton nakręcił... no właśnie co?

Dziwna sprawa z tym "Powrotem Batmana". Dziwna i tajemnicza. Pamiętam ten film jak przez mgłę. Wiem, że obejrzałem go w dzieciństwie, ale kiedy to było i co ważniejsze jaka była moja reakcja... tego nie potrafię sobie przypomnieć. Tak jakby nie było to nic ważnego. Czy to nie dziwne, biorąc pod uwagę fakt, że darzyłem Batmana szczególnym uczuciem i z obsesyjną skrupulatnością zbierałem wszelkie informacje na jego temat, "Batmana" zaś otaczałem kultem? Tymczasem jego kontynuacja nie budziła we mnie większych emocji. Gdy dziś oglądam film Burtona dochodzę do wniosku, że musiałem podświadomie wyczuwać, to co wszyscy wiedzieli przede mną – że "Powrót Batmana" jest inny.

Na pierwszy rzut oka film nie różni się diametralnie od poprzednika – Bruce Wayne ma znów twarz Michaela Keatona, kostium Batmana nie zmienił się na jotę, w rolę Alfreda ponownie wciela się Michael Gough, nawet Batmobil wygląda tak samo. Batmanowi przybyło co prawda kilka nowych gadżetów, ale to wciąż ten sam heros, którego znamy z poprzedniej części. Czy aby na pewno?

Gdy Batman zdziera z twarzy maskę i tłumaczy Catwoman, że są sobie pisani (oboje cierpią bowiem na rozszczepienie osobowości) wiemy, że przemawia przez niego duch Burtona. Wayne jest typowym burtonowskim freakiem, odmieńcem, szukającym akceptacji wśród sobie podobnych. W "Batmanie" wzdychał do reporterki Vicky Vale. W "Powrocie..." o tym związku mówi przelotnie – "nie udał się" – i nie tłumaczy dlaczego. Łatwo jednak domyślić się, że powodem była jego postępująca neuroza. Wayne spróbował "normalności", ale okazała się dla niego nie do przełknięcia. Odmienność i aberracja są mu znacznie bliższe. Dlatego Vicky Vale – długonoga blond piękność, ideał kobiecości – została zastąpiona przez psychopatyczną femme fatale Selinę Kyle.

Zmienił się nie tylko Batman, zmieniło się również Gotham City. W "Batmanie" miasto jawi się jako typowa dama w opałach, która oczekuje na ratunek z rąk rycerza. Batman zostaje jego obrońcą i wyzwala je spod wpływu Jokera. W "Powrocie Batmana" Gotham City obnaża swoje prawdziwe oblicze. To miasto do cna zepsute i chore. Od kanałów – opanowanych przez wynaturzoną "armię" Pingwina – po wysokie wieżowce,  które zamieszkuje "wzorowy obywatel" Max Shreck, w istocie psychopata. Joker był swego rodzaju najeźdźcą, pragnącym podporządkować sobie miasto. Shreck jest z kolei dzieckiem Gotham w takiej samej mierze, co Pingwin. Batman myli się, widząc w nim przeciwnika. Shreck to Gotham, a Gotham nie potrzebuje ratunku.

Jeśli przyjrzeć się bliżej "Powrotowi Batmana" to okaże się, że akcja toczy się wokół problemów odmienności i alienacji – lejtmotywów twórczości Burton. U podstaw całej fabuły leży przecież gest rodziców, którzy wypierają się swojego dziecka z powodu jego odmienności. Pingwin rozpoczyna swoją vendettę, chcąc zemścić się na ludziach, którzy pozbawili go rodziny; o ironio byli to właśnie jego rodzice. Wayne w kostiumie Batmana chce przewalczyć traumę, po morderstwie matki i ojca. Obaj są sierotami, obaj starają się zrekompensować sobie swoją stratę. Każdy z nich wewnątrz jest wciąż małym dzieckiem i być może to czyni ich tak upiornymi. Podobnie jak Humbert Humbert z powieści Nabokova są zakładnikami śmierci. Zboczenie bohatera "Lolity" wynikało z nigdy nierealizowanego uczucia z dzieciństwa. Gdy jego ukochana zmarła, w Humbercie coś się zatrzymało. Obsesyjne pragnienie zemsty Wayne'a i Pingwina zdaje się przyjmować podobny kształt co skłonność do młodych dziewcząt u Humberta – jest równie perwersyjne i na swój sposób dziecinne.

Zamysł Burtona był ambitny, zbyt ambitny dla publiczności, która nie zdążyła się jeszcze oswoić z bohaterem i co ważniejsze, znudzić się na tyle dotychczasową formułą, aby zapragnąć odmiany. Tymczasem reżyser rzucił widzów na głęboką wodę, odszedł od kina mainstreamowego w stronę filmu autorskiego. "Powrót Batman" to film nakręcony przez erudytę. Roi się w nim od nawiązań do historii kina, szczególnie ekspresjonizmu niemieckiego, oraz tradycji romantycznej - gotyckiej powieści grozy, opowiadań E.A Poe. Stąd tyle w nim erotyzmu. "Powrót Batmana" wibruje od tłumionego napięcia seksualnego. Weźmy scenę przy kominku z Seliną i Wayne'em – wyraźnie chcą się do siebie zbliżyć, ale coś im to uniemożliwia – tym czymś jest skrywana neuroza. Oboje nie potrafią lub nie chcą, porzucić swoich "zwierzęcych" wcieleń. Jednym sposobem, aby dać upust tłumionym emocjom jest, jak w przypadku Wayne'a, przebrać się w kostium Batmana i gromić przestępców, bądź jak dzieje się to z Pingwinem i Kobietą-Kot, zabijać.

Z filmu w pamięci pozostają sceny pełne okrucieństwa, odrażające, a jednak na swój sposób piękne - porzucenie małego Oswalda w wodach ściekowych, "pogrzeb" Pingwina, zwierzęca armia szturmująca Gotham City. "Powrót Batmana" jest jak baśń zasłyszana w dzieciństwie, która zagnieżdża się gdzieś w podświadomości i nie sposób jej stamtąd wyplenić. Z pozoru zdaje się być nieszkodliwa - toż to wszystko bajka – ale wystarczy raz jej wysłuchać, aby już nigdy nie móc zasnąć spokojnie.

"Powrót Batmana" można porównać do komiksów, których akcja rozgrywa się w alternatywnej rzeczywistości jak "Batman of Arkham" czy "Batman: W świetle lamp gazowych". Jego "inność" wynika z tego, że Burton nie nakręcił kontynuacji sensu stricte, ale własną wariację na temat Batmana. Film sytuuje się gdzieś na rubieżach filmowego uniwersum Batmana, poza oficjalnym continuum. Burton wyprzedził swój czas – nakręcił film, który swobodnie reinterpretował legendę Mrocznego Rycerza, zanim ona na dobre wybrzmiała.

czwartek, 14 czerwca 2012

#1056 - Bat-czwartki 02: Chłopiec z problemami ("Batman")

"Batman" Tima Burtona wszedł do kin latem 1989 roku. Szefowie DC do dziś wspominają ten okres z rozrzewnieniem. Nigdy wcześniej żadna ekranizacja komiksu nie odniosła takiego sukcesu. Ba! Sukces to mało powiedziane. To było prawdziwe szaleństwo! Kina przeżywały oblężenie – w ciągu dziesięciu dni film zarobił sto milionów dolarów, sumę, jak na owe czasy, zawrotną. Wydawnictwo z trudem nadążało z drukowaniem komiksów. Nakłady wyprzedawały się jak ciepłe bułeczki, a wydawcy nie wierzyli w to, co się dzieje. Świat opanowała Batmania.

W dzieciństwie zbierałem figurki Batmana, posiadałem całkiem niezłą kolekcję. Pierwszą figurką, jaką dostałem był Batman wzorowany na tym z filmu Burtona: miał na sobie pelerynę z materiału, który rozchodził się w palcach, głowa odpadała mu przy byle okazji. Można go było kupić na targu, lub w hurtowni, gdzie leżał wśród setek innych podróbek. Miałem kilka takich Batmanów. Żaden nie przetrwał próby czasu. Ginęli w akcji i do dziś nie wiem, co się z nimi stało. Resztę kolekcji, która do dziś stoi na mojej półce, tworzą już licencjonowane figurki Kennera. Gdy jednak na nie patrzę, myślę często o tym pierwszym tandentnym Batmanie. Mimo pewnych niedoskonałości, wciąż żywię do niego ciepłe uczucia. Był czymś więcej niż figurką –  był nośnikiem pewnej idei, która z czasem dojrzała i zyskała nowy wymiar. Z filmem Burtona jest podobnie. Oglądany po latach momentami śmieszy sztucznym dialogiem, czasem nuży, gdy akcja zwalnia. Ale jest pierwszy i bez niego nie byłoby "Batman Początek" ani "Mrocznego Rycerza", tak jak bez komiksów Billa Fingera i Boba Kane'a nie byłoby "Powrotu Mrocznego Rycerza".

Gdy studio Warnera w 1979 roku zakupiło prawa do postaci Batmana, mało kto pamiętał o "Batman: The Movie". Zmieniło się kino, a co za tym idzie publiczność. Batman zasługiwał na świeży start, z ogromnym budżetem i potężną kampanią promocyjną. Wszak było to już zupełnie inne Hollywood niż w 1966 – Hollywood George`a Lucasa i Stevena Spielberga. Po długich poszukiwaniach reżysera – pod uwagę brano m.in. właśnie Spielberga, Joe Dante'ego i Ivana Reitmana – wybór producentów padł na Tima Burtona, który w tym czasie miał na koncie zaledwie dwa filmy pełnometrażowe i kilka krótkometrażówek. Młody reżyser był świadom odpowiedzialności, jaka na niego spadła: Wybrałem się na konwent komiksowy na kilka miesięcy przed premierą "Supermana". Ktoś z Warner Bros przyjechał powiedzieć kilka słów o filmie. Fani rozerwali go na strzępy. Jeden facet wstał i powiedział, że będzie bojkotować film i rozpowiadać wśród znajomych, że studio niszczy legendę Supermana. Publiczność biła mu brawo. Nigdy tego nie zapomniałem. Burton mimo najszczerszych chęci i tak naraził się fanom, gdy do roli głównej zaangażował Michaela Keatona. Wszelkie protesty ustały jednak po premierze filmu.

"Batman" w założeniu Burtona miał być mroczny i brutalny w odróżnieniu od serialu telewizyjnego z lat 60 – przerysowanego, utrzymanego w campowej konwencji. I rzeczywiście, Batman u Burtona nie przebiera w środkach – nie zawaha się zrzucić przeciwnika z dzwonnicy, a Jokerowi podczas ich ostatecznej potyczki, wprost oświadczy, że przyszedł go zabić. Trudno uwierzyć, że pod maską kryje się gapowaty neurotyk, który nie wie, co ze sobą zrobić w towarzystwie kobiet. Joker jest za to pewny siebie, bezczelny i szalony. Wprowadza do mrocznego Gotham City odrobinę pop-artowej anarchii. W scenach, gdy daje upust swoim artystycznym ambicjom jest twórcą i niszczycielem, rozkochanym w sobie samym artystą. Joker to psychopatyczny narcyz, Andy Warhol zbrodni.

Dlaczego on? Dlaczego właśnie Jokera wybrał Burton spośród bogatej galerii przeciwników Mrocznego Rycerza? Morderczy klaun idealnie nadaje się na filmowego szwarccharaktera – jest wyrazisty, a przy tym komiczny. Ale to nie kwestie praktyczne zdecydowały o jego wyborze. Joker nie bez powodu od początku towarzyszy Batmanowi – jest bowiem jego karykaturą i jednocześnie najwierniejszym odbiciem. Bohater nie może się obyć bez swojego roześmianego nemezis (mimesis?). Doskonale pokazuje to scena - być może najlepsza w całym filmie - pierwszego spotkania Wayne'a z Jokerem: Joker zabija swojego rywala na oczach zszokowanego tłumu oraz Bruce'a Wayne'a. Wszyscy wpadają w panikę, poza Wayne'em. Gdy rozlegają się pierwsze strzały, nie rusza się z miejsca; wpatruje się w Jokera jak zaczarowany. Nawet kula, która trafia go w ramię nie jest w stanie wyrwać go z transu. Zamiast pomóc innym, spróbować spacyfikować bandytów, podąża za Jokerem jak dziecko za szczurołapem z baśni. W malignie przechodzi między zwłokami, nie zwracając na nie najmniejszej uwagi; zachowuje się jak ktoś kogo trafiła strzała Amora. Czy to nie dziwne? Mógł przecież jakoś zareagować. Nie zrobił jednak nic. Dlaczego?

W istocie Wayne jest zszokowany, ponieważ zobaczył w Jokerze samego siebie. Twarz klauna jest lustrem, które przedrzeźnia Wayne'a i (dosłownie) pokazuje mu język. Mówi bohaterowi: widzę to czego ty nie widzisz. Identyczny sens będzie miała scena przesłuchania na komisariacie w "Mrocznym Rycerzu". Batman będzie badawczo przyglądał się Jokerowi, ale w jego oczach nie znajdziemy już tej mieszanki strachu i fascynacji, co u Burtona (Nie bez znaczenia jest fakt, że rozmowa toczy się w otoczeniu weneckich luster). Wayne post 9/11 z góry zakłada, że jego nowy przeciwnik nie różni się od pospolitych przestępców. Sprawi tym niemałą przykrość Jokerowi podczas ich wspólnej rozmowy: puszcza mimo uszu jego wyznania i nie reaguje na wyrzuty. Słono jednak zapłaci za swoją arogancję.

Można powiedzieć, że "Batman" to historia (fatalnego) zauroczenia, zaś "Mroczny Rycerz" to opowieść o nieszczęśliwej, bo nieodwzajemnionej miłości. Batman u Burtona instynktownie wyczuwa, że jest podobny do Jokera – obaj są odmieńcami wykluczonymi przez społeczeństwo. Scenarzyści poszli o krok dalej i uczynili Jokera/Napiera odpowiedzialnym za śmierć rodziców bohatera. Joker stał się tym samym niejako "ojcem" Batmana. To on bowiem sprowadził go na świat tamtej feralnej nocy. Batman widziany oczami Nolana, za nic nie przyzna się do pokrewieństwa z szaleńcem.

Film Burtona to twór nieco już archaiczny. Gumowy kostium, siermiężne gadżety – to wszystko budzi dziś lekki uśmieszek. Mimo to jest w nim coś, co opiera się upływowi czasu. Z "Batmanem" jest jak z komiksami Boba Kane`a: Musimy naprawdę wysilić wyobraźnię, aby w postaci widocznej na okładce słynnego numeru "Detective Comics" dojrzeć Mrocznego Rycerza, którego dziś znamy. Jest śmieszny, żeby nie powiedzieć komiczny, ale to Batman w czystej postaci, stąd bije źródło jego mitu. Burtonowi udało się stworzyć jego filmowy odpowiednik i za to mu chwała.

W ostatniej scenie filmu bohater stoi na dachu budynku, niebo rozświetla symbol nietoperza. Przypomina to ostatni kadr z originu Batmana autorstwa Kane'a: Batman pręży się do skoku, nad nim ogromny żółty księżyc. Obaj są w swojej pozie odrobinę tandetni, ma się wrażenie, że zaraz odpadnie im głowa, a peleryna rozejdzie się w rękach. Ale wystarczy dać się ponieść wyobraźni, a zmienią się w mitycznych herosów.

czwartek, 7 czerwca 2012

#1051 - Bat-Czwartki 01: Blaszany Batmanek ("Batman: The Movie")

"Batman: The Movie" miał swoją premierę w 1966 roku. W tamtych czasach, dla nas zdecydowanie zamierzchłych, by nie powiedzieć prehistorycznych, adaptacje komiksów należały do rzadkości. Kino nie dysponowało jeszcze środkami, które w wiarygodny sposób oddałyby realia komiksów o superbohaterach. Dzisiaj, ówczesne efekty specjalne śmieszą, zamiast budzić podziw. Podobnie, jak niektóre filmy z tamtych lat. Niewątpliwie zestarzały się, ale nie "Batman: The Movie". Nie sposób powiedzieć, aby zestarzał się ktoś, kto nigdy nie dorósł. Ten film to esencja dzieciństwa.

Serial o przygodach Mrocznego Rycerza, z którego wywodzi się film, nie różnił się wiele od innych produkcji tego typu, które nadawano w latach 60-tych w Ameryce. Takie tytuły jak "Man from U.N.C.L.E" czy "Green Hornet" dziś nie mówią wiele młodemu widzowi, ale ponad czterdzieści lat temu rozpalały wyobraźnię widzów na całym świecie. Te sensacyjno–szpiegowskie historyjki pisane na wzór pulpowych książeczek za kilkanaście centów, cieszą się dziś statusem kultowych. Momentami śmieszą naiwnością, ale nie sposób odmówić im uroku. "Batman" był jednym z najpopularniejszych seriali, które wówczas nadawano. Każdy odcinek kończył się emocjonującym cliffhangerem (czy Batman i Robin wydostaną się z ogromnej klepsydry? czy bohaterowie umkną na czas spod ogromnej lupy skierowanej w słońce?) przez co publiczność w napięciu wyczekiwała na kolejny odcinek. Wśród aktorów, którzy gościnnie pojawili się w serialu byli miedzy innymi Vincent Price, Joan Collins, Zsa Zsa Gabor i Bruce Lee. Nazwiska dziś pokryte patyną, wówczas będące u szczytu popularności. Film Leslie H. Martinsona był pierwotnie pomyślany jako pilot serialu, ale ostatecznie producenci postanowili rozszerzyć go do rozmiarów filmu pełnometrażowego. "Batman: The Movie" nie odniósł oszałamiającego sukcesu, ale poniekąd otworzył Batmanowi drogą do przyszłych ekranizacji.

Film rozpoczyna się od znamiennej sekwencji – Bruce Wayne i Dick Grayson podjeżdżają kabrioletem pod drzwi posiadłości. Uśmiechnięci od ucha do ucha wysiadają z wozu i witają się z  Alfredem i anonimową pokojówką. Chwilę potem, już jako Batman i Robin, pędzą na złamanie karku w stronę prującego fale statku. Po drodze pozdrawiają ich miłośnicy fitness trenujący na dachu wieżowca, policjanci i para, która wybrała się na piknik. Tak w dużym skrócie prezentuje się świat, w którym żyją bohaterowie – roześmiany i beztroski; niebezpieczeństwo nawet jeśli istnieje jest daleko i nie zagraża bezpośrednio obywatelom. A wszystko dzięki duetowi Batman i Robin, gotowemu w każdej chwili stanąć do walki ze złem. Dobrze, że są - podsumowuje mężczyzna w parku i na powrót zatapia się w urokach letniego piknikowania.

Atmosferą film jest bliski prostodusznym komiksom o Batmanie z lat 50-tych – bohater staje do walki przestępczością, aby spełnić swój obywatelski obowiązek. Pod maską nie kryje się neurotyczny milioner, ale „zwykły Amerykanin” jak zwięźle tłumaczy Robin. Śmierć rodziców i wywołana nią trauma nie odgrywają tu istotnej roli. Wayne jest wciąż szczęśliwym dzieckiem, które do woli dokazuje, gdy rodziców nie ma w pobliżu. W filmie nie pada ani jedno słowo nawiązujące do morderstwa Thomasa i Marthy Wayne'ów. Autorzy w ciekawy sposób próbują zamaskować ich nieobecność: we wspomnianej już scenie z początku filmu pojawia się Alfred i pokojówka. W komiksie o żadnej pokojówce nie było mowy. Czym tłumaczyć jej pojawienie się w filmie? Po pierwsze, obecność kobiety odżegnuje aluzje, co do rzekomego homoseksualizmu bohaterów – Wayne został wychowany w tradycyjnym modelu rodzinnym, dzięki czemu mógł czerpać wzorce zarówno od kobiety jak i mężczyzny (wspomnienie książki Werthama "Seduction of Innocent" było wówczas bardzo silne). Po drugie, para Alfred i pokojówka są ucharakteryzowani na parę rodziców, którzy witają się ze swoimi dziećmi, cała scena przypomina z kolei ekspozycję rodem z serialu familijnego. Ta sprytna sztuczka ma nas przekonać, że śmierć, szczególnie tak potworna jak śmierć rodziców Wayne'a, nie ma w tym świecie racji bytu.

O ironio, Batman z filmu Martinsona jest bliski wizji superbohatera przedstawionej w "Strażnikach" Alana Moore'a - Batman i Robin w swoich na wpół amatorskich kostiumach przypominają pierwszych Gwardzistów - Nocnego Puchacza, Człowieka Ćmę, Zakapturzonego Sędziego, którzy z równym entuzjazmem postanowili walczyć z przestępczością. Moore próbował wyobrazić sobie jak wyglądałby świat, gdyby istnieli w nim zamaskowani bohaterowie. Tytułowi "Strażnicy" poza jednym wyjątkiem, nie wyróżniają się żadnymi supermocami. To normalni ludzie mający swoje słabości. Moore opisuje ich z odrobiną ironii, trudno nie uśmiechnąć się na widok mężczyzn i kobiet w trykotach i maskach na twarzy. Batman z filmu budzi podobne, jeśli nie bliźniacze odczucia z tą różnicą, że jest pozbawiony ludzkich słabości – to bohater pełną gębą, szlachetny jak skaut i pobożny jak ministrant.

Sławna jest już scena, w której Batman zostaje zaatakowany przez rekina. Choć rekin to odrobinę za dużo powiedziane, bo na pierwszy rzut oka widać, że to atrapa. Batman jednak nie zważa na to i próbuje uwolnić się z "żelaznego" uścisku drapieżnika, jak gdyby od tego zależało jego życie. Jest to podyktowane konwencją, ale przy okazji ta "niedorzeczność" odkrywa przed nami ukryty sens filmu. W scenie, w której bohaterowie dowiadują się o porwaniu statku, zaalarmowani ruszają do jaskini, wskakują na rurę i po chwili są już na dole w kostiumach. Kiedy zdążyli się przebrać, co to za sztuczka? Sztuczka, stara jak świat, a na imię jej wyobraźnia. Po "wstąpieniu" do jaskini bohaterowie przenoszą się do innej, fantastycznej rzeczywistości, którą rządzą inne prawa, prawa wyobraźni – tu wszystko jest możliwe. Batman jest takim samym elementem tego świata, co wybuchający rekin lub bomba rodem z kreskówki, którą bohater stara się rozbroić. Wayne jest dzieckiem, które porusza całym tym światem.

"Batman: The Movie" jest często obiektem żartów. Śmiejemy się z tandetnych kostiumów i naiwności fabuły. Trudno wyobrazić sobie, aby ktokolwiek mógł uznać, że damy się na to nabrać – tu wszystko krzyczy: jestem sztuczne, jestem atrapą! Śmiejemy się z campowej, na wpół ironicznej konwencji. Ale jest to śmiech bezwzględny, kpiący. Traktujemy ten film z wyższością; jesteśmy jak dorosły, który przygląda się dziecku pogrążonemu w zabawie. Dziecku nie trzeba wiele: ze zwykłego patyka może zrobić wspaniały miecz, z ławki pojazd kosmiczny; sprawić, aby plastikowa atrapa zmieniła się w drapieżnego rekina nie jest dla dziecka żadnym wyzwaniem. Sądzę, że oglądając ten film, wielu widzów łapie się za głowy, myśląc, cóż to za durnota, tak jakby sami nie pamiętali swoich zabaw z dzieciństwa. To nie jest kwestia zamysłu autorów, którzy nigdy nie udawali, że kręcą poważny film, to kwestia naszych własnych uprzedzeń. Jeśli je odrzucić, okaże się, że "Batman: The Movie" to bezpretensjonalna rozrywka, która się nie zestarzała. Jest tu kilka żartów nie trafionych, które śmieszą swoją nieudolnością, ale weźmy choćby gag z bombą – Batman biega po molo z bombą nad głową, która lada chwila wybuchnie; przechodnie co chwila wchodzą mu w paradę, tak że bohater nie może znaleźć miejsca, aby zdetonować niebezpieczny ładunek – to slapstick w czystej postaci rodem z filmów Macka Senneta. Nie mniej komiczne są zagadki podsyłane bohaterom przez Riddlera. Ich rozwiązanie wymaga niemal surrealistycznej – a więc poniekąd dziecięcej – wyobraźni. Nic dziwnego, że dojrzali policjanci łamią sobie nad nimi głowę, a Batman od razu potrafi je rozwikłać.

Wayne-dziecko w odróżnieniu od Oscara Mazeratha z powieści Guntera Grassa dorośnie. Dwadzieścia trzy lata później Tim Burton nakręci dużo poważniejszą w tonie opowieść o początkach kariery Człowieka Nietoperza. Po nim Batman wpadnie w ręce Joela Schumachera, który pokaże go w fazie młodzieńczego buntu; aż wreszcie przed kamerą stanie Christopher Nolan i przedstawi jego pierwsze kroki w dorosłym życiu. Mimo czterdziestki na karku Batman jest wciąż młodzieniaszkiem, który dopiero co liznął dorosłego życia. Przez lata zmieniał się w zależności od czasów, w jakich przyszło mu pojawić się na ekranie; dojrzewał, a publiczność razem z nim.  Seria filmów z Batmanem układa się w powieść edukacyjną, spomiędzy kart, której możemy wyczytać prawdę o nas samych: "Batman: The Movie" to łabędzi śpiew amerykańskiej popkultury u progu zmian obyczajowych lat 70; filmy Burtona czerpią z pop-artowej estetyki lat 80; "Batman Forever" i "Batman i Robin" ociekają wątpliwym splendorem lat 90; w filmach Nolana odbijają się niepokoje społeczne początku XXI wieku.

Kto wie, co przyniesie przyszłość? Batman będzie się wciąż zmieniał, ale niezależnie od tego jak potoczą się jego losy "Batman:The Movie" będzie jednym z najjaśniejszych momentów jego filmowej kariery. Każdorazowa przygoda z tym filmem jest jak zjazd w dół zbocza na Różyczce z "Obywatela Kane'a" Wellesa, bądź kęs proustowskiej magdalenki. Nic nie zbliży nas bardziej do tego okresu, zwanego dzieciństwem.