czwartek, 14 października 2010

#583 - Kulturalne Czwartki (1): dziesięć lat gniewu

Dzisiaj startujemy z Kulturalnymi Czwartkami - nowym cyklem, który poświęcamy w całości wydawnictwu Kultura Gniewu, obchodzącemu w tym roku dziesięciolecie swej działalności. Na pierwszy ogień idzie wpis traktujący ogólnie o wydawnictwie, nieco przybliżający jego historię. Po bardziej szczegółowe dzieje KG (między innymi) zapraszamy na ziniolowe Gniewne Popołudnia. Każdy z wpisów przyozdobimy urodzinową grafiką, którą specjalnie na ten cel stworzyli różni artyści związani z wydawnictwem. Dzisiaj jest to rysunek Karola Kalinowskiego, który w zeszłym roku pod szyldem KG wydał hitową "Łaumę", uznaną za Album Roku na niedawnej emefce! Sto lat, Kulturo!

Równo dziesięć lat temu, w październiku 2000 roku, pod szyldem nowego wydawnictwa Kultura Gniewu prowadzonego przez Jarosława Składanka ukazało się wydanie zbiorcze "Zakazanego Owocu" Dariusza Palinowskiego. Natomiast dekadę później historia zatoczyła koło i na sklepowe półki trafiło ekskluzywne wznowienie pierwszego komiksu KG wzbogacone o przygody braci Kowalskich i inne komiksy Pały. Tym (między innymi) miłym akcentem zaczynają się obchody 10-lecia jednego z najważniejszych rodzimych wydawnictw komiksowych.

Od początku XXI wieku wiele się w komiksowym światku zmieniło. Przede wszystkim powstał rynek (tudzież "ryneczek" jak to niektórzy wolą go określać) komiksowy, pojawiły się profesjonalne wydawnictwa a wraz z nimi klasyka komiksu światowego, wcześniej nie dostępna na półkach księgarń. Zmieniała się również Kultura Gniewu, która po czterech latach z jednoosobowego wydawnictwa przeistoczyła się w trójgłową instytucję. Do założyciela dołączył Paweł Tarasiewicz oraz Szymon Holcman, a wraz z nimi przywędrowały komiksy zagranicznych twórców. Znana do tej pory z wypuszczania na światło dzienne albumów jedynie polskich komiksiarzy (w tym m.in. Jakuba Rebelki, Benedykta Szneidera, Tadeusza Baranowskiego czy Ryszarda Dąbrowskiego) Kultura, w 2005 roku wydała "Damskie dramaty" Szwajcarki Anny Sommer, której nazwisko stało się nieoczekiwanie silnym punktem "gniewnego" CV w kontaktach z zagranicznymi wydawcami.
Kolejne pięć lat wydawnictwa to już zupełnie inna historia. Poszerzenie składu sprawiło, że komiksy z KG zaczęły wychodzić coraz częściej. W 2006 roku pojawił się m.in. "Exit" Thomasa Otta, jedno z najsłynniejszych dzieł Daniela Clowesa "Ghost World" czy "Bend" popularnego u nas Mawila. Natomiast kolejne lata to chociażby "Alieen" Lewisa Trondheima, "Kot Fritz" Roberta Crumba – absolutnego klasyka jeśli chodzi o komiks niezależny, "Black Hole" Charlesa Burnsa czy "Trzy cienie" Cyrila Pedrosy. A to zaledwie wierzchołek góry lodowej, bo tytułów wartych najmniejszej choćby wzmianki jest znacznie więcej. Oprócz pokazywania czytelnikom komiksowych perełek z całego świata, Kultura nie zapomniała o rodzimych twórcach i na przestrzeni tych kilku lat zdołała zgromadzić pod swoimi skrzydłami jedne z najciekawszych nazwisk polskiej sceny komiksu. Najważniejszym z nich wydaje się Michał Śledziński, który przez ostatnie lata mocno związał się z KG i to pod ich szyldem wydał (póki co) dwie z trzech części serii "Na szybko spisane", pierwszy sezon "Wartości rodzinnych" (spin-offy w drodze!) czy wyczekiwane przez niejednego zbiorcze wydanie kultowego "Osiedla Swoboda" (drugie wydanie już niedługo). Po piętach depcze mu Karol "KRL" Kalinowski, który co prawda do tej pory wydał w Kulturze jedynie "Łaumę", ale ta szybko okazała się hitem, który wkrótce zawitać może również na wielkich ekranach. A jest przecież jeszcze Marek Lachowicz, który co czas jakiś przybywa z kolejnym albumem z przygodami bohaterów z uniwersum Człowieka Paroovki, Jakub Rebelka za każdym razem oszałamiający czytelnika warstwą graficzną swoich komiksów czy "młodzi gniewni", jak Marcin Podolec i Robert Wyrzykowski ("Kapitan Sheer") czy Maciej Łazowski ("Boska tragedia"), którzy w Kulturze zaliczyli swoje albumowe debiuty.

Ale wydawnictwo, nawet z najlepszymi twórcami i komiksami, nie istniałoby bez czytelników, z czego KG doskonale zdaje sobie sprawę i dba o nich jak tylko może.

Przede wszystkim poprzez tytuły, które wypuszcza na światło dzienne. Tak jak już wspomniałem wyżej, dzięki Kulturze Gniewu polski czytelnik mógł zapoznać się z twórczością Clowesa, Otta czy Crumba, ale również Adriana Tomine ("Niedoskonałości"), Paula Hornschemeiera ("Trzy paradoksy"), fantastycznego Guy Delisle'a ("Phenian", "Kroniki birmańskie", "Louis na plaży") czy zdobywczyni Eisnera, Rutu Modan ("Rany wylotowe"). Kilka nazwisk można by jeszcze oczywiście podać, ale nie chodzi tu o samą wyliczankę, a raczej pokazanie w jak różnorodne komiksowe rejony zabiera swoich czytelników wydawnictwo. Alternatywa, mejnstrim, komiksy ambitne, humorystyczne, groza, obyczaj, dokument – to i jeszcze więcej znaleźć można w komiksach KG. Banalne, ale prawdziwe - dla każdego coś miłego.
Kolejnym mocnym punktem każdej publikacji Kultury jest jej wydanie. Jak wspomina w wywiadach założyciel KG, przygotowanie "Zakazanego owocu" do druku zajęło trzy lata, a w recenzji albumiku na Gildii można wyczytać, iż "pod względem edytorskim przebija wiele pozycji wydawanych przez naszych "potentatów" komiksowych". Śmiało można powiedzieć, że przez te dziesięć lat zmieniło się tyle, że obecnie to Kultura Gniewu jest jednym z owych potentatów, zaś same wydania nieustannie stoją na wysokim poziomie. Podejście wydawnictwa do każdej z publikowanych pozycji jest mocno indywidualne, czego najlepszym przykładem niech będzie "Przybysz" Shauna Tana. Fenomenalna graficznie niema powieść, której zapewniono iście królewskie wydanie – twardą, tłoczoną i lakierowaną okładkę, grubą kredę w środku i zakładkę. Ale owa dbałość nie dotyczy tylko pozycji znanych i obsypywanych nagrodami na całym świecie, ale również albumów dopiero przebijających się do świadomości komiksiarzy.

Dobre tytuły i jakość wydania - jeśli by się uprzeć, można w mniejszy lub większy sposób przypisać te dwie cechy w zasadzie każdemu z wydawców. Jest jednak rzecz, której może pozazdrościć Kulturze Gniewu czy to Egmont czy timof comics czy każdy inny – kontakt z czytelnikami. Blog wydawnictwa prowadzony jest od ponad czterech lat (do tej pory jest to jedyne wydawnictwo, które zdecydowało się na taką formę promocji) i można na nim znaleźć tony informacji, zdjęć, zapowiedzi, plotek i ploteczek. Pomimo założenia profilu na facebooku (prawie 2000 znajomych!), jest on nadal aktualizowany i stanowi świetne źródło informacji. Przyczepić można się jedynie do strony oficjalnej, która od lat jest w "stanie przejściowym" i zapowiadane są jej modyfikacje, ale z drugiej strony ta "prehistoryczność" w porównaniu ze stronami w których forma przeważa nad treścią ma swój urok. To tyle jeśli chodzi o obecność KG w internecie, w "rilu" też się trochę dzieje. W przeciwieństwie do kilku innych edytorów, dla których wydanie komiksu jest ostatnim etapem po którym liczone są już tylko zyski (lub straty), w Kulturze jest to dopiero połowa drogi. W ramach promocji tytułów organizowane są kameralne spotkania z twórcami czy też nieco większe imprezy, jak np. pamiętne Wąsate Spotkania Komiksowe (nazwa nieoficjalna, marzec 2010) związane z premierą m.in. "Gangu Wąsaczy", które jeszcze długo będzie się pamiętać, chociażby ze względu na nieodłączny element większości komiksiarzy tego wieczora – wąsów.
Kultura Gniewu wprowadziła mnie do świata komiksów nieco ambitniejszych i pokazała, że kadry i dymki to nie tylko "laser z dupy" z TM-Semic, ale i rzeczy znacznie poważniejsze. Po latach komiksowej posuchy w moim życiu (kiedy to stwierdziłem, że to jednak hobby dla dzieci), była - a raczej jej komiksy były - jednym z głównych powodów, dla których zacząłem zagospodarowywać swoje półki na nowo "kolorowymi zeszytami". I za to chociażby dziś chciałbym podziękować! Więc jeszcze raz - sto lat, Kulturo!

środa, 13 października 2010

#582 - Bler

"Bler" wpisuje się w nurt utworów dekonstruujących superbohaterski mit. Rafał Szłapa podążając tropem przetartym przez dziesiątki amerykańskich twórców tworzy komiks nie tyle w gatunku superhero, ile o superbohaterze. Trzymając się z dala od kiczowatej konwencji, chce opowiedzieć o człowieku, kryjącym się pod trykotem.
Album "Lepsza wersja życia", otwierający zaplanowanego, jako trylogię "Blera", przedstawia origin bohatera. Opowiadając o początkach tytułowego herosa, autor używa mocno wytartych schematów, starych sztuczek, znanych z dziesiątek innych pozycji. Egzystencję głównego bohatera wypełnia nuda dnia powszedniego. Na życie zarabia chodząc od drzwi do drzwi, wpychając gospodyniom domowym tanie książki, podrzędną prozę, a czasem nawet i komiksy. Gdy wraca z podróży służbowej do Krakowa przytrafia mu się wypadek, który diametralnie zmieni jego życie. Kiedy obudzi się w szpitalnym łóżku, wszystko stanie na głowie. Okaże się bowiem, że jest obdarzonym niezwykłymi umiejętnościami herosem, sponsorowanym przez tajemniczą organizację. Problem w tym, że Bler (bo tak jego mocodawcy się do niego zwracają) niczego nie pamięta…

Do sztandarowego motywu genezy superherosa, zostaje dodany kryzys tożsamości i wybiórcza amnezja. Kim tak naprawdę jest Bler, akwizytorem czy herosem? Które z jego wcieleń jest tym prawdziwym? Skąd wzięły się jego komiksowe supermoce – są wynikiem eksperymentu, czy ma je od urodzenia? Pytań jest wiele, a w wszystko wskazuje na to, że w kolejnych tomach pojawią się kolejne – co to znaczy właściwie być superbohaterem? Gdzie jest granica pomiędzy dobrem, a złem? Czy moce dają mu większe prawa, niż zwykłym ludziom?
Kiedy uda mi się poznać te odpowiedzi, będę w stanie powiedzieć, czy Rafałowi Szłapie udało się uniknąć banału, podejmując tak wyeksploatowany temat i co ten "Bler" jest właściwie warty. Bo na razie "Lepsza wersja życia" jest obszernym wstępem. Nie pierwszym daniem, a jedynie przystawką. Smaczną, ale tylko przystawką. Począwszy od świetnie pomyślanej sceny otwierającej Szłapa sprawnie buduje nastrój, ale napięcie z czasem zamiast rosnąć, maleje. "Blera" czyta się bardzo przyjemnie, ale niecierpliwie oczekując wielkiego finału, jakiegoś bum na ostatniej stronie, kiedy dotarłem do zakończenia, poczułem się rozczarowany. Brakowało mi jakiegoś mocnego akcentu, który wyznaczyłby kierunek, w jakim podąży historia w kolejnych tomach. Mój apetyt został umiejętnie pobudzony, ale od stołu wstaje głodny.

Akcja komiksu została umiejscowiona w konkretnym miejscu i czasie. Wspomniałem już o Krakowie, dodam jeszcze rok 1998. Akcje, w których bierze udział heros z B na klacie, są odbiciem prawdziwych wydarzeń, o których swego czasu było dość głośno w kronikach kryminalnych. To jeden z najciekawszych elementów tego komiksu – Szłapa pokazuje naprawdę jak działania superbohatera mogą oddziaływać na rzeczywistość. I to nie taką umowną, komiksową, dziejącą się na jakiejś alternatywnej Ziemi-1748, tylko na naszą polską, znaną z czołówek gazet. Pytany o artystyczne inspiracje Rafał Szłapa wciąż wymienia nazwisko Tommy'ego Lee Edwardsa, rysownika w Polsce właściwie nieznanego, a mającego na swoim koncie choćby "1985". Ja do kręgu skojarzeń dorzuciłbym jeszcze Seana Phillipsa. Oczywiście krakowskiemu rysownikowi do klasy tych dwóch artystów sporo brakuje, ale porusza się w podobnej estetyce. Szłapa podkreśla, że styl, jaki zaprezentował na kartach "Blera", bardzo mu odpowiada. Szkoda, bo ja zdecydowanie wolę jego bardziej fantazyjne, malarskie wcielenie, znane choćby z nagrodzonego na łódzkim festiwalu szorciaka "Punkt Widzenia". Rysunkowe wcielenie Szłapy jest toporne, usztywnione, pozbawione stylu i lekkości, jakie cechuje jego bardziej artystyczna strona.

Nie do końca rozumiem dlaczego do "Blera" po pewnym czasie przylgnęła łatka legendy polskiego komiksu, która z różnych przyczyn borykała się z wydawniczymi problemami, aby wreszcie, po latach ujrzeć światło dzienne. I zbawić polski rynek. Nic z tych rzeczy. Album Rafała Szłapy to porządna rzecz, która powinna spodobać się fanom mainstreamu. Mnie "Lepsza wersja życia", mimo kilku zastrzeżeń, przekonała do sięgnięcia po tom drugi. Myślę, że dopiero po lekturze "Zapomnij o przeszłości" będzie dało się ostatecznie stwierdzić, czy było warto.

poniedziałek, 11 października 2010

#581 - PSK: Year One

Podczas MFKiG 2009 zaprezentowane zostało nowe przedsięwzięcie - Polskie Stowarzyszenie Komiksowe. Inicjatywa, która grupować miała komiksiarzy z różnych cechów, zarówno tych z cechu ludzi rysujących, wydających, piszących jak i kupująco-fanujących. Zaskoczenie dla wielu były spore, oczekiwania wobec działalności PSK również do małych nie należały. Same reakcje na wieść o ukonstytuowaniu się Stowarzyszenia bywały różne. Część osób autentycznie cieszyła się z konsolidacji środowiska, reszta od czasu do czasu oskarżała PSK o niecne knowania przeciwko klasyce Polskiego Komiksu i zakładanie swoistego kartelu, który popierać ma tylko kawangardowych swojaków. Przejawów tej paranoi doświadczaliśmy również i my na Kolorowych, zwłaszcza kiedy anonimowe Zosie zarzucały nam, że teksty piszemy pod dyktando tego straszliwego PSK. Minął rok, część emocji zelżała, można zatem pokusić się o pierwsze podsumowania działalności - w tym przypadku z punktu widzenia osoby do Stowarzyszenia nienależącej, ale dobrze znającej się z częścią jego członków.
Niewątpliwie duże osiągnięcie PSK, za które należy się mocny big up, to Komiksowa Warszawa. Zwłaszcza, że nie było lekko, kwiecień okazał się miesiącem katastrofy smoleńskiej, przedłużającej się żałoby narodowej oraz wzmożonej aktywności islandzkiego wulkanu. To zmusiło organizatorów imprezy do zmiany terminu, zaś część zaproszonych gości - do pozostania w domu. Mimo tych wszystkich przeciwności losu, wyszło nieźle. Jak na pierwszą edycję, festiwal uważam za sukces - udało się Stowarzyszeniu wykreować nową eventową markę oraz odświeżyć formułę warszawskiego konwentu, po latach zatęchłej WSK-owej rutyny. Wydano nawet darmowy "Komiksowy przewodnik po Warszawie", we współpracy z Urzędem Miasta. Racja, można by wskazać różne fuck-upy i niedociągnięcia, które miały miejsce podczas kwietniowej imprezy. Po pierwsze jednak, dla większości organizatorów było to pierwsze tak duże wydarzenie, przy którym przyszło im pracować, a czynniki zewnętrzne były wybitnie niesprzyjające. Po drugie zaś - w porównaniu do Warszawskich Spotkań Komiksowych da się zauważyć gigantyczny wręcz progres, impreza była o wiele bardziej przemyślana od dotychczasowych wuesek. Daje to nadzieję na przyszły rok.

Innym głośnym wydarzeniem zorganizowanym przez PSK była akcja czytania komiksów pod Sejmem przeciwko podniesieniu stawki VAT na książki. Happening niewątpliwie cieszył się dużym zainteresowaniem mediów, rozpropagował problem, PSK wsparło też internetową petycję, wysuniętą do przedstawicieli władz... Tylko co z tego? Na temat samej petycji wypowiadałem się niedawno. Część mediów zaprezentowała podsejmową akcję bardziej w charakterze sobotniej ciekawostki do zapełnienia ramówki bądź gazetowych szpalt niż jako konkretny głos w palącej sprawie. Najbardziej jednak wymowna jest reakcja samych władz, do których skierowany był happening... a raczej kompletny jej brak. Nie było w tej całej sprawie nawet żartobliwego komentarza premiera (ani nikogo z jego kancelarii), mimo że otrzymał on od aktywnie czytających egzemplarz "Esencji". Władze kompletnie zignorowały protestujących, co na dłuższą metę chyba świadczy o porażce akcji na tym właśnie polu.

Było jeszcze parę pomniejszych przedsięwzięć, na które kiedyś natknąłem przypadkiem się w Googlu - jakiś lokalny konkurs, coś tam mniej więcej też wiem, że członkowie Stowarzyszenia planują warsztaty w szkołach, propagujące komiks jako medium. Właśnie - "coś tam mniej więcej". I tu dochodzę do mojego największego zarzutu wobec działalności PSK. Mocny minus stowarzyszenie dostaje za kiepski pijar i nieistniejącą politykę informacyjną - z wyjątkiem strony na Facebooku i notek wysyłanych do serwisów komiksowych Stowarzyszenie niespecjalnie promuje własną działalność.
Przede wszystkim dostrzegam zachętę do udziału w przygotowanych już wydarzeniach, ale nie w ich organizacji "od kuchni".

Od roku strona internetowa PSK pozostaje w budowie - mimo, że tak naprawdę powinna być gotowa już po MFK 2009. Brak jej dziwi tym bardziej, że w przypadku Komiksowej Warszawy profesjonalnie wyglądający serwis dało się zrobić w bardzo krótkim czasie. Wiem też, że w PSK jest paru kumatych ludzi, dla których trzaśnięcie i postawienie prostej strony w jeden wieczór to buła z masłem. Nie trzeba żadnych fajerwerków, wystarczyłoby schludnie wyglądające miejsce w sieci, które rzetelnie informowałoby o tym, co jak gdzie i do kogo. Zwłaszcza to "do kogo" jest ważne, ja w codziennym działaniu Stowarzyszenia nie widzę za bardzo otwartości w zachęcie do kooperacji, skierowanej do osób spoza. Owszem pamiętam jakieś zaproszenia do współpracy w pojedynczych forumowych postach czy blogach jego członków, ale to odosobnione przypadki. PSK sprawia wrażenie zamkniętego tajnego bractwa, do którego może nie jest się bardzo trudno dostać, ale które specjalnie nie zachęca ludzi z zewnątrz do wstępowania w swoje szeregi. Zamknięte forum to już jest maksymalny turn off - rozumiem, żeby jakiś dział był zarezerwowany tylko dla członków, ale całe forum? Nawet żeby miejsca nie było na skomentowanie działalności bądź rzucenie pomysłu? No serio?

Rok pierwszy w działalności Polskiego Stowarzyszenia Komiksowego nie wypadł najgorzej. Głównym celem było zorganizowanie Komiksowej Warszawy i to się udało. Cele statutowe również zostały mniej lub bardziej wypełnione - nie wiem jak w przypadku rozwoju kontaktów międzynarodowych czy prowadzenia działalności naukowej nt. komiksu, ale integracja twórców i sympatyków bez wątpienia miała miejsce, o czym sumiennie donoszą blogo- i twittosfera. Szwankuje polityka informacyjna, ale podobno tę kwestię Stowarzyszenie ma rozwiązać w najbliższym czasie. Nie da się oprzeć wrażeniu, że w tym momencie PSK jest strukturą wybitnie warszawocentryczną, której członkowie albo w Warszawie mieszkają, albo bez problemu są w stanie do niej dojechać. I że to głównie wokół stolicy na razie wszystko się kręci. Ale może w kolejnym roku czekać nas będzie więcej inicjatyw w terenie. Czas pokaże, czy będzie o czym pisać za rok w notce o tytule "PSK: Year Two".

niedziela, 10 października 2010

#580 - Trans-Atlantyk 107

Najważniejszym wydarzeniem tego tygodnia jest oczywiście New York Comic Con, jeden z dwóch największych festiwali komiksowo-popkulturowych w USA. Tradycyjnie, podczas tych kilkudziesięciu godzin geekowego szaleństwa odbyło/odbędzie się mnóstwo spotkań z twórcami i wydawcami,gdzie zaprezentowano plany na najbliższych kilka miesięcy (i tak dalej i tak dalej). Raporty z "pola bitwy" na bieżąco zamieszcza na blogu Ziniola będący na miejscu Paweł Timofiejuk, więc zainteresowanych odsyłam do tych kilku wpisów. Ciekaw jestem czy wyprawa do kraju Obamy zaowocuje przyjazdem jakiejś komiksowej gwiazdy na przyszłoroczną Komiksową Warszawę? Oby! Natomiast sam początek NYCC przyniósł dobre wieści dla czytelników w postaci decyzji DC Comics i Marvela odnośnie do obniżenia cen zeszytów. Od jakiegoś czasu ceny tradycyjnych 32-kartkowców wzrastały o całego dolara do poziomu 3.99$. Teraz natomiast część z nich powróci do stanu sprzed kilkunastu miesięcy, czyli ceny równej trzem dolarom bez jednego centa. U jednych i u drugich obniżka rozpocznie się w styczniu 2011 roku. W przypadku DC dotyczyć ona będzie wszystkich regularnych serii, natomiast u Marvela załapią się na nią wszystkie nowe superbohaterskie tytuły. (ŁM)

Frank Tieri nie jest scenarzystą rozpoznawalnym nad Wisłą, ale za Oceanem, jego robota przy "Weapon X" i "Wolverine" jest doceniana przez czytelników. Twórca obecnie pracuje nad scenariuszem (sic!) gry "Marvel vs. Capcom 3", a w marcu 2011 roku wystartuje czteroczęściowa mini-seria w której nasz ulubiony Rosomak połączy siły z Herculesem. W "Hercules: Myths, Monsters & Mutants" spotkają się dwaj koneserzy piwa i dobrej bijatyki, by zmierzyć się z orientalnymi zabójcami i królem wprost z kart mitologii, żołnierzami Hand, lwem nemejskim i cyklopem. Pewnie nie będzie łatwo, ale co to dla herosa w pojedynką podbijającego Troję czy nieśmiertelnego mutanta, który dał w kość Hitlerowi. Oprawą graficzną komiksu zajmie się Juan Roman Cano Santacruz ("Galactus – The Real Story"), a okładki przygotuje Joe Jusko. (KO)

W marcu przyszłego roku na łamach trzech tytułów odbędzie się crossover "Escape From the Negative Zone" w którym udział wezmą mutanci ("Uncanny X-Men Annual" #3), Steve Rogers ("Steve Rogers: Super Solider Annual" #1) oraz Namor ("Namor: The First Mutant Annual" #1). Na kartach pierwszego zeszytu Cyclops, Hope, Namor oraz Doctor Nemesis w tajemniczy sposób zostaną porwani do Negative Zone, a na ich ratunek zostanie wysłany pierwszy właściciel kostiumu Kapitana Ameryki! Za scenariusz całego wydarzenia odpowiada aktor i dramaturg James Asmus, który dopiero od niedawna (za sprawą Nicka Lowe) bawi się w komiksach. "Escape From the Negative Zone" jest jego pierwszym poważnym sprawdzianem, ale Amus wierzy, że uda mu się "wrócić z tarczą" i nie podpaść czytelnikom Domu Pomysłów. Pomóc ma mu w tym trzech rysowników - Nick Bradshaw (przy X-Menach), Ibraim Roberson (przy Rogersie) i nieznany jeszcze Pan Od Namora. Kilka grafik ze środka na Comic Book Resources! (ŁM)

Steve Niles nie cierpi na brak pracy. Po zaskakującym spotkaniu agentów Muldera i Scully z jego "30 Dni Nocy", pracuje nad dwoma kolejnymi projektami z prawdziwymi mistrzami komiksu grozy. Najpierw, wraz z Kelly Jonesem przygotuje pięcioczęściową mini-serię "Edge of Doom", utrzymaną w paranoicznym klimacie kultowej "Strefy Mroku". Pierwszy numer pojawi się już w listopadzie, a w grudniu zadebiutuje "Doc Macabre", którego oprawą wizualną zajmie się sam Bernie Wrightson. Głównym bohaterem komiksu będzie młodociany, szalony naukowiec, który dorabia sobie do kieszonkowego polując na potwory rodem z horrorów. W porównaniu do niepokojącego "Edge of Doom", "Doc Macabre" ma być nieco lżejszą rzeczą, łagodzącą atmosferę grozy akcją i dowcipem. Obie pozycje ukażą się pod szyldem IDW Entertainment. (KO)

Jeśli już mowa o Bernie Wrightsonie - w minioną środę ukazała się "legendarna" historia Rona Marza, Kevina Nowlana i Wrightsona właśnie, która nie wiedzieć czemu przez 13 lat czekała na publikację. One-shot "Batman: Hidden Treasures" opowiada o spotkaniu Mrocznego Rycerza z Solomonem Grundy. Nie jest to typowy komiks, bowiem niemal całostronicowym ilustracjom towarzyszy z boku tekst. Dymków z tekstem brak. Oprócz tego do owego zeszytu załapała się krótka historia Wrightsona i Lena Weina "Night of the Bat", która wcześniej pojawiła się w siódmym zeszycie serii "Swamp Thing". O kolory do obu tych przygód Nietoperza zadbał Alex Sinclair, a kilka przykładowych plansz do znalezienia na blogu DC Comics. (ŁM)

Obowiązkowy news filmowy – sztuk dwie. Filmowa odyseja Człowieka ze Stali wreszcie dobiegła końca. Reżyserem najnowszego kinowego wcielenia największego komiksowego superbohatera będzie Zack Snyder, który na swoim koncie ma już celuloidowych "300" i "Strażników". Jego film ma bazować na mini-serii "Superman: Birthright" Marka Waida i Leinila Francisa Yu, a rolę głównego villaina ma odgrywać Generał Zod (FTW!). Snyder dołączy do producenta Christopher Nolana i scenarzysty Davida S. Goyera. Jakoś te nazwiska nie robią na mnie specjalnie dobrego wrażenia szczególnie, że DC Entertainement przymierzało do reżyserskiego stołka Darrena Aronofskiego, który ma zająć się "Kaznodzieją" i sequelem "Wolverine'a". Tak przynajmniej ćwierkają ptaszki w Hollywood, a kto by nie chciał zobaczyć, jak twórca znany z "Pi" i "Źródła" radzi sobie z adaptacją mini-serii Chrisa Claremonta i Franka Millera przenoszącą Logana do Japonii… (KO)

I jeszcze jeden njus związany z Batmanem - po sześciu latach od pojawienia się pierwszych informacji, w styczniu przyszłego roku do rąk czytelników trafi pierwsza z czterech części serii "Batman: Europa"! Historia opowiadać będzie o zarażonym tajemniczym wirusem Batmanie, który musi wyruszyć do Europy właśnie, aby znaleźć na czas i antidotum i osobę za to odpowiedzialną. W "walce" z tykającym zegarkiem pomoże mu nie kto inny jak sam... Joker! Za scenariusz odpowiada Brian Azzarello oraz Matteo Casali, natomiast warstwą graficzną zajmą się tacy panowie jak Giuseppe Camuncoli, Diego Latorre, Jock i Jim Lee. Ciężko spodziewać się, żeby dwójka odwiecznych wrogów trafiła na kartach komiksu do naszego pięknego kraju, ale i tak seria ta wydaje się warta "zbadania". (ŁM)

Crossovery zbierające w jednym tytule dziesiątki herosów pochodzących z różnych serii to codzienność dla komiksowych majorsów takich, jak DC Comics czy Marvel. Ryan Sparks skorzystał ze sprawdzonego przepisu na obrazkowy blockbuster i w głównych rolach "War of the Independents" obsadził bohaterów znanych z kręgu komiksów niezależnych. W mini-serii jego autorstwa wystąpi prawie dwustu herosów, na których pojawienie się musieli wyrazić zgodę ich twórcy. Będę to między innymi Kleszcz, mrówkojad Cerebus, Flaming Carrot, Cyberfrog, postacie z "Bone'a", Shadowhawk, a nawet bohaterka "Pro" Gartha Ennisa. Pierwszy zeszyt ukazał się chwil parę na nowojorskim Comic-conie, nakładem wydawnictwa Red Anvil Comics. (KO)

W listopadzie pojawi się pierwszy numer pięcioczęściowej mini-serii "Osborn", opowiadającej o losach Normana Osborna za więziennymi kratami. Nie jest to byle jakie więzienie - o SCC (Special Containment Center) z najwyższych urzędników państwowych wie tylko prezydent. Trafiają tam najniebezpieczniejsi zbrodniarze i przetrzymywani są tam dożywotnio, bez prawomocnych wyroków. Oprócz Normana w SCC znajduje się czterech wcześniej nie znanych złoczyńców - szalony naukowiec, kosmitka, demon oraz peruwiański bóg. Wygląda więc na to, że Osborn nie powiedział jeszcze ostatniego słowa i być może wraz z nowymi "kumplami" jeszcze sporo namiesza. Za tytuł ten odpowiadają dwie panie - Kelly Sue DeConnick (scenariusz) i Emma Rios (rysunki). (ŁM)

"Geek Honey of the Week"
(Invisible Woman na New York Comic Con! Więcej zdjęć z festiwalu pod tym adresem!)

sobota, 9 października 2010

#579 - Komix-Express 57

Kiedy Piotr Szreniawski na łamach forum Wraka opublikował niedokończony wywiad, który przeprowadziliśmy z nim na spółkę z Łukaszem, postanowiliśmy potraktować ten incydent bardzo dyplomatycznie i nie wywlekać go na światło dzienne. No cóż, zwyczajnie nie dogadaliśmy się i po wymianie kilku kurtuazyjnych maili podziękowaliśmy Pszrenowi za współpracę. Bardzo żałowałem, że Szreniawski puścił w eter wywiad, który był jeszcze w surowej formie. Brakowało kilku jego odpowiedzi, których nie chciało mu się udzielić, brakowało odpowiedniego szlifu i wstępu. Co gorsza, najbardziej rozpoznawalny poemiksiarz wymienił nasze nazwiska przy okazji tekstu, którego nie chcieliśmy firmować w takiej formie. Planowaliśmy obok wywiadu puścić prezentację wybranych poemiksów i artykuł przybliżający to dość osobliwe zjawisko na naszej scenie komiksowej. Kiedy w Łodzi z ciekawości sięgnąłem po "Album Odrzuconych" przygotowany przez JaponFana, zaskoczyła mnie tam obecność "naszego" wywiadu z Pszrenem. Byłem przekonany, że ten temat został przez nas definitywnie zamknięty. Jak widać, myliłem się, bo Szreniawski znowu wywlekł opublikowany bez naszej zgody tekst. (KO)
 
Tuż po premierze siódmego numeru "Kolektywu" na łódzkiej eMeFce Dolna Półka ogłosiła nabór prac do kolejnego numeru. Tematem albumu, który będzie miał swoją premierę na drugiej edycji Komiksowej Warszawy, będzie "Kontakt". Ostateczny termin na zgłaszanie prac to 15 lutego 2011 roku. Komiksy nie mogą liczyć więcej niż dziesięć stron, w formacie 180×250 mm w rozdzielczości 600DPI, w skali szarości lub czarni i bieli. Strona powinna posiadać 5 mm spadu, który zostanie obcięty w procesie produkcji. Materiały, które nie będą spełniać tych wymogów, zostaną odrzucone, podobnie, jak komiksy, w których użyto czcionki Comic Sans. Redakcyjny kolektyw z nadesłanych prac wybierze najlepsze, które pojawią się na kartach "Kolektywu". Propozycje i gotowe materiały należy przesyłać na adres dolnapolka na gmail.com. (KO)
 
7 października 2010 roku w Czeskim Centrum w Warszawie na Alei Róż 16 odbył się wernisaż komiksowej wystawy "W sąsiednich kadrach. Polacy i Czesi w komiksie". Ekspozycja, która poprzednio była pokazywana w czeskiej Pradze, prezentuje prace dziewięciu artystów komiksowych z Czech i Polski, rozprawiaje się ze stereotypami w postrzeganiu Czechów przez Polaków i vice versa. Na ścianach Czeskiego Centrum będzie można podziwiać prace między innymi Krzysztofa Gawronkiewicza, Karola Kalinowskiego i Bereniki Kołomyckiej. Wystawę będzie można oglądać do 31 października. Oprócz tego w zapowiedziach Centrali pojawił się nowy tytuł, który umknął uwadze naszych komiksowych serwisów. W styczniu 2011 roku na sklepowe półki zawita album "We Włoszech wszyscy są mężczyznami" traktujący o wygnaniu gejów z faszystowskich Włoch. Komiks autorstwa Luki de Sanctisa i Sary Colaone uchodzi za jeden z najważniejszych włoskich komiksów historycznych. (KO)
 
JPF na grudzień zaplanowało premierę pierwszego tomu bijącej rekordy popularności mangi "One Piece". Komiks autorstwa Eiichiro Ody zadebiutował na łamach "Shonen Jumpa", w sierpniu 1997 roku, bardzo szybko zaskarbiając sobie wielką sympatię czytelników. Już w grudniu tego roku ukazał się pierwszy zbiorczy tomik, a ostatni, 59. do sklepów trafił przed dwoma miesiącami. W sumie sprzedano ponad 190 milionów egzemplarzy komiksu z przygodami małoletniego poszukiwacza przygód, pragnącego odnaleźć tytułowy skarb i zostać Królem Piratów. Zobaczymy, jak "One Piece" przyjmie się w Polsce. Czyżby kroił się kolejny przebój na miarę "Dragon Balla" i "Naruto"? (KO)
 
W zeszłym tygodniu poznaliśmy zwycięzców konkursu na krótką formę komiksową, odbywającego się przy Międzynarodowym Festiwalu Komiksu w Łodzi. Jury w składzie Wojciech Birek (przewodniczący), Dominika Węcławek, Paweł Timofiejuk, Michał Błażejczak i Witold Tkaczyk przyznało trzy równorzędne wyróżnienia dla Rafała Szłapy (za komiks „Punkt Widzenia”, będący niejako spin-offem "Blera"), Tomasza Przybyszewskiego i Martyny Kamińskiej ("Komórka") oraz Bartosza Sztybora i Tomasz Zycha ("Kryminał w siedmiu aktach"). Sztybor odebrał również trzecią nagrodę, którą podzielił się z rysownikiem Sebastianem Skrobolem ("Oby się nie powtórzył!"). Na drugim stopniu podium znaleźli się Paweł Więcek i Leszek Wicherek ("Restauracja"), a na pierwszym Maciej Jasiński i Jakub Mathia ("Człowiek Kolejka"). Nagroda Grand Prix powędrowała na ręce Branko Jelinka za pracę "Oskar Ed". (KO)
 
W Łodzi przyznano również inne wyróżnienia. Za najlepszy album mijającego sezonu publiczność uznała "Łaumę" Karola "KRLa" Kalinowskiego, która otrzymała największą liczbę głosów i w zeszłym roku. Tym razem, dosłownie o włos pokonała "Osiedle Swoboda" Michała Śledzińskiego. Za najlepszego polskiego wydawcę uznano krakowskiego Ongrysa, co zostało przyjęte, jako sporo niespodzianka, gdyż w kuluarach typowano w pierwszej kolejności Timofa, a w drugiej – Kulturę Gniewu. Doktoratem Humoris Causa nagrodzono Marka Misiorę, który od lat niestrudzenie kataloguje komiksy, które pojawiają się na polskim rynku. Nagrodami Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego zostali odznaczeni Szarlota Pawel, która otrzymała "nagrodę specjalną", a brązowy medal "Zasłużony Kulturze – Gloria Artis" powędrował do Marka Szyszki. Honorowymi odznaczeniami zostali nagrodzeni Agnieszka Papis, Piotr Kabulak i Przemysław Truściński ze Stowarzyszenia Twórców Contur. (KO)
 
Rodzimi wydawcy przygotowali aplikację pozwalającej na czytanie e-booków na  iPhonie, iPadzie oraz innych urządzeniach Apple’a. Woblink, bo tak owo cudo się nazywa, w najbliższych dniach ma pojawić się w Appstorze. Już w pierwszym etapie wdrażania aplikacji dostępnych będzie dzięki niej wiele popularnych tytułów czołowych polskich wydawców, m.in.: Albatrosa, Czarnej Owcy, Maga, Muzy, Prószyńskiego, WAB, Wydawnictwa Otwartego, Znaku i Zysku. Będą to nowości i prawdziwe bestsellery, a także komiksy. Wśród dostępnych tytułów wymienia się takie pozycje, jak "Wilq", "Funky Koval" czy "Jeż Jerzy". Za podrzucenie newsa dziękujemy Pawłowi Deptuchowi(KO)

piątek, 8 października 2010

#578 - The Batmans: Track 58 - Dagmara Matuszak

Autorka dzisiejszego Batmana, Dagmara Matuszak, jest absolwentką Wydziału Malarstwa krakowskiej Akademii Sztuk Pięknych. Artystka pochodząca z Poznania zajmuje się ilustracją, malarstwem, tworzy plakaty i okładki, no i rzecz jasna - rysuje komiksy. W tej roli debiutowała w 2003 roku pracą "Wrześniowe przedpołudnie", narysowaną do scenariusza Kamila Śmiałkowskiego na potrzeby antologii "Wrzesień". Później zaprezentowała "Eksperyment" (do skryptu Grega Beckera) w kolejnym egmontowym zbiorku, "Człowiek w próbówce". W 2004 roku nawiązała współpracę z samym Neilem Gaimanem. Dagmara najpierw zilustrowała kolekcjonerskie wydanie "Dymu i Luster", a później, autor "Sandmana" specjalnie dla niej napisał poemat "Melinda", wydany również w Polsce, nakładem wydawnictwa Atropos. Oficjalną stronę Dagmary Matuszak można znaleźć pod tym adresem. (KO)Z prawidłową odpowiedzią przybył Karol Konwerski! Gratulujemy!

PODPOWIEDŹ: artystka, odpowiedzialna za najnowszego muzyka w naszym zespole, ma na swoim koncie współpracę z jednym z najpopularniejszych scenarzystów komiksowych na świecie!

Po dwóch tygodniach przerwy wracamy do zabawy z muzyką i Nietoperzem. Emocje już opadły po zeszłoweekendowej łódzkiej emefce i teraz najbliższa okazja do spotkania się w podobnym gronie za niecałe pół roku na Komiksowej Warszawie (1-3 kwietnia 2011). Do tego czasu zapewne zakończymy Batmanie zgadywanki i myśleć będziemy nad kolejną piątkową zabawą. Ale póki co zapraszamy do typowania twórcy, który stoi za dzisiejszą grafiką (jej fragment tradycyjnie po prawej stronie). Do dzieła więc!

środa, 6 października 2010

#577 - 4000 znaków... Zamiast relacji z eMeFKi

Nie lubię pisać relacji z Międzynarodowych Festiwali Komiksu, a od dwóch lat, także "i Gier" z Łodzi, bo jak tu meldować o imprezie, która nie tyle w całości, ale nawet w jakieś większej części, jest praktycznie niemożliwa do ogarnięcia. Przynajmniej przez kogoś, kto nie może znajdować się w dwóch miejscach na raz. Przez te kilka lat program eMeFKi spęczniał do takiego stopnia, że nie sposób zliczyć wystaw rozsianych po całej Łodzi, zjawić się na wszystkich interesujących spotkaniach autorskich, nacieszyć się giełdą i warsztatami. W tym roku było to jeszcze trudniejsze, bo dość aktywnie zaangażowałem się w pomaganie przy festiwalu, prowadząc spotkania autorskie z Rafałem Szłapą i Maciejem Pałką oraz uczestnicząc w dziesiątych urodzinach Kultury Gniewu. A przecież do części typowo komiksowej dochodzą jeszcze atrakcje growe, mangowe, starwarsowe, że nie wspomnę już o gwoździu programu, czyli nieformalnych kontaktach towarzyskich. Bo przecież po to do Łodzi się jeździ.

Bodaj Rafał Szłapa słusznie zauważył, że wszystkie łódzkie festiwale zlewają się w jedno, wielkie emefkowe wspomnienie po pewnym czasie. Zatłoczona giełda, rozmówki między ŁDKiem, a Textilimpexem, późne obiadki w przeróżnych konfiguracjach towarzyskich, rzucenie okiem na jedną z wystaw, sztyboriada na wieczornym rozdaniu nagród i wreszcie afterparty, z tradycyjną kilometrową kolejką po piwo. Przysłuchiwanie się środowiskowym ploteczkom, krążenie od stolika do stolika, od "kawangardowców", do przybyszów z Krakowa, od szefów komiksowych serwisów, do pastelowców, których można zawsze poznać po tym, że piją drinki ze szklanek, a nie rozwodnione piwo z plastiku. W tej powtarzalności nie ma nic złego, bo wizyty w stolicy polskiego komiksu zawsze wspominam bardzo dobrze. Wielka w tym zasługa organizatorów, Adama Radonia, Piotra Kasińskiego i zastępu ich współpracowników, bo co roku wykonują tytaniczną pracę. Zdarzają się wpadki, niedopatrzenia, niedociągnięcia, ale błędy zdarzają się każdemu. Ja w każdym razie bawiłem się setnie i jeśli jakieś potknięcia były, to ich po prostu nie zauważyłem.

Wielkie wrażenie zrobiło na mnie stoisko Multiversum. Nie tyle samym wyglądem, dzięki któremu można było się poczuć, jak w rasowym, amerykańskim sklepie komiksowym i przebierać dosłownie w setkach trejdów i tysiącach zeszytów, ale przede wszystkim niesamowitymi cenami. W niedzielę, za komiksy objęte promocją, obowiązywał przelicznik jeden dolar = półtora złotego. Istne szaleństwo!

Najgorszą rzeczą dla mnie po powrocie z Łodzi jest niemożność podzielenia się innymi kuluarowymi ploteczkami, obwarowanymi klauzulami "powiem, ale nie mów nikomu". I tak nie mogę napisać o pomyśle na trzecią część "Pierwszej Brygady", zaległościach Empiku wobec Egmontu, tajnym planie wykolegowania Sztybora z konkursu na krótką formę knutym przez Leśniaka i Śledzia (o którym ten ostatni nieco się wygadał na swoim spotkaniu), planach przejęcia "Koziorożca" (choć na forum Gildii pojawił się już przeciek), fantastycznie zapowiadającym się autorskim projekcie Macieja Pałki. Nie wspominając już o tajnych protokołach z obradów Polskiego Stowarzyszenia Komiksu, dotyczących przyszłości rodzimego rynku w latach 2011-2013, które zaczynają powoli wchodzić w życie…

Co czeka nas w 2011 roku? Czy organizatorzy podniosą jeszcze bardzie poprzeczkę? Kogo, po Moebiusie, Manarze, Breyfogle'u, Gaimanie i Kitchenie można jeszcze do Polski sprowadzić? Stolik krakowski życzyłby sobie Alana Moore'a, Franka Millera, Stana Lee i Gartha Ennisa. Ja nie obraziłbym się na Daniela Clowesa, Jiro Taniguchiego i Roberta Kirkmana.

wtorek, 5 października 2010

#576 - Och! Przygody gentlemańskiego barbarzyńcy

W zeszłym tygodniu rozgorzała u nas w komentarzach dyskusja nt. niewielkiej liczby negatywnych recenzji komiksów w polskim Internecie. Że kolegom nieładnie na ich temat powiedzieć nie wypada, recenzenci boją się źle napisać, panuje kult pozytywnej prasy i samozadowolenia w grajdole. Przykro mi, że tym tekstem nie obalę tej tendencji, ale komiksu Kuziemskiego zmiażdżyć się nie da. Jest po prostu na to za dobry. Nie, żeby był jakiś wybitny i się złotymi zgłoskami w Polskim Komiksie zapisywał, o nie, ma swoje przywary. Ale to naprawdę porządny zeszyt jest. Na swoją obronę powiem tylko, że z autorem w życiu nie zamieniłem ani jednego słowa, może to mnie uchroni przed zarzutami o kolesiostwo.
Jacka "Brzoza" Kuziemskiego pamiętam jako tako z twórczości webkomiksowej ("Zadupie" i "Birkenau"), pojawił się również jakieś sto lat temu w pierwszym "Kolektywie". Przyznam się, że w dłuższym okresie jego starsza twórczość w ogóle nie została mi w pamięci, chociaż googlowy research zdradził, że nawet mi się jego szorciak do "Kolektywu" podobał. Ale za cholerę sobie go teraz nie przypominam. W tym roku Brzozo wystartował z ciekawymi blogiem, na którym publikuje portrety władców Polski. No i na ostatnim MFK zanotował debiut zeszytowy, z wykreowaną przez siebie postacią Harveya - barbarzyńcy-dżentelmena. I powiem szczerze - dwudziestokilkustronicowy "Och!" to zdecydowanie najlepszy album wydany do tej pory przez Dolną Półkę. Poprzeczka nie była może pod tym względem jakoś strasznie wysoko ustawiona, ale nie bądźmy małostkowi. To też pierwszy taki album od tego wydawnictwa, w którym strony czyta się poziomo, co przywodzi na myśl klasyczne "Tytusy".

"Och!" to dobry kawałek debiutu. Taka nasza nadwiślańska wariacja na temat postaci Hulka, Lobo i paru innych szaleńców, co to sieją spustoszenie wszędzie gdzie się pojawią. Bezpretensjonalny i dowcipny zeszyt napakowany jest akcją i humorem - żarty wahają się od subtelnych po wulgarne. Albumik narysowano stylową i czystą krechą, autor dobrze się przez lata wyrobił, macha ołówkiem niemal profesjonalnie, dobrze operuje narracją i językiem komiksu. Fajnie żongluje popkulturowymi nawiązaniami, ale nie opiera fabuły wyłącznie na tym. Na pewno to debiut albumowy, którego Brzozo nie będzie się musiał za kilka lat wstydzić i pochrząkiwać z zażenowaniem na samą wzmiankę.
Jasne, można by się przyczepić do tego i owego. Na przykład, że jednowątkowa historyjka króciutka jest i prościutka jak konstrukcja cepa. Że podobnych postaci o mocno rozchwianych osobowościach powodujących totalną rozpierdziuchę było już na pęczki. Na pewno jeden z redaktorów Kolorowych narzekałby, że komiks Kuziemskiego nie pobudza do refleksji i brak mu drugiego i piątego dnia, a całość sprowadza się do rzeźnickiej rąbaniny. Mnie osobiście zaczęło w połowie zeszytu irytować tytułowe powiedzonko głównego bohatera, wciskane w prawie każdą jego wypowiedź. No i komiks nie przeszedł chyba korekty. Ale to tak zwane detale.

Kuziemski stworzył urokliwą postać destrukcyjnego dżentelmena-barbarzyńcy, którą da się lubić, która zapada w pamięć i - co najważniejsze - której przygód chce się więcej. Mam nadzieję, że to nie jest ostatnia odsłona perypetii Harveya, świetnie by się to sprawdziło jako zeszytówka publikowana raz na pół roku z myślą o konwentach.

poniedziałek, 4 października 2010

#575 - Blacksad: Piekło, spokój

Ekipa Kolorowych Zeszytów zażywa zasłużonego odpoczynku po weekendowym łódzkim szaleństwie, a tymczasem na naszych łamach gościnnie pojawił się Robert "Blacksad" Popielecki i napisał recenzję najnowszego tomu... "Blacksada". A to ci niespodzianka. Zapraszamy, bo to kawał świetnej publicystyki - naciskajcie w komentarzach, żeby Robert pisał więcej!Podobno koty mają dziewięć żyć. Chętnie uwierzę, bo – poza sympatią dla własnych futrzaków – oznaczałoby to, że w przygodach prywatnego detektywa Johna Blacksada nie dobrnęliśmy nawet do półmetka.

Czwarty album serii hiszpańskiego duetu Juan Diaz Canales (scenariusz) i Juanjo Guarnido (rysunki) to najnowsza odsłona perypetii czarnego kota, uwikłanego w kryminalną intrygę, a zarazem eksploracja kolejnego aspektu amerykańskiej historii. Po prywatnym śledztwie w mrocznej wielkomiejskiej dżungli ("Pośród cieni"), po oślepiającym bielą pustkowiu rasowych uprzedzeń ("W śnieżnej bieli") i wplątaniu się w paranoiczną antykomunistyczną nagonkę ("Czerwona dusza") autorzy rzucają swego bohatera do Nowego Orleanu – dusznego i wilgotnego miasta jazzu, bluesa i voodoo, sportretowanego w filmach Alana Parkera czy Elii Kazana.

John Blacksad przyjmuje od szefa wytwórni płytowej zlecenie na odnalezienie genialnego pianisty, uzależnionego od heroiny Sebastiana "Little Hand" Fletchera. Nieco po omacku prowadząc śledztwo, bohater naraża się kilku niewłaściwym osobom, by przy okazji odkryć, że cała sprawa – jak to najczęściej w kryminałach bywa – ma niejedno dno, a zwodnicze poszlaki prowadzą w dawne czasy i w dalekie miejsca. Jest magiczna, parna atmosfera Luizjany, jest barwne szaleństwo Mardi Gras, namiętności, nałogi i korupcja na wysokich szczeblach. Gdzieś w tle pobrzmiewają bluesowe i jazzowe frazy, przywodzące na myśl na pół legendarnego Roberta Johnsona, zaginionego muzyka, który za swój geniusz miał sprzedać duszę diabłu i zginąć otruty.

Trzeba przyznać, że Canales i Guarnido nie wyważają otwartych drzwi, stworzone przez nich historie przypominają żonglerkę klasycznymi wątkami, wielokrotnie eksploatowanymi w filmach czy powieściach. Za to w ich komiksach ujmuje bijąca z każdej strony radość opowiadania. Autorzy po swojemu przedstawiają znane historie, jak – nomen omen – genialni pianiści ogrywający na własną nutę popularne standardy.

Główną cechą wyróżniającą serię "Blacksad" na tle dziesiątek innych komiksowych kryminałów jest oczywiście antropomorfizacja. W tomie "Piekło, spokój" (swoją drogą nie rozumiem tego tłumaczenia tytułu: "Piekło, cisza" byłoby chyba wierniejsze oryginałowi a na pewno bardziej logiczne w kontekście samej fabuły) zabawa trwa a symbole się mnożą. Rubaszny detektyw – konkurent bohatera to spasiony, spocony i pociągający z piersiówki hipopotam, pomarszczona małpka jako czarownica voodoo, gitarzysta kogut (pamiętamy "Little Red Rooster" Willie'go Dixon'a?) czy wreszcie fenek – zwierzątko z największymi chyba uszami na świecie, w roli… sprzedawcy w sklepie muzycznym to postaci, które dołączają do przebogatej menażerii znanej z poprzednich albumów.Innowacją jest lekkie zaburzenie chronologii w opowiadanej historii. Czytelnik musi sam ułożyć sobie pewne zdarzenia w odpowiedniej kolejności, a jest to łamigłówka bardzo precyzyjna i dająca niemałą satysfakcję. Podobnie cieszy obserwowanie sprawności, z jaką rozplanowane są poszczególne plansze, a do której – tak jak do błyskotliwie prowadzonej komiksowej narracji – autorzy przyzwyczaili nas przy poprzednich tomach.

Jeśli czegoś brakuje mi w najnowszej – bardzo dynamicznej i przepełnionej akcją - odsłonie serii, to pewnej nutki melancholii, zawieszonego dźwięku… Jak scena ze śnieżkami w końcówce drugiego tomu czy niedoszłe spotkanie pod Niagarą w części trzeciej. Choć z drugiej strony nigdy hmm… nie czytałem tak wzruszającego wykonania "Summertime" Gershwina.

Koci detektyw wysunął czwarty pazur. Drapie – nie tylko w gardle.

sobota, 2 października 2010

#574 - Wywiadówka: "Nie znamy wspaniałych opowieści" - rozmowa ze Sławomirem Zajączkowskim

W drugiej części rozmowy ze Sławomirem Zajączkowskim, wywiadowca Tomek Kontny pyta scenarzystę "Wyzwolenia? 1945" o współpracę z IPNem, nawiązaniach do filmowej klasyki i edukacyjnej roli komiksu. Zapraszamy do lektury!

W drugiej części rozmowy ze Sławomirem Zajączkowskim o wizualizacjach, porywaniu się na szalone oraz Samozwańcu, Piastach i Jadwidze.

Tomasz Kontny: Jak wygląda współpraca z instytucjami pokroju IPN czy Ars Cameralis? Czy wtrącają się w proces twórczy, czy może służą dodatkową pomocą?
Sławomir Zajączkowski: To profesjonalne firmy. Ars Cameralis to instytucja współpracująca z twórcami działającymi na różnych polach. Napisałem fragment scenariusza, a Krzysztof zrobił jedną stronę (w komiksie to strona nr 3). Po tej "prezentacji" nikt nie wpływał na proces twórczy. Co do scenariusza poproszono nas tylko o to, żeby w komiksie znalazła się scena przemowy Korfantego w Reichstagu (przyznajmy, że to strasznie "niekomiksowe") i żeby dodać na początku rysunek z Bismarckiem. Dostaliśmy ogromne wsparcie jeśli chodzi o książki, albumy, wszelkie publikacje; mogliśmy liczyć na pomoc językowa i historyczną. Kilka rzeczy po uwagach historyków musieliśmy zmienić.

IPN – tu jest współpraca bardziej ścisła. IPN zamawia temat komiksu, planuje konspekt historii, wydarzeń, które powinny mieć w nim miejsce. Dostajemy książki, relacje, zdjęcia bohaterów, broni itd. Rola IPN-u jest więc ogromna. Potem ja piszę, IPN akceptuje scenariusz (często jest to kolejna wersja scenariusza), Krzysztof rysuje i ponownie wszystko wraca do historyków; gdy komiks jest gotowy, nanosimy po uwagach historyków ostateczne zmiany w tekstach i w rysunkach. Słowem pracy jest dużo. Historycy zawsze starają się dodać jak najwięcej dat, nazwisk i faktów - i o to na przykład czasami jest spór.

Ogólnie mówiąc uważam, że scena wymyślona w komiksie historycznym, czasami więcej mówi o danej epoce niż historyczny fakt. Czasami też lepiej pasuje do dramaturgii zdarzeń. Tylko, że te sceny trudno przechodzą przez sito recenzentów i konsultantów historycznych, gdyż przyjmuje się, że sceny w "komiksie historycznym" muszą być wyłącznie oparte na faktach. W tym sensie żaden historyk nie uzna "Kapitana Klossa", czy "Podziemnego frontu" za komiks wojenny, lecz za fantastykę lub propagandę. Tu są poważne trudności z pisaniem scenariusza "komiksu historycznego", tak aby uzyskał on kształt zgodny z oczekiwaniami historyków.

Jak zostałeś scenarzystą komiksów historycznych? Specjalizujesz się w jakimś okresie historycznym czy, powiedzmy, z równą łatwością przeskoczyłbyś od Piastów do Powstania Styczniowego? Jak wygląda twój research przed rozpoczęciem pracy nad komiksem?
Nie specjalizuję się w żadnym okresie historycznym.

Jeśli chodzi o Piastów, to myślę, że poszedłbym w tematy uniwersalne i osobiste: zdrad, walki rodów i książąt o tron, intryg, szaleństw monarchów, zamachów, miłostek, rodowych ambicji, początków chrześcijaństwa.

Bardzo dobry kierunek fabularyzowania historii pierwszych Piastów pokazał w swych książkach Karol Bunsch. Może należałoby iść jego tropem.

Powstanie styczniowe – z tym chyba byłoby prościej, bo myślę, że i dokumentacja historyczna jest większa a i temat został już dobrze "przerobiony" przez twórców (Grottger, Żeromski). Więcej jest ikonografii. Łatwiej to wszystko zrozumieć.

Jeśli chodzi o reaserch: zawsze szukam w opisach atrakcyjnych wzrokowo obrazów, jednocześnie takich, które wiążą się jakoś dramatycznie z losami bohaterów i najlepiej – skoro mówimy o komiksie historycznym - z losami kraju. Słowem: momentów przełomowych. I szukam też akcji, bohaterów w działaniu.

Twój ulubiony okres historyczny, wydarzenia, które cię fascynują, to?
Nie mam szczególnie ulubionego okresu historycznego. Natomiast czytając książki historyczne często można spotkać opisy wydarzeń i losów bohaterów, które aż domagają się filmowej czy komiksowej wizualizacji. Podam może dwa przykłady.

Pierwszy: Wyobraź sobie – początek XVII wieku, ulice Warszawy przystrojone kwiatami, wypełnione muzyką, gwarem, pełne roześmianego tłumu. Upał. I oto wzorem dowódców wypraw legionów rzymskich do Warszawy wkraczają wojska polskie, które właśnie wróciły z dalekiej, zdawać by się mogło skazanej na porażkę wyprawy, w czasie której przyłączyły do Korony obce ziemie. Obserwujemy marsowe miny husarzy. Lśniące zbroje, konie pełne gracji w odświętnej uprzęży, kwiaty rzucane przez panny w kierunku rycerzy. Na przedzie jedzie wódz – hetman Żółkiewski (niczym cesarz August), a przed nim piechotą idą (niczym wodzowie podbitych plemion germańskich) pojmani i skuci w kajdany: car Wasyl Szujski i jego bracia. Pochód kieruje się w stronę sejmu, tam zwycięskiego wodza i pojmanych władców (znów analogia jak w starożytnym Rzymie) podejmie król i senat. Polska jest wielka. Serce rośnie, prawda? Pytanie co się wydarzyło wcześniej i jak zakończyła się ta historia.

Drugi przykład: I znów Warszawa ok. 180 lat później. Krakowskim Przedmieściem jedzie ciemna więzienna kareta w asyście carskiego wojska. Ludzie odprowadzają smutnym wzrokiem karetę, niektórzy próbują za nią biec, wszyscy mają świadomość, że coś ważnego się kończy, ich gardła rozdziera smutek, chciałoby się wyć z żalu, myśleć co się zrobiło źle, czemu kpiło się z króla. I oto przez zakratowane okienko, z karety wygląda Stanisław August Poniatowski, rzuca spojrzenie na ludzi, którzy byli niegdyś jego poddanymi. Wie, że już nigdy nie zobaczy Polski, a dawni poddani nie zobaczą jego. Uwięziony, udaje się na wygnanie do Rosji. Polski nie ma.

Tworząc komiksy historyczne zawodowo, myślę, że trzeba by było działać jak dziewiętnastowieczni malarze historyczni, szukać wydarzeń kluczowych, o wielkim ładunku emocjonalnym. Współcześni Matejce widzowie łatwo odnajdywali w jego obrazach sens, rozpoznawali wszystkich bohaterów płótna (nawet drugoplanowych), bo znali dobrze ich historie. Dzisiaj to jest nieczytelne, nie tyle sam obraz jako symbol jakiegoś wydarzenia (tego uczymy się bezwiednie w szkołach) – ale jego treść narracyjna, ukryte w nim jednostkowe historie bohaterów. Trzeba je odkryć i jeszcze raz opowiedzieć – wydaje mi się, że szansą na takie opowieści jest komiks.

Jakie historyczne tematy chciałbyś jeszcze przepracować w komiksowej formie? To ty zwracasz się do wydawców z tematami, czy to oni zgłaszają zapotrzebowanie na konkretny komiks?
Do tej pory to wydawcy zgłaszali się do mnie z zapotrzebowaniem na konkretny komiks. Co do własnych pomysłów, to nie myślałem dotąd o czymś konkretnym.

Powiem może ogólnie: według mnie powinno być więcej komiksów pokazujących zwycięstwa militarne, naukowe, dyplomatyczne. Takich, w których Polacy porywali się na szalone rzeczy i to osiągali. Powinniśmy czuć, że mieliśmy fajną historię i ciekawych przodków. Czemu np. nie ma komiksu/filmu/dramatu o Pawle Włodkowicu? Przecież to postać formatu światowego. Czemu nie ma musicalu czy animacji dla dzieci o młodziutkiej dziewczynce – a już królowej - Jadwidze? Czemu nie ma beletrystycznego komiksu/epickiego filmu o Polakach na Kremlu, o zatrzymaniu muzułmanów pod Wiedniem, czy bolszewików pod Warszawą?

My tak naprawdę nie znamy tych wspaniałych opowieści.

Ja myślę, że gdyby te tematy były dobrze, nowocześnie komiksowo zrobione zainteresowałyby też czytelników w Europie. Trochę o marzeniach, o takiej serii pokazującej wkład Polski w europejską historię mówił Przemek Truściński w wywiadzie dla "Mówią Wieki". I ja się z tym zgadzam. Bo niby czemu tylko my w Polsce mamy czytać komiks o Komunie Paryskiej wydany przez Egmont na francuskiej licencji? Trzeba też dać szansę polskim czytelnikom, ale i Francuzom, przeczytania komiksu np. o Dytmitrze Samozwańcu czy Bolesławie Śmiałym. Takie rzeczy są możliwe.

Ucząc bawisz, czy bawiąc uczysz? Co jest ważniejsze dla ciebie, a co dla twoich wydawców?
Dla wydawców naszych komiksów edukacja jest bardzo ważna.

W IPN-nie na przykład praktycznie nie przechodzą przekleństwa, nie jesteśmy też pewni recepcji współczesnych czytelników jeśli chodzi o obraz wojny, co np. z brutalnością niektórych scen? Czy brutalne sceny, w które obfitowała wojna, nie są zbyt drastyczne dla (młodego?) czytelnika? Tego ja też nie wiem. I trochę ten brutalizm scen jest przez IPN łagodzony.

Co do mojego poglądu na edukację, to powiem, że ja nigdy nie lubiłem szkoły. Odkąd skończyłem LO, obiecałem sobie, że moja noga nigdy więcej nie postanie w żadnej szkole. Zawsze uważałem, że "człowiek rodzi się mądry, ale potem idzie do szkoły" (śmiech). A teraz robię komiksy, które mają być w założeniu edukacyjne. Dziwnie to się ułożyło. Przyznam, że mam z tym kłopoty. Po publikacji "Korfantego" słyszałem np. opinie, że gimnazjaliści w tym komiksie palą papierosy na hałdzie – co nie jest zbyt edukacyjne.

Duża część społeczeństwa wydaje się dość niechętnie nastawiona do eksperymentów dotyczących bohaterów narodowych. Spotkałeś się z jakimiś wojowniczymi reakcjami na przedstawianie historii Polski w komiksowej formie? Ktoś zarzucił ci naciąganie faktów, szafowanie nazwiskami?
Poniekąd nie dziwię się tej niechęci. Każde mądre społeczeństwo broni się przed opluwaniem własnych symboli czy przed poniewieraniem narodowych bohaterów. Czym innym jest krytyka, świeże spojrzenie na bohatera, czym innym świadome jego zohydzanie. Umówmy się, że nie wszystkim twórcom zależy na przedstawianiu bohaterów narodowych w korzystnym świetle. Także nie wszystkim krytykom/recenzentom.

Jeśli chodzi o wojownicze reakcje, to chyba tylko w lokalnym wydaniu "Gazety Wyborczej" była taka "wojownicza" recenzja komiksu o Korfantym. Dotyczyła i treści komiksu, i naciągania faktów, ogólnie komiksowej formy i współudziału w winie wydawcy. Wszystkiego. Wydaje mi się, że recenzent "GW" nie zrozumiał też specyfiki komiksu. Albo zobaczył w tym komiksie jakieś inne zagrożenie.

W wywiadzie dla Ziniola mówiłeś o twoim sposobie na opowiadanie o wydarzeniach, postaciach historycznych w komiksie. A jak radzisz sobie z kompilowaniem zagadnień o literaturze idącej w tomy w ramach niewielkiej objętości komiksowego albumu? Historię Korfantego rozbiłeś na trzy epizody, jakie jeszcze sztuczki stosujesz?
Przy "Korfantym" faktycznie trzeba było przeczytać wiele stron, po to by znaleźć najatrakcyjniejsze obrazy. Ponadto te obrazy musiały się potem ułożyć w pewną logiczną całość. To było trudne. Dlatego zastosowałem tam pomysł z rozbiciem na trzy części.

W komiksie "Wyzwolenie" wydawca od razu założył, że mają się w nim znaleźć trzy niezależne od siebie epizody. Motywem wiążącym miały być trzy zwycięskie bitwy – z okolic maja 1945 r. - w Lesie Stockim, pod Kuryłówką i w Grajewie.

Skojarzyłem sobie ten zamiar z formalnym zabiegiem zastosowanym w kilku filmach tzw. "polskiej szkoły filmowej": "Świadectwem urodzenia", "Krzyżem walecznych" i "Eroicą" – to wszystko były filmy etiudowe. Zawierały one też trzy (!) lub dwa (w przypadku "Eroiki" trzecia część nie została nakręcona) niezależne od siebie epizody. Pomyślałem, że skoro zagrało to w filmach, jest szansa, że zagra też w komiksie.

Przyznam, że wielkie wrażenie zawsze na mnie robiło "Świadectwo urodzenia" Stanisława Różewicza. Tam bohaterami były dzieci. Dlatego pomyślałem, że w etiudach z „Wyzwolenia” też pojawiają się dzieci – ale w symbolicznych, wymyślonych scenach. A pozostałe sceny dla kontrastu będą oparte na faktach. Dziecko jest w "Lesie Stockim" w scenie pierwszej, w "Grajewie" w scenie ostatniej. "Las Stocki" był pisany pierwszy, "Grajewo" ostatnie. To byłaby klamra dla całości (niestety, ostatecznie kolejność epizodów będzie w komiksie inna).

Jeśli już dzieci się pojawiają w "Wyzwoleniu" zawsze są spostrzegawcze, ciekawskie, informują o rzeczach, o których nie wiedzą jeszcze dorośli. To taki hołd dla filmu S. Różewicza, no i sztuczka, o którą pytałeś.

Czy czytelnicy komiksów historycznych to ci sami czytelnicy, którzy czytają komiksy Egmontu czy Kultury Gniewu?
Nie do końca. Wydawnictwa, które wymieniłeś, niewiele mają do zaoferowania ludziom, którzy interesują się historią, czy polską kulturą.

Nie ciągnie cię do fikcji – science-fiction, fantasy, współczesnego obyczaju? Scenariuszy stojących na przeciwnym biegunie dla komiksu historycznego?
Ciągnie. Mam nawet jakiś scenariusz komiksu obyczajowego. Chciałbym kiedyś zrobić komiks science-fiction.

Nie do końca zgodzę się z tym, że fikcja stoi na przeciwnym biegunie do komiksu historycznego. To raczej nie krępuje wyobraźni, nie wpływa na jakość utworu. Dla mnie np. w komiksie liczy się biegłość rysunkowa i fabularna, kompozycja kadru i strony, artyzm, przekaz. Przede wszystkim uważam jednak, że sztuka może humanizować lub dehumanizować. I to jest główna oś podziału. To, czy komiks opowiada historię fikcyjną, czy oparty jest na faktach, nie jest z tego punktu widzenia istotne.

piątek, 1 października 2010

#573 - Wywiadówka: Jazda obowiązkowa ze Sławomirem Zajączkowskim

Z okazji trwającego właśnie Międzynarodowego Festiwalu Komiksu (i Gier) zmieniliśmy nieco nasz typowy weekendowy harmonogram. Piątkowo zgadywanka, sobotni Komix-Express i niedzielny Trans-Atlantyk niestety nie przygotują się same, kiedy redakcja Kolorowych Zeszytów będzie bawić w Łodzi. Nadrabiamy natomiast nasze zaległości odnośnie Wywiadówki - w zeszłym tygodniu Tomek Kontny skończył przepytywać Sławomira Zajączkowskiego. Zapraszamy do lektury i do zobaczenia w ŁDKu!


Tomasz Kontny: Jak zaczęła się Twoja przygoda z komiksem? Co pchnęło cię do pisania scenariuszy komiksowych? I dlaczego akurat komiksowych, a nie filmowych czy teatralnych?
Sławomir Zajączkowski: Zaczęło się od lektury jednego z odcinków "Festiwalu Czarownic" Janusza Christy w "Świecie Młodych". To był odcinek z atakiem Rarogów na warownię zbójcerzy. Potem były komiksy Raczkiewicza na motywach J. Verne’a.

W dzieciństwie, w połowie lat 80-tych, czytałem sporo beletrystyki przygodowej: Verne, Curwood, Cooper, May, Szklarski, Wernic, Fiedler, z fantastyki – U. Le Guin. Te książki były świetnie ilustrowane – przez wybitnych polskich grafików: Rozwadowskiego, Kościelniaka, Kobylińskiego, Uniechowskiego i innych. Komiksy, których ukazywało się wówczas niewiele były uzupełnieniem tych przygodowo-podróżniczych lektur pełnych dobrych ilustracji. Mi wtedy nie tylko komiks kojarzył się z połączeniem tekstu i rysunku, ale i klasyka powieściowa.

W zasadzie też zawsze sam próbowałem rysować komiksy, pisanie scenariuszy pojawiło się tak naprawdę dosyć późno – kilka lat temu. Co do praktycznej strony mojej przygody z komiksem to wspomnę, że w latach 90-tych w Magazynie Komiksów "AQQ" ukazało się kilka moich tekstów publicystycznych i jeden komiks. Kilka tekstów było też w magazynie internetowym "KZ".

A dlaczego komiks, a nie teatr czy film? Dlatego, że połączenie pisanego słowa z narysowanym (a więc nierealnym) obrazem daje fantastyczny, artystyczny efekt. Chodzi o wynikającą z tego połączenia sprzeczność – z jednej strony mamy umowność narysowanego przecież świata, z drugiej silną jednak jego rzeczywistość/namacalność.

Oczywiście między teatrem, komiksem i filmem są podobieństwa. Wszędzie fundamentem jest fabuła, ale w komiksie (w odróżnieniu od teatru) na plan pierwszy wychodzi coś, co Arystoteles w "Poetyce" nazwał "widowiskiem". W komiksie to rysunek i kolor. Czytelnicy i recenzenci domagają się od komiksów właśnie "widowiska" - czasami przybiera to banalną formę np. w odniesieniu do moich komiksów słyszałem nieraz, że szkoda, że nie ma w nich koloru. "Widowiskowość" dla komiksu jest kluczowa. Dlatego scenariusz powinien być na dalszym planie i powinien być robiony "pod rysunki". Bo w komiksie ważniejsza jest praca rysownika (który jest odpowiednikiem scenografa w teatrze). Gdyby było inaczej (tak jak w teatrze) komiksowe scenariusze można by było drukować jako odrębne utwory, które mogliby realizować różni rysownicy. A przecież scenariusze komiksowe czy filmowe to zaledwie półprodukty o cechach dzieła rzemieślniczego.

To kolejny powód, dla którego piszę scenariusze komiksów - odpowiada mi takie działanie na styku rzemiosła i tzw. "współczesnej" sztuki.

Jeśli chodzi scenariusze filmowe, to mam napisane dwa. Czas pokaże czy zostaną zrealizowane.

Które dzieła wywarły na Ciebie największy wpływ, kto jest Twoim pisarskim wzorem? Opowiedz o swoich inspiracjach, również tych pozakomiksowych.
Literatura - największy wrażenie wywarły na mnie takie powieści jak: "Ja Klaudiusz", "David Copperfield", "Ogniem i mieczem", "Imię róży", "Władca pierścieni", "Władca much", z nowel: "Panny z Wilka" , z fantastyki: "Grobowce Atuanu", z literatury faktu: "Diament odnaleziony w popiele", z książek przygodowych: "Czarna bandera", "Pogromca Zwierząt". Czyli generalnie klasyka. Z książek polskich autorów wydanych w ostatnich kilku latach podobał mi się "Warunek" E. Rylskiego i "Post mortem" A. Mularczyka.

Kino – zdecydowanie klasyka: filmy Ch. Chaplina, F. Capry, F. Felliniego, A. Kurosawy, J. L. Godarda, M. Scorcese, G. Tornatore, S. Różewicza. Kilka tytułów chronologicznie: "Mr. Smith jedzie do Waszyngtonu", "To wspaniałe życie", "Na nabrzeżach", "Na wschód od Edenu", "Tak tu cicho o zmierzchu", "Los człowieka", "Żyć własnym życiem", "Do utraty tchu", "Rio Bravo", "Człowiek zwany koniem", "Siedmiu samurajów", "Ukryta forteca", "Ojciec chrzestny", "Złote czasy radia", "Amarcord", "Taksówkarz", "Dawno temu w Ameryce", "9 i pół tygodnia", "Gwiezdne wojny: Imperium kontratakuje", "Heavy Metal", "Conan Barbarzyńca", "Fandango", "Tańczący z wilkami", "Cinema paradiso", "Życie jest piękne", "Braveheart. Waleczne serce", "Wiatr buszujący w jęczmieniu"; z polskich filmów: "Hubal", "Wolne miasto", "Świadectwo urodzenia", "Noce i dnie", "Do widzenia do jutra", a z ostatnich filmów: "Wszystko, co kocham", z seriali: seriale BBC "Duma i uprzedzenie" i "Ja, Klaudiusz".

Komiks – znowu nie będę oryginalny i wskażę na klasykę: komiksy spółek autorskich: Rosiński-Van Hamme, Manara-Pratt, Gillon-Forest, Bilal-Christin.

Trzy najlepsze komiksy, które przychodzą Ci do głowy zawsze, kiedy ktoś budzi Cię w nocy i zadaje takie głupie pytanie?
Pewnie bym zamajaczył, że: "Thorgal: Łucznicy"; "Kajko i kokosz: Szranki i konkury"; a z rzeczy nie wydanych w Polsce: "John Seeseker" – i wrócił szybko spać.

Pamiętasz swój pierwszy scenariusz? O czym był, jak oceniasz go z perspektywy czasu?
Scenariusz był o rybakach. Napisałem go jakieś 10 lat temu. Temat był obyczajowy z elementami SF. Pan Andrzej Chyży zrobił do niego fajne storyboardy. Potem napisałem scenariusz komiksu "Elektryczność", do którego Krzysztof Wyrzykowski narysował kilkanaście plansz. Więc w zasadzie pierwszy na rysowniczej tapecie był komiks o rybakach, a jeśli chodzi o gotową planszę to "Elektryczność". Żaden z tych komiksów ostatecznie nie został ukończony. Wydaje mi się, że oba scenariusze mogłyby jeszcze i dziś się obronić.

Pierwsze scenariusze pisałeś intuicyjnie, czy opierając się o teoretyczną, książkową wiedzę?
Intuicyjnie. Nie ma w Polsce literatury na temat pisania scenariuszy komiksowych.

Do wszystkiego trzeba dojść samemu. Warto czytać książki opowiadające o doświadczeniach twórców z różnych dziedzin – również tych odległych od komiksu - o ich poszukiwaniach, inspiracjach, zmaganiu się tematem, szukaniu najlepszych rozwiązań. Filmowcy, kompozytorzy, malarze, ilustratorzy – wszyscy oni mówią ciekawe rzeczy. A proces twórczy wszędzie jest podobny.

Masz jakieś własne, specyficzne metody pracy nad scenariuszem? Opowiedz o kolejnych etapach pisania.
W zasadzie etapy są dwa. Najpierw piszę na kartce w punktach (zwykle 7-9 punktów) o tym, co chcę w fabule umieścić. Jakie mają tam być sceny? Jak ma być długi? Kto jest bohaterem? Jakie są punkty zwrotne w akcji? Czy jest miejsce na humor? Jaka konwencja? To taka trochę filmowa "drabinka", trochę eksplikacja. To mi zajmuje około strony. To takie założenia.

Drugi etap to pisanie scenariusza już w komputerze. Czasami w trakcie pisania okazuje się, że z 9 punktów 2-3 nie zostają zrealizowane. Scenariusz czasami różni się od założeń. Niektóre z założonych punktów nie pasują do reszty, czasem bohater epizodyczny zaczyna grać pierwsze skrzypce (zupełnie jak dobry aktor drugoplanowy, który przyćmiewa główne role)… W czasie pisania dzieją się dziwne rzeczy… Niektóre postacie zaczynają żyć własnym życiem. Wtedy trzeba je przytemperować - tak było np. w 1 epizodzie komiksu "Wyzwolenie? 1945", kiedy to jeden z bohaterów historii - Wołyniak co chwila wychodził na plan pierwszy kosztem Ojca Jana i Jagny i głównego założenia komiksu, którym było pokazanie bitwy pod Kuryłówką. Ciągle musiałem kontrolować jego rolę, by nie wychodziła zbytnio przed szereg.

Masz jakieś ulubione cechy, którymi zwykłeś obdarzać wymyślone postacie, ulubione motywy, do których wracasz w kolejnych scenariuszach?
Cechy postaci mają znaczenie dla komiksowych seriali, serie opierają się na sprawdzonych zagraniach, ulubionych motywach - właściwych dla danej serii - tak jest w "Kicu Przystojniaku", "Jerzu Jeżym", "Kajku i Kokoszu". Ale to ma znaczenie tylko w serialach komiksowych, w one shotach już nie. Tak się składa, że ja dotychczas robiłem tylko pojedyncze historie.

Piszesz scenariusze w postaci luźniejszych opowiadań czy precyzyjnie rozpisanych kadrów? Opracowujesz storyboardy czy tylko sugerujesz rozmiar kadrów?
Mój scenariusz składa się ze scen. Każda scena ma punkty. Scena w zasadzie oznacza zmianę czasu lub miejsca. Scenom często nadaję tytuły nawiązujące do jej zawartości – to bardzo praktyczne. Punkty w scenach z grubsza oznaczają rysunki. Scenariusz jest lakoniczny, piszę tam tylko o ważnych rzeczach, czasem, jeśli to istotne, o elemencie stroju czy charakterystyce krajobrazu. Zawsze piszę o porze roku czy porze dnia. Idealnie jest, gdy koniec sceny rysownik planuje na końcu narysowanej strony, tak, aby góra nowej strony rozpoczynała się w innym miejscu (w innym krajobrazie) lub w innym czasie. Ale nie mogę tego wymagać – wszystko zależy do rysownika, nie może być przecież sztampy.

Decyzja w ustawieniu kamery, oświetleniu itd. należy do rysownika – to on używając nazewnictwa filmowego jest reżyserem, operatorem i montażystą, częściowo kostiumologiem. Nigdy nie sugeruję wielkości kadrów. Rysownicy mają intuicyjne (lub wyuczone w plastycznych uczelniach) wyczucie kompozycji, kadru, planszy i światła, posiadają wiedzę o proporcjach i kolorze, często dobry gust. To fachowcy, którym należy w tych sprawach ufać. Ja zawsze ufam. Zresztą trudno nie zawierzyć estetycznemu zmysłowi tak dobrych rysowników jak Krzysztof Wyrzykowski, Andrzej Fonfara czy Artur Suchan.

W zasadzie mi, jako scenarzyście, zależy tylko na tempie historii. Powinno być mniej więcej takie jak w scenariuszu. Rysownik nie powinien rozwlekać niektórych scen ponad miarę, a innych ścieśniać, bo akurat ta scena mu się wydaje ciekawsza do rysowania, a inna mniej. To powoduje przesunięcie akcentów, a nawet zmianę wymowy historii. Tempo opowieści wyznacza scenariusz. Ale to sprawy, które większość rysowników intuicyjnie rozumie. I nie miałem z tym dotąd żadnych problemów.

Scenorys robiłem tylko raz, wspólnie z rysownikiem – ale to było wyraźnie na prośbę jeszcze innego rysownika. Ten komiks jeszcze nie jest gotowy. Jeden scenariusz napisałem też wspólnie z innym scenarzystą – Krzysztofem Burdonem.

Ze spraw plastycznych zastrzegam sobie jedynie prawo do sugestii, co do projektu okładki i zaakceptowania ostatecznego jej wyglądu. Ale takie samo prawo mają też wydawcy.

Częściej planujesz całą historię w głowie, a dopiero potem siadasz do rozpisywania jej na kadry, czy pozwalasz jej żyć, rozwijać się wraz z każdą kolejną stroną bez całościowego planu?
Oczywiście, że planuję historię. Nie wierzę w to, że dobra historia może powstać bez dobrego planu czy scenariusza. To złuda. Komiks "Muchy" powstawał bez takiego scenariusza. I co? Uznano go najgorszym komiksem roku. A projekt "Pieces"? To też mnie nie przekonuje. Każdy rysownik rysował jeden kadr, w komiksie było wielu rysowników. To miało sprawić, że historia będzie ciekawa, dynamiczna, bo każdy twórca wniesie coś od siebie, swój nerw, swoją wizję. Ale to rozbiło jedność utworu, zatraciło jego sens. Nikt nie czuł się odpowiedzialny za dzieło. To był raczej happening niż świadomy komiksowy utwór.

Bez planu pisze się tylko pamiętniki. Ale to inny rodzaj twórczości. Już komiksy pozujące na pamiętniki (np. "Na szybko spisane 1980-1990") mają plan, czyli scenariusz.

Jakie rozwiązania scenopisarskie – w stylu bohatera budzącego się na ostatniej stronie i stwierdzający, że wszystko było snem - wyjątkowo grają Ci na nerwach?
Czy ja wiem? Jeśli chodzi o sprawy formalne budowy scenariusza to raczej nic. Niektórzy scenarzyści mając za zadanie poważny temat wolą zamiast klasycznej historii opisać go z perspektywy np. mrówek czy krasnoludków. To współczesna moda, traktowana przez niektórych recenzentów i czytelników, jako wyjątkowa oryginalność. Trochę mnie to śmieszy – ale nic w tym złego, jeśli warsztatowo jest interesująco.

Na nerwach gra mi raczej co innego - obecna również w komiksach polityczna poprawność, małpowanie zachodnich wzorów i tematów (ekologia, komiks lesbijski), głupkowate podkopywanie tradycji chrześcijańskiej, sprowadzanie wszystkiego do prymitywnego pornograficznego żartu, tak jakby autorom wszystko kojarzyło się tylko z jednym. Pewnie przesadzam, bo generalnie to problemy komiksów frankofońskich, a nie polskich.

Ciężko określić ilość czasu, którą spędza się pracując nad scenariuszem. Pamiętasz jakieś ekstremalne sytuacje, kiedy pisanie tekstu trwało bardzo krótko lub wyjątkowo długo?
W przypadku komiksów historycznych, które robiłem, praca nad scenariuszem trwała około trzech miesięcy. Raczej niczego nie staram się przyspieszać. A ekstremalnych zleceń nie biorę. Uważam, że pośpiech źle odbija się na jakości.

Czas leci, a scenariusz się nie klei – co robisz? Masz jakieś sposoby na radzenie sobie z pisarską blokadą?
Nie mam.

Czasami jest tak, że są w dni, w których lepiej wszystko dostrzegasz i formułujesz myśli, i są dni, gdy nie chce ci się ruszyć palcem w bucie. Ja czuję, kiedy jestem w formie i wykorzystuję to – wtedy siedzę do późna w nocy i piszę. A w dniach, gdy są "dołki", poprawiam co najwyżej literówki.

Gotowy scenariusz starasz się traktować jako zamkniętą całość, czy raczej poprawiasz go do samego końca prac nad komiksem?
Nie poprawiam. Nie dzwonię do rysowników, by jeszcze porozmawiać o tym, o co mi chodziło w scenariuszu. Staram się szanować swój czas i rysownika. Najważniejszy w tworzeniu jest komfort spokoju. Oczywiście w gotowych planszach są literówki, trzeba sprawdzić czy wszystko w dymkach jest OK., czasem zmienić szyk zdania. Są też uwagi wydawców, do których trzeba się odnieść.

Który moment komiksowej kariery wspominasz najlepiej?
Kariera to zbyt duże słowo. Na pewno przyjemnie jest widzieć wydrukowane komiksy, do których pisało się scenariusz.

Jakie masz plany na przyszłość?
Chciałbym jeszcze napisać kilka scenariuszy komiksowych, podjąć współpracę z ciekawymi rysownikami. Często też myślę o komercyjnym magazynie. Choruję na to. Ale obawiam się, że czasy komiksowych magazynów minęły bezpowrotnie.