Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Wywiadówka. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Wywiadówka. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 12 maja 2011

#760 - Wywiadówka: "Podrzędna rola scenarzysty" - rozmowa z Jerzym Szyłakiem

W drugim akcie rozmowy Tomka Kontnego z Jerzym Szyłakiem, autor opowiada o czytelnikach oburzonych erotyką (a raczej ich braku), nowej książce (z paroma starymi tekstami) i genezie "Scen z życia murarza" (oraz epizodzie z „Krzykiem” Muncha). Zapraszamy do lektury!
Tomasz Kontny: W czasie tegorocznej Bydgoskiej Soboty z Komiksem za najważniejszych rysowników dziesięciolecia uznałeś Michała Śledzińskiego, Krzysztofa Gawronkiewicza, Mateusza Skutnika oraz Marka Turka. A co ze scenarzystami? Czy w ogóle możemy mówić o najważniejszych scenarzystach dziesięciolecia, czy może wystarczyłoby przytoczyć jeszcze raz powyższe nazwiska (bez Krzysztofa Gawronkiewicza, bo ten raczej nie pisze)?
Jerzy Szyłak: W przeciwieństwie do Radka Kleczyńskiego, który uważał, że "rysownik jest przedłużeniem ręki scenarzysty", uznaję rolę scenarzysty za podrzędną wobec tego, co ma do pokazania rysownik. Owszem jest na świecie paru wybitnych scenarzystów, ale wydaje mi się, że są oni wyjątkami od reguły, że to rysownik tworzy obrazkową opowieść.

Czy Jerzy Szyłak obraził się na komiksowy światek czy to komiksowy światek zmęczył się Jerzym Szyłakiem? Nie ukazuje się już tyle komiksów do twoich scenariuszy, co kiedyś...
Trochę sobie odpuściłem poszukiwanie rysowników i popędzanie tych, których znalazłem. Rynek jest płytki, komiksy (zwłaszcza polskie) się słabo sprzedają, więc po co robić nowe. Ale na nikogo się nie obraziłem. I nie wydaje mi się, żeby nastąpiło zmęczenie moją osobą. Jeśli dobrze liczę, to do końca roku powinny się ukazać cztery komiksy z moimi scenariuszami.

Dlaczego wycofałeś się z internetowego życia komiksowej społeczności? Kiedyś byłeś jej aktywnym członkiem.
To zabawne pytanie. Kiedy zacząłem się udzielać na forach dyskusyjnych, często mnie pytano, czemu to robię, sugerując jednocześnie, że nie powinienem. Prawdę powiedziawszy, sprawy zawodowe zabrały mi tyle czasu, że zabrakło go na inne rzeczy. Bardzo się zaangażowałem w przygotowywanie projektu nowego kierunku studiów na Uniwersytecie Gdańskim. Jest to Wiedza o Teatrze, na którą nabór powinien być już w tym roku. A w tej chwili jestem na ostatnim etapie nadzorowania pracy moich seminarzystów – jest ich sporo, więc i pracy mam dużo.

Czy zdarza ci się prowadzić na Uniwersytecie Gdańskim zajęcia z komiksów? Jak wyglądają takie wykłady?
Owszem, zdarzało mi się. Wyglądały tak samo, jak inne zajęcia prowadzone przeze mnie.

Czy możemy się spodziewać jakiejś nowej książki o tematyce komiksowej?
Tak. Jest już gotowa. Składa się z częściowo z nowych tekstów, a częściowo z tego, co tu i ówdzie publikowałem. Piszę też rzecz całkiem nową, ale prace nad nią wyglądają tak samo, jak moja aktywność internetowa i z tych samych powodów.

Czy akademicka wiedza na temat komiksów pozwala ustrzec się błędów w praktycznym pisaniu komiksów czy może teoria ma się nijak do praktyki?
Wydaje mi się, że wiedza teoretyczna powoduje, że popełniam inne błędy niż ci, którzy jej nie mają, ale nie robi błędów tylko ten, co nic nie robi.

Zakładając, że nie zdołasz zrealizować wszystkich scenariuszy „z szuflady”, na których historiach, które czekają na swoich rysowników, zależy ci najbardziej?
Zależy mi tak samo na wszystkich.

Większość twoich komiksów kręci się wokół przemocy i/lub seksu. To jakaś fiksacja? Fetysz?
Odnoszę wrażenie, że cokolwiek bym odpowiedział na to pytanie, to i tak moja odpowiedź zostanie źle zrozumiana. Bardzo możliwe, że mam jakąś fiksację na punkcie seksu, ale wolę to niż zakłamanie.

Czy erotyczne komiksy „Obywatel w palącej potrzebie” i „Obywatele w miłosnych uściskach” wywołały jakiś odzew czytelników? Oburzonych rodziców zniesmaczonych lekturami swoich pociech? Kogokolwiek?
Komiks miał na okładce napis, ze jest tylko dla dorosłych, co jest powszechnie zrozumiałym sygnałem dla dzieci, że mają ukrywać przed rodzicami fakt, że go czytają. W wypadku „Obywateli” ten sygnał musiał być wyjątkowo dobrze odebrany, bo z żadnym oburzonym rodzicem się nie zetknąłem. Czytałem natomiast sporo głosów oburzonych internautów i jednego krytyka, który narzekał, że komiks nie jest narysowany „podniecającą kreską”. Czytałem też pracę magisterską Jakuba Łuki „Erotyzm, pornografia i przemoc we współczesnym komiksie polskim”, w której jest całkiem sporo na temat tego, co napisałem i jako teoretyk komiksu, i jako praktyk. To całkiem niezła praca, chociaż autor popełnia tam fatalny błąd twierdząc, że Michał Pawluk jest seryjnym mordercą, którego ściga.

Wkrótce ukaże się prequel „Szminki”, komiks „Sceny z życia murarza”. Jaka jest jego geneza? Skąd potrzeba, aby dopowiedzieć historię bohatera, który umiera w „Szmince”?
Pomyślałem sobie, że skoro wiele innych osób robi prequele, to i ja mogę, i zrobiłem. Szczerze przyznam, że napisałem ten scenariusz, bo wkurzyli mnie koledzy z K/Zetu, z którymi dyskutowałem na forum „wraka” o „Szmince”. Oni uważali, że umieszczenie w tamtym komiksie kadru, który był parafrazą „Krzyku" Muncha to banał i pójście na łatwiznę. Wymyśliłem więc historię, w której roi się od aluzji plastycznych i literackich i wysłałem do nich z prośbą o ocenę. Nikt z nich mi wtedy nie odpowiedział. Ale historia została. I w końcu doczekała się realizacji.
Na ostatnią część pytania mógłbym odpowiedzieć, że żal mi było dobrze wymyślonej postaci, która przedwcześnie opuściła scenę i nie byłaby to zupełna nieprawda.

W "Ziarnku Prawdy" pojawia się zamek w Chocimiu. Czy to był celowy zabieg, czy tylko inwencja Huberta Ronka? Jeśli był to celowy zabieg, to dlaczego akurat ten zamek?
W scenariuszu nie ma zamku w Chocimiu.

środa, 11 maja 2011

#759 - Wywiadówka: Jazda obowiązkowa z Jerzym Szyłakiem

Bohaterem ostatniej wznowionej Wywiadówki jest Jerzy Szyłak. Teoretyk, krytyk i twórca, jeden z największych autorytetów w dziedzinie sztuki komiksowej. Najważniejsze albumy, które powstały do jego scenariuszy, to seria o przygodach prywatnego detektywa Benedykta Dampca – w tym "Benek Dampc i trup sąsiada" (rys. Robert Służały) i "Strange places" (rys. Maciej Pałka), erotyczny cykl „Obywatel w palącej potrzebie” i "Obywatele w miłosnych uściskach" (rys. Jacek Michalski), dwuczęściowa wariacja na temat przygód Alicji (Lewisa Carrolla) - "Alicja" (rys. Mateusz Skutnik) i "Alicja po drugiej stronie lustra" (rys. Jarosław Gach) oraz kryminalna "Szminka" (rys. Joanna Karpowicz). Wywiad przeprowadził oczywiście Tomasz Kontny.

Tomasz Kontny: Jak zaczęła się Twoja przygoda z komiksem? Co pchnęło cię do pisania scenariuszy komiksowych? I dlaczego akurat komiksowych, a nie filmowych czy teatralnych?
Jerzy Szyłak: Moja przygoda z komiksem zaczęła się chyba od "Kajtka i Koka" w „Wieczorze Wybrzeża”. Potem odkryłem "Tytusa, Romka i A’Tomka", no i "Kapitana Żbika" - tę serię czytałem od pierwszego odcinka. Kiedy byłem w liceum zaczął ukazywać się "Relax". Krótko mówiąc, dorastałem w czasach, kiedy komiksów był dostatek, a wszystkie "kamienie milowe"polskiego komiksu miały swoje premiery.
Scenariusze początkowo pisałem tylko dla siebie. A nawet ich nie pisałem, tylko siadałem do rysowania komiksów i wymyślałem historyjkę, którą chciałem narysować. A rysowałem albo proste żarty rysunkowe, albo dość dziwne historyjki w rodzaju "Małego masturbatora". Pisanie dla innych zacząłem od adaptacji literatury – takie było zapotrzebowanie ze strony wydawców: zrobiłem adaptację "Odysei", która została narysowana, ale nie doczekała się publikacji, przerobiłem na komiks "Alicję w Krainie czarów" – narysował ją Sławek Jezierski. Potem adaptowałem "Quo Vadis", które miał rysować (nieżyjący już) Marek Górnisiewicz, ale wydawca, który mi to zlecił pochwalił się tym projektem Włochom, ci zaś stwierdzili, ze chętnie kupią gotowy komiks, co spowodowało, że grafik z wydawnictwa postanowił sam go narysować. Efekt był taki, że komiks nigdy nie powstał, ale honorarium za scenariusz dostałem.
Na pisanie własnych rzeczy namówili mnie rysownicy, którzy chcieli, żebym zrobił im scenariusz pasujący do tego, co robią. Mniej więcej w tym samym czasie zaczęła się moja przygoda z "Fanem", dla którego napisałem scenariusze godzące to, czego oczekiwali rysownicy (Sławek Jezierski, Sławek Wróblewski) z oczekiwaniami wydawcy. Nie zawsze mi się to udawało, ale w sumie napisałem wtedy sporo – bardzo tradycyjnych – historyjek, z których część bezpowrotnie zaginęła.
Na ostatnią część pytania chyba już odpowiedziałem: pisałem dla rysowników. Gdyby o scenariusz poprosił mnie jakiś filmowiec, pewnie też bym go napisał, ale tak się nie stało.

Które dzieła wywarły na Ciebie największy wpływ, kto jest Twoim pisarskim wzorem? Opowiedz o swoich inspiracjach, również tych pozakomiksowych.
Literaturą zajmuję się zawodowo w związku z czym nie mam pisarskich wzorów, mam za to bibliotekę tekstów, które przeczytałem, bo lubię i takich, które przeczytać musiałem, bo omawiam je na zajęciach. Obsesyjnie wracam do "Alicji w Krainie Czarów", więc pewnie Lewis Carroll jest moim wzorem, a z komiksiarzy to pokolenie "Heavy Metalu" – Moebius, Corben, Druillet. No i "Thorgal".

Trzy najlepsze komiksy, które przychodzą Ci do głowy zawsze, kiedy ktoś budzi Cię w nocy i zadaje takie głupie pytanie?
Na szczęście nikt tego nie robi, ale podejrzewam, że za każdym razem udzielałbym innej odpowiedzi. Czasem jednak (w ciągu dnia) znajomi, którzy nie zajmują się komiksem, zadają podobne pytanie, ale im także udzielam różnych odpowiedzi w zależności od tego, czy należą do czytających, czy oglądających i od tego, jaki jest ich stosunek do nowych tendencji w malarstwie. Tym, którzy się snobują na znawców sztuki współczesnej pokazuję wtedy "Arkham Asylum" McKeana, "Fires" Mattottiego i „M” Mutha. Koleżance, która jest historykiem sztuki pokazałem "Flet Zaczarowany" Amano i to był strzał w dziesiątkę. Januszowi Chriście natomiast pokazałem kiedyś Willa Eisnera, bo czułem, że on na pewno doceni jakość tej komiksowej roboty i rzeczywiście docenił (ba, był zachwycony). "Tradycjonalistom" pokazuję Manarę i – ostatnio – "Przybysza" Shauna Tana. A prawdziwym przyjaciołom – Loustala i Skutnika.

Pamiętasz swój pierwszy scenariusz? O czym był, jak oceniasz go z perspektywy czasu?
Pierwsza była chyba adaptacja "Odysei". Zrobiłem z dzieła Homera opowieść bez bogów. Nie wiem, jak mi się to udało, ale to nie był zły scenariusz.
Nie, przepraszam. Pierwsza była "Fantazja na fujarkę" – przerobiłem na komiks moje krótkie opowiadanie (jedyne, opublikowane w "Fantastyce"). Narysował to Marek Górnisiewicz. Opublikowały "Wiadomości Elbląskie". Nie był to wybitny komiks, ale dobrze się bawiliśmy przy jego realizacji.

Pierwsze scenariusze pisałeś intuicyjnie, czy opierając się o teoretyczną, książkową wiedzę?
Oczywiście, że intuicyjnie. A właściwie – kierowałem się intuicją i setkami przeczytanych wcześniej komiksów.

Masz jakieś własne, specyficzne metody pracy nad scenariuszem? Opowiedz o kolejnych etapach pisania.
Kiedyś z reguły zaczynałem od rysowania projektu planszy – robiłem taki bazgroł, w którym tylko ja potrafiłem się rozeznać. Chodziło o to, żeby zobaczyć, jak będzie wyglądał układ kadrów na stronie i dobrze zaplanować wielkość i kolejność dymków. Bardzo długo tak pracowałem i mam jeszcze niektóre z zeszytów, w których robiłem te bazgroły – chociaż dziś już nie wiem, co przedstawiają i do czego miały służyć.

Masz jakieś ulubione cechy, którymi zwykłeś obdarzać wymyślone postacie, ulubione motywy, do których wracasz w kolejnych scenariuszach?
Podejrzewam, że tak, ale nigdy się nad tym nie zastanawiałem.

Piszesz scenariusze w postaci luźniejszych opowiadań czy precyzyjnie rozpisanych kadrów? Opracowujesz storyboardy czy tylko sugerujesz rozmiar kadrów?
Planuję podział na strony i na kadry. Podaję, jakie teksty mają się znaleźć w dymkach i w komentarzach. No i piszę, co robią postacie na obrazku (o ile coś robią) oraz z jakiego punktu widzenia to pokazać, chyba, że nie ma to znaczenia dla ciągłości opowiadanej historii. Raczej się nie rozpisuję na temat szczegółów wyglądu postaci i scenerii, bo uważam, że rysownik ma w tej kwestii lepsze wyczucie.

Częściej planujesz całą historię w głowie, a dopiero potem siadasz do rozpisywania jej na kadry, czy pozwalasz jej żyć, rozwijać się wraz z każdą kolejną stroną bez całościowego planu?
Kiedy zaczynam pisać, najczęściej nie wiem, jak się skończy cała historia. I czasem zdarza się, że opowieść układa się sama, a czasem zatrzymuje się w połowie i za cholerę nie chce się rozwinąć.

Jakie rozwiązania scenopisarskie – w stylu bohatera budzącego się na ostatniej stronie i stwierdzający, że wszystko było snem - wyjątkowo grają Ci na nerwach?
Ogólnie rzecz biorąc, jestem tolerancyjny. Nie lubię bohaterów, którzy wracają zza grobu i odcinków, które istnieją tylko po to, by opóźnić rozwój zdarzeń w wątku, który bardzo ładnie się zapowiadał w odcinku poprzednim.

Ciężko określić ilość czasu, którą spędza się pracując nad scenariuszem. Pamiętasz jakieś ekstremalne sytuacje, kiedy pisanie tekstu trwało bardzo krótko lub wyjątkowo długo?
Nie pamiętam.

Czas leci, a scenariusz się nie klei – co robisz? Masz jakieś sposoby na radzenie sobie z pisarską blokadą?
Odkładam na później i zabieram się za pisanie zupełnie czego innego, albo za inne zajęcia. Czasem dobry pomysł przychodzi do głowy w najmniej oczekiwanym momencie, a czasem przerwa trwa tak długo, że w ogóle zapominam o tym, że pisałem ten scenariusz. Jakiś czas temu Mateusz Skutnik mi przypomniał, że pisałem "Nowe przygody Marii Curie i jej męża Piotra". Udało mi się znaleźć szesnaście stron, które wtedy napisałem, ale nie znalazłem w sobie chęci, by to kontynuować. Może kiedyś.

Gotowy scenariusz starasz się traktować jako zamkniętą całość, czy raczej poprawiasz go do samego końca prac nad komiksem?
Wydaje mi się, że rysownik, który decyduje się narysować komiks na podstawie mojego scenariusza, czułby się zrobiony w konia, gdybym nagle zaczął mu podsuwać poprawki i wprowadzać zmiany. Dlatego nigdy tego nie robię, chyba, że rysownik uważa, że jakieś zmiany powinny nastąpić.

Który moment komiksowej kariery wspominasz najlepiej?
Dzień, kiedy dostałem z "Komiksu Fantastyki" honorarium za "Małego masturbatora". To były naprawdę duże pieniądze.

Jakie masz plany na przyszłość?
Nie mam planów. Mam jedynie spory zapas scenariuszy do rozdania ludziom, którzy chcieliby je narysować.

wtorek, 3 maja 2011

#752 - Wywiadówka: "Prędzej czy później dostaniesz w twarz" - rozmowa z Karolem Konwerskim

W drugiej części rozmowy z Karolem Konwerskim krakowski scenarzysta opowiada o definitywnym końcu "Blakiego", wylicza komiksowe projekty swojego autorstwa, które czekają swojej realizacji i mówi o różnicach pomiędzy pisaniem scenariuszy do komiksów, a do gier.

Tomasz Kontny: Skoro wspomniałeś o "Poważnym człowieku", to kusi mnie, aby zapytać, o co - Twoim zdaniem - chodzi w tym filmie i jakie jest znaczenie pierwszej sceny, tej z dybukiem. Dla mnie to przypowieść o upadku rodziny, jako opoki przeciwko wszelkiemu złu i samym Źle, które z pojedynczego dybuka przerodziło się w obecnych czasach w legion pomniejszych diabłów.

Karol Konwerski: Dla mnie Dybuk, to, po pierwsze, symbol naznaczenia - klątwy, po drugie, działa na zasadzie kontrastu: fantastyka z próbą zabicia "nieumartego” kontra pozbawiona tego mistycznego oddechu Ameryka lat - z pozoru - pięćdziesiątych. To XX-wieczny Hiob – zakończenie z trąba powietrzną - Abraxas
Abraxas - imię Najwyższego. Zgodnie z pitagorejskim systemem liczbowym ten zapis dawał liczbę 365, czyli liczbę dni w roku, a bohater tłumaczy się przez telefon "Co ja zrobiłem? Dlaczego mnie dręczysz?". Trąba – to trąba zabija rodzinę Hioba, a co mamy w ostatniej scenie filmu?

Opowiedz więcej o twoim wycofaniu się z projektu Below Radars. Zadecydował czas, który mogłeś poświęcić temu przedsięwzięciu, czy może wyczerpała się jego formuła?
Czas to główny powód. Ale jest coś chyba ważniejszego - "od wtedy" coraz mniej interesuje mnie pisanie o komiksach.

Czym różni się pisanie scenariusza do komiksu od pisania scenariusza do gry? Czy któryś z nich uważasz za trudniejszy, bardziej wymagający?
Wszystkim! Gry to jednak trudniejsza sprawa – wszystko, czego nie wymyślisz, nie przewidzisz, zostanie zweryfikowane i dostaniesz tym prędzej czy później w twarz.
Najbliższe komiksom są bez wątpienia gry przygodowe, które robimy, ale... Wydawało mi się (okazuje się, że wielu wciąż się wydaje), że to prosta sprawa, nic trudnego i wymagającego wysiłku – próbowaliśmy z kilkoma scenarzystami zewnętrznymi, którzy nie dali rady, co nie znaczy, że ja daję radę zawsze i wszędzie.

Wiemy już, że piszesz gry – a w co gra Karol Konwerski? W strzelanki o pisarzach pokroju "Alan Wake", czy może w przeglądarkowe casuale? Większą uwagę przykładasz do historii opowiadanej w grze, czy do radości płynącej z zabawy?
Nie gram na konsoli, bo mimo wielu chwil słabości nie kupiłem żadnej – i tak brakuje mi czasu na wszystko. A gram różnie – ostatnio w "Portal", czyli grę wszechczasów! Lubię strzelać, biegać, skakać i tak dalej. Ale ostatni "Modern Warfare" to droga przez mękę za sprawą debilizmów scenariusza....
Czekam na chwilę, kiedy w przygodówkach flaszowych pojawi się ktoś inny, który utrze mi nosa. W tej chwili liczba graczy w nasze gry zbliża się do 200 milionów, a przyczyną ich popularności są fabuły, historie, zagadki. W tej kolejności: fabuła epizodu - historia całości – zagadki. Mateusz powiedział niedawno, że granie w przygodowe gry dla frajdy czysto gameplay’owej, to jak określanie wartości książki po tym, jak fajnie się obraca kartki.

Album "Pan Blaki" doczekał się wzmianki w podręczniku dla licealistów. To dla Ciebie i Mateusza Skutnika ważne wydarzenie w komiksowej karierze, czy może zabawny przypadek związany z tematyką albumu inspirowanego tekstami Leszka Kołakowskiego? No i – czy to coś zmieniło, prócz dodatkowych punktów do prestiżu?
To duże wydarzenie, ale w sumie olane przez środowisko komiksowe... Wiesz, wchodzisz do siedziby Znaku, a tam na tablicy "produkowanych" pozycji jest Miłosz (coś tam, coś tam), Szekspir (wydanie kolejne, zebrane w złoceniu) i, cholera jasna, komiks! Pomijając wszystko inne, kiedy to zobaczyłem, to poczułem się w końcu AUTOREM. To nie był przypadek, a trochę pracy – przygotowałem kilka tekstów, wysłałem do Znaku, odezwali się po chwili.
Czy coś się zmieniło? Chyba nie, poza tym, że uświadomiło, że warto próbować – prestiżu żadnego w środowisku komiksowym, ale punkty spore, kiedy słyszę od kogoś zupełnie niezwiązanego z komiksami, że to zna i czytał.

Będą kolejne albumy o Blakim?
Nie. Więcej nie będzie z prostego powodu – to, co chcieliśmy powiedzieć juz powiedzieliśmy - ciągnięcie tego dalej byłoby zwykłym odcinaniem kuponów, a obaj chcemy iść dalej. Chociaż pech chciał, że trudno w Polsce o coś więcej niż autorski komis wydany przez mainstreamowe wydawnictwo i to wbrew pozorom troszeczkę podcina skrzydła.
Był jeszcze projekt serialu na podstawie Blakiego – animowanego, ale niespecjalnie podobał nam się pilot, to raz, a dwa, że opcja sprzedaży praw do postaci itd. jakiejś telewizji też nam się nie uśmiechała - jeszcze dzięki bogu nie musimy prostytuować się za parę srebrników.

Na Ligaturze prezentowałeś swój projekt komiksu o Cyganach złożonego z krótszych historii. Opowiedz o nim więcej. Skąd pomysł na taką tematykę? Na jakim etapie są prace?
Jest kilka historii, rysownik ponoć ciągle "się zabiera". A pomysł - mieszkam w "starej" Nowej Hucie. Tutaj co tydzień rodzą się i upadają kolejne fortuny cygańskie (w postaci 7-letniego bmw), rozmowy starszych (bo tylko takie mamy) sąsiadek toczą się właśnie wokół Cyganów (uwaga, nie Romów!). Co z tego wyjdzie - zobaczymy.

środa, 27 kwietnia 2011

#748 - Wywiadówka: Jazda obowiązkowa z Karolem Konwerskim

W kolejnej odsłonie Wywiadówki gościmy Karola Konwerskiego, którego jak zwykle na spytki wziął Tomasz Kontny. Krakowski publicysta, krytyk, autor, mogący pochwalić się trylogią o pewnym niewysokim, ciągle zamyślonym jegomościu ("Blaki", "Pan Blaki", "Blaki - Paski") obecnie z powodzeniem zajmuje się tworzeniem scenariuszy do flashowych gier w Pastel Games.


Tomasz Kontny: Jak zaczęła się Twoja przygoda z komiksem? Co pchnęło cię do pisania scenariuszy komiksowych? I dlaczego akurat komiksowych, a nie filmowych czy teatralnych?
Karol Konwerski: To nie tak. Nie wstałem pewnego dnia z mocnym postanowieniem "od dzisiaj to będę scenarzystą komiksowym". Rzecz prosta i trochę przypadkowa. Komiksy czytam od zawsze, próbuje klecić zdania też od zawsze... Od zawsze w ustach trzydziestolatka brzmi co najmniej żenująco, ale niech będzie.

Które dzieła wywarły na Ciebie największy wpływ, kto jest Twoim pisarskim wzorem? Opowiedz o swoich inspiracjach, również tych pozakomiksowych.
Wzory mam, ale nie mają one wiele (chyba) wspólnego z moimi komiksami. Stanisław Dygat - lecę po nim jak diabli... konstrukcja i sposób opowiadania absolutnie dla mnie mistrzowska. Woody Allen - nie filmowiec, a pisarz. Philip K Dick - szaleństwo, wyobraźnia i pierońska konsekwencja. Inna rzecz, że staram się czytać jak najwięcej, ale nie komiksów. To cholernie pomaga.

Trzy najlepsze komiksy, które przychodzą Ci do głowy zawsze, kiedy ktoś budzi Cię w nocy i zadaje takie głupie pytanie?
To pytanie zadała mi niedalej jak tydzień temu Agata Bara i... absolutnie zdurniałem, bo nie mam jakiegoś top 10 komiksów. Raczej top 10 autorów, których połykam wszystko: Chris Ware, Adrian Tomine, Seth, Paul Hornschemeier.

Pamiętasz swój pierwszy scenariusz? O czym był, jak oceniasz go z perspektywy czasu?
Komiksowy: pierwszym poważnym była krótka, dwustronnicowa opowiastka do kwartalnika "Grafia", wspólnie z Tomkiem Minkiewiczem - to nie była zła historia. Zabawne, bo tak sobie przypomniałem swój pierwszy, pierwszy komiks, który sam narysowałem, coś o łodziach podwodnych, nazistach i plamach ropy naftowej.
Wcześniej pisałem jakieś mega kupy dla telewizji edukacyjnej o nastolatkach - jeden nawet wybrali i zrealizowali, to były strasznie złe rzeczy, ale płacili dobrze.

Pierwsze scenariusze pisałeś intuicyjnie, czy opierając się o teoretyczną, książkową wiedzę?
Intuicja głównie, trochę poradników filmowych czytałem, ale to nie ma absolutnie znaczenia

Masz jakieś własne, specyficzne metody pracy nad scenariuszem? Opowiedz o kolejnych etapach pisania.
Wszystko zależy od tego, dla kogo ten scenariusz i czy na komiks, czy może coś innego. Komiksowe są bardzo różne, z reguły piszę skrypt z głównymi dialogami, podziałem na sceny (ale sceny dla mnie, nie dla rysownika), najczęściej (od jakiegoś roku półtora - dzięki Mateuszowi) w zeszycie, z daleka od komputera. Jeśli to, co nabazgrałem ma sens przy przepisywaniu, to lecimy dalej (rzadko) lub ląduje w koszu (najczęściej). Nie lubię planowania plansz, kadrów itd. z kilku powodów, po pierwsze to trochę uwłacza rysownikowi, jako twórcy, po drugie może być odebrane jako brak zaufania i po trzecie ogranicza to historię tylko do tego, co ja mam w głowie. W efekcie powstaje spore sito i rzadko kiedy uznaję, że coś jest na tyle dobre, żeby zawracać komuś głowę.
Teraz trochę to zmieniam, bo to droga donikąd - nie myli się ten, kto nic nie robi, stąd komiks dla "Kartonu", stąd lekkie rozdawnictwo scenariuszy. Czy to ma sens i wartość - zobaczymy. Inaczej jest z jakimiś pseudokomercyjnymi tekstami, bo tu wyjścia nie ma - musi coś powstać.


Masz jakieś ulubione cechy, którymi zwykłeś obdarzać wymyślone postacie, ulubione motywy, do których wracasz w kolejnych scenariuszach?
Pewnie tak, ale nie wiem jakie.

Piszesz scenariusze w postaci luźniejszych opowiadań czy precyzyjnie rozpisanych kadrów? Opracowujesz storyboardy czy tylko sugerujesz rozmiar kadrów?
Jak mówiłem, nie lubię tego, ale czasami jest to konieczne - w grach wygląda to inaczej, czego nie rozpiszę, nie zaplanuję, to potencjalny problem i babol.

Częściej planujesz całą historię w głowie, a dopiero potem siadasz do rozpisywania jej na kadry, czy pozwalasz jej żyć, rozwijać się wraz z każdą kolejną stroną bez całościowego planu?
Każda historia najpierw pojawia się w głowie, żyje sobie, żyje, czeka na moment, kiedy siądę i ją spiszę - nie siadam do pisania, kiedy nie wiem, o czym to jest, do czego zmierza, jak się kończy. Jednej rzeczy, której nie robię, to nie opowiadam - historia opowiedziana jest spalona, skończona i przestaje być dla mnie atrakcyjna. Każdy dialog sobie przepowiadam po dziesięć razy, póki nie brzmi tak, jak chcę.

Jakie rozwiązania scenopisarskie – w stylu bohatera budzącego się na ostatniej stronie i stwierdzający, że wszystko było snem - wyjątkowo grają Ci na nerwach?
Sen nie jest absolutnie złym rozwiązaniem, zresztą nie ma takiego czegoś, jak wyświechtane czy denerwujące rozwiązania, są tylko dobrzy albo źli pisarze. Dopiero co skończyłem "Sen srebrny Salomei" Słowackiego, gdzie wszystko, co ważne, dzieje się w snach właśnie, nic nowego, nic nowatorskiego, a czytasz i przecierasz oczy ze zdumienia, jak można wykorzystać taki motyw. Bez łapania klasyków za kostki: "Sen nr 9" Mitchella, czy ostatnio sny w "Poważnym człowieku".

Ciężko określić ilość czasu, którą spędza się pracując nad scenariuszem. Pamiętasz jakieś ekstremalne sytuacje, kiedy pisanie tekstu trwało bardzo krótko lub wyjątkowo długo?
Samo pisanie, jak pomysł już jest i wiem, co i jak chcę opowiedzieć, to chwila, moment. Jedyny problem, to czas, bo wiem, że jak siądę, to nie odejdę od tego, dopóki nie skończę.Inna sprawa, że Mateusz Skutnik się ze mnie śmieję, że jestem jedynym znanym mu przykładem scenarzysty, na którego czeka rysownik, a nie odwrotnie.

Czas leci, a scenariusz się nie klei – co robisz? Masz jakieś sposoby na radzenie sobie z pisarską blokadą?
Blokada to 80% czasu spędzonego na wymyślaniu historii. Nie ma dobrego rozwiązania i żadne nie działa...

Gotowy scenariusz starasz się traktować jako zamkniętą całość, czy raczej poprawiasz go do samego końca prac nad komiksem?
To zamknięta całość. Poprawiam jedynie jakieś braki czy lekko zmieniam dialogi.

Który moment komiksowej kariery wspominasz najlepiej?
Chyba ten właśnie!

Jakie masz plany na przyszłość?
Kilka shortów, między innymi jeden z Agatą Barą, które może ułożą się w jedną całość, literatura byłaby tu wspólnym mianownikiem. Mam nieskończony album dla Mateusza Skutnika (ale on może poczekać, patrząc na to ile Mateusz ma scenariuszy w kolejce), chciałbym skończyć wreszcie NH (czyli historie o Nowej Hucie), no i luźne shorty, min. jeden z Kamilem "Kurtem" Kochańskim, coś na MFK może w końcu wyślę...

czwartek, 17 marca 2011

#717 - Wywiadówka: "Dream project dla każdego twórcy" - rozmowa z Michałem Gałkiem

W drugiej części rozmowy z Tomaszem Kontnym Michał Gałek opowiada głównie o pracy nad skryptem do nowej inkarnacji komiksowego "Wiedźmina", która już niebawem, pod szyldem "Komiksowych Hitów" trafi do sprzedaży.

Tomasz Kontny: Jaka będzie fabuła nowego komiksowego "Wiedźmina"?
Michał Gałek: Założeniem wydawcy było stworzenie zupełnie nowej historii o Geralcie. Nie adaptacji sagi, nie beletryzacji fabuły gry, ale czegoś zupełnie nowego. Przygotowałem kilka szkiców fabularnych (o różnej docelowej objętości), z których wybrano jeden. Fabuła komiksu "Racja stanu" chronologicznie umiejscowiona jest w trakcie opowiadań. Jeszcze przed wydarzeniami z sagi i gry. A o czym jest? Wiedźmin zapuszcza się w okolice Gór Smoczych, na dalekiej północy i otrzymuje zlecenie na leszego. Stwór ten grasuje w lasach Creigiau, w księstwie Malleore i skutecznie blokuje pracę miejscowego tartaku. Taki jest punkt wyjścia i oczywiście reszty nie zdradzę, żeby nie psuć zabawy.

W jakim stopniu komiks będzie się odwoływał do gry "Wiedźmin II Zabójcy królów"? To dwa projekty połączone osobą głównego bohatera czy jedna opowieść przekazana na dwa sposoby?
Z tego, co się orientuje, CD Projekt jest obecnie kimś w rodzaju dystrybutora praw autorskich na wszelkie okołowiedźmińskie produkcje. Sukces gry i jej wpływ na postrzeganie świata wiedźmińskiego można zauważyć m.in. w nowym wydaniu sagi, której okładki zdobią dizajny z "Wiedźmina 2". Siłą rzeczy, my robiąc komiks, stanowimy kolejny trybik w machinie promocyjnej tej produkcji. W związku z tym, nasz Geralt to wizualnie ich Geralt, pewna część innych dizajnów też jest oparta na projektach z gry. Natomiast fabuła została tak skonstruowana, żeby za bardzo nie wchodzić grze w paradę. Nie pojawiają się w niej ani miejsca, ani postacie z gry. Po prostu rozszerzamy świat wiedźmiński, w podobny sposób, jak się to robi w uniwersum Star Wars, na przykład.

Na ile części przewidywany jest nowy "Wiedźmin"? Każdy album będzie zawierał zamkniętą historię, czy kroi się jakaś szerzej zakrojona opowieść?
Historia zamyka się w dwóch 23-stronicowych częściach, które mają się ukazać jako część magazynu "Komiksowe Hity". Na tyle mamy podpisane kontrakty i tyle na razie wiadomo na 100%. Co będzie dalej, to już zależy od wyników sprzedaży. Ja mam jeszcze kilka wiedźmińskich pomysłów.

Jak będą wyglądały wiedźmińskie "Komiksowe hity"?
Nieco inaczej, niż dotychczasowe numery. W tych wiedzmińskich komiks to tyko część contentu - 23 strony. Reszta to rzeczy okołokomiksowe (nasze szkice, mikrowywiady, itp.), oraz spora ilość rzeczy związanych z gra (nie znam szczegółów). Drugi numer ma identyczny plan. Ukaże sie w czerwcu.

Jarałeś się cyklem Sapkowskiego już wcześniej? Jakie to uczucie wejść w jego buty i zacząć pisać przygody wiedźmina samemu?
Jasne, że się jarałem. Może nie na etapie NF, ale pierwsze wydania z Supernovej do dziś zajmują poczytne miejsce w moim księgozbiorze. Z wiekiem trochę mi ta fascynacja (i w ogóle fantastyką) przeszła, ale odżyła na nowo, gdy poznałem grę. Gra, moim zdaniem, utrzymuje poziom książek, jest bardzo sensowną i tributową kontynuacją. Dziś mogę powiedzieć, że znam ją chyba nawet lepiej niż sagę! Tak, jestem fanem, przyłapałeś mnie.
Jeśli chodzi o wchodzenie w buty, to początkowo była spinka, bo przecież to buty mistrza. To nie jest adaptacja Mastertona, który, owszem, ma fanów, ale mało kto się rozwodzi nad poszczególnymi opowiadaniami. To jest kultowy bohater z kultowymi, rozłożonymi na pierwiastki przez fanów, przygodami. Świadomość, że mam z jednej strony utrzymać się w świecie i w pewnym schemacie, a drugiej zaskoczyć wytrawnych znawców, była początkowo lekko stresująca. Ale potem stwierdziłem, że tak się nie da. Mam po prostu opowiedzieć dobrą historię. Tomek Kołodziejczak zdecydował, która to jest ta właściwa, a ja mam do niego duże zaufanie. Nie tylko, jako do redaktora (z którym pracowałem już kilkukrotnie), ale także jako do pisarza, którego bardzo cenię.
W założeniu ten scenariusz miał być bardzo bliski klasycznym opowiadaniom, w strukturze, w składowych. Nie oszukuję się, "Wiedźmin" komiksowy, to w sumie ledwie imitacja oryginału. Coś tam dodaję od siebie, żeby czytelnik nie dostawał odgrzanego kotleta, ale przede wszystkim nie staram się szokować czytelnika podejściem typu "to ja wam pokażę jak się robi prawdziwego wiedźmina". Bez jaj, AS jest jeden. Znam swoje miejsce w szeregu.

Sapkowski błogosławi kolejnym projektom z udziałem jego bohatera i pilnuje fabuł, czy w tym momencie macie już wolną rękę, a Sapek nie zagląda nikomu do garnków? A jeśli nie on, to kto?
Tak jak wspominałem, CD Projekt. A konkretnie Adam Badowski i Sebastian Stępień (główny scenarzysta). To oni muszą klepnąć fabułę, wygląd postaci, itp. Tomek jako wydawca też ma tutaj ważny glos, bo on ma to sprzedać. Słuchamy się ich, bo mają w tym wszystkim znacznie większe doświadczenie od nas. Natomiast, co miłe, obie strony nie bardzo wcinają się nam w sprawy czysto komiksowe, zakładając, że my to wiemy lepiej. Mogę powiedzieć w imieniu swoim, Arka i Łukasza, że jesteśmy zadowoleni z tej współpracy.

Nie boisz się odpowiedzialności ciążącej na każdym delikwencie, który maczał w "Wiedźminie" palce po Sapkowskim? Chłopakom z CD Projekt RED się udało, za to komiksy Parowskiego i Polcha były obiektem kpin. Nie mówiąc już o "słynnym"serialu…
No, trochę się boję :) Tym bardziej, że zawsze się znajdą tru-fani, którym nic się nie podoba, bo to nie oryginał. Grze przecież też dowalili. Arek, Łukasz i ja, dajemy z siebie naprawdę wszystko i pracujemy w dość nieciekawych terminowo warunkach, żeby dostarczyć komiks najwyższej jakości. To jest przecież dream project każdego twórcy w tym kraju. Nieważne, czy się Sapkowskim jara, czy nie. Jaki zawodowy rysownik w Stanach oparłby się pokusie robienia Spider-Mana czy Batmana? Tak czy inaczej graficznie komiks rzuca na kolana, co do scenara, to nie mi się wypowiadać.

W jaki sposób trafia się tak solidne fuchy, jak komiksowa kontynuacja najpopularniejszego polskiego cyklu fantasy? Pomogło doświadczenie z pracy nad "Epizodami z Auschwitz"?
Bo jesteśmy solidni wyrobnicy! Ale tak serio: myślę, że to wynika z faktu, że pracujemy jako zespół. Mamy duże doświadczenie w pracy na termin i staramy się zawsze, by finalny produkt był najwyższej jakości. Uczyliśmy się tego robiąc "Olimpijczyków" a potem znacznie bardziej wymagające "Epizody". Nie wiem czy jest w Polsce jakaś grupa, która mogłaby się podjąć tego typu zleceń. Jednostki owszem, ale grupa nie. A to nie jest praca dla solisty.

Cykl "Epizodów" okazał się wydawniczym sukcesem? Na ile odcinków zakrojony jest cały projekt i czy możemy się w związku z nim spodziewać jeszcze jakiś niespodzianek?
Śmiało mogę powiedzieć, że okazał się sukcesem. Oczywiście sukcesem poza branżą, bo jeśli chodzi o sprzedaż na rynku stricte komisowym, to poza normy chyba nie wyszliśmy. Natomiast seria jest przebojem w muzeum Auschwitz. Sprzedają się tam cały czas wszystkie albumy, głównie w obcych wersjach językowych, ale jednak. "Epizody" nie skończą się czwartym odcinkiem, są plany na więcej. Po skończeniu "Wiedźmina", na pewno wrócimy do tematyki obozowej.

W tym momencie komiks – wraz z kursami rysunku - stanowi dla ciebie źródło utrzymania? Kluczem do osiągnięcia tego celu okazała się komiksowa managerka czy napinanie komercyjnych projektów?
Nie chciałbym wchodzić w jakieś szczegóły, ale każda z tych rzeczy zajmuje czas i przynosi dochód. Ilość jednego i drugiego dość płynnie się zmienia. Z komiksów nadal nie ma w Polsce jakiejś super-kasy. Mamy pewne stawki, poniżej których nie schodzimy. Jeśli klienta na nie nie stać, robimy storyboardy. Tak jak każdy rysownik komisowy w Polsce chyba. Ale my nadal pozostajemy idealistami i jak jest fajny projekt komiksowy, to rzucamy w kąt reklamy masła i dajemy z siebie wszystko.

wtorek, 15 marca 2011

#716 - Wywiadówka: Jazda obowiązkowa z Michałem Gałkiem

Po drugiej przerwie wznawia nadawanie Wywiadówka. Tomasz Kontny przy okazji doniesień o premierze nowego komiksowego "Wiedźmina" rozmawia ze scenarzystą tego projektu, Michałem Gałkiem. W pierwszej części wywiadu były redaktor "KKK" i założyciel pArt Studio odpowiada na standardowy zestaw pytań. Zapraszamy do lektury!

Tomasz Kontny: Jak zaczęła się Twoja przygoda z komiksem? Co pchnęło cię do pisania scenariuszy komiksowych? I dlaczego akurat komiksowych, a nie filmowych czy teatralnych?
Michał Gałek: Przygoda zaczęła się, chyba tak jak u wszystkich, od klasyki. Komiksy w czasach PRLu były drukowane w takich nakładach, że wychować się bez nich było chyba niemożliwe. Rysowałem od niemowlęcych lat, pisałem od połowy podstawówki. Przeszedłem chyba wszystkie etapy fascynacji pisaniem: od opowiadań, przez wiersze, tłumaczenia tekstów piosenek, publicystykę (głównie komiksową). Otarłem się też o pisanie do gier, filmów oraz teatru.
Miałem szczęście uczęszczać do szkoły (XXI LO o profilu artystyczno-teatralnym w Krakowie), gdzie kultywowano szukanie własnego artystycznego środka wyrazu. Dlatego przez lata oprócz pisania i rysowania zajmowałem się teatrem (o różnych obliczach), tańcem nowoczesnym, rzeźbą czy pantomimą. Później nastał bolesny koniec tych beztroskich lat i odcinanie kolejnych gałęzi. W niektórych czułem, że nie mam już nic do powiedzenia, ale najczęściej po prostu czas nie pozwalał na takie rozdrabniane się. W konsekwencji dziś skupiam się niemal tylko i wyłącznie na pisaniu.
Lata pracy w KKK zaowocowały poznaniem ogromnej ilości rysowników i dość znikomej scenarzystów. Dlatego w pewnym momencie wyspecjalizowałem się w tym, do czego było najmniej chętnych. I tak jakoś zostało…

Które dzieła wywarły na Ciebie największy wpływ, kto jest Twoim pisarskim wzorem? Opowiedz o swoich inspiracjach, również tych pozakomiksowych.
Fascynują mnie dzieła (z dowolnego medium), które fabularnie wymagają ogromnej ilości researchu w gałęzi, która albo jest kompletnie z innej bajki, albo wręcz zupełnie mnie nie interesuje. Coś, co dla mnie byłoby bardzo trudne do pisania, dlatego, że wyobrażam sobie ilość materiałów, którą musiałbym przyswoić. Przykładem jest tutaj np. serial "West Wing", którego akcja ma miejsce w Białym Domu. Dyplomacja i współczesna polityka amerykańska – za żadne pieniądze nie podjąłbym się takiego tematu! A serial jest super. Przykładów jest więcej, ale ten chyba najbardziej wyrazisty. Ponieważ od jakiegoś czasu siedzę w fabułach związanych z Drugą Wojną Światową, lubię być na bieżąco z polskimi propozycjami z tego gatunku. I jeśli polskie komiksy mnie rozczarowują, to np. serial "Czas honoru" mnie nieustanie mile zaskakuje. Wielkie ukłony dla twórców.
W ogóle seriale to temat rzeka. Oglądam ich w sezonie kilkanaście, a w przerwie nadrabiam jakiś stary. Staram się być na bieżąco z filmami, grami (komiksy i beletrystykę już odpuściłem), ale zdecydowanie najlepiej idzie mi z serialami.
Co do wzorów - pewnie jest ich wiele, mam zwyczaj pochłaniania wszystkich książek autora, którego coś mi się spodoba. Ostatnio tak mam z Andreasem Eschbachem, Williamem Dietrichem i Tomkiem Kołodziejczakiem ("Czarny Horyzont" polecam!) Ale z takich all-time favorites to na pewno F. Paul Wilson - niedoceniany u nas pisarz amerykański, znany głównie z horrorów. W Stanach pisze od lat serię thrillerów z elementami nadnaturalnymi o Repairman Jacku. Polecam!

Trzy najlepsze komiksy, które przychodzą Ci do głowy zawsze, kiedy ktoś budzi Cię w nocy i zadaje takie głupie pytanie?
Problem polega na tym, że komiksów czytam mało. Dlatego raczej nic by mi nie przyszło do głowy. Ostatnio w sumie tylko "Fantasy Komiks", a i to z mocnym poślizgiem. Dodatkowo, z biegiem czasu dramatycznie przewartościowuję rzeczy, które kiedyś mi leżały. Przez lata byłem fanem Marvela i amerykańskiego komiksu w ogóle, ale czy coś tam przetrwało próbę czasu? Chyba niewiele. No, "Preacher" na pewno.

Pamiętasz swój pierwszy scenariusz? O czym był, jak oceniasz go z perspektywy czasu?
Taki faktycznie scenariusz, a nie jakieś popierdółki do szuflady, to był „Wybrany”. Dwustronicowy dowcip o wampirze - pogromcy zła dla "KKK". Raczej słaby, ale zabawny jest fakt, że jako twórca komiksowy zadebiutowałem z nim w USA. Miało to związek z naszymi koneksjami z jakimś zapominanym już dziś (i jeśli chodzi o poziom, to skrajnie żenującym) zinem z USA. W Polsce ów wiekopomny komiks miała premierę (jak na tamte czasy przystało:)) dopiero chyba ze dwa lata później. Pierwszy scenariusz, który powstał pod innego rysownika to „Misja” dla Mariusza Zabdyra (początek wieloletniej wspólnej przygody), który nota bene wysłaliśmy do Łodzi. Bez jakiegokolwiek efektu :).

Pierwsze scenariusze pisałeś intuicyjnie, czy opierając się o teoretyczną, książkową wiedzę?
Nie, no, wiadomo. Intuicyjnie. Potem nabierałem (przynajmniej we własnym mniemaniu) wprawy pracując z rożnymi scenarzystami i rysownikami nad "KKK". Nauczyłem się wtedy kondensować ilość pomysłów na stronę, co pokutuje do dziś. Faktycznie zacząłem uczyć się konstrukcji fabularnej dopiero na studiach, z książek o pisaniu scenariuszy filmowych (m.in. Raymonda G. Frenshama "Jak napisać scenariusz?" – podobnie jak Edvin). Uznałem, że pisanie fabuły albumowej wymaga jakiegoś lepszego przygotowania. Przeczytałem wszystko, co było wtedy dostępne na rynku i próbowałem przenieść te zasady na pole komiksowe. Tak naprawdę wciąż się uczę czegoś nowego, może dlatego nadal mnie to kręci.

Masz jakieś własne, specyficzne metody pracy nad scenariuszem? Opowiedz o kolejnych etapach pisania.
Czy są specyficzne, to nie wiem. Ale po latach eksperymentów znalazłem sposób, który się sprawdza i mi odpowiada. Dlatego używam go, niezależenie do tematu, czy rysownika. Zresztą scenariusz ma przenieść pewną informację dalej, więc format nie jest specjalnie ważny – byle był czytelny. Jeśli chodzi o sposób pracy, to bardzo rzadko siadam przed pustą kartką papieru i szukam pomysłu. Większość mojej pracy - takiego faktycznego pisania - to po prostu wklepywanie gotowych stron i kadrów. Nie ukrywam jednak, że czasem scenariusz sobie leci gdzie indziej, niż było w planie. Czasem na to pozwalam, czasem nie. Ale gdybym się sam nie zaskakiwał co jakiś czas, byłoby to strasznie nudne chyba.
Etapy. Nie zastanawiałem się nigdy, jak to działa, tak analitycznie, dopóki nie musiałem tłumaczyć całego procesu laikom. A zdarza się tak raz na jakiś czas, przy okazji warsztatów dla młodzieży związanych z "Epizodami z Auschwitz".
Najpierw jest pomysł. Może być szorstki, nieobrobiony. Potem jest research. Wtedy pomysł się uszczegóławia, koncepcja się weryfikuje, czasem zmienia. Żeby uporządkować strukturę, zawsze piszę streszczenie fabularne na jedną stronę. I dla wydawcy, i dla mnie jest to dobry sposób na zapoznanie się z ideą. Uczy też, co w fabule jest naprawdę ważne (to się mieści w tym streszczeniu), a co mniej. Potem jest konstrukcja fabularna – czyli podział na części składowe (akty – tak jak w filmie). Przeplatanie scen gadanych z akcją, dnia z nocą, wnętrza z plenerem itp., itd. Jak mi to wszystko trybi i z grubsza czuję, że mieści się w zadanej ilości stron, to robię podział na konkretne sceny i strony. Wtedy często uzupełniam to notatkami i luźnymi pomysłami. Wpycham na swoje miejsca pomysły na scenki drugoplanowe, punkty zwrotne, itp. W międzyczasie powstaje mniej lub bardziej precyzyjny opis pierwszo- i drugoplanowych postaci, co niezwykle pomaga w uwiarygodnieniu ich motywacji, zachowań. Czasem też pcha niektóre watki w inną stronę, niż na początku. Ale cóż, postacie są w fabule najważniejsze. Jak mam to wszystko, to jadę po kolei. Nigdy mi się chyba nie zdarzyło pisać od końca, czy od jakiejś sceny, która mi się podoba. Jadę od początku: Strona 01, kadr 1, czas – start. Rozplanowuję stronę na ilość kadrów (rzadko kiedy wychodzę poza 7) a potem piszę. Jeśli to scena akcji, zaczynam od didaskaliów. Wyobrażam sobie kluczowe kadry i staram się je połączyć w sposób, który, w moim mniemaniu, zapewnia łatwość w odbiorze łańcucha przyczynowo-skutkowego. Innymi słowy: stworzyć szkic narracji obrazkowej. Szkic, bo i tak to rysownik w finale zdecyduje, jak to pokazać. Ja muszę tylko unikać głupot, czyli nagromadzenia elementów ponad miarę. Jeśli natomiast jest to scena gadana, często piszę same dialogi, a dopiero później wymyślam do nich kadry. Na tym etapie nie wprowadzam żadnych korekt, patrzę tylko czy plan z grubsza jest wykonany i czy się mieszczę. Dopiero jak mam obraz całości i, co ważne, mam do tego dystans, to zaczynam rzeźnię. Wycinam wszystko, co mi się dubluje, źle brzmi, nie mieści się, i tak daleh.

Masz jakieś ulubione cechy, którymi zwykłeś obdarzać wymyślone postacie, ulubione motywy, do których wracasz w kolejnych scenariuszach?
Kiedy odkryłem, że w "EzA" # 1, bohaterowie chodzą po obozie i sobie żartują, uznałem, że to chyba jest jakiś wyznacznik mojego stylu. Mój scenariusz musi mieć humor, choćby śladowo. Nie musi być jak "Deduktorze" sitcomowy z punchlinem w co drugiej kwestii, może być lekki, drugoplanowy, ale musi. Marcin Nowakowski (któremu zawsze śle do wglądu moje nowe wypociny) czytając kiedyś jakiś mój dialog powiedział, że z zamkniętymi oczami poznałby, że to ja pisałem. Czyli, że jakiś te cechy gdzieś tam są. Ale szczerze mówiąc, nie mam pojęcia, o czym mówił :)

Piszesz scenariusze w postaci luźniejszych opowiadań czy precyzyjnie rozpisanych kadrów? Opracowujesz storyboardy czy tylko sugerujesz rozmiar kadrów?
Tak jak już pisałem, po etapie eksperymentów i wpieprzania się na nie swoją działkę, wypracowałem własny sposób. Ponieważ sam rysuję (a właściwie rysowałem) zawsze pamiętam o wizualnych aspektach strony. Myślę, że dzięki temu jest mi łatwiej zdecydować, co jest możliwe do narysowania, a co mniej. Jeśli rysownik ma co do tego wątpliwości mogę zrobić (i czasami robię) layout strony. Tylko, że od dłuższego już czasu wyznaję zasadę: scenarzysta jest od tekstów, a rysownik od rysunków. Więc staram się nie mieszać do pracy kolegi. Moje dążenie do perfekcji prowadziło kiedyś do starć z rysownikiem, ale teraz absolutnie nie obrażam się, jeśli on oleje didaskalia i zrobi sobie po swojemu. Niech mnie zaskoczy!
Z drugiej strony są rysownicy, którzy przygotują plansze tylko na podstawie precyzyjnego opisu. Jeśli im podam ilość kadrów i zasugeruję ujęcia, to się będą tego trzymać. Dlatego moje scenariusze najczęściej przepełnione są informacjami. Niech sobie rysownik (w zależności od charakteru) sam zdecyduje, co z tym zrobić. Poza tym ja od lat pracuję z tymi samymi ludźmi. Dlatego mam duże zaufanie do tego, co robią. Często rozumiemy się bez słów, bo pewne rozwiązania, czy kadry omawiamy wcześniej na żywo. Więc scenariusz jest raczej uporządkowaniem notatek niż sztywną wytyczną.
Czasem też jest tak, że przy danym projekcie (tak jest w "Epizodach" i po części w "Wiedźminie") pracuję jako ktoś w rodzaju supervisora albo art directora, który odpowiada przed wydawcą za finałowy efekt komiksu. Wtedy siłą rzeczy, wychodzę poza działkę scenarzysty i staram się kolegom pomóc, jak umiem.

Częściej planujesz całą historię w głowie, a dopiero potem siadasz do rozpisywania jej na kadry, czy pozwalasz jej żyć, rozwijać się wraz z każdą kolejną stroną bez całościowego planu?
Jestem jak Hannibal Smith, muszę mieć plan! Dla mnie pisanie scenariuszy, to jest rozwiązywanie problemów. Mam pomysł, ale jest problem, jak go "sprzedać". Wiem, jak go sprzedać, ale się nie mieści. Mieści się, ale jest przegadany. Nie jest przegadany, ale… i tak dalej. Kiedy pracuję nad scenariuszem z innym scenarzystą (kiedyś dużo pisałem z Wojtkiem Franzblau) albo rysownikiem (np. z Mariuszem Zabdyrem fabułę zawsze tworzymy wspólnie), to mój udział w pracy często sprowadza się do zadawania trudnych pytań. Staram się panować nad konsekwencją wydarzeń i wyjaśnieniem wszystkich wątków. Kiedy jadę solo, to najczęściej żyję scenariuszem non stop. Cały czas mielę pomysły, najdrobniejsza rzecz mnie inspiruje. Wracam z rozwiązaniem problemu z zakupów, z siłowni, spod prysznica… bo cały czas mam to w głowie. A jak problem się rozwiązuje, to już się samo pisze.
Poza tym niezwykle ważne jest, że tak naprawdę to rysownik ma zawsze rację i to on ma pierwszeństwo. Dlatego często w samym zarysie fabuły szukam elementów, które są atrakcyjne dla danego rysownika. Np. Arek Klimek lubi gołe baby (kto nie lubi!), Tomek Jędrzejowski (gdy jeszcze miał czas na komiksy) giwery. Scenariusz dla Marcina Nowakowskiego (z którym pracujemy na odległość) często przypomina czat z gg, bo ja tam wrzucam jakieś dowcipy, on mi na nie odpisuje w tym samym pliku i tak dalej. Scenariusz dla Mariusza Zabdyra w scenach akcji ma opis w stylu: "Napieprzają się przez 4 strony, wymyśl se jak" Bo wiem, że on i tak zrobi to po swojemu.

Jakie rozwiązania scenopisarskie – w stylu bohatera budzącego się na ostatniej stronie i stwierdzający, że wszystko było snem - wyjątkowo grają Ci na nerwach?
Nie ma złych rozwiązań, są tylko źli scenarzyści. Komiks to medium, które często bazuje na kalkach, trzeba po prostu szukać sposobu, jak coś zrobić inaczej, lepiej. Kalka ma zresztą ten plus, że pozwala szybko wprowadzić czytelnika w dany świat. A komiks ma przecież skrótowość wpisaną w definicję. Często podchodzę do nowego tematu z nastawieniem "widziałem już coś podobnego, ale jak się zepnę, to zrobię to lepiej". Niezależnie od tego czy piszę o wiedźminie, czy o Auschwitz, zawsze najpierw czytam i oglądam wszystko na zadany temat. Szukam pomysłów fajnych i próbuję je przebić, szukam pomysłów złych i analizuję, dlaczego nie trybią.

Ciężko określić ilość czasu, którą spędza się pracując nad scenariuszem. Pamiętasz jakieś ekstremalne sytuacje, kiedy pisanie tekstu trwało bardzo krótko lub wyjątkowo długo?
To też jest kwestia wprawy chyba. I presji, bo scenarzyści to lenie (tylko rysownicy są tutaj lepsi). Ekstremalnie szybko pisałem "EzA" #4. 32 strony od zera w 3 tygodnie. Takie były terminy. A ja równocześnie miałem w domu remont. W efekcie potem większość dialogów musiałem napisać od nowa. Zresztą najczęściej właśnie temu poświęcam korekty. Dialogom. Ponieważ często pracuję jako agent dla rysowników, mam defaultowo zainstalowaną opcję obrony praw rysownika. Rysownik poświęca kupę czasu na pracę nad stroną i trzeba to uszanować. Jak coś narysuje, to już koniec - tak ma zostać. A jak nie, to podnoszę stawki. Dlatego jako scenarzysta ekstremalnie rzadko wpieprzam się w gotowe plansze. Dialogi, to co innego, potrafię je szlifować przed samym oddaniem do druku.
Często tempo potrafi nadać też zajawka (no i, nie ukrywajmy - wolny czas). Komiks o wiedźminie powstał (z przerwami, to fakt), ale łącznie w niecałe 2 miesiące. A to jest właściwie pełnometrażowy album (46 stron). Oczywiście później tam sporo przerabiałem, ale i tak poszło szybko. Tyle, że równocześnie kolejny raz przechodziłem grę, słuchałem audiobooków z sagą, byłem świeżo po serialu i komiksie. Wtedy jest łatwiej.

Czas leci, a scenariusz się nie klei – co robisz? Masz jakieś sposoby na radzenie sobie z pisarską blokadą?
W sumie to muszę przyznać, że jeszcze tego nie uświadczyłem. Leń - tak, brak czasu - ustawicznie. Czasem jak jest zły dzień, to po prostu robię porządki. Poprawiam literówki, dłubię w strukturze, coś tam sobie czyszczę. Łatwiej jest jak mam akurat inne zajęcia, wtedy sobie po prostu żongluję rożnymi pracami. Ale jak mam np. cały dzień dla siebie (żona w pracy do późna), to jestem wobec siebie bezlitosny. Godzina pracy, godzina luzu - i tak od rana do północy. W efekcie przy okazji „Wiedźmina” chyba pobiłem jakiś życiowy rekord: 7 stron w jeden dzień. Ale w sumie to były sceny akcji, więc to nie sztuka.

Gotowy scenariusz starasz się traktować jako zamkniętą całość, czy raczej poprawiasz go do samego końca prac nad komiksem?
Tak się do tej pory złożyło, że rzadko kiedy byłem w sytuacji, że musiałem coś poprawiać, bo mi ktoś kazał. Kiedy robię rzeczy autorskie, to korekty powstają w ogniu walki ze stronami, w porozumieniu z rysownikiem. W przypadku zleconych prac, jak seria „Epizody z Auschwitz”, też udaje mi się najczęściej wynegocjować wolną rękę. Tam głównie się bawimy w finale z dialogami, albo korektą historyczną. Wszyscy wychodzą z założenia, że ja jednak wiem, co robię, a ja ich nie wyprowadzam z błędu. Przyznaję, że tylko raz miałem sajgon przy tej serii, przy okazji, wspominanego już "EzA" #4, gdzie pierwszą wersję scenariusza zmasakrował mi konsultant historyczny. Przeceniłem po prostu swoją wiedzę. W trzecim było trochę spięć z cenzurą. Ale w przypadku poprzednich albumów po pierwsze było łatwiej, a po drugiego nie było nikogo, kto by coś chciał podważać (w sensie coś dużego, bo drobiazgów zawsze jest mnóstwo). W tym czwartym, temat był na tyle złożony, a Igor okazał się na tyle wysokiej klasy specem, że trochę się kłóciliśmy. W efekcie powstał (moi zdaniem) najlepszy scenar w serii.
W przypadku "Wiedźmina" paradoksalnie korekty były bardzo podobne do tych z "EzA". No bo w obu przypadkach jest jakaś historia, chronologia wydarzeń, stosunki między bohaterami. Jakiś reguły świata, do których trzeba się dopasować. Nie ma to większego znaczenia czy jest to świat fantasy, czy realia historyczne.
No, i jak wspomniałem, dialogi często poprawiam do końca. Coś mi nie brzmi, coś jest za długie, albo wręcz mi się źle słowa układają w dymku (bo czasem je składam). To są zmiany, których raczej nikt nie zauważa i nie rozumie. Ale czasem muszę.

Który moment komiksowej kariery wspominasz najlepiej?
Jakiej kariery, come on! Kariera to słowo, które raczej pasuje do aktora, czy muzyka, a nie twórcy komiksowego. Szczególnie w Polsce.
Ale w sumie to chyba najmilej wspominam dwa wydarzenia związane z Festiwalem Angouleme 2009. Przed wyjazdem przygotowywałem portfolio z projektem dla francuskiego wydawcy i musiałem napisać notkę o sobie. Długo kombinowałem, co tam napisać, żeby ten wydawca czuł, że nie jestem świeżak i mam jakieś tam doświadczenie w branży. No, ale przecież on nie kuma nawet jednego tytułu, w którym maczałem palce! No to stwierdziłem, że może inaczej. I zacząłem kompilować zestaw swoich publikacji, żeby policzyć, ile miałem stron opublikowanych "w karierze". Nie napisanych, ale takich wydanych, normalnie, na papierze. Piekielnie się zdziwiłem, gdy odkryłem, że jest tego dobrze ponad 500 stron! Cała ta matematyka wiele nam wtedy we Francji nie pomogła, ale podbudowałem się na pewno! Druga historia jest z nią bezpośrednio związana, a miała miejsce na samym festiwalu, gdy poznałem Marzenę Sowę. W czasie rozmowy, pokazuje jej to portfolio i sobie gadamy o tym i owym. A ona nagle: "Ale to ile ty lat robisz te komiksy?". A ja: "No, nie wiem, tak z dziesięć" A ona: "Niemożliwe! Przecież ty jesteś taki młody!".

Jakie masz plany na przyszłość?
Hmm… Bardzo nie lubię mówić o planach, bo czasem się nie sprawdzają, a informacja już poszła. Więc może powiem, to co mogę na pewno. Z każdym z rysowników z pArt Studio pracuję nad jakimś albumem. Są to prace na rożnym etapie zaawansowania, ale mam mocny plan przez najbliższe pół roku nadrobić zaległości.
W marcu 2011 powinien wyjść "EzA" #4 pod tytułem "Nosiciele tajemnicy". Oprócz tego nasz wydawca - K&L Press, dzięki sukcesowi dotychczasowych komiksów, ma plany na ofensywę wydawniczą, której fundamenty zaczniemy kłaść w tym roku. Plan przewiduje przygotowanie kilku (minimum czterech) scenariuszy, które "mają się napisać" w 2011 roku. Trzeba będzie też rozplanować ich produkcję na następne kilka lat (to też moja działka). Co więcej, zobaczymy… mam masę innych obowiązków, więc trudno mi wybiegać do przodu za bardzo.
Między innymi nawiguję projekt rozszerzonej edycji podręcznika do rysunku, którego jest współautorem. Jak się uda, we wrześniu będzie gotowy. Dla tych, których temat interesuje polecam stronę gdzie będziemy na bieżąco informować o postępach (i co najważniejsze, pokazywać nowe rysunki).
Aha no i last but not least komiks "Wiedźmin: Racja stanu", którego pierwsza część ma pojawić się w kwietniu. Ja, Arek Klimek, który rysuje i Łukasz Poller, który koloruje, daliśmy z siebie wszystko. Mam nadzieję, że finałowy efekt wam się spodoba.

wtorek, 1 marca 2011

#705 - Wywiadówka: "Szatan na okładce" - rozmowa z Tobiaszem Piątkowskim

W drugiej części rozmowy z Tobiaszem Piątkowskim będzie można dowiedzieć się nieco więcej o jego rozgrzebanych projektach, w tym o niecierpliwie oczekiwanym "Hardkorze 44", o specyfice pracy nad komiksem dla dzieci i historii stojącej za niesławną i kontrowersyjną "Najczwartszą RP". Zapraszamy do lektury!
Tomek Kontny: Możesz opowiedzieć coś więcej o specyfice pracy nad komiksami dla dzieci?
Tobiasz Piątkowski: Jak widać ze storyboardów do komiksów "Hugo" nie ma różnicy w nakładzie pracy. Od pewnego czasu przyzwyczaiłem się do układu planszy "na 3 paski". Wydaje mi się, że takie zagęszczenie akcji jest strawne również dla młodszego odbiorcy. Najistotniejsze jest jasne powiązanie zdarzeń, choć nie wyklucza to inwersji czasowej, czy innych tego typu zabiegów. Ważne, by korzystając z didaskaliów "naprowadzić" czytelnika i nie pozwolić mu się zgubić. Pamiętam, że przy "Hugo" (łącznie powstało chyba ponad 240 stron komiksu drukowanego w miesięczniku "Świat przygód Hugo") szczególną radość sprawiały mi gry słowne i popkulturowe wkręty. Teraz "kiedy sam jestem dziadkiem" i czytam córce na dobranoc bardzo doceniam tych autorów, którzy pamiętają o zapewnieniu rozrywki również "czytaczowi".

Czy religijna tematyka stanowiła jakąś trudność w kontekście "Opowieści biblijnych" z Mandragory? Wcześniej stroiłeś sobie żarty z Obcego i Predatora, a tu nagle Jezus…
Trudność stanowiły terminy, nie tematyka. W samym rdzeniu pracy "Opowieści" nie różniły się od innych komiksów, a nawet były łatwiejsze. Po pierwsze wymyślić żart to nie lada problem, po drugie pracując z gotowym tekstem można włożyć więcej inwencji w warstwę narracyjną, w opracowanie ciekawego sposobu podawania zdarzeń. "Opowieści" miały wielką zaletę w postaci znanego każdemu tekstu-matki. Mogłem spróbować pokazywać to, co wszyscy znają na wylot w sposób nieszablonowy. Odcinek z Szatanem na okładce (Szatan na okładce nigdy nie zawodzi - wie o tym każdy zespół metalowy) stanowi tego dobry przykład - jak ciekawie pokazać kuszenie na pustyni? Jak to zrobić nawiązując do współczesnych symboli i sposobów komunikacji? W sumie żałuję, że projekt nie został ukończony.

Czy są szanse na kontynuacje serii "48 stron" lub "Status 7"?
Kontynuacja "48-śmiu" robi się już ze dwa lata. W praktyce oznacza to, że mamy narysowane kilka stron, kilka napisane, kilka obgadane, a końca tego wszystkiego nie widać. Obawiam się, że musielibyśmy z Robertem wziąć po 3 miesiące urlopu żeby ruszyć te kwestie na poważnie. A do tego w tle jeszcze drugi tom "Pierwszej Brygady"...
Kreowanie komiksowych odpowiedników celebrytów Wojewódzkiego i Figurskiego w "Najczwartszej RP" było wyzwaniem? Czy któryś z nich sprawdzał, czy aby jego riposty stoją na odpowiednim poziomie?
Znów odwołam się do storyboardu - mam nadzieję, że widać, że całość była solidnie przygotowana. Szczegóły były dopracowane, harmonogramy ścisłe. Co do gwiazd to mogę jedynie powiedzieć, że nie przeszkadzały. Niestety PiS zrobił nam paskudny numer i przegrał wybory, przez co zamiast undergroundowego pamfletu wyszło nam nostalgiczne wzdychanie do trupa. Szkoda - miałem nadzieję w drugim tomie przejechać się po Platformie, tym bardziej, że mamy okazję na własnej skórze spróbować jak to jest żyć w raju.

Na początku dekady powstało dużo komiksów do Twoich scenariuszy, od kilku lat publikujesz coraz rzadziej. Praca wygrała z hobby?
Niestety tak. Kiedy publikowaliśmy pierwsze dwa albumy mieliśmy z Robertem pomysł, by założyć małe studio komiksowe, regularnie publikować serie komiksowe i z tego się utrzymywać. Rzeczywistość brutalnie zweryfikowała te porywy ułańskie. Ilość pracy, jaką trzeba włożyć w powstanie albumu wymaga opieki znającego się na rzeczy, konsekwentnego wydawcy. Wydaje się, zwłaszcza patrząc na półki księgarni, że obecnie nie ma na rynku możliwości budowania tego typu projektu. Pozostają więc pojedyncze strzały, inne media, albo emerytura :)

Z Twojego biogramu na Gildii Komiksu można dowiedzieć się, że pracujesz jako conceptual designer. Czyli w gruncie rzeczy co robisz - wymyślasz?
Zapraszam na stronę www.elksushi.blogspot.com oraz www.rosenbot.pl. Tam można zobaczyć, co robiłem/robię zawodowo. Mam na koncie 2 książki z labiryntami, grę komputerową o żądnych władzy pingwinach, czołówki do Szymona Majewskiego, teledysk Maryli Rodowicz, a i piankę do cappuchino zdarzyło mi sie doklejać. Projektowałem świat marzeń sennych wielkiej Owcy i znerwicowane lampki biurkowe oraz miasta pełne zabieganych cyferek czy wnętrza do potańcówki przy bezalkoholowym szampanie. Postacie, tła, pojazdy, budynki, scenariusze do czołówek programów...

Rysujesz. Myślałeś nad komiksem z własnym scenariuszem i rysunkami?
Tak, to wspomniany projekt dziecięcy. Pomimo znaczącej poprawy widzę dużą lukę na rynku historyjek obrazkowych dla dzieci. Pojawiło się kilka ambitnych wydawnictw, ale to kropla w morzu potrzeb. Wystarczy popatrzeć na przepaść między "Where the Wild Thigs are", a stertami przepaskudnych, Andersenopodobnych koszmarków czy Disneyoklonów zalegających na półkach księgarń. Nie musimy być graficznym śmietnikiem, o ile dzieci wcześnie dostaną wartościowe wzory.

Na jakim etapie znajdują się prace nad filmem "Hardkor 44"? Scenariusz jest już pewnie gotowy.
Scenariusz, owszem, przybrał kształt zbliżony do ostatecznego. W związku z tym nasza (czyli Łukasza Orbitowskiego i moja) rola skończona i możemy zająć sie innymi projektami. A że dobrze nam sie pracowało, to i w tle powstała całkiem śmiała koncepcja pożenienia rosyjskiego romansu ze sztuką filmową spod znaku George'a A. Romero. Więcej szczegółów oczywiście nie zdradzę...

poniedziałek, 28 lutego 2011

#704 - Wywiadówka: Jazda obowiązkowa z Tobiaszem Piątkowskim

Już niewiele tekstów z Wywiadówki zostało do wznowienia na łamach Kolorowych Zeszytów. Dzisiaj przypominamy rozmowę jaką Tomek Kontny przeprowadził z Tobiaszem Piątkowskim, znakomitym scenarzystą, znanym z komiksów sensacyjnych z serii "Status 7" ("Breakoff" i "Overload") oraz "48 Stron", cyklem wybornych parodii znanych z popkultury postaci, motywów i wątków.

Tomek Kontny: Jak zaczęła się Twoja przygoda z komiksem? Co pchnęło cię do pisania scenariuszy komiksowych? I dlaczego akurat komiksowych, a nie filmowych czy teatralnych?
Tobiasz Piątkowski: Zaczęło się w szkole średniej - trafiłem do klasy plastycznej, gdzie wśród innych utalentowanych osób znalazł się również Robert Adler - obecnie jeden z najlepszych rysowników komiksowych w Polsce. Komiksami interesowałem się od dzieciństwa, w kioskach pojawiały się coraz ciekawsze wydawnictwa zachodnie, mieliśmy wiele pomysłów do zrealizowania. Komiks najlepiej się do tego nadawał - stosunkowo prostymi środkami można w nim kreować światy rozmachem dorównujące filmowym, operować obrazem, słowem, rytmem i kompozycją plansz. Spróbowaliśmy, potem trafiliśmy do miesięcznika "Reset", gdzie pozwolono nam szaleć do woli i na dodatek płacono za efekty. Chwilę później okazało się, że mamy 2 pełnometrażowe albumy...

Które dzieła wywarły na Ciebie największy wpływ, kto jest Twoim pisarskim wzorem? Opowiedz o swoich inspiracjach, również tych pozakomiksowych.
Zupełnie nie wiem, co odpowiedzieć. Oprócz religijnej czci dla Mike'a Mignoli i Andreasa mógłbym wymienić setki inspiracji. Właściwie wszystko potrafi zainspirować - od artykułu w "Europie", przez fatalny niskobudżetowy film sci-fi w środku nocy, po któryś z dziesiątków blogów o kinie grozy lat 60-tych. Od strony technicznej najwięcej czerpię z kina - nie na darmo storyboardy do filmów mają formę komiksową. Kino uczy operować kadrem, opowiadać sprawnie historię, dozować napięcie, panować nad wątkami itp.

Trzy najlepsze komiksy, które przychodzą Ci do głowy zawsze, kiedy ktoś budzi Cię w nocy i zadaje takie głupie pytanie?
"Rork" Andreasa, "Hellboy" Mike'a Mignoli, "BLAME" Tsutomu Nihei.

Pamiętasz swój pierwszy scenariusz? O czym był, jak oceniasz go z perspektywy czasu?
Niestety, nie pamiętam. Od pewnego momentu ilość stron, które napisałem, zaczęła iść w setki i przysypały one zapewne marne początki.

Pierwsze scenariusze pisałeś intuicyjnie, czy opierając się o teoretyczną, książkową wiedzę?
Nie wspierałem się teorią, szukałem swoich pomysłów na opowiadanie historii. Zasady poznałem, kiedy już wszystkie złe nawyki były zbyt silne, żeby je zwalczyć. Choć uważam się za tradycjonalistę i w scenariuszu zawsze staram się dbać o rzetelność konstrukcji i podania fabuły.

Masz jakieś własne, specyficzne metody pracy nad scenariuszem? Opowiedz o kolejnych etapach pisania.
Nie wiem właściwie jakie są niespecyficzne - ja zaczynam zawsze od podziału na rozkładówki, potem w ramach planszy robię proste storyboardowe szkice kadrów - gdzie kto stoi, gdzie jest kamera, z której strony coś się pojawia. Nie jest to zobowiązujące dla rysowników, ale znacząco pomaga, oraz ułatwia najnudniejszą dla mnie część pracy, czyli opisywanie kadrów. Potem dialogi i gotowe - można wysyłać. W miarę jak się starzeję, zmienia się moje podejście do tekstu w komiksie. Kiedyś uważałem, że powinno go być jak najwięcej, część literacka dominowała nad graficzną. Prawdopodobnie było to związane z jakimś pisarskim niespełnieniem. Teraz zaczynam wręcz unikać dialogów, rezygnuję ze stylizacji języka, oczyszczam formę, badam ile można przekazać samym ujęciem, detalem, scenografią.

Masz jakieś ulubione cechy, którymi zwykłeś obdarzać wymyślone postacie, ulubione motywy, do których wracasz w kolejnych scenariuszach?
Często pracuje na zlecenie, robię rzeczy dla dzieci, na licencji itp. Wtedy się ograniczam, staram się ciekawie opowiedzieć historie w ramach potrzeb klienta. W komiksach autorskich dość często operuję parą bohaterów. Kontrastowe zestawienie postaci jest zawsze atrakcyjne i pomaga określać świat z odmiennych perspektyw.

Piszesz scenariusze w postaci luźniejszych opowiadań czy precyzyjnie rozpisanych kadrów? Opracowujesz storyboardy czy tylko sugerujesz rozmiar kadrów?
O metodzie pracy już pisałem. Mogę jedynie dodać, że zależy ona również od sytuacji. Z Robertem pisaliśmy komiksy razem, od razu na planszy, w rozmowie dopracowując dialogi. Kiedy nie mam bezpośredniego kontaktu z rysownikiem muszę planować precyzyjniej.

Częściej planujesz całą historię w głowie, a dopiero potem siadasz do rozpisywania jej na kadry, czy pozwalasz jej żyć, rozwijać się wraz z każdą kolejną stroną bez całościowego planu?
Zawsze muszę znać cel opowiadanej historii, puenta określa sposób prowadzenia wątków. Zazwyczaj plan ogólny mam w głowie, kiedy siadam do rozrysowywania plansz.

Jakie rozwiązania scenopisarskie – w stylu bohatera budzącego się na ostatniej stronie i stwierdzający, że wszystko było snem - wyjątkowo grają Ci na nerwach?
Nie lubię rzeczy źle opowiedzianych. Jeśli sama historia nie jest błyskotliwa, ale zaprezentowano ją sprawnie mogę wiele wybaczyć. Nie lubię też bezmyślnego okrucieństwa, choć w sumie wysłałem na tamten świat dziesiątki postaci. Niestety, często wpadają mi w ręce komiksy, w których znęcanie się nad bohaterami stanowi temat sam w sobie, nie służy niczemu.

Ciężko określić ilość czasu, którą spędza się pracując nad scenariuszem. Pamiętasz jakieś ekstremalne sytuacje, kiedy pisanie tekstu trwało bardzo krótko lub wyjątkowo długo?
Mój rekord to 22 strony w półtora dnia, ale miałem wcześniej przygotowany storyboard i żona podawała mi napoje regeneracyjne. Nie powiem co to był za komiks. Kłopoty mam wtedy, kiedy storyboard jest gotowy, historia jest poukładana, a ja muszę usiąść i przelać to, co mam w głowie, na zrozumiałe opisy - to dość mechaniczna robota.

Czas leci, a scenariusz się nie klei – co robisz? Masz jakieś sposoby na radzenie sobie z pisarską blokadą?
Najlepsza metoda to odpuścić i pozwolić, by termin przybliżył się niebezpiecznie - to niezwykle mobilizuje i jakoś wszystko magicznie układa się na miejscu. Kosztem są zazwyczaj niedospanie i nerwowość.

Gotowy scenariusz starasz się traktować jako zamkniętą całość, czy raczej poprawiasz go do samego końca prac nad komiksem?
Nie wracam do zamkniętych projektów. Nie wtrącam się przesadnie do realizacji, uznaję, że rysownik ma prawo do interpretacji mojej pracy na swój sposób. Dla mnie najważniejsza jest świadomość, że na poziomie scenariusza zrobiłem wszystko jak najlepiej oraz, że w jakiś sposób jest to oryginalne na tle poprzednich realizacji. Podobno Lars von Trier pozwala producentom robić wszystko ze swoimi filmami, o ile ma gwarancję otrzymania jednej kopii w wersji reżyserskiej. Rozumiem go chyba.

Który moment komiksowej kariery wspominasz najlepiej?
Kariera to duże słowo. Najmilej chyba wspominam pierwszy wyjazd na festiwal do Łodzi, jeszcze w ogólniaku. Oglądaliśmy wtedy wystawę plansz Przemka Truścińskiego - był dla nas gwiazdą. Teraz, po ponad dekadzie, robię z Przemkiem trzeci komiks...

Jakie masz plany na przyszłość?
Drugi tom "Pierwszej Brygady", mam nadzieję, realizacja projektu "Hardkor44" i może wreszcie uda mi się napisać i zilustrować książkę dla dzieci. Córka będzie dobrym recenzentem.

czwartek, 10 lutego 2011

#693 - Wywiadówka: "Przygoda na rok lub dwa" - rozmowa z Dennisem Wojdą

W drugiej części rozmowy z Tomka Kontnego z Dennisem Wojdą, jednym z najciekawszych rodzimy scenarzystów, a także niezgorszym rysowniku, autor "Miasteczka Mikropolis" opowiada o swoich szwedzkich doświadczeniach, niemieckich impresjonizmie i pracy nad webkomiksem "366 kadrów". Zapraszamy do lektury!
Tomek Kontny: Przez blisko dwadzieścia lat mieszkałeś w Szwecji, dopiero później przeprowadziłeś się do Polski. Jak tuż po przeprowadzce postrzegałeś Polaków? Jakie różnice w mentalności Szwedów i Polaków zaskoczyły Cię najbardziej?
Dennis Wojda: Ja już wcześniej Polskę i Warszawę poznałem. Często tu przyjeżdżałem w dzieciństwie, do rodziny albo na wakacje. Różnicę pomiędzy wolną Szwecją a komunistyczną Polską widziałem na własne oczy. Różnica w mentalności też była. Jednak najważniejsze wtedy było to, że przyjeżdżam do dziadków i kuzynów. Wchłaniałem wtedy fajne strony PRL'u; piłem soki z torebek, jadłem ciepłe lody, żułem Donaldy, zwiedzałem Pałac Kultury i Żelazową Wolę. Fajne było to, że wszystko było tutaj tanie w porównaniu z Zachodem. Chodziłem do Europejskiego i Victorii na gigantyczne desery lodowe, kupowałem płyty winylowe i książki na kopę. Jak już się przeprowadziłem do Warszawy, by rozpocząć studia na ASP, traktowałem to jak przygodę na rok lub dwa. Potem poznałem miłość swojego życia i... zostałem!

W "Mikropolis" zgrabnie punktujesz ludzkie dziwactwa i śmiesznostki, pozostając przy tym chłodny i zdystansowany. Podwójne obywatelstwo zmienia sposób postrzegania?
Ja tak naprawdę nie mam podwójnego obywatelstwa. Ale fakt, że wychowały mnie dwa narody o różnych temperamentach i mentalnościach z pewnością ułatwia wymyślanie komiksów takich jak Mikropolis. To widać najbardziej w pierwszej książce. W niej skupiałem się głównie na kontrastach i dziwactwach.

Dlaczego Odkrywcy Mikropolis tak rzadko dzielą się relacjami z tego, co dzieje się w miasteczku, z resztą świata? Innymi słowy, dlaczego Mikropolis nie poszło śladem Jeża Jerzego i zamiast dziesięciu albumów wydane zostały zaledwie dwa?

A co my możemy jeszcze opisać? Niewiele się dzieje w Mikropolis. Czas się tu zatrzymał.

Niemiecki ekspresjonizm w różnej formie gości w Twoich komiksach. Co kręci cię w tej poetyce?
Niemiecki ekspresjonizm to bardzo szerokie pojęcie. Jest to estetyka, która była wyjątkowo mało modna jak byłem nastolatkiem. Mnie jednak kręciły czarnobiałe filmy o wampirach i starych zamczyskach. Zbierałem filmy i książki o tej tematyce, a moimi idolami byli Max Schreck i Klaus Kiński w roli Nosferatu. Fakt, że Gawron też uwielbia te klimaty, stanowił dobry punkt wyjścia dla naszej twórczości.

Na "366 kadrach" opowiadasz o osobistych, rodzinnych sprawach. Taki ekshibicjonizm stanowi formę terapii? Wolałeś się otworzyć zamiast machnąć codzienny komiks o zakupach i chodzeniu do pracy?
Jakoś tak wyszło, że ten komiks jest o mojej rodzinie. Nie jest to stricte komiks biograficzny, bo opieram historię na fragmentach wspomnień o tym, co dziadkowie albo rodzice mi opowiadali. Staram się jakoś te kawałki połączyć w jeden ciąg. Jest to na pewno forma terapii (jak każdy proces twórczy), dzięki której dużo myślę o sobie i o swoich przodkach. Przy okazji rozwijam się też jako rysownik.

Za nami już 1/3 projektu "366 kadrów". Masz jakieś szersze plany na wydanie albumowe, przedłużenie całości na kolejny rok, czy może po prostu chcesz utrzymać tempo rysowania do zaplanowanego końca?
Muszę przyznać, że robienie tego komiksu bywa chwilami męczące, ale do planowanego końca na pewno dotrwam. Nie skończę jednak w terminie, bo muszę zrobić małą przerwę na wakacje. Jak już komiks będzie gotowy fajnie byłoby go wydać np. jako kalendarz z odrywanymi kartkami. Kontynuacji raczej nie planuję, ale kto wie? Może zrobię coś zupełnie innego?

Co z "Tabula Rasa" – czy zobaczymy zbiorcze, albumowe wydanie?
Tak, zobaczymy. Teraz jesteśmy zajęci innymi projektami, więc musieliśmy odłożyć projekt "Tabula Rasa" na półkę. Gawron planuje narysować cały komiks od początku, w czerni i bieli. Trochę wytniemy, przemontujemy i wyjdzie z tego całkiem fajny album. Będzie miał dwa rożne zakończenia.

Uważasz sny za bardzo inspirujące, ale co zrobić, jeśli przez dłuższy czas nie przychodzą? Masz jakieś sprawdzone sposoby na kreatywne śnienie?
Ja najczęściej śnię na jawie.

Czym zajmujesz się jako retrofuturysta?
To moja słodka tajemnica.

środa, 9 lutego 2011

#692 - Wywiadówka: Jazda obowiązkowa z Dennisem Wojdą

Aby umilić nieco oczekiwanie na premierową odsłonę Wywiadówki i zmobilizować Tomka Kontnego by doprowadził rozmowę z Michałem Gałkiem do końca, przenosimy się w czasie i wracamy do lipca 2010 roku, kiedy w roli odpytywanego wystąpił Dennis Wojda. Drogi czytelniku, zanim zaczniesz narzekać, że "publikujemy odgrzewane kotlety" pamiętaj, że część składu Kolorowych Zeszytów musi przetrwać sesję w przerwach między pisaniem kolejnych tekstów!
Tomek Kontny: Jak zaczęła się Twoja przygoda z komiksem? Co pchnęło cię do pisania scenariuszy komiksowych? I dlaczego akurat komiksowych, a nie filmowych czy teatralnych?
Dennis Wojda: Jako dziecko dużo czytałem, zarówno książek, jak i komiksów. Pewnie marzyłem o tym, by móc samemu wymyślać historie. Świat wyobraźni jest mi bardzo bliski i zawsze pchało mnie do pracy twórczej. Jak Gawron mnie poprosił o scenariusz nie mogłem odmówić. Było to konkretne zamówienie wydawnictwa Pol-Nordica na stworzenie nowej serii w piśmie "Kelwin & Celsjusz". I tak powstało miasteczko Mikropolis.

Jeśli chodzi o scenariusze filmowe i teatralne mam kilka pomysłów – zarówno na film animowany, jak i na sztukę. Czas pokaże, co z tego wyniknie.

Które dzieła wywarły na Ciebie największy wpływ, kto jest Twoim pisarskim wzorem? Opowiedz o swoich inspiracjach, również tych pozakomiksowych.
Jako dziecko uwielbiałem przygody Tintina. Powinienem powiedzieć, że nadal uwielbiam. Ostatnio czytam Tintiny swojemu synkowi i większość albumów nadal trzyma poziom. Jako nastolatek czytałem bardziej ambitne komiksy – głównie europejski underground. Pochłaniałem wszystko, co było dostępne na rynku szwedzkim. W tym samym czasie odkryłem kino studyjne Szwedzkiego Instytutu Filmowego (SFI), gdzie poznałem filmy Murnaua i Langa, francuską nową falę, neorealizm włoski. Oglądałem głównie filmy z lat 50. i 60. Z polskich twórców najbardziej cenię sobie Polańskiego i świętej pamięci Stawińskiego. Chyba jestem strasznie retro, jeśli chodzi o gust.

Trzy najlepsze komiksy, które przychodzą Ci do głowy zawsze, kiedy ktoś budzi Cię w nocy i zadaje takie głupie pytanie?
Tintin "Kierunek Księżyc"/"Spacer po Księżycu" (koniecznie razem!), "Jimmy Corrigan" Chrisa Ware'a i dylogia "Maus".

Pamiętasz swój pierwszy scenariusz? O czym był, jak oceniasz go z perspektywy czasu?
Pierwszy prawdziwy scenariusz, jaki napisałem, to pierwszy odcinek serii "Mikropolis". Pamiętam, że miałem spore kłopoty z tekstem. Najpierw pisałem po szwedzku, następnie tłumaczyłem na angielski i na koniec moja dziewczyna pomagała z tłumaczeniem na polski. Uf! Z kolejnymi odcinkami było tak samo! A jak oceniam ten pierwszy odcinek? Podoba mi się, mimo, że tam nie ma żadnych postaci. Nie mieliśmy czasu na wymyślenie bohaterów – była tylko koncepcja na miasteczko.

Pierwsze scenariusze pisałeś intuicyjnie, czy opierając się o teoretyczną, książkową wiedzę?
Zdecydowanie intuicyjnie! Wiedziałem jak mają wyglądać listy dialogowe (grałem w teatrzyku szkolnym) i dodałem opisy scen. Jednak ważniejsze od techniki jest to, o czym się pisze.

Masz jakieś własne, specyficzne metody pracy nad scenariuszem? Opowiedz o kolejnych etapach pisania.
1. Etap zgłębiania: Czytam, oglądam, wczuwam się w temat. 2. Etap wymyślania: Przed zaśnięciem układam sobie w głowie historię. 3. Etap drabinki: Zapisuję historię w formie drabinki scenariuszowej (w punktach), co przypomina układanie puzzli. 4. Etap dialogów: Dodaję dialogi do drabinki. 5. Etap testowy: Proszę znajomych o opinię. Dobrze jest odłożyć scenariusz na pewien czas i potem do niego powrócić świeżym okiem.
Masz jakieś ulubione cechy, którymi zwykłeś obdarzać wymyślone postacie, ulubione motywy, do których wracasz w kolejnych scenariuszach?
Mam tendencję do przedstawiania relacji dziecka z dziadkiem lub babcią. Dzieci inaczej patrzą na świat. Staruszkowie pewnie też... Lubię też pisać historie osadzone w Warszawie.

Piszesz scenariusze w postaci luźniejszych opowiadań czy precyzyjnie rozpisanych kadrów? Opracowujesz storyboardy czy tylko sugerujesz rozmiar kadrów?
Ostatnio piszę "Mikropolis" w formie opowiadań. Właściwie są to tylko dialogi z krótkimi opisami. Gawron tak woli, bo daje mu to większe pole do interpretacji. Jeśli współpracuję z innym rysownikiem daję oczywiście więcej opisów. Takie scenariusze są bardziej precyzyjne. Czasami robię dokumentację fotograficzną.

Częściej planujesz całą historię w głowie, a dopiero potem siadasz do rozpisywania jej na kadry, czy pozwalasz jej żyć, rozwijać się wraz z każdą kolejną stroną bez całościowego planu?
Historia układa się w głowie. Często nie mam pomysłu na zakończenie historii i muszę sprawdzić różne rozwiązania w trakcie pisania. W moim projekcie "366 kadrów" nie mam scenariusza, ale mimo tego staram się układać wszystko w logiczną całość.

Jakie rozwiązania scenopisarskie – w stylu bohatera budzącego się na ostatniej stronie i stwierdzający, że wszystko było snem - wyjątkowo grają Ci na nerwach?
Sny są bardzo inspirujące! Czasami chciałbym się tak obudzić i odkryć, że to wszystko było snem. W komiksach nudzi mnie rozwiązanie z zapętleniem historii. Trzeba mieć na to dobry pomysł. Nie może to być jedyny powód powstania historii.

Ciężko określić ilość czasu, którą spędza się pracując nad scenariuszem. Pamiętasz jakieś ekstremalne sytuacje, kiedy pisanie tekstu trwało bardzo krótko lub wyjątkowo długo?
Jak robiłem komiks "Tabula Rasa" pisałem jeden odcinek tygodniowo dla Gazety Wyborczej. Tak samo było z paskami w albumie "Przewodnik turystyczny". Często pisałem je w pracy, jak tylko miałem wolną chwilę. Powiedziałbym, że to jest szybkie pisanie – mało czasu na wymyślanie i jeszcze mniej na napisanie. Długo pisałem komiks "Telefon" dla Ostrowskiego. Musiałem sporo książek przeczytać na temat powstania warszawskiego. Ale najdłużej powstaje scenariusz do albumu "Terra Incognita" o miasteczku Mikropolis. Piszę go już kilka lat i od czasu do czasu coś poprawiam albo dodaję. Moje założenie komiksu "366 kadrów" było takie, że będę poświęcał maks 20 minut dziennie na wymyślenie i narysowanie jednego kadru. Odkąd mam dwójkę dzieci jestem strasznie zabiegany i nie mam prawie wolnego czasu. Zdarza się, że rysuję kadr danego dnia o 5 rano albo w czasie przerwy w pracy, jak jem kanapkę.

Czas leci, a scenariusz się nie klei – co robisz? Masz jakieś sposoby na radzenie sobie z pisarską blokadą?
Trzeba zjeść dobrą kolację, wypić wino i... pójść spać. Następnego dnia pójdzie lepiej! Czasami pomagają kąpiele albo jazda na rowerze.

Gotowy scenariusz starasz się traktować jako zamkniętą całość, czy raczej poprawiasz go do samego końca prac nad komiksem?
Jak już oddaję scenariusz w ręce rysownika nie mam powodu by do niego wracać. Czasami mam szansę zobaczyć jak praca rysownika postępuje i wtedy zdarza się, że coś zmieniam w dialogach. Ale samej historii już raczej nie zmieniam.

Który moment komiksowej kariery wspominasz najlepiej?
Jak już wiedzieliśmy, że Siedmioróg wyda "Przewodnik turystyczny" to poczułem ogromną satysfakcję. To było coś niesamowitego! Ze smutnych rzeczy najbardziej pamiętam jak zgubiłem oryginalną planszę Mikropolis. Odebrałem ją w siedzibie Gazety i poszedłem do supermarketu kupić coś do jedzenia. Planszę zostawiłem w wózku na zakupy. Osoba, która ją znalazła, zostanie kiedyś milionerem.

Jakie masz plany na przyszłość?
W najbliższym czasie wakacje nad morzem. Przeczytam zaległości książkowe. Mam też na głowie projekty, o których wcześniej wspominałem. Postaram się też dotrwać do końca projektu "366".