Mam wrażenie, że ze wszystkich komiksów z udziałem Mrocznego
Rycerza, jakie obecnie ukazują się w Polsce cykl Detective Comics" wypada najmniej
interesująco, a miejscami wręcz blado. Tak przynajmniej było do szóstej odsłony,
która nosiła podtytuł "Ikar". Niewiele się zmieniło, gdy produkcyjną pałeczkę
przejęli Brian Buccellato i Francis Manapul, którzy tak znakomicie sprawdzili się przy kreacji
nowego Flasha. Żadnych interesujących treści, miałka fabuła – nudy! Tak było do
tej pory, bo tom "Anarky" to już zupełnie inna para kaloszy.
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą John Paul Leon. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą John Paul Leon. Pokaż wszystkie posty
sobota, 24 czerwca 2017
środa, 22 grudnia 2010
#650 - Tom Strong
W naszym mini-cyklu spotkań z twórczością Alana Moore'a rozpoczynamy od gościnnego występu Jerzego Łanuszewskiego, w komiksowym półświatku znanego lepiej jako Gordon. Jego teksty można znaleźć między innymi na Motywie Drogi i Gildii Komiksu, a specjalnie dla nas przygotował recenzję znakomitego "Toma Stronga". I, nie przedłużając tego wstępu ponad miarę, zapraszam do lektury.
- Co robi Alan Moore, kiedy jest zmęczony odprawianiem rytuałów magyi chaosu i pisaniem scenariuszy do Wielkich-Komiksów-Łamiących-Wszelkie Konwencje?
- Bierze się za "Toma Stronga".
Tom Strong to heros na miarę Złotej Ery – silny, odważny, wysportowany, nieprzeciętnie inteligentny. Wzorowy mąż i ojciec, przykładny obywatel, weteran II Wojny Światowej. Znakomity atleta i wybitny naukowiec. Budzi strach we wrogach i uwielbienie w sercach porządnych mieszczan. Pływa, biega, strzela, podróżuje w czasie, przestrzeni, do wnętrza Ziemi, regularnie lata w kosmos. Raz w miesiącu ratuje świat, trzy razy w tygodniu swoje ukochane miasto.
Po kolei: tytułowy bohater jest synem genialnego naukowca, Sinclaira Stronga. Urodził się w roku 1900 na tropikalnej wyspie - Attabar Teru, gdzie rodzice wychowywali go w specjalnej komorze o podwyższonej grawitacji, by chłopiec był silniejszy od innych ludzi. Za jego edukację odpowiadał robot - Pneuman, który dbał o wszechstronne wykształcenie. Po tragicznej śmierci rodziców, Strongiem Juniorem zajęli się tubylcy. Jak można się domyślić plemię dysponuje czymś magicznym, w tym wypadku jest to korzeń Goloka - tajemnicza roślina, która poza innymi cudownymi właściwościami, znacznie przedłuża młodość osób ją spożywających.
Po osiągnięciu dojrzałości, Tom bierze ślub z córką wodza, Dhaluą i przeprowadza się do amerykańskiego Millenium City, gdzie rozpoczyna karierę superbohatera. W jego perypetiach pomagają mu: małżonka, córka o imieniu Tesla, wspomniany robot, inteligentny goryl – Salomon, członkowie jego fanklubu - "Strongmen of America", a także liczne wersje Stronga z alternatywnych rzeczywistości i czasów. W świecie Toma nie mogło zabraknąć osobników niegodziwych. Bohater Millenium City musi mierzyć się z całą galerią superprzestępców, jak i szeregiem kolektywnych zbirów: kosmitami, Aztekami z równoległego wszechświata, innymi kosmitami, nazistami oraz jeszcze innymi kosmitami.
Często się zdarza, że arcywróg jest ciekawszy od samego głównego bohatera. Tak jest i w tym przypadku. Paul Saveen, nemezis Toma od razu przykuwa uwagę czytelnika - zawsze w wytwornym fraku i z laseczką, twarz przyozdabia cienki wąs oraz dyskretna maska. Ot, dystyngowany, lekko ekscentryczny gentleman, który przy okazji jest też pierwszoligowym geniuszem zła, regularnie realizującym kolejne diaboliczne plany. Dla pieniędzy, dla chwilowego kaprysu czy po prostu, żeby uprzykrzyć Tomowi życie.
"Tom Strong" nie jest (przynajmniej w większości przypadków) pastiszem pulpowych komiksów przygodowych pierwszej połowy XX wieku. Moore podszedł do tematu z szacunkiem i zamiast bawić się w eksperymenty, skupił się na odświeżeniu formuły. Pod piórem angielskiego maga weird tales ożywają na nowo i stają się atrakcyjne dla czytelnika ery postvertigowskiej. Mimo to, jest to rozrywka dla dosyć wąskiej grupy odbiorców. Prawdziwą przyjemność z lektury będą czerpać ci, którzy darzą sentymentem fantastyczną pulpę w jej najbardziej pulpowatej i fantastycznej formie. Dla nich seria, wydana przez imprint American Best Comics, to powrót do kolorowego dzieciństwa, rozbuchanej krainy cudowności gdzie wszystko mogło się zdarzyć, a prawa opowieści drwiły sobie bezczelnie z fizyki i logiki. Ludzie, nie lubujący się kiczowatej estetyce Złotej Ery, raczej nie będą się dobrze bawić. Bo "Tom..." to przede wszystkim zabawa. Zabawa szalonego Alana, kilku innych scenarzystów (m. in. Eda Brubakera, Briana K. Vaughana, Geoffa Johnsa i Michaela Moorcocka) oraz wspomnianej grupy czytelników.
W "Tomie Strongu" Moore ma absolutną wolność. Może bezkarnie używać najmniej logicznych rozwiązań. Może bez skrępowania kreować papierowe, jednowymiarowe postaci. Może rzucać czerstwymi żarcikami. Może wymyślać najbardziej niesamowite i nierealne przygody. Może rżnąć na potęgę z tanich książek, komiksów i filmów. Może używać całego arsenału środków właściwych dla starych pulpowych historyjek. Może wszystko, dopóki robi to z właściwym sobie wdziękiem i polotem. Póki co, doskonale mu to wychodziło.
- Co robi Alan Moore, kiedy jest zmęczony odprawianiem rytuałów magyi chaosu i pisaniem scenariuszy do Wielkich-Komiksów-Łamiących-Wszelkie Konwencje?
- Bierze się za "Toma Stronga".
Tom Strong to heros na miarę Złotej Ery – silny, odważny, wysportowany, nieprzeciętnie inteligentny. Wzorowy mąż i ojciec, przykładny obywatel, weteran II Wojny Światowej. Znakomity atleta i wybitny naukowiec. Budzi strach we wrogach i uwielbienie w sercach porządnych mieszczan. Pływa, biega, strzela, podróżuje w czasie, przestrzeni, do wnętrza Ziemi, regularnie lata w kosmos. Raz w miesiącu ratuje świat, trzy razy w tygodniu swoje ukochane miasto.Po kolei: tytułowy bohater jest synem genialnego naukowca, Sinclaira Stronga. Urodził się w roku 1900 na tropikalnej wyspie - Attabar Teru, gdzie rodzice wychowywali go w specjalnej komorze o podwyższonej grawitacji, by chłopiec był silniejszy od innych ludzi. Za jego edukację odpowiadał robot - Pneuman, który dbał o wszechstronne wykształcenie. Po tragicznej śmierci rodziców, Strongiem Juniorem zajęli się tubylcy. Jak można się domyślić plemię dysponuje czymś magicznym, w tym wypadku jest to korzeń Goloka - tajemnicza roślina, która poza innymi cudownymi właściwościami, znacznie przedłuża młodość osób ją spożywających.
Po osiągnięciu dojrzałości, Tom bierze ślub z córką wodza, Dhaluą i przeprowadza się do amerykańskiego Millenium City, gdzie rozpoczyna karierę superbohatera. W jego perypetiach pomagają mu: małżonka, córka o imieniu Tesla, wspomniany robot, inteligentny goryl – Salomon, członkowie jego fanklubu - "Strongmen of America", a także liczne wersje Stronga z alternatywnych rzeczywistości i czasów. W świecie Toma nie mogło zabraknąć osobników niegodziwych. Bohater Millenium City musi mierzyć się z całą galerią superprzestępców, jak i szeregiem kolektywnych zbirów: kosmitami, Aztekami z równoległego wszechświata, innymi kosmitami, nazistami oraz jeszcze innymi kosmitami.
Często się zdarza, że arcywróg jest ciekawszy od samego głównego bohatera. Tak jest i w tym przypadku. Paul Saveen, nemezis Toma od razu przykuwa uwagę czytelnika - zawsze w wytwornym fraku i z laseczką, twarz przyozdabia cienki wąs oraz dyskretna maska. Ot, dystyngowany, lekko ekscentryczny gentleman, który przy okazji jest też pierwszoligowym geniuszem zła, regularnie realizującym kolejne diaboliczne plany. Dla pieniędzy, dla chwilowego kaprysu czy po prostu, żeby uprzykrzyć Tomowi życie.
"Tom Strong" nie jest (przynajmniej w większości przypadków) pastiszem pulpowych komiksów przygodowych pierwszej połowy XX wieku. Moore podszedł do tematu z szacunkiem i zamiast bawić się w eksperymenty, skupił się na odświeżeniu formuły. Pod piórem angielskiego maga weird tales ożywają na nowo i stają się atrakcyjne dla czytelnika ery postvertigowskiej. Mimo to, jest to rozrywka dla dosyć wąskiej grupy odbiorców. Prawdziwą przyjemność z lektury będą czerpać ci, którzy darzą sentymentem fantastyczną pulpę w jej najbardziej pulpowatej i fantastycznej formie. Dla nich seria, wydana przez imprint American Best Comics, to powrót do kolorowego dzieciństwa, rozbuchanej krainy cudowności gdzie wszystko mogło się zdarzyć, a prawa opowieści drwiły sobie bezczelnie z fizyki i logiki. Ludzie, nie lubujący się kiczowatej estetyce Złotej Ery, raczej nie będą się dobrze bawić. Bo "Tom..." to przede wszystkim zabawa. Zabawa szalonego Alana, kilku innych scenarzystów (m. in. Eda Brubakera, Briana K. Vaughana, Geoffa Johnsa i Michaela Moorcocka) oraz wspomnianej grupy czytelników.W "Tomie Strongu" Moore ma absolutną wolność. Może bezkarnie używać najmniej logicznych rozwiązań. Może bez skrępowania kreować papierowe, jednowymiarowe postaci. Może rzucać czerstwymi żarcikami. Może wymyślać najbardziej niesamowite i nierealne przygody. Może rżnąć na potęgę z tanich książek, komiksów i filmów. Może używać całego arsenału środków właściwych dla starych pulpowych historyjek. Może wszystko, dopóki robi to z właściwym sobie wdziękiem i polotem. Póki co, doskonale mu to wychodziło.
Etykiety:
Alan Moore,
America's Best Comics,
Ameryka,
Art Adams,
Chris Sprouse,
Dave Gibbons,
DC Comics,
Gary Frank,
importowane,
Jerry Ordway,
John Paul Leon,
recenzja,
super-hero,
Wildstorm
poniedziałek, 26 stycznia 2009
#115 - „Captain America” vol.5
Ed Brubaker jest prawdziwym skarbem dla Marvela. Cieszy się podobnym statusem, co Geoff Johns w DC – czego ten komiksowy Midas się nie dotknie, to zamienia się w złoto. No dobra, nie wszystkiego, bo nie wyszło mu jedynie z „The Uncanny X-Men”, ale z takiego gówna, jakim stał sztandarowy komiks z mutantami, nikt nie zrobi czegoś interesującego. Zwykle nazwisko Brubakera na okładce gwarantuje wysoką, mainstreamową jakość, na dowód wystarczy wymienić takie serie jak „Daredevil” (z rysownikiem Michaelem Larkiem) czy „Immortal Iron-Fist” (ze współscenarzystą Mattem Fractionem i rysownikiem Davidem Ają). Jego pierwszym, dużym sukcesem w Marvelu była praca nad „Kapitanem Ameryką”, którą rozpoczął w 2004 roku i z niesłabnącym powodzeniem kontynuuje swoje dzieło do dnia dzisiejszego. Włodarze Marvela niewiele ryzykowali oddając w ręce uzdolnionego scenarzysty „Captain America”, bo jeden z ich flagowych tytułów radził sobie kiepsko. Natomiast Brubaker całkiem nieźle poczynał sobie pracując dla DC. Wraz ze rysownikiem Stevem Eptingiem wyzerował licznik i z historią „Out of Time” wystartował z piątą serią przygód amerykańskiego super-żołnierza. I, jak należało się spodziewać, odniósł sukces.
Bru od samego początku nie patyczkował się z serią i z miejsca porwał się na jedną z największych świętości w mitologii Steve`a Rogersa. Majstrowanie przy Buckym, nastoletnim sidekicku, który zginął na froncie II Wojny Światowej, można porównać do próby przywracaniu zza grobu wujka Bena albo wskrzeszaniu rodziców Batmana. Ten zamach na jeden z najważniejszych elementów originu Kapitana Ameryki, w przeciwieństwie choćby do powrotu Jasona Todda, wyszedł sensownie i ciekawie. Nie napiszę Wam wprost czy Bucky rzeczywiście powrócił do krainy żywych, choć dla wielu pewnie nie jest to żadna tajemnica, żeby nie psuć przyjemności z lektury. A tej w przypadku serii „Captain America vol.5” jest sporo.
Kapitan Ameryka, obok Supermana, jest typem bohatera, którego przygody niełatwo pisać. To dość płaska postać, uosabiająca staroświeckie i bardzo amerykańskie wartości, z którymi niewiele da się zrobić. Brubaker nie kombinował z żadnymi udziwnieniami, pod jego ręką komiks wyzbył się tej patriotyczno-komiksowej infantylności, zachowując prawdziwą esencję przygód prawdziwie amerykańskiego herosa, będącego uosobieniem republikańskich cech wszelakich, którą dodatkowo wzbogacił o sensacyjny sznyt. Tak po prawdzie to w „Kapitanie Ameryce” jest bardzo mało trykotów, a sam tytuł mocno ciąży ku opowieściom szpiegowskim w stylu takiego dojrzałego Bonda. Mamy zatem byłych generałów KGB knujących spiski, echa zimnej wojny, sowieckich tajnych super-agentów, neonazistów, latające samochody i znakomite reminiscencje samego Rogersa z II Wojny Światowej. „Captain America” trzyma równy, wysoki poziom, a jej autor nie zalicza jakichś drastycznych wahań formy. Komiks napisany jest naprawdę bardzo dobrze, a historię wyjątkowo dobrze czyta się w zeszytach – Brubaker znakomicie potrafi skomponować akcję, aby na tych 24 stronach zmieścić autonomiczny fragment większej całości. A naprawdę wielu znakomitych komiksiarzy (mainstremowych) ma z tym problem, biorąc Bendisa, jako przykład pierwszy z brzegu. Czytając całość (polecam wydanie omnibus) nie można nie docenić „architektury” komiksu, jego kompozycji i sposobu, w jaki Bru łączy wszystkie wątki w jedną, sensowną całość.
Większych zarzutów nie można mieć równie do oprawy wizualnej. Steve Epting dał mi się zapamiętać z koszmarku, jakim były dwa numery „Mega Marvel” z Avengersami. W „Kapitanie Ameryce” zupełnie nie poznałem Eptinga. Zmienił swój styl na bardziej realistyczny i skuteczniej, wraz z inkerami, tuszuje swoje niedoróbki, bo wybitnym rysownikiem nie jest. Cieszy, że nawet jeśli Epting oddaje ołówek komuś innemu (Johnowi Paulowi Leonowi albo Michealowi Larkowi), to jest to artysta prezentujący podobny styl.Nic nie wskazuje na to, że Bru podzieli los Bendisa, którego praca przy tytułach linii super-hero całkowicie artystycznie wyjałowiła i zdegenerowała. Równocześnie z pracą nad trykotami, Brubaker wciąż robi znakomite serie „niezależne” (o ile tak można nazwać kryminały pisane dla marvelowego imprintu Icon) – „Criminal” i „Incognito”. Mam taką cichą nadzieję, że kiedy Bendis wreszcie przestanie być głównym architektem marvel-świata, jego miejsce zajmie właśnie Ed Brubaker, wspomagany przez Dana Slotta i Marka Millara. Na zakończenie nie pozostaje mi nic innego, jak tylko życzyć, aby trzeci Eisner z rzędu dla najlepszego scenarzysty trafił do rąk Eda.
Subskrybuj:
Posty (Atom)
