O dziele Dave`a Gibbonsa znalazłem w sieci sporo negatywnych opinii. Pomyślałem, że jeśli komiks twórcy „Strażników” zbiera tak słabe noty, to być może są ku temu konkretne powody. Mimo to, stylistyka plansz, które przeglądałem w internecie wyglądała całkiem zachęcająco, więc postanowiłem przyjrzeć się tej historii. Na wstępie jednak muszę zaznaczyć, że kreska Gibbonsa zaprezentowana w „Originals”, nie ma wiele wspólnego z tą, którą znamy z utworu stworzonego wraz z Alanem Moore`m.
środa, 19 lutego 2014
#1538 - Originals
O dziele Dave`a Gibbonsa znalazłem w sieci sporo negatywnych opinii. Pomyślałem, że jeśli komiks twórcy „Strażników” zbiera tak słabe noty, to być może są ku temu konkretne powody. Mimo to, stylistyka plansz, które przeglądałem w internecie wyglądała całkiem zachęcająco, więc postanowiłem przyjrzeć się tej historii. Na wstępie jednak muszę zaznaczyć, że kreska Gibbonsa zaprezentowana w „Originals”, nie ma wiele wspólnego z tą, którą znamy z utworu stworzonego wraz z Alanem Moore`m.
wtorek, 16 października 2012
#1153 - Koziorożec #5: Sekret
Od czasu wydania w Polsce czwartego tomu, który nosił tytuł „Sześcian numeryczny” minęło cztery lata. Teraz mam w dłoniach kolejny tom, noszący tytuł „Sekret”, we Francji ukazał się on w 2001 roku, a w bieżącym roku swoją premierę miał tom szesnasty. Dużo jest do nadrobienia i życzę wydawnictwu Manzoku jak najlepiej. Ponieważ chciałbym przeczytać po Polsku dalsze przygody Astora. Tak, tak wiem, to nie on jest głównym bohaterem tej serii, ale to jego lubię najbardziej.
Astor pojawia się w każdym albumie, to mało przyjemny bibliotekarz (w bieżącym tomie na drugiej planszy Ash Grey ironizuje: „Pańskie dobre maniery będą pańską zgubą!”), niewysoki (właściwie mikrus), z burzą czarnych włosów na głowie, z długim, spiczastym nosem. Zawsze w okularach, ubrany w czarny garnituru, w białą koszulę i czarną muszkę.
Poznajemy go pierwszym tomie pt. „Obiekt”, gdy zawołany, wychyla się zza, sięgającego sufitu, regału z książkami. Jest wyraźnie niezadowolony, wręcz wrogo nastawiony, ponieważ oderwano go od najważniejszej w życiu czynności – od katalogowania książek. Kilka plansz dalej widzimy go, klęczącego na zgliszczach spalonej księgarni, w której pracował, ściska książkę i płacze. Uszło z niego życie, bo spłonęły książki. Odżywa, gdy zostaje zatrudniony przez Koziorożca do opieki nad jego „domową” biblioteką. Odzyskał cel, jego życiu nadano ponownie sens, znów może opiekować się książkami. Zresztą książka, obok okularów, czarnego garnituru, jest jego znakiem rozpoznawczym. Na bardzo wielu kadrach przyciska do piersi lub trzyma w rękach jakieś grube tomiszcze.
Album „Sekret” zaczyna się od pięciostronicowego wprowadzenia prozą, z którego przytoczę mały cytat: „Kawałki gipsu, betonu, drewna i kilka książek spadło z biblioteki, która zaczęła cała się podnosić, na początku powoli, a potem coraz szybciej, ponad drapacz chmur i jeszcze dalej. Koziorożec musiał trzymać z całych sił Astora. Mały bibliotekarz był na granicy szaleństwa. Jego książki, JEGO książki odlatywały, coraz wyżej, ponad miasto razem z jego sensem istnienia, a może nawet z całym sensem. (…)Kilka dni później ludzie zaczęli znosić książki znalezione w całym mieście. Astor opuścił dzięki temu stan wręcz śpiączki, w jakim się ostatnio znajdował. Kozio swoją drogą rozpoczął odbudowywanie biblioteki, prace szły w dobrym tempie do przodu”.
I tym razem kluczem do całej intrygi jest książka. Oczywiście, jak większość książek w bibliotece Koziorożca, ta także ma swoją tajemną, ukrytą moc. Moc zawarta w słowach, jest tak potężna, że gdy książka zostaje odnaleziona, zamaskowani oprawcy wyrywają ją Bibliotekarzowi z dłoni i uciekają do kanałów. Tak rozpoczyna się seria niesamowitych i awanturniczych zdarzeń. Ostatecznie odkryte zostają różne sekrety wielu bohaterów, którzy przewijają się przez karty tej serii. Sekrety z przeszłości, które uprzednio pozostawały w cieniu, dlatego warto, przed lekturą bieżącego albumu, przypomnieć sobie cztery poprzednie.
poniedziałek, 1 grudnia 2008
#88 - Co kryją mury Samaris?
Seria „Mroczne Miasta” była pierwszym tytułem zapowiedzianym przez Manzoku, wchodzące na rynek nowe wydawnictwo, które na swoim koncie miało jedynie reedycję „Podróży smokiem Diplodokiem” Tadeusza Baranowskiego. O wydaniu „Les Cites Obscures” zdecydowali podobno sami czytelnicy w ankiecie ogłoszonej przez wydawcę, w co kompletnie nie chce mi się wierzyć. Po pierwsze, nie sądzę aby Manzoku wtedy (i dziś także) było tak silnym edytorem, aby wydać dowolny komiks, wskazany w internetowym głosowaniu, a po drugie wątpię w wyniki samej ankiety – nie wierzę, że polski czytelnik wskazał ten komiks właśnie. Dalsze, burzliwe wydawnicze losy komiksu to już historia - zamieszanie z przedpłatami, znikająca strona internetowa, niejasne problemy z licencją i powracające widmo upadku „oficyny komiksu światowego”. Niemniej, wreszcie się udało i „Mury Samaris” można dostać w każdej księgarni. Przypomnę tylko, że jego premiera została zapowiedziana w połowie czerwca 2006 roku a pierwszy tom serii miał się ukazać bardzo szybko, bo już wrześniu tego samego roku.
Przyznam, że sporo spodziewałem się po „Murach Samaris”, gdyż o tym komiksie w ciepłym tonie wypowiadały się różne osoby, których opinię zawsze biorę pod uwagę. Po pierwszym tomie jestem minimalnie rozczarowany i bardzo zaskoczony. Rozczarowany, bo to nie komiks znakomity, tylko bardzo dobry i zaskoczony, bo spodziewałem się czegoś zupełnie innego. A co dostałem?Samaris to pierwsze z tytułowych „Mrocznych Miast”, które czytelnik odwiedzi wraz z „głównym bohaterem” opowieści, Franzem. Franz zostaje wysłany ze swojego rodzinnego Xhystos, aby zgłębić tajemnicę miasta, zza murów którego nie wrócił jeszcze żaden człowiek. Specjalnie napisałem „głównym bohaterem”, bo czytelnik bardzo szybko się przekona, że to nie Franz odgrywa pierwsze skrzypce w tej historii, tylko właśnie tytułowa metropolia. Bowiem na pierwszy plan w „Murach Samaris” zostaje wysunięte to, co zwykle w innych komiksach pozostaje na drugim planie. Miasto, które zwykle jest tłem dla opowiadanej historii, tutaj zostaje umieszczone w centrum komiksu. Jest celem, do którego dąży Franz, jest tajemnicą, z którą musi zmierzyć się odbiorca i jest punktem, wokół którego obraca się intryga.
Premierowy tom „Mrocznym Miast” to komiks, który zachwyca przede wszystkim pod względem estetycznym. Scenariusz Peetersa hipnotyzuje swoim nastrojem, zaciekawia tajemnicą. Autor potrafi stworzyć duszną, kafkowską atmosferę, zamkniętą w fabularnym motywie podobnym do podróży z „Jądra ciemności” Josepha Conrada. Rysunki Schuitena budzą podziw swoim rozmachem, dokładnością i pomysłowości. Artysta, który jest nota bene architektem z wykształcenia, buduje miasta, którego podstawowym kryterium nie jest użyteczność i funkcjonalność, tylko piękno. Architektura w Xhystos utrzymana jest w stylu art nouveau, natomiast w Samaris – w gustownym baroku. Wybaczcie, że posłużę się takim banalnym porównaniem, ale „Mury Samaris” oddziałują głównie na czytelnicze zmysły, a nie na rozum, zachwycają estetycznie. To komiks, który chce się smakować, a nie czytać.Tak naprawdę „Mury Samaris” to tylko znakomita uwertura dla sagi „Mrocznych Miast”, która liczy sobie jedenaście tomów. Widać, że komiks Schuitena i Peeters zdradza wielki potencjał i jestem bardzo ciekaw jak dalej się to wszystko potoczy. Pierwszy epizod zapracował na kredyt zaufania dla całej serii. Liczę, że Manzoku wyczerpało już limit błędów i pomne własnych pomyłek zajmie się wydawaniem komiksów na poważnie.
sobota, 30 sierpnia 2008
#51 - Y: Ostatni z mężczyzn
„Y” to seria, która ma potencjał, aby stać się przebojem na polskim rynku. Łącząc najlepsze cechy „Kaznodziei” (nieprzenikniona do ostatniego zeszytu tajemnica, motyw wędrówki do celu, główny wątek rozpadający się mniejsze) i „Żywych trupów” (wizja świata po kataklizmie, nastrój permamentnego zagrożenia i zaszczucia) mogła stać się prawdziwą, finansową i wydawniczą lokomotywą Manzoku, dzięki której wrocławski edytor dojedzie do pierwszej ligi polskich wydawców. Ale tylko wtedy, gdy komiks będzie wydawany regularnie – „Y” to komiks z gatunku, który należy publikować i czytać szybko, czytelnika permametnie zżera ciekawość, co będzie dalej i jak to wszystko się skończy. Vaughan bardzo sprawnie buduje historię i operuje cliffhangerami, nie zdążają mu się fabularne ślepe uliczki, słowem – wszystko jest na swoim miejscu.
Mnie w komiksie ujęła postać Yoricka, który niespecjalnie nadaje się na komiksowego herosa. Absolwent anglistyki, obecnie bezrobotny magik (co nasuwa skojarzenia z „Jar of Fools” Lutesa), mistrz ucieczek, który boi się wyjść z własnego domu, towarzysko upośledzony. Kompletnie niedojrzały, mający ze sobą szereg problemów emocjonalnych, kiepski żartowniś i beznadziejny romantyk. Z małą mocą i z niewielką odpowiedzialnością. Dodajcie do tego pierdołkowatość i nerdowy rys (lubi „Star Treka”) i macie mniej więcej komplet – Yorick mnie momentami potrafił mocno wkurzyć swoim szczeniackim i irracjonalnym zachowaniem. Z czasem się to zmienia, ponieważ Vaughan świetnie prowadzi tą postać – Ostatni Mężczyzna zmienia się, nabiera dystansu do świata i siebie, jak to się mówi – dojrzewa. I jest to znakomicie pokazane.
Zabierając jeszcze głos w sprawie nieszczęsnego tłumaczenia – Uliszewski generalnie spisał się nieźle, choć wpadek z Yorykiem, z niefrasobliwym przekładem „cunt” i irytującym „ma`am” dało się zwyczajnie uniknąć, podobnie jak przypisów, których w takiej formie równie dobrze mogłoby nie być, bo są zupełnie bezwartościowe i wybiórcze. Wydaje mi się, że wina leży akurat po stronie Manzoku – jakiś ich redaktor mógł po prostu powiedzieć stop niektórym pomysłom Uliszewskiego, który „Kreczmarem nie jest”.

