Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Ivan Reis. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Ivan Reis. Pokaż wszystkie posty

piątek, 15 lipca 2011

#806 - Blackest Night

Geoff Johns sprawiając, że Zielona Latarnia zajaśniała pełnią szmaragdowego blasku, przywrócił mi nadzieję w komiksy superbohaterskie. W jego "Green Lanternie" znalazłem to, za co pokochałem te niepoważne kolorowe zeszyty, a o czym tak często się zapomina – atmosferę fantastycznej przygody, większej niż życie. Do tego scenarzysta sprawiał wrażenie poważnego człowieka, szanującego intelekt swojego czytelnika – wiedział, że historia musi mieć ręce i nogi, aby mogła być uznawana za "epicką".

I dokładnie tak było w przypadku "Sinestro Corps War", najlepszego komiksowego eventu od czasu "Civil War". Nie wystarczy bowiem wrzucić dziesiątki postaci w środek wielkiej bitwy i obsłużyć fana kilkoma efekciarskimi scenami. Wszystko musi być odpowiednio skomponowane. Musi mieć swoją dramaturgię i nie urągać podstawom jakiejkolwiek logiki i zdrowemu rozsądkowi. Wtedy dopiero może się udać. Podobnie było w przypadku "Rebirth", które postawiło fundamenty pod spójną mitologię Zielonej Latarni (choć są fani, którym wizja Johnsa zupełnie nie odpowiada) i powinno być przechowywane w Sevres, jako wzorzec dla udanego ret-conu. Ekscytująca zapowiedz "Blackest Night" pojawiła się w finale "SCW" i od tamtego czasu z niecierpliwością czekałem na finałowy akt zielonej trylogii Johnsa. Gorliwie wierzyłem, że "Najciemniejsza Noc", która rozrosła się do obejmujący całe uniwersum eventu, będzie jeszcze większa i jeszcze lepsza od poprzednich "części". Trzymałem kciuki za Johnsa, żeby pokazał jak robi się wielkie crossovery spinając w jednej historii porozrzucane tu i ówdzie wątki wielkiej zielonej sagi, której początki można znaleźć w "Tales of the Green Lanterns" Alana Moore`a. Miało być wspaniale - War of the Light, misja Abina Sura i obsesja Atrocitusa, sektor 666 i planeta Ryut, a wyszło, jak w przypadku większości wielkich, wakacyjnych eventów. Rozczarowująco, irytująco i po prostu źle.

A zaczynało się naprawdę pięknie. W #43 zeszycie serii "Green Lantern" Johns w pełnej grozy opowieści przedstawia postać Williama Handa, który w walce śmierci z życiem ma do odegrania kluczową rolę. Jeszcze lepszy jest premierowy numer głównej mini-serii "Blackest Night". Herosi odwiedzający groby swoich bliskich nie wiedzą jeszcze, że niedługo to zmarli przybędą by ich odwiedzić. I nie będzie to miła wizyta. Szczególnie spotkanie Elongated Mana i Sue Dibny z Hawkmanem i Hawkgirl na długo zapada w pamięć. Johns bardzo umiejętnie buduje napięcie, zderzając kolorową konwencję superhero z nieustannym poczuciem zagrożenia tak charakterystycznym dla horrorów z zombiakami, w których śmierć może czaić się za każdym rogiem. Z kolejnymi numerami "BN" atmosfera się zagęszcza, a poziom "epickości" rośnie. Scenarzysta udanie balansuje pomiędzy wewnętrznymi sprawami latarników, a resztą uniwersum DC, obsadzając w głównych rolach Barry`ego Allena, Hala Jordana i Sinestra. Ale tak naprawdę show kradną postacie do tej pory drugoplanowe. Mera, żona Aquamana, oryginalny Atom i nowy Firestorm świetnie prezentują się w świetle reflektorów. Niestety, w okolicach czwartego zeszytu, kiedy pojawia się Nekron, zaczyna się dziać coś złego.

Tempo akcji momentalnie siada. Historia gubi swój rytm wprost proporcjonalnie do ilości superbohaterów pomieszczonych na kadrach. Umiejętnemu zawiązaniu akcji zabrakło odpowiedniego wykończenia. Pełna autentycznej grozy opowieść zamienia się w festiwal tanich zagrywek i to samo dzieje się na łamach "Green Lanterna". Właściwie od drugiego zeszytu historia zamienia się w feerię kolorowych promieni wystrzeliwanych przez członków poszczególnych korpusów (jak widać musiałem ograniczyć się tylko do dwóch albumów – "Blackest Night" i "Green Lantern: Blackest Night", odpuściwszy sobie tie-iny i trejda "Green Lantern Corps"). Johns dostaje jakiegoś niewytłumaczalnego kociokwiku i zaczyna wrzucać do swojej historii, jak do jakiejś zupy, wszystko, co tylko ma pod ręką. Dużo, naprawdę dużo kolorowych pierścieni, Parallaxa i Spectre`a, czaszkę Batmana i White Lanterna, kwestię zmartwychwstań w DCU i tajemnice Zielonych Latarni. Im więcej, tym lepiej? Nic bardziej mylnego.

"Blackest Night" cierpi również na chorobę, która trapi wszystkie wielkie crossovery. W jaki sposób poprawnie czytać tę słusznych rozmiarów opowieść? Jak uniknąć nieprzyjemnego przeplatania się wątków? Ciężko czytać albumy po kolei, bo wtedy fabuła ma dziury, jak ser szwajcarski. Próbując zachować chronologię zeszytów historia leży pod względem spójności i kompozycji. Ale jaki wariant lektury by nie wybrać, to komiks i tak znużył. Jest niepotrzebnie przeciągnięty (choć tak naprawdę to dzieje jednej, wielkiej bitwy z ucieleśnieniem śmierci), przez co pozbawiony dramaturgii, która przecież była tak mocnym punktem "Sinestro Corps War".

W przeciwieństwie do Johnsa na wysokości zadania stanął Ivan Reiss. Dzięki tym ośmiu numerom "Najciemniejszej Nocy" awansował do ścisłej pierwszej ligi mainstreamowych rysowników w Ameryce. Ze swoim szlachetnym, bliskim szkole Johna Byrne`a, stylem oddaje hołd klasycznej kresce, pamiętając jednak o lekcji udzielonej przez Jima Lee. Niechętny tendencjom do ufilmowiania komiksowej narracji i dekompresji kadrów, nawiązuje do trendów z lat osiemdziesiątych. Potrafi ładnie zagrać tempem opowieści, czuje rytm narracji obrazkowej (oczywiście w dość ograniczonych ramach konwencji) i jeśli zombiakom udaje się przestraszyć czytelnika, to właśnie za sprawą rysownika. Nieco irytuje jego zamiłowanie do splaszów, ale czuję, że sporo do powiedzenia w temacie kompozycji miał scenarzysta. Słabiej prezentuje się oprawa graficzna w "Green Lanternie". Kreska Douga Mahnkego ma w sobie coś co mnie strasznie irytuje. Szczególnie, kiedy nie ma zbyt wiele czasu na dopracowanie swoich prac. Swoje trzy grosze dorzucają również Ed Benes, Jerry Ordway i Marcos Marz.

Bardzo przykro mi to mówić, ale Geoff Johns nie stanął na wysokości zadania, które sobie założył. Zaczął dobrze i stosunkowo niewiele brakło, aby mu się udało. Zamiast ugruntować swoją pozycję w elicie mainstreamowych scenarzystów, od czasów "Blackest Night" rozpoczął swój zjazd w dół, nie tworząc od tamtego czasu właściwie żadnego komiksu wartego uwagi. Popadł w pisarską rutynę. Obowiązki pełnione w zarządzie DC i praca nad filmowym "Green Lanternem" wcale mu nie pomagają w zmianie tej sytuacji. Z coraz większym niepokojem wyczekuje jego wersji "Justice League".

piątek, 13 marca 2009

#144 - Tydzień crossoverów - Sinestro Corps War

Pisząc o „Sinestro Corps War” siłą rzeczy będę musiał powtórzyć niektóre argumenty, które padły już przy okazji mojego tekstu o „Green Lanternie”. Nie ma w tym nic dziwnego, bo crossover przewijał się także na kartach tego miesięcznika, a i za scenariuszem stała jedna i ta sama osoba, Geoff Johns. Komiksowy skryba oficjalnie mianowany mainstreamowym królem Midasem, zamieniającym w złoto wszystko, czego się dotknie.

Jak przedstawia się zarys fabuły crossa rozgrywającego się w sumie na łamach dwóch ongoingów (wspomnianego „Green Lanterna” i „Green Lantern Corps”, którego pisze Dave Gibbons, znany polskiemu czytelnikowi, jako autor „The Orignals” i rysownik „Strażników”) i uzupełnionego one-shotami poświeconymi kluczowym postaciom dramatu, ukazującymi się pod wspólnym szyldem „Tales of the Sinestro Corps”? Tytułowy Sinestro był niegdyś najlepszym z zielonych latarników, kosmicznej organizacji dbającej o ład w znanej galaktyce. Obszar, nad którym trzymał piecze był pokazywany młodym kadetom za wzór porządku i dyscypliny. I sielanka by trwała, gdyby nie wyszczekany i arogancki ziemianin z Ameryki nie zdemaskował opiekuna sektora 1417, jako faszyzującego dyktatora, używającego strachu, jako narzędzia terroru i represji. Hal Jordan zrobił sobie ze swojego mentora i przyjaciela zawziętego i dozgonnego wroga. Po przymusowej banicji w wymiarze antymaterii, Sinestro na łamach „SCW” po raz kolejny będzie chciał zemścić się nie tylko na Halu, ale na całym Korpusie Zielonych Latarni i Strażnikach Wszechświata. I trzeba przyznać, że ma chłopak rozmach, bo nie wystarczyło mu już wykuć żółty pierścień mocy, tym razem zorganizował sobie własną międzygalaktyczną policję. Żółty Korpus jest antytezą zielonego odpowiednika. Posługuje się strachem, a nie siłą woli pozwalającą ten strach przezwyciężyć, Sinestro chce zaprowadzić nowy porządek w galaktyce.

Geoff Johns jest jednym z niewielu scenarzystów pracujących z kalesoniarzami, którzy naprawdę umieją zrobić dobrze swoim czytelnikom. Oprócz tego, że wie, co gra w ich nerdowskich duszach, ma wielki szacunek do dokonań twórców, poprzednio pracujących przy Latarnikach. „Sinestro Corps War” jest tego najlepszych dowodem. Johns pięknie kompiluje wszystkie pomysły pozostałych scenarzystów w spójną, zielona mitologię, mało tego – rozwija ją do prawdziwie epickich wymiarów, zgrabnie rozwijając wątek Strażników z Oa, ich księgi i sprytnie poszerzając spektrum kolorów w galaktyce DC. O jakie barwy chodzi, tego na razie nie zdradzę, podobnie jak nie wyjawię, jacy łotrzy z samego czubka ekstraklasy wejdą w skład Żółtego Korpusu. Polecam poczytanie zeszytów z serii regularnej żeby zobaczyć, kogo Sinestro werbuje – wielokrotny geekowski orgazm murowany.

Scenariuszowi Geoffa Johns do ideału jeszcze sporo brakuje i „Sinestro Corps War” nie jest komiksem bez wad. Przede wszystkim podczas lektury irytowała mnie chaotyczność i tempo kolejnych wydarzeń. Chciałoby się, żeby Johns trochę zwolnił, pozwolił nacieszyć się czytelnikowi jeszcze bardziej. Zwyczajnie – opowieść o wojnie korpusów za szybko się czyta. Momentami kuleje kompozycja, komiks momentami gubi napięcie, niektóre postacie aż proszą się o poświęcenie im kilku stron więcej. Mam tu na myśli głównie Anti-Monitora (jednego łotra zdradzę zatem), Amon Sura, Johna Stewarta, a nawet samego Jordana. Akurat z tym mógłbym się pogodzić, mam świadomość, że taka jest cena żonglowaniem dużą ilością wątków, ale nie wybaczę DC, że przydzieli tak słabych grafików do tak świetnej historii. Tak nawiasem mówiąc wydaje mi się, że Marvel dystansuje o kilka długości swojego konkurenta, jeśli chodzi o rysowników. Bo jeden Ethan van Sciver wiosny nie czyni, szczególnie, że narysował tylko otwierającego sagę speciala. Ivanowi Reisowi nie brakuje wiele do jego poziomu, ale chłopak dopiero teraz, w ostatnich numerach „Green Lanterna” pokazuje, jaka moc drzemie w jego łapie. Reszta regularnych rysowników znacznie odstaje od tej dwójki – artystów pracujących z scenarzystą Dave`m Gibbonsem przy „Green Lantern Coprs” jest wielu i niestety wszyscy z nich prezentują się albo kiepsko (Angel Unzueta, Dustin Nguyen), albo bardzo kiepsko (Patrick Gleason, Pascal Alixe, Jamal Igle). Wśród rysowników „Tales of Sinestro Corps”, na tle nieciekawej Adriany Melo i Patricka Blaine`a, będącego tanią podróbką Eda Benes`a, który sam jest nieudolnym kopistą Jima Lee, pozytywni wyróżnia się Pete Woods, wspomagany przez znanego z kart polskiego „Supermana”, prawdziwego weterana ołówka, Jerry`ego Ordway`a.

Pomimo tych uwag, „Sinestro Corps War” jest jednym z najlepszych crossoverów, jakie przydarzyło mi się czytać w ostatnim czasie. Co ja gadam – to jeden z najlepszych crossów, jaki kiedykolwiek ukazał się na amerykańskim rynku i wzór dla każdego, kto chciałby zabrać się za opowieści tego typu. Pokątnie podczytując sobie w miarę aktualne numery „Green Laterna” po cichu liczę, że domknięcie zielonej trylogii (po „Rebirth” i „SCW”), czyli „The Blackest Night” przewyższy swoje poprzednika pod każdym względem.

czwartek, 29 stycznia 2009

#118 - „Green Lantern”

Powrót Hala Jordana do uniwersum DC był tylko kwestią czasu. Kyle Raynor nigdy nie osiągnął takiej popularności, jaką cieszył się jego poprzednik na stanowisku ziemskiej Zielonej Latarni. Kiedy kolejni scenarzyści coraz bardziej gubili się na łamach regularnego tytułu i nie mieli zupełnie pomysłu co zrobić z trzecim Green Lanternem, bossowie DC zdecydowali – teraz jest ten moment.

Pod koniec 2004 roku Geoff Johns ze swoim etatowym rysownikiem, Ethanem van Sciverem, na łamach mini-serii „Green Lantern: Rebirth” przywrócił do życia i komiksowego użytku Latarnika Srebrnej Ery. Sześcioczęściowe „Odrodzenie” to historia, w której Hal Jordan odkupuje swoje stare grzechy, rezygnuje z wygodnego etatu Spectre`a, uosobienia Gniewu Bożego i wraca w super-bohaterskiej chwale do obowiązków kosmicznego strażnika sektora 2814. A całe to zamieszanie było jedynie preludium do restartu regularnej serii „Green Lantern” z Jordanem w roli głównej, oznaczonej jako volume 4. Jej scenarzystą został oczywiście Johns.

Trzeba przyznać, że był to jeden z najlepszych super-bohaterskich retconów, jaki miałem okazję poznać. Geoff Johns z wielkim szacunkiem podszedł do tradycji Zielonej Latarni i pracy poprzednich scenarzystów, nie poszedł na łatwiznę z jakimś klonem uśpionym na dnie oceanu czy alternatywnymi rzeczywistościami, jak mają to w zwyczaju niektórzy scenarzyści. Bardzo umiejętnie rozplątał wątki, które pozostały po innych pisarzach i zbudował naprawdę spójną mitologię GL, którą z powodzeniem rozwijał.

Geoff Johns zamienił średni serial o przygodach międzyplanetarnych policjantów, w pełnometrażową galaktyczną epopeję, o epickim rozmachu. Co więcej – to, co było kiedyś największą bolączką komiksów o kolesiach z super-mocami, czyli przepełzanie wątków z numeru na numer i historie liczone w dziesiątkach odcinków, w rękach Johnsa staje się ich wielkim atutem. Z dokładnością godną architekta projektuje swoje historie tak, aby wszystko do siebie idealnie pasowało, i w taki sposób, że aż chce się je czytać. Bardzo chciałem napisać, że seria regularna w porównaniu do „Rebirth” prezentuje się słabiej, a Johnsowi o wiele lepiej wychodzi pisanie wielkich historii, niż comiesięczna młóćka przy on-goingu, czego najlepszym dowodem jest „Sinestro Corps War”. Wojna z Żółtym Korpusem to tak zwany drugi epizod zielonej trylogii - wspomniane „Rebirth” było tym pierwszym, a ostatnim ma być zapowiadane na 2009 rok „The Blackest Night”, którego pierwsze takty już słychać w miesięczniku. Ale musze to odszczekać, bowiem czytając „Rage of the Red Lanterns” czy kolejne komiksy zbliżające nas do „Najmroczniejszej z Nocy” widzę, że scenarzysta z Michigan rozkręcił się na dobre także w serii regularnej. Konsekwentnie realizuje swoje pomysły wprowadzenia sześciu nowych Korpusów, ciekawie rozwija mitologię Księgi Oa i świetnie prowadzi postać samego Jordana, co i rusz zaskakując odbiorców. I przyznam, że trochę się boje czy Johns sprosta bardzo wygórowany oczekiwaniom czytelników, bo skoro teraz jest tak świetnie, to jak będzie później…

Warto się zatrzymać chwilkę przy samym „Sinestro Corps War”, bo to historia, która powinna być wzorem dla wszystkich scenarzystów i redaktorów, którzy zajmują się crossoverami. Lawirowanie między tytułami zostało ograniczone do minimum, fabuła przewija się właściwie tylko na łamach „Green Lanterna” Johnsa „Green Lantern Corps” Dave`a Gibbonsa i jest uzupełniona (uwaga!) tylko jednym tie-inem „Tales of the Sinestro Corps”, w którym bliżej poznajemy Żółte Latarnie. Wszystkie wątki są wzorowo poprowadzone, razem stanowią spójną całość, tworzą historię o kosmicznym rozmachu, która trzyma w napięciu do samego końca. No i finałowa bitwa naprawdę może zrobić wrażenie – niech Bendis czyta i się uczy.

Pod względem graficznym „Green Lantern” stoi na solidnym poziomie. Od czasów „New X-Men” Ethan van Sciver poczynił spore postępy i ciska bardzo sprawnie w swoim „kreskowanym” stylu, nawiązującym do trendów przełomu lat osiemdziesiątych i dziewięćdziesiątych. Carlos Pacheco awansował z drugiej do pierwszej ligi, choć dla mnie to taki McNiven dla ubogich. Ivan Reis mieści się gdzieś pomiędzy Pacheco a van Sciverem i również nieźle daje, natomiast nie mogę się jakoś przekonać do Daniela Acuny, który chyba trochę zbyt intensywnie korzysta z pomocy komputera.

Cóż można napisać ponad to, że „Green Lantern” w chwili obecnej jest chyba najlepszym komiksem z trykotami w roli głównej, a Geoff Johns (wraz z Brubakerem) dzierży prymat wśród scenarzystów piszących super-bohaterów. Tym, którzy lubią dobrą super-bohaterską pulpę polecam zacząć od „Rebirthu”, potem według własnego uznania zapoznać się z on-goingem, a od „Sinestro Corps War” włącznie lecieć po kolei.