niedziela, 18 sierpnia 2013

#1354 - Komix-Express 197

Od dziś w pracy nad Komix-Expressem będzie wspomagał mnie Krzysztof Tymczyński. Redaktor naczelny zamkniętego (niestety!) serwisu Independent Comics publikuje obecnie na łamach portalu DC Multiverse Jego teksty już nieraz gościły na łamach Kolorowych, a teraz wcieli się w rolę sprawozdawcy z tego, co ciekawego dzieje się za Oceanem. Przywitajcie go ciepło. Jego dołączenie do naszej redakcji to najważniejsze wydarzenia zeszłego tygodnia na Kolorowych, natomiast w komiksowie do tangi takiego wydarzenia urasta "eksport" Dennisa Wojdy i Joann Karpowicz. Nakładem wydawnictwa Borderline Press na rynku brytyjskim mają ukazać się "566 Frames" Wojdy oraz "Robotz" Karpowicz. Phil Hall, szef Borderline, deklaruje, że chciałby przedstawić angielskiemu czytelnikowi nieznane, a interesujące komiksy. Nieznana jest dokłada data premiery obu komiksów (jesień?), ale Hall będzie można o nią spytać, bo pojawi się na tegorocznym MFKiG w Łodzi.

Wiemy nieco więcej o czwartym „Blerze”. Rafał Szłapa zdradził, że akcja „Stanu strachu” będzie rozgrywała się po wydarzeniach przedstawionych w trzecim tomie. Uwolniony z zakładu psychiatrycznego Bler powraca do zniszczonego Krakowa. Tam, wraz z niespodziewaną sojuszniczką w postaci eks-komisarz Policji Ruth Różańską, będzie musiał stawić czoło nowym zagrożeniom. Atomowa apokalipsa z finałowego tomu ma stanowić punkt wyjścia dla kolejnych przygód Blera, a być może i całego cyklu. Komiks ma być gotowy do końca tego roku, więc nie będzie (tradycyjnej) premiery na MFKiG. Dostaniemy za to o wiele bardziej dopieszczoną oprawę graficzną (farbki!).

Łukasz Tomasz Grządziela pracuje nad pełnometrażowym albumem. Autor ciepło przyjętego „Buca kartofla”, znany z publikacji na łamach „Profanum”, „Kolektywu”, „Bicepsa” zadebiutuje w barwach Kultury Gniewu „Tramwajami”. Liczący sobie 100 stron komiks będzie zbierał szorciaki krążące wokół tramwajowej tematyki, które powstawały na przestrzeni ostatnich dwóch lat. W poszczególnych historyjkach przewijać się będą postacie, które każdy użytkownik miejskich środków transportów zna – menele, emeryci, kanary i inne podobnego typu indywidua. Całość ma być zabawna, a pod względem graficznym prezentuje się bardzo efektownie. Praca wre – Grądziela właśnie koloruje swój album i jeśli wszystko pójdzie gładko „Tramwaje” ukażą się na przyszłorocznej Komiksowej Warszawie.

Ledwo co ukazały się „Naleśniki z jagodami”, a Paweł Płóciennik ogłosił, że zabiera się za kolejny komiksowy projekt. „Pinki”, bo tak będzie się nazywał kolejny album Szawła, będzie biograficzną opowieścią o tytułowym bohaterze. Pinki to jeden z pierwszych hipisów żyjących w Warszawie, jedna z najciekawszych figur polskiej kultury niezależnej. Duchowo związany z Placem Zbawiciela, a zawodowo z wydziałem rzeźby na ASP. Na razie zobaczyliśmy tylko jeden kadr, ale wszystko wskazuje na to, że Płóciennik przejdzie kolejną, graficzną metamorfozę.

J. Michael Straczynski nie zwalnia tempa. Właśnie poznaliśmy tytuł piątego komiksu, którego jest współtwórcą. „Protectors Inc.” opowiadać będzie o świecie, w którym superbohaterowie od lat nie mają z kim walczyć. Sielankę przerwie jednak morderstwo jednego z nich, co nie tylko zakończy spokojną egzystencję wszystkich herosów, ale także doprowadzi do ujawnienia tajemnicy, która skrywana była od blisko pięćdziesięciu lat. Komiks ten pojawi się w ofercie Image, a pierwszy zeszyt pojawi się w sprzedaży od szóstego listopada 2013. Czy JMS nie przesadza jednak z ilością nowych projektów? W Image już wydaje „Ten Grand” oraz „The Sidekick”, a oprócz wspomnianego „Protectors, Inc”, Straczynski zapowiedział niedawno swój udział w „Terminator: The Final Battle” dla wydawnictwa Dark Horse oraz w „The Twilight Zone” dla Dynamite. Warto pamiętać, że gdy ostatnio twórca ten wziął na swoje barki więcej, niż dwa tytuły jednocześnie, doczekaliśmy się totalnych porażek w stylu „Superman: Grounded” oraz „Wonder Woman: Oddysey”, które była kończone przez innych twórców.

Skoro już mowa o Image Comics - wydawnictwo po raz kolejny zadziwiło swoją listą zapowiedzi na listopad. Oprócz wymienionego przed chwilą „Protectors Inc.”, w tym miesiącu zadebiutuje jeszcze sześć innych serii. Wśród nich zwrócić uwagę należy na „Black Science” autorstwa będącego ostatnio na fali Ricka Remendera czy „Umbral”, za które odpowiadać mają Antony Johnston oraz Christopher Mitten. Duet ten stworzył serię „Wasteland” – jedną z najlepszych obecnie pozycji wydawnictwa Oni Press. Ilość nowych tytułów cieszy, lecz jednocześnie odwraca wzrok od faktu, iż w listopadzie po raz kolejny zabraknie nowych numerów najmocniejszych pozycji Image. Fani takich cykli jak „Chin Music”, „Jupiter’s Legacy”, „Fatale” czy „Ten Grand” na kolejne zeszyty swoich ulubionych pozycji poczekać będą musieli przynajmniej do grudnia.

Mark Waid znów przypomniał o sobie. Tym razem jednak nie dzięki kolejnemu dobremu komiksowi, ale za sprawą pewnej wypowiedzi. Scenarzysta złożył ironiczne gratulacja Stevenowi Grantowi, autorowi niedawno przeznaczonej do ekranizacji mini-serii „2 Guns” i zasugerował, że nie podzielił się pieniędzmi z rysownikiem tego komiksu, Mateusem Santolouco. Co prawda sama wypowiedź zabrzmiała, jakby Waid pisał ją pod wpływem ostrej frustracji, to jednak nie sposób się z nim nie zgodzić. Zwłaszcza w czasach, gdy o swoje udziały w zyskach z „Walking Dead” musi walczyć Tony Moore, a wspomniany już dzisiaj Rick Remender oraz Cory Walker na Twitterze obrzucają się błotem w identycznej kwestii. Ben Templesmith całkowicie otwarcie przyznaje, że nikt nie nawet zaproponował mu udziału w zyskach serii, dumnie nazywanej creator-owned.

Lipiec należał do DC Comics. Tak przynajmniej wynika z list sprzedaży, które niedawno opublikował Diamond. Wydawnictwo to umieściło w czołowej dziesiątce listy aż sześć pozycji, z czego cztery przekroczyły magiczny próg stu tysięcy zamówionych egzemplarzy. Żadnym zaskoczeniem nie jest, że zestawienie otwiera pierwszy zeszyt „Superman Unchained” (165,754), a tuż za jego plecami uplasował się „Batman” #21 (132,047) - czyni to ze Scotta Snydera najgorętszego scenarzystę w przemyśle. Stawkę uzupełniają „Justice League” (miejsce 4.), „Batmana Annual” (5.), „Batman/Superman” (6.), „Justice League of America” (7.). Te wyniki mogą być jednak mylące, ponieważ wystarczy rzut oka na dalsze miejsca listy, by przekonać się że DC wcale nie ma zbyt wielu powodów do radości. Marvel, chociaż w pierwszej dziesiątce ulokował jedynie cztery komiksy, w pierwszej trzydziestce ma już ich siedemnaście. O czytelnika dzielnie walczy wydawnictwo Aspen, które co miesiąc publikuje pojedynczy komiks w cenie jednego dolara i trzeci miesiąc z rzędu ulokowało swój produkt w pierwszej setce rankingu (w pierwszej czterdziestce jest to jedyny komiks spoza wielkiej dwójki, nie licząc „Żywych trupów”). O tym, że jest to niebywały sukces, niech świadczy fakt, że liczące sobie dekadę edytor jeszcze nigdy nie osiągnął takiego wyniku. Kolejne miesiące pokażą, ilu czytelników pozostanie przy Aspen, gdy sezon na komiksy za dolca dobiegnie końca.

sobota, 17 sierpnia 2013

#1353 - Tej nocy dzika paprotka

Po „Tej nocy dzika paprotka” spodziewałem się wiele. Marzena Sowa w „Dzieciach i ludziach” dała się poznać, jako zręczna scenarzystka, dobrze rozumiejąca dzieci, a Berenikia Kołomycka „Wykolejeńcem” wdarła się do polskiej rysowniczej ekstraklasy. Byłem strasznie, ciekaw co, te niebywale utalentowane panie wyczarują razem.

Głównym bohaterem „Paprotki” jest siedmioletni Tomek. Pewnego sobotniego ranka, gdy chłopiec wchodzi do sypialni rodziców zamiast swojej mamy zastaje przerażającego potwora. W łóżku, obok taty, ze snu budziła się ogromna, dzika paproć. Jak tylko naszemu bohaterowi udaje się umknąć ze strefy zagrożenia, zaczyna snuć domysły, co mogło się stać z jego mamą. Dlaczego paprotka mówi jej głosem? Czemu tata wydaje się nie zwracać uwagi na tą niezwykłą sytuację? Tomek nie namyślając się zbyt długo wraz ze swoim wiernym psem Muminem zaczyna układać plany jakby tu rozprawić się z mrożącym krew monstrum. Nie wie jednak, że wkrótce historia, której jest bohaterem, zrobi niespodziewany zwrot. Bardzo szybko przekona się, że pozory mogą być mylące, a paprotka nie musi być wcale tym, na co wygląda...

Spodobał mi się sposób, w jaki Marzena Sowa uchwyciła punkt widzenia dziecka. Scenarzystce coś podobnego udało się zarówno w „Marzi” (no, może w mniejszym stopniu i nie do końca) i we wspomnianych wyżej „Dzieciach i ludziach”. My, dorośli zbyt często zapominamy o zupełnie dziecięcej wrażliwości, która kształtuje odmienny sposób postrzegania rzeczywistości. „Paprotka” przypomina o tych różnicach, które często prowadzą do nieporozumień, jak ma to miejsce w komiksie. Zwykła szafa może być kryjówką dla hordy krwiożerczych potworów, piwnica – piekielną czeluścią, z której nie ma powrotu, a ta osoba, która właśnie wróciła z wizyty u swoich koleżanek w niczym nie przypomina ukochanej mamy. Można powiedzieć, że w tym względzie komiks pełni funkcję dydaktyczną dla rodziców. Medal ma jednak drugą, przeznaczoną dla młodszego czytelnika, stronę.

„Paprotka” oprócz tego, że stanowi ilustrację przysłowia, że strach ma wielkie oczy (tudzież – straszne włosy), mówi o relacjach pomiędzy matką, a jej dzieckiem. W sposób nienachlany, acz widoczny podkreśla, że bardzo łatwo można zapomnieć, jak wiele rodzicie robię dla swoich pociech. Można to łatwo zauważyć, kiedy ich zabraknie. Gdy pojawia się paprotkopodobne monstrum Tomek zaczyna kreślić najbardziej czarne scenariusze. Jak będzie wyglądało życie bez mamy? Kto teraz będzie przygotowywał sok z moreli? Kto odprowadzi do szkoły, kto będzie przypominał o szorowaniu paznokci, kto nakarmi Mumina?

Spodobała mi się oprawa graficzna. Bardzo. Berenika Kołomycka stworzyła świat jakby wprost z dziecięcej wyobraźni, w którym małoletni czytelnik doskonale będzie mógł się odnaleźć i utożsamić z głównym bohaterem. Album utrzymany jest w malarskim, przynoszącym na myśl prace dziecka, stylu. Urzeka prostota, ciepła kolorystyka, dynamika montażu kadrów – widać, że Kołomycka zna się dobrze na komiksowej robocie. Wydaje mi się jednak, że całość jest jakby za bardzo stonowana. Brakowało mi komiksowej ekspresji.

Być może moje oczekiwania były zbyt wygórowane, bo nieco zawiodłem się na komiksie, któremu na trudno cokolwiek zarzucić. „Tej nocy dzika paprotka” to napisana z pomysłem i brawurowo zilustrowana historia, zarówno dla dzieci, jak i ich rodziców. Mogę ją polecić z czystym serce każdemu, kto chce zapewnić swoim pociechom lekturę daleką od infantylizmu i zawierającą odpowiednią porcję treści wychowawczych. To rzecz warta uwagi, ale album Sowy i Kołomyckiej to nie szlagier tej klasy, co produkcje Tomasza Samojlika.

czwartek, 15 sierpnia 2013

#1352 - Silence 2012

„Silence 2012” to katalog prac nadesłanych na konkurs na krótką formę komiksową bez słów (tudzież „International Silent Comics Competition”) przy poznańskiej Ligaturze. Wydawany jest cyklicznie, co roku - i tak antologia prac z zeszłego, miała premierę na czwartej Ligaturze, a najpewniej za rok pojawi się zbiorek prac z tegorocznego konwentu. 

W szranki podczas drugiej edycji konkursu stanęło 168 (za informacją w katalogu) lub 191 (tą liczbę można znaleźć w sieci) prac. W sumie w antologii znalazło się miejsce dla 89 (!) komiksów pomieszczonych na 500 (!!!) stronach. Rzecz jest więc bardzo słusznych rozmiarów, a towarzystwo jest „międzynarodowe” nie tylko z nazwy - w „Silence” wzięli udział artyści z Argentyny, Belgii, Bośni i Hercegowiny, Bułgarii, Chin, Chorwacji, Czech, Danii, Finlandii, Francji, Hiszpanii, Holandii, Japonii, Kanady, Kazachstanu, Kolumbii, Litwy, Łotwy, Malezji, Niemiec, Portugalii, Rosji, RPA, Rumunii, Słowenii, Szwajcarii, Szwecji, Tajwanu, Ukrainy, USA, Węgier, Wielkiej Brytanii, Włoch no i oczywiście z Polski. Wynik godny podziwu! To fantastyczna sprawa, że Ligatura dotarła niemal do każdego zakątku na świecie, gdzie się opowiada obrazem. To najlepszy dowód na to, że poznańska impreza staje się coraz bardziej prestiżowym i znaczącym przedsięwzięciem komiksowym w skali Europy i obok naszego łódzkiego Comic-Conu może wkrótce stać się naszą polską wizytówką w tej materii.

Zwycięzców typowali jurorzy – znany z „Goliata” Toma Gauld oraz Tim Molloy (Australia) i Erik Kriek (Holandia). Za najlepsza pracę uznali „The Oysters of Time” czeskiego tercetu Dzian Baban, Votech Masek, Jan Siller, będący całkiem zgrabną etiudą z zaskakującym finałem. Drugie miejsce przypadło Johnowi Martzowi z Kanady („Heaven All Day”), a na najniższym stopniu podium znalazł się Francuz Sauvebois ze swoim „Cal” (graficzny majstersztyk!). Nie zazdroszczę tym, którzy mieli przebierać w materiałach nadesłanych na konkurs – nie tylko ze względu na ich olbrzymią ilość, ale przede wszystkim na ich jakość. Zeszłoroczny „Silence” bardzo mnie zmęczył. Ciężko przychodziło mi przebijanie się przez jego zawartość (także z innego powodu, ale o tym za chwilę). Tegoroczny to zupełnie inna para kaloszy – poziom konkursu był bardzo wysoki. Szortów godnych uwagi jest tu całe mrowie, trudno znaleźć jakiś naprawdę wyraźnie słaby lub całkiem nieudany komiks, choć oczywiście takie się zdarzają. Żeby wymienić kilka - „Washing machine” Barbary Hocoń, „Der Rosenkavalier 67” Miriam Katin, "eXtinc" Juliana Rocha i Nicolasa Alessandro, "Shopping" Jenni Vedonaji czy pozbawione tytułów prace Rossa Hvidstena i Igora Kostyluka.

Wśród reprezentantów Polski pozytywnie zaskoczył mnie Jakub Grochola. Jeszcze do niedawno uważałem go za jednego z wielu zinowców, którzy coś tam sobie skrobią, ale po lekturze "Zakręconego" widzę, że to dojrzały twórca o wyrobionym, ciekawym stylu. Po duetach Grzegorz Janusz-Tomasz Niewiadomoski oraz Robert Sienicki-Błażej Kurowski mogłem spodziewać się nico więcej, ale zarówno "On ne vit qu`a Paris!" i "Hand to hand combat" trzymają solidny poziom. In plus pokazał się Jakub Babczyński, który pięknie zabawił się z moimi czytelniczymi oczekiwaniami. Renata Gąsiorowska (kolejne obok Grocholi nazwisko do zapamiętania!) ujęła mnie rozczulającą formą i sposobem mówienia o tęsknocie, a Monika Powalisz z Zofią Dzierżowską-Bojanowską - nostalgiczną subtelnością. Moje prywatne grand prix składam na ręce Michała Rzecznika za szorta "Z deszczu pod rynnę".

Wśród artystów spoza granic naszego kraju Maik Hasenbank przygniata erotyczną intensywnością swojego "Playboy`a", a Cheng Kuan Kohowi połowa kartonistów z Polski może zazdrościć lekkości kreski. Nero Le Ye zabrał mnie na kompletnie odjechaną, psychodeliczną wyprawę w przestworza, Ne Suarez Lopez tworzy jeden z najlepszych dziecięcych komiksów, jakie kiedykolwiek czytałem, a Matt Higgins i Magda Boreysza zachwycają kolejno - oryginalnością konceptu i emocjonalnym ładunkiem pomieszczonym na tych kilku stronach. Na sam koniec pozamiatał znany internacjonał Danijel Zezelj. Artysta, który publikował dla Marvela, Vertigo, jego komiksy ukazywały się we Włoszech, Francji, Słowenii, Szwajcarii, Szwecji, Brazylii i jeszcze kilku innych krajach, pokazuje potęgę komiksowej ekspresji.

Na zakończenie muszę trochę ponarzekać. Ja rozumiem, że Centrala promuje awangardowe rozwiązania, ale naprawdę format 10x14,5 cm choć zgrabny, poręczny i ładnie pasuje do damskiej torebki to nijak nie nadaje się do czytania. Niewygodne toto, ciężko się wygodnie usadowić z takim wynalazkiem, nie mówiąc już o konieczności kupowania specjalnych okularów do lektury niektórych prac. W praktyce "Iris wormwood" Soriny Vazeliny i "Charon" Mateusza Wiśniewskiego i Izabeli Dudzik są nieczytelne. Centralo, nie idźcie tą drogą!

Ciesze się, że rokrocznie dzięki Ligaturze mogę wybrać się na taką komiksową podróż dookoła globu. Dobrze, że nie trzeba brać paszportu i oszczędzam na biletach lotniczych Fajnie, że mam możliwość podglądnięcia twórców, do których nie miałbym szansy dotrzeć w inny sposób i spojrzeć na "naszych" w nieco innym kontekście.




wtorek, 13 sierpnia 2013

#1351 - Pasterz

Autorka „Pasterza” to interesująca twórczyni. Anna Sailamaa błysnęła na konwencie Arctic Comics Festival w fińskim Kemi, zdobywając pierwszą nagrodę w kategorii krótkiej formy komiksowej. Już rok później, nakładem wydawnictwa Huuda Huuda ukazał się jej debiutancki album „Ollaan natisti”, na który składa się pięć krótkich historii. W 2009 roku artystka przedstawiła się publiczności międzynarodowej wygrywają z kolei konkurs na festiwalu Fumetto w Luzern (Szwajcaria).

„Pasterz”, czyli „Paimen”, pierwotnie ukazał się w 2011 roku w Finlandii. Prawdopodobnie to właśnie ten komiks zwrócił na uwagę najpierw belgijskiej oficyny La Cinquieme Couche, a potem samego L`Association. Właśnie nakładem wydawnictwa, które publikuje takie tuzy, jak Sfar, Satrapi, David B. czy Killoffer, w maju ukazał się „Le Berger”. Niedługo później „Pasterz” zawędrował do Polski…

Komiks opowiada historię młodego piekarza pracującego w małym miasteczku na północy Finlandii. Choć widoki mają tam piękne, to typowa zabita dechami dziura, w którym dni zamieniają się w tygodnie. To świat w którym nic się nie zmienia, nic się nie dzieje. Pełen nudy, wyprany z emocji, nierzadko odpychający. Prawdopodobnie pogrążony w społecznym kryzysie. Pewnego razu główny bohater idąc (najprawdopodobniej) do pracy znajduje na swojej drodze martwego łabędzia. Ptak ze złamanym karkiem leży na dziecięcym wózku (skąd on się tam wziął?). Nie wiemy jak zginął, być może zaplątał się w linie wysokiego napięcia. W każdym razie motyw martwego ptaka w dyskretny, acz widoczny sposób będzie spajał fabułę opowieści zamkniętej w prowincjonalnej przestrzeni i trwającej około 24 godzin.

Sailamaa ze swoją pokrzywioną, trochę zdeformowaną i mocno klaustrofobiczną kreską wyczarowała świat przygnębiający swoją ciężką i intensywną atmosferą. Widać, że artystka świetnie rozumie komiksową narrację, ma swój ascetyczny styl, a co więcej – nie boi się eksperymentować. Jej montaż kadrów, zabawy perspektywą czy umiejętność zaplanowania przestrzeni na stronie pokazują niemały kunszt. Świetnie potrafiła odwzorować chłód i surowość swoich rodzimych stron, ale… nic ponadto.

Ten estetycznie interesujący, a momentami – wręcz ocierający się o prawdziwe piękno – album sprawia wrażenie to niemiłe wrażenie, że jest zwyczajnie o niczym. Sailamma nie potrafiła mnie do niczego przekonać. Zestawienie dostojności i piękna natury (symbolizowanej przez łabędzia) z brzydkim i pustym życiem człowieka, pokazanie niszczejących struktur społecznych, metafora ludzkiej samotności i kruchości w obliczu tego, co nie przemija – wszystkie te interpretacyjne tropy nie doprowadziły mnie do ciekawych wniosków, przez co „Pasterz” wydaje się być jedynie pięknie opakowaną wydmuszką.



poniedziałek, 12 sierpnia 2013

#1350 - Za furtką

Kobieca ręka to było to, co polskiemu komiksowi było potrzebne. Autorki, takie jak Agata Bara, Olga Wróbel, Agata Wawryniuk, Berenika Kołomycka, Joanna Karpowicz wpuściły dużo świeżego powietrza do tej zatęchłej piwnicy wypełnionej pudłami z zakurzonymi longboxami zwanej komiksowem.


Wydaje mi się, że początki „żeńskiej inwazji” można datować na jesień 2012 roku. „Ciemna strona księżyca” i „Rozmówki polsko-angielskie” z jednej strony był uwieńczeniem długiej i bolesnej ewolucji damskiego komiksu, a z drugiej – sygnałem do ataku dla innych dziewczyn robiących komiksy. Dalekie od eskapizmu, czczej zabawy formą, nadęcia i bicepsów. Skupione na rzeczywistości, zwykle bardzo osobiste, prezentujące rzadko spotykany typ wrażliwości w polskim komiksie. W ten nurt wpisuje się album Dominik Węcławek (pierwszy pełen metraż) i Karoliny Danek (absolutny debiut) zatytułowany „Za furtką”, który ukazał się nakładem Centrali i miał swoją premierę na Festiwalu Komiksowa Warszawa.

„Za furtką” to obyczajowy dramat zamknięty w przestrzeni międzypokoleniowych relacji w rodzinie głównej bohaterki. Pierwszoplanowe role grają w nim kobiety – współczesna pracująca żona, jej matka i babcia. Punktem wyjścia historii staje się telefon. Nestorka rodu, Apolonia, trafia do szpitala. To wydarzenie stanie się katalizatorem wydarzeń, które na ostatniej stronie okładki zostały trafnie określone jako „koniec świata”.

Historia napisana przez Węcławek (a narysowana przez Danek) nie udźwignęła ciężaru tematu. Stworzenie kameralnej historii, z przekonywującymi bohaterami, umiejętnie grającej na emocjach i szczerej to nie lada wyzwanie. W przypadku „Za furtką” nie wszystko się udało. Przede wszystkim Węcławek nie potrafiła do końca obronić swojego scenopisarskiego warsztatu. Jako dramatowi „Za furtką” brakuje wyrazu. Fabuła rozwija się dość chaotycznie i zbyt szybko, przez co całości brakuje odpowiedniej dramaturgii. Czytelnik nie odczuwa ciężaru dziejących się przed jego oczami wydarzeń, nie odczuwa tragizmu losów trójki kobiet. Wszystko jest jakieś takie szkicowe, a relacje pomiędzy poszczególnymi bohaterami są ledwie zakreślone. Jeśli taki miał być efekt docelowy – nie do końca mnie przekonuje. A już kompletnie nie podobało mi się rozwiązanie konfliktu matki z ojcem, które pojawia się pod sam koniec, tuż przed kluczową sceną klamrą spinającą cały album. Tani, przegięty i psujący dobre wrażenie.

Danek robi, co może, aby niektóre z tych braków nadrabiać swoją grafiką, wydobywając z poszczególnych postaci cały wachlarz emocji. Po części jej się to udaje – widać, że zna się na swoim rzemiośle. Ze swoją bardzo współczesną kreską, świetnie wpisuje się w estetykę „graphic novels”. Oczywiście, rysowniczce brakuje dużo nie tylko do Rutu Modan czy Marjane Satrapi, która wydaje się bardziej akuratnym skojarzeniem, a nawet do Marcina Podolca albo Robert Sienickiego, ale te porównania daje jakieś pojęcie o jej stylu.


O ile to się Węcławek nie do końca udało, o tyle znacznie bardziej przekonał mnie jej sposób opowiadania o przemijaniu. Przepełniona delikatną melancholią refleksja o tym, że wszystko powoli odchodzi w zapomnienie została umiejętnie wpleciona w fabułę i zagrała, jak należy. Subtelnie, nieco w tle. Unikając kiczu, nie ocierając się banał, pomimo tego, że to melodia ograna do bólu. Wierzę Węcławek, kiedy mówi o strachu przed przyszłością, kiedy z rozrzewnieniem wspomina minione czasy. Wierzę, kiedy pisze, że „… nic już nie będzie tak cudownie czarno-białe, jak w jej opowieściach. Dobro zszarzeje. Zło wyblaknie.” Wierzę, kiedy pisze o samotności i niezrozumieniu. Wkurwieniu, bólu, emocjach. To idzie jej lepiej, niż samo opowiadanie historii.

Wydaje mi się, że „Za furtką” przeszło jakoś tak bez echa. Byłą niby huczna pra-premiera w Warszawie, pojawiły się jakieś recenzje, ale tak naprawdę o samym komiksie się nie mówiło, nie dyskutowało. A szkoda, bo to rzecz pomimo swoich wad warta uwagi.


niedziela, 11 sierpnia 2013

#1350 - Komix-Express 196

Użytkownicy forum Gildii wydębili od wydawnictwa Hachette informacje o tym, jakie będą następne pozycje, które ukażą się w Wielkiej Kolekcji Komiksów Marvela. Lista (z jednym małym wyjątkiem) została później nieoficjalnie potwierdzona przez osobę, zajmującą się korektą cyklu. jak zatem wygląda plan? „New X-Men: Imperialni” Granta Morrisona, Franka Quitely`ego i innych (zaplanowany na 11 września), „Marvel Zombies” Roberta Kirkmana i Sean Phillipsa (25 września), „Planet Hulk” Grega Paka, Carlo Pagluyana, Aarona Loprestiego i innych (część pierwsza, 9 października), „Ultimates 1” Marka Millara i Bryana Hitcha (część pierwsza, 23 października) oraz „Ultimate Spider-Man: Moc i odpowiedzialność” Briana M. Bendisa i Marka Bagley`a (6 listopada). Z tych pięciu pozycji dwie były już publikowane w Polsce (Egmont wydał „Ultimates”, a Semik – Pajęczaka), natomiast Dobry Komiks nie zdążył już opublikować drugiego tomu „New X-Men”. W tej partii znajduje się właściwie same ciekawe pozycje! Jedna z nich to rzecz obowiązkowa, nie tylko dla fanów trykociarzy. Współczesna wersja Avengers według Millara i Hitcha pokazuje jao mogłyby wyglądać komiksu super-hero w XXI wieku. Szkoda, że wyglądają inaczej. Natomiast „Planet Hulk” i „Ultimate Spider-Man” to w swojej klasie (komiks gatunkowy) naprawdę bardzo dobre rzeczy. Każdemu fanowi „Żywych trupów” mogę z czystym sumieniem polecić „Marvel Zombies”, które swego czasu były prawdziwym szlagierem i nie ma się co dziwić – Robert Kirkman w wysokiej formie dostarcza rozrywki najwyższej klasy. Co do „New X-Men” – cieszy, że Hachette zdecydowało się wydać kontynuację jednej z najważniejszych mutanckich serii tak szybko, mimo tego, że wśród czytelników do dziś budzi dość skrajne opinie.

Kamil Kochański skończył rysować swoją część „Niedźwiedzia”. Tym samym prace nad nowymi materiałami do wydania zbiorczego pierwszego spin-offa „Osiedla Swoboda” zostały zakończone. W albumie znajdzie się 58 stron komiksu napisanych przez Śledzia i narysowanych przez Kurta. 31 plansz to te znane z „Produktu”, a 27 stron to całkiem świeży materiał. Wiadomo, że w roli wydawcy wystąpi Kultura Gniewu, ale nie wiadomo, kiedy rzecz się ukaże. Istnieje również szansa na trzecie (!) wznowienie zbiorczego „OS”, a na horyzoncie majaczy kolejny osiedlowy projekt (!!!). Śledziu poinformował, że wraz z Arkadiuszem Klimkiem zaczynają pracować nad kolejną serią poboczną z uniwersum zamieszkałego przez Smutengo i resztę ekipy. Czekamy na dalsze wieści w tej sprawie

27 września w Centrum Kultury Zamek w Poznaniu będzie miał miejsce pierwszy wernisaż z cyklu „ArtKomiks”. Wystawa zatytułowana „Komiks amerykański... i nie tylko” zorganizowana zostanie przez Cheap East i Artkomiks.pl, z którego oferty będą pochodzić prezentowane, oryginalne plansze komiksowe. Tak przedstawia się opis tego wydarzenia:

Nie da się ukryć, że rośnie zainteresowanie komiksem jako formą narracji oraz wyrazu artystycznego; rośnie także ze strony kuratorów wystaw i galerii, gdzie eksponowane są prace, nierzadko oryginalne rysunki, na podstawie których drukowany jest później komiks.

Do tej pory w krajowych galeriach oraz przy okazji konwentów, można było oglądać przede wszystkich prace polskich twórców. Teraz nadarza się niepowtarzalna okazja by na własne oczy zobaczyć prace mistrzów komiksu amerykańskiego oraz brytyjskiego, tworzących dla czołowych wydawnictw jak: Dark Horse, DC Comics, Disney, Hanna Barbera, Marvel, Warner Bros i innych; także pracujących na rynku brytyjskim dla kultowego magazynu „2000 AD” czy komiksami na licencji Games Workshop.

Na wystawie można będzie zobaczyć prace przedstawiające głównie postacie klasycznego komiksu amerykańskiego, jak: Batman, Blue Beetle, Captain Britain, Catwoman, Deathstroke, Doctor Fate, Green Lantern, Punisher, Sędzia Dredd, Spider-Man, Superman, Transformers, Witchblade, Wonder Woman i innych, a także adaptacji komiksowych filmów: „Men In Black”, „Planeta Małp” czy „The Terminator”. Dodatkowo znajdą się też prace prezentujące nurt komiksu dla dzieci, tzw. cartoon: Atomówki, Goofy, Kaczor Daffy, Królik Bugs czy Miś Yogi.

Autorami przedstawionych prac są m.in.: Anthony Williams, Barbara Kaalberg, Colin MacNeil, Dan Khanna, Diego Bernard, Eduardo Pansica, Gary Shipman, George Wildman, Graham Manley, Ig Guara, Jack Kirby, Pat Olliffe, Paul Marshall, Paul Pelletier, Rod Whigham, Romeo Tanghal, Gene Espy i inni.


Na „Ziniolu” wraca kibicowanie! Codzienna rubryka, w której Dominik Szcześniak wspierał polskie komiksowe projekty zniknęła z łam magazynu w sierpniu 2012 roku i niemal rok później powróciła zza grobu. Idea „Kibicujemy polskim komiksiarzom” (głównie!) się nie zmieniła – w ramach cyklu informowani jesteśmy o postępach prac rodzimych twórców i dostajemy ekskluzywne, niepublikowane nigdzie indziej materiały. Zwykle pierwszej ręki – od rysowników, scenarzystów, koordynatorów projektów. Jedni pojawiają się regularnie, inni – od święta. Nowa sera „kibicowania” rozpoczęła się od przedstawienia nowego komiksu Macieja Jasińskiego i Piotra Nowackiego, który jest również autorem nowego loga. Zapraszamy wszystkich do czytania i kibicowania, bo Szcześniak odwala kawał dobrej roboty!

Rafał Szłapa ugiął się pod czytelniczą presją i zapowiedział nowego „Blera”. Czwarty epizod przygód krakowskiego superbohatera ma ukazać się w 2014 roku i... tyle w tej chwili wiadomo. Poznaliśmy również oficjalną datę premiery albumu Daniela Gizickiego i Krzysztofa Małeckiego. Ich „Postapo” ma się pojawić w sprzedaży jeszcze w tym roku, na MFKiG 2013. Liczący sobie 90 stron komiks ukaże się nakładem imprintu Dolna Półka. Oby nie było obsuwy i wszystko dobrze się skończyło!

Powstanie komiksowy sequel „Fight Clubu”! Na Comic-Conie w San Diego Chuck Palahniuk zapowiedział, że zamierza stworzyć ciąg dalszy kultowej powieści. Rzecz ma rozgrywać się w 10 lat po wydarzeniach pokazanych w oryginale. Obecnie Palahniuk wciąż pracuje nad scenariuszem, szuka odpowiednich rysowników, którzy mogliby podołać tak ambitnemu zadaniu i prowadzi rozmowy z wydawcami (mówi się o DC, Marvelu i Dark Horse). Całość ma ukazać się w formie serii albumów. Premiery możemy spodziewać się najwcześniej w 2015 roku (informacja za Komiksomanią).

Chyba każdy z nas, kolekcjonerów, lubi myśleć, że ma pokaźny zbiór komiksów. Ci, których liczba posiadanych zeszytów i albumów sięga kilku tysięcy mogą się zastanawiać ilu w kraju jest innych fanów, którzy mogą poszczycić się podobnych rozmiarów kolekcją. A zastanawialiście się jak to wygląda w innych, bardziej komiksowo cywilizowanych krajach? Niejaki Bob Bretall, 51-letni Brytyjczyk pochwalił się niedawno swoją kolekcją twierdząc, że w jego posiadaniu znajduje się jeden z największych zbiorów kolorowych zeszytów. Jego kolekcja liczy grubo ponad 90 tysięcy sztuk! Całość mieści się w 319 longboxach, waży ponad 8,5 tony i… ciągle rośnie. Miesięcznie przybywa około 115 sztuk, więc być jeszcze w tej Bobowi udało się przekroczyć liczbę stu tysięcy.

Obowiązkowy news filmowy – znamy już polską datę premiery sequela przygód marvelowskiego boga piorunów. 8 listopada w kinach pojawi się „Thor: Morczny świat”. Film z Chrisem Hemsworthem, Natalie Portman, Tomem Hiddlestonem, Anthony`m Hopkinsem i Idrisem Elbą w reżyserii Alana Taylora zadebiutuje w tydzień po jego światowej premierze. Będzie można go oglądać w wersjach 3D i 2D, z dubbingiem lub napisami. Tak prezentuje się jego opis w naszym narzeczu:

„Thor: The Dark World” to kontynuacja przygód Thora, który nie ustaje w walce o ocalenie Ziemi i pozostałych Ośmiu Królestw przed tajemniczym, starszym niż wszechświat wrogiem. Po wydarzeniach z filmów „Thor” i „Avengers”, Thor próbuje zaprowadzić porządek w kosmosie, ale starożytna rasa, dowodzona przez mściwego Malekitha powraca, by zepchnąć wszechświat w ciemność. Stając do walki z wrogiem, którego nie może pokonać nawet Asgard pod wodzą Odyna, superbohater musi udać się na niebezpieczną wyprawę, podczas której ponownie zjednoczy siły z Jane Foster i poświęci wszystko, by ratować nas wszystkich.

środa, 7 sierpnia 2013

#1347 - Krucjata t.1: Simoun Dja

No i mamy drugą, po „Rycerzu Ciernistego Krzewu”, poważną wpadkę Wydawnictwa Komiksowego, a pierwszą – tak spektakularną. O ile projekt jednego marnego scenarzysty i dwudziestu rysowników od samego początku, cytując klasyka, „śmierdział kupą”, o tyle do serii autorstwa Jeana Dufaux i Philippe Xaviera byłem tak samo entuzjastycznie nastawiony, jak do innych pozycji w portfolio wydawcy „Ostatnich dni Stefana Zweiga” i „Córki Mendla”, których wcześniej nie znałem.

Do przeczytania premierowego tomu „Krucjaty” zatytułowanego „Simoun Dja” Wojciech Szot udowadniał, że zna się na rzeczy i potrafi wygrzebać wartościowe rzeczy w zalewie różnorodnego chłamu. Niestety, lektura tego komiksu nieco podkopała moją wiarę w gusta szefa Wydawnictwa Komiksowego…

Pierwotnie, na rynku francuskim pierwszy album serii ukazał się we wrześniu 2007 roku, nakładem wydawnictwo Le Lombard. W sumie całość zamyka się w szczupłej liczbie czterech albumów. Co ciekawe, już w maju 2008 „Croisade” ukazało się również w wersji angielskiej, dzięki brytyjskiej oficynie Cinebook specjalizującej się w przekładaniu na język Szekspira komiksów z ojczyzny Moliera.

Historia „Krucjaty”, zgodnie z obietnicą składaną przez tytuł, osnuta jest wokół motywu wypraw krzyżowych. Scenarzysta Jean Dufaux nie pisze jednak komiksu historycznego – to raczej regularne, konwencjonalne fantasy umieszczone w krucjatowym settingu. Są więc pustynne demony, magiczne zwierciadła, nieśmiertelni assasyni, ale także perełka w postaci Świętego Grobowca, w którym spoczywa świątobliwy X3, z którego chrześcijanie zrobili Boga, a muzułmanie mają jedynie za proroka. Fabuła opowiada o powrocie Abdula Razima do Jerozolimy (w komiksie nazywanej Hierus Halem) i kolejnej próbie zdobycia świętego miasta przez Grzegorza z Arcos.

W tle tego wielkiego konfliktu między światem wschodu i zachodu przeplatają się inne wątki – tajemniczego Sar Mitry, klątwy demon qua`dja ciążącej na rodzie Syrii z Arcos i blondwłosego herosa Waltera, który chyba ma być głównym bohaterem historii. Piszę chyba, bo w pierwszym tomie zdążył jedynie przemknąć na drugim planie i tyle go widzieli, bo powróci pewnie w kontynuacji.

Może scenarzysta nieco bardziej sprawny, niż Dufaux potrafiłby to wszystko poukładać w jakąś sensowną całość, bo autorowi całkiem sensownej „Mureny” to zupełnie nie idzie. Fabuła pozbawiona jest jakiejkolwiek dramaturgii, coś niby się dzieje, ktoś tam kogoś szuka, mowa jest o jakichś przepowiedniach, ale wszystko to razem zebrane bez składu i ładu do kupy zupełnie nie przekonuje. Historia nie ma rozmachu, bohaterom brakuje głębi, a rysunkom…

…graficznie rzecz biorąc – jest marnie. Philippe Xavier uosabia wszystkie słabości europejskiego komiksu seryjnego ze swoją bezpłciową, pozbawioną jakiegokolwiek charakteru i absolutnie nudną kreską. Nie ma chyba nic gorszego, niż rysownik wierny mainstreamowej ortodoksji nie mający nic do zaoferowania swojemu odbiorcy. Może i potrafi (raczej lepiej, niż gorzej) narysować plecy konia, ale cóż z tego, jak wizualnie „Krucjata” nie sprawia żadnej przyjemności. Nawet w porównaniu z Piotrem Kowalskim, któremu do jakiejkolwiek wirtuozerii jeszcze daleko, Xavier wypada okropnie blado. Kluczem Gwoździem do jego trumny jest scena walnej bitwy pomiędzy armią Grzegorza, a siłami Abdula Razima. Do tej pory sądziłem, że taki poziom komiksowego kiczu zarezerwowany jest wyłącznie dla produkcji superbohaterskich, ale „Krucjata” wyprowadziła mnie z błędu. I, niemal tradycyjnie, trzeba wrzucić kamyczek do ogródka kolorysty, Jean-Jacquesa Chagnauda, który dość nieumiejętnie korzysta z możliwości komputera.

Bardzo rzadko zdarza mi się, żeby komuś odradzać zakup jakiegoś komiksu, ale w tym przypadku nie jestem w stanie znaleźć jakiegokolwiek racjonalnego argumentu do sięgnięcia po „Krucjatę”.

wtorek, 6 sierpnia 2013

#1346 - Komiks bezkompleksów - relacja z Ligatury 2013

Jeśli ktoś nie znosi komiksów, powinien koniecznie wybrać się na poznański festiwal Ligatura. To terapia dla wszystkich, którzy jeszcze nie przetrawili tego, że rysowanie historii jest autonomiczną sztuką i że na poziomie fabularnym i estetycznym może dorównywać swoim uznanym starszym krewnym. 

Przez cztery dni w centrum Poznania można było posłuchać frapujących dyskusji, obejrzeć masę inspirowanych komiksem filmów, krążyć po klubach, galeriach i prywatnych mieszkaniach, w których zaaranżowano przestrzeń pod wystawy.

Co oprócz braku poszumu swetrów i widoku włosów spiętych w kitkę decyduje o wartości festiwalu? Przede wszystkim pitching! To konkurs ofert przygotowanych przez rysowników i scenarzystów. Jak twierdzą organizatorzy – jedyny na świecie. Kilkunastu autorów z całej Europy przedstawiło swoje propozycje. (…) Wygrała Joana Estrela Vasconclesos – Hiszpanka pracująca na Litwie jako wolontariuszka. Już niebawem będzie można przeczytać jej frapujący, polityczny komiks o zinstytucjonalizowanej homofobii u naszych wschodnich sąsiadów. Niezależnie od werdyktu jury warto popularyzować ideę pitchingu. Wszystkie prace, które zakwalifikowano do drugiego etapu zostaną rozesłane do wydawców w Europie i Stanach Zjednoczonych.

Festiwalowi towarzyszył również konkurs „Silence” – na komiksy bez dymków. Wygrał Evgeny Yakovlev z Kazachstanu za pracę „Forgotten”. (…) Odbyły się też warsztaty scenariuszowe i rysunkowe i kilka wystaw, które śmiało mogłyby przyćmić snobistyczne wernisaże w modnych galeriach. „Portret podwójny. Polski komiks kobiecy” pokazał twórczość dwudziestu autorek w duchu zgodnym z ideą festiwalu – bez zadęcia, protekcjonalizmu i nadętych teorii.

Monograficzna wystawa prac Badyla – twórcy związanego z prasą niezależną, m.in. ,,Mać Pariadką" czy ,,Pasażerem" – odbyła się w anarchistycznej księgarnio-kawiarni Zemsta. Jego proste rysunki, pozornie niewiele różniące się od satyrycznych obrazków znanych z głównonurtowej prasy, są już częścią historii rodzimego niezalu. Warto wspomnieć, że pierwsza generacja powojennych polskich anarchistów od samego początku uważała komiks za medium adekwatne i użyteczne w prowadzeniu działalności propagandowej. Badyl sprawnością czy celnością komentarzy nie ustępuje najsłynniejszym polskim rysownikom prasowym, wali za to mocniej od nich, za temat drwin obierając nie przywary poszczególnych polityków lub aktualne wydarzenia, a całokształt naszej młodej i przaśnej demokracji.

Wystawa holenderskiego kolektywu Lamelos pokazała, jak obalić snobizm i hipokryzję wpisane w działalność galerii sztuki współczesnej. W holu nowej części Zamku Cesarskiego nawieszano ogromną ilość prac – od lapidarnych ołówkowych szkiców, przez urokliwe (choć często obrazoburcze) akwarelki i wydruki cyfrowe, aż po wielowarstwowe sitodrukowe odbitki. Ilość i nagromadzenie grafik stanowiły radosny atak na galeryjną sztampę i udawanie, że można godzinami kontemplować ubogie w treści wystawy. (…)

Można by wymieniać kolejne wernisaże i spotkania (tu jedyny bodaj feler: wielu prelegentów nie dotarło na swoje wykłady), ale wypada w końcu przerwać pean na cześć najbardziej bezobciachowego festiwalu komiksowego w Europie Środkowo-Wschodniej. Żeby zgrabnie zamknąć ten cykl zachwytów, należy wspomnieć o uroczystym zakończeniu. Uświetnił je muzyczny performance Judy Dunaway, amerykańskiej artystki konceptualnej, która zagrała niepokojący koncert, używając między innymi… wibratorów! Zbliżane do balonów oklejonych superczułymi mikrofonami wydawały dźwięki przypominające pikowanie meserszmitów. Entuzjaści akustycznych eksperymentów tłumaczyli w kuluarach, że chodziło o analogię pomiędzy balonami a komiksowymi dymkami, jednak nie sposób uniknąć skojarzenia, że lateksowe vibrato miało ukazać ostateczną formę rozkoszy.

Nie trzeba być długowłosym nerdem w polarze, by zbliżyć się do takiego stanu na poznańskim festiwalu. Mówi Michał Słomka, organizator festiwalu Ligatura: „Nie chcemy udowadniać, że komiks jest mądry, dobry; po prostu pokazujemy, że to odpowiednie medium do pokazywania prawdy w sposób chłodny, analityczny lub emocjonalny także za pomocą estetycznego eksperymentu. Nie m sensu organizować festiwalu komiksowego tylko dla zagorzałych fanów. To sprawdza się na innych imprezach, gdzie spotykają się pasjonaci w wąskim gronie i na przykład grają w RPG. My chcieliśmy stworzyć festiwal, jakiego potrzebuje Polska i nasza część Europy. Myślenie wąskimi kategoriami nie pokrywa się z rzeczywistością, z różnorodnością komiksowego świata”.

- - - - - - - - - - - - - - - - - -
Autorem powyższego tekstu jest Jan Bińczycki. Jest to fragment obszernej relacji z tegorocznej Ligatury, całość można przeczytać w 41. numerze "Ha!artu". Gorąco polecamy zapoznać się z bieżącym numerem, którego temtem przewodnim jest dziennikarstwo spod znaku GONZO. W numerze także ciekawy blok komiksowy, dlatego tym bardziej polecamy krakowski magazyn interdyscyplinarny. Więcej szczegółów i możliwość zamówienia :tu:

Skróty oraz ilustracje pochodzą od redakcji Kolorowych.

poniedziałek, 5 sierpnia 2013

#1345 - Powieści graficzne. Leksykon: Dwa eseje

"Manga i powieści graficzne" Radosław Bolałek

Sanpei Shirato przyszedł na świat w Tokio w 1932 roku, jako Noboru Okamoto. Jego ojciec Tōki (właściwie: Tokio) był proletariackim malarzem o lewicowych poglądach. Widząc imperialistyczne skłonności rządu japońskiego i forsowany przezeń styl nauczania, postanowił sam zająć się edukacją najstarszego syna. Noboru odziedziczył po ojcu zdolności plastyczne i już pod koniec lat pięćdziesiątych był rozpoznawalnym artystą komiksowym.

Debiutował w roku 1956, by po roku stworzyć jeden ze swoich najpopularniejszych komiksów "Ninja bugei chō" ("Zapiski o sztuce walki wojowników ninja"). Cykl ten, podobnie jak większość dokonań Shirato, należał do gatunku jidaigeki, czyli mangi historycznej. Shirato umiejscawiał akcję w odległej przeszłości, ale opisywał głównie problemy społeczne. W swojej twórczości pozostawał zgodny z przekonaniami, jakie przekazał mu ojciec. Jego lewicowe poglądy trafiały na podatny grunt czytelników wypożyczalni – kashihonya.  

Prawdziwą sławę przyniósł mu jednak magazyn "Garo". Nazwa wywodzi się od jednej z postaci ninja z komiksu "Yamase". Czasopismo, które w 1964 roku założył Katsuichi Nagai, wydawca i redaktor, działający na rynku kashihonya. Początkowo motorem napędowym był właśnie Shirato. Jego seria "Kamui den" ("Legenda o Kamuim") faktycznie przysporzyła popularności magazynowi i zwiększyła sprzedaż głównie wśród intelektualistów oraz studentów o radykalnych poglądach. Głównym bohaterem ponownie jest ninja, który opuścił swój klan, a los rzucił go do małej wioski. W opowieść wpleciona została ideologia marksistowska, gdzie walka o sprawiedliwość społeczną jest tematem przewodnim, jednakże nie przeszkadza to, by całość była wyjątkowo krwawa i inkrustowana dynamicznymi scenami walk. Shirato włożył dużo pracy w oddanie realiów epoki, opatrzył też komiks licznymi przypisami zawierającymi informacje historyczne.

"Garo" w dość krótkim czasie stał się czasopismem wyznaczającym trendy i ulubieńcem krytyków. Tym, co różniło to czasopismo od innych, był brak ram, w które należało się wpasować. W zasadzie każdy komiksowy magazyn japoński, ma ściśle określone ramy, które jednocześnie definiują odbiorcę. Na przykład wydawany od 1968 roku najbardziej popularny tygodnik, ukazujący się w milionowych nakładach – "Shūkan Shōnen Janpu" opiera się na trzech hasłach: yūjō (przyjaźń), doryoku (wysiłek) i shōri (zwycięstwo). Redaktorzy w głównonurtowych magazynach dbają, by wizja czasopisma była spójna, a estetyka i tematyka zbliżona. W historii "Garo" pojawiało się tylko jedno hasło na okładce – "Monthly Eccentic Comix Magazine" ("Miesięczny magazyn ekscentrycznych komiksów"), nie miało ono jednak żadnego wpływu na treść. Artyści, którzy tam publikowali, mieli pełną swobodę twórczą i brak nadzoru redaktora, który jest postacią znacznie ważniejszą w procesie powstawania komiksów japońskich, niż amerykańskich czy europejskich (temat ten szerzej omawiał Yoshimasa Mizuo podczas swojego wystąpienia na Bałtyckim Festiwalu Komiksu w 2009 roku).

Dzięki niezależności "Garo" stało się miejscem, gdzie ukazały się pozycje twórców, których należy zaliczyć do klasyków japońskich powieści graficznych. Należy podkreślić, że nigdy nie był to magazyn, który osiągnął sukces komercyjny. Wydawcy w zasadzie nie płacili autorom, a nakład był zaledwie ułamkiem, tego, co osiągały głównonurtowe pisma.

Mimo braku większych profitów, również sam Osamu Tezuka postanowił spróbować swoich sił w tym modelu wydawania magazynów. Jego odpowiedzią na "Garo" było ukazujące się od 1967 roku "COM", platforma, na której wraz z innymi artystami mógł tworzyć niezależne pozycje dla starszych odbiorców. Napis na okładce głosił "Specjalistyczny magazyn dla komiksowej elity". Jak we wstępie wyjaśnia sam Tezuka, tytuł pochodzi od trzech haseł przewodnich comics (komiksy), comapnion (paczka, przyjaciele) oraz communication (komunikacja). W założeniu miał być to magazyn robiony przez twórców lubiących swoją pracę.

Powieści graficzne Tezuki publikowane w "COM" nie były kierowane do dorosłych w takim stopniu jak pozycje z "Garo". Jednak to, co tworzył "Ojciec Mangi" należało do gatunku story manga. Dla Japończyków to ten właśnie termin, a nie Gediga, byłby tożsamy z powieściami graficznymi". 

"Literatura w obrazkach od XVIII do połowy XX wieku" Paweł Sitkiewicz

Wszystko, co wiemy o początkach komiksu, wskazuje, że wydawnicze praktyki Hogartha, choć powielane przez jego uczniów i kontynuatorów, takich jak np. Richard Newton, James Gillray i Daniel Chodowiecki, były na tle ogromnej produkcji satyrycznych druków wyjątkiem od reguły. Również w wieku XIX komiks rozwijał się głównie w swej odmianie popularnej, przeznaczonej dla masowego odbiorcy.

Sprzyja temu nowa forma rozpowszechniania – już nie na oddzielnych arkuszach, ale w prasie periodycznej. W XIX wieku dystrybucja z okien wystawowych, straganów i gabinetów rycin została przeniesiona do księgarń, a także kiosków ulicznych i dworcowych. Drugą istotną zmianą było umasowienie medium komiksowego. Nie jest bowiem do końca prawdą, że komiks stał się masową rozrywką dopiero wraz z rozwojem tzw. żółtej prasy (yellow journalism), a więc na przełomie XIX i XX wieku. Liczby mówią same za siebie. Satyryczny magazyn "Charivari" w latach 30. i 40. XIX wieku drukowano w niewielkim jak na dzisiejsze standardy nakładzie 2–3 tysięcy egzemplarzy, ale niespełna dwadzieścia lat później konkurencyjny "Punch" wychodził już w nakładzie 60 tysięcy, natomiast w latach 80. XIX wieku niemiecki "Fliegende Blätter", gdzie historyjki obrazkowe publikowali m.in. Wilhelm Busch i Hermann Vogel, rozpowszechniano w liczbie blisko 100 tysięcy egzemplarzy tygodniowo, i nakłady z każdym rokiem rosły. Poza tym zamieszczane w popularnych magazynach komiksy były przeznaczone głównie dla klasy średniej, w związku z czym nastąpiła niewielka nobilitacja tej formy rozrywki.

W okresie tym następuje nieśmiałe zbliżenie tradycji komiksowej i literackiej. Co prawda wówczas komiks rzadko jeszcze ukazywał się w formie książki, rzadko bywał dziełem artysty z ambicjami, ale kilka wyjątków od reguły zasługuje na uwagę.

Za praojców dzisiejszej powieści graficznej można uznać trzech najważniejszych prekursorów komiksu z XIX wieku: Rodolphe’a Töpffera, Gustave’a Dorégo i Wilhelma Buscha. W gronie tym najważniejszą rolę odegrał Töpffer, którego często – i chyba słusznie – nazywa się ojcem komiksu w ogóle. Uchodzi on ponadto za pierwszego teoretyka historyjek obrazkowych, artystę świadomego, że medium, które spopularyzował, różni się zarówno od sztuk plastycznych, jak i tekstów literackich, choć oczywiście wchodzi z nimi w relacje. Swoje książeczki, które wydawał do przedwczesnej śmierci w 1846 roku, nazywał albo małymi głupstwami albo literaturą w rycinach  (littérature en estampes), dostrzegając narracyjny charakter tych zabawnych rysuneczków. "Opowiadania można pisać dwojako – pisał w eseju poświęconym fizjonomice. – Można je ujmować w rozdziały, zdania i słowa, wtedy nazywają się literaturą, albo też i w serie obrazów i wtedy nazywają się opowiadaniami obrazkowymi" (cytat za Ernstem Gombrichem, "Sztuka i złudzenie. O psychologii przedstawienia obrazowego") Uważał ponadto, że opowiadania obrazkowe są bardziej zwięzłe i łatwiejsze do zrozumienia, a obraz „żywiej się skieruje do większej liczby umysłów” niż słowo. Dostrzegał jednak ścisły związek obrazu i tekstu. "Rysunki bez tekstu miałyby tylko proste znaczenie; teksty bez obrazków – w ogóle będą pozbawione znaczeń. Całość tworzy pewnego rodzaju powieść, lecz najdziwniejsze jest to, że równie dobrze przypomina cokolwiek innego" – pisał na temat jednej ze swoich książeczek. Miał świadomość, że komiks to ani literatura, ani teka z rycinami, ani powieść, choć po trochu jest każdym z nich.

Töpfferowi marzyła się kariera malarza, ale słaby wzrok przekreślił życiowe plany. Prowadził szkołę, trudniąc się na boku krytyką literacką i pisarstwem. Podobnie jak Hogarth, postanowił część swych artystycznych ambicji zrealizować jako twórca komiksów. Przesadą byłoby powiedzieć, że adresował swoje budujące, lecz zarazem bardzo dowcipne opowiastki do kulturalnych elit – pierwsze książeczki powstały dla uczniów, w przerwach między zajęciami. Ale ewidentnie starał się nie schlebiać niskim gustom. Swoje opowiadania obrazkowe wydawał w formie albumów, w niewielkich nakładach, choć dzięki życzliwości przyjaciół i bezwzględności rynku pirackiego z czasem przyniosły mu one popularność i uznanie. 

Komiksy Töpffera pobłogosławił u schyłku życia sam Johann Wolfgang von Goethe, niemiecki poeta i dramaturg, który – co istotne – karykatury jako takiej w ogóle nie cenił, oskarżając ją o „psucie publicznego smaku” (szerzej na temat związków Goethego z komiksem pisał David Kunzle w tekście "Goethe and Caricature: From Hogarth to Töpffer", w "Journal of the Warburg and Courtauld Institutes" 1985, Vol. 48). Töpffer urzekł go talentem, dowcipem, oryginalnością rysunku. Dzięki niemu odkrył w medium obrazkowym ogromny potencjał – choć jako święty patron komiksu, wynoszący go do rangi nowej sztuki, wydaje się kandydatem dość zaskakującym. Ale to właśnie w tym momencie, gdy rozbawiony Goethe przerzucał karty "Doktora Festusa" (1831), komiks po raz pierwszy doznał prawdziwej nobilitacji w środowisku literackim (nie było wtedy w Europie większego autorytetu niż autor "Fausta"). Czy zdał egzamin jako dzieło quasi-powieściowe?

"Literackość" komiksów Töpffera okazuje się jednak dyskusyjna. Jego opowiastki składają się bowiem z rozegranych w szalonym tempie przygód, niczym w filmie rysunkowym. Współczesnemu odbiorcy bardziej będą przypominać "Tintina" niż poważne powieści graficzne. Thierry Groensteen, biograf Töpffera, jego największymi spadkobiercami nazywa Winsora McCaya i Hergégo, a nawet mistrzów filmowego slapsticku. „Swych opowiadań obrazkowych Töpffer nie dostosuje do konwencji wielkiej literatury – pisał Groensteen. – Jego parodia przede wszystkim nie jest w typie powieściowym. Antyliteracka narracja polega tu na współuczestniczeniu: służy po to, by czytelnik odniósł wrażenie, że bierze udział w spektaklu szalonej przygody bezpośrednio i w czasie rzeczywistym”. Trudno zaprzeczyć, że ten model narracji przywodzi na myśl kreskówkę, choć jednocześnie trudno się zgodzić, że historyki obrazkowe Töpffera są antyliterackie tylko dlatego, że nie przypominają XIX-wiecznych powieści.

Czytelnik wychowany na literaturze oświeceniowej, a nie na "Tintinie", lawiny nieszczęść, jakie spadają na bohaterów Töpffera, skojarzy raczej z powiastką filozoficzną, a nie serią gagów. Jak słusznie pisał Laurence Grove: "tego rodzaju karykaturalne paski wprowadzają Wolteriańskie w stylu wyolbrzymienie egzotycznych zdarzeń i miejsc, przy czym ewentualny niepokój jest rozpraszany przez groteskowy humor". Tytułowy bohater "Miłostek pana Vieux Bois" (1837), zanim stanie na ślubnym kobiercu z ukochaną, trzy razy trafi do więzienia, a raz do klasztoru, pokona rywala w pojedynku i walce na spryt, pięć razy targnie się na swoje życie, dwukrotnie zostanie obrabowany przez bandytów, ponadto będzie palony na stosie i topiony w rzece, zniesie głód i trudy rozłąki. Gdzie tu filozofia? – ktoś zapyta. Otóż po każdej klęsce pan Vieux Bois zmienia koszulę na czystą, aby z jeszcze większą determinacją ścigać swój Obiekt Miłości (tak narrator nazywa narzeczoną). Kryje się w tym głębsza myśl: człowiek potrafi przetrwać więcej, niż mu się wydaje, o ile tylko opanuje sztukę zrzucania skóry po każdej porażce. "Miłostki pana Vieux Bois" – podobnie jak inne historyjki obrazkowe Töpffera – są ponadto wolteriańską satyrą na ten najlepszy z możliwych światów, wyśmiewającą instytucję małżeństwa, romantyczne egzaltacje, Kościół i władzę. Czyżby więc powiastka filozoficzna w rycinach? Wiele na to wskazuje.

Rodolphe Töpffer w symboliczny sposób zapoczątkował zwyczaj wydawania ambitniejszych komiksów w formie książkowej. Pomijając edycje pirackie i plagiaty, już za jego życia zaczęły ukazywać się komiksowe albumy artystów zafascynowanych osiągnięciami szwajcarskiego pioniera. Do jego najważniejszych uczniów należą tacy autorzy, jak Cham (właśc. Charles Amédée de Noé), Léonce Petit, William Thackeray czy George Cruikshank. Wszystkich urzekł styl plastyczny Töpffera, odznaczający się – w odróżnieniu od statycznych i upozowanych kompozycji Hogartha – szybką, momentami wręcz niestaranną kreską, za pomocą której można było oddać ruch postaci oraz nagłe zwroty akcji. Ten język skrótu myślowego do perfekcji opanowali autorzy współczesnych cartoons.

Ilustracje pochodzą od redakcji.

niedziela, 4 sierpnia 2013

#1344 - Komix-Express 195

Na rozdaniu nagród imienia Willa Eisnera wielkie triumfy święcił komiks niezależny. Największymi wygranymi tegorocznej gali są „Saga” Briana K. Vaughana i Fiony Staples oraz „Building Stories” Chrisa Ware`e. Przebojowa seria od Image Comics triumfowała w trzech kategoriach (Best New Series, Best Continuing Series, Best Writer) a dzieło Ware`a w aż czterech (na pięć nominacji) – Best Graphic Album-New, Best Writer/Artist, Best Lettering oraz Best Publication Design. Amerykanie docenili również „Blackasada”, który dostał dwie statuetki – dla najlepszej serii de facto europejskiej oraz dla najlepszego artysty mulimedialnego. Wśród rysowników, oprócz Ware`a łupami podzieli się David Aja pracujący przy serii „Hawkeye” (najlepsze okładki, najlepszy rysownik/inker), znany z „Daredevila” Chris Samnee (również najlepszy rysownik/inker) oraz kolorysta Dave Stewart, który zgarnął już swojego ósmego Eisnera. Patrząc na to, jak nagrody podzieliły się pomiędzy wydawnictwami można dojść do zaskakujących wniosków. Na czele Image z pięcioma statuetkami, tuż za nim Dark Horse (trzy i jedna dzielona) oraz IDW z Marvelem (po trzy). DC Comics zostało właściwie z niczym, jeśli nie liczyć wyróżnienia Stewarta za pracę przy „Batwoman” Pełna listę zwycięzców znajdziecie na tej stronie.

 Strona dedykowanaWieżom Bois-Maury” Hermanna wystartowała z początkiem sierpnia. Można tam znaleźć więcej informacji o serii i jej autorze, przykładowe plansze, fragmenty, komentarze i podpowiedzi do lektury. W oczekiwania na wrześniową premierę pierwszego tomu postanowiłem zrobić krótki wywiad z Wojciechem Szotem z Wydawnictwa Komiksowego. Na zaostrzenie apetytu...

Jak to się stało, że WK zdecydowało się na wydanie komiksu Hermanna w takim tempie?

Wojciech Szot: Negocjacje trwały dość długo i było wielu chętnych, a termin płatności dość wysokiej faktury za aż pięć tomów na raz spowodował, że trzeba było podjąć stanowczą decyzję. To też swego rodzaju eksperyment, jak całe Wydawnictwo Komiksowe - przecież u nas każdy komiks jest jak na razie z innej bajki.

Czemu taka, a nie inna forma?

Wojciech Szot: Pytania o integral mam już serdecznie dość. Nie wydamy „Wież” w takiej formie, z prostej przyczyny - nie wszyscy znają serię i nie każdego stać od razu na odpowiednio wysokiej kwoty za wydanie zbiorcze. Sporo osób woli jednak kupować pojedyncze tomy. Dyskusja o formie publikacji jest bez sensu w takiej sytuacji rynkowej jak teraz. Mamy kryzys, spada sprzedaż książek (choć komiksów chyba w tym roku wzrosła), a dla samego wydawnictwa to naprawdę bardzo duży wydatek zainwestować w integral. Kosz jego wydania byłby oszałamiający (nie mówiąc już o cenie).

Egmont wycofuje się z „ekskluziwów”, Taurus mocno inwestuje w serie frankofońskie, a teraz Wydawnictwo Komiksowe decyduje się na taki ruch. Wieje wiatr zmian?

Wojciech Szot: Zdecydowanie widać zmiany w cenach komiksów. Już są i tak wyśrubowane w dół, jak tylko to jest możliwe. Gdybyśmy kalkulowali komiksy tak, jak to się robi z beletrystką popularną, to nawet cienki album by musiał kosztować 50 zł.

A jeśli już przy WK i nagrodach Eisnera jesteśmy – w zapowiedziach warszawskiego wydawcy pojawił się komiks, który w San Diego otrzymał jedną ze statuetek. „The Mire” zostało nagrodzone w kategorii Best Single Issue or One-Shot. Jego autorką jest Becky Cloonan, jedna z najciekawszych kobiecych autorek, dla której Eisnery to nie pierwszyzna (ma jeszcze jednego z 2008 roku i kilka nominacji). Choć w swojej bibliografii ma albumy publikowane w największych amerykańskich oficynach (DC, Vertigo, Marvel, Image, Dark Horse) i była pierwszą przedstawicielką płci pięknej, która rysowała Batmana, to Wydawnictwo Komiksowe zdecydowało się sięgnąć pozycję, którą wydała własnym sumptem. Rodzima edycja będzie zbierać trzy historie - „Wolves” (2011), „The Mire” (2012) i „Demeter” (2013). Komiks ukaże się podczas przyszłorocznego Festiwalu Komiksowa Warszawa.

Już w październiku ukażą się dwa pierwsze tomy cyklu „Z archiwum Jerzego Wróblewskiego”. Wreszcie ujrzymy prace, które bydgoski mistrz publikował na łamach „Dziennika Wieczornego”. Na pierwszy ogień idą sensacja „James Hart” i komedia „Nie z tej ziemi” (tom pierwszy) oraz humorystyczne westerny „Tom Texas” i „Rycerze prerii” (tom drugi). Obecnie trwają żmudne prace nad czyszczeniem skanów pasków, bo niestety nie zachowały się oryginały. Całość będzie przygotowywana na podstawie wydruków z „Dziennika Wieczornego”, ale nie martwiłbym się o ich jakość. Nad całością czuwa Maciej Jasiński, a pomagają mu Tomasz Szalla i Marek Misiora (natomiast okładki przygotował Andrzej Janicki). Dodatkowo, w nowej wersji zamiast podpisów pod ilustracjami pojawią się klasyczne, komiksowe dymki. Wznowienia mają zostać również wzbogacone o ilustracje i zabawy rysunkowe Wróblewskiego, a także tekst traktujący o współpracy rysownika z bydgoską gazetą. Dla tych, którzy zdecydują się na zakup albumów w Łodzi w trakcie MFKiG 2013, zostaną sprezentowane „Huczące Colty”. Komiks pierwotnie ukazał się w piśmie „Dookoła świata”. A już pierwszego sierpnia wystawa „Jerzy Wróblewski: artysta wszechstronny, czy artysta idealny?” zawędrowała do Gdańska. W Bibliotece Manhattan Pracowni Komiksowej (Gdańsk-Wrzesz, ul. Grunwaldzka 82) oglądać można przekrojową ekspozycję prac artysty, która raz pierwszy zaprezentowana została w Centralnym Muzeum Włókiennictwa w Łodzi podczas zeszłorocznej emefki.

Również w Bibliotece Manhattan, w ten poniedziałek odbędzie się wernisaż wystawy Igora Wolskiego. O godzinie 18:00 pojawi się bohater ekspozycji zatytułowanej dość wymownie „Jeszcze żyje” . Prace rysownika znanego z  „Rycerza Janka”,  „Kolektywów”  czy  „Człowieka bez szyi”  będzie można oglądać do ostatniego dnia sierpnia. Wystawa Wolskiego, twórcy komiksów, grafik do gier i ilustracji. Znajdą się na niej prace znane z internetu, świeże rysunki i projekty nigdy dotąd nie publikowane. Do tego trochę luźnych szkiców i innych fajnych rysunków.

Festiwal Słowian i Wikingów na Wolinie zostanie uświetniony dzięki komiksowi. Na imprezie, która odbędzie się 26 lipca swoją premierę będzie miał „Wiesław, czyli mroki średniowiecza”. Album autorstwa Macieja Kisiela zawierał będzie krótkie komiksy i żarty rysunkowe. Całość liczyć będzie 44 strony, a kosztować - 40 złotych. Tą publikacją przypomina o sobie wydawnictwo Triglav, które na komiksowym rynku błysnęło zaskakująco udaną „Mikoszką” w 2009 (pierwszy tom) i 2010 (drugi).

Obowiązkowy news serialowy – Flash nie dostanie swojego filmu kinowego. Najszybszy człowiek świata pojawi się w... telewizji. Zapowiedziano, że Barry Allen zadebiutuje w drugim sezonie "Arrow", pojawiając się w odcinkach napisanych przez Grega Berlantiego, Andrew Kreisberga i Geoffa Johnsa. I właśnie oni, oraz reżyser David Nutter, będą pracowali najpierw nad pilotem, a potem nad solowym serialem dla stacji The CW. DC Comics bardzo dobrze idzie transferowanie swoich marek na mały ekran, ale "Flash" będzie dla producentów i twórców nie lada wyzwaniem – nie tylko finansowym. Z Wonder Woman, która była ostentacyjne superbohaterska i zbyt kiczowata nie wyszło – czy wyjdzie z poruszającym się i myślącym z prędkością światła herosem?

Obowiązkowy news filmowy – na tydzień przed konwentem w San Diego pojawiły się plotki o kolejnej komiksowej adaptacji ze świata mutantów. Mówiono, że Fox przymierza się do zekranizowania X-Force. Studio zabezpieczyło wszystkie znaki firmowe, a Rob Liefeld, który wymyślił zespół dowodzony przez Cable`a, nieoficjalnie potwierdził, że prace nad filmem zostaną podjęte. Mark Millar, konsultant komiksowych adaptacji przy Foxie, również o tym opowiadał i okazało się, że coś rzeczywiście jest na rzeczy. Studio potwierdziło, że scenarzysta i reżyser „Kick-Ass 2”, Jeff Wadlow, będzie pracował nad skryptem filmowego „X-Force”, które być może wejść do kin po „Days of Future Past” (w którym ma zadebiutować choćby Warpath) ale nie wcześniej, niż w 2015 roku. Kogo zobaczymy w składzie? Czy będzie to klasyczna, liefeldowska formacja z Cable`m, Cannonballem, Domino, Rictorem i Deadpoolem (z którego solówki Fox chyba nie zrezygnował) czy któraś ze współczesnych inkarnacji z Loganem w składzie (o ile Hugh Jackaman będzie miał checi pociągnąć rolę Wolverine`a)?

sobota, 3 sierpnia 2013

#1343 - Za Imperium t.1: Honor

Odkąd Egmont przystopował z wydawaniem Plansz Europy i całkowicie zrezygnował z Zebry, brak na polskim rynku czegoś, co mogłoby zastąpić te znakomite linie. Taurus rozbudował swój segment z komiksem europejskim - to tytuły dobre i bardzo dobre, ale to właściwie same gatunkowe czytadła. Centrala przybyła, zobaczyła i uderzyła...

Teoretycznie "Za Imperium", opowieść o oddziale legionistów wysłanych z misją podbijania nieznanych krain, to seria wpisująca się tematycznie w mainstreamowy nurt komiksu frankofońskiego. Jednak przeglądając przykładowe plansze od razu dostrzeżemy, że coś tu nie gra. Maniera graficzna, jaką posługuje się duet Merwan/Vivès sprawia wrażenie nieprzystającej do konwencji gatunkowych. Swobodny, niebanalny, momentami bardzo umowny rysunek (są tu pojedyncze kadry wyglądające jakby wyszły spod ręki Janka Kozy!) zdaje się wyrwany z autorskiej powieści graficznej. Styl ten nie został jednak użyty do opowiedzenia o osobistych problemach autora, historii bardzo dziwnej choroby czy tragedii emigranta.

Na znakomicie zakomponowanych planszach przedstawione zostały pełne dynamiki sceny walk i codzienność rzymskich legionistów. Wszystko zostało pokryte spatynowanymi, bardzo oryginalnymi kolorami, za które odpowiada Sandra Desmazières. Nad odznaczającymi się czerwienią strojami legionistów rozpościera się niebo o przedziwnej barwie, które o zmierzchu rzuca na bohaterów zielonkawą poświatę. Zabiegi, jakim poddano plansze sprawiły, że wyglądają one na przybrudzone, wyblakłe, naznaczone czasem i rozmyte przez zacieki - jakby wystylizowano je na malunki, które można znaleźć na murach antycznych budowli.

Siadając do pisania tego tekstu odczuwałem dyskomfort, który zna każdy publicysta próbujący ocenić pierwszy tom dłuższego cyklu. Przeglądam świetne, rozbudowane recenzje kolegów, którzy zdążyli już ten album odfajkować ... i drapię się w głowę. Może mi złośliwy listonosz kartki z albumu powyrywał, albo co... bo ja w pierwszym tomie "Za Imperium" dostałem tylko kilkadziesiąt stron wprowadzenia i uważam, że jeszcze za wcześnie na daleko posuniętą interpretację czy konkretną ocenę. Bo tak naprawdę, mimo iż o nietypowej szacie graficznej można napisać dużo, to trudno jeszcze cokolwiek powiedzieć na temat fabuły, którą można póki co streścić w jednym zdaniu: legioniści zostali wysłani poza granice Imperium i wędrują w enigmatyczną pustkę. Oczywiście wyrobiony czytelnik może mnożyć w tym kontekście skojarzenia, szukać w tym jakiejś metafizyki, bo i mi myśli o "Krwawym Południku" czy "Jądrze Ciemności" nasunęły się same... Ale będą to tylko dywagacje, bo równie dobrze na rzymski oddział może zaraz wyskoczyć horda zombie, kosmici albo hiszpańska inkwizycja.

Niemniej, muszę z ręką na sercu przyznać, że zostałem pierwszym tomem "Za Imperium" mocno zaintrygowany. To co zobaczyłem do tej pory podpowiada mi, że będzie to dobra, nieszablonowa opowieść będąca czymś więcej niż komiksem środka. Bowiem między warstwą graficzną a fabułą "Za Imperium" zachodzi podobna zależność, jak w przypadku jednego z moich ulubionych komiksów - "Wyspy Burbonów", w którym Trondheim, artysta z pozoru łatwy do zaszufladkowania w komiksie awangardowym, wziął się za zilustrowanie przygodowej historii o piratach. Ku zaskoczeniu czytelnika, nie tylko wyszedł z tego obronną ręką, ale też stworzył dzieło nieszablonowe i wybitne w swojej klasie. Oby Merwanowi, Vivèsowi i ich kolorystce również się ta sztuka udała.

piątek, 2 sierpnia 2013

#1342 - Thief of Thieves vol. 1: I Quit


Wygląda na to że, wśród złodziei też jest jakaś ekstraklasa. Nie są to zwykli bandyci – nie napadają na bezbronne staruszki, a włamania do banków i sklepów jubilerskich to dla nich zwykła dziecinada. Aby znaleźć sobie poczesne miejsce w złodziejskim rankingu przyjmują tylko naprawdę lukratywne zlecenia. Nie są też brutalami – plan kradzieży jest dla nich czymś więcej niż działaniem popartym przemocą i bezmyślnym machaniem strzelbą. Zdecydowanie bardziej wolą finezyjne, inteligentne rozwiązania godne wytrawnego szachisty. "Thief of Thieves: I Quit" jest historią o takim właśnie złodzieju.

Conrad Paulson alias Redmond niewątpliwie należy topowej złodziejskiej ligi. Zdaje się, że ukradł już wszystko, co było do ukradzenia. W zawodzie jest perfekcjonistą, który zdaje się więcej analizować, niż działać. Od brudnej roboty ma zresztą swój dream team i Celię – dość jeszcze nieopierzoną, ale cwaną i zadziorną adeptkę złodziejskiego fachu. Po ostatniej akcji, nieoczekiwanie dla wszystkich Conrad decyduje się przejść na „emeryturę”. Problem tylko w tym, że tak jak perfekcyjny w swoim zawodzie jest Redmond, tak w życiu prywatnym idzie mu znacznie gorzej. Kiedy do aresztu trafia jego syn, Augustus, powrót do normalności komplikuje się jeszcze bardziej, a deklaracje Conrada o porzuceniu zawodu z czasem okazują się zdecydowanie przedwczesne.  

Thief of Thieves to zgrabnie skonstruowana sensacja, przemyślana od początku do końca, przepleciona dramatycznymi akcentami – pod tym względem trudno cokolwiek autorom, Robertowi Kirkmanowi i Nickowi Spencerowi, zarzucić. Podstawowym problemem scenarzystów jest jednak fakt, że wybrali sobie temat mocno wyeksploatowany, w którym trudno będzie zaskoczyć czytelnika czymś nowatorskim i nieprzeciętnym, a co pozwoliłoby na długo zapaść odbiorcy w pamięć. I Quit jakby na potwierdzenie tych słów pokazuje, że nie zamierza się silić na niebanalną fabułę, czy oryginalne spojrzenie na bohaterów. Komiksowi wyraźnie przez to brakuje świeżości i niestety ten mankament przesłania dobre strony komiksy. A oprócz brawurowego scenariusza mocnym elementem jest również Redmond, dla którego komiks tworzy dużo miejsca i stara się wykreować go na coś więcej, niż złodzieja w eleganckim garniturze. Thief of Thieves miał być zresztą dziełem mocno skupionym na tym bohaterze i jego powrocie do zwyczajnego życia. Jeśli istotnie w tym kierunku zmierzała będzie fabuła w kolejnych częściach, przy zachowaniu sensacyjnego charakteru opowieści – to seria ma szansę na jakąś pozytywną ewolucję.  

Do narysowania komiksu zaproszony został Shawn Martinbrough. Jego kreska prezentuje się okazale i jest dobrze wpasowana w klimat historii. Rysunek przede wszystkim świetnie oddaje postacie oraz ich emocje. Co jednak najbardziej zadziwia w Thief fo Thieves to sposób kadrowania – komiks ten na ogół operuje wyłącznie kadrem poziomym, czasem dla odmiany pojawia się jedynie splash page. Żonglerka formą, czy bardziej złożone plansze są temu komiksowi obce. Twórcy dali sporo przestrzeni do wyeksponowania postaci, ale jednocześnie powstała z tego bardzo jednostajna geometrycznie kompozycja. O ile taki „montaż” jest bezbolesny na krótką metę, to po kilkudziesięciu stronach zaczyna nieco nużyć.  

W przypadku pierwszej części pracą nad scenariuszem podzielili się Kirkman i Spencer – przy czym wiadomo już, że ta lista nie jest zamknięta. Każdy kolejny cykl będzie przejmował nowy scenarzysta, oczywiście wszystko pod czujnym okiem autora The Invincible. Taktyka to interesująca. Czy przyniesie efekty? Wszyscy dowiemy się dopiero po kilkunastu co najmniej zeszytach. Jak dotąd Thief of Thieves pokazał kawał rzetelnie zbudowanej historii, którą można doceniać, ale trudniej się nią zachwycać. Warto jednak mieć ten komiks na oku – z perspektywy innego scenarzysty historia o Redmondzie może nabrać zupełnie nowego, lepszego wymiaru.

czwartek, 1 sierpnia 2013

#1341 - Znudzony robot walczy o codzienność

Komiks niemy to na Polskim rynku zjawisko spotykane bardzo rzadko. Choćby z tego powodu warto się przyjrzeć historii stworzonej przez Piotra Nowackiego i Bartosza Sztybora.

150186 prowadzi żywot typowy dla robota służebnego. Jego dni mijają na gotowaniu, sprzątaniu, podlewaniu ogródka i przycinaniu żywopłotu. Nie jest to zbyt wdzięczna praca, bo właściciele traktują go jak zwykły przedmiot, ale robot znosi to spokojnie odliczając dni do zasłużonej emerytury. Jednak ta sielanka mija, kiedy pojawia się nowocześniejsza maszyna robiąca wszystko sprawniej i lepiej. Przestarzały robot będzie musiał podjąć działania, by bronić przypisanej mu roli w życiu właścicieli. Historię opowiedzianą w komiksie trudno w jakikolwiek sposób nazwać oryginalną, bo pojawienie się lepszego zamiennika to jeden z najbardziej klasycznych motywów fabularnych. Fakt, że bohaterem jest w tym przypadku robot też wydaje się dość ogranym i prostym do zinterpretowania rozwiązaniem. Można się doszukać dość oczywistej metafory na temat automatyzacji życia, która wydaje się przekleństwem, ale tak naprawdę jest nam niezbędna do funkcjonowania. Cybernetyczny bohater nienawidzi swojej codzienności, ale gdy ją traci odkrywa, że tak naprawdę nie posiada niczego innego, a ona sama nie była wcale taka zła. Jest to zagadnienie mocno sztampowe i poruszane już tysiące razy.

Całość ratuje trochę przewrotne zakończenie, ale to jednak za mało by uznać fabułę i poruszane w niej problemy za specjalnie wymyślne. Ale też nie one są najważniejsze w tym komiksie. "It's not about that" jest raczej popisem sprawnego opowiadania historii za pomocą samych obrazków. Przy tego typu opowieściach trudno stwierdzić, czy sprawność ta jest zasługą rysownika czy scenarzysty, więc pochwały spłyną na obydwu panów. Sztybor i Nowacki wykonali kawał dobrej roboty. Ich komiks czyta się lekko i przyjemnie bez problemów z zrozumieniem tego, o co dokładnie chodziło w danej scenie, a to na pewno trzeba uznać za zaletę. Zdarzają się może z dwa albo trzy panele, gdzie chwilę musiałem się zastanowić, ale nie była to mocno odczuwalna niedogodność.

Oglądanie rysunków Nowackiego sprawia bardzo dużo przyjemności. Wyrobił on sobie charakterystyczny parodystyczny styl, który idealnie sprawdza się w lekkich i przewrotnych historiach tego typu. Wydaję mi się jednak, że dla niektórych jego styl może okazać się zbyt prosty i mało szczegółowy. Co ciekawe pomimo tego, że w komiksie nie występują żadne słowa to da się w nim wyczuć także pewne narracyjne cechy charakterystyczne dla Sztybora.

"It's not about that" nie jest może komiksem w jakikolwiek sposób wybitnym, ale wart jest polecenia chociażby ze względu swoją formę opowieści niemej. W naszym kraju to ciągle rzadko eksploatowany rodzaj historii obrazkowych, więc należy się cieszyć z każdej podjętej próby w tym zakresie. To sprawnie poprowadzona historia, która w parodystyczny sposób stara się poruszyć jeden z podstawowych problemów codziennej egzystencji. Życia czytelnika nie zmieni, ale czas na nią poświęcony nie będzie zmarnowany. Zwłaszcza, że całość czyta się wyjątkowo szybko.

Autorem tekstu jest Kajetan Kusina