Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Marzena Sowa. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Marzena Sowa. Pokaż wszystkie posty

sobota, 17 sierpnia 2013

#1353 - Tej nocy dzika paprotka

Po „Tej nocy dzika paprotka” spodziewałem się wiele. Marzena Sowa w „Dzieciach i ludziach” dała się poznać, jako zręczna scenarzystka, dobrze rozumiejąca dzieci, a Berenikia Kołomycka „Wykolejeńcem” wdarła się do polskiej rysowniczej ekstraklasy. Byłem strasznie, ciekaw co, te niebywale utalentowane panie wyczarują razem.

Głównym bohaterem „Paprotki” jest siedmioletni Tomek. Pewnego sobotniego ranka, gdy chłopiec wchodzi do sypialni rodziców zamiast swojej mamy zastaje przerażającego potwora. W łóżku, obok taty, ze snu budziła się ogromna, dzika paproć. Jak tylko naszemu bohaterowi udaje się umknąć ze strefy zagrożenia, zaczyna snuć domysły, co mogło się stać z jego mamą. Dlaczego paprotka mówi jej głosem? Czemu tata wydaje się nie zwracać uwagi na tą niezwykłą sytuację? Tomek nie namyślając się zbyt długo wraz ze swoim wiernym psem Muminem zaczyna układać plany jakby tu rozprawić się z mrożącym krew monstrum. Nie wie jednak, że wkrótce historia, której jest bohaterem, zrobi niespodziewany zwrot. Bardzo szybko przekona się, że pozory mogą być mylące, a paprotka nie musi być wcale tym, na co wygląda...

Spodobał mi się sposób, w jaki Marzena Sowa uchwyciła punkt widzenia dziecka. Scenarzystce coś podobnego udało się zarówno w „Marzi” (no, może w mniejszym stopniu i nie do końca) i we wspomnianych wyżej „Dzieciach i ludziach”. My, dorośli zbyt często zapominamy o zupełnie dziecięcej wrażliwości, która kształtuje odmienny sposób postrzegania rzeczywistości. „Paprotka” przypomina o tych różnicach, które często prowadzą do nieporozumień, jak ma to miejsce w komiksie. Zwykła szafa może być kryjówką dla hordy krwiożerczych potworów, piwnica – piekielną czeluścią, z której nie ma powrotu, a ta osoba, która właśnie wróciła z wizyty u swoich koleżanek w niczym nie przypomina ukochanej mamy. Można powiedzieć, że w tym względzie komiks pełni funkcję dydaktyczną dla rodziców. Medal ma jednak drugą, przeznaczoną dla młodszego czytelnika, stronę.

„Paprotka” oprócz tego, że stanowi ilustrację przysłowia, że strach ma wielkie oczy (tudzież – straszne włosy), mówi o relacjach pomiędzy matką, a jej dzieckiem. W sposób nienachlany, acz widoczny podkreśla, że bardzo łatwo można zapomnieć, jak wiele rodzicie robię dla swoich pociech. Można to łatwo zauważyć, kiedy ich zabraknie. Gdy pojawia się paprotkopodobne monstrum Tomek zaczyna kreślić najbardziej czarne scenariusze. Jak będzie wyglądało życie bez mamy? Kto teraz będzie przygotowywał sok z moreli? Kto odprowadzi do szkoły, kto będzie przypominał o szorowaniu paznokci, kto nakarmi Mumina?

Spodobała mi się oprawa graficzna. Bardzo. Berenika Kołomycka stworzyła świat jakby wprost z dziecięcej wyobraźni, w którym małoletni czytelnik doskonale będzie mógł się odnaleźć i utożsamić z głównym bohaterem. Album utrzymany jest w malarskim, przynoszącym na myśl prace dziecka, stylu. Urzeka prostota, ciepła kolorystyka, dynamika montażu kadrów – widać, że Kołomycka zna się dobrze na komiksowej robocie. Wydaje mi się jednak, że całość jest jakby za bardzo stonowana. Brakowało mi komiksowej ekspresji.

Być może moje oczekiwania były zbyt wygórowane, bo nieco zawiodłem się na komiksie, któremu na trudno cokolwiek zarzucić. „Tej nocy dzika paprotka” to napisana z pomysłem i brawurowo zilustrowana historia, zarówno dla dzieci, jak i ich rodziców. Mogę ją polecić z czystym serce każdemu, kto chce zapewnić swoim pociechom lekturę daleką od infantylizmu i zawierającą odpowiednią porcję treści wychowawczych. To rzecz warta uwagi, ale album Sowy i Kołomyckiej to nie szlagier tej klasy, co produkcje Tomasza Samojlika.

czwartek, 18 lipca 2013

#1334 - Marzi tom 3: Nie ma wolności bez solidarności


Polak potrafi – „Marzi”, sześciotomowa seria autorstwa Marzeny Sowy (scenariusz) i Sylvaina Savoi (rysunek), doczekawszy się wydania zarówno na rynku frankofońskim, jak i w Ameryce, odniosła międzynarodowy sukces. Czytelnicy kupili opowieść pewnej małej dziewczynki o dziwnym kraju nad Wisłą, podobnie jak i polityczny establishment, któremu „Marzi” wydała się na tyle atrakcyjna, że wykorzystano ją jako element kampanii promocyjnej polskiej prezydencji w Unii Europejskiej. Ale w ojczyźnie Sowy nie brakowało krytycznych opinii o jej komiksie…
„Nie ma wolności bez solidarności” to trzeci i zarazem ostatni album z serii „Marzi”. Jak zwykle na polskie wydanie składają się dwa tomy wersji frankofońskiej – są to „Pas de liberte sans solidarite” oraz „Tout va mieux” wydane w 2009 i 2011 nakładem Dupauis. W porównaniu z poprzednimi, ten wydaje się najbardziej rozpolitykowany. W obliczu polskiej transformacji ustrojowej perypetie Marzi schodzą na dalszy plan, a ona sama skupia się na obserwowaniu wydarzeń, które doprowadzą do narodzin III. Rzeczypospolitej.

Z swojej dziecięcej perspektywy relacjonuje wydarzenia, które przeszły do historii. Ale w jej narracji z debaty Wałęsy z Miodowiczem, obrad Okrągłego Stołu i wreszcie wyborów bije powierzchowność. Sowa odwołuje się do pewnych wydarzeń traktując je w sposób bardziej symboliczny. Z jednej strony trzeba pamiętać, że to publikacja skierowana do niepolskiego odbiorcy, więc opowieść o politycznych losach Rzeczpospolitej jest odpowiednio uproszczona i skrócona, z drugiej zaś – jej autorką jest dziecko, więc jej spojrzenie musi być do pewnego stopnia naiwnie. Ale pomimo tych ograniczeń autorce udało się uniknąć zarówno nadmiernej „pomnikowości”, jak i skrótowości.

Podoba mi się, w jaki sposób Marzi mówi o polskiej bezkrwawej rewolucji. Doskonale udało się jej uchwyć gorycz zwycięstwa Wałęsy i „Solidarności”, ale pisząc o zgniłych kompromisach udaje się uniknąć popadania w silnie zideologizowany i skrajnościowy dyskurs. Opowieść Marzeny Sowy o Polsce jest wyważona. To chyba najlepsze słowo. Może to zasługa dystansu, z jakiego autorka patrzy na swoją ojczyznę?

„Marzi” to tylko historyczny bryk, a jego autorce od opisywania ówczesnej sytuacji politycznej, jeszcze lepiej wychodzi oddawanie PRL`owskiego ducha. Sowie udało się doskonale uchwycić zeitgeist czasów, na które dzisiejsze pokolenie dwudziesto-, trzydziestolatków patrzy przez nostalgiczne okulary. Podwórkowe perypetie, nocne oglądanie „Twin Peaks”, szyk dżinsów i lalki Barbie – o tym wszystkim narratorka/bohaterka opowiada z tkliwą szczerością, przywiązując wagę do detalu i bardzo przekonująco. Świat Marzi szybko stał się moim światem. Uwodzicielsko kreowana rzeczywistość dziecięcych wspomnień, nierzadko ledwo pamiętanych lub niekiedy prawie zapomnianych emocji i smaków nagle odżywa z potężną siłą. Ale nie sposób nie docenić zasług Sylviana Savoii, którego kreska wyczarowała ten świat.

Francuski rysownik filtruje szarą rzeczywistość Polski lat osiemdziesiątych przez dziecięce spojrzenie i odwołując się do estetyki cartoonu tworzy atrakcyjne wizualnie „opakowanie” opowieści Sowy. Niesamowite w jak doskonały sposób artysta, dla którego rzeczywistość schyłku PRL znana jest jedynie pewnie z opowieści i materiałów źródłowych, potrafił uchwycić emocje związane np. z kupnem swojego pierwszego snickersa. Pod względem formalnym „Marzi” zdaje się nawiązywać do protokomiksowch tradycji „Koziołka Matołka” czy innych produkcji Makuszyńskiego i Walentynowicza, choćby przez układ kadrów, pewną dwutorowość narracji wizualnej i werbalnej, a także dość oszczędne korzystanie z komiksowych możliwości łączenia słowa, z obrazem. Wydaje mi się, że jest to jak najbardziej świadomy zabieg, który świetnie współgra z treścią utworu. I tak, jak nie mam najmniejszych wątpliwości, że Savoia to rysownik naprawdę wysokiej klasy, który rozumie język komiksu, tak co do Sowy nie jestem już tego tak pewien.

Z narracji Marzi bije strasznie pretensjonalna filozofia, jakby ideologicznie sformatowana pod francuskiego odbiorcę. Czytając wypowiedzi głównej bohaterki o wolności, solidarności, ludzkiej godności, utrzymane w patetycznym tonie, zupełnie nie pasującym do niej nie pasujące, wyczuwałem fałsz. Co więcej kreacja komiksowej Marzi jest niekonsekwentna. To oczywiste, że w porównaniu z poprzednimi tomami bohaterka jest dojrzalsza i rezolutniejsza, ale niekiedy nie wiedziałem, kto do mnie mówi – Marzena Sowa z krwi i kości czy też jej komiksowy odpowiednik. Czasem ton Marzi był zbyt dojrzały, zupełnie nie pasujący do chodzącej do szkoły podstawowej dziewczynki.

Z czego wynika sukces „Marzi”? To historia lekka, chwytliwa, przyjemna. Ładne opakowana i dobrze zrobiona. Utrzymana w duchu komiksu mainstremowego i jego poetyce podejmuje tematy zarezerwowane raczej dla twórców z większymi ambicjami. Dla Francuza czy Amerykanina to historia ujmująca swoją egzotyką. W Polaku natomiast budzi rzewne wspomnienia dzieciństwa. Ale raczej komiks jednorazowego użytku, do którego po jednorazowej lekturze powracać się nie chce.