Album Fortuna to trzecia i ostatnia część serialu "Za Imperium" autorstwa pary francuskich twórców: Merwana Chabane i Bastiena Vivèsa. Oba poprzednie tomy – "Honor" oraz "Kobiety" – zbierały bardzo pozytywne recenzje. Zwracano uwagę na prostą a atrakcyjną, pseudohistoryczną fabułę, na którą składał się marsz rzymskich legionistów poza granicie znane Imperium. Przez ponad 100 stron towarzyszyliśmy oddziałowi wyborowych żołnierzy pod dowództwem doświadczonego i nieugiętego Glorima Cortisa, który ślepo wypełniał misję powierzoną mu przez Cesarza.
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Merwan. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Merwan. Pokaż wszystkie posty
wtorek, 5 sierpnia 2014
wtorek, 8 lipca 2014
#1653 - Za Imperium 2. Kobiety
Czytając „Za Imperium” nie mogę uwolnić się od skojarzeń z „Jądrem ciemności”. Tak, wiem, nie powinno się interpretować jednego tekstu przez pryzmat lektury innego, ale na swoje usprawiedliwienie mogą dodać tylko, że powieść Josepha Conrada to jedna z moich ulubionych lektur i ciągle siedzi mi w głowie. A Merwan i Vives (oraz Sandra Desmazieres) nie pomagają o niej zapomnieć, bo w „Kobietach”, drugim tomie zaplanowanego na trylogię cyklu, uruchomiają kolejne skojarzenia.
czwartek, 19 czerwca 2014
#1628 - Za Imperium 2. Kobiety
Uznałem, że skoro kilka tygodni temu ukazał się trzeci i już ostatni tom serialu Za Imperium autorstwa Merwana i Vivèsa, to może warto przypomnieć, opisać w kilku zdaniach, tom poprzedni, który miał swoją premierę z początkiem tego roku i który nosił tytuł "Kobiety".
sobota, 3 sierpnia 2013
#1343 - Za Imperium t.1: Honor
Odkąd Egmont przystopował z wydawaniem Plansz Europy i całkowicie zrezygnował z Zebry, brak na polskim rynku czegoś, co mogłoby zastąpić te znakomite linie. Taurus rozbudował swój segment z komiksem europejskim - to tytuły dobre i bardzo dobre, ale to właściwie same gatunkowe czytadła. Centrala przybyła, zobaczyła i uderzyła...
Teoretycznie "Za Imperium", opowieść o oddziale legionistów wysłanych z misją podbijania nieznanych krain, to seria wpisująca się tematycznie w mainstreamowy nurt komiksu frankofońskiego. Jednak przeglądając przykładowe plansze od razu dostrzeżemy, że coś tu nie gra. Maniera graficzna, jaką posługuje się duet Merwan/Vivès sprawia wrażenie nieprzystającej do konwencji gatunkowych. Swobodny, niebanalny, momentami bardzo umowny rysunek (są tu pojedyncze kadry wyglądające jakby wyszły spod ręki Janka Kozy!) zdaje się wyrwany z autorskiej powieści graficznej. Styl ten nie został jednak użyty do opowiedzenia o osobistych problemach autora, historii bardzo dziwnej choroby czy tragedii emigranta.
Teoretycznie "Za Imperium", opowieść o oddziale legionistów wysłanych z misją podbijania nieznanych krain, to seria wpisująca się tematycznie w mainstreamowy nurt komiksu frankofońskiego. Jednak przeglądając przykładowe plansze od razu dostrzeżemy, że coś tu nie gra. Maniera graficzna, jaką posługuje się duet Merwan/Vivès sprawia wrażenie nieprzystającej do konwencji gatunkowych. Swobodny, niebanalny, momentami bardzo umowny rysunek (są tu pojedyncze kadry wyglądające jakby wyszły spod ręki Janka Kozy!) zdaje się wyrwany z autorskiej powieści graficznej. Styl ten nie został jednak użyty do opowiedzenia o osobistych problemach autora, historii bardzo dziwnej choroby czy tragedii emigranta.
Na znakomicie zakomponowanych planszach przedstawione zostały pełne dynamiki sceny walk i codzienność rzymskich legionistów. Wszystko zostało pokryte spatynowanymi, bardzo oryginalnymi kolorami, za które odpowiada Sandra Desmazières. Nad odznaczającymi się czerwienią strojami legionistów rozpościera się niebo o przedziwnej barwie, które o zmierzchu rzuca na bohaterów zielonkawą poświatę. Zabiegi, jakim poddano plansze sprawiły, że wyglądają one na przybrudzone, wyblakłe, naznaczone czasem i rozmyte przez zacieki - jakby wystylizowano je na malunki, które można znaleźć na murach antycznych budowli.
Siadając do pisania tego tekstu odczuwałem dyskomfort, który zna każdy publicysta próbujący ocenić pierwszy tom dłuższego cyklu. Przeglądam świetne, rozbudowane recenzje kolegów, którzy zdążyli już ten album odfajkować ... i drapię się w głowę. Może mi złośliwy listonosz kartki z albumu powyrywał, albo co... bo ja w pierwszym tomie "Za Imperium" dostałem tylko kilkadziesiąt stron wprowadzenia i uważam, że jeszcze za wcześnie na daleko posuniętą interpretację czy konkretną ocenę. Bo tak naprawdę, mimo iż o nietypowej szacie graficznej można napisać dużo, to trudno jeszcze cokolwiek powiedzieć na temat fabuły, którą można póki co streścić w jednym zdaniu: legioniści zostali wysłani poza granice Imperium i wędrują w enigmatyczną pustkę. Oczywiście wyrobiony czytelnik może mnożyć w tym kontekście skojarzenia, szukać w tym jakiejś metafizyki, bo i mi myśli o "Krwawym Południku" czy "Jądrze Ciemności" nasunęły się same... Ale będą to tylko dywagacje, bo równie dobrze na rzymski oddział może zaraz wyskoczyć horda zombie, kosmici albo hiszpańska inkwizycja.
Niemniej, muszę z ręką na sercu przyznać, że zostałem pierwszym tomem "Za Imperium" mocno zaintrygowany. To co zobaczyłem do tej pory podpowiada mi, że będzie to dobra, nieszablonowa opowieść będąca czymś więcej niż komiksem środka. Bowiem między warstwą graficzną a fabułą "Za Imperium" zachodzi podobna zależność, jak w przypadku jednego z moich ulubionych komiksów - "Wyspy Burbonów", w którym Trondheim, artysta z pozoru łatwy do zaszufladkowania w komiksie awangardowym, wziął się za zilustrowanie przygodowej historii o piratach. Ku zaskoczeniu czytelnika, nie tylko wyszedł z tego obronną ręką, ale też stworzył dzieło nieszablonowe i wybitne w swojej klasie. Oby Merwanowi, Vivèsowi i ich kolorystce również się ta sztuka udała.
Siadając do pisania tego tekstu odczuwałem dyskomfort, który zna każdy publicysta próbujący ocenić pierwszy tom dłuższego cyklu. Przeglądam świetne, rozbudowane recenzje kolegów, którzy zdążyli już ten album odfajkować ... i drapię się w głowę. Może mi złośliwy listonosz kartki z albumu powyrywał, albo co... bo ja w pierwszym tomie "Za Imperium" dostałem tylko kilkadziesiąt stron wprowadzenia i uważam, że jeszcze za wcześnie na daleko posuniętą interpretację czy konkretną ocenę. Bo tak naprawdę, mimo iż o nietypowej szacie graficznej można napisać dużo, to trudno jeszcze cokolwiek powiedzieć na temat fabuły, którą można póki co streścić w jednym zdaniu: legioniści zostali wysłani poza granice Imperium i wędrują w enigmatyczną pustkę. Oczywiście wyrobiony czytelnik może mnożyć w tym kontekście skojarzenia, szukać w tym jakiejś metafizyki, bo i mi myśli o "Krwawym Południku" czy "Jądrze Ciemności" nasunęły się same... Ale będą to tylko dywagacje, bo równie dobrze na rzymski oddział może zaraz wyskoczyć horda zombie, kosmici albo hiszpańska inkwizycja.
Niemniej, muszę z ręką na sercu przyznać, że zostałem pierwszym tomem "Za Imperium" mocno zaintrygowany. To co zobaczyłem do tej pory podpowiada mi, że będzie to dobra, nieszablonowa opowieść będąca czymś więcej niż komiksem środka. Bowiem między warstwą graficzną a fabułą "Za Imperium" zachodzi podobna zależność, jak w przypadku jednego z moich ulubionych komiksów - "Wyspy Burbonów", w którym Trondheim, artysta z pozoru łatwy do zaszufladkowania w komiksie awangardowym, wziął się za zilustrowanie przygodowej historii o piratach. Ku zaskoczeniu czytelnika, nie tylko wyszedł z tego obronną ręką, ale też stworzył dzieło nieszablonowe i wybitne w swojej klasie. Oby Merwanowi, Vivèsowi i ich kolorystce również się ta sztuka udała.
piątek, 19 kwietnia 2013
#1280 - Za Imperium t.1
Jeśli miałbym odpowiedzieć na pytanie jakie wg mnie filmy są symbolem amerykańskiego kina, to bez namysłu powiedziałbym, że monumentalne historyczne produkcje takie jak "Kleopatra" z pamiętną rolą Elizabeth Taylor, czy też oscarowy "Ben Hur". Filmy te są doskonałym przykładem tego dlaczego na hollywoodzkie wytwórnie filmowe mówi się fabryki snów. Tysiące statystów, kostiumów, kolosalne scenografie, wielkie nazwiska w czołówce. Efekt, który po 50 latach od powstania tych obrazów jest nie do osiągnięcia.
Oczywiście, kino od początku swojego istnienia szło za pan brat z tego typu produkcjami, wystarczy wspomnieć nowatorską pod względem formalnym, jak i narracyjnym "Nietolerancje" w reżyserii D.W. Griffitha. Lecz dopiero technicolor pozwolił tym "snom" nabrać należytego, im wizerunku. I mimo tego, że dla wielu osób pewnie te produkcje teraz mogą wydawać się archaiczne, czy to ze względu na sposób opowiadania historii, scenariuszowych zagrywek, czy samych manier aktorów, to każdy w momencie oglądania takich scen jak klasyczny już wyścig rydwanów z wcześniej wspomnianego "Ben Hura" jest bez wyjątku oszołomiony sposobem jej realizacji.
Filmy spod znaku miecza i sandałów, to filmy wymierające, gatunek kina, po którego filmowcy praktycznie wcale nie sięgają. Ostatnim obrazem, który można wymienić jednym tchem z produkcjami pokroju "Spartacusa" Kubricka, czy też biblijnej historii "Dziesięcioro przykazań" z znakomitymi rolami Charltona Hestona i Yul Brynnera jest "Gladiator" Ridleya Scotta. Film, który i tak powstał kilka dekad później po tamtych monumentalnych dziełach .
Dzisiejsze kino, jeśli już nawet wybiera się w podróż do czasów starożytnych jest bardziej wyprawą w stylistyczne wariacje na temat "300" Zacka Snydera, którego jak wiemy pierwowzorem był komiks Franka Millera pod tym samym tytułem. Kino to nastawione jest na bardziej sensacyjną fabułę, której towarzyszą hektolitry krwi, chociażby serialowy "Spartacus: Krew i Piach", czy "Centurion" z Michaelem Fassbenderem. Niestety, wg mnie filmy te nie tylko nie mają do zaoferowania ciekawej fabuły, ale także ich strona formalna w żadnym przypadku nie przypomina wielkich epickich filmów (oczywiście nie chodzi mi tutaj o brak kartonowej scenografii). Ratunkiem dla gatunku może być właśnie realizowany "Noah" w reżyserii Darrena Aronofsky'ego, a także zapowiadany przez Ridley'a Scotta film o Mojżeszu. Pytanie tylko, czy widzom tęskno do tego typu opowieści?
Starożytność w komiksie ma się dużo lepiej. Oczywiście, nie tylko w przygodach dzielnego Gala Asteriksa, francuski rynek komiksowy oferuje wiele serii, których wydarzenia umiejscowione są w czasach starożytnego Rzymu. Wiele z tych tytułów odnalazło czytelników także i w Polsce. Mamy "Murene" z Egmontu (teraz z Taurusa). W lipcu na półkach sklepowych mają pojawić się "Orły Rzymu" Enrico Mariniego, a wydawnictwo Centrala właśnie zaprezentowało pierwszy tom "Za imperium" autorstwa Merwana oraz Bastien Vivès'a. Niesamowicie narysowaną historię o wyprawie pewnej grupy elitarnych rzymskich legionistów na niepodbite przez rzymskie imperium tereny.
"Za imperium, tom 1: Honor", to komiks, który urzeka już przy pierwszym kontakcie. Co ciekawe nie jest to aż taka zasługa rysunków, a bardziej zdobiących ich kolorów. Kolorystka Sandra Desmazières wykorzystała barwy, których na próżno szukać w innych komiksach. Turkus, amarant, oliwka, wszelakie odcienie czerwieni i fioletu wpływają na odbiór komiksu bardziej niż opowiadana historia. Oczywiście, nie zamierzam odbierać laurów rysunkom, ponieważ ich minimalizm i styl niebagatelnie sportretowanych bohaterów prezentuje się mistrzowsko, lecz po prostu nie wyobrażam sobie ich pozbawionych towarzystwa tak ciekawej kolorystyki. Wpatrując się w szatę graficzną tego albumu nasze myśli automatycznie zmierzają w kierunku starożytnych fresków, które zdobiły zasypane popiołem domy po wybuchu Wezuwiusza w Pompei. Te kolory nadają całości większy i bardziej zamierzony efekt aniżeli technicolor na taśmie celuloidowej z filmami spod znaku peplum.
To nietuzinkowe podejście do przedstawienia tej historii nie tylko zauważalne jest pod względem plastycznym, ale również i narracyjnym. Komiks Marwana i Vives'a wypełniony jest ciągłymi przeskokami czasowymi, które przypominają filmowe wręcz cięcia akcji. Ten zabieg nadaje całości pewien oniryczny nastrój, który wpływa także na nasz odbiór bohaterów. Grupa najlepszych rzymskich wojowników to grupa ludzi, którzy są omamieni wojennymi regułami gry, dzielni a zarazem zdolni do prymitywnych czynów. Autorzy komiksu tę grupę legionistów wysyłają w przygodę, która na przekór gatunkowi, zamiast niezwykłych wydarzeń, przysparza bohaterom nudy. Lecz nie jest to nuda, która udziela się czytelnikowi. I mimo tego, że tom pierwszy trylogii "Za imperium" dopiero wprowadza nas w brutalny świat rzymskich podbojów, to oddajemy mu się w pełni i razem z grupą pod dowództwem Glorima Cortisa pragniemy rozlewu krwi, wina i dziczyzny. Francuscy artyści z serialowym zacięciem zasadzili w komiksie ziarno niepewności i tajemnicy przez co jestem niesamowicie ciekaw co przyniosą dwie kolejne części tej trylogii.
Nowy komiks Centrali ugruntowuje im pozycję najciekawszego polskiego wydawcy. "Za Imperium" to nie tylko zjawiskowo pięknie narysowany i pokolorowany album, ale także nietuzinkowa historia, która łagodzi moją tęsknotę do dobrych opowieści o starożytności. Jestem spokojny - jeśli moda na tego typu historie nie powróci na dobre do kina, to na szczęście będę mógł ich poszukać w świecie komiksów.
piątek, 12 kwietnia 2013
#1276 - Za imperium t.1: Honor
Centrala staje się
powoli jednym z moich ulubionych polskich wydawnictw. Po serii tytułów,
które tematycznie lub gatunkowo z reguły nie trafiały w mój marny gust,
poznańscy maniacy komiksu zaczęli stawiać na większą różnorodność. I
kręcić nosem już nie mogę. Cudownie absurdalne "Wiktor i Wisznu", bezlitosne "Polaków uczestnictwo w kulturze", refleksyjny "Goliat", a teraz jeszcze "Za imperium" - nic, tylko kupować, czytać i reklamować.
Dzieło Merwana i Vivesa w pewnym stopniu jest spadkobiercą telewizyjnego Rzymu,
w którym tak samo często zobaczyć można było heroiczne pojedynki, co
porażającą degrengoladę, a którego sukces utorował drogę współczesnym
dziełom historycznym. Odbiorca serialu otrzymywał wprawdzie przekrój
przez społeczeństwo na poły legendarnego imperium, czego w niżej
recenzowanym komiksie nie uświadczymy, jednakże francuscy artyści swoje
danie przyprawiają częścią tych samych składników. Co nie znaczy, iż "Za imperium" nie można polecić tym, którym "Rzym" do gustu nie przypadł.
Tak
jak to miało miejsce we wspomnianym telewizyjnym przeboju, Merwan i
Vives uwypuklają zarówno niewątpliwe walory, jak i wady swoich
bohaterów. Z jednej strony możemy więc podziwiać odwagę, lojalność czy
wreszcie tytułowy honor kolejnych postaci, z drugiej jednak ich
chciwość, prostactwo oraz istna żądza mordu (a nawet, w pewnych
przypadkach, gwałtu) zwyczajnie odpychają. Na psychologię nie ma tu
jednak miejsca, a i moralizowanie autorów nie interesuje. Najważniejsza,
a przynajmniej jak na razie, jest bowiem sama przygoda.
Banalnie
prosta, lecz świetnie opowiedziana fabuła cechuje się prawdziwie
diabelską przewrotnością. Oto elitarny przecież oddział legionistów
wysłany zostaje poza granice imperium, aby podbić dlań nieznane ziemie,
jednakże główną atrakcją dla głodnych permanentnych pojedynków
wojowników okazuje się, o zgrozo, wędrówka sama w sobie oraz całkiem
osobliwe kontakty z prymitywnymi ludami. Tym samym akcja zamiast się
stopniowo zagęszczać - rozrzedza się.
Po drodze jednak, kiedy to z oddziałem
przyjdzie nam się zapoznać (a następnie kiedy przyjdzie nam obserwować
jak jest, niemalże niczym w "Parszywej dwunastce", kompletowany),
uświadczymy niemało przemocy. Niby o epatowaniu nią nie można mówić,
skoro malutko tu widoków bryzgającej krwi i ucinanych kończyn, a jednak
sceny walk rysowane są tak sugestywnie, iż "Honor" należałoby
ostatecznie nazwać pozycją dosyć brutalną. Strona wizualna jest zresztą
jej najmocniejszą stroną, skoro sama fabuła jawi się jako jedna wielka
ekspozycja, wyraźnie wskazując na to, iż prawdziwy rozwój akcji
zobaczymy dopiero w tomie drugim.
Scenariusz
jest bardzo skromny i trzeba przyznać, że - mimo interesujących
zabiegów narracyjnych (nagłe przeskoki czasowe przywołujące czasem na
myśl poetykę oniryzmu) - gdyby nie rysunki, to komiks francuskich
artystów nie byłby w połowie tak dobry, jak jest ostatecznie. Nieco
karykaturalna, miejscami prawie turpistyczna kreska w połączeniu z
przygasłymi kolorami tworzy nie tylko bardzo interesującą oprawę, ale
też całkiem mroczną i niepokojącą atmosferę opowieści. Opowieści, która
być może jest także spadkobiercą słynnego "Jądra ciemności".
Powieść Josepha Conrada doczekała się rozmaitych wariacji na temat i
zdaje się, że interesujący nas tu komiks położyć będzie można niedaleko
jednej z nich, a dokładniej - "Valhalla Rising", filmu
przedstawiającego (chrześcijańskich) Wikingów wyprawiających się na
podbój Jerozolimy, po drodze jednak błądzących i niechcący trafiających
do piekła...
Nie, żebym nie darzył legionistów z "Za imperium" sympatią,
gdyż, pomimo swoich wad, skonstruowani są tak, iż zwyczajnie nie da się
ich nie lubić, jednakże szczerze życzę im dokładnie tego samego.
Pierwszą część ich przygód czyta się znakomicie, ale ostatecznie ciężko
mi ją jednoznacznie ocenić, ponieważ zbyt wiele w niej niewiadomych.
Niecierpliwie czekam więc na tom drugi i liczę, iż ujrzę tam piekło,
dzięki któremu "Honor" okaże się faktycznie świetnym intro.
Subskrybuj:
Posty (Atom)







