wtorek, 22 lipca 2014
#1671 - Krucjata t.2: Qua’dj
wtorek, 25 marca 2014
#1563 - Krucjata #1: Simoun Dja (polemicznie)
czwartek, 10 października 2013
#1385 - Saga Valty t.01
Polscy wydawcy znajdują się chyba pod wpływem jakiegoś uroku urodzonego w belgijskim Ninove twórcy i wydają jak leci komiksy jego autorstwa. Zupełnie nie rozumiem tego fenomenu – czy we Francji albo Belgii naprawdę nie ma innych scenarzystów? Żeby jeszcze spod jego ręki wychodziły wyłącznie rzeczy godne uwagi, to może i zrozumiałbym ten afekt, ale przecież tak nie jest. Na każdą„Murenę”, przypada przynajmniej jedna „Krucjata”. I choć opisywanemu komiksowi bliżej jest tej pierwszej pozycji, to nie jest to żadne arcydzieło
„Saga Valty” to utrzymana w konwencji heroic fantasy opowieść przygodowa. Jej akcja rozgrywa się w komiksowo przerysowanej krainie przypominającej skandynawskie fiordy z epoki wikingów. I nie tylko scenografia nasuwa skojarzenia z „Thorgalem”. Główny bohater Valgar syn Holgerra z Valty to wypisz wymaluje pewien szlachetny i dzielny wojownik, który ze względu na swoje bękarcie pochodzenie nie może być razem ze swoją ukochaną. Ten romansowy wątek Romea i Julii może kojarzyć się ze „Zdradzoną czarodziejką”, na co w swojej recenzji zwrócił uwagę Jakub Syty. Ukochana Valgara, Astridr, jest córką okrutnego Thorgerra, który nie dopuszcza do myśli, że byle przybłęda wżeni się do jego klanu. W tym momencie pojawia się motyw tajemniczej przeszłości głównego bohatera (brzmi znajomo?), magiczny artefakt (brzmi znajomo?), a kilka stron dalej na scenę wkracza następna kobieca protagonistka. Blondwłosej Hildegirrd (pochodzącej z Polski, nawiasem mówiąc) od razu w oko wpada pewien przystojny przybysz, który prosi jej męża o gościnę. Hildegirrd nie zawaha się przed niczym, aby zaciągnąć go do łóżka – brzmi znajomo?
Akcja, zgodnie z wymogami gatunku, prowadzona jest bardzo dynamicznie. Fabuła pełna jest pościgów, bitew i pojedynków, nie brakuje krwi, a zawiązana przez Dufauxa intryga jest całkiem zgrabna. Muszę przyznać, że spodobał mi się sposób, w jaki losy pewnego trójkąta miłosnego zostały splecione z konfliktem pomiędzy dwoma klanami. Kreacje bohaterów - choć schematyczne - są przekonujące, podobnie, jak ich motywacje. Do tego dochodzi jeszcze kilka innych, tajemniczych wątków, a całość umiejętnie pomieszczona została w jednym, standardowej pojemności albumie. Widać, że Dufaux to solidny fachura. „Krucjata” to typowy wypadek przy pracy.
Solidny fachura - to samo właściwie można powiedzieć o autorze oprawy graficznej. Mohameda Aouamriego polski czytelnik może kojarzyć z trzeciej części prequela do znakomitej serii „W poszukiwaniu Ptaka Czasu”. Może to dlatego jego klasyczna, realistyczna kreska tylko momentami ciąży ku Loiselowi? „Saga” narysowana jest poprawnie, ale zachwycać się nie ma czym.
Bardzo zmartwił mnie Leszek Kaczanowski, który powiedział, że wydaje „Sagę Valty”, aby móc wreszcie na komiksie zarobić. Samo w sobie nie jest to niczym złym oczywiście, ale oznacza, że polski czytelnik nie jest zupełnie zainteresowany mniej znaną klasyką polskiego komiksu. Komiks Dufaux i Aouamriego niczym specjalnym nie wyróżnia się pośród innych, podobnych jemu tytułów, które ostatnio w sporej ilości ukazują się na naszym rynku,. Mogę polecić tylko zagorzałym frankofilom.
środa, 7 sierpnia 2013
#1347 - Krucjata t.1: Simoun Dja
Do przeczytania premierowego tomu „Krucjaty” zatytułowanego „Simoun Dja” Wojciech Szot udowadniał, że zna się na rzeczy i potrafi wygrzebać wartościowe rzeczy w zalewie różnorodnego chłamu. Niestety, lektura tego komiksu nieco podkopała moją wiarę w gusta szefa Wydawnictwa Komiksowego…
Pierwotnie, na rynku francuskim pierwszy album serii ukazał się we wrześniu 2007 roku, nakładem wydawnictwo Le Lombard. W sumie całość zamyka się w szczupłej liczbie czterech albumów. Co ciekawe, już w maju 2008 „Croisade” ukazało się również w wersji angielskiej, dzięki brytyjskiej oficynie Cinebook specjalizującej się w przekładaniu na język Szekspira komiksów z ojczyzny Moliera.
Historia „Krucjaty”, zgodnie z obietnicą składaną przez tytuł, osnuta jest wokół motywu wypraw krzyżowych. Scenarzysta Jean Dufaux nie pisze jednak komiksu historycznego – to raczej regularne, konwencjonalne fantasy umieszczone w krucjatowym settingu. Są więc pustynne demony, magiczne zwierciadła, nieśmiertelni assasyni, ale także perełka w postaci Świętego Grobowca, w którym spoczywa świątobliwy X3, z którego chrześcijanie zrobili Boga, a muzułmanie mają jedynie za proroka. Fabuła opowiada o powrocie Abdula Razima do Jerozolimy (w komiksie nazywanej Hierus Halem) i kolejnej próbie zdobycia świętego miasta przez Grzegorza z Arcos.
W tle tego wielkiego konfliktu między światem wschodu i zachodu przeplatają się inne wątki – tajemniczego Sar Mitry, klątwy demon qua`dja ciążącej na rodzie Syrii z Arcos i blondwłosego herosa Waltera, który chyba ma być głównym bohaterem historii. Piszę chyba, bo w pierwszym tomie zdążył jedynie przemknąć na drugim planie i tyle go widzieli, bo powróci pewnie w kontynuacji.
Może scenarzysta nieco bardziej sprawny, niż Dufaux potrafiłby to wszystko poukładać w jakąś sensowną całość, bo autorowi całkiem sensownej „Mureny” to zupełnie nie idzie. Fabuła pozbawiona jest jakiejkolwiek dramaturgii, coś niby się dzieje, ktoś tam kogoś szuka, mowa jest o jakichś przepowiedniach, ale wszystko to razem zebrane bez składu i ładu do kupy zupełnie nie przekonuje. Historia nie ma rozmachu, bohaterom brakuje głębi, a rysunkom…
…graficznie rzecz biorąc – jest marnie. Philippe Xavier uosabia wszystkie słabości europejskiego komiksu seryjnego ze swoją bezpłciową, pozbawioną jakiegokolwiek charakteru i absolutnie nudną kreską. Nie ma chyba nic gorszego, niż rysownik wierny mainstreamowej ortodoksji nie mający nic do zaoferowania swojemu odbiorcy. Może i potrafi (raczej lepiej, niż gorzej) narysować plecy konia, ale cóż z tego, jak wizualnie „Krucjata” nie sprawia żadnej przyjemności. Nawet w porównaniu z Piotrem Kowalskim, któremu do jakiejkolwiek wirtuozerii jeszcze daleko, Xavier wypada okropnie blado.
Bardzo rzadko zdarza mi się, żeby komuś odradzać zakup jakiegoś komiksu, ale w tym przypadku nie jestem w stanie znaleźć jakiegokolwiek racjonalnego argumentu do sięgnięcia po „Krucjatę”.
wtorek, 3 listopada 2009
#290 - Skarga Utraconych Ziem
Wraz z reedycją "Skargi Utraconych Ziem", zbierającą w jednym, opasłym tomie komplet czterech albumów serii, Egmont startuje z nową kolekcją ekskluzywnych wydań komiksów Grzegorza Rosińskiego. Jeszcze w tym roku, w grudniu, zostanie wydany kultowy "Szninkiel" w jedynej, słusznej, to jest czarno-białej wersji (Egmont wznowił już ten komiks w 2001 roku, z kolorami nałożonymi przez Grażynę Kasprzak, czyli Grazę), a w 2010 roku ukażą się "Zemsta hrabiego Skarbka" (w maju, ze scenariuszem Yves'a Sente) i "Western" (w październiku, ze scenariuszem Jeana van Hamme'a).
Nie ulega żadnym wątpliwościom, że Rosiński jest jednym z najwybitniejszych polskich rysowników komiksowych. Udało mu się przebić na Zachodzie dzięki "Thorgalowi", a sukces odniesiony na europejską skalę zawdzięcza niepokojącym ilustracjom z "Wilczycy", efektownemu kadrowaniu z "Łuczników" czy zapierającej dech w piersiach swoim rozmachem trylogii Qa. W tych, i w wielu innych albumach, pokazał się, jako mistrz realistycznej kreski. Niestety, z tamtego, starego Rosińskiego w "Skardze" pozostało niewiele. O ile jeszcze pierwsze dwa albumy ("Sioban" i "Blackmore") trzymają jakiś poziom, to o dwóch kolejnych, dopisanych, jako ciąg dalszy zamkniętej w poprzednich tomach historii ("Pani Gerfaut" i "Kyle z Klanach") nawet tego nie można powiedzieć. Mnóstwo kadrów wykonanych jest niedokładnie, pospiesznie i wręcz niedbale, bez zwyczajowej staranności o szczegóły. Rosiński wydaje się zmęczony, zarówno konwencją fantasy, jak i techniką, czego chyba najlepszym dowodem jest eksperymentalna pod względem grafiki "Zemsta hrabiego Skarbka". Widać, że w rysunkach Rosa brakuje serducha, które zostawił w "Thorgalu" czy "Szninklu", a radość z tworzenia przekładała się na radość z lektury. Pasję, zastąpiła rutyna.
Wydaje mi się również, że brakło nieco twórczej chemii w współpracy Rosińskiego ze scenarzystą "Skargi Utraconych Ziem" Jeanem Dufauxem. Przybycie do Eruin Dulei Rycerza Łaski, Seamusa, wprawia w ruch historię, w której wyjaśnione zostaną rodowe tajemnicę władców tej krainy. Główną bohaterką "Skargi" jest księżniczka Sioban, która będzie musiała udźwignąć brzemię dziedzictwa rodu Sudenne'ów i wsłuchać się w tytułowy lament zaginionych włości. Jednak zamiast epickich bitew spodziewajcie się raczej stopniowego odkrywania dualistycznego konceptu – "czy zło mieszka w sercu miłości, czy też miłość mieszka w sercu zła?". W kolejnych tomach główne postacie tego dworskiego dramatu będą odsłaniać rodzinne koligacje, które ich łączą. O ile w przypadku pierwszego dyptyku owe motto było adekwatne do fabuły, skądinąd całkiem niezłej, o tyle w drugim cyklu wydaje się być przyczepione na siłę. Kontynuacja, w której Sioban rządzi Eruin Duleą i szuka męża wypada znacznie słabiej od oryginału, także pod względem scenariusza, co podkreśla fatalne i bezsensowne deus ex machina na zakończenie.
Jeśli chodzi o jakość edytorską to Egmont właściwie stanął na wysokości zadania. Komplet czterech tomów na kredowym papierze i w twardej okładce zawiera sporo szkiców Rosińskiego z komentarzami Dufuaxa odnośnie pracy nad komiksem. Miłym dodatkiem jest również załączony rysunek Rosa oraz zakładka. Pewnie nie wszystkim przypadnie do gustu design nowej serii zaprojektowany przez Piotra Rosińskiego, gdyż prezentuje się co najwyżej przeciętnie.
Reedycja "Skargi Utraconych Ziem" będzie znakomitą propozycją dla tych, którzy kompletują twardookładkową reedycję "Thoragala" z autografami ich twórców. Świetnie razem będą prezentowały się na półce. Inni, czyli nie-hardcore'owi fani Rosińskiego i posiadacze pierwszego wydania mogą spokojnie odpuścić sobie pierwszy tom kolekcji GR, który nie jest komiksem rewelacyjnym, delikatnie mówiąc.
poniedziałek, 28 września 2009
#263 - Skarga Utraconych Ziem #6: Gwinea Lord
Mimo tego, że tetralogia Jeana Dufaux i Rosińskiego spotkała się z dość chłodnym przyjęciem wśród czytelników, "Skarga Utraconych Ziem" doczekała się kontynuacji. Ponieważ cztery pierwsze albumy tworzą spójną i symetryczną całość, zamiast klasycznego sequela, postanowiono przygotować prequel, dotyczący jednego z pobocznych bohaterów serii, Seamusa. Szósty tom, podobnie zresztą, jak i poprzedni, "Morrigany", ukazuje się już w zupełnie innych warunkach rynkowych. Czy teraz, gdy na brak nowych tytułów narzekać nie można, a czytelnicy rozpieszczani się przez edytorów wydaniami kolekcjonerskimi, "Gwinea Lord" ma szansę wyróżnić się z comiesięcznego zalewu komiksów?
Niestety, najnowsza "Skarga…" nie ma w sobie nic, co mogłoby zachęcić potencjalnego czytelnika do sięgnięcia po nią. Fabuła komiksu została sklejona przez Dufauxa z ogranych do bólu wątków i szablonowych chwytów literatury fantastycznej. Zlepiona poprawnie i bez wpadek, ale choćby bez ułamka tej oryginalności, obecnej w oryginalnym cyklu. Oto w zakonie Rycerzy Łaski jeden z nowicjuszy, Eirell, zostaje zlekceważony przez swoich przełożonych i przechodzi na przysłowiową ciemną stronę mocy. Wraz z uwolnioną Morriganą i tytułowym Gwineą Lordem rusza w pościg za Czarodziejką Sanctus. Czarownicą, dotkniętą przez Łaskę, pragnącą wspomóc zakon w walce ze złem. Na ich drodze stanie Seamus wraz ze swoim mistrzem. Komu pierwszemu uda się dotrzeć do Sanctus?
Do rysowania kontynuacji "Skargi..." nie zatrudniono już Rosińskiego. Schedę po polskim rysowniku przejął znany z kart "Mureny" Phillipe Delaby. Belgijski artysta, który świetnie daje sobie radę z tematyką historyczną, nie gorzej zaprezentował się w poetyce fantasy. Kreska Delaby'ego nie wychodzi poza standardy europejskiego realizmu, ale jego klarowany i zgrabny styl może się podobać.Wydaje mi się, że Egmont wydaje "Skargę Utraconych Ziem" nieco z rozpędu, głównie za sprawą Rosińskiego, który kiedyś przyłożył rękę do tej sztampowej opowieści o rycerzach i czarownicach. To komiks, o którym trudno cokolwiek napisać, bo po lekturze odkładamy go na półkę, bez zamiaru sięgnięcia po niego ponownie.






