Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Plansze Europy. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Plansze Europy. Pokaż wszystkie posty

piątek, 6 kwietnia 2012

#1003 - Wojna Sambre`ów. Hugo i Iris

Bardzo podobał mi się sposób, w jaki Yslaire balansował w „Sambre” pomiędzy stylistyką wielkiej, historycznej narracji z mistyczną fantastyką, utrzymaną w nieco romantycznej poetyce. W tego typu utworze, o nieco postmodernistycznym zacięciu, bardzo łatwo popaść w kiczowatość, uciekając w zwykłą historię alternatywną lub zajeżdżające tandetą fantasy. Ale tego, z wprawą godną akrobaty, udało się belgijskiemu twórcy uniknąć.

Wydany w kolekcji Plansze Europy album rezonował z arcydziełami wspaniałej francuskiej powieści czasów, gdy z romansu arystokraty z miejską kurtyzaną, motywu przybycia młodego prowincjusza do wielkiego Paryża czy losów rodziny, nad którą ciąży fatum, umiano wydobyć wyśmienitą opowieść. Epicką, wielowątkową, pełną życia, nasyconą symboliką, z wielką historią i w tle. Tak właśnie było w przypadku "Sambre".

Punktem wyjścia "Hugo i Iris", drugiego cyklu serii, są wcześniejsze dzieje rodu Sambre`ów. Jego rodzice mają nazwisko i długi, jej rodzice – pieniądze, ale nie liczą się w towarzystwie. Ciąg dalszy dość łatwo przewidzieć: aranżowane małżeństwo z rozsądku, rodzinne sekrety i kochanka w Paryżu to kolejne elementy układanki Yslaire`a. Lecz oprócz wątku romansowego, historia skupi się na odkryciu, którego dokona Hugo w kopalni, nad którą przejął zwierzchność po ślubie z Bianką. Wpadając na trop tajemnej historii ludzkości, trawionej przez Wojnę Oczu, będzie próbował dotrzeć do prawdy, czy raczej Prawdy, osuwając się przy tym powoli w odmęty szaleństwa. A tymczasem autor opowieści, tracąc równowagę i literacką wibrację, o których wspominałem na początku, zacznie intensywnie eksplorować dość idiotyczny wątek, wyzyskujący najgorsze klisze kultury popularnej i romansowej. Zamiast w kierunku Balzaka i Hugo, Hugo i Eris będą zmierzali w stronę Dana Browna i Danielle Steel. Akurat tanie, sentymentalne zagrywki i konspiracyjny bełkot u Yslaire`a to nie pierwszyzna, o czym wszyscy, który zetknęli się z Niebem nad Brukselą, wiedzą doskonale.

Co więcej, scenarzysta, wspinając się po drzewie genealogicznym rodziny Sambre`ów, zacznie rozmieniać na drobne świetną historię, dopowiadając niepotrzebnie wątki zasugerowane w oryginalnej historii. Zamiast "Komedii ludzkiej" Yslaire`owi wychodzi "Saga ludzi lodu", zamiast dramatyzmu – melodramat. Z komiksu ulotniła się romantyczna symbolika i zręcznie wplecione elementy historyczne – zamiast tego mocniej zaznaczono obyczajowy koloryt Francji pierwszej połowy XIX wieku. Ustrukturyzowane społeczeństwo poprzedzielane granicami, których nie należy przekraczać, i znajdujące się w ich ramach jednostki skrępowane konwenansami – to już było setki razy, ale Yslaire nieźle to rozegrał. Całkiem dobrze pokazał również niedolę ówczesnej klasy robotniczej, pozując odrobinę na zolowski naturalizm, choć zabrakło odpowiedniego pogłębienia tego elementu.

I te, marginalne w stosunku do dość banalnej intrygi miłosnej, wątki wyszły nadspodziewanie dobrze. "Hugo i Iris" to romansidło, ale romansidło w pięknych dekoracjach i pysznych kostiumach. Trzeba zaznaczyć, że album jest przepięknie narysowany. W oprawie graficznej da się wyczuć wpływy realistycznego malarstwa z epoki, ale komiksowa konwencja godzi je z przerysowaniem w iście romantycznym duchu, podkreślając symboliczność niektórych scen czy wydobywając emocje poszczególnych bohaterów. Choć raczej jestem przeciwny eksperymentom polegającym na godzeniu malarstwa z narracją wizualną, w tym wypadku wypadło to wyśmienicie. Rysownikowi Jeanowi Bastide nie sposób cokolwiek wytknąć. Dysponujący bardzo delikatną i precyzyjną kreską ma świetne oko do detalu, doskonale podkreśla atmosferę panującą w utworze, umiejętnie wydobywa z obrazu treść. Nakładając kolory, Vincent Mezil ograniczył się do określonej palety barw, w jednym scenach podkreślał atmosferę grozy, w innych czułość erotycznych zbliżeń, a w jeszcze innych – rodzinne napięcie.

Niemniej rysunki nie mogły uratować tego komiksu. Dzieje rodziców głównego bohatera Sambre są jedynie marną kopią pierwowzoru. I to niskiej jakości. Yslaire nie ma żadnych oporów przed powielaniem własnych rozwiązań i sprzedawaniem ich w kolejnym komiksie. Co gorsza, robi to dość nieudolnie, zapominając o tym, co było siłą oryginału.

wtorek, 9 listopada 2010

#608 - ARQ 2

Pierwszy integral cyklu "ARQ", zbierający pierwsze sześć albumów oryginalnego wydania, okazał się jednym z najciekawszych pozycji wydanych w ubiegłym roku. Teraz, po lekturze jego kontynuacji, mogę śmiało powiedzieć, w porównaniu z drugim cyklem wydaje się jedynie rozgrzewką. To dopiero w "ARQ 2" zaczyna się prawdziwa przygoda.
Powiedzieć, że Andreas Martens to twórca specyficzny, to jak nie powiedzieć nic. Czytając komiksy od ładnych kilkunastu lat nigdy nie udało mi się spotkać innego autora, z którym mógłbym porównać dokonania pochodzącego z Niemiec komiksiarza. Niektóre z metod konstruowania opowieści czy sposób narracji mogą przywoływać na myśl Moebiusa lub niektóre komiksy Lewisa Trondheima, ale to tylko luźne spostrzeżenie, nie dające pełnego obrazu tego, co Andreas w swoich pracach wyczynia.

W "ARQ" poraża niesamowita wyobraźnia w kreacji świata przedstawionego, a oprawa wizualna dosłownie zapiera dech w piersiach, co w przypadku Andreasa jest już normą. Autor znany z takich tytułów, jak "Rork" czy "Cromwell Stone" w swojej najnowszej produkcji odszedł nieco od obłędnie dopracowanych rysunków, na rzecz uproszczonej kreski, dzięki czemu grafika stała się bardziej dynamiczna i zyskała na rozmachu. Konwencję cyklu wypada określić jako fantastyczną, ale nie należy spodziewać się klasycznego tolkienowskiego sztafażu ze smokami, elfami, krasnoludkami i innymi tego typu rekwizytami.

Niewielu znam twórców, którzy z równym powodzeniem budują pełną niuansów, wciągającą fabułę i tak śmiało poczynają sobie z materią komiksową. Andreasa trudno jednak lokować w jakiejś komiksowej awangardzie, a jego prace nazywać eksperymentalnymi. Strona formalna interesuje go o tyle, o ile można ją wykorzystać w opowiadaniu historii i estetycznej kompozycji całości. Zadziwia nie tylko jego rysowniczy kunszt, ale również struktura dzieła, zaplanowana z jakąś szaloną precyzją, od kadrów począwszy, a na ostatecznej kompozycji całości skończywszy. Niemiecki twórca kombinuje z ramkami i układem strony, ciągle szuka nieszablonowych rozwiązań wizualnych i narracyjnych, kolejne epizody i części zestawia ze sobą w sposób kompletnie nietuzinkowy. Oprócz tego zaprasza swojego czytelnika do gry z narracją, mnoży nieoczekiwane zwroty akcji, ciągle odkrywa kolejne warstwy rzeczywistości, czasu, przestrzeni (i samej opowieści), zaskakuje fabularnymi twistami i niekonwencjonalnymi cliffhangerami. Myślę, że ciekawym będzie zestawienie "ARQ 2" z "Lapinotem". To, co w swoim komiksie wspomniany powyżej Trondheim podlewa gęsto ironicznym dystansem, Andreas robi zupełnie serio. I ta niesamowita faktura jego opowieści wydaje się znacznie bardziej pociągająca niż sama fabuła, choć i jej trudno coś zarzucić.
Historia o tajemniczym eksperymencie profesora Gilpatrica, niezwykłym świecie równoległym "żyjącym" w ciele humanoida znalezionego na dnie oceanu, rządowych rozgrywkach, których stawek jeszcze nie ujawniono (żeby wymienić zaledwie kilka wątków!) przypomina wielką układankę, której elementy łączą się w skomplikowanej strukturze niezwykłej opowieści szkatułkowej. Kompletnie nieprzewidywalnej, ciągle trzymającej w napięciu i niezmiennie intrygującej. Nie ukrywam, że Andresowi udało się mnie oczarować, po raz pierwszy chyba od czasów "Rorka". Jakkolwiek bardzo sobie cenię jego dwie pozostałe prace to właśnie cykl "ARQ" zapowiada się na jego prawdziwe opus magnum. No właśnie zapowiada się, bo wciąż nie wiem, w jaką całość ułożą się poszczególne fragmenty i czy na wszystkie zagadki zostaną udzielone satysfakcjonujące odpowiedzi.

Wypada mieć nadzieję, że w finale Andreasa nie pogrążą szczegóły i nie ulegnie swojej manierze ciągłego zaskakiwania odbiorcy, kosztem logicznej spójności fabuły. Trzeci i ostatni cykl ma ukazać się podobno w amerykańskim formacie zeszytowym, w czerni i bieli. Oby tylko w "ARQ" Andreas nie powielił błędów popełnionych przy zakończeniu "Rorka", które może rozczarowujące nie byłe, ale we mnie pozostawiły spory niedosyt czytelniczy.

czwartek, 15 lipca 2010

#503 - Historia bez bohatera

Jeana Van Hamme'a nie trzeba przedstawiać żadnemu miłośnikowi dobrych komiksów. Zanim jednak pochodzący z Brukseli prozaik, pisarz i scenarzysta zasłynął, jako autor "Thorgala", "Largo Wincha", "Władców Chmielu", czy "Szninkla", stworzył wraz z rysownikiem Danym "Historie bez bohatera". Krótką, pomieszczoną w standardowej objętości albumie europejskiego formatu (48 stron) historię tragicznego lotu CR512, która w 1979 otrzymała nagrodę Saint-Michel dla najbardziej realistycznego scenariusza.
Opowieści o ocalałych z lotniczej katastrofy rozbitkach bliżej jest do kameralnego dramatu, niż efektownej opowieści przygodowej. Zagubieni gdzieś w amazońskiej dziczy mają niewielkie szanse na przetrwanie, a zanim przyjdzie jakakolwiek pomoc może być już za późno. Z grupki bohaterów postawionych w ekstremalnej sytuacji, scenarzysta wydobywa cały wachlarz ludzkich reakcji, emocji i postaw. Desperację, zrezygnowanie, determinację, głupią, męską dumę. Pozbawieni nadziei rozbitkowie, w obliczu śmierci głodowej, pokazują, jacy są naprawdę i do czego są zdolni byle przetrwać. Szkoda tylko, że Van Hamme w finale swojej opowieść zdecydował się na dość banalny i przerysowany podział na "złych" i "dobrych", rozczarowując mnie nieco na zakończenie tego całkiem udanego komiksu.

Kontynuacja "Historii bez bohatera" uderza w zupełnie inne tony. Została połączona ze swoim pierwowzorem znakomitym, metatekstowym fragmentem korespondencji Van Hamme'a-autora z bohaterem jednego z jego utworów, Largo Winchem. W "Dwudziestu latach później" (rzeczywiście napisanej i narysowanej dwadzieścia lat później, w 1997 roku) powracają ci rozbitkowie, którym udało się przeżyć katastrofę. Dziwnym zrządzeniem losu wplątują się w geopolityczną aferę szpiegowską. Niestety, wątek nazistowskich zbrodni i zaginionych dokumentów doczepiony został dość niedbale i zupełnie nijak ma się do poprzedniej fabuły. Nie można jednak mu czegokolwiek zarzucić – historia, jak to zwykle w przypadku Van Hamme'a bywa, poprowadzona jest bardzo sprawnie. Jest wartka akcja, dramatyczne zwroty, tajemnice z przeszłości – szkoda tylko, że to fabularnie wyświechtana, tania opowiastka sensacyjna.

Dany, a właściwie Daniel Henrotin, na potrzeby scenariusza Van Hamme'a, zmienił swój styl rysowania. Przedtem jego kreska miała bardziej cartoonowy, komiksowy charakter. W "Historii bez bohatera", utrzymanej w realistycznej konwencji, wciąż bardzo dobrze widać te kreskówkowe pozostałości. To z kolei nadaje oprawie graficznej komiksu tego charakterystycznego, oldscholowego posmaczku starych, pulpowych komiksów przygodowych. Rysunki Dany'ego w pierwszej części integrala, pomimo jego belgijskiego pochodzenia, przypominają amerykańskie dokonania komiksowe i przynoszą na myśl "Tarzana" i grono jego następców, w którym eksperymentowano z ujęciami i efektownymi skrótami perspektywicznymi.
Natomiast "Dwadzieścia lat później" jest już zupełnie inaczej rysowane. Tendencje realistyczne umocniły się jeszcze bardziej, kreska stała się bardziej "europejska", choć ja dostrzegam w niej znowu skłonności charakterystyczne dla wczesnego Barry'ego Windsor-Smitha z pierwszych "Conanów" i Johna Buscemy, czyli amerykańskich klasyków lat osiemdziesiątych. Podpierając się tym przykładem można zaryzykować wysunięcie tezy, że do pewnego momentu, rozwój komiksu w Europie i Ameryce szedł podobnymi torami.

Z pewnością "Historia bez bohatera" będzie nie lada gratką dla miłośników europejskiej starej szkoły komiksu. Co dziwić nie może, skoro album Jean Van Hamme'a i Dany'ego został wydany w egmontowej kolekcji "Plansze Europy". Pomimo że historia dość mocno się zestarzała, świetnie pokazuje jak zmieniał się styl rysowania komiksów realistycznych na przestrzeni dwudziestu lat.

poniedziałek, 22 lutego 2010

#380 - Blueberry #2

"Blueberry" to kawał historii komiksu europejskiego, słusznie cieszący się statusem klasyka. Przez czterdzieści lat, od 1965 roku, wydano dwadzieścia osiem tomów, nie licząc szeregu odprysków - "La Jeunesse de Blueberry" ("Młodość Blueberry'ego"), "Marshall Blueberry" ("Porucznik Blueberry") i "Mister Blueberry" (hmm... "Pan Blueberry"?). W Polsce, pierwsze pięć albumów tej serii ukazało się nakładem wydawnictwa Podsiedlik, Raniowski i S-ka w latach 2002-2003, a potem "Blueberry" został przejęty przez Egmont, który w ramach kolekcji "Plansze Europy" zbiera po kilka tomów w jednym, opasłym tomie.

Autorami serii głównej byli scenarzysta Jean Michel-Charlier i jeden z najwybitniejszych rysowników komiksowych, Jean Giruad. Zanim urodzony we francuskim Nogent-sur-Marne artysta stał się eksperymentującym z formami graficznej narracji Moebiusem, był Girem, rzemieślnikiem rysującym w ramach konwencji realistycznej. Ale jak rysującym! Fantastyczna, filmowa niemal narracja, wzorowa kompozycja plansz, idealne wyważenie scen dynamicznych i statycznych. Znakomita komiksowa intuicja podpowiadająca, kiedy więcej, a kiedy mniej uwagi poświęcić detalom, a do tego fantastyczny styl, który jak wino z czasem nabiera szlachetnego smaku. Pomimo tych kilkudziesięciu lat na karku, pod względem graficznym "Blueberry" wciąż może służyć, jako podręcznik dla młodych rysowników, jak tworzyć komiksy i jak rysować w stylu realistycznym.

W swoich scenariuszach Charlier potrafił doskonale uchwycić legendę Dzikiego Zachodu, pionierskiego ducha Stanów Zjednoczonych drugiej połowy XIX wieku. Bez rewizjonizmu, ale też stroniąc od nadmiernej posągowości opowiada o amerykańskim micie. "Blueberry" przypomina westerny, które ledwo pamiętam z mojego dzieciństwa. Z fabułą przepełnioną akcją - pojedynkami, niekoniecznie o świcie, bójkami w saloonie, efektownymi strzelaninami, pościgami na koniach i starciami z Indianami. Jego bohaterowie to nie są nieskazitelnie szlachetni herosi w białych kapeluszach, lecz niestroniący od szklanki czegoś mocniejszego i dobrej bijatyki kowboje, którzy zawsze staną w obronie słusznej sprawy. Taki jest właśnie główny bohater tej opowieści, posiadający fizjonomię Jean-Paula Belmondo, porucznik Mike S. Blueberry, który tym razem zaplątał się w lada rozgrywkę między dwoma kompaniami kolejowymi.

Giruad jak nikt inny potrafił oddać piękno i dzikość amerykańskiego pogranicza. Linie kolejowe powoli przecinające krajobrazy Gór Skalistych, surowa uroda prerii i skalistych wąwozów. Małe miasteczka wyrosłe na środku pustyni z nieodzownymi saloonami, pełne zawadiaków i różnych podejrzanych typków. Indiańskie obozy, zamieszkane przez szlachetnych, choć bezwzględnych wojowników. Co ciekawe, w historii amerykańskiego komiksu brak takiego westernowego klasyka. Widać, za Oceanem autorów zajmowała bardziej fantastyka ("Prince Valiant" Hala Fostera), science-fiction ("Flash Gordon" Aleksa Raymonda) czy przygody pilotów ("Terry and the Pirates" Miltona Canifa), a Europejczycy zakochali się w egzotycznych przygodach kowbojów, czego dobrym przykładem, obok "Blueberry'ego", były spaghetti westerny i ko-produkcje niemiecko-jugosłowiańskie. Podobnie jak one, seria Charliera i Giruada trąci myszką, wydaje się trochę naiwna pod względem fabularnym, ale wciąż sprawdza się, jako wciągająca opowieść z Dzikiego Zachodu.

poniedziałek, 16 listopada 2009

#301 - Halloween Blues

Dwa pierwsze tomy serii kryminalnej "Halloween Blues" - "Przepowiednia" i "Piszę do Ciebie z Gettysburga" ukazały się na dwóch kolejnych łódzkich festiwalach, w roku 2003 i 2004. Aby podtrzymać tę "tradycję", Egmont z okazji tegorocznej eMeFKi przygotował edycję integralną, zbierającą w liczącym sobie ponad 330 stron tomie wszystkie siedem albumów.

Głównym bohaterem serii komiksowej autorstwa scenarzysty Mythica (a właściwie Jean-Claude'a Smit-le-Benedicte'a) i polskiego rysownika Zbigniewa Kasprzaka (ukrywającego się na rynku frankofońskim pod pseudonimem Kas) jest inspektor Forester Hill. Weteran wojenny, pracujący na posterunku policji New Salem, w Nowej Anglii. Akcja komiksu rozpoczyna się od wyroku sądowego w sprawie zabójstwa jego żony, Dany Anderson, wschodzącej gwiazdy filmowej. Hill zostanie uniewinniony, jednak tajemnica śmierci blond piękności z Hollywood będzie przewijała się przez kolejne sześć tomów. Podobnie, jak ona sama – tuż po swojej śmierci, Dana nawiedza swojego męża w postaci bezcielesnej zjawy. A raz do roku, dokładnie pierwszego listopada, na amerykańskie Święto Duchów, widmo żony wciela się w ludzkie ciało, najczęściej młodej i ponętnej (jakże by inaczej!) kobiety. Obecność ducha wyróżnia "Halloween Blues" na tle innych komiksów kryminalnych. Zwykle pomocy inspektora Hilla potrzebują młode i piękne (jakże by inaczej!) kobiety, a przystojny stróż prawa nie odmawia im swojego wsparcia, narażając się tym samym na niewybredne docinki swojej zmarłej żony, które należą do najlepszych fragmentów komiksu. Sprawy, których rozwiązania się podejmuje, osadzone są bardzo "amerykańsko". Forester zajmie się między innymi aferą gruntową teksańskich hodowców pomarańczy, zamieszaniem wokół listów generała wojsk konfederackich Roberta E. Lee z okresu wojny secesyjnej czy machlojkom wokół spadku nowojorskich finansistów z Wall Street.

Jak napisałem powyżej "Halloween Blues" jest kryminałem, ale nie należy spodziewać się po nim efektownych strzelanin i spektakularnych pościgów. Inspektor Hill jest detektywem bardziej w stylu europejskim, niż jankeskim, rozwiązującym sprawy za pomocą głowy, a nie pięści. Mythic koncentruje się na żmudnym, policyjnym dochodzeniu, kto zabił/porwał/ukradł. W komiksie przeważają sceny przesłuchań świadków i podejrzanych, zbierania dowodów i mozolnego dochodzenia do prawdy. Sprawy, które musi rozwiązać inspektor Hill to misternie splątane zagadki kryminalne, godne najtęższych detektywistycznych umysłów. Scenariusze Mythica, znanego ze świetnej serii political-fiction "Alpha", przypominają olbrzymie puzzle, z których nierzadko kilku fragmentów brakuje, a inne bywają zamazane.

Zbigniew Kasprzak zawsze stał nieco w cieniu innego polskiego emigranta, Grzegorza Rosińskiego. Jak udowadnia lektura "Halloween Blues" chyba nieco niesłusznie. Mimo, że to typ rzemieślnika w poetyce europejskiego realizmu, w pracach Kasa da się dostrzec znamiona własnego, unikalnego stylu. Jego rysunki są nieco bardziej plastyczne, utrzymane w malarskiej manierze, niż dokonania autora "Thorgala" (przynajmniej z okresu przed "Zemstą hrabiego Skarbka", gdzie całkowicie zmienił swój styl). Kasprzak w zobrazowanie w komiksie Ameryki lat pięćdziesiątych włożył mnóstwo pracy, pieczołowicie odwzorowując charakterystyczną modę tamtego okresu, architekturę, samochody i mnóstwo innych szczegółów. Zapewne znajdą się puryści, którzy będą się burzyć, że wino pito wtedy z innych szklanek, a opony buicka miały inny wzór bieżnika, ale dla przeciętnego czytelnika, takiego jak ja, obraz Ameryki prezydenta (prawdopodobnie) Eisenhowera jest niezwykle atrakcyjny i sugestywny. W komiksie detektywistycznym wielką rolę odgrywają szczegóły i przejrzystość tego, co dzieje się na kadrach – również w tym elemencie Kasprzak stanął na wysokości zadania.

Na tle francuskiej pulpy, serwowanej swego czasu przez taki wydawnictwa, jak Motopol-Twój Komiks czy Podsiedlik-Raniowski i S-ka, "Halloween Blues" prezentuje się bardzo udanie. Komiks Mythica i Kasa, dawkowany w odpowiednich porcjach zapewni świetną rozrywkę na długie, jesienne wieczory miłośnikom kryminalnych zagadek.