Pokazywanie postów oznaczonych etykietą John Constantine: Hellblazer. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą John Constantine: Hellblazer. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 29 lipca 2014

#1682 - Kręta droga do piekła (od zeszytu do zeszytu) – "Hellblazer" i format amerykańskiego serialu komiksowego [cz.2]

John Constantine, potwór z bagien i zeszyty dla dorosłych

John Constantine to najbardziej znany komiksowy antybohater wydawnictwa DC Comics/Vertigo, przebiegły mag, jednocześnie oszust (potrafi nabrać samego diabła), złodziej (także wielu serc niewieścich), napędzany przez cynizm i sarkastyczne poczucie humoru, które jednak nie przeszkadzają (a może jedynie maskują) jego chęci niesienia pomocy innym ludziom, pomocy, która zazwyczaj drogo kosztuje. John bowiem prowadzi perfidną grę, jest uzależniony od adrenaliny, niebezpieczeństwa i życia na krawędzi, niczym gracz Dostojewskiego często stawia wszystko na jedną kartę, traci przyjaciół (którzy prowadzone przez niego manipulacje przypłacają nierzadko śmiercią), a wszystko to po to, aby koniec końców być tym, który śmieje się ostatni, tym, który może pokazać środkowy palec bezsilnemu diabłu, który przegrywa grę o jego duszę. Ten władający magią working class hero jest skrajną wersją detektywa w stylu Humphereya Bogarta rodem z czarnego kryminału (nieodłączny prochowiec, wypalane garściami papierosy), połączonym z postawą punka w stylu Sida Viciousa z Sex Pistols.


poniedziałek, 28 lipca 2014

#1681 - Kręta droga do piekła (od zeszytu do zeszytu) – "Hellblazer" i format amerykańskiego serialu komiksowego [cz.1]

Zgodnie z obietnicą dziś prezentujemy pierwszy fragment książki "Komiks i jego konteksty". Autorem poniższego fragmentu jest Przemysław Kołodziej (Uniwersytet Gdański), a jego druga (i ostatnia) część ukaże się jutro rano. Wszystkie grafiki pochodzą od redakcji.

Charles Hatfield, w książce „Alternative Comics. An Emerging Literature”, w jednym z podrozdziałów, zatytułowanym „Format kontra forma sztuki", pisze: Historia sztuki komiksowej jest zanurzona w historii specyficznych typów opakowań [packages] lub formatów wydawniczych (wszystkie przekłady, jeśli nie zaznaczono inaczej, są mojego autorstwa – P. K.). Trzy główne formaty wydawnicze w Stanach Zjednoczonych, związane z komiksową formą ewoluującą w czasie, to kolejno: pasek komiksowy (gazetowy) (comic strip), magazyn komiksowy (comic book) i w końcu powieść graficzna (graphic novel). Format jest ważny – pisze dalej Hatfield – i cytuje Pascala Lefèvre’a, który nadmienił, że format wpływa na całościową koncepcję komiksu, nie tylko na styl, ale także na zawartość, a ponadto, że różne formaty zachęcają do różnych sposobów konsumpcji. Tym samym, konstatuje Hatfield, To, co myślimy o sztuce komiksowej, jest ograniczone przez to, co myślimy o dominujących formatach – i przez metody konsumpcji – pasków komiksowych, magazynów komiksowych oraz powieści graficznych


środa, 11 kwietnia 2012

#1007 - John Constantine: Hellblazer - Hard Time

W 2000 roku nieuznający kompromisów Warren Ellis na skutek "nieporozumień" z przełożonymi zrezygnował z pisania "Hellblazera", przez co wydawnictwo na gwałt potrzebowało odpowiednio wartościowego zastępstwa. Wybór padł na Briana Azzarello, scenarzystę świeżo rozsławionego autorską serią "100 Bullets". Tym samym angielski magik pierwszy raz w historii swojego istnienia doczekał się przygód spod pióra Amerykanina. Co samo w sobie automatycznie nie spodobało się części fanów, bo przecież niemożliwym było, aby jakiś Jankes mógł prawdziwie zgrabnie poruszać się po tej jakże brytyjskiej serii.


Azzarello do sprawy podszedł ostrożnie i odważnie zarazem. Całą akcję swojego niemal 30-zeszytowego runu umiejscowił w USA, zaś jego motywem przewodnim uczynił podróż przez najprzeróżniejsze tegoż kraju zakątki, z których to wiarygodnego portretowania przecież słynie. Licząca 120 stron opowieść "Hard Time" stanowi dosyć nietypowy początek tego typu wędrówki, gdyż rozgrywa się niemal wyłącznie za penitencjarnymi murami. Powody, dla których John Constantine osadzony został w więzieniu o zaostrzonym rygorze nie są czytelnikowi znane. Zresztą scenarzysta przez dłuższy czas historię prowadzi tak, jakby nie było to istotne, rezygnując nawet z jakichkolwiek sugestii. Do pewnego momentu najważniejsza jest bowiem charakterystyka więziennych realiów oraz rozmaite sytuacje wynikające z niedostosowania się bohatera. A to ktoś chce uczynić go swoją dziwką, a to ktoś chce ukarać go za lekceważącą postawę...

"- Where you from?
- A different nightmare."

Chyba najważniejszą zmianą, jaką względem swoich poprzedników poczynił Azzarello, jest sposób ujęcia Constantine'a. Oczywiście nigdy nie był on typem gentlemana i już nie raz rzesze czytelników miały okazję widzieć, jak nieprzyjemny być potrafi, tutaj jednak ciemna strona jego natury dominuje niemalże na każdym kroku. Amerykański autor czyni go miejscami prawdziwie wrednym i bezwzględnym skurwielem - a może raczej chorym błaznem, skoro ciągle trzymają się go niezdrowe żarty  - którego kolejne manipulacje nie służą już tzw. dobrym intencjom. Oczywiście tradycyjnie "on kłopotów nie szuka, on je tylko znajduje", jednak jego uzależnienie od adrenaliny neutralizowane było wcześniej niewątpliwą dobrocią serca. Czymś, co zostało mu tutaj niejako odebrane, w głównej mierze za sprawą samej narracji.

Scenarzysta podchodzi doń z pewnym dystansem. Przez długi czas nie dopuszcza odbiorcy do myśli Constantine'a, czyniąc go tym samym nieco bardziej enigmatycznym niż wcześniej. Portretuje go na zasadzie powolnego, acz konsekwentnego przechodzenia z ogółu do szczegółu - narratorem pierwszego rozdziału jest obserwujący go cwel przezwiskiem Candy, w drugim rozdziale narratorów jest kilku i są to rozmawiający o nim członkowie różnych więziennych gangów, a w trzecim dominuje już - równie wybiórcza w przedstawianiu kolejnych informacji - narracja obiektywna. Bardziej klasyczne ujęcie bohatera pojawia się dopiero w dwóch ostatnich częściach opowieści, a szczególnie, rzecz jasna, w tej finałowej.

Choć z powyższych akapitów raczej to nie wynika, "Hard Time" - mimo stale rosnącego napięcia, pewnej dozy tajemniczości, a później też czystego szaleństwa - cechuje się zaskakująco lekką tonacją. Miejscami dużo tu humoru (z reguły czarnego jak smoła), a pojawiają się też elementy satyry. Azzarello jak zwykle przekonująco portretuje kolejne odmienne środowiska, ale świat więziennej zbrodni czyni w pewnym sensie pośmiewiskiem - kolejni przestępcy to w zasadzie ofiary jego sarkazmu.


Taki właśnie charakter opowieści uwypukla jeszcze specyficzna, bardzo karykaturalna - a tym samym właśnie satyryczna - kreska legendy amerykańskiego komiksu, Richarda Corbena. Jego pełne uroku prace przejaskrawiają niemal każdy element fabuły, sceny poważne czyniąc niepoważnymi (choć nie zawsze), zaś niepoważne - prawdziwie upiornymi. Stylistyka ta może oczywiście odrzucać, szczególnie jeśli nie spotkało się z nią wcześniej, ja osobiście uważam ją za jeden z większych plusów komiksu. Nawet wtedy, kiedy Corben gubi proporcje kolejnych postaci, ciężko mi o słowa jakiejkolwiek krytyki wymierzone w jego stronę. Zresztą owa dysproporcjonalność to prawdopodobnie efekt jak najbardziej zamierzony. Tak czy siak, pasuje. Zgaduję zresztą, że scenariusz pisany był specjalnie pod rysownika, a przynajmniej do pewnego stopnia.

Nie wszystko mi się jednak w "Hard Time" podobało. Od końcówki drugiego rozdziału okazjonalnie pojawiają się bardziej naiwne rozwiązania fabularne, ale największy zgrzyt dotyczy samego finału - bardzo interesującego, ale też trochę neutralizującego wartość tych poprzednich. Problem polega na tym, iż scenarzysta przeciągając punkt ciężkości na psychologię niechcący poddaje w wątpliwość niemal wszystkie wcześniejsze wydarzenia. Dlaczego? Bo wcześniej go ona nie interesowała, przez co nie udaje mu się odpowiednio przekonująco połączyć ze sobą kolejnych elementów (w przeciwieństwie do Gartha Ennisa, któremu podobna koncepcja przyświecała w tomie "Chora miłość"). Jeśli jednak wziąć pod uwagę wspomnianą lekką tonację, liczne fragmenty wypełnione ironią czy choćby elementami satyry, to na tą psychologiczną niewiarygodność można jednak przymknąć oko. Chyba można. Ja tak zrobiłem.

środa, 21 marca 2012

#0993 - John Constantine: Hellblazer - Original Sins

"-What was like being a British comic book writer in the eighties?

-Well, I enjoyed it, mostly--but then I was stoned nearly all of the time."

(Fragment wywiadu z Jamie Delano)

Jamie Delano, jeden z twórców zaliczanych do nurtu brytyjskiej inwazji lat osiemdziesiątych, zdaje się dziś stać w cieniu innych swoich kolegów z Wysp. Jednak to niewątpliwie utalentowany scenarzysta, którego pracom warto się przyjrzeć. Wielu z Was słyszało pewnie o znakomitym "Tainted"(1995), a ostatnią pozycją w jego dorobku o której było głośno zdaje się miniseria "Narcopolis" (2008). Jednak najbardziej znany jest oczywiście z tego, że pod sztandarami Vertigo definiował stworzoną przez Allana Moore'a postać londyńskiego maga Johna Constantine'a.

Podobno w Vertigo rekomendował go sam Moore. Powierzenie mu tej serii było trafną decyzją. Twórczość Delano charakteryzuje ciężki, zawiesisty styl, przygniatająca atmosfera i częste podążanie w stronę psychologicznego thrillera z dużą dawką psychodelii. W internecie można natknąć się na porównania jego dorobku do filmów Cronenberga. Jest w tym dużo prawdy, ale w przypadku "Hellblazera" sięgnąłbym nawet dalej i powiedział, że komiks i postać egoistycznego maga inspirowany jest prozą i postawą, jaką przybierał wobec świata sam William Burroughs. To świetny pomysł i znakomity grunt dla rozwijania tej serii. Stojący gdzieś na marginesie społeczeństwa Constantine porusza się w świecie demonów i magii tak jak - wspomniany zresztą w komiksie - autor "Nagiego Lunchu" w świecie narkotyków i sodomii. John podobnie do Burroughsa jest osobą wpływową i znaną w wielu kręgach, lecz najczęściej nie zobaczymy go na salonach, a na ulicach najpodlejszych dzielnic Londynu.

Obraz "Hellblazera" który rozwinął Delano wydaje się popkulturowym odbiciem tego, co działo się w kontrkulturze tamtego okresu dotkniętej new age i okultyzmem. Na całym świecie rockowe zespoły epatowały satanistyczną otoczką, a w Wielkiej Brytanii rozwijała się nie kryjąca zamiłowania do ezoteryki scena industrialna. Narkotyki stawały się mocniejsze i powszechniejsze. W kręgach artystycznych modna była myśl i postać Alistaira Crowleya, a status kultowej uzyskiwała napisana przez Roberta Shea i Roberta A. Wilsona "Trylogia Illuminatus". Podejrzewam, że właśnie w takiej atmosferze klarowało się uniwersum Constantine'a. Komiks nie jest jednak podręcznikiem magii chaosu ani niczym w tym stylu. Delano interesuje psychologiczny aspekt opowieści i ciemne strony ludzkiej natury. W "Hellblazerze" zmuszony jest je wyciągać ze schematów gatunkowych i trzeba przyznać, że wychodzi mu to nadzwyczaj udanie. Dość mocno eksplorowany horror cielesny nie funkcjonuje tu tylko jako metafora - w komiksie pojawia się temat AIDS i innych lęków cywilizacyjnych, autor nie boi się też poruszać problemów społeczno-politycznych. Widać, że nawet gdyby chciał pisać proste, płytkie historie, to nic dobrego by z tego nie wyszło. Za każdym razem, gdy próbuje trywializować, zniżać się do konwencji, trafia na manowce. Na szczęście, spośród dziewięciu zeszytów zebranych w "Orginal sins", dzieje się tak tylko w dwóch.

Mimo, że w tamtych czasach w Vertigo pisało się fabuły już w troszkę szerszym kontekście, budując długie, kilkunastozeszytowe historie, to "Hellblazera" momentami cechuje epizodyczność. Na szczęście, oprócz popsutego rytmu opowieści (co pewnie dostrzeżemy tylko czytając wydanie zbiorcze), nie zaszkodziło to za bardzo fabule. Delano celowo nie odkrywa wszystkich kart, szpikuje intrygę niedomówieniami i niejasnymi traumami z przeszłości, wplątuje Constantine'a w niewygodne zobowiązania, dzięki czemu sprytnie otwiera sobie furtkę do zbudowania wielowątkowej, zazębiającej się opowieści.

Wszyscy wiemy jak wyglądały grafiki w początkach Vertigo i od tej strony komiks nie różni się niczym od tego przykrego standardu. Oczywiście nie ma co ukrywać, że to właśnie rysunki hermetyzują tę pozycję. Nie wyobrażam sobie sytuacji, w której laik wchodzi do pełnego komiksów sklepu i nie znając kontekstu tej publikacji wychodzi akurat z "Original Sins". Jednak efektowne, psychodeliczne kompozycje plansz rekompensują pośpiech rysownika, a wszelkie niedostatki graficzne scenarzysta uzupełnia obszerną, obrazową, quasi-noirową narracją. Po lekturze mam wrażenie, że Delano jest prozaikiem, który do komiksu trafił ze względów finansowych, bo zdecydowanie bardziej interesuje go opowiadanie słowem niż obrazem. Osobiście nie tego szukam w komiksie, ale muszę przyznać, że w tej swojej przytłaczającej inne aspekty literackości znalazł własny klucz do medium i od strony warsztatu to kawał inspirującej roboty.

Dopiero wchodzę w meandry serii o Constantine, ale nietrudno dostrzec, że konsekwencje tego, co dzieje się w "Orginal Sins" odbijają się silnym echem w wydanym w Polsce runie Gartha Ennisa. Źle się stało, że Egmont zdecydował się pominąć epizody pisane przez Delano, bo za wyjątkiem grafiki (która w "Niebezpiecznych Nawykach" Ennisa lepsza nie była) jakoś szczególnie się nie zestarzały, ale sądząc po nierentowności polskiej edycji "Hellblazera", nie ma co roztrząsać sprawy. Pozostaje machnąć na to ręką i sięgnąć po oryginalne wydania.