sobota, 11 kwietnia 2009

#159 - Pretendenci do tytułu, czyli o eisnerowych nominacjach słów kilka

7 kwietnia ogłoszono nominacje do nagród imienia Willa Eisnera, najbardziej znanych i chyba wciąż najbardziej prestiżowych wyróżnień obrazkowego przemysłu za Oceanem. Popularne „eisnery” są przyznawane pod koniec lipca, na konwencie w San Diego i wtedy właśnie poznamy, które komiksy przypadły jurorom do gustu najbardziej.

Największymi wygranymi tegorocznej edycji mogą okazać się „Skim” Mariko i Jillian Tamaki, nominowane w najważniejszych kategoriach (najlepszy album, najlepszy album dla młodzieży, najlepszy scenarzysta, najlepszy rysownik/inker), które zgarnęło już niejedno wyróżnienie w ubiegłym roku, oraz „Alan`s War” Emmanuela Guiberta (najlepszy album, najlepszy autor, najlepsza praca oparta na faktach i najlepszy import). Oprócz nich, po cztery nominację zdobyli także „Thor” Straczynskiego i Coipela, „Baśnie” Willinghama, „Madame Xanadu” Matta Wagnera. W klasyfikacji indywidualnej na czele, z trzema szansami na statuetkę są między innymi takie komiksowe tuzy Chris Ware, Mike Mignola, Nate Powell, Lynda Barry czy wspomniane kuzynostwo Tamaki i Guibert.

A przyglądając się nieco bliżej poszczególnym nominacjom:

Best Graphic Album New (Najlepsza premierowa powieść graficzna)
Oprócz wspomnianych „Alan`s War” (First Second) i „Skim” (Groundwood Books) do tytułu najlepszego albumu pretendują „Trzy Cienie” Cyrila Pedrosy, które na polskim rynku wydała Kultura Gniewu oraz „Swallow Me Whole” Nate`a Powella (Top Shelf) i „Paul Goes Fishing” Michela Rabagliatiego (Drawn & Quarterly). Brakuje w tym roku jakiegoś wyraźnego faworyta, takiego, jakim była na przykład Rutu Modan i jej „Exit Wounds” w 2008 roku. Po cichu liczę na ostatniego ze wspomnianych przeze mnie autorów, choć czuję, że to „Skim” zgarnie całą pulę.

Best Continuing Series (Najlepsza seria kontynuowana)
„Y: The Last Man” Vaughana nie obroni tytułu zdobytego przed rokiem, ale szansę na triumf ma znakomity serial Granta Morrisoan i Franka Quitely`ego „All Star Superman”, który dobiegł swojego wybuchowego finału. Największym konkurentem dla zdobywcy statuetki z 2007 roku będą pewnie „Baśnie” Billa Willinghama. Stawkę dopełniają „Usagi Yojimbo” Stana Sakai, który nigdy w tej kategorii nie triumfował, co mnie bardzo dziwi, kiepski „Thor” J. Michaela Straczynskiego i Oliviera Coipela i nieznane mi bliżej „Naoki Urasawa's Monster” Naoki Urasawy.

Best New Series (Najlepsza nowa seria)
W walce o prymat wśród nowych, debiutujących serii, niejako tradycyjnie przewagę mają przedstawiciele Vertigo i są to „Madame Xanadu” Matta Wagnera i Amy Reeder Hadley, „Air” Willowa Wilsona i M. K. Perkera, „Unknown Soldier” Joshua Dysarta i Alberto Ponticelliego. Marvel reprezentowany jest przez zaledwie jeden tytuł i do tego raczej słaby – nie wróżę „Invincible Iron Manowi” Matta Fractiona i Salvadora Larocki sukcesu. Dwóch potentatów może natomiast pogodzić niewielkie wydawnictwo Abstract Studios i laur może powędrować do Terry`ego Moore`a za „Echo”.

Best Reality-Based Work (Najlepsza praca oparta na faktach)
Obok „Alan`s War” szansę na zdobycie uznania mają „Blue Pills: A Positive Love Story”, czyli „Niebieskie Pigułki” Frederika Peetersa, które Amerykanom zostały objawione dopiero w ubiegłym roku i „What It Is” Lyndy Barry. Tytuł, którego autorka jest nominowana w kategoriach Best Painter/Multimedia Artist i Best Design chodzi za mną już od pewnego czasu, prosząc o kupienie i przeczytanie.

Best Writer (Najlepszy scenarzysta)
Bardzo się zdziwiłem, że wśród wyróżnionych nie znalazłem nazwisk Eda Brubakera (liczyłem na trzeci triumf z kolei) i Geoffa Johnsa. Straczynski (za „Thora”) i Willingham (za „Baśnie”), którzy sprawdzili się właściwie w jednym tytule, nie zasłużyli bardziej na nominację od wspomnianych, którzy niejednokrotnie udowadniali, że potrafią napisać wszystko. I to na wysokim poziomie. Szansę na statuetkę maja również Mariko Tamaki za „Skim”, Matt Wagner za „Zorrro” i „Madame Xanadu” i Joe Hill za „Lock & Key”.

Best U.S. Edition of International Material (Najlepszy Import)
O prymat wśród zagranicznych komiksów wydanych za Oceanem ścigać się będą Emamanuel Guibert, Chris Blain ze wspominanym z którymś z Trans-Atlantyków „Gus and His Gang”, Joann Sfar z drugim tomem „Kota Rabina”, wydanym w Polsce przez Post, Jason z jego „The Last Musketeer”, który, miejmy nadzieję, wcześniej czy później ukaże się w Polsce nakładem Taurusa i „Posy Simmonds” Tamary Drew.

Best Writer/Artist (Najlepszy scenarzysta/rysownik, czyli najlepszy autor albo komiksiarz)
Bardzo wyrównana stawka, a wśród aż sześciu nominowanych same znakomite nazwiska. Obrońca tytułu, Chris Ware z kolejnym numerem „Acme Novelty Library” powalczy ze znanymi z polskich półek Jasonem Lutesem, Cyrilem Pedrosą i nieznanymi – przywoływanymi wielokrotnie wcześniej Emmanuelem Guibertem i Natem Powellem oraz Ricky`m Geary`m (autorem „A Treasury of XXth Century Murder: The Lindbergh Child” i „J. Edgar Hoover”)

Best Penciller/Inker or Penciller/Inker Team (uff… Najlepszy rysownik i jego inker?)
W tym roku stosunkowo kiepsko obsadzona kategoria, w której wyraźnie brakuje artystów naprawdę pierwszorzędnych. Zwycięski team z 2007 od „Baśni” Mark Buckingham/Steve Leialoha zmierzy się między innymi z innym teamem ze stajni Vertigo (Amy Reeder Hadley/Richard Friend od „Madame Xanadu”) i z reprezentantami Dark Horse - Gabrielem Bá („Umbrella Academy”) i Guy`em Davisem („BPRD”).

Best Cover Artist (Autor najlepszej okładki)
Jeśli James Jean (przepiękne okładki do „Baśni”) wygra po raz szósty, pobije Briana Bollanda w liczbie triumfów w tej klasyfikacji. Przeszkodzić mu w tym mogą wymienieni powyżej Wagner, Ba, Hadley i Jo Chen („Buffy the Vampire Slayer”, „Serenity”, „Runaways”).

Co ciekawe, wśród wyróżnionych literników brakło w tym roku Todda Kleina, który triumfował piętnastokrotnie i tylko raz nie zdobył statuetki, która w 1996 powędrował do rąk Stana Sakai. Co ciekawie w tej kategorii nie został nominowany żaden liternik sensu stricte – wyróżnieni zostali natomiast autorzy, którzy sami przygotowują czcionki. „Breakdowns: Portrait of the Artist as a Young %@&*!” Arta Spiegelmana, które znalazło się na liście zapowiedzi krakowskiego Postu, ma szansę na triumf w kategorii Najlepszej Kolekcji Archiwalnej, w której musi zdystansować omnibus „Elektry” i „Good-Bye” Yoshihiro Tatsumiego. Wydawnictwo Hanami w październiku wyda „The Quest for the Missing Girl” Jiro Taniguchiego, nominowane w kategorii najlepszej publikacji z Kraju Kwitnącej Wiśni.

Oczywiście to nie wszystkie kategorie, w których przyznawane są nagrody Eisnera, pełną listę nominowanych można znaleźć tutaj, ja starałem się wybrać i skomentować tylko te najważniejsze.

środa, 8 kwietnia 2009

#158 - Gapiszon i Korniszon

Bohater ubrany w charakterystyczną czarno-żółta czapę z pomponem po raz pierwszy wystąpił ponad 50 lat temu na ekranie telewizora w serialu animowanym. Dopiero w lutym 1965 roku Gapiszon pojawił się na kartach historyjek obrazkowych publikowany na łamach "Misia". Szybko zdobył sobie popularność wśród najmłodszych i stał się prawdziwą maskotką magazynu.

Gapiszon jest przedszkolakiem, który zaczyna poznawać świat, który go otacza. Skorym do pomocy, jak i do płatania figli, w których wykazuje się nie lada inwencją. Jest pełen dziecięcej werwy, ciekawski, nieco gapowaty, skąd zresztą jego imię. Ze szczególną atencją zajmuje się sadzeniem drzew i lepieniem bałwanów. W jego licznych przygodach wiernie towarzyszu mu pies, Korniszon. Komiksy z jego udziałem z albumu "Gapiszon i Korniszon" zbierającego wszystkie odcinki opublikowane w "Misiu" w latach 1991-2005 mają bardzo prosta budowę. Składają się jedynie z dwóch kadrów (rozpoczynającego i zamykającego) i w większości pozbawione są dialogów. Gapiszon jest raczej małomówny. Wielką sztuką jest zawrzeć całą treść tylko w dwóch ilustracjach i Bohdanowi Butence, będącego członkiem dość niewielkiego panteonu klasyków polskiego komiksu, zwykle się to udaje. Pod względem graficznym "Gapiszon i Korniszon" utrzymany jest w dziecięcej estetyce, ilustracje przypominają przedszkolne rysunki właśnie. Kreślone obłą kreską, pozbawione głębi, przedstawiające bohaterów głównie z profilu. Autor stara się mówić komiksowym językiem zrozumiałym dla swojego odbiorcy.

Ale historyjki obrazkowe Butenki tak naprawdę pozbawione są ograniczeń wiekowych. Polacy może nie doczekali się komiksu wybitnego, na miarę "Fistaszków" albo "Calvina i Hobbesa", ale mamy za to Gapiszona, bawiącego starych i młodych swoją bezpretensjonalnością, pogodnością i humorem. Są pełne radości, której trochę w tym dorosłym życiu brakuje. A momentami wykazują zadziwiające podobieństwo do dzieł Schulza i Wattersona, na co wskazuje choćby fascynacja wspomnianymi bałwanami. Gapiszon jako młodsza wersja Calvina? Hmm…

W przeciwieństwie do "Kubusia Piekielnego", Gapiszon, który jeszcze do niedawna pojawiał się w "Misiu", wciąż bawi swoich czytelników. Ponadto komiks Szarloty Pawel, dotykający ówczesnych spraw społeczno-politycznych dzisiaj się straszliwie zdezaktualizował, co zupełnie nie grozi dziełu Butenki uciekającemu od topornej rzeczywistości PRL-u do krainy dziecka. Co więcej, lektura komiksu jest również wskazana dla osób mniej lub bardziej dojrzałych, czego jestem najlepszym przykładem. I o ile w przypadku komiksu Kubusia mój powrót do lat dzieciństwa niezbyt się udał, o tyle dzięki Gapiszonowi i Korniszonowi myślami na pewien czas przeniosłem się do tego czasu, kiedy kochałem się w pani przedszkolance. Wypada mi jedynie podpisać się pod celną opinią Kamila Śmiałkowskiego, że Butenko rządzi. Nie ma co do tego żadnych wątpliwości. Pozostaje tylko oczekiwać na kolejne twardookładkowe tomy zbierające kolejne perypetie Gapiszona.

wtorek, 7 kwietnia 2009

#157 - Kubuś Piekielny

Niestety, z racji mojego wieku, nie miałem styczności z komiksami publikowanymi w "Świecie Młodych". To właśnie na łamach tej "Harcerskiej Gazety Nastolatków", 12 maja 1977 roku, na ostatniej stronie ukazał się pierwszy odcinek "Piekielnego Kubusia" (tytuł został wkrótce zmieniony), który z niemałym powodzeniem ukazywał się w magazynie aż do 1990 roku.

Pomysł jego autorki, Szarloty Pawel, na obrazkową opowieść w odcinkach, z dzisiejszej perspektywy, nie wyróżnia się niczym oryginalnym. Humorystyczne perypetie typowej, nieco zwariowanej rodzinki, ich niesfornego dziecka bądź dzieci i najbliższych znajomych to temat bardzo intensywnie eksploatowany w pop-kulturze, zarówno w serialu animowanym ("The Simspons"), jak i komiksowym ("Wartości rodzinne"). W porównaniu z nim, "Kubuś Piekielny" jest mocno skonwencjonalizowany w treści i bardzo staroświecki w formie. Humor prezentowany na kartach komiksu jest bardzo poczciwy, momentami ocierający się wręcz o infantylność (urodziny u Waldka). Kubuś wraz z Malwiną bawią się w wywoływanie duchów, jadą na obóz wypoczynkowy i szaleją przed mrówkowcem, w którym mieszkają.

Pod względem graficznym komiks się zestarzał i prezentuje się archaicznie, choć nie można odmówić mu pewnej szlachetności. Jakoś zawsze nad kreskę Szarloty Pawel przekładałem rysunki Janusza Christy i chyba już tak zostanie. Najciekawszym aspektem komiksu jest jednak jego tło społeczno-polityczne. Dzieciństwo Kubusia przypada bowiem na agonalny okres PRL-u, a więc czas kiedy podłączenie telefonu było wielkim świętem, otrzymanie talonu na małego fiata marzeniem każdego mężczyzny, a modernizacje bloków z wielkiej płyty koszmarem każdego lokatora. Paradoksy rzeczywistości ludowej demokracji są oczywiście przedmiotem licznych żartów, ale humor w „Kubusiu” służy głównie rozbawieniu swojego czytelnika i pozbawiony jest satyrycznego ostrza skierowanego w komunistyczny ustrój, bo i tego ostrza mieć nie może, skoro ukazuje się w reżimowym czasopiśmie jakim był "Świat Młodych".

Wydawnictwo Ongrys iście salomonowym wyrokiem zadowoliło komiksowych koneserów, jaki i przeciętnych czytelników, oferując dwie wersji swojego tytułu do wyboru. Kolekcjonerską, wzbogaconą o pierwotne wersje komiksów, które potem zostały przerysowane na nowo oraz autograf Szarloty Pawel i podstawową, która oprócz kompletu przygód niesfornego syna państwa Piekielnych, zawiera również krótką biografię i wywiad z autorką, trochę bonusowych grafik, bibliografię wydań "Kubusia Piekielnego", reprint planu lekcji oraz obszerne komentarze. Warto postawić Ongrysa za wzór innym edytorom silącym się na ekskluzywność.

"Kubuś Piekielny" dla dzisiejszych dzieciaków wyda się nudny i nieatrakcyjny, a co gorsza – momentami niezrozumiały. Jest skazany na porażkę w starciu z tytułami z obecnej, bardzo bogatej oferty tytułów dla dzieci, jak "Kaczor Donald" czy "W.I.T.C.H." Ale wznowienie komiksu Szarloty Pawel wcale nie jest przeznaczone dla dzieci, tylko dla komiksowych kolekcjonerów, którzy pamiętają kolejki do kiosków po nowy numer "Świata Młodych". Dla nich, "Kubuś Piekielny" będzie miał wartość głównie sentymentalną, dla reszty będzie jednym z mniej interesujących rozdziałów w historii polskiego komiksu. Ot, ramotka dla hobbistów.

poniedziałek, 6 kwietnia 2009

#156 - Sygnał samotności w szumie codzienności

Po raz drugi (i mam nadzieję nie ostatni) gościmy Michała Chudolińskiego na łamach Kolorowych Zeszytów, który wziął na swój warsztat "Sygnał do szumu" Neila Gaimana i Dave`a McKeana. Oddaję Ci zatem głos, Chudy...

Coraz silniej dochodzę do wniosku, że żyjemy w świecie, który generalizuje. Uogólniamy rzeczy, zjawiska i ludzi wokół nas, bo jest to oszczędniejsze, łatwiejsze i przyjemniejsze od wprawienia w ruch szarych komórek. Ofiarą tej bezmyślności padł (już dawno temu zresztą) fenomen samotności. Już samo wymawianie tego słowa przez rozmówców jest zwykle naładowane negatywnymi odczuciami, kojarzące się ze skomleniem w ciemnym, zapomnianym przez Boga i bliskich, pokoju. A przecież samotność, tak jak miłość, ma wiele twarzy, które nie muszą kojarzyć się od razu z fizjonomią skazańców w zakładach karnych. Oblicza samotności odnaleźć można, czytając „Sygnał do szumu” Neila Gaimana i Dave’a McKeana.

Niech was nie zniechęca sraczkowata okładka rodzimej publikacji, ani zgraja literówek w środku. „Signal to Noise” jest komiksowym arcydziełem i nakazuje wręcz czytelnikowi zaangażować się w jego lekturę całym sercem. To natomiast, co ma do przekazania odbiorcy nie musi być koniecznie miłe, ale jest za to szczere i prawdziwe. Według mnie „dynamiczny duet” twórców pokazał dwie osobliwe odmiany samotności. Pierwsza jest rzadko spotykaną hybrydą odosobnienia jako sposobu radzenia sobie z umieraniem. Samotny jest główny bohater historii, reżyser filmowy dowiadujący się o swej nieuleczalnej chorobie. Jest to niezwykle fascynująca postać – introwertyk wydający się z zewnątrz dziwakiem, odludkiem (który introwertyk nie jest obecnie tak właśnie postrzegany?), skrywający w swym wnętrzu bogactwo myśli i wyobraźni, której pozazdrościłby mu niejeden filozof. Ten arystokrata ducha na naszych oczach zamienia strach przed przemijaniem w wenę do stworzenia dzieła przewyższającego wszystkie swoje poprzednie osiągnięcia artystyczne. Wydawać by się mogło, że reżyser pisze ten scenariusz dla uśmierzenia bólu istnienia i zabicia czasu. Nic bardziej mylnego. W tej chwili próby ukazuje siłę swojego ducha i potwierdza starą maksymę artystów: arcydzieła powstają w izolacji od świata zewnętrznego. Tylko wtedy można się zatracić w odmętach swej chaotycznej wyobraźni i wyłowić z niej elementy, z których można zbudować monumentalne dzieło, które zostanie na wieki zapamiętane i omawiane przez następne pokolenia. Opus magnum o sile potrafiącej zmieniać ludzkie charaktery.

Drugi typ psychicznej samotności reprezentuje Ianna, przyjaciółka reżysera. Jest to uczucie, z którym każdy z nas już się spotkał (lub też spotka), polegające na niemożności poradzenia sobie ze stratą bliskiego. Z poczuciem wyobcowania idzie w parze cierpienie, bo zmarła osoba była, w niektórych przypadkach, kluczowym elementem naszego mikrokosmosu. Taka utrata ma w sobie wielkie pokłady gorzkości, a sposobów na jej przezwyciężenie jest tyle, ilu jest ludzi. W przypadku Ianny jest to prawie na pewno sprawa nie do rozwiązania, gdyż reżyser był ludzką enigmą. Zagadką, która pozostawiła na swej życiowej drodze wiele wskazówek, ale nie podzieliła się nigdy z innym niczym osobistym, intymnym, własnym. Tacy ludzie pozostają w naszej pamięci na długo, zrywając często sen z powiek.

Jakby tego było mało, „Sygnał” porusza szereg innych problemów: subiektywność, miłość kreatora do swego dzieła, nieubłagana przemijalność czasu, wreszcie śmierć. W komiksowych preludiach do tej historii możemy odnaleźć również samotność, o której tak przejmująco opowiadali Pink Floydzi w albumie „The Wall”. Nie wspominam o tych tematach celowo, gdyż zostały one odpowiednio potraktowane w innych tekstach znamienitych osób. Powielanie tych tez byłoby jedynie zbędnym truizmem. Na zakończenie podzielę się jedynie ostatnim przemyśleniem. Od mojej lektury komiksu Gaimana i McKeana minął tydzień, ale wciąż nie daje mi spokoju. Za jego sprawą poznajemy irracjonalną stronę naszej duszy, najbardziej absurdalną i niedorzeczną, ale i najbardziej innowacyjną. Aby ta część naszego „ja” działała, potrzebne jest wyciszenie. Odejście od zgiełku i bałaganu zurbanizowanego świata, pełnego pobieżnych i powierzchownych relacji międzyludzkich, oraz oddanie się samotności, która często ma zbawienną i owocną postać. Nie bez powodu Mickiewicz nazywał ją „mistrzynią mędrców”.

niedziela, 5 kwietnia 2009

#155 - Trans-Atlantyk 32

Mocno średnio wypadł 1 kwietnia. Żarty i kawały, jeśli już były, to do przesady wydumane, że aż ciężko było się nie połapać. Sztuką jest kogoś autentycznie wkręcić na dłuższą chwilę, a nie podać bzdurną informację i liczyć jeno, że ktoś uwierzy, iż np. Paris Hilton pyka się z Kubicą i Małyszem. Ale jeśli już trzeba iść tą drogą to z pomysłem. W e-komiksowej części świata dwa primaaprilisowe newsy były mocno okej - rzekoma zmiana nicka przez CD Jacka i wywiad z Bardzo Znanym Recenzentem. W tym drugim Motywowy Łukasz i Motywowy Konrad pokazali jak podejść do tematu z jajem, pomysłem i absurdalnym humorem. Więc jak ktoś nie czytał, to niech czym prędzej nadrobi (i się uczy). Pozostając jeszcze przy tematach absurdalnych - mocno zdziwiła mnie niedawna wymiana zdań na Forum Gildii odnośnie nie takiej jak powinna być literki 'z' w "Małym Świecie Golema". Powinna być zwykła, normalna, tradycyjna 'zetka', a tutaj pan liternik Daniel Chmielewski pokusił się o oryginalność i wszędzie powtykał kulfony na kształt francuskiego odpowiednika, zamiast po prostu walnąć wszystko w comic sansie (wiem, wyolbrzymiam). Za dobrze chyba mamy, skoro zaczynają przeszkadzać takie rzeczy.. (a.)

#1 Do radosnej rodziny blogerów dołączyło… DC Comics. Kolumną „The Source” od kilku dni zarządza Alex Secura i wśród pierwszych newsów można znaleźć kilka informacji o nadchodzących tytułach, którymi jaram się w co drugim TA. Przede wszystkim zaprezentowano dwa teasery ze zbliżającej się „Najczarniejszej z Nocy”. Na pierwszym możemy zobaczyć Supermana z jednej z alternatywnych Ziemi, zniszczonych podczas pierwszego kryzysu, drugi natomiast przedstawia Aquamana. Do sieci wyciekł również wykaz tytułów, będących częściami crossovera – ostrzegam, wchodzicie na własną odpowiedzialność, zawartość spoilerów potwierdzona! (j.)

#2 Znienawidzony przez większość miłośników Batmana i wiernych czytelników komiksów ze studia Dan DiDio, Grant Morrison zapowiedział powrót jednego ze swoich mniej znanych bohaterów. Trzyczęściowa mini-seria „Seaguy”, która ukazała się w 2004 roku pod szyldem Vertigo nie odniosła jakiegoś oszałamiającego sukcesu. 1 kwietnia ukazała się kontynuacja przygód nieporadnego herosa w kostiumie płetwonurka i gadającej ryby z cygarem, która pełnie rolę jego sidekicka. „Seaguy: The Slaves of Mickey Eye” będzie jednocześnie drugą częścią trylogii Morissona i Cameron Stewarta, który zadbał o oprawę graficzną. (j.)

#3 Powoli zaczyna się rozkręcać Berserker Comics - po 3ch numerach "The Dead: Kingdom of Flies", przyszedł czas na sklepowy debiut "Church of Hell" tria Grant / Nichols / Bisley, opowiadający o losach ludzi, którzy zamiast żałować swoich grzechów przychodzą z nimi do tytułowego kościoła, aby zawrzeć pakt z samym Szatanem. Do powyższych tytułów dołączą niedługo dwa kolejne - czteroczęściowy "Channel Evil" (Grant / Oakley) oraz "Maura" (Kraus / Nebres / Fabry), a wszystko utrzymane w klimacie krwawego gorerroru z obowiązkowym hasłem "suggested for mature readers" na okładce. Dla fanów Bisleya, ciekawych jak ten sobie obecnie radzi z ołówkiem, wydawnictwo udostępniło w formie PDF'a niedostępny już na rynku pierwszy zeszyt serii "The Dead". (a.)

#4 W majowym numerze (#211) komiksowego magazynu "Wizard" opublikowano listę 25 najgorętszych nazwisk młodych artystów, którzy mają rządzić i dzielić na komiksowym poletku w ciągu najbliższych lat. Obok Rafy Sandovala, Jasona Shawna Alexandera, Gabriela Ba, Mike'a Choia czy Marko Djurdjevica (i 19 innych), znalazło się miejsce dla Jeffa Lemire'a - twórcy między innymi komiksu "Essex County", który w tym roku ukaże się u nas dzięki Timofowi. Obecnie pracuje on nad "The Nobody" dla Vertigo o którym nieco więcej pisał Julek w lutowym wydaniu Trans-Atlantyka. O tutaj. (a.)

#5 Mamy już Mrocznego Wolverine`a, są Mściciele spod ciemnej gwiazdy, mini-serię dostał podrabiany Hawk-Eye, marvelowscy Illuminati również doczekali się własnego odpowiednika epoki Mrocznych Rządów – dziwnym nie jest, że Człowiek-Pająk i mutanci nie chcą być gorsi. Już w czerwcu spod pióra Briana Reeda wyjdzie czteroczęściowa mini-seria „Dark Reign: The Sinister Spider-Man”. Głównym bohaterem będzie obecny posiadacz kosmicznego symbiontu Eddiego Brocka, Mac Gargan, wiernie towarzyszący Normanowi Osbornowi od samego początku w jego marszu po władzę (Sinister Twelve, Thunderbolts, H.A.M.M.E.R i Dark Avengers). Mnóstwo kontrowersji wzbudził teaser prezentujący „The All New, All Deadly Dark X-Men”. Ilustracja przedstawiająca Mimica (ten ze skrzydłami), Cloaka z Dagger, Dakena, księcia Namora, Xaviera i prawdopodobnie panią Frost-Summers z Vindicatorem przez wielu czytelników została wzięta z primaaprilisowy żart. O projekcie nic jeszcze nie wiadomo, fani snują przypuszczenia kto będzie autorem nowej pozycji i w jakiej formie będzie wydawana (przetytułowanie „X-Men Legacy”?). (j.)

#6 Oprócz wspomnianego wyżej tajemniczego obrazka z X-Menami, do sieci trafił również inny niewiele mówiący teaser. Na czarno białym obrazku widać jedynie kolczugę i gwiazdę Kapitana Ameryki, logo Marvela oraz lipcowy termin. I nic więcej. Domyślam się, że może chodzić albo o premierę mini-serii "Captain America: Noir", albo też może o kontynuacje wydarzeń z czerwcowego "Captain America" #600. Wszystko będzie pewnie jasne za około 3 tygodnie, kiedy Marvel zaprezentuje pełne zapowiedzi na lipiec. Nie zdziwię się jednak, jeśli się okaże, że to po prostu pierwszy teaser promujący film "First Avenger: Captain America", który planowany jest na lipiec roku 2011. (a.)

#7 Kiedy wydawało się, że komiksowa Obamomania dobiegła już końca, że kto miał się nachapać z tej okazji kasy, już się nachapał, Devil's Due opublikowało dwie czerwcowe premiery, w których występuje Barack Hussein Obama II. Nie są to jednak występy gościnne, czy też ilustrowane wspominki z kampanii prezydenckiej jak to było dotychczas. Pierwsza pozycja - one-shot "Drafted: 100 Days" to opowieść o jednoczącej się przeciw najeźdźcom z kosmosu ludzkości z Barackiem w roli głównej, natomiast drugi tytuł to nawiązanie do komiksowych fascynacji z dzieciństwa nowej głowy Stanów Zjednoczonych. "Barack the Barbarian: Quest for the Treasure of Stimuli" będzie regularną serią, która bez pardonu i z dużą dawką satyry ma obchodzić się z politykami zza wielkiej wody. Za scenariusz odpowiedzialny jest Larry Hama znany z takich serii "Wolverine" czy "Batman", a w komiksie oprócz Baraka Barbarzyńcy spotkamy Czarodziejkę Hilarię, jej podstępnego męża-półboga Biila, Władcę Boosha czy widoczną w grafice powyżej Sarę Palin (jej komiksowy przydomek nie jest jeszcze znany). (a.)

#8 W katalogu Fantagraphics pojawiła się druga część zbierającej znakomite recenzje trylogii Miss Lasko-Gross. Kontynuacja „Escape from Special”, „A Mess of Everything” opowiada dalsze, na poły biograficzne, dzieje głównej bohaterki Melissy, zmagającej się z codziennymi problemami przeciętnej nastolatki, wchodzącej w próg dorosłości. Jak widać koniunktura na tego typu opowieści jest w Stanach wciąż dobra. Lasko-Gross opowiada historię bez popadania w ckliwy sentymentalizm, jej praca jest surowa, intensywna i zwyczajnie szczera. Tak przynajmniej powiadają. (j.)

"Geek Honey of the Week"
(tym razem prezentujemy Marvelową Black Cat w wykonaniu włoskiej Giorgii - więcej tutaj)

piątek, 3 kwietnia 2009

#154 - Komiksowa męskość

Wyczerpujące prace na szóstym numerem „Splotu” dobiegły swojego szczęśliwego końca. Nieco szerzej o magazynie, w którym zajmuje się komiksem pisałem tutaj, nie będę się więc powtarzał. Na razie nie mogę powiedzieć zbyt wiele o terminie ukazania się „szóstki”, ani o formie dystrybucji (usilnie pracujemy nad odklejeniem nieprzyjemnej łatki „niszowy”), bo albo nie wiem zwyczajnie, albo powiedzieć jeszcze nie mogę. Mogę natomiast uchylić rąbka tajemnicy, jeśli chodzi o jego zawartość. Ba! Cały spis treści mogę zaprezentować!

Recenzje krótsze:
Zemsta rewolwerowca - „Loveless”(Tomasz Pstrągowski)
Teatr zbrodni – „Misterium” (Tomasz Pstrągowski)
Jeden taki pasażer – „Niewinny Pasażer” (Jakub Jankowski)
Epopeja z kraju kwitnącej wiśni – „Usagi Yoijmbo” (Kuba Oleksak)
Nieoryginalsi – „Originals” (Łukasz Mazur)
Kiedy wszystko się zmienia – „Trzy Cienie” (Kuba Oleksak)

Recenzje dłuższe:
Ogary pożarły Bonda – „Za królową i ojczyznę” (Tomasz Pstrągowski)
Wartości rodzinne – „Fun Home” (Kuba Oleksak)

Artykuły:
Przekrój – Blaki: Gandhi w interludiach (Robert Popielecki)
Synteza – Życie w obrazkach, czyli krótka historia rysowania siebie (Tomasz Pstrągowski)
Na zadany temat – Mężczyzna-Kot w komiksie (Joanna Grodzka)
Na zadany temat – Życie i czasy Franka Castle`a (Michał Chudoliński)

Felietony:
Przypadki portugalskie – 02 (Jakub Jankowski)
Komiksowe brzemię przymiotnika komiksowy (Bartosz Sztybor)
Z małej litery – Dlaczego !? (Karol Kalinowski , znany także jako KRL)


Jak widać zaszło sporo zmian w stosunku do poprzedniego numeru. Przede wszystkim zniknął komiks portugalski, w dziale pozostały jedynie teksty, ale nie wcale nie oznacza to, że rezygnujemy z twórczości artystów z krainy fado bo… no i znowu muszę siedzieć cicho. Zgodnie z panująca tendencją wydanie tradycyjne, analogowe będzie wspomagane przez cyfrowo-internetowe wcielenie „Splotu”, gdzie będzie można znaleźć głównie krótsze i dłuższe recenzje, wywiady, trochę newsów i relacji z komiksowych imprez.

Czas na reklamę. Co mogę polecić z nowego „Splotu”? No cóż, właściwie, mniej lub bardziej, wszystko. Pstrągi w długim i znakomitym tekście rozprawia się z komiksem autobiograficznym, jego korzeniami i specyfiką, dokładając kolejną cegiełkę w rozwoju komiksologii, unikając przy tym nieznośnego skrzypczykowego tonu. Przyznam, że kilka konstatacji autora zrobiła na mnie nieliche wrażenie. Z tematem przewodnim, którym jest „Męskość”, rozprawiamy się w dwóch tekstach. W pierwszym Joanna Grodzka prezentuje niebanalne spojrzenie na kocią naturę każdego faceta w „Blacksadzie”, „Kocie Fritzu” i „Kocie Rabina”, w drugim natomiast Michał Chudoliński powinien zamknąć gęby niektórym swoim krytykom. Trochę niesprawiedliwie jest wymieniać jako ostatniego Roberta Popieleckiego, który wziął na warsztat trylogię „Blakiego” i rozkroił ją z interesującej perspektywy. Nie sposób nie wspomnieć o trzech Jeźdźcach Apokalipsy, czyli naszych felietonistach – Jakubie Jankowskim, Bartku Sztyborze i KRLu, u którego ta Apokalipsa przybiera bardzo konkretne kształty. Nie na darmo chłopak przecież uchodzi za Mordercę Polskiego Komiksu.

Tak wygląda zawartość „Splotu”, a czego w nim brakło? Nie ma przede wszystkim planowanego tekstu o życiu i twórczości pewnego polskiego komiksiarza, który powinien wejść do siódemki wraz z innym artykułem autora, który niestety nie wyrobił się w terminie. Inna sprawa, że mam do zagospodarowania niecałe 30 stron i bardzo żałuję, że nie zawsze mogę puścić w magazynie wszystko, co sobie wykoncypowałem.

Osobiście jestem bardzo zadowolony z wyglądu komiksowej części „Splotu”, po raz pierwszy chyba od tych sześciu numerów. Wreszcie udało mi się wypracować pewien model, schemat działu, w którym moim zdaniem zachowane są proporcje między tekstami publicystycznymi, tymi trochę bardziej naukowymi i recenzjami. No, myślę, że wystarczy tej autopromocji. Zapraszam do komentowania, krytykowanie i chwalenia tych, do których „Splot” jakoś dotarł, a zainteresowanych współpracą podaję mail na moją „splecioną” skrzynkę – kuba [na] splot.art.pl

czwartek, 2 kwietnia 2009

#153 - Oskar Ed

Wydawnictwo Timof i cisi wspólnicy kontynuuje penetrację komiksowych rubieży Europy, w poszukiwaniu kolejnych perełek. Po owocnej wycieczce na wschód, z której przywieziono antologię „Syberyjskie Sny”, pochodzącego z Rosji Konstantina Komardina, i ciepło przyjętą „Sukę” ukraińsko-rosyjskiego tandemu Woronowicz-Tkalenko, Timof kieruje się w stronę centralnej części naszego kontynentu. Prosto ze Słowacji do rąk polskich czytelników trafia opasły, prawie trzystu stronicowy komiks Branko Jelinka „Oskar Ed”.

Tytułowego bohatera komiksu od reszty społeczeństwa odróżnia dziwaczna, podłużna głowa zakończona ostrymi zębami, zamkniętymi w kagańcu. W umownym i odrealnionym świecie tej fizycznej przypadłości nikt się dziwi, przerażenie budzą natomiast zdolności Oskara. Potrafi on bowiem ożywiać przedmioty wbrew własnej woli. Jest przeklętym demiurgiem, otoczonym spersonifikowanymi (dosłownie) kubkami, miotłami, jabłkami, który pragnie uwolnić się od swojego „daru” i prowadzić „normalne” życie, nie licząc już nawet przedziwnych snów. W tej groteskowej i wizyjnej estetyce bohater, a może i sam autor, dąży do rozrachunku z własną rodziną. „Oskar Ed” posługując się skomplikowaną, często hermetyczną dla czytelnika, metaforyką opowiada o trudnych relacjach ze swoją matką i ojcem. Można tylko spekulować ile w tych „familijnych egzorcyzmach” znaleźć można autobiograficznej prawdy, na ile Jelinek jest komiksowym Oskarem, na ile rozlicza swoją własną przeszłość.

W przeciwieństwie do metaforycznej fabuły, której daleko od komiksowej dosłowności, oprawa graficzna utrzymana jest w bardzo „klasycznym” stylu, przynoszącym ma myśl francuskie, masowe produkcje komiksowe. Zresztą, sam autor przyznaje się do wczesnych inspiracji choćby Grzegorzem Rosińskim. Zdyscyplinowane, pracochłonne, gęsto cieniowane rysunki zdradzają również wpływ Katsuhiro Otomo, do którego poziomu jeszcze słowackiemu komiksiarzowi trochę brakuje. Zestawienie niejednoznacznej, momentami onirycznej (retrospekcje głównego bohatera), czy wręcz upoetyzowanej (pojawienie się ojca Oskara w finale opowieści) fabuły z bardzo klarowną i jednoznaczną estetyką jest bardzo ciekawym zabiegiem, który każe zastanawiać się czytelnikowi „dlaczego?”.

Właściwie „Oskar Ed” jest tytułem godnym polecenia. To interesująca, a chwilami intrygująca pozycja, której można, co prawda zarzucić kilka fabularnych pęknięć i dłużyzn nie psujących jednak pozytywnego odbioru całości. Niestety, cała praca Branko Jelinka została zmarnowana przez polskiego edytora. Niechlujne, bardzo często nieprecyzyjne tłumaczenie, pozbawione jakiejkolwiek redakcji czy korekty odbiera całą radość z czytania. I nie chodzi tu o jedną, czy pięć wpadek językowych, które mogą się przydarzyć każdymi. Tu błędy, niedopatrzenia czy nieporadności idą w dziesiątki. Żeby wymienić tylko kilka - „Już mam po dziurki w nosie tego głupiego życia w ciągłej ucieczce", „I kto to mówi, jakby ktoś był pod pantoflem?”, „Każda gospodyni właśnie to ceni ze wszystkiego najbardziej", „To chyba bardziej oczywiste niż by ci się nawet mogło wydawać", „Wyluzować atmosferę”, „Czy rzeczywiście jest najlepszym, jakiego do tego mamy?”, „Dalekosiężnych możliwych jej skutków”. A to tylko część błędów, które nie powinny mieć miejsca w takiej ilości w profesjonalnie wydanym komiksie, za który czytelnik płaci ciężko zarobione pieniądze.

środa, 1 kwietnia 2009

#152 - Illuminati

Grupa Illuminati po raz pierwszy zebrała się (jeśli trzymać się chronologii uniwersum Marvela) w one-shocie „New Avengers: Illuminati” autorstwa Briana M. Bendisa (scenariusz) i Alexa Maleeva (grafika) w maju 2006 roku. Rzeczywisty debiut miał jednak miejsce w siódmym numerze „New Avengers”, w lipcu, rok wcześniej. Zespół herosów trzymających władzę w uniwersum Marvela tak spodobał się czytelnikom, że Bendis, z Brianem Reedem („Ms.Marvel”, „Red Sonja”), jako współscenarzystą i rysownikiem Jimmym Cheungiem („Young Avengers”, „X-Force”) przygotował pięcioczęściową mini-serię, przedstawiającą ich dalsze (a raczej wcześniejsze) losy.

Premierowe zebranie najbardziej wpływowych bohaterów Marvela miało miejsce w Wakandzie, tuż po Wojnie Skrull-Kree i brało w nim udział sześć osób. Jeden z najgenialniejszych umysłów naszej planety Reed Richards, Mr. Fantastic z Fantastic Four, mistrz sztuk mistycznych doktor Stephen Strange, dysponujący niszczycielskim głosem władca Inhumans Blackagor Boltagon, założyciel Szkoły dla Młodych Talentów i zespołu X-Men profesor Charles Xavier, książę siedmiu mórz i monarcha Atlantydy Namor McKenzie oraz Tony Stark, wynalazca, miliarder i członek pierwszego składu Avengers, który wpadł na pomysł tej tajnej narady. Gościł ich urzędujący król afrykańskiego państwa, T`Challa, który jako jedyny odmówił wzięcia udziału w bardzo wątpliwym moralnie przedsięwzięciu Starka. Iron-Man nie mogąc stworzyć skutecznego, globalnego zespołu super-bohaterów chroniącego Ziemię przed zagrożeniami, zdecydował się na zebranie zakonspirowanej rady, która zaocznie podejmowałaby najważniejsze decyzje w sprawie bezpieczeństwa naszego globu.

Stan Lee i Jack Kirby stworzyli zamaskowanego mściciela, który w kolorowym stroju biega po dachach i pierze po ryjach bandytów z sąsiedztwa. Realizacją takiego modelu są między innymi Batman, Spider-Man, Superman, czy Kapitan Ameryka, a za archetypiczny wzór może im posłużyć Rorschach ze „Strażników”. Otóż Bendis miał zupełnie inny pomysł na nowoczesnego herosa, któremu może patronować Ozzymandiasz. Pracujący bardziej głową, niż mięśniami dla uczynienia świata lepszym, zza kulis manipulującego wydarzeniami. Marvelowską Grupę Trzymającą Władzę, skupiającą najpotężniejszych ziemskich bohaterów, można porównać raczej do polityków, którzy na drodze negocjacji czy perswazji próbują zapobiec powrotowi Beyondera na ziemię czy nie dopuścić, aby Rękawica Nieskończoności dostała się w niepowołane ręce. Stark i jego towarzysze działają ze szlachetnych pobudek, jednak mądrzejsi o lekturę dzieła Alana Moore`a i Dave Gibbonsa wiemy, jak podobne przedsięwzięcia mogą się skończyć.

Za oprawę graficzną w komiksie odpowiada jeden z moich ulubionych rysowników. Jimmy Cheung za nic sobie ma dominujące trendy w trykociarskim mainstreamie i w jego pracach oddaje hołd Johnowi Byrne`owi. Kreska Cheunga jest w swojej prostocie bardzo szlachetna, odwołująca się do klasycznych wzorców rysowania komiksów z przełomu lat osiemdziesiątych i dziewięćdziesiątych ubiegłego wieku. Artysta „Illuminati” nie sili się na techniczne efekciarstwa i wizualny wypas w guście Jima Lee i jego klonów, ciska po swojemu i z klasą.

Pomysł Bendisa na opowiedzenia „historii sekretnej” Marvela z ukrycia kierowanej przez masonów w trykotach przypadnie do gustu tym, którzy wiedzą, jaka relacja łączy Iron-Lada z Kangiem. Słowem, dla nie-hardkorowych fanów przygód facetów w rajtuzach, przeciętnych czytelników komiks może być zwyczajnie zbyt hermetyczny. Nie wyłapią smaczków, które Bendis poupychał w dialogach, zupełnie nie odczują wagi tego komiksu – będzie to dla nich kolejna super-bohaterska sieczka. Nie od dziś wiadomo, że komiksy głównego nurtu Marvela czy DC stają się coraz bardziej zamkniętą zabawą i nieraz trzeba sporo przygotowania, żeby móc się nim jarać w pełni i tak jest właśnie w przypadku „Illuminati”. Bez znajomości wydarzeń związanych z Wojną Domową, Sekretną Inwazją czy pewnej wiedzy o napiętych związkach między poszczególnymi członkami zespołu (Namorem i Reedem, Tonym i Strangem) nie sposób czerpać pełnej przyjemności z lektury.

niedziela, 29 marca 2009

#151 - Trans-Atlantyk 31

Szefowie Marvela dokładają wszystkich starań, by 2009 rok mocno zapisał się w pamięci czytelników komiksów. Wszak 70-lecie istnienia potentata w branży historyjek obrazkowych jest do tego znakomitą okazją. Hucznie obchodzone urodziny sprowadzają się głównie do publikacji licznych, okolicznościowych podsumowań, jak choćby listy siedemdziesięciu najlepszych kolorowych zeszytów (w planach kolejne „listy” - między innymi ulubionych bohaterów i najbardziej przełomowych momentów w komiksowej historii). Oprócz tego przygotowano jubileuszowe reedycje klasycznych tytułów, a obecnie wydawane serie przyozdabiane są okolicznościowymi okładkami. Mnóstwo dzieje się w samym uniwersum Marvela, a Joe Quesada ani myśli dać odetchnąć czytelnikom od kolejnych wielkoformatowych, epickich historii. Na ziemi trwają „Mroczne Rządy” Normana Osborna, w kosmosie rozgrywa się „Wojna Królów”, u mutantów jeszcze nie skończyło się „X-Infernus”, a padają już pierwsze ofiary „Wojny Mesjaszy”, po której X-Meni spotkają się z „Mrocznymi Mścicielami”, uniwersum Ultimate czekają diametralne zmiany po „Ultimatum”, no i zbliża się „Burza Czasowa”. Nie tak dawno świętowaliśmy 600 numer „Thora”, a już wkrótce przeczytamy 500 zeszyt „Daredevila” oraz numer 600 „Hulka”, „Captaina America” i „Amazing Spider-Mana, o czym arcz napisze nieco więcej poniżej. Marvel nie ogranicza się tylko do komiksów – jego bohaterowie występują w serialach („Wolverine and the X-Men, „Iron-Man: Armored Adventures”) czy filmach animowanych („Hulk vs. Thor”, „Hulk vs. Wolverine”), goszczą na wielkim ekranie („X-Men Origins: Wolverine”, a także „Thor” i „Iron-Man 2”, żeby wybrać tylko dwa tytuły z bogatej kinowej oferty Marvela) i na trochę mniejszym (japoński „Spider-Man”). Już wkrótce trafią do świata nowej gry MMO „Marvel Universe” (nie wspominając już o Marvel Ultimate Alliance 2”). Bo przecież DC, której prace nad własnym wirtualnym uniwersum są bardziej zaawansowane, nie może być lepsze. Słowem - Marvel mocno ciśnie, nic sobie nie robiąc z finansowej zapaści rynku za Oceanem.
Nieco skromniej swoje urodziny obchodzi natomiast inny, nieco młodszy edytor, któremu w tym roku stuknęła dopiero 20. Z tej okazji Drawn & Quarterly, bo o nim mowa, 3 czerwca w Montrealu wyprawi kameralną imprezę, na której zagrają TV On the Radio. (j.)

#1 Ciekawostka, która u miłośników Alana Moore`a wywoła miłe mrowienie w prąciu, pomieszane z gwałtownymi atakami zazdrości. Była sobie kiedyś taka niskonakładowa seria „Big Numbers” wydawana przez niezależną oficynę Mad Love na samym początku lat dziewięćdziesiątych. I pewnie zapomniano by o niej dzisiaj, jak o dziesiątkach innych tytułów z drugiego obiegu, gdyby nie fakt, że historię pewnego centrum handlowego w Northampton napisał właśnie Moore i narysował Bill Sienkiewicz. Trzeci numer „Big Numbers” (z pierwotnie planowanych dwunastu) nie zdążył się ukazać, bo seria upadła i do dziś nie została wznowiona w całości, bo Moore oryginał po prostu… zgubił. Komiks odnalazł się na e-bayowej aukcji w styczniu tego roku i prawdopodobnie nie jest to „pierwodruk”, tylko jedna z kilku kopii, którą autor przygotował, by pokazać swoim znajomym. Szczęśliwy nabywca kupił ją za śmieszną sumkę 50 dolców. Zaginiony manuskrypt można przeczytać tutaj. (j.)

#2 Poprzedni rok był niezwykle pracowity dla Erica Powella, więc autor postanowił nieco zwolnić w 2009 i odpocząć nieco od Zbira i zając się innymi projektami (jak np. "Chimichanga"). Jednak fani Goona nie powinni się zanadto martwić, bo w tym roku oprócz wydań zbiorczych zawierających zeszyty z zeszłego roku, dostaną w swoje ręce kilka one-shotów. Pierwszym z nich będzie lipcowy "The Goon Vs. Dethklok" w którym uwielbiany przez wielu bohater z poharataną twarzą stanie naprzeciw członków deathmetalowego zespołu - Nathana Explosion, Skwisgarra Skwigelfa, Tokiego Wartootha, Picklesa i Williama Murderface'a. Jak na razie zaprezentowano jedynie okładkę i trailer, ale już po tym widać, że może być wesoło. (a.)

#3 W czerwcu na sklepowe półki trafi 30 numer serii "The Spirit" z DC Comics, będącej kontynuacją przygód legendarnego bohatera stworzonego przez legendarnego Willa Eisnera. Osobą odpowiedzialną zarówno za scenariusz jak i grafikę będzie Michael Avon Oeming, znany z takich serii jak "Powers" czy "Mice Templar", natomiast okładką zajął się Kevin Nowlan. Jednoodcinkowa historia Oeminga opowiadać będzie o wojnie pomiędzy Yakuzą i Triadami, po środku której znajdzie się Spirit. Zadaniem jego będzie zażegnanie konfliktu i doprowadzenie do równowagi na linii przestępcy / policja. Oeming przyznał, że najbardziej lubi pracować nad rzeczami autorskimi i w pewnym sensie tak też odbierał pracę nad tym zeszytem, jednak cały czas pamiętał, że jest to postać stworzona przez wspomnianą legendę komiksu. Oprócz tego jednorazowego wyskoku, pracę MAO będzie można podziwiać w takich seriach jak startujące w maju "Rapture", czy wspomniane już "Powers" i "Mice Templar". Autor dodał jednak, że z chęcią w przyszłości spróbowałby swych sił przy historiach takich herosów jak Punisher czy Thor. (a.)

#4 Na początku lutego ukazał się 600 numer Thora, o czym zresztą już kiedyś wspominaliśmy. Okrągłe liczby tak bardzo spodobały się szefostwu Marvela, że ci zapowiedzieli, iż podobne zabiegi zostaną zastosowane przy seriach "Hulk" i "Captain America". Mądre głowy z House of Ideas zliczyły wszystkie komiksy traktujące o perypetiach tych bohaterów i wyszło im, że w czerwcu wyjdzie 600 numer przygód Kapitana (miesiąc wcześniej inny jubileusz - 50 numer vol.5 pod dowództwem Generała Brubakera), a w niedalekiej przyszłości zmiana numeracji przydarzy się też u Zielonego Olbrzyma (również 6 setek stuknie). Nie ogłoszono co prawda kiedy to się stanie, ale zaprezentowano już jedną z okładek, która towarzyszyć będzie temu wydarzeniu (autorstwa Alexa Rossa - widoczna w powyższej grafice). W lipcu natomiast do wspomnianej trójki dołączy seria "Amazing Spider-Man", której numeracja została zmieniona przy okazji numeru 500 kilka lat temu. Nie wiem czemu służyć mają takie podmiany numerków, ale pradawnych tytułów z DC to one raczej nie dogonią - "Action Comics" zbliża się do 900 numeru, a "Detective Comics" niedawno stuknęło 850 wydań. (a.)

#5 Scenarzystka Kathryn Immonen („Patsy Walker: Hellcat”), znana głównie z web-komiksu „Moving Pictures with Stuart” oraz rysownicy Sara Pichelli („NYX) i David Lafuente („Ultimate Comics Spider-Man”) przejmą „The Runaways” od 11 numeru, który ukaże sie w czerwcu tego roku. Seria stworzona przez Briana K. Vaughana i Adriana Alphonę, która swego czasy była prawdziwym przebojem w USA, obecnie pod sterami Terry`ego Moore`a i Humberto Ramosa rozmienia się na drobne. Marvel liczy, że „Runawaysi” pod kobiecą ręką odzyskają nieco ze swojej utraconej pozycji. (j.)

#6 W lipcu, nakładem wspominanego już D&Q ukaże się „A Drifting Life”. Potężne, liczące ponad 800 stron dzieło Yoshihiro Tatsumiego („The Push Man And Other Stories”, „Abandon the Old in Tokyo”), znanemu polskiemu czytelnikowi z „Kobiet”, będzie można pewnie reklamować jako „japońskiego Eisner”. Nie spodziewajcie się jednak typowego komiksu autobiograficznego, jak redaktor Newsaramy wydelegowany do przeprowadzenia wywiadu z Adrianem Tominem, przygotowującym amerykańskie edycje prac japońskiego mistrza. Tatsumi w swoim komiksie, który powstawał prawie jedenaście lat, opowiada o swojej karierze mangaki, od samego debiutu, do momentu, w którym stał się jednym z najbardziej wpływowych i rozpoznawalnych twórców gekigi, odmiany obyczajowej mangi dla dorosłych. (j.)

#7 Pewnie wszyscy kojarzycie „Public Enemy”, jako jeden z najbardziej wpływowych zespołów w historii muzyki, obecnych od ponad dwudziestu lat na hip-hopowej scenie. Ale Chuck D i Flavor Flav to również komiksowi bohaterowie, pojawiający się na kartach (dość mizernej, jeśli sądzić po opublikowanych przykładowych planszach) komiksowej serii zatytułowanej „Public Enemy”. Premierowy trade, zawierający pięć pierwszych zeszytów ukazał się w marcu nakładem American Mule Entertainment. Scenariuszem zajął się Chuck D i Adam Wallenta, który odpowiada również za oprawę graficzną. (j.)

#8 Wygląda na to, że DC zaliczyło niezłą wpadkę w ostatnich dniach. Sprawcą zamieszania jest Tony Daniel, który odpowiedzialny będzie za rysunki do mini-serii "Batman: Battle for the Cowl". Jak już pewnie większość wie, po "Final Crisis" Bruce Wayne znalazł się prawdopodobnie gdzieś w czasach prehistorycznych, bądź też takich, które je udają - a tymczasem Gotham potrzebuje nowego Nietoperza. To, kto nim będzie, ma się okazać za czas jakiś, jednak przez nieuwagę rysownika, a dokładniej przez szkic który umieścił na swoim blogu (ze swoimi komentarzami, w których pada imię o które jest tyle hałasu), można z dużą dozą prawdopodobieństwa przypuszczać, że będzie to [spoiler!]Dick Grayson (co zresztą duża część zainteresowanych przewidywała)[/spoiler!]. Szefostwo DC zareagowało niemal natychmiast, czego efektem jest zamknięcie bloga Daniela. Sam rysownik próbuje się wykręcić, że on sam nie wie kto będzie nowym Batmanem, a szkic ten był jednym z wielu i nie należy wyciągać z tego żadnych wniosków. Tja. Jakoś ciężko mi uwierzyć, żeby cała akcja była zaplanowana odgórnie i miała po prostu wzbudzić nieco więcej zainteresowania wydarzeniem, ale będzie to można stwierdzić dopiero kiedy będziemy pewni na sto procent kto przejmie schedę po milionerze z Gotham City. (a.)

"Geek Honey of the Week"
(wracamy po tygodniowej przerwie - ponownie Wonder Woman i ponownie kłopoty - a swój znak jakości wystawił galerii Gonzo!)

środa, 25 marca 2009

#150 - Cycki, Mechaniczny Penis i Woda Sodowa

Tym razem miała być Jasonowa recenzja, ale nie będzie. Ciężko ostatnio pisze mi się jakiekolwiek wynaturzenia na kształt recenzji właśnie, a jeszcze gorzej idzie mi wychodzenie poza schemat "krótki wstęp - parę słów o samym komiksie - parę o scenarzyście - następnie rysowniku - koniec". Więc nadszedł w końcu czas na wpis, który chodził mi po głowie od dobrych kilku miesięcy.

Dzisiaj będzie o przypadkach cenzury w komiksach. Tych z głównego nurtu, od Marvela i DC, bo mniejsze wydawnictwa mogą pozwolić sobie na zdecydowanie więcej i często też z tego prawa korzystają. Na pomysł ten wpadłem jakiś czas temu, kiedy tydzień po tygodniu szefostwo DC musiało wycofywać swoje komiksy ze sklepów, bo trzeba było coś zmienić czy zamazać, a przypomniałem sobie o nim niedawno, kiedy plansze z "X-Men Noir" wyglądały nieco inaczej od wersji przedstawionej jako preview. I właśnie od tego przypadku pozwolę sobie zacząć tę wyliczankę.

Zapowiedź czwartego, ostatniego numeru elseworlda poświęconego losom mutantów z połowy ubiegłego wieku zawierała trzy kadry, które okazały się zbyt kontrowersyjne i w ostatecznej, papierowej wersji zostały nieco zmodyfikowane. Sebastian Shaw i jego harem zostali bonusowo obdarowani okryciem wierzchnim - czy to materiałem, którym kobiety mogły zakryć swe nagie ciała, czy to dwoma kreskami na tyłku Shawa, które przeobraziły się w jego bieliznę. Zmodyfikowany został nieco również witraż z którego usunięto przytulającą się do krocza modlącego się jegomościa niewiastę. O ile ten drugi przypadek można zrozumieć, o tyle materializujące się majtki i ręczniki są zwykłą nadgorliwością ze strony edytorów Marvela. Nie pierwszą zresztą i nie ostatnią - dosyć zabawny los spotkał wielkiego robota z szóstego numeru maxi-serii "The Twelve", który pozbawiony został swojego wojennego wyposażenia - karabin maszynowy, który znajdował się pomiędzy jego nogami, za bardzo się kojarzył i w ostatecznej wersji mech został wykastrowany.


Teraz mały skok w bok w stronę DC i wspomniane już wyżej przypadki ze stajni Batmana i Supermana. Na początku września 2008 właściciele sklepów komiksowych zostali poinformowani przez największego dystrybutora komiksów - Diamond, że jeśli mają już w swoich magazynach egzemplarze 10 numeru "All Star Batman and Robin" muszą je natychmiast zniszczyć a prawidłowa wersja komiksu zostanie im dostarczona przy kolejnej dostawie. Powodem tych drastycznych kroków było złe nałożenie farby mającej zakryć przekleństwa w soczystych dialogach Millera włożonych w usta (na Boga!) młodziutkiej Batgirl i oprychów. Spod czarnych prostokątów, prześwitywały słowa takie jak: cunt, fuck czy assholes, których obecność w meijnstrimie jest przecież niedopuszczalna. Dodatkowo okazało się, że wprowadzono pewne zmiany w grafice jeszcze przed publikacją komiksu - na szkicach Jima Lee Batgirl ściska w dłoniach klejnoty łobuziaków, co z ostatecznej wersji zostało zwyczajnie wymazane. Jeszcze kurz nie opadł po tej wpadce, a tydzień później przydarzyła się kolejna, tym razem z udziałem harcerza Clarka Kenta. "Action Comics" #869 musiał być ponownie wydrukowany, ponieważ ktoś dopatrzył się na okładce (w kilka miesięcy po opublikowania jej w zapowiedziach), że Clark i jego ziemski ojciec bez skrępowania popijają sobie piwo z butelki. Ten niecny wybryk bardzo szybko (i dosyć niechlujnie) został wymazany, a w poprawnej politycznie wersji urocza dwójka popija spokojnie wodę sodową. Honor Supermana uratowany! Zmiany, w porównaniu z zapowiedzią komiksu, spotkały również okładkę do 40 numeru serii "Batman/Superman" w której ostatecznie prawa ręka Batmana została zdjęta z ponętnego biustu uzbrojonej heroiny. Czyżby kolejna poszlaka sugerująca jakoby panicz Bruce był bardziej zainteresowany płcią brzydką?


Niekwestionowanym królem tego typu ciekawostek jest Frank Cho, na którego cenzorzy są już chyba szczególnie wyczuleni. Niepokorny artysta znany z zamiłowania do obfitych biustów i budzących respekt tyłków swoich bohaterek, nie raz i nie dwa razy dawał im sposobność ingerencji w swoje prace. Sporo roboty mieli oni przy serii "Shanna: The She-Devil" (zarówno napisanej jak i narysowanej przez pana Cho), której bohaterką jest niezwykle skąpo ubrana wojowniczka. W tym przypadku, podobnie jak w "X-Men Noir", trzeba było dorysowywać ręczniki czy fruwające kawałki szkła, aby zakryć to co Shanna ma najlepszego. Wyleciał niestety kadr z sutkiem bohaterki (można zapalić e-świeczkę ku pamięci) widoczny na pierwszej z prezentowanych stron. Cho dał się we znaki również przy okazji dwóch projektów Hero Initiative, w których 100 artystów rysowało 100 okładek ze Spider-Manem i Hulkiem. W pajęczym przypadku golutka Mary Jane musiała odziać się w ręcznik, aby zostać wydrukowana przez Marvela w albumiku zbierającym wszystkie okładki. W przypadku Hulka już nie było tak różowo, ponieważ grafika Cho, prezentująca podekscytowanego zielonego olbrzyma i jego rozbierającą się kuzynkę She-Hulk była nie do zaakceptowania, co jest raczej do zrozumienia ze względu na ich rodzinne relacje. Podobne kontrowersje wzbudziła wariantowa okładka artysty do trzeciego numeru Loebtimates, na której zaprezentowane jest zbliżenie Logana i Scarlet Witch. Ostatecznie grafika ta nie została wykorzystana, nawet pomimo autocenzury ze strony Cho (przy której pomagał Brandon Peterson) i mogę się jedynie domyślać, że największe kontrowersje wzbudzała nie tyle nagość, co domniemane powiązania rodzinne owej dwójki (spojler: w 3ciej serii "Ultimates" zasugerowano, że to Wolverine może być ojcem Scarlet Witch, a nie Magneto).


Wracając jeszcze do wojowniczej Shanny - autor przyznaje, że najbardziej obawiał się, że cenzorskie nożyce zaatakują głównie sceny gdzie ukazana jest przemoc, a nie te z nagim ciałem bohaterki. Stało się jednak odwrotnie, co Cho skwitował następującymi słowami: "Wydaje mi się, że wiele to mówi o tym kraju". Nie chcę się zagłębiać w kwestie "dlaczego pokazuje się krew, wnętrzności i fruwające kończyny, a cenzuruje się nagość i sex", bo o tej fałszywej moralności powiedziano i napisano już wiele. Możliwe, że jest to kwestia podejścia edytorów Marvela i DC, którzy może wychodzą z założenia, że większość czytelników sama na własnej skórze doświadczy miłosnych uniesień, a już niekoniecznie każdy będzie miał przyjemność wydłubać oko i odrąbać komukolwiek którąkolwiek z kończyn?

Czasem jednak zachowania (a raczej ich brak) komiksowych stróżów moralności mogą zadziwić. Dla przeciwwagi kilka przykładów w drugą stronę - jakiś czas temu dosyć głośno było (pisano o tym swego czasu nawet na serwisie Komikslandii, który co chwila zapowiadał upadek Mandry, a teraz sam odszedł w niepamięć) o okładce Alexa Rossa do "Justice Society of America" #7 na której swoje mięśnie pręży Citizen Steel. Sokole oko dostrzeże jednak, że w spodniach herosa pręży się też inny muskuł. Dla wielu szokiem było, że herosi również posiadają penisy, jednak DC ani myślało ugrzeczniać okładki i zostało tak jak to było w zapowiedziach. Zadziwiający pod tym względem był również cover autorstwa Sana Takedy do trzynastego numeru "Heroes for Hire" z Marvela, na którym biedne i związane bohaterki muszą stawić czoła złowieszczym mackom. W jednej chwili przed oczami przemykają podobne obrazy z hentaiowych stajni, na których bezbronne przedstawicielki rasy ludzkiej nie mają jak się oprzeć wszechobecnym, kosmicznym odnóżom penetrującym każdy możliwy otwór w ich ciałach. Ku uciesze gawiedzi, obrazkowi towarzyszył brak reakcji ze strony cenzorów. Gdzie tu logika? Pewnie na wagarach razem z konsekwencją. Na deser ponownie okładka, tym razem do "Catwoman" #40, której losy były odwrotne do wyżej wymienionych przykładów w postaci "Action Comics" czy "Batman/Superman". Prezentowana przy zapowiedziach grafika, po trafieniu na papier znacznie wyraźniej zaprezentowała walory bohaterki przy pomocy sporego dekoltu. Czyżby nieoczekiwana zmiana polityki wydawnictwa?

Życzyłbym sobie więcej takich przypadków. A przysłowie o nadgorliwości sobie daruję.

niedziela, 22 marca 2009

#149 - Trans-Atlantyk 30

Wracając jeszcze do zeszłoniedzielnych spotkań z wydawcami na WSK, warto by napisać kilka słów o tym jak oni sami postrzegają nasz rynek. Bo tak, z jednej strony od lat zewsząd słychać narzekania na ceny, na tytuły, na marną liczbę czytelników i generalnie na cały pożal się boże rynek, czy też "ryneczek". Z drugiej jednak, rok 2009 (o czym już tu pisaliśmy nie raz) zapowiada się - chociażby pod względem ilości i jakości zapowiedzianych tytułów - wręcz wyśmienicie. O tym, że jest jednak lepiej, niż głoszą komiksowi fataliści, świadczą chociażby słowa Szymona Holcmana, który przyznał, że gdyby było pewne, że dodatkowe 700-800 egzemplarzy komiksów Kultury znajdzie nabywców, to spokojnie mogłoby to być ich źródło dochodów, a nie tylko hobby po godzinach. Zaskoczka? Zupełnie inaczej wyglądałby rynek (w tym również ceny komiksów), gdyby w całej Polsce powstało około 10 profesjonalnych sklepów komiksowych więcej (jak np. Centrum Komiksu), które sprawiłyby, że można by było wtedy zrezygnować z dystrybucji komiksów w Empikach, narzucających dosyć nieciekawe warunki dla wydawców. A same komiksy też nie sprzedają się tak źle, problemem jest - jak zawsze - znalezienie nowych czytelników. Zresztą - gdyby było tak kiepsko jak ponoć jest, nikt nie pchałby się z kolejnym projektem - a tak jest Mroja, której same zapowiedzi wydawnicze budzą respekt. Może warto w tej sytuacji zacytować klasyka: "Więcej uśmiechu, hihi"! (a.)

#1 „Najczarniejsza Noc” jest już właściwie na wyciągnięcie ręki. Najbardziej wyczekiwana historia tego roku startuje już w maju. Przy okazji tegorocznego Free Comic Book Day ukaże się „The Blackest Night” #0, który będzie prologiem do wielkiej wojny siedmiu korpusów i jednocześnie wprowadzeniem czytelników „zielonych” (jakkolwiek nieporęcznie to brzmi) w temacie pierścieni, latarni i kolorowych emocji. Ekskluzywne, przykładowe plansze można obejrzeć na Newsaramie (pierwsza i druga) i IGN (pierwsza i druga). Pisze oczywiście Geoff Johns, który potwierdził, że zostaje w „Green Lanternie” po zakończeniu historii, a rysują Ivan Reis („Infinite Crisis”, „Green Lantern”) i Doug Mahnke („Final Crisis”, „Batman”). Drugi z wspomniany artystów będzie również ilustrował główną mini-serię startującą w lipcu, tutaj próbka jego umiejętności. (J.)

#2 Poniekąd na drugim, „eventowym” biegunie można znaleźć planowaną na kwiecień mini-serię „Timestorm 2009/2099”. Nie do końca rozumiem pomysłu szefostwa Marvela na odkurzenie futurystycznej wersji swoich herosów z 2099 roku, którzy spokojnie powinni spoczywać zapomniani w lamusie lat dziewięćdziesiątych, gdzie ich miejsce. Koncepty scenarzysty, Briana Reeda („Ms. Marvel”, „Secret Invasion: Frontline”) na ich reinterpretacje jakoś zupełnie mnie nie przekonują, a i graficzne (Eric Battle) próbki nie prezentują się rewelacyjnie. „Burza Czasowa” rozpocznie się w kwietniu. No cóż, pierwszy zeszyt ma przynajmniej fajną okładkę autorstwa Christophera Shy`a. (J.)

#3 Również w kwietniu ukaże się pierwszy numer trzyczęściowej mini-serii „Overlook”, wydawanej przez image`owski imprint Shadowline. Komiks Joshuy Williamsona (scenariusz) i Alejandro Aragona (grafika) będzie utrzymaną w noirowej estetyce opowieścią kryminalno-sensacyjną. Główną rolę w komiksie ma odegrać bokser Mickey „The Nickel” Nicholson, któremu kasa z ustawianych, nielegalnych walk przestaje wystarczać na codzienne wydatki i postanawia zrobić coś większego. Przewodni wątek niczym oryginalnym nie jest, przypomina choćby jedną z nowelek z „Pulp Fiction”, ale sam tytuł zapowiada się nieźle. Spodziewam się dużo akcji, krwi i twardzielskich gadek. (J.)

#4 Niedługo nakładem Fantagraphics wyjdzie niemal 200-stronicowy zbiór przygód superbohaterów z pierwszej połowy ubiegłego wieku. "Supermen! The First Wave of Comic Book Heroes 1936-1941" to praprzodkowie współczesnych "laserów z dupy" w wykonaniu takich artystów jak Will Eisner, Jack Kirby, Jack Cole, Joe Shuster, Jerry Siegel czy Fletcher Hanks. Oprócz 20 superbohaterskich historii z tamtych czasów, antologia ta zawierać będzie pełnostronicowe reprodukcje okładek, promocyjnych grafik, przedmowę Jonathana Lethema oraz posłowie redaktora tego dzieła Grega Sadowskiego. Dla wielbicieli trykotów i szeroko pojętego mejnstrimu jak znalazł. Dla tych którzy się jeszcze wahają - prezentacja komiksu. (a.)

#5 Ze względu na Dzień Świętego Patryka, wtorkowe nowości na Newsaramie był głównie w kolorze trawy i ogórków. Nie obyło się więc, bez "zielonego faceta z gadzim grzebieniem na głowie", którego majowy 148 numer serii wyjdzie pod szyldem "Free Comic Book Day". Jednak dla tych, którzy mogą mieć problemy z dostaniem tego darmowego komiksu, historia wyjdzie również w normalnej, płatnej formie. Te dwa wydania będą się od siebie różnić tym, że wersja FCBD pozbawiona będzie listów od czytelników oraz kolejnej części komiksu Gary'ego Carlsona i Franka Fosco. A co w samym numerze? A to, że pojawi się heros, który na stałe zagości w "Savage Dragonie" i będzie nim.. Daredevil! Jednak nie ten ze stajni Marela, a ten ze Złotej Ery. Prawa do mnóstwa postaci z tamtego okresu są teraz dobrem publicznym, więc kto chce, może tworzyć historie z Black Terrorem czy Miss Masque (obecnie Masquerade), co wykorzystał chociażby Alex Ross i Jim Krueger w swoim "Project Superpowers" (Dynamie Entertainment). Pojawienie się tej postaci w uniwersum Dragona spotkało się z krytyką w komentarzach na Newsaramie, a Larsen został oskarżony o kopiowanie cudzych pomysłów, o co sam oskarżał Marvela jakiś czas temu. Erik nie pozostał dłużny i o wszystkim napisał na swoim forum, nazywając krytykantów trolami. Wesoło. Preview do tego wzbudzającego kontrowersje numeru tutaj. (a.)

#6 Rok 2009 to nie tylko 70-lecie istnienia Marvela, ale i 35 urodziny Wolverine'a. Logan po raz pierwszy pojawił się w 181 numerze serii "Incredible Hulk" w roku 1974 i od tamtej pory stał się jedną z najbardziej rozpoznawalnych postaci w Marvel Universe, która w ostatnich latach pojawiała się chyba w każdej serii House of Ideas (co zostało zresztą nazwane "syndromem Wolverine'a"). A skoro są urodziny, skoro zaraz film o solowych przygodach herosa wejdzie do kin, jest to doskonała okazja, żeby kwiecień był miesiącem variantowych okładek z Wolverinem! Trzeba jednak przyznać, że tym razem wydawnictwo miało na tę całą akcję pomysł, który wygląda mniej więcej tak - co by było gdyby Logana rysował Pablo Picasso? Albo Edward Gorey? Czy też Andy Warhol? Kilku współczesnych grafików podjęło wyzwanie, wcieliło się w powyższych artystów a efekty ich pracy będzie można zobaczyć na okładach wielu Marvelowych serii ("Agents of Atlas","Amazing Spider-Man"). Kilka przykładów: Edward Gorey (Skottie Young), Rene Magritte (Jason Chan), C.M. Coolidge (Paolo Rivera, który to też podszył się pod Salvadora D. w grafice ilustrującej tego newsa). Natomiast Logana w wersji Van Gogha, Warhola i Pablo Picasso można podejrzeć tutaj. (a.)

#7 Jeszcze nie tak dawno pisaliśmy o „The Nobody”, nowej powieści graficznej Jeffa Lemire`a, która jeszcze nie zdążyła trafić na sklepowe półki, a już Karen Beger z Vertigo, na konwencie ComicsPro w Nashville, ogłasza kolejny tytuł twórcy „The Essex County”. „Sweet Tooth” będzie serią regularną opowiadającą o Gusie, chłopcu o jelenim porożu, który po latach leśnej izolacji wyrusza na spotkanie z cywilizacją. Jak opowiada sam autor, jego pierwszy ongoing będzie zderzeniem klimatów „Mad Maxa” z wątkami „Wyspy Doktora Moreau”. Zapowiada się ciekawie. (J.)

#8 W czerwcu Crystal Lake ponownie zostanie nawiedzone przez mrożące krew w żyłach trio znane z dużego ekranu. Sześć miesięcy po ich ostatnim spotkaniu, losy Freddy'ego Kruegera, Jasona i Asha Williamsa ponownie się skrzyżują w serii trzyczęściowej mini-serii "Freddy vs. Jason vs. Ash: The Nightmare Warriors". Za scenariusz odpowiedzialni są Jeff Katz i James Kuhoric, za grafikę Jason Craig a okładki należą w całości do Arthura Suydama. Natomiast seria wyjdzie pod szyldem Dynamite Entertainment / Wildstorm. I nie muszę chyba specjalnie pisać czego można się spodziewać kiedy owa trójca ponownie się zjednoczy. Ciekaw jestem tylko, czy kiedykolwiek powstanie kinowa ekranizacja przygód tego osobliwego trio, o której mówi się co najmniej od czasu filmowego crossovera "Freddy vs. Jason". (a.)

piątek, 20 marca 2009

#148 - El Diablo

Szeryf Moses Stone prowadzi przyzwoite życie w małym miasteczku. Wzorowo wywiązuje się z obowiązków stróża prawa w Bollas Raton, ma kochającą żonę i cieszy się szacunkiem innych mieszkańców. Definitywnie zerwał z fachem i reputacją „Świętego”, jednego z najbrutalniejszych i najskuteczniejszych łowców nagród. Niestety, spotkanie z owianym legendą rewolwerowcem El Diablo położy kres tej sielance. Stone wraz z grupką towarzyszy rusza za nim aż do Halo, zapadłej dziury w Nowym Meksyku, z której pochodzi i gdzie będzie musiał zmierzyć z tajemnicą ze swojej przeszłości.

Pomysł Briana Azzarello na scenariusz „El Diablo” był przedni. Wystarczyło ożywić nieco skostniały westernowy schemat przyprawą z noir i dodać szczyptą grozy. Niestety gotowy posiłek nie jest tak wyśmienity, jak wygląda w przepisie. Niby wszystko w komiksie jest na swoim miejscu. Mamy zatem intrygujący sekret głównego bohatera, są colty i saloony, kapelusze i Indianie, nie braknie pościgów, wieszania i zaskakującego rozwiązania, ale cały komiks smakuje mdło. Zgrzytającej fabule brakuje polotu, zakończenie jest naciągane i zamiast przywoływać szekspirowskie skojarzenia, przypomina raczej przegięcia pały rodem z telenowel. Tych gorszych, wenezuelskich. Po komiksie widać jeszcze niewprawną rękę, jaką Brian Azzarello pisał swoje scenariusze w 2001 roku. Jeśli chodzi o jakieś plusy, to „El Diablo” warto wyróżnić kreację głównego bohatera, w którym Azz sprawnie demitologizuje westernowego herosa oraz sprawnie odmalowany obraz zdegenerowanego i zdemoralizowanego Dzikiego Zachodu.

Z oprawą wizualną mam ciężki orzech do zgryzienia. Trudno jest mi bowiem coś zarzucić rysownikowi pod względem tzw. rzemiosła. Ba! Danijela Zezeljego z jego grubo ciosaną, nieco klaustrofobiczną, minimalistyczną kreską, którą świetnie oddaje wspomniany brud, można nawet podejrzewać o zaczątki własnego stylu. Ale coś mi (znowu) zgrzyta. Na dłuższą metę rysunki chorwackiego artysty strasznie mnie „męczyły” podczas lektury. Na osobne wyróżnienie zasługują natomiast okładki autorstwa, jak zwykle znakomitego, Tima Sale`a.

Przeszkodą dla polskiego czytelnika, który jest słabiej obeznany z językiem angielskim, będzie zapewne słownictwo, z którego korzystają bohaterowie komiksu. A kiedy już zrozumieją slang kaleczących angielszczyznę kowbojów, komiks zdąży się skończyć, bo historia zamyka się w czterech, standardowej wielkości, zeszytach.

„El Diablo” budzi we mnie bardzo mieszane uczucia. Bo to niby słaby komiks jest, ale nie ukrywam, że czytałem go z pewnym zaciekawieniem. Przymykałem oczy na fabularne niedostatki i brnąłem, aż do rozczarowującego końca. I jestem coraz bardziej przekonany, że Brian Azzarello nie jest tak wybitnym scenarzystą, jak sądziłem. Odseparowany od graficznej narracji Eduardo Risso, pokazuje się jako pisarz, który na dobrą sprawę nie ma nic ciekawego do zaoferowania swojemu czytelnikowi. Taki był na kartach „Bannera”, „Jokera” czy „Broken City” (gdzie dupę scenarzyście ratował właśnie Risso), tak jest w „El Diablo”. Mam jednak nadzieję, że będzie inaczej w „Hellblazerze” i „Loveless”, które są jeszcze przede mną.