Pokazywanie postów oznaczonych etykietą retro. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą retro. Pokaż wszystkie posty

środa, 21 lipca 2010

#509 - Metacom

Komiksowa twórczość Jacka Widora nie jest powszechnie znana. To jeden z wielu zapomnianych komiksiarzy z przełomu lat osiemdziesiątych i dziewięćdziesiątych, który został przypomniany dopiero teraz, dzięki wydawnictwu Ongrys. Pochodzącego z Krakowa Widora od zawsze interesowała sztuka filmowa. Nie mogąc jednak realizować swoich pomysłów na celuloidowej taśmie, wybrał komiks, jako najbliższy ekwiwalent filmu.
Jednym z jego pierwszych projektów był właśnie "Metacom". Komiks pierwotnie publikowany w odcinkach, na łamach "Świata Młodych" w 1986 roku, opowiada historię buntów indiańskich pod wodzą tytułowego Metacoma z plemienia Wampanoagów. Koncept wydaje się świetnym materiałem na nieco romantyczną historię przygodową o walce szlachetnych czerwonoskórych w obronie ziemi, na której żyją i wartości, jakie wyznają. Jacek Widor miał jednak inne ambicje. Walki rdzennych mieszkańców Ameryki z europejskimi najeźdźcami z końca XVII wieku potraktował, jako świetny materiał na komiks paradokumentalny. "Metacom" stara się być tak bliski faktom, jak to tylko możliwie. W latach osiemdziesiątych Widor miał jednak bardzo ograniczony dostęp do jakichkolwiek opracowań i źródeł historycznych, które teraz są powszechnie dostępne. Jak skromnie przyznaje dzisiaj, w jego młodzieńczym utworze jest mnóstwo niedopatrzeń, brakuje wielu faktów i postaci, a prawda historyczna okazuje się znacznie bardziej skomplikowana. Pewne wątki wymagają dopowiedzenia, a ówczesna obyczajowość Indian szerszego nakreślenia.

Ja nie byłbym dla "Metacoma" tak surowy. Pomimo wszystkich zastrzeżeń, jakie autor zgłasza do swojego dzieła, udało mu się stworzyć bardzo przekonującą kronikę indiańskiego buntu, która w dodatku jest zajmującą lekturą. Spora ilość materiału historycznego została podana w strawnej, obrazkowej formie, która w porównaniu do dzisiejszych komiksów historycznych, prezentuje się naprawdę dobrze. Brakowało mi jedynie jakiejś dramatycznej osi, efektownie spinającej całość. Mógłby to być jakiś fikcyjny wątek lub ujęcie tematu w szerszą perspektywę (np. moralną), która zresztą pojawia się w zakończeniu.
Oprawa graficzna nie wygląda źle, więcej – prezentuje się całkiem nieźle. Oczywiście, oprawa wizualna często zdradza pewne niedostatki warsztatowe Widora, takie jak problemy z perspektywą czy kulejący dynamizm, ale nie sposób odmówić jej uroku. Po ilustracjach widać ogrom pracy, jaki włożył w nie autor, pieczołowicie odwzorowując koloryt epoki, opracowując sceny batalistyczne. Mimo pewnej archaiczności, "Metacom" może się podobać. Nie można mieć również żadnych zastrzeżeń do jakości edycji. Komiks został wydany w wysokim standardzie, a co najważniejsze – w całkiem przystępnej cenie

Ongrys przypomniał ciekawy epizod z historii polskiego komiksu z czasów, kiedy na rynku królowały komiksy o zupełnie innym charakterze. Ukazywało się mnóstwo pozycji dla dzieci, o charakterze humorystycznym, publikowano historie przygodowe, sensacyjne czy science-fiction, często zapatrzone w amerykańskie lub europejskie wzorce, trafiały się też fabuły historyczne, poświęcone głównie polskiej historii. Komiks-dokument Jacka Widora to rzecz zupełnie osobliwa na tym tle.

wtorek, 30 marca 2010

#408 - Komiksowa dekada za Oceanem, cz.5: Podsumowanie

W końcu udało mi się dobrnąć do ostatniego odcinka cyklu, w którym wraz z redaktorami CBR podsumowałem pierwszą dekadę nowego wieku. W kolejnych odcinkach starałem przybliżyć się najważniejsze wydarzenia zza Oceanu. W czterech odsłonach przedstawiłem kolejno lata 2000-2002, 2003-2006, rok 2007 i 2008-2009. Na deser Tim Callahan, Shaun Manning, Kiel Phegley, Dave Richards, Steve Sunu, Georege Traumontanas i Josh Wigler wskazali na kilka dominujących trendów w amerykańskim komiksie z początku XXI wieku oraz wybrali swoje "Best of…" ostatnich dziesięciu lat. Nie przedłużając zbytnio…

1. Scenarzyści gwiazdami komiksowego przemysłu!

W latach dziewięćdziesiątych w komiksie rysunek dominował nad scenariuszem. Po przełomowych dla super-hero latach osiemdziesiątych, kolejna dekada nie przyniosła żadnej rewolucji. Scenarzyści trzymali się ram konwencji i starali się nie wychylać. Trendy w mainstreamie wyznaczali tacy graficy, jak Jim Lee, Todd McFarlane czy Rob Liefeld. Komiksy ich współautorstwa zarabiały krocie i sprzedawały się w rekordowych nakładach, które dziś są nie do pomyślenia. Efektowna oprawa wizualna "sprzedawała" komiks, nawet jeśli miał marną fabułę. Taki mniej więcej obraz ostatnich dziesięciu lat poprzedniego stulecia w amerykańskim komiksie proponują redaktorzy CBR.

Nie wdając się w jałowe dyskusje o wyższości grafiki nad tekstem w komiksowym medium, warto wspomnieć o efektownym wzlocie i rychłym upadku Image Comics, będącym synonimem stylu lat 90-tych. Magnesem dla czytelników komiksów tej stajni mieli być najpopularniejsi rysownicy, co z czasem się zmieniło. Z drugiej strony trzeba przywołać przykład Vertigo, które w latach dziewięćdziesiątych przepięknie rozkwitło, właściwie wyłącznie dzięki znakomitym scenarzystom - Neilowi Gaimanowi, Warrenowi Ellisowi, Grantowi Morrisonowi, czy Peterowi Milliganowi. Bardzo często oprawa graficzna komiksów tego imprintu była na drugim planie, więc nie do końca lata dziewięćdziesiąte upłynęły pod znakiem dominacji obrazu nad słowem (o ile taki sąd w przypadku komiksu można w ogóle wydawać!).

Nie można jednak odmówić trafności osądowi redaktorów CBR, bo rzeczywiście komiksy teraz są sprzedawane przez gorące nazwiska scenarzystów. Wydawcy pchają na afisz wspomnianego Morrisona, Geoffa Johnsa, Briana M. Bendisa, Roberta Kirkmana czy Eda Brubakera i to nie ulega wątpliwościom. Ich rola w przemyśle wzrosła. Jak sądzę, jest to spowodowane osłabieniem pozycji redaktorów odpowiadających za prowadzenie konkretnej serii bądź rodziny tytułów i rozszerzeniem kompetencji niektórych piszących komiksowe skrypty, a nie poprzez odstawienie na boczny tor grafików.

2. Inwazja (z) Hollywood

Na komiksach zarabia się coraz mniej, sprzedaż z roku na rok spada, a rynek się kurczy. Wybawieniem dla ogarniętej kryzysem branży okazało się Hollywood, które z kolei zmaga się z brakiem dobrych scenariuszy. Tych pod dostatkiem można znaleźć w komiksach. Amerykański przemysł filmowy miał pieniądze, a komiksowe wydawnictwa pomysły i dziesiątki tysięcy fanów gotowych wyłożyć pieniądze na bilety do kina na filmy ze swoimi ulubionymi herosami. Związek idealny.

Masowe ekranizacje komiksowe to trend utrzymujący się już od dłuższego czasu, natomiast tendencja odwrotna pojawiła się dopiero niedawno. Scenarzyści filmowi czy serialowi, a także pisarze, biorą się za tworzenie komiksów. Kevin Smith z J. Michealem Straczynskim przetarli szlaki, a ich tropem poszli Duane Swierczynski, Charlie Huston, Victor Gischler, Tyrese Gibson i Joss Wheadon. Nieśmiało dołączają do nich także muzycy (Rob Zombie, Gerard Way, Scott Ian). Czyżby modnym było pochwalenie się w tzw. "towarzystwie" własnym komiksem? Kto więc następny - aktorzy, modelki, prezenterzy pogody?

3. Konwenty komiksowe stają się pop-kulturowymi festynami

Minęły już te czasy, kiedy konwent komiksowy kojarzył się ze spotkaniem przebranych za swoje ulubione postacie pryszczatych okularników, którzy zebrali się na by pogadać o komiksach, spotkać się z autorami, posłuchać, co do powiedzenia mają wydawcy, wziąć udział w panelu dyskusyjnym. Tradycja przebieranek wciąż trzyma się mocno, ale na konwentach obok komiksów pojawiają się gwiazdy filmowe promujące najnowsze blockbustery, geekowi celebryci czy producenci technologicznych zabawek. Komiksy toną wśród gier komputerowych, figurek, plakatów, kubków, koszulek i innego tałatajstwa.

4. Chroniczne opóźnienia premier komiksowych

Zawalanie terminów, mniejsze lub większe obsuwy premier i składanie obietnic bez pokrycia nie jest tylko specjalnością polskich wydawców. Nic tak nie irytuje fanów za Oceanem jak opóźnienia sięgające często kilku miesięcy. I o ile polski czytelnik może mieć jeszcze jakąś nadzieję, że za dany tytuł weźmie się inny wydawca, tak w Stanach nie ma żadnej pewności, że niektóre serie nie zostaną porzucone w połowie. Pół biedy, kiedy poślizgi dotykają mini-serie (niesławne "Ultimate Wolverine vs. Hulk"), czy serie z niecierpliwością wyczekiwane przez czytelników (rekordowe opóźnienia "Ultimates" czy "Astonishing X-Men"), znacznie gorzej jest w przypadku tytułów, które decydują o radykalnych zmianach w całym wydawnictwie/uniwersum ("Final Crisis" i "Civil War" świecą tu niechlubnym przykładem).

Innym niesławnym zwyczajem na amerykańskim rynku jest zastępowanie rysownika permanentnie borykającego się z deadline'ami, przez innego w połowie serii. Strasznie mnie to irytuje, kiedy w połowie trade'a ktoś przejmuje pałeczkę rysownika. Często fatalnie to wychodzi.

5. Wydania zbiorcze wypierają zeszyty

Niektórzy jednak nie przejmują się kolejnymi obsuwami, bo spokojnie czekają sobie na wydanie zbiorcze, które niepostrzeżenie wypierają tradycyjne zeszyty. Sprzedaż tych ostatnich z roku na roku systematycznie maleje i tradycyjnemu "kolorowemu zeszytowi" zaczyna grozić wyginięcie. W dodatku wyrasta mu dodatkowy konkurent w walce o klienta - komiks cyfrowy. W Ameryce nikt jednak nie zamierza tęsknić za cieniutką, 24-stronicową broszurką, okraszoną nawet dwunastoma stronami reklam, kosztującą cztery dolce. Mniej więcej od czasów przejęcia sterów w Marvelu przez Joe Quesadę, rozpoczął się proces masowego zbierania poszczególnych odcinków w grubsze albumy. Zaraz potem pojawiły się wydania twardo okładkowe, w których umieszczono zawartość dwóch tradycyjnych wydań zbiorczych, a potem limitowane nakłady omnibusów, które zbierały nawet po cztery paperbacki, zwyczajowo w nieco wyższym standardzie wydawniczym (liczne bonusy, powiększony format, obwoluta). Wszystkie te formaty spotkały się z entuzjastycznym przyjęciem.

Czytanie wydań zbiorczych ma same zalety. Nie trzeba miesiącami czekać na kolejny odcinek ulubionego serialu, który musi skończyć się cliffhangerem. Nie trzeba za każdym razem przeglądać poprzednich numerów, żeby być na bieżąco i nie trzeba się martwić, że przegapiło się jakiś tie-in czy któryś z odcinków. No i wydania zbiorcze wyglądają ślicznie na półce!

Niestety, przerzucenie się na trade'y ma również swoje ciemne strony. Nie jest tak, ze czytelnik jest w stanie kupić więcej (komiksów/albumów), za mniej (pieniędzy). Dawniej scenarzyści potrafili zmieścić w jednym zeszycie fabułę, która miała swój początek i koniec, a teraz fabuły są o wiele bardziej zdekompresowane, rozpisane na większą ilość stron.

6. Komiks cyfrowy szturmuje rynek

I nie mam tu na myśli Zudy czy marvelowego DCU, tylko web-komiksy, których nikt już nie określa, jako substytutu papierowych historyjek obrazkowych, gorszej odmiany klasycznego komiksu czy traktowanych z pogardą "braci mniejszych". Publikowane w Internecie komiksy, takie jak "Achewood", "Penny Arcade" czy "PvP" przez czytelników i krytyków traktowane są na równi ze "zwykłymi" trade'ami czy zeszytami.

Kiel Phegley zwraca uwagę na jeszcze jedną sprawę. Dziesięć lat temu nikomu nie śniło się, że sieć będzie wyglądała tak, jak wygląda obecnie. Dziesiątki serwisów, setki stron tematycznych, tysiące blogów, olbrzymia baza tekstów, publikacji, materiałów, jak i samych komiksów. Dyskusje, wywiady, twittery, fejsbuki - jak światek komiksowy i sama sieć będą wyglądały za dziesięć lat?

Najlepsi w ostatniej dekadzie:

Redaktorzy CBR zadali sobie również trud, aby wskazać kilka "naj…", "naj…", "naj…" z pierwszej dekady XXI wieku. Kończąc, pokrótce przedstawię ich wybory.

Najlepszą postacią komiksową został wybrany większością głosów Spider-Man, który w pierwszej dekadzie XXI wieku dostał trzy kasowe hity kinowe, dwie przebojowe serie komiksowe ("Ultimate Spider-Man" Bendisa i "Amazing Spider-Man" Straczynskiego), dołączył do Avengers, ujawnił swoją tożsamości i się rozwiódł. Sporo tego. Dwóm komiksowym ikonom, Kapitanowi Ameryce i Supermanowi, dla których lata dziewięćdziesiąte okazały się fatalne (szczególnie dla Człowieka ze Stali) zostały świetnie odświeżone przez utalentowanych artystów. Warto wspomnieć również o Halu Jordanie i Bucky'm Barnesie, którzy efektownie powrócili zza grobu, by stać się kolejno najfajniejszą Zieloną Latarnią i symbolem Ameryki godnym XXI wieku. W wyborach najlepszej serii królowały… komiksy niezależne. Trzy głosy dostały uwielbiane za Oceanem "Żywe Trupy", a dwa - "Strangers in Paradise". Z bardziej superbohaterskich rzeczy, Dave Richards docenił jedynie run Granta Morrisona w "JLA", który trwał od 1997 do 2000 roku, uznając go za prototyp nowoczesnych komiksów drużynowych ("New Avengers", "Authority", "Ultimates").

Jeśli chodzi o powieść graficzną, to właściwie każdy z redaktorów wskazał swojego faworyta i przyznam, że byłem nimi mocno zaskoczony. O "Creature Tech." Douga TenNapela nigdy nie słyszałem, a "Human Target: Final Cut" Petera Milligana i Javiera Pulido ledwie obiło mi się o uszy, podobnie jak "Alice in Sunderland" Bryana Talbota. Dużo dobrego słyszałem natomiast o "Asterios Polyp" Davida Mazzucchiellego, a kultowego Scotta Pilgrima będę miał okazję wkrótce przetestować osobiście.

Równie urozmaicone były wybory najlepszych twórców dekady. Wśród rysowników powszechne uznanie budzi talent nieznanego w Polsce JH Williamsa III (drogi Egmoncie, "Promethea" do scenariusza Alana Moore'a), tuż za nim wymieniani są Frank Quitely i Bryan Hitch, mistrzowie efektownej kreski. Pewnie długo będę musiał czekać na rodzime wydania komiksów autorstwa Darwyna Cooke'a ("New Frontier" i "Parker") i Micheala Larka (praca przy "Daredevilu" i "Gotham Central"), dwóch kolejnych artystów, docenionych przez redaktorów CBR. Wśród scenarzystów zacięty bój stoczyli król Marvela Brian M. Bendis i szalony Szkot Grant Morrison i nieznacznie wygrał łysy Żyd z Cleveland. Pod koniec dekady zabłysnął jeszcze Geoff Johns i albo bardzo szybko zgaśnie, ale stanie się Bendisem drugiej dekady XXI wieku.

poniedziałek, 15 marca 2010

#401 - Komiksowa dekada za Oceanem, cz.4: 2008-09

To już przedostatnie wydanie cyklu podsumowującego ostatnią komiksową dekadę za Oceanem (a właściwie "dekadę", bo pierwsze dziesięciolecie nowego tysiąclecia dobiegnie końca dopiero z kresem bieżącego roku). W przyszłym tygodniu wraz z redaktorami CBR przyjrzę się najciekawszym tendencjom, wybiorę najważniejszych twórców, serie, albumy i postacie.


1. Zmiany Diamonda

W styczniu ubiegłego roku sieć bezpośredniej dystrybucji Diamond Comic Distributors, będąca rynkowym monopolistą, jeśli chodzi o wydania zeszytowe, zmieniła zasady współpracy ze swoimi kontrahentami. Jakie miało to znaczenie dla rynku? Mocno odczuły to typowe sklepy komiksowe, odwiedzane w każdą środę przez Sheldona Coopera i jego kolegów. Teraz, po podniesieniu "minimum orders" o wiele trudniej jest się przebić twórcom niezależnym, którzy ze swoimi pracami starają się dotrzeć do czytelników przez Amazona i dystrybutorów książkowych oraz… za pomocą sieci. Nie jestem pewien czy Diamond nie strzelił sobie w stopę tym posunięciem i nie przyspieszył momentu, w którym każdy będzie sobie mógł ściągnąć cyfrową wersję najnowszego numeru swojej ulubionej serii. Rzecz jasna jest to kwestia z pewnością lat, a może nawet dziesięcioleci, więc wieszczenie rychłego upadku monopolisty wydaje się naiwne. Przynajmniej w chwili obecnej. Ale podoba mi się wizja Kiela Phegleya – zeszytówki będzie się czytało z ekranu komputera, trade'y i omnibusy będzie można kupić w największych księgarniach internetowych, a niezależnych prosto od wydawców, na przykład od ręki na konwentach typu MoCCA czy SPX.

2. Kinowe rządy "Mrocznego Rycerza"

Hype nakręcony wokół "Mrocznego Rycerza", drugiej części filmowego "Batmana" w reżyserii Christophera Nolana, zapowiadał spory sukces, ale nikt nie spodziewał się, że będzie on aż tak wielki. Zaliczając najlepsze otwarcie, okazał się również najbardziej kasowym filmem z komiksowym rodowodem, a drugim w ogóle, w całej historii kinematografii. Oczywiście, po premierze "Avatara" te dane mogą być już nieaktualne, ale wciąż budzące szacunek. I nie sposób zapomnieć o znakomitej roli Heatha Ledgera, nagrodzonej (słusznie, czy niesłusznie) Oscarem, którego Joker dla wielu był najlepszym wcieleniem tej postaci w ogóle.

Bardzo trafnie o "Mrocznym Rycerzu" wypowiada się George Tramountanas, mówić, że to film oparty na motywach komiksu dla dzieci, ale zrobiony przez dorosłych i dla dorosłych. Batman w XXI wieku ucieka od banalnych schematów obecnych w kiczowatych opowieściach obrazkowych, podejmując jednak ich klasyczne motywy, takie jak walka dobra ze złem, odwieczny wybór pomiędzy ratowaniem ukochanej, a powstrzymanie super-łotra, proces transformacji zwykłej jednostki, w złowieszczego villaina. Całość podana jest w efektownej, sensacyjnej otoczce, strawnej dla przeciętnego, współczesnego widza, który niekoniecznie musi tolerować trykoty.

Co ciekawe, wśród redaktorów CBR wydzieliła się frakcja, która wyżej od dzieła Nolana ceni sobie "Iron-Mana", który jest bardziej "komiksowy" i przez to lepiej trafia w ich gusta. Mnie również z początku drażniło to, że w nowym Batmanie jest tak mało Batmana i dopiero po pewnym czasie przyzwyczaiłem się do nowej poetyki i czekam cierpliwie na finał trylogii.

3. Koniec świata, czyli premiera "Strażników"

Dla przeciętnych czytelników komiksów i potencjalnych widzów "Strażnicy" to kolejna z adaptacji do zaliczenia w multipleksie. O tyle ciekawa, że dotyczy tym razem prawdopodobnie najważniejszej powieści graficznej o super-bohaterach w historii, która uchodziła za nieprzekładalną na język filmu. Dla mnie, była to sprawa znacznie cięższego gatunku, wpisująca się w schemat uciskania genialnego artysty przez żądną zysków korporację. Odsuwając wszystkie fanaberie i arogancję (moim zdaniem słuszną) Alana Moore'a, kręcenie filmu na podstawie komiksu jego autorstwa wbrew jego woli uważam za czystej wody draństwo. Żeby jeszcze z tego konfliktu wyszedł jakiś naprawdę dobry film, a nie nużące i rozciągnięte do granic możliwości, patetyczne ścierwo, można by się Moore'owi zaśmiać w twarz, ale tak można jedynie rumienić się z zażenowania.

Utwór Zacka Snydera można zobaczyć bądź go sobie odpuścić. Dla mnie decyzja o obejrzeniu "Strażników" wiązała się z dylematem. Czy wziąć przykład z nieprzejednanego do samego końca Rorschacha, zawsze postępującego w zgodzie ze sobą i swoim zasadami, który przez swoją maskę potrafił dostrzec jedynie dwa kolory – czerń i biel, czy raczej zachować się jak Ozymandiasz, najmądrzejszy ponoć człowiek na świecie, dostrzegający wszystkie odcienie szarości. Stanąć po stronie twórcy, którego cenię, czy wytwórni/wydawnictwa?

4. Epickie wydarzenia po raz pierwszy ("Secret Invasion")

To miał być wielki crossover, dorównujący jakości niezrównanej "Wojnie Domowej". Znakomicie i sensownie przygotowany, oparty na banalnym, ale świetnym pomyśle, w który zaangażowano najlepszych twórców zatrudnionych w Marvelu (Brian M. Bendis i Leinil Francis Yu). Historią, którą mozolnie przygotowywano od wielu lat. Słowem – to nie mogło się nie udać, ale jednak – "Sekretna Inwazja" okazała się niewypałem. Cholernie dużo obiecywałem sobie po tym wydarzeniu. Wypadki związane z Illuminati, odkrycie pierwszego Skrulla na łamach "New Avengers", wreszcie pierwsze zeszyty głównej mini-serii i… to właściwie tyle. Potem rozczarowanie goniło rozczarowanie, które nawet niby dramatyczny finał i zapowiedz "Dark Reign" miały zrekompensować. Ale tego niestety nie zrobiły.

"Wyobraźnie sobie, co by było gdyby Skrullowie naprawdę wygrali. Komiksy mogły opowiadać o wspólnym froncie ruchu oporu herosów i łotrów, ścierających się z zmiennokształtnymi kosmitami polującymi na niedobitki kolorowych trykotów" – zdecydowanie Dave Richards ukradł mój pomysł. TO mogłyby być PRAWDZIWE "Mroczne Rządy", a nie te kilka miesięcy sławy Normana Osborna, które właśnie dobiegają końca. Takie rozwiązanie na rok rozwijałoby niesamowite pole do popisu dla szeregu scenarzystów, które nigdy nie zostanie wykorzystane.

5. ... i po raz drugi ("Final Crisis")

Nie wiem czy Ostateczny, Finałowy i Największy z "Kryzysów" w DC był dobry czy zły, bo zwyczajnie go nie czytałem. Faktem jednak pozostaje, że większa część czytelników zrównała go dosłownie z ziemią. "Zatrudnić Granta Morrisona przy "Final Crisis" to tak jakby wynająć Davida Lyncha do nakręcenia "Transformerów" – trudno nie zgodzić się z opinią George'a Tramountanasa, choć nie skreśliłbym z góry pracy szkockiego scenarzysty przy trykociarzach. Inna sprawa, że w sprawach wydawniczych DC dało zwyczajnie ciała. O ile można znieść potworne opóźnienia, mnóstwo tytułów opatrzonych logiem "FC", które nie miały z nim nic wspólnego, zmianę na stanowisku grafika głównej mini-serii (bo to przywary większości crossoverów), ale brak odpowiedniej chronologii poszczególnych serii i zeszytów, złe rozłożenie fabuły między "Batman R.I.P.", "Final Crisis" i "Superman Beyond" to karygodne niedopatrzenia.

"Tak po prawdzie "FC" jest historią o jednym, cholernie złym dniu w DCU, a w pewnym momencie znakomitym miksem klimatów post-apokaliptycznych i klasycznego super-bohaterstwa, poskładaną w bardzo ładnym zbiorczym wydaniu" – krótko i celnie podsumował Tim Callahan.

6. Przeciętna cena komiksowego zeszytu rośnie do 3.99$

Z powodu kryzysu gospodarczego, kurczącego się z roku na rok rynku komiksowego i malejącej sprzedaży, podwyżka ceny pojedynczego zeszytu wydawała się nieunikniona. Czytelnicy, czyli klienci podnieśli wrzask, ale nie miało to żadnego znaczenia, bo wydawcy po prostu nie mieli wyboru. Koszta rosły, a dochody były coraz mniejsze. Żeby ratować biznes, trzeba było podnieść ceny. I to o niemało, bo o 33%. Mimo tego, sprzedaż utrzymała się na podobnym poziomie. Prawda jest taka, że czytelnicy pozostali przy swoich ulubionych seriach, rezygnując z tych, które kupowali okazyjnie, od czasu do czasu. Podwyżka odbiła się głównie na mniej popularnych tytułach, często doprowadzając do ich zamknięcia.

Oczywiście, ten miecz ma dwa ostrza i na dobrą sprawę jest takim błędnym kołem. Żeby pozostać na rynku i nie tracić czytelników, trzeba podnosić ceny, co z kolei powoduje odpływ czytelników. Nie orientuje się na tyle dobrze w amerykańskim rynku i nie interesują mnie zbytnio wyniki sprzedaży dlatego nie chce wieszczyć żadnych apokaliptycznych wizji upadku amerykańskiego przemysłu komiksowego. Tak jak każdej innej branży, także w tej może zdarzyć się bessa, po której nastąpi hossa. Miejmy nadzieję, że tak będzie i w tym przypadku.

7. Disney kupuje Marvela

Fakt kupienia największego wydawcy kolorowych zeszytów przez potężny konglomerat medialny był szeroko komentowany w sieci, ale tak naprawdę, na dobrą sprawę nikt nie wie co może oznaczać i z czym będzie się on wiązał. Można mnożyć spekulację o próbie uczynienia z Marvela kopalni znakomitych filmowych licencji, na których obecnie zarabia się teraz spore pieniądze. Myślę, że nie ma co panikować i zżymać się, że Myszka Miki szturmem wzięła Dom Pomysłów i zamkną MAX imprint, a w towarzystwie Wolverine'a będzie występował Kaczor Donald.

Sądzę raczej, że jakieś widoczne zmiany w Marvelu zaczną pojawiać się dopiero za kilka dobrych lat. Jak przypuszczam połączenie takich dwóch molochów nie jest sprawą łatwą, a przeciętni czytelnicy nie mają pojęcia o owej strukturze wydawnictwa i wpływie Disneya. Jedyne, co pozostaje to tylko czekać na efekty "transakcji tysiąclecia".

8. Zmiany w strukturze zarządzania DC Comics

Równolegle z przejęciem Marvela przez Disneya spore zmiany dotknęły drugiego giganta komiksowego rynku. DC Comics zostało przemianowane na DC Entertainment, kompetencje Paula Levitza, byłego już szefa wydawnictwa, zostały rozdzielone na kilka innych osób, o czym pisałem w jednym z ostatnich wydań Trans-Atlantyka. Rządy Levitza można uznać raczej za zachowawcze – były scenarzysta wychodził z założenia, że jeśli coś działa dobrze, to nie trzeba tego naprawiać (cytując Kiela Phegley'a). Prawda jest jednak taka, że DC we wszystkich właściwie kategoriach przegrywa z Marvelem, dysponując obiektywnie znacznie większym potencjałem pod właściwie każdym względem.

Wraz ze zmianą kierownictwa DCE uświadomiło sobie, że trzeba coś zrobić z taką sytuacją. Zapowiedzi są z pewnością huczne, a wydawnictwo chce skupić się nie tyle na komiksach, co na filmach animowanych produkowanych prosto na DVD, serialach telewizyjnych i wreszcie filmach kinowych.

wtorek, 2 marca 2010

#387 - Komiksowa dekada za Oceanem, cz.3: 2007

W mojej wędrówce w przeszłość dotarłem do roku 2007, kiedy w komiksowym światku sporo się działo. Zresztą, jak w każdym. Według redaktorów Comic Book Resources ten rok był wyjątkowy, a może wręcz przełomowy. Ukazało się mnóstwo świetnych albumów/zeszytów i sporo dużych filmów, a w komiksowym przemyśle doszło do kilku zmian. No cóż, moim zdaniem o wiele bardziej znaczące były lata 2008-2009, o których napiszę za tydzień, ale w 2007 również nie można było narzekać na nudę.

1. Spider-Mana powrót do kawalerstwa

Spider-Man znalazł się w bardzo ciekawym położeniu na początku 2007 roku. Jego tożsamość była powszechnie znana, jego życie osobiste stało się dość skomplikowane, scenarzysta głównej serii z jego udziałem ("The Amazing Spider-Man") J.M. Straczynski mocno pomieszał przy jego pajęczych zdolnościach. A do tego dobijał trzydziestki. Jednym słowem – pisanie kolejnych przygód Człowieka Pająka dawało wielkie pole do popisu dla potencjalnego następcy Straczynskiego. Niestety, nic z tego nie wyszło, bo Joe Quesadzie i szychom z Marvela nie odpowiadało, że losy najbardziej rozpoznawalnego herosa ich wydawnictwa się tak poplątały. W historii "One More Day" postanowili dosłownie wykasować ostatnie dwadzieścia lat z życia Petera Parkera, wymazując jego małżeństwo, a jego samego cofając do intelektualnego i emocjonalnego poziomu liceum. Jak rozumiem intencją włodarzy Domu Pomysłów było przywrócenie pająka-nastolatka (patrz: "Ultimate Spider-Man"), bardziej przystępnego dla młodszych czytelników (patrz: "Marvel Age Spider-Man") w 616-tce. O pomstę do Boga woła jednak brutalny sposób, w jaki potraktowano wszystkich twórców, którzy pisali i rysowali Spider-Mana przez ostatnie kilkadziesiąt lat.

W 2010 roku wszystkie tajemnice związane z "One More Day" i "Brand New Day" moją zostać wyjaśnione. Ponoć. Niektórzy pogodzili się z nowym status-quo Pająka, inni nie. Jedni z przyjemnością śledzą "nowe" historie, dla innych to heretyckie elseworldy, albo w najlepszym przypadku – bardzo słabe komiksy. Mnie można zaliczyć do tej drugiej grupy, choć nie żebym regularnie zaglądał do najnowszych numerów "Spidera".

2. "Oh my God! They killed Captain America! You bastards!"

Śmierć Kapitana Ameryki zaskoczyła wszystkich. Co prawda niektórzy spodziewali się, że tak właśnie może skończyć się "Civil War", ale zabójstwo Rogersa w jubileuszowym, 25 numerze jego serii regularnej było prawdziwym szokiem dla wszystkich czytelników. Chwała Marvelowi, że udało mu się do właściwie ostatniej chwili utrzymać w tajemnicy plany Eda Brubakera. Zgon komiksowego symbolu Ameryki bardzo szybko stał się tematem dnia w mediach, docierając także do polskiej telewizji. Morderstwo Kapitana Ameryki mogło stać się symbolicznym wydarzeniem dla jego rodaków i końcem pewnej ery w komiksowym światku. Co prawda tarczę mógł dzierżyć ktoś inny, ale śmierć Steve'a Rogersa bardzo dosadnie uosabiała upadek klasycznych, amerykańskich wartości.

Byłem i jestem wielkim przeciwnikiem przywracana oryginalnego Capa do życia, nawet jeśli biorą się za to takie komiksowego tuzy, jak Brubaker i Hitch. Bardzo chciałbym, aby jego śmierć, która była świetnie napisana, miała mocną wymowę i znaczenie. Niestety, zgon Rogersa dzięki "Rebornowi", z którego pierwsze wrażenia są raczej negatywne, zamiast być podobną do poświęcenia Barry'ego Allena, będzie bliższa groteskowemu przedstawieniu z "ginącym" i "powracającym" Batmanem.

3. Marvel i DC wchodzą do sieci.

Początek nowego wieku to najwyższy czas, aby komiksowi giganci w znaczący sposób zaznaczyli swoją obecność w sieci. Jako miłośnik komiksu na papierze, pachnącego farbą drukarską, którego można poczytać w wannie czy na przystanku, problem digitalizacji historyjek obrazkowych nie dotyczy tak bardzo, jak przeciętnego czytelnika za Oceanem. Amerykanie mają duże parcie na jak najszybszy rozwój technologii cyfrowych pozwalających na swobodny dostęp do obszernych archiwaliów i najnowszych publikacji. W 2007 ani Marvel, ani DC nie zapewnili im takiej możliwości.

W ramach Marvel Digital Comics Unlimited oferowana jest płatna biblioteka pozycji on-line, która z poniedziałku, na poniedziałek rośnie w bardzo wolnym tempie. Niestety, MDCU nieco rozmija się z oczekiwaniami czytelników, którzy chcieliby móc przeczytać większość z bogatej oferty klasyków Domu Pomysłów, a nie kilka wybranych na chybił trafił archiwaliów i zeszło sezonowych nowości. Innym pomysłem na komiks w sieci ma DC, które wystartowało z projektem Zuda Comics. W swoich założeniach miała to być platforma, w której nowi twórcy mogliby zaprezentować swoje pracę. Najlepsze z nich, wybierane przez czytelników, byłyby wydawane drukiem w ramach osobnego imprintu. W ten sposób chciano wyłowić najbardziej utalentowanych twórców, którzy potem mogliby pracować przy regularnych tytułach DC. Trudno mi jednak stwierdzić, czy Zuda się sprawdziła, bo na razie żaden z autorów, biorących udział w projekcie nie zwróciła na siebie mojej uwagi.

4. Finał "Strangers in Paradise"

Kolejna ważna seria autorska z kręgu komiksu niezależnego w podsumowaniu CBR, w większości ukazała się sumptem własnym Terry'ego Moore'a. W sumie ukazało się dokładnie 90 odcinków, zebranych w dziewiętnastu trejdach. O "Obcych w raju" wspomnieć warto choćby z tego powodu, że była to seria skierowana głównie do kobiet (kobiet, a nie dziewczyn i nastolatek zaczytanych w mangach odpowiednich dla ich wieku), które raczej nie uchodzą za typową komiksową publiczność. Tramountanas zauważa, że opowieść ukazała się w licznych wersjach edytorskich – oprócz wspomnianych wydań albumowych, pojawiła się również edycja kieszonkowa, wydanie z twardym grzbietem i klasyczny omnibus w limitowanym nakładzie. Tytuł Terry'ego Moore'a wciąż pozostaje w orbicie zainteresowań wydawnictwa Taurus Media i istnieje niewielka szansa, że ujrzymy polską wersję tego komiksu.

Nagrodzona Eisnerem historia opowiada o trudnych relacjach pomiędzy dwoma przyjaciółkami Helen Francine Peters (w skrócie Francine) i Katinie Marie Choovanski, pseudo "Katchoo" oraz ich znajomych – Davidem i Casey. I, jeśli dobrze cytuję opis komiksu – "Katchoo" kocha się w Francine, David miłuje tą pierwszą, a Casey Davida. Zwyczajowy, romantyczny groch z kapustą. Mam nadzieję, że nic nie poplątałem.

5. Premiera filmowych "300"

Jestem nieco zdziwiony, że w poprzednich podsumowaniach brakło filmowej adaptacji "Sin City" Franka Millera, bo rzecz jasna film może się podobać, lub nie (rzecz gustu), może być dobry, lub kiepski (rzecz krytyków), ale nie ulega wątpliwościom, że wywarł spory wpływ na Hollywood, ustalając jedną z metod filmowania komiksów. "Miasto Grzechu" z kart komiksowych na kadry filmowe zostało przeniesione w skali jeden do jednego, i jeśli nie liczyć uroków Nancy, stało się chyba najwierniejszą adaptacją powieści graficznej, jaka powstała. Ingerencja filmowców ograniczała się jedynie do kompozycji całości.

Inna praca Millera, czyli "300", która nieco później wylądowała w kinach starała się być równie wierna wobec swojego oryginału, co "Sin City", choć tym razem dodano kilka wątków i postaci (względnie – potworów). Komiksowo-filmowa opowieść o bitwie pod Termopilami okazała się sporym sukcesem. Zarobiła na kontynuację, wzbudziła poruszenie pośród krytyków, którzy interpretowali efektowną siekę w kategoriach politycznych czy doczytując się najróżniejszych podtekstów seksualnych. Dzięki "300" Zack Snyder mógł zrobić "Strażników".

Moim skromny zdaniem kompletnie podczas adaptacji zgubiono ducha oryginału, ślepo kopiując komiksową grafikę. Majestatyczne i posągowe kadry zostały zamienione na tanie efekciarstwo, sztuczną krew i slow-motion. Wierność ojczyźnie, obowiązek i wolę walki spartiatów spłycono do bitewnej gorączki, żądzy mordowania i taniego splendoru. Znamienna dla fabuły scena podarowania ziemi i wody perskiemu posłańcowi, oddana z taką dokładnością w kinowym obrazie, w komiksie jest zupełnie inna. Z tragicznego w skutkach, wiejącego grozą złamania odwiecznych praw, mamy lekkomyślną decyzję aroganckiego wodzą, który chce udowodnić swoje przewagi na polu bitwy. Paradoksalnie, kicz i przerysowanie, nieodłączne cechy historyjek obrazkowych, o wiele bardziej były widoczne w filmie.

środa, 24 lutego 2010

#382 - Komiksowa dekada za Oceanem, cz.2: 2003-2006

Bez zbędnych i przydługawych wstępów od razu przejdę do rzeczy, czyli małej wycieczki w przeszłość, tym razem obejmującej okres od 2003 do 2006 roku. W podsumowaniu CBR znalazło się rekordowo dużo podpunktów, zostałem więc zmuszony żeby nieco je przyciąć, ale nawet po tej operacji, omawiany okres prezentuje się bardzo okazale. Działo się naprawdę dużo. Wciąż przeważa mainstream i super-bohaterowie, wszak to Ameryka, ale twórcy niezależni również odcisnęli swoje piętno. Zaczynamy!
2003-2006

1. Robert Kirkman rozpoczyna "Walking Dead" i "Invincible"

Gdyby ktoś spytał mnie, kogo uważam za najważniejszego scenarzystę robiącego w mainstreamie w ostatniej dekadzie, obok mojego ulubionego Brubakera i wszechobecnego Bendisa, wymieniłbym zapewne Roberta Kirkmana. Obiektywnie patrząc dokonał on rzeczy niebywałej – pracując w oficynie, nie należącej do wielkiej dwójki (czytaj - nie będącej Marvelem, ani DC Comics), właściwie z niczego, od zera potrafił stworzyć serie, które stały się prawdziwymi przebojami i jak równy z równym walczyły na listach sprzedaży z czołowymi tytułami konkurencji. To naprawdę spore osiągnięcie na rynku zdominowanym przez ciągnące się dekadami serie z super-herosami, mielące ciągle te same pomysły, a także… scenarzystów. Kiedy uznani na scenie niezależnej twórcy przechodzą do "majorsów", harować przy ich "brandach" najczęściej nie potrafią choćby dorównać swoim poprzednim osiągnięciom, a po pewnym czasie popadają w przeciętność. Kirkman, kłócąc się z Bendisem udowadniał, że lepiej pracować na własny rachunek, niż tyrać na chwałę ikon Marvela czy DC.

Najlepszym dowodem na poparcie jego tezy były sukcesy jego autorskich serii. "Żywe Trupy", oprócz tego, że królowały na listach sprzedaży, przyczyniły się do komiksowego renesansu zombie i zasłużyły sobie na serialową adaptację. Po "Invincible" sięgali czytelnicy, którzy wcześniej stronili od ubranych w kolorowe trykoty herosów, bo to cholernie wciągająca opowieść. Wracając do esencji komiksu super-bohaterskiego, Kirkman napisał błyskotliwy, trzymający w napięciu, a do tego przekornie grający z kliszami serial. Od czasów "Ultimatesów" Millara i Hitcha, "Niezwyciężony" uchodzi za najlepszy komiks nurtu super-hero.

Co ciekawe, redaktorzy CBR przyznali się, że żadnej z tych serii nie śledzili od początku. Z czasem, kiedy o Robercie Kirkmanie zaczynało być głośno sięgali po "Żywe Trupy" czy "Invincible", niemal od razu stając się fanami jednego czy obu tytułów. Przytaczając jeszcze krótki komentarz Steve'a Sunu – "Kirkman FTW!" i trudno się z nim nie zgodzić.

2. Ed Brubaker i Steve Epting wskrzeszają Bucky'ego

A skoro jesteśmy przy Edzie Brubakerze. Wraz z rysownikiem Steve'm Eptingiem odważył się przywrócić zza grobu Bucky'ego, młodocianego side-kicka Kapitana Ameryki. Bohater, którego śmierć była ważnym elementem originu Steve'a Rogersa, cieszył się podobnym statusem, co wujek Ben czy Jason Todd – nierozważni scenarzyści mieli pozostawić go w spokoju. Ale kiedy James Barnes okazał się niezbędny w pisanej przez Bru historii, autor nie miał żadnych skrupułów w rozkopaniu jego grobu. W przeciwieństwie do żenującego zmartwychwstania drugiego Robina, które do dzisiaj odbija się DC czkawkę, rezurekcja wyszła świetnie. "This was so awesome!", podsumował Steve Sunu, jak zwykle bardzo trafnie.

Niedługo potem Bucky znakomicie wpasował się w krajobraz Marvela, godnie zastępując swojego przyjaciela po jego śmierci. Nie do końca wiadomo czy na stałe będzie on dzierżył niebiesko-czerwoną tarczę z białą gwiazdą, choć wiele na to wskazuje. Ja, pomimo początkowych obaw, szybko przyzwyczaiłem się do nowego Kapitana paradującego w stroju spod igły, czy raczej ołówka Aleksa Rossa i kręciłem nosem na powrót jego pryncypała. Chciałbym, żeby Dom Pomysłów dał Barnes'owi szansę. A o śmierci, zmartwychwstaniu Rogersa i kontrowersjach z nimi związanych napiszę w swoim czasie.

3. "All Star Superman" Morrisona i Quitely'ego

Przy okazji "Invincible" pisałem, ze Kirkman pokazał, że da się opowiadać frapujące i świeże historie super-hero. Dokładnie to samo zrobił Grant Morrison na łamach "All Star Superman", a nawet więcej. Udowodnił, że da się napisać znakomitą, wręcz ocierającą się o geniusz opowieść o Człowieku ze Stali, uchodzącym za bohatera ze wszech miar nudnego, z którego nic ciekawego nie da się wycisnąć. Morrison w wyborny sposób przerobił kiczowate dziedzictwo Złotej (znacznie mniej) i Srebrnej Ery (więcej) na mięsisty i niebanalny, choć w banale zanurzony, komiks. Urzekający, subtelny, nostalgiczny. W nowoczesnej formule pogodził staromodne elementy ze swoją nieokiełznaną i fantastyczną wyobraźnią. Na nowo odkrywał świat Supermana, świetnie się przy tym bawiąc, jak przypuszczam. W zamiana za to został obsypany nagrodami Eisnera i zyskał szacunek nie tylko wąskiego grona komiksowych geeków. Pisząc o "All Starze" nie można zapomnieć o wspaniałej oprawie graficznej Franka Quitely'ego, jednego z najlepszych rysowników początku XXI wieku.

4. Porządki Bendisa w Marvelu

Brian M. Bendis w ostatniej dekadzie stał się najważniejszym (i jednym z najlepiej piszących, dodajmy) scenarzystów pracujących w Domu Pomysłów i prawdopodobnie drugim po Bogu, czyli Joe Quesadzie, architekcie uniwersum Marvela. To on, w większej mierze, odpowiada za jego obecny kształt. Na początku swojej pracy całkowicie zburzył nowy porządek ("Avengers: Disassembled"). Zaraz potem postawił świat do góry nogami w "House of M", najlepszym evencie do czasu "Civil War", aby zaraz potem wszystko przywrócić do normalności. Zupełnie nowej normalności. W serii "New Avengers" do grupki etatowych Mścicieli (Iron-Mana, Kapitana Ameryki), dołączył dwójkę najpopularniejszych herosów (Spider-Mana i Wolverine'a) i tych, których chciał pisać (znakomicie odkurzony Luke Cage i Sentry) – dosyć łatwy przepis na sztandarowy zespół Marvela według Bendisa i jednocześnie jeden z najlepiej sprzedających się tytułów regularnych. I tak nawiasem mówić, wraz z "No more mutants" komiksy z iksem w tytule musiały ustąpić seriom związanym z "Mścicielami", które znowu znalazły się w centrum zainteresowania.

Druga połówka pierwszego dziesięciolecia w Marvelu z pewnością należała do Bendisa, który z niepokornego, niezależnego scenarzysty stał się królem mainstreamu, nadającym ton największemu wydawnictwu super-hero. U progu nowego dziesięciolecia historia zaczyna zataczać koło, bo wraz z trwającym "Siege" i nadchodzącym "Heroic Age" zapowiada się nadejście kolejnej "nowej ery" Marvela, którą planowana siedem lat wcześniej, właśnie przy okazji "House of M". Za zrestartowanie tytułów z Mścicielami w rolach głównych będzie odpowiadał nie kto inny, jak właśnie Bendis, który zapowiada, że kolejna dekada będzie należało do niego i Marvela.

5. "Civil War" w Marvelu

"Wojna Domowa" z kilku przyczyn zapisała się w najnowszej komiksowej historii i w tłoku dziesiątek wydarzeń i "wydarzonek" może uchodzić za "event" z prawdziwego zdarzenia. Bo miała wszystko, co dobra historia tego typu mieć powinna i to na kilku poziomach. Pomimo ogromu tie-inów, horrendalnych obsuw i pewnego chaosu były wielkie wydarzenia, epickie bitwy i dramatyczne decyzje. Główna mini-seria prowadzona była przez Marka Millara i Steve'a McNivena, w której każdy zeszyt przynosił coś nowego i trzymał w napięciu do samego końca. Redaktorzy CBR (Dave Richards, Shaun Manning i Tim Callahan) narzekali na zakończenie, a zupełnie nie powinni, bo Millar pięknie sobie z nim poradził, urywając fabułę umiejętnie i efektownie.

U podstaw "Civil War" legł dobry i trochę oczywisty pomysł, którego nikt wcześniej nie chciał wykorzystać w mainstreamie. Bo cóż może być bardziej oczywistszego od prawnego usankcjonowania działalności zamaskowanych super-herosów. Był to pierwszy event, który naprawdę "złamał Internet na pół". Jak sieć długa i szeroka toczono debaty nad sensownością wprowadzania Aktu Rejestracyjnego i ochoczo opowiadano się za jedną ze stron. Oczywiście polityczny aspekt historii komiksowej był grubymi nićmi szyty, niemniej w swoim głównym zarysie mocno zaangażował fanów.

Bardzo żałuję, że rewolucyjne zmiany, które pojawiły się podczas "Wojny Domowej" (ujawnienie tożsamości przez Petera Parkera, wprowadzenie Aktu w życie, zbudowanie więzienia w Strefie Negatywnej, stworzenie Inicjatywy i kilka innych) zostały szybko zapomniane, zignorowane bądź też odkręcone i nie miały szansy zmienić uniwersum Marvela w takim stopniu, jak oczekiwano. Bo były dobre. Dla Domu Pomysłów byłby to pewnie mały krok w urealnianiu swojego super-bohaterskiego uniwersum, ale dla całej branży – wielki skok.

6. Co tam w DC?

W latach 2003-2006 sporo działo się także za miedzą, czyli w DC Comics. Redaktorzy CBR wskazali na kilka ważnych wydarzeń, a właściwie crossoverów, które wstrząsnęły uniwersum Supermana i Batmana. W "Identity Crisis" DCU zaczęło jawić się jako bardziej mroczne i niebezpieczne miejsce. Zewsząd słychać głosy, że praca Brada Meltzera jest najlepszym eventem od czasów pierwszego "Kryzysu". Jedna z bohaterek, Sue Dibny, zostaje brutalnie zgwałcona, pokazano, w jaki sposób nieskazitelni herosi "unieszkodliwiają" swoich najgroźniejszych przeciwników. Z kolei w "Infinite Crisis" przywrócono koncepcje multiwersum i Superboya z Earth-Prime. Krajobraz DCU na nowo był kształtowany na łamach tygodnika "52" i serii regularnych pod szyldem "One Year Later". Niestety, nie siedzę w DCU na tyle głęboko, aby napisać o tych komiksach i historiach coś więcej, ale wiem, że mają jeden wspólny mianownik. Wszystkie zostały wydane za kadencji Dana DiDio, jako wice-dyrektora i redaktora wykonawczego DC Comics.

W przeciwieństwie do Quesady, który jest raczej powszechnie ceniony na rynku, a wytyka mu się pojedyncze wpadki, DiDio podzielił czytelników komiksów DCU na tych, którzy go kochają, albo nienawidzą - jak zauważył George Tramountanas. Z pewnością może denerwować jego parcie na szkło, medialna nadpobudliwość, nieprzemyślana strategia zapowiedzi, która często kończy się bolesnymi spoilerami i wtrącanie się scenarzystom do ich pracy. Ale oddając mu sprawiedliwość, na dobrą sprawę zrobił dokładnie to samo, co Joe Q. dla konkurencji – oddał najważniejsze serie najwybitniejszym scenarzystom pracującym w branży – Grantowi Morrisonowi (Batmana), Gregowi Rucce (serie "Detective Comics", "Action Comics", "Wonder Woman") czy Geoffowi Johnsowi ("Green Lantern", "Action Comics" i wkrótce "Flash").

7. Narodziny "Scotta Pilgrima"

Jeśli w przypadku komiksu niezależnego można mówić o przebojach i bestsellerach, to seria Bryana Lee O'Malleya może uchodzić za prawdziwy hicior segmentu indie. Pierwszy tom zatytułowany "Precious Little Life" ukazał się w 2004 roku, ostatni ("Scott Pilgrim vs. The Universe") - w 2009. "Scott Pilgrim" to przykład bardzo rzadkiej tendencji, kiedy każdy kolejny tom jest lepszy od poprzedniego. Komiks dorobił się mnóstwa fanów, z niecierpliwością wyczekujących kolejnych części, a niektórzy (George Tramountanas) uważają, że fan-base przerodził się w mały kult, przy okazji czyniąc ze "Scotta Pilgrima" komiks kultowy. Shaun Manning bardzo zgrabnie ujął formułę komiksu, jako magiczny realizm rzeczywistości komputerowego/popkulturowego geeka.

Całkiem niedawno, przy okazji moich oczekiwań odnośnie do 2010 roku pisałem o komiksie O'Malleya, o nadchodzącej ekranizacji, grze i finałowym tomie. Powtarzać się nie będę, a zainteresowanych odsyłam do tamtego tekstu.

8. Finał "Bone"...

"Bone" Jeffa Smitha to kolejny ważny amerykański komiks, który jeszcze nie ukazał się na polskim rynku. Piszę jeszcze, bo do jego wydania swego czasu przymierzał się Egmont, nigdy jednoznacznie nie określając, co chce z "Bone" zrobić. Wkrótce po tym, jak ukazał się ostatni zeszyt serii w 2004 roku, wydana została imponujących rozmiarów edycja One Volume, zbierająca wszystkie 55 odcinków. W czasach, kiedy Omnibusy i Absoluty nie były chlebem powszednim dla wydawców, takie wydanie było prawdziwą gratką dla tych, którym umknęła znakomita seria Smitha, publikowana własnym sumptem (nie licząc krótkiego okresu, kiedy Image Comics mu w tym pomagało).

Kolejne odcinki "Bone" ukazywały się w nieregularnych odstępach od 1991 roku, osiągając liczbę 1342 stron. Nie licząc spin-offów, kontynuacji, wydań specjalnych i one-shotów. Komiks przyniósł swojemu autorowi dziesięć nagród Eisnera, jedenaście statuetek Harvey'a i miejsce w panteonie klasyków. "Bone" to znakomita lektura dla całej rodziny, idealna na długie, zimowe wieczory.

9. ...i finał "Cerebusa"

Niewiele niezależnych serii może poszczycić się osiągnięciem dotarcia do trzechsetnego odcinka, a tylko kilku tytułom z oferty DC czy Marvela udaje się dociągnąć do tak szacownej liczby. Serialowi "Cerebus the Aaardvark" Dave'a Sima (stworzonemu z pomocną dłonią Gerharda) się to udało. Komiks o pewnym mrówkojadzie ukazywał się nieprzerwanie na rynku od grudnia 1977 roku, a jego ostatnie numer trafił do sklepów się w marcu 2004. Całość liczy sobie, bagatelka, 6000 stron. Czyni go to najdłużej publikowaną serią w języku angielskim, tworzoną przez pojedynczy zespół artystów lub artystę (choć po piętach depcze mu "Usagi Yojimbo" Stana Sakai). Wszystko zaczęło się od dosyć prostej parodii tradycyjnej opowieści fantasy w stylu "Conana Barbarzyńcy", by z czasem pojawiły się zupełnie inne, niespodziewane wątki. Tematyka genderowa, polityczna opresja sztuki, problematyki religijna, wątki osobiste - wszystko to, a także znacznie więcej, w swoim czasie stało się motywem komiksu kanadyjskiego twórcy. Niejako przy okazji Sim stał się rzecznikiem twórców niezależnych, którzy musieli borykać się w trudnych czasach (lata osiemdziesiąte) z problemami wydawniczymi.

"Cerebus" to kawał historii amerykańskiego komiksu i przemysłu obrazkowego, imponujących rozmiarów – całość zamknięta jest w 16 wydaniach zbiorczych. Jestem ciekaw czy jakikolwiek polski wydawca byłby gotowy na tytaniczny wysiłek wydania takiego monstrum.

10. Śmierć Willa Eisnera

Pomimo tego, że nazwiskiem Willa Eisnera uhonorowano najważniejszą nagrodę komiksowego przemysłu za Oceanem, a sam twórca pozostaje jednym z najważniejszych amerykańskich twórców komiksowych, nie mogę pozbyć się natrętnego wrażenia, że jego rodacy niezbyt dobrze orientują się w jego twórczości. Może za wyjątkiem Spirita, super-herosa pod krawatem, którego zdają się świetnie kojarzyć. Bo ma trykot. Dave Richards przyznaje, że dostrzegł i docenił jego twórczość dopiero po jego odejściu, a na jakieś konkretne komentarze zdobywają się jedynie Callahan i Phagley. Reszta dyplomatycznie milczy. Niewiele, jak na twórcę uchodzącego za wynalazcę formatu "graphic novel" (słusznie bądź niesłusznie), prawdziwego mistrza komiksowego kunsztu i cenionego teoretyka narracji obrazkowej. Tym bardziej cieszę się, że za sprawą Egmontu udało się Polakom poznać sporą i chyba tą najważniejszą część jego dorobku.

Will Eisner urodził się w Nowym Jorku, 6 marca 1917 roku, jako syn żydowskich imigrantów. Zmarł 3 stycznia 2005 roku w Lauderdale Lakes na Florydzie. Niech spoczywa w pokoju.

poniedziałek, 15 lutego 2010

#374 - Komiksowa dekada za Oceanem, cz.1: 2000 - 2002

Dobrych kilka tygodni temu redaktorzy serwisu Comic Book Resources opublikowali podsumowanie pierwszej dekady XXI wieku w komiksowym światku za Oceanem. Sięgając pamięcią do tych minionych dziesięciu lat próbowali przypomnieć sobie najważniejsze wydarzenia i najciekawsze komiksy. Lektura tych tekstów okazała się na tyle ciekawa, że postanowiłem zaadaptować ich obszerne fragmenty. Nie tyle przetłumaczyć, co raczej skomentować po swojemu, niekiedy tylko posiłkując się opiniami CBR'owców. Niektóre rzeczy ominąłem, niekiedy dodawałem coś od siebie, a wszystkie skaziłem swoim subiektywnym sądem. Tutaj można zapoznać się z pierwszym z kolei podsumowaniem, obejmującym lata 2000-2002. W podsumowaniu wzięli udział redaktorzy CBR: Tim Callahan, Shaun Manning, Kiel Phegley, Dave Richards, Steve Sunu, George Tramountanas i Josh Wigler.

Pomyślałem również, że warto byłoby przygotować podobny bilans dotyczące naszego rodzimego rynku, ale na dobrą sprawę, w moim retro-cyklu podsumowałem prawie cały omawiany okres (2002, 2003, 2004, 2005, 2006 i 2007 z dzisiejszej perspektywy), a lata 2008 i 2009 na bieżąco, dlatego trochę głupio byłoby się powtarzać. Ale nie wykluczam, że jeszcze w tym roku do tego pomysłu powrócę, lecz na razie, przenosimy się do krainy tuszem i farbą drukarską płynącej, by przyjrzeć się o ciekawego wydarzyło się w pierwszej dekadzie XXI wieku.

2000-2002

1. Joe Quesada zostaje Redaktorem Naczelnym, a Bill Jemas Głównym Wydawcą w Marvelu

Zajęcie przez Joe'go Quesadę, scenarzystę i rysownika komiksowego, jednego z najważniejszych stołków w największym wydawnictwie za Oceanem wydawało się posunięciem cokolwiek ryzykownym. A przynajmniej wtedy, na początku nowego wieku. Jak się okazało później, zatrudnienie go, jako nowego EIC okazało się początkiem nowej ery w Domu Pomysłów. "Quesada był najlepszą rzeczą, jaka przydarzyła się Marvelowi od czasów Stana Lee", jak pisze George Tramountanas i trudno się z nim nie zgodzić. Skończyły się rządy redaktorów prowadzących konkretne serie i rodziny tytułów, rysownicy i, przede wszystkim, scenarzyści odzyskali pełną władzę nad komiksami, które rysowali i pisali. Więcej – wiedzieli, że tam, na górze pracował jeden z nich, twórca, który doskonale rozumiał, na czym polega ich praca.

Quesada wyznaczył Marvelowi kierunek, którym wydawnictwo podążą do dzisiaj. To on wymyślił imprint MAX, kontynuował cieszącą się sporym powodzeniem linię Marvel Knights, której był współtwórcą, to on podpisał ekskluzywne kontrakty z najlepszymi pisarzami w branży. Mutantów oddał Grantowi Morrisonowi, Człowieka-Pająka – J.M. Straczynskiemu, a autorowi kryminałów z Cleveland, Brianowi M. Bendisowi kazał pisać "Ultimate Spider-Mana". Za jego kadencji tpb'y stały się stałym elementem procesu wydawaniu komiksów, to dzięki jego zarządzaniu filmowymi licencjami Marvel stał się wkrótce liczącą się siłą w Hollywood. Te oraz inne wydarzenie, które pojawią się jeszcze w podsumowaniu, doskonale ilustruje jak wielką rolę Joe odegrał w komiksowym przemyśle.

Oczywiście, Quesada ma na swoim koncie kilka nieudanych i błędnych decyzji. Nie wszystkim podoba się polityka wydawnicza od jednego wielkiego (i najczęściej rozczarowującego) eventu, do drugiego, kiedy twórcy muszą podporządkować się wytycznym swojego pryncypała. Z powodu tego, co zrobił "Spider-Manowi" w "One More Day" i "Brand New Day" narobił sobie dozgonnych wrogów wśród miłośników Człowieka-Pająka. Nie mogą oni jednak w niczym zaszkodzić pozycji człowieka, który rządzi komiksowym imperium i z wielkimi nadziejami (Disney! Digital Comics Unlimited! Filmowi "Avengers"!) patrzy w przyszłość.

2. Narodziny imprintu Ultimate i premiera "Ultimate Spider-Mana"

Niewielu wróżyło imprintowi Ultimate sukces, a pomysł na opowiedzenie losów jednego z najpopularniejszych super-bohaterów kojarzył się głównie z nieudaną historią Johna Byrne'a "Spider-Man: Chapter One". Ale Marvel zaryzykował i zgarnął całą pulę. "Ultimate Spider-Man" po dziesięciu latach i ponad stu zeszytach na stałe zadomowił się na amerykańskim rynku, nigdy nie schodząc poniżej niezłego poziomu, głównie za sprawą Briana M. Bendisa trzymającego pieczę nad serią. W dużej mierze dzięki jego sukcesowi, wystartowały kolejne unowocześnione wcielenia "Fantastic Four" Warrena Ellisa, "X-Men" Marka Millara czy "Ultimates" tegoż.

W pierwszej dekadzie XXI wieku serie spod szyldu U-universe bardzo długo należały do tytułów godnych czytelniczej uwagi, wyróżniających się na tle super-bohaterskiej papki. Dopiero całkiem niedawno, segment "Ultimate" nieco się załamał z dość prostego powodu – brakło nowych pomysłów, a co bardziej uznani twórcy skupili swe siły na kanonicznych seriach i bohaterach. Po zrestartowaniu pod nieco innym nagłówkiem ("Ultimate Comics") Człowiek-Pająk, jako jedyny, obok zreformowanych Mścicieli, przetrwał loebowskie Ultimatum i wciąż może cieszyć się dobrą sprzedażą i czytelniczym powodzeniem.

3. Prawdziwe życie Rosomaka

Przez te ostatnie kilka lat Wolverine stał się jednym z najpopularniejszych herosów ze stajni Marvela, na stałe dołączając do panteonu ikon Domu Pomysłów. Jednym z najbardziej intrygujących cech uzbrojonego w adamantowe szpony mutanta, było jego pochodzenie, które redaktorzy Marvela bardzo długo utrzymywali w tajemnicy. Fani przez 25 lat głowili się nad jego originem, aż w końcu Quesada i Jemas postanowili pozbawić Rosomaka jego tajemniczej przeszłości na łamach mini-serii "Origin". Co ciekawe, kiedy białe plamy w biografii Wolverine'a stopniowo były zapełnianie, bohater nic nie stracił na swojej popularności, czego najlepszym dowodem było pojawianie się równolegle w kilku seriach na raz.

Dla Tim Callahan zdradzenie przeszłości było złym pomysłem, a praca Paula Jenkinsa, Andy'ego Kuberta i Richarda Isanove była złym komiksem. Ja bym jednak nie był taki surowy dla "Originu", który doczekał się wydania na polskim rynku nakładem Mandragory i zrobił na mnie pozytywne wrażenie. O wiele gorsze zdanie mam o serii "Origins" Daniela Way'a, która wyzyskuje pomysł opowiadania o przeszłości Jamesa Howletta, prowadząc do straszliwych konsekwencji, jakim było popsucie całkiem ciekawego konceptu syna Wolverine'a Dakenem.

4. Rusza „Y: Ostatni człowiek”

Wielka szkoda, że Manzoku spaliło "Y: Ostatniego z mężczyzn" na polskim rynku, bo przypuszczam, że seria autorstwa Briana K. Vaughana mogła stać się przebojem na miarę "Baśni", "Żywych Trupów" albo nawet "Sandmana". Za Oceanem bowiem tytuł odniósł porównywalny sukces, przywracając blask nieco przykurzonemu imprintowi Vertigo. Przepis Vaughana był bardzo prosty – weź fajny pomysł (tytułowy bohater, jako prawie ostatni żyjący samiec na naszej planecie), dobrze rozpisz fabułę (jeśli już raz się wpadło w "Ygreka", to trzeba go doczytać do ostatniej strony) i dopraw popkulturowymi smaczkami według uznania.

Wyszło naprawdę świetnie, czego najlepszym dowodem byli nowi czytelnicy, którzy wkręcali się do komiksu właśnie poprzez "Y: The Last Man". Tim Callahan jest zdania, że seria Vaughana i Guerry była jedną z pierwszym komiksowych pozycji, które imitowały sposób budowania historii znany z telewizyjnych seriali w typie "Lostów" czy "Prison Break", powielany później na niwie komiksowej w "Żywych Trupach" czy "Baśniach".

5. Premiera filmowego "Spider-Mana"

Pierwszy kinowy "Spider-Man" Sama Raimiego z Tobey'em McGuire w roli tytułowej zaliczył najlepsze otwarcie w historii celuloidowych adaptacji komiksów… przynajmniej do premiery "Spider-Mana 3" i "Mrocznego Rycerza". W pierwszej dekadzie XXI wieku możliwości technologiczne pozwoliły w zadowalającym stopniu odwzorować przygody komiksowych herosów. Myślę, że to właśnie Człowiek Pająk pokazał, że filmowe adaptacje komiksowym mogą stać się prawdziwymi blockbusterami i przynosić krociowe zyski wydawcom i wytwórniom. Shaunowi Manningowi film się podobał, ale wiedział, że jego sukces pozwoli na realizację kolejnych, jeszcze bardzie kosztownych i epickich projektów.

A sam "Spider-Man" był naprawdę dobrym filmem. Świetnie dobrana obsada (choć Mary Jane może być dyskusyjnym wyjątkiem od tej reguły, ale moim zdaniem, jako piękność z przedmieścia sprawdziła się dobrze), kilka naprawdę mocnych momentów, niegłupi i trzymający się oryginalnej wersji scenariusz, Nawet zmiany w originie Pajęczaka uznaje ze trafne, bo nigdy nie byłem przekonany do siecio-miotaczy, będących genialnym wynalazkiem Petera. "Jasne, było wiele rzeczy, które nie do końca były dopracowane, ale jako całość film doskonale uchwycił charakter i ducha Spider-Mana". Amen.

6. Pierwszy Free Comic Book Day

U założeń Dnia Darmowego Komiksu legło przekonanie, że rozdając komiksy za darmo można dotrzeć do nowych czytelników, którzy do tej pory po historyjki obrazkowe nie sięgali. Sprawą dyskusyjną jest czy udało się to rzeczywiście osiągnąć. Z pewnością udało się osiągnąć coś innego – FBCD stał się prawdziwym świętem dla czytelników, siedzących w komiksach bardzo głęboko. Tim Callahan co roku jedzie ze swoimi dzieciakami do najbliższego sklepu, uczestniczącego w akcji, co zabiera mu dobrą godzinę, żeby móc przebierać w ofercie darmowych zeszytów. To jedynie taki dzień w roku, w którym można opuścić sklep z siatą pełną komiksów i pełnym… portfelem.

"Największym problemem FBCD jest to, że stanowi wielkie wydarzenie dla stałych czytelników, które kompletnie nie interesuje tych, którzy z komiksem nie mają nic wspólnego. Jeśli tylko wydawcy wpadliby na pomysł, jak dotrzeć z imprezą do mas, wszystkim wyszłoby to na zdrowie" – trafnie podsumował Josh Wigler. Pomysł rozdawania komiksów za darmo na polskim gruncie zaszczepiło wydawnictwo Timof i cisi wspólnicy na Międzynarodowym Festiwalu Komiksu w Łodzi w 2007 roku. Z roku na rok coraz większa liczba wydawców bierze udział w tej akcji, ale w porównaniu ze swoim amerykańskim odpowiednikiem, Polski Dzień Darmowego Komiksu ma lokalny i jeszcze bardziej fanowski charakter.

czwartek, 3 września 2009

#239 - Klub Pirania: chwila wspomnień

Charlie Brown z przyjaciółmi wzbogaca czytelnika swoimi puentami. Calvin razem z Hobbes'em przypomina o specyficznym "geniuszu", który drzemie w każdym dziecku. Ale to Ernie i reszta postaci Buda Grace'a wywołuje we mnie od lat szczery śmiech. Zapraszam na małą, wspominkową podróż do "Klubu Pirania" - miejsca, w którym absurd sięga granic absurdu....


Minęło ponad piętnaście lat od premiery "Kelvina & Celsjusza", miesięcznika, w którym można było poznać twórczość Billa Wattersona, Gary Larsona oraz właśnie Buda Grace'a. W 1994 roku, kiedy TM-Semic był właściwie monopolistą a ludzie "zapomnieli", że komiks nie musi być historią o superbohaterze, był to ryzykowny krok. Inicjatywa nie przetrwała nawet roku, ale przez ten czas można było zapoznać się z klasyką amerykańskiego komiksu. Kelvin, po przemianowaniu na oryginalnego Calvina, doczekał się publikacji z Egmontu, "Klub Pirania" nie miał już takiego szczęścia. A wielka szkoda, bo te jedenaście* zeszytów, które znam prawie na pamięć, cały czas szczerze mnie bawią.

Koncepcja przygód Erniego i jego przyjaciół nie jest niczym oryginalnym. To "podręcznikowa" komedia, w której kilka bardzo charakterystycznych, ale zupełnie różnych postaci wspólnie przeżywa swoje wzloty i upadki. Grace rozrysował wszystkich bohaterów tak sprawnie, że już po kilku paskach wiadomo, że wujek Sid jest przebiegłym skąpcem, Doris ślicznotką w wieku "muszę wyjść za mąż", a Effie zwariowaną kucharką, która łatwo ulega męskim wdziękom. Wszystkich ich łączy Ernest - mężczyzna w średnim wieku, o przeciętnej inteligencji i urodzie, który stara się żyć godnie i
nie wychodzić na głupka, lecz rzadko kiedy mu się to udaje. Oprócz "głównych osób dramatu" jest także kilka, równie zabawnych, postaci drugoplanowych. Enos to nieudolny lekarz z "kulą u nogi" - żoną, która kocha go równie mocno jak on ją. Arnold natomiast to bliżej nieokreślona istota bardzo podobna do człowieka. Jest także "Klub Pirania", zbiorowisko mężczyzn, którzy pragną tylko jedzenia, picia i odrobiny golizny.
 
Po wykreowaniu tak ciekawej grupy, Grace'owi wystarczyło notorycznie wykorzystywać ułomności wszystkich postaci, ukazując ludzką głupotę i absurd życia codziennego, by nieustannie bawić czytelnika.

I czyni to na wiele sposobów. Jeden z nich to przedstawianie przydatnych "nauk życiowych". Do dnia dzisiejszego, kiedy słyszę "nie rozumiem kobiet" przed oczami stają mi kadry kłótni Erniego z Doris, która wyrzuca mu, iż zgodził się z nią, że jest gruba, a następnie - po jego obietnicy zaprzeczania wszystkiemu - płacze bo na pytanie "wcale nie mam za dużego nosa?" słyszy odpowiedź "masz". Tak bezcennych scen jest o wiele więcej i powinny być obowiązkowo pokazywane chłopakom przed okresem dojrzewania. Równie zabawnie Grace rysuje zazdrość, która potrafi dopuścić się wielu haniebnych czynów. W jednej z historii jest nim Sid przebrany za kobietę. Czasami jednak życiowe prawdy są bardziej przyziemne i traktują na przykład o oszustwach podatkowych. Mnóstwa śmiechu dostarcza oglądanie jak źle wypełniony pit jest przyczyną eksplozji w urzędzie skarbowym, śmierci kilku programistów i koniec końców ucieczki do Rumunii.

Perypetie Er
niego to jednak nie tylko historie "z życia wzięte". Poziom absurdu jaki funduje Grace jest momentami nie dla wszystkich. Jednak ci wybrani docenią sceny, w których człowiek siedzący w samochodzie służy za autoalarm, urządzeniem do "uleczenia" chrapania jest toster, a Enos by zdobyć własnych pacjentów śledzi karetki. Nie można także zapomnieć o Effie, której specjalnością jest gotowanie coraz paskudniejszych obiadów dla Sida. Przynęta wędkarska, jaja ośmiornicy lub płuca może w rękach szefa kuchni zamieniają się w delikatesy, jednak w kuchni Effie stają się jedynie przyczyną wymiotów i zgagi.

Wszystkie te historie jednak blakną, kiedy Grace zaczyna opowiadać o zwierzętach. Lecz nie są to perypetie o miłych, domowych psach i kotach do przytulania, lecz historie z pazurem. Poznajemy między innymi dwutonową bawolicę indyjską o imieniu Fru Fru, która myśli, że jest psem. Przyjaciele Erniego szybko to wykorzystują i zabierają ją na polowanie. Widzimy także jak małpa Joan, obiekt badań uniwersyteckich, z pomocą Sida zamienia się w pijaczkę wyłudzającą dla niego pieniądze. Nie mogło również zabraknąć opowieści o maskotce "Klubu Pirania" - Earlu. Bardzo często pojawia się on na kadrach komiksu, gdzie widzimy jego niepohamowany apetyt za wszystkim co żywe, lecz dopiero historia, w której został on niefortunnie spłukany w toalecie pokazuje prawdziwy charakter tej piranii. Okazuje się, że jest on nie tylko krwiożerczą bestią, która dziesiątkuje hodowle łososi i makreli oraz pożera prom, lecz również ma uczucia. I kiedy zatęsknił za swoim panem - Sidem, pokonał długą drogę, łącznie z miejską kanalizacją, by na powrót zagościć w klubowym akwarium. Moim faworytem jednak jest mrówkojad, który zagościł w domu Effie, by po kosztach pozbyć się termitów niszczących jej dom, a ostatecznie zaczął umawiać się z nią na randki. Nie udało mu się niestety pocałować jej po pierwszym spotkaniu.

Oprócz świetnego humoru i celnej oceny rzeczywistości, wielką zaletą perypetii Erniego jest jego strona graficzna. Większość kadrów jest doskonale "brzydka" przez co oddaje nastrój samych historii. Nie jest to tak natężone jak w przypadku "Wilqa", lecz mam wrażenie, że ten styl służy temu samemu celowi. Trzeba także wspomnieć, że Grace doskonale rozrysowuje mimikę wszystkich postaci. Znudzenie, irytacja i zawód - te emocje w jego wykonaniu to mistrzostwo świata.

Choć paski Buda Grace'a tylko na chwilę zagościły w Polsce, dla mnie należą do czołówki wydanych u nas komiksów. Jako nieliczne szczerze bawią i ukazują ludzką głupotę. Tych, którzy znają już "Klub Pirania" nie muszę chyba namawiać do ponownej lektury. Natomiast tym, którym nazwisko Grace nic nie mówi szczerze polecam jego twórczość. Mnóstwo śmiechu gwarantowane...

* oprócz dziesięciu numerów "Kelvina & Celsjusza", w którym zamieszczono paski z Erniem, wydano również - z okazji przyjazdu Buda Grace'a do Polski - specjalny album zatytułowany "Ernie - wydanie nadzwyczajne"