środa, 11 lipca 2012

#1076 - Było MPK, będzie - PKS!

Za pozwoleniem i z błogosławieństwem Konrada Hildebranda przejmujemy z nieodżałowanego Motywu Drogi cykl "Miejsce pracy komiksiarza". Trzymając się państwowo-transportowej poetyki na Kolorowych MPK zostanie przemianowane na PKS - Polskie komiksowe studia, ale idea cyklu pozostanie dokładnie taka sama. 

Jednym słowem - chcemy pokazać jak wygląda warsztat polskiego komiksiarza od, przysłowiowej, kuchni. Zaprezentować miejsca, w których wykuwane są niecierpliwie oczekiwanie albumy i zeszyty, w których rodzą rodzime produkcje. Kilka pierwszych PKS`ów już widziałem i mogę powiedzieć tylko jedno - spodziewajcie się niespodziewanego. Każdy twórca, którego zaprośilismy do naszej zabawy podszedł do wyjściowego pomysłu po swojemu. Przy tej okazji apelują do wszystkich komiksowych twórców w naszym kraju - jeśli chcesz pochwalić się na naszych łamach swoim studiem to zapraszamy!

Źródło
 Prezentację poszczególnych twórców zaczynamy od przyszłego tygodnia. A tymczasem zachęcamy do obejrzenia pierwszych jedenastu odsłon MPK, które można zobaczyć na MD. Enjoy!

MPK #01: Karol Kalinowski
MPK #02: Łukasz Ryłko
MPK #03: Maciej Pałka
MPK #04: Marcin Podolec
MPK #05: Tomasz Grządziela
MPK #06-07: Olga Wróbel i Daniel Chmielewski
MPK #08: Piotrek Nowacki
MPK #09: Wanda Onyszkiewicz
MPK #10: Maciej Łazowski
MPK #11: Grzegorz Rosiński

wtorek, 10 lipca 2012

#1075 - Rzut za 3: Liga, Latarnie i renegaci

W pierwszym rzucie za trzy poświęconym komiksom zrealunchowanego DCU na warsztat wziąłem trzy drużynowe tytuły Nowej 52. Ułożone są w nieprzypadkowej kolejności – od tych najsłabszych, do tych (tylko nieco) lepszych.

„Green Lantern: New Guardians vol.1 – The Ring Bearer” (Tony Bedard, Tyler Kirkham i Harvey Tolibao)

Idę o zakład, że „New Guardians” powstało w ciszy redaktorskich gabinetów DC Comics. Geoff Johns namnożył tyle tych korpusów i latarników, że trzeba było stworzyć jakiś dodatkowy tytuł, aby je móc jakoś zagospodarować. Halowi Jordanowi i Sinestro dostał się „GL”, Johnowi Stewartowi, Guy`owi Gardnerowi i reszcie korpusu – „GL Corps”, Atrocitus ma on-going „Red Lanterns”, a Kyle Rayner gra pierwsze skrzypce w „GL: NG”. Punktem wyjścia historii jest moment, w którym czwarty ziemski Lantern zostaje obdarowany kompletem kolorowej biżuterii z kosmosu. Na ziemi natychmiast zjawiają się przedstawiciele wszystkich korpusów i – uwaga, niespodzianka! – ich spotkanie kończy się wielką bijatyką. Potem, cała ta kolorowa gromadka rusza na Oa, by wyjaśnić tą tajemniczą sprawą – nie zgadniecie nigdy! – dochodzi do wielkiej bijatyki. Wreszcie, gdy poznajemy tajemnicę systemu Vega i na scenę wkracza istota, odpowiedzialna za całe to zamieszanie – jak już pewnie wiecie – dochodzi do wielkiej bijatyki. Nawet lubię superbohaterskie nawalanki, ale sposób, w jaki zostały zrealizowane na łamach „The Ring Bearer” znajduje się poniżej jakiejkolwiek krytyki. Fabuła pióra Tony`ego Bedarda prezentuje poziom najbardziej żałosnych fanfików komiksowych grafomanaów. Dodatkowo fanbojów z pewnością będę irytować nieścisłości z tym, co o Czerwonym Korpusie można przeczytać u Petera Milligana. Rysunki? Tyler Kirkham to jakiś zapomniany pogrobowiec stylu Top Cow i kreski Marka Silvestriego – to chyba jeszcze gorsza zaraza, niż płascy epigoni Jima Lee. Jedyne dobre momenty tego komiksu to te, w których ołówek przejmuje Harvey Tolibao, całkiem utalentowany komiksowy artysta. To jednak zdecydowanie za mało, aby uratować ten album przed (symbolicznym) spuszczeniem w kiblu.

„Red Hood and the Outlaws vol.1 – REDemption” (Scott Lobdell i Kenneth Rocafort)

Poziom wyżej można umiejscowić pierwszy trejd serii „Red Hood and the Outlaws”. Komiks pisany przez weterana lat dziewięćdziesiątych Scotta Lobdella, trzyma poziom przeciętnej, boleśnie konwencjonalnej historyjki superbohaterskiej. Jest motyw zemsty, niewykonalne zadanie, grzechy przeszłości i inne tym podobne rekwizyty. A wszystko to utrzymane w manierze komiksowych nineties. Ma być ekstremalnie, z dużą ilością cycków, strzelania, samurajskich mieczy i kolorowych laserów, aby czytelnik, na co drugiej stronie mógł krzyczeć „cool!” i „awesome!”. Przyznam, że ta efekciarska maniera Lobdella irytowała mnie niezmiernie. Niemniej, warto zwrócić uwagę na ten album z dwóch powodów. Po pierwsze, nowa Starfire swoim wyuzdanym zachowaniem pobudziła dyskusję na temat granic i sposobu eksponowania kobiecej seksualności w komiksie. Z jednej strony jest bowiem wyzwoloną kosmitką, która gdzieś ma ziemską pruderyjność, a drugiej – cała ta jej emancypacja ogranicza się do krążenia między łóżkami Red Hooda i Arsenala. Zresztą podejście do erotyki i seksualności w Nowej 52 (zbliżenie Batmana i Catwoman czy sposób, w jaki Atrocitus traktuje Bleez w „Red Lantrns”) to rzecz absolutnie frapująca i warto się jej przyjrzeć z bliska. Po drugie – Kenneth Rocafort. Dzięki „REDemption” odkryłem artystę, który mieści się w ścisłej elicie robiących w mainstreamie rysowników. Jeden z czterech, może pięciu najlepszych artystów pracujących w DC. Prace Rocaforta są jednocześnie wysmakowane, cudownie dopieszczone, a z drugiej strony tak napakowane energię, że aż rozsadzają ramki. Co więcej – cały album narysowany jest na równym poziomie, co w przypadku amerykańskich produkcji zdarza się stosunkowo rzadko. Ale to wciąż nieco za mało, żebym komukolwiek z czystym sumieniem mógłbym polecić ten komiks.

„Justice League vol. 1 – Origin” (Geoff Johns i Jim Lee)

Dwa zespoły gwiazd – Geoff Johns z Jimem Lee oraz Batman, Superman, Wonder Woman, Green Lantern, Flash z Cyborgiem miały stać się materiałem na wielki, komiksowy przebój. Od samego początku „Justice League” pomyślane było jako flagowy tytuł relaunchu DCU, mający przynieść krociowe zyski wydawnictwo, a swoim autorom – wieczną sławę. Udało się tylko w tym jednym przypadku – „Liga Sprawiedliwości” przez kilka miesięcy królowała na listach sprzedaży, osiągając w pewnym momencie pułap sprzedaży grubo powyżej 200 tysięcy egzemplarzy. A sam komiks? Cóż, zbyt wiele o nim napisać się nie da. Geoff Johns opisując historię pierwszego spotkania największych ziemskich herosów poszedł po linii najmniejszego oporu, zadowalając się możliwie najprostszymi rozwiązaniami. Na scenie po kolei pojawiają się poszczególni bohaterowie i widząc, jakim zagrożeniem jest Darkseid łączą swoje siły, aby powstrzymać inwazję z Apokalips. Pełna laserów z dupy, umięśnionych herosów ubranych w pstrokate kostiumy, wybuchów i splaszów historia jest wymarzonym materiałem dla Jima Lee do zilustrowania. Przyznam, że nie pamiętam, kiedy jeden z obecnych redaktorów DC Comics był w tak dobrej formie – oprawa wizualna stoi na naprawdę wysokim poziomie, spokojnie mieszcząc się w wśród najlepszych dokonań Lee. Tylko cóż tego, skoro tego superbohaterskiego eye-candy czytać się po prostu nie da, bo jest przeraźliwie nudne?

poniedziałek, 9 lipca 2012

#1074 - Trans-Atlantyk 196

Od wtorku ruszamy ruszamy z omawianiem komiksów, które nalezą do Nowej 52. Od czasu relaunchu DCU już wkrótce minie rok, zeszyty powoli zbierane są w trejdy, a przedwczesna ekscytacja tym, co pachnie świeżością już minęła. Można więc na chłodno przyjrzeć się i ocenić czy śmiałe przedsięwzięci Jima Lee, Dana DiDio, Geoffa Johnsa, Eddy`ego Berganzy, całego szeregu twórców i redaktorów okazało się sukcesem. W dość nieregularnym cyklu tekstów chciałbym przyjrzeć się około dwudziestu tytułom, które w jakiś sposób zwróciły moją uwagę i miałem szczęście (lub nieszczęście), że wpadły w moje ręce. Bez pomocy moich krakowskich kolegów, Marcina i Witka, sam nie dałbym rady kupić (lub ściągnąć) tej całej kupy zeszytów i albumów, więc z tego miejsca serdecznie im dziękuje za udostępnienie swoich zbiorów. Niektóre zasłużyły sobie na pełnometrażową recenzję, a inne zostaną opisane w ramach zapomnianych nieco Rzutów za 3. To jednak nie wszystko - również w nadchodzącym tygodniu ruszymy również z wakacyjnym cyklem, który powinien przypaść do gustu głównie fanom polskiego komiksu. Wszystko wyjaśni się już w środę, a do tego czasu - stay tuned!

 
Tony Daniel ustępuje miejsca w "Detective Comics" Johnowi Laymanowi. Daniel pracuje obecnie nad tajnym projektem, o którym usłyszymy dopiero jesienią, a jego premiera zaplanowana jest dopiero na początek 2013 roku. Na razie narysuje dwa odcinki "Justice League". Autor, który wywindował "DC" na szczyty list bestsellerów zostanie zastąpiony przez scenarzystę nie mniej przebojowego "Chew", za którego zgarnął dwa Eisnery. Przygoda Laymana z Mrocznym Rycerzem zacznie się w październiku, od numeru 13., a towarzyszyć mu będzie Jason Fabok. Scnearzyst zapowiada, że będzie chciał skupić się bardziej na tytułowym, "detektywistycznym" aspekcie Gacka. Jego Batmana będzie mniej mroczny, niż choćby wersja Snydera, skręci bardziej w sensację, przygodę. Premierowa historia będzie zatytułowana "Emperor Penguin" i zgodnie z tym, co zwiastuje ilustracją, rolę villaina będzie odgrywał Pingwin. Layman, który nie należy do fanów zdekompresowanej narracji, będzie dokładał starań, aby każdy kolejny numer był zamkniętą i skończoną całością

Zmiany czekają również inne zakątki Gotham - scenarzystka Ann Nocenti przejmuje stery w on-goingu "Catwoman". Jej przygoda z Seliną Kyle rozpocznie się w numerze zerowym. Dotychczasowi autorzy serii, Judd Winick i Guillem March, nie ogłosili jeszcze nad jakim projektem będą pracować. Catwoman należy do ulubionych postaci Nocenti - w 2004 roku napisała mini-serię "Batman/Catwoman: Trail of the Gun". Scenarzystka deklaruje, że z dużym szacunkiem podejdzie do pracy swojego poprzednika. Chce opowiadać własne historie, al będzie starał się utrzymać ducha, jaki Catwoman nadał Winnick. Nie wiadomo jeszcze kto zajmie się oprawą graficzną serii.

Scenarzysta John Arcudi odsłania kolejne karty z przeszłości hellboy`owego Biura Badań Paranormalnych i Obrony. Akcja nowej, pięcioczęściowej mini-serii "B.P.R.D.: 1948" będzie rozgrywała się w tajnej bazie wojskowej w Nowym Meksyku, gdzie testowano broń nuklearną. Fabuła ma być dośc luźno oparta o dokumentacje autentycznego Projektu Orion. Jak zwykle - coś pójdzie nie tak i zespół profesora Bruttenholma będzie musiał ruszyć do akcji. Oprócz radzenia sobie z potworami ojciec Piekielnego Chłopca spotka na swojej drodze Anna Rieu równie piękną, co błyskotliwą panią fizyk. Romans? Wcale nie taki oczywisty, jak zapewnia Arcudi, ale historia rzeczywiście ma skupiać się mocno na postaci Bruttenholma. Swoje role do odegrani będą mieli również agenci Anders i Stegner. Ten tom ma wyznaczyć nowy etap w przygodach BBPO - naziści na razie zostają odstawienie na bok, a konwencja z horrorowej zbliży się bardziej do klimatów science-fiction. Oprawą graficzną ma zająć się Max Fiumara, a w niewielkim epizodzie (przynajmniej z pozoru) ma pojawić się młody, przepadający za plackami Hellboy. Czegóż chcieć więcej?

Ogłoszono nominację do Nagród Harvey`a, drugich, po statuetkach Eisnera, najbardziej prestiżowych nagrodach w amerykańskiej branży komiksowej. Aż osiem szans na laur imienia założyciela magazynu "MAD" ma "Daredevil"! Marvelowski on-going nominowany jest do Best New Series, Best Continuing Or Limited Series, Best Inker (za pracę Joego Rivery), Best Writer, (za skrypty Marka Waida), Best Cover Artist (w tej kategorii rywalizują ze sobą Marcos Martin i Paolo Rivera), Best Artist (i znowu Rivera), Best Single Issue or Story (dla numeru siódmego). Mnie osobiście cieszą nominację dla Kate Beaton za jej rewelacyjne "Hark! A Vargant" (w kategoriach Best Cartoonist, Best Online Comics Work, Special Award For Humor In Comics), a swoje zgarnął Craig Thompson (trzy wyróżnienia za "Habibi"). Strasznie biedne wygląda rywalizacja w kategorii Best Writer - z Waidem o Harvey`a biją się jeszcze Joshua Hale Fialkov (jego "Echoes" też zostało mocno docenione), Scott Snyder z Jeffem Lemire`m oraz Jason Shiga (autor "Empire State: A Love Story (or Not)"). Wspomniani Shiga, Thompson i Rivera mogą zostać Best Artist, podobnie jak J.H. Williams III i Chris Samnee i tu rzeczywiście jest z kogo wybierać. Pełna lista nominowanych dostępna jest w linku źródłowym, nieco wyżej.

niedziela, 8 lipca 2012

#1073 - Nowy początek Marvela

W Marvelu umieją liczyć. W obliczu oszałamiających wyników sprzedaży Nowej 52 włodarze Domu Pomysłów postanowili skopiować pomysł swojej szacownej konkurencji. Zgodnie z zapowiedziami, że po zakończeniu trwającego właśnie eventu "Avengers vs. X-Men" nic nie będzie już taki samo. Pod banderą Marvel NOW! zostanie otwarty nowy rozdział w historii największego amerykańskiego wydawnictwa komiksowego. 

Wraz z finałem "Avs.X" w Domu Pomysłów rozpocznie się nowa era. W ramach Marvel NOW! krajobraz Ziemi-616 zostanie ukształtowany na nowo. Skojarzenia z Nową 52 nasuwają się same, ale Axel Alonso mocno podkreśla, że nie jest to reboot, tylko nowe otwarcie. Sięgająca lat sześćdziesiątych chronologia (wraz z póżniejszymi zmianami i mniejszymi, lub większymi retconami) ma zostać zachowana - pilnowane przez fanbojów continuity ocaleje nietknięte. Na czym zatem polegać będą zmiany? Joe Quesada mówi o redesignie kostiumów, zmianie nastawienia niektórych postaci, ale też o zupełnej zmianie charakteru innych. Przyczyną tych zmian ma być finał starcia dwóch największych "marek" Marvela. W przeciwieństwie do rewolucji w DC ocaleje numeracja niektórych tytułów (pewniakiem jest "Daredevil", a czuje, że podobnym wyjątkiem będzie choćby "The Amazing Spider-Man"), a praca żadnego z twórców nie zostanie przerwana w pół runu. Jak podkreśla Alonso wszystkie niewyjaśnione wątki od czasów "House of M" mają znaleźć swój satysfakcjonujący finał. Zmiany będą wprowadzane stopniowo - począwszy od października, aż do stycznia co tydzień będzie ukazywała się nowa seria. W sumie, według słów Toma Brevoorta ma ich być ponad 20. Żadna z obecnie wydawanych serii nie zostanie zamknięta.

Na razie oficjalnie zapowiedziano cztery nowe on-goingi z jedynką na okładce. Każdy z nich ma być idealną okazję dla nowych czytelników, aby móc rozpocząć swoją przygodę z komiksami Marvela. Brian M. Bendis opuszcza komiksową rodzinę Mścicieli, aby zająć się mutantami. Jonathan Hickman po epickim finale runu w "Fantastic Four" zajmie się Avengers, natomiast Rick Remander będzie pisał flagowy tytuł NOW!, czyli "Uncanny Avengers", którym występować będą prominentni członkowie X-Men i Avengers. Potwierdzony został udział Kapitana Ameryki, Scarlet Witch, Thora oraz Wolverine`a, Rogue i Havoka (zwróćcie uwagę - wszystkie panie noszą spodnie!). Ten ostatni, według scenarzysty, ma stać się jedną z najważniejszych postaci w nowym uniwersum Marvela. Seria rysowana przez Johna Cassaday`a ma stanowić pomost, rozpięty pomiędzy społeczeństwem mutantów, a ludzką populacją i Mścicielami. Pierwszym villainem ma być Red Skull, który w swojej nowej wersji będzie chciał zlikwidować całą mutancką rasę. "All-New X-Men" określane jest przez Bendisa jako komiksowy odpowiednik filmów Roberta Altmana. Oryginalny skład X-Men, prosto z lat sześćdziesiątych przybędzie do naszej rzeczywistości, która będzie dla nich o wiele bardziej przerażająca, niż najbardziej ponure alternatywne przyszłości, jakie znają. Oznacza to jedno - powrót Jean Grey. Będzie to jej pierwsze pojawienie się od czasów śmierci w runie Granta Morrisona w 2004 roku. "To rzecz, na którą fani X-Men czekali od zawsze - chcieli powrotu Jean Grey. Ale nie chcieli kolejnego zmartwychwstania, kolejnego taniego powrotu zza grobu tylko starą, dobrą Marvel Girl" - mówi scenarzysta. Oprawą graficzną ma zająć się Stuart Immonen.

Natomiast w "Avengers" zobaczymy zarówno duże, epickie historie, które Hickman tak bardzo lubi oraz nieco mniejsze, jednozeszytowe fabuły. Pierwsza historia będzie zatytułowana "Avengers World", skład Mścicieli będzie składał się z 18 członków i będzie mieszankę zarówno nowych postaci, marvelowskich ikon, jak i herosów z trzeciej ligi. Te wielkie, zaplanowana na pięć, sześć numerów historie będą przewijały się z krótszymi, znacznie bardziej kameralnymi opowieściami, skupionymi na poszczególnych postaciach. Na razie Hickman nic więcej nie chce zdradzić, oprócz tego, że w zespole nie braknie miejsca dla Shang-Chi. W "Avengers" będzie współpracował z Jerome Openą, potem kolejne historie narysują Adam Kubert, Dustin Weaver i Mike Deodato. Steve Epting rysował będzie natomiast nowe wcielenie "New Avengers". Kolejne z premierowych serii będą startowały w październiku ("Uncanny Avengers"), listopadzie ("All-New X-Men"), grudniu ("Avengers") i styczniu ("New Avengers"). Pewniakiem jest również restart serii "Thor", "Iron-Man" i "Captain America".

Do każdego zeszytu zostanie dołączony zostanie specjalny kod pozwalający na ściągnięcie jego cyfrowej wersji. Oprócz tego, premierowe numery zostaną wzbogacane o dodatkowe materiały, dostępne wyłącznie przez platformę Marvel AR. Pomimo tych elektronicznych wodotrysków cena papierowego zeszytu nie ulegnie zmianie, w przeciwieństwie do szaty graficznej. Jak możecie zobaczyć na ilustracji obok, okładki będą utrzymane w bardziej plakatowo-filmowym stylu, a design stanie się bardziej elegancki. Mnie się podoba. Podobnie zresztą jak zmiany kostiumów. Z wyjątkiem wyglądu Hulka (którego cybernetyczne wstawki mają zostać wyjaśnione w finale jego serii) i Cyclopsa niemal wszystkie stroje zachowują wierność klasycznym krojom i wprowadzają powiew świeżości. Czy tak właśnie będą wyglądały komiksy Marvel NOW? Po przygodzie z Nową 52, widząc co dzieje się w branży superbohaterskiej jestem raczej sceptycznie nastawiony, ale z ciekawością przyglądam się zapowiedziom Domu Pomysłów.

sobota, 7 lipca 2012

#1072 - Komix-Express 146

Wszystkie znaki na niebie i ziemi wskazują, ze kryzys na polskim rynku komiksowym, powoli dobiega końca. W ciągu jednego miesiąca wyszło lub wyjdzie 7 (słownie: siedem) niezłych grubasów za grubą kasę. Nasze portfele dostaną więc mocno po dupie. Już możemy się cieszyć z "Małych zaćmień" (99 zł) od Timofa i kultowym (i absolutnie rewelacyjnym wartym każdej złotówki z ceny okładkowej - dopisek Kuby) "All-Star Superman" (140 zł) z Muchy, a już niebawem wyjdą aż trzy "Batmany" (89,99 zł x 3) i trzeci integral "Blueberry`ego" (99,99 zł) - wszystko z Egmontu, a także album, na który wszyscy czekają od bardzo dawna, czyli "Habibi" Craiga Thompsona od Timofa. Wydawnictwa ruszyły pełną parą. O zapowiedziach Centrali pisaliśmy w ubiegłym tygodniu. Teraz pora na prawdziwą bombę. Bombę z Kultury Gniewu. 

Bo oto ulubiony edytor wielu fanów komiksu, ujawnił kilka naprawdę ciekawych planów wydawniczych. Po wielu prośbach i błaganiach, Kultura Gniewu, bo o niej mowa, w końcu ugięła się i planuje drugie wydanie, znakomitej powieści graficznej Guya Delisle pod tytułem "Phenian". Jak udało nam się dowiedzieć, kości zostały rzucone, a kolejny ruch ma wykonać francuski wydawca, który albo zapali zielone światło i w jego blasku wykona rzut, albo schowa kości do woreczka, obróci się na pięcie i pójdzie do domu z obrażoną miną, że nakłady komiksów w Polsce są takie małe. Miejmy nadzieję, że wszystko pójdzie jak należy  i drugie wydanie tej genialnej opowieści (podobno poprawione, w nowej szacie graficznej i ze wstępem eksperta od Korei Północnej!), wkrótce pojawi się w sklepach komiksowych i w... Empiku! Tak, w Empiku! Przerwijmy na razie kolejne zapowiedzi gniewnych, aby poinformować, że niektóre półki w salonach molocha, aż uginają się od komiksów z KG. Warszawski wydawca wrócił do największej sieci sprzedaży drogą innej hurtowni. Miejmy nadzieję, że ta hurtownia jest bardziej honorowa od poprzedniej. Dla podkreślenia wagi moich słów, siłacz walnie pięścią w stół. Albo lepiej pokażę Państwu zdjęcie z wrocławskiego empiku:
Prawda, że piękne? Podobno pierwsze wyniki sprzedaży po powrocie do Empiku, są całkiem niezłe. Z tego co udało nam się ustalić, "Phenian" to nie jedyny komiks Kultury Gniewu, który zostanie wydany ponownie. Ale na razie w tej sprawie musimy milczeć. Napiszę tylko, że nie dość, że są szanse na dodruk innego wyprzedanego tytułu, to razem z nim pojawi się prawdopodobnie inny album tego autora. Uwierzcie mi, jeśli wszystko dojdzie do skutku, będziemy się cieszyć jak małe dzieci. Co do "Jerozolimy" Delisle, to także są szanse na wydanie, ale nie wcześniej, niż w roku 2013. W oczekiwaniu na "Jerusalem", będziemy mogli pocieszyć się dwoma albumami tego twórcy, które na pewno ujrzą światło dzienne jeszcze w tym roku. Mowa o "Aline an the others" i "Albert an the others". To dwa około 80-stronicowe albumy, które łączy koncept. A mianowicie są to albumiki pełne krótkich niemych opowiastek, których bohaterami są w jednym komiksie mężczyźni, a w drugim kobiety. Delisle`a nigdy za wiele!  

Zapowiedzi przedstawiamy trochę od tyłu. Z planów i dalszych zapowiedzi przejdźmy do totalnych konkretów. Do drukarni trafiły już "Kiki de Montparnasse" oraz zapowiadany już od dawien dawna "Baby’s in Black". Na październik zapowiedziano malarski komiks Marii Rostockiej i Michała Rostockiego pod tytułem "Niedźwiedź, Królik i Kot". Moim zdaniem to będzie prawdziwy hit. Wystarczy zobaczyć planszę, którą wrzucił na swego bloga Ziniol. Poza tym ukaże się: kolekcjonerskie wydanie "Hell Hotel" Macieja Łazowskiego. Będzie miał nakład, taki sam jak pierwszy "Diefenbach", czyli 666 egzemplarzy. To jeszcze nie koniec: po raz kolejny rozbawi nas "Człowiek Parówka" Marka Lachowicza a wzruszy Michał Śledziński trzecią częścią "Na szybko spisane". Na jesień na empikowych (nadal w to nie wierzę) półkach pojawi "Epileptic" Davida B, które recenzowaliśmy kilka dni temu na Kolorowych Zeszytach.  

W ubiegły weekend odbył się wernisaż wystawy Honorowego Ambasadora Stalowej Woli, Największego Mistrza Polskiego Komiksu, Pana Grzegorza Rosińskiego (owacja na stojąco). Jest to największa wystawa prac Rosińskiego, jaka miała miejsce w historii tego kraju. W Stalowej wiszą takie cuda jak okładka zbiorczego wydania "Zemsty Hrabiego Skarbka", okładki "Statku-miecza", "Raissy", czy "Trzech starców z kraju Aran". Wystawa artysty tej klasy, jest wydarzeniem, które powinni omawiać jako pierwsze we wszystkich wiadomościach, niestety jak zwykle w przypadku komiksu, w telewizji pojawiły się tylko jakieś wzmianki. Wystawa powisi w Stalowej do 19 sierpnia. Potem ma trafić do Krakowa i Kielc. A oto kilka fotek ze Stalowej Woli, które pokazujemy dzięki uprzejmości Maćka Szatko:

1. Genialna okładka zbiorczego wydania "Zemsty Hrabiego Skarbka", którą na okładce polskiego wydania, potraktowano gorzej, niż źle 
2. Okładka "Statku-miecza"
3. Thorgal rządzi w Stalowej Woli:
4. Główny zainteresowany, czyli Mistrz Rosiński rozdaje autografy:
5. O lewej: Wojciech Birek (z genialnym katalogiem wystawy!), Piotr Rosiński (kurator wystawy), Grzegorz Rosiński (wiadomo):
O wystawie można poczytać (i zdjęcia można zobaczyć) między innymi na portalu Stalówka, w Sztafecie, na stronie muzeum i w serwisie Nadwiślański.pl. Ja z pewnością wybiorę się do Krakowa, bo do Stalowej Woli trochę daleko (do zobaczenia zatem! - znowu dopisek Kuby). (KC)  

20 lipca bieżącego roku swoją premierę będzie miał "Burrit" (prapremiera odbędzie się tydzień wcześniej, podczas Dni Jakuba Wędrowycza w Wojsławicach). Komiks autorstwa Klaudiusza Kunickiego wydany zostanie przez Lubelskie Stowarzyszenie Fantastyki "Cytadela Syriusza" i zapowiada się na kolejną pozycję, która mielić będzie klisze kryminałów noir. Cen albumu nie jest jeszcze znana wiadomo jednak, że będzie liczył 104 strony. Tak wygląda powiedz "Burrita", którym nie zainteresował się "New York Times" i "Washington Post" (cokolwiek miałoby to znaczyć):

W biurze detektywistycznym pojawia się roztrzęsiona kobieta. Jej narzeczony zaginął, pochłonęła go wielkomiejska dżungla, a poszukiwania zdają się szukaniem igły w stogu siana. Jednak żadna sprawa nie jest zbyt trudna dla Burrita, niezłomnego prywatnego detektywa, bardziej wyrazistego niż sam Sam Spade z kart powieści Dashiella Hammetta. "Burrit" to pełna rozmachu i złożona narracyjnie historia, czerpiąca z najlepszych wzorców klasycznych kryminałów, lecz jednocześnie opowiedziana w sposób świeży i odkrywczy. Tytułowy bohater na wyboistej drodze do prawdy musi zmierzyć się nie tylko z armią niebezpiecznych przestępców, z których każdy śmiało mógłby konkurować z Hannibalem Lecterem, lecz przede wszystkim z własnymi słabościami – pustką po stracie przyjaciela, problemem alkoholowym czy bólem odrzuconej miłości. Czarno-białe rysunki doskonale oddają surowy klimat współczesnego miasta, przypominają najwybitniejsze opowieści utrzymane w stylu komiksów cartoon noir. Brutalna, a zarazem jakże wysmakowana kreska, sprawia, że dzieło to na długo zapada w pamięć.

We wtorek, 10 lipca nie lada grata czeka na warszawskich fanów Mrocznego Rycerza. W stołecznym Empiku przy ulicy Marszałkowskie 116/122 odbędzie się event "Batman w Popkulturze". Przy okazji empikowej prapremiery trzech bat-komiksów z Egmontu (przypomnijmy - „Batman. Powrót Mrocznego Rycerza”, „Batman. Nawiedzony Rycerz”, „Batman. Najlepsze opowieści”), a tuż przed premierą najnowszego filmu Christophera Nolana (już 27 lipca) o fenomenie Gacka rozmawiać będą Konrad Hildebrand (redaktor naczelny Polygamia.pl), Tomasz Kołodziejczak (wydawca komiksów - Egmont, pisarz), Wojciech Nelec (redaktor serwisu BatCave), Bartosz Węglarczyk (redaktor naczelny – „Sukces”) i Robert Ziębiński (dziennikarz – „Newsweek”). Wszystko rozpocznie się o 17:30 od emisji zapowiedzi "Dark Knight Rises". Do 18:30 trwać będzie konkurs wiedzy o Batmanie (do wygrania będą komiksy, kolekcjonerskie pakiety DVD i figurki Batmana), a o 18:30 ruszy panel dyskusyjny. Wszystko to wygląda bardzo sympatycznie i przyznam, że z chęcią bym się wybrał na taką imprezkę. Wreszcie Egmont zaczął szukać czytelników ze swoimi komiksami.

W sieci ukazała się kolejna, siedemdziesiąta pierwsza, odsłona magazynu KaZet. Głównym bohaterem, któremu poświęcono temat numeru, jest Scott McCloud. Wśród tekstów o człowieku, który "zrozumiał komiks", znajdziecie między innymi omówienie jego trylogii o historiach obrazkowych oraz recenzje jego najpopularniejszej serii "Zot!". Oprócz tekstów, w których obsadza się Marysię Góralczyk w filmie z Batmanem, który nigdy nie powstanie, Jerzego Szyłak nazywa komiksologiem i błyskotliwych przepowiedni o rychłym upadku drukowanego komiksu (wybaczcie ironię) nie mogę nie polecić trzech artykułów napisanych przez osoby związane z Kolorowymi. Krzysztof Ryszard Wojciechowski zrecenzował "Low Moon", kolejny znakomity komiks Jasona, Marcin Zembrzuski zaglębił się w "B.P.R.D.: Hell On Earth: The Transformation of J. H. O’Donnell", a Michał Ochnik przybliżył sylwetkę i dzieje X-23. Zachęcamy do lektury tych i innych tekstów! (KO)

piątek, 6 lipca 2012

#1071 - X-Rewolucje: część pierwsza

Wszystko zaczęło się od Charlesa Xaviera, jednego z pierwszych współczesnych ludzi, u którego uaktywnił się gen x, dający swojemu posiadaczowi ponadludzkie możliwości. Będąc nastolatkiem Xavier odkrył w sobie niezwykłe, telepatyczne moce. Zgłębiając wiedzę o następnym stopniu ewolucji ludzkości, o homo sapiens superior, wędrował po świecie i odkrył, że nie jest jedynym. Niektórzy mutanci, tacy jak Shadow King czy Magneto chcieli użyć swoich mocy w iście złowieszczych celach. Trudno dziwić się zatem ludziom, którzy z przerażeniem zareagowali na pojawienie się wśród nich półbogów.

Xavier poświęcił swoje życie na zrealizowanie pacyfistycznego marzenia o pokojowym współistnieniu ludzi i mutantów. W jego szkole w Westchester młodzi mutanci mogli schronić się przed nienawidzącym ich światem i uczyć się bezpiecznego korzystanie ze swoich mocy. Tak powstali X-Men, którzy wkrótce stali się grupą bohaterów, chroniących ludzkość przed agresją innych mutantów.

Tak pokrótce przedstawia się geneza jeden z najpopularniejszych marek super-bohaterskich we współczesnej popkulturze. Przez lata przeszła ona wiele zmian, jak chyba żadna inna w Domu Pomysłów. Slogany „nic nigdy nie będzie już takie samo!” czy „nowa generacja mutantów!”, krzyczący z okładek, stały się synonimami x-komiksów. Paradoksalnie – ich historia to nie ciągła ewolucja, tylko gwałtowne rewolucje. Ciągłe żonglowanie składami, bohaterowie zmieniający strony, wielokrotne powroty zza groby – w żadnym innym zakątku Marvela nie da się tego odczuć tak mocno, jak u mutantów. Stan permanentnej zmiany jest u nich normalny. Ale jak nie raz było to cytowane także na łamach polskich „X`ów” – „im bardziej coś się zmienia, tym bardziej pozostaje takie samo”.

Przed Wami czternaście najważniejszych wydarzeń w historii X-Men. Poniższy tekst jest dość swobodny przekładem podobnego artykułu, jaki ukazał się na łamach Newsaramy. W przeciwieństwie do zeszłotygodniowego tekstu, tym razem pozwoliłem sobie na znaczne rozbudowanie materiału źródłowego. Pierwotny pomysł rozrósł się niemal do krótkiej historii mutantów Marvela.

01) Pierwsza klasa

Wraz z założeniem Szkoły dla Utalentowanej Młodzieży w Westchester, stan Nowy Jork, rozpoczynają się dzieje dzieci atomu. Charles Xavier widząc, że populacja mutantów rośnie i konflikty pomiędzy nimi, a zwykłymi homo sapiens wydają się nieuniknione, zakłada placówkę, w której jednostki obdarzone genem x będę uczyły się korzystania ze swoich niezwykłych mocy. We wrześniu 1963 roku ukazuje się premierowy zeszyt „X-Men” (vol. 1). 

Studentami pierwszego roku u Xaviera byli Cyclops (Scott Summers), Beast (Henry McCoy), Iceman (Robert Drake), Angel (Warren Worthington III) i Marvel Girl (Jean Grey). Ci klasyczni X-Men, stworzeni przez Stana Lee i Jacka Kirby`ego zwani byli „najdziwniejszymi nastolatkami z nich wszystkich”. Pierwsze pokolenie mutantów do toczyło pamiętne boje z Magneto i jego Bractwem Złych Mutantów, a także z tymi, którzy oskarżali ich autorów o zrzynkę z „Doom Patrol”. Przez skład X-Men przewinął się Mimic, młodszy brat Scotta, Havok, córka Magneto (co zostało dopowiedzenia przez scenarzystów znacznie później) Polaris. Przez te lata piątka oryginalnych członków dojrzewała i z bandy nieopierzonych studentów stawała się zespołem młodych bohaterów.

02) Zupełnie nowi, całkiem inni

Niestety, mutanci po pierwszych rynkowych sukcesach w latach sześćdziesiątych i siedemdziesiątych dość szybko stracili na popularności. Tak bardzo, że Marvel zawiesił wydawanie on-goinga wraz z numerem 66, zadowalając się jedynie publikowaniem reprintów ich wczesnych przygód. I kto wie, gdyby nie Len Wein i Dave Cockrum, a później Johna Byrne i Chris Claremont może dziś X-Men nie byliby jedną z najważniejszych marek Domu Pomysłów?

W 1975 roku na łamach „Giant-Size X-Men” #1 oryginalni X-Men wpadli w pułapkę Krakoy, jak się później okazało, żyjącej, zmutowanej wyspy. Z jej rąk uszedł jedynie lider, Cyclops, który po powrocie do Westchester, rozpoczął przygotowania do misji ratunkowej. Najpierw jednak trzeba było zebrać zespół, który mógłby się tego podjąć.

Charles Xavier objechał cały świat w poszukiwaniu kandydatów do drugiej generacji X-Men. Z Kanady wrócił z Wolverinem, byłym członkiem Alpha Flight, w Afryce zwerbował Storm, w Niemczech ocalił przed linczem Nightcrawlera, a w ZSRR do swoich pacyfistycznych ideałów przekonał Colossusa. Skład uzupełnili rdzenny Amerykanin Thunderbird (który zginie podczas misji ratunkowej), Irlandczyk Banshee i Japończyk Sunfire. Jak widać zespół był znacznie bardziej zdywersyfikowany pod względem etnicznym i narodowościowym, co pasowało znacznie lepiej do komiksu z etykietą walki z rasizmem i nietolerancją.

Dla wielu, także dla mnie, początek rządów Claremonta w „Uncanny X-Men” to złoty okres w x-historii, który miał fundamentalny wpływ na przyszłych x-twórców. Takie historie, jak „Proteus Saga”, „Days of Future Past” czy wreszcie „Dark Phoenix Saga” złotymi zgłoskami zapisały się w historii superbohaterskich komiksów.

03) Szkoła Magneto

Jednym z najsłabiej poznanych przez polskiego czytelnika, a jednocześnie najciekawszych okresów w historii X-Men jest okres, kiedy Szkołą rządził… Magneto. Erica Lenshnera ruszyło wreszcie sumienie – dostrzegłszy ogrom swoich zbrodni oddał się w ręce sprawiedliwości. Sąd nad jednym z największych villainów w Marvelu odbył się na łamach jubileuszowego, 200. numeru „The Uncanny X-Men”. Rozprawę przerwała jednak bitwa z bliźniakami Von Strucker, która w rezultacie doprowadziła niemal do śmierci mentora X-Men i tylko technologia Shi`Ar mogła uratować jego życie. Żegnając się ze swoim przyjacielem Xavier wymógł na nim przejęcie szkoły i kontynuowanie jego misji.

Magneto przyjmuje imię Micheala Xaviera i obiecuje utrzymać marzenie przy życiu. Staje się mentorem dla trzeciej generacji mutantów – New Mutants. Tymczasem Cyclops opuszcza X-Men nie mogąc pogodzić się z obecnością w niej swojego arcy-wroga, a na czele zespołu staje pozbawiona swoich mocy Storm. Wkrótce Summers wraz z pozostałymi członkami oryginalnego składu zakłada X-Factor, a reszta X-Men musi zmierzyć się z Sinisterem i Marauders. Właśnie wtedy ma miejsce słynna „Masakra Mutantów”, anty-mutanckie nastroje wzbierają na sile i w ich wyniku ginie jeden z Nowych Mutantów – Doug Ramsey. Wreszcie Storm odzyskuje swoje moce, ale wraz z innymi X-Menami musi stawić czoło demonicznej sile zwanej Adversary. Ceną ocalenie ludzkości jest poświęcenie życia…

04) Upadek mutantów

Oczywiście, jak to w komiksach bywa, X-Men wcale nie zginęli. Ocaliła ich Roma, niemal boski byt stojący na straży porządku we wszechświecie. Otrzymawszy od losu drugą szansę X-Meni przenoszą swoją bazę do Australii i nie informując nikogo o swoich powrocie do świata żywych, chronieni czarem Romy zapobiegającym wykryciu, realizują dalej marzenie Xaviera. W tym samym czasie część byłych członków zespołu przebywająca na Wyspach Brytyjskich zakłada Excalibur.

Przez pewien czas X-Menom udaje się działać w ukryciu, w końcu jednak zostaną zmuszeni od opuszczenia swojego azylu i ucieczkę przez Siege Perilous. Przejście przez tę mistyczną bramę będzie oznaczało kolejne kłopoty dla mutantów ze szkoły Xaviera. Rozsiani po całym globie, często pozbawieni pamięci, będą musieli poukładać sobie na nowo życie. Najmocniej te wydarzenia odczuje Psylocke, który obudzi się w ciele półnagiej ninja-azjatki z podzieloną tożsamością.

A tymczasem w szkole Magneto powróci do swoich dawnych planów zdobycia władzy nad światem. Porzucając ideały Xaviera w tym celu sprzymierzy się z Hellfire Club. Na scenie pojawi się również tajemniczy Cable, który z New Mutants zrobi X-Force – paramilitarną organizację bojową, która będzie zajmować się szybkim i skutecznym rozwiązywaniem problemów, tj. superłotrów. Kresem tej epoki jest starcie mutantów z rządem i armią Genoshy, małego afrykańskiego państwa, którego polityka opiera się na nienawiści do mutantów.

05) Nowa generacja

Po pokonaniu Genoshan i powrocie Strom do normalnego wieku uformował się nowy skład X-Men, ubranych w jednakowe, nawiązujące do klasycznych żółto-niebieskich uniformów, stroje. Po wydarzeniach związanych z "X-Tinction Agenda" do składu powracają Storm, Banshee, a swoje debiuty zaliczają postacie, które wkrótce w świecie mutantów będą ogrywać kluczowe role - Forge, Jubilee i Gambit. Udaje się również sprowadzić wyleczonego Xavier na ziemię. Końcem tej epoki, zamykającym  niejako lata osiemdziesiąte w x-historii jest "The Muir Island Saga", będąca starciem mutantów z jednym z ich najstarszych i najpotężniejszych wrogów - Shadow Kingiem. Walka rozegrała się na łamach "X-Factor" i "Uncanny X-Men". Jej reperkusje będą miały kluczowy wpływ na przyszłe wydarzenia. Xavier kolejny raz straci władzę w nogach. Oryginalni członkowie X-Men powrócą do macierzystego zespołu, a X-Factor zamieni się w utrzymywaną przez rząd grupę uderzeniową kierowaną przez Valerie Cooper z Havokiem, jako liderem. Syn Xaviera, Legion, zapadnie w śpiączkę, a jego wątek doprowadzi do jednej z największych tragedii w dziejach X-Men. No zrezygnowana z jednakowych niebiesko-żółtych wdzianek.

06) Niebiescy i złoci

Po bitwie o wyspę Muir x-rezydencja zostaje odbudowana, a w szkole pojawili się niemal wszyscy najważniejsi członkowie X-Men, którzy dzielą się na dwa zespoły – Niebieską Formacją dowodzi Cyclops, a Złotą – Storm. Ci pierwsi, z Wolverinem, Gambitem, Beastem, Psylocke, Jubilee i Rogue w składzie okupują nową x-serię zatytułowaną po prostu "X-Men" (zwaną później bezprzymiotnikową) pisanym przez Claremonta z rysunkami znajdującego się u szczytu swoich artystycznych możliwości Jima Lee. Drugi team - Colossus, Iceman, Archangel, Jean Grey, Banshee, Forge i przybywający z przyszłości Bishop zameldują się w "Uncanny X-Men", ze skryptem Johna Byrne`a i Lee i oprawą graficzną Whilce`go Portacio. 

Wszystko to dzieje się w 1991 roku, kiedy amerykański przemysł komiksowy zaliczył swój spektakularny wzrost i jeszcze bardziej spektakularny upadek. Gwiazdy Lee i Claremonta wywindują popularność x-komiksów do niebotycznego poziomu, sprzedając pierwszy numer „X-Men” (vol.2) w oszałamiającej liczbie 3 milionów egzemplarzy. To również czas największej popularności mutantów w Polsce.

czwartek, 5 lipca 2012

#1070 - Bat-Czwartki 05: Nastolatek do potęgi trzeciej ("Batman i Robin")

"Batman Forever" był udaną próbą odświeżenia wizerunku Człowieka Nietoperza. Film został drugim najbardziej kasowym filmem roku, zarabiając przeszło 100 milionów dolarów więcej niż „Powrót Batmana”. Producenci mieli powody do zadowolenia – Schumacher wywiązał się z powierzonego mu zadania i uczynił Batmana gwiazdą kina akcji, na przekór wizerunkowi odmieńca z filmów Burtona. Mroczny Rycerz stał się idolem nastolatków na całym świecie. Schumacher nie cieszył się jednak długo sympatią studia. Jego zasługi szybko przyćmiła widowiskowa klapa "Batman i Robin", który jednogłośnie okrzyknięto jednym z najgorszych filmów w historii. Publiczność nie zostawiła na reżyserze suchej nitki. Film spotkał się z miażdżącą krytyką i poniósł sromotną porażkę w box office'ie. Efekt: złamane kariery i koniec z kinowymi przygodami Batmana na długie lata.

Przypadek "Batman i Robin" pod wieloma względami przypomina "Powrót Batmana". Na pierwszy rzut oka różni je praktycznie wszystko, ale jedno mają wspólne – oba odniosły porażkę. "Powrót Batman" był bardziej gotycki i mroczny niż poprzednik i to nie spodobało się publiczności; "Batman Forever" był campowy, "Batman i Robin" jest campowy do kwadratu, czym zraził do siebie widzów. Pierwszy okazał się zbyt wykoncypowany dla ówczesnej widowni, drugi zbyt naiwny, by nie powiedzieć - głupi. Jak się więc okazuje publiczność nie lubi przesady ani w jedną, ani w drugą stronę.

W "Batman Forever" Bruce Wayne zostaje postawiony przed wyborem między normalnym życiem, a walką z przestępczością. Najpierw porzuca misję ratowania mieszkańców Gotham. Prędko jednak zostaje zmuszony, by jeszcze raz przywdziać kostium Batmana. Jak się okaże opłaci mu się to z nawiązką. W finale filmu, gdy bohater staje przed Riddlerem po raz pierwszy bowiem jest Batmanem i Wayne'em jednocześnie. Nie musi więcej wybierać. Osiągnął wreszcie upragnioną równowagę i pozbył się dręczącego go poczucia winy. Paradoksalnie, wyzwolony Wayne jest jednak mniej atrakcyjny dla widza niż jego skonfliktowane wcielenie - jest, ale tak jakby go nie było. Schumacher nie zauważył przemiany swojego bohatera i pozwolił, aby Wayne w "Batman i Robin" zmienił się we własną karykaturę.

Wayne u Schumachera jest nieznośny i trudno go znieść, zupełnie jak nastolatka, który wchodzi w ostatni etap okresu dojrzewania. Gdzie podział się ten cichy introweryk z filmów Burtona? Jego miejsce zajął wszystko wiedzący gwiazdor, dzieciak, który zgrywa dorosłego. W "Batmanie" Wayne nie zwracał niczyjej uwagi, nawet goście na jego przyjęciu nie wiedzieli jak wygląda. "Batman Forever" uczynił z niego gwiazdę, rozpoznawalną przez każdego, ale bohater boleśnie odczuł konsekwencje sławy. Chorobliwe uwielbienie Nygmy i obsesja Two Face sprowadziło na niego nie lada kłopoty. Mimo to Wayne polubił światła fleszy i poklask tłumu. Każde jego wystąpienie śledzi teraz stado dziennikarzy i fotoreporterów. O ile jednak w "Batman Forever" bohater trafiał na okładki "Time'a" i "Neesweeka", tak w "Batman i Robin" interesują się nim głównie brukowce - podstarzała dziennikarka rubryki towarzyskiej nie odstępuje bohatera na krok. Zmieniły się media, zmienili się czytelnicy, którzy chcą wiedzieć wszystko o ulubionych gwiazdach - co jedzą, z kim sypiają itp. itp. Edward Nygma, choć szalony, otaczał swojego idola uwielbieniem i nigdy nie zniżyłby się do takiego poziomu.

Wielokrotnie krytykowano wybór George'a Clooney' na głównego bohatera, ale doskonale pasował do roli zakochanego w sobie narcyza, którym de facto był Wayne w "Batman i Robin". Patrząc na niego, można odnieść wrażenie, że nic nie jest w stanie wyprowadzić go z równowagi, jego spokój ducha i samouwielbienie przybiera wręcz karykaturalne rozmiary. Jego Wayne nie musi konfrontować się z samym sobą, nie toczy wewnętrznej walki. W swoim zadufaniu wierzy, że taki jaki jest, będzie już zawsze i to wyróżnia go spośród innych ludzi, którzy wciąż nie mogą się odnaleźć.

W "Batman: Rok Pierwszy" Franka Millera bohater, aby nie budzić podejrzeń, tworzy sobie wizerunek rozkapryszonego bon vivanta i znudzonego arystokraty. W "Batman i Robin" jest nim: nie ma już przed sobą żadnego celu – zrobił wszystko, co można było zrobić, osiągnął więcej niż ktokolwiek. Gotham nie jest już dla niego wyzwaniem. Nic go z nim nie łączy.  Nocne eskapady nie mają już tego samego uroku, co wcześniej; to rutyna, żmudny obowiązek, który nie niesie ze sobą nawet najmniejszej przyjemności.

Schumacher zamknął Wayne`a w krainie wiecznego dzieciństwa – popkulturowej Nibylandii. Gotham City z "Batman i Robin" nie potrzebuje obrońcy. To ono służy Wayne'owi/Batmanowi, dostarczając mu rozrywki w postaci licznych rzezimieszków i barwnych złoczyńców. Bohater stał się zakładnikiem baudrillowskiej symulakry, wiecznym gościem upiornego Disneylandu. Wayne jest dzieckiem uwięzionym w ciele dorosłego.

Schumacher po premierze filmu tłumaczył, że jego intencje były jak najlepsze, chciał bowiem nakręcić film, z którego widzowie wyjdą zadowoleni - "Batman i Robin" miał  rozbawić widza, dostarczyć mu rozrywki. Może więc jesteśmy dla Schumachera zbyt surowi? Może dopiero za kilkanaście lat będziemy w stanie docenić jego dzieło, tak jak ma to miejsce z "Batman: The Movie"? Obawiam się jednak, że nic mu już nie pomoże. O ile bowiem film Leslie'ego Martinsona jest bezpretensjonalny i czarujący to "Batman i Robin" jest jego przeciwieństwem. Film Schumachera wyraża bowiem to, co najgorsze w latach dziewięćdziesiątych – ogłupiający pęd za pieniędzmi i brak szacunku dla widza.

Można pomstować na Schumachera za to, co zrobił Mrocznemu Rycerzowi, ale na szczęście nie ma to już większego znaczenia. Owszem, na kolejny film z Batmanem trzeba było czekać aż osiem lat. To całkiem sporo i nic dziwnego, że niektórzy tracili już nadzieję na powrót Człowieka Nietoperza.  Ale czy znajdzie się ktokolwiek, kto dziś powie, że nie było warto? To trochę jak z okresem dojrzewania. Robiło się wtedy głupie rzeczy, których często się żałuje, ale nie mogło być inaczej. Trzeba było to przeżyć.

wtorek, 3 lipca 2012

#1069 - Epileptic

Michał Misztal redaguje dział komiksowy w "Kofeinie", regularnie współpracuje z Aleją Komiksu, jego teksty publikowane były w Grabarzu Polskim, Gildii Komiksu i ArtPapierze. Gdzieś w tym nawale pracy ma czas na prowadzenie autorskiego bloga Komiksofilia i na gościnny występ na Kolorowych Zeszytach.

Przymiotnikiem najbardziej pasującym do "Epileptic" Davida B, autora między innymi wydanego w 2009 przez Kulturę Gniewu komiksu "Uzbrojony ogród i inne historie", jest moim zdaniem sł owo "gęsty". Opisuje ono zarówno scenariusz, jak i przepełnioną czernią warstwę graficzną. Na stronach tej autobiograficznej opowieści jest wręcz duszno, co dla niektórych czytelników może okazać się wyjątkowo ciężkostrawne. W zbiorczym wydaniu "Epileptic", historii pierwotnie wydanej w sześciu tomach, David B. podjął się opisania wieloletnich zmagań całej swojej rodziny z chorobą Jeana-Christophe'a, jego starszego brata. Trochę przypomina to wydaną kilka miesięcy temu w Polsce "Parentezę", jednak jest o wiele trudniejsze w odbiorze i zdecydowanie bardziej przytłaczające.

Pierwsza scena: David B, scenarzysta i rysownik "Epileptic", w wieku trzydziestu pięciu lat odwiedza rodziców, u których niespodziewanie zastaje chorego brata. Jean-Christophe ma problemy z mówieniem, stracił kilka zębów, jego ciało pokryte jest masą blizn i strupów powstałych po upadkach spowodowanych atakami epilepsji. Poza tym jest otyły z powodu brania licznych leków i braku ruchu. Bracia nie za bardzo wiedzą, jak ze sobą rozmawiać. Tak naprawdę nawet nie mają o czym.

Zaraz po tej scenie cofamy się do wczesnego dzieciństwa Davida B, tuż przed pierwszym atakiem epilepsji, który zmienił wszystko. Autor opisuje każde wydarzenie ze szczegółami, tak precyzyjnie i rozlegle, że wcześniejsze nazwanie komiksu "Epileptic" opowieścią autobiograficzną nie jest do końca trafne. Tak naprawdę czytelnik ma do czynienia z kroniką całej rodziny autora, w tym z dziejami kilku jej członków, którzy w czasie powstawania "Epileptic" nie żyli już od wielu lat. W bardzo wielu momentach David B. odchodzi od tematu choroby swojego brata, przeskakuje z jednej opowieści do drugiej, opisując swoje dzieciństwo oraz cierpienia bliskich Jeana-Christophe'a i jego samego, by za chwilę przejść do przygód jednego ze swoich przodków, a potem zrelacjonować swój sen z 1973 roku. Można odnieść wrażenie, że chciał wrzucić do "Epileptic" dosłownie wszystko, każde wydarzenie, jakie miało miejsce w opisywanym przez niego czasie i każde rodzinne wspomnienie, które przypomniało mu się w trakcie pisania scenariusza. Bez jakiejkolwiek selekcji, co wcale nie wyszło jego historii na dobre. Przydałoby się choć kilka cięć. Pomimo tego, że liczne dygresje i wątki poboczne nie nudzą i są interesujące same w sobie, nie do końca pasują do tematu przewodniego, spychając główny problem na dalszy plan.

Matka Davida B, śledząca "Epileptic" w trakcie powstawania komiksu, w pewnej chwili pyta swojego syna, dlaczego pisze o tym wszystkim w opowieści poświęconej chorobie Jeana-Christophe'a. To samo pytanie przyszło mi do głowy w trakcie lektury. David odpowiada, że chciał porównać zmagania ich przodków do współczesnych cierpień całej ich rodziny, wynikających z licznych ataków epilepsji oraz braku chęci jego starszego brata do radzenia sobie z rzeczywistością. Chciał nadać wszystkiemu szerszą perspektywę. Zrobił dokładnie to, co chciał zrobić. Nie do końca odpowiada mi taka nadmierna wielowątkowość, ale na szczęście nie jest to wada, która odbiera dużą przyjemność z czytania "Epileptic". Jedynie trochę ją zmniejsza.

Świetna kreska Davida B, konsekwentnie posługującego się tym samym stylem przez 360 stron komiksu, własnie z powodu jednostajności mogłaby okazać się monotonna, jednak autor wykorzystuje różne motywy w granicach jednego sposobu ilustrowania opowieści. Często używa rysunkowych metafor, opisuje swoje sny i spotkania z istotami nadprzyrodzonymi, w tym z duchem swojego dziadka, będącymi efektem dziecięcej wyobraźni. Niektóre postacie są również ilustrowane tak, jak widział je David B. jako dziecko, na przykład jeden z lekarzy zajmujących się jego bratem jest antropomorficznym kotem. Dzięki takim zabiegom kreska nie nuży, co przy tak długiej opowieści mogłoby być sporym problemem, nawet pomimo tego, jak dobrym i oryginalnym rysownikiem jest autor "Epileptic". To, co mogłoby utrudniać lekturę, David B. zamienił w atut swojej opowieści.

Najciekawszą częścią komiksu są zmagania rodziców Jeana Christophe'a z jego chorobą. Kiedy konwencjonalna medycyna zawodzi, jego matka z ojcem chwytają się wszelkich możliwych rozwiązań, od różnych mniej albo bardziej rozsądnych diet, przez wywoływanie duchów, aż po magnetyzera dającego wszystkim amulety mające chronić ich przed złą energią. Każdy z tych amuletów od czasu do czasu należało doładować, oczywiście nie za darmo. To tylko jeden z bardziej niedorzecznych przykładów, niedorzecznych jedynie dla czytelnika. Z jednej strony miałem ochotę śmiać się z głupoty i naiwności głównych bohaterów, z drugiej David B. w przejmujący sposób opisał to, jak wielką nadzieję dawał im każdy z nowych sposobów leczenia. I to właśnie jest głównym atutem "Epileptic", dramatyzm i przedstawienie irracjonalnej nadziei w sytuacji z oczywistych dla odbiorcy powodów beznadziejnej. Poświęcenie całego swojego życia uzdrowieniu chorego syna i głupia wiara w to, że nowy amulet albo kolejny spirytystyczny seans okaże się inny od poprzednich i wreszcie zakończy koszmar. Czytelnik już od pierwszej strony komiksu wie, że nic takiego nie nastąpiło.

poniedziałek, 2 lipca 2012

#1068 - Trans-Atlantyk 195

Człowiek-Pająk ma już pół wieku. Ubrany w czerwono-niebieski kostium super-heros po raz pierwszy pojawił się na łamach "Amazing Fantasy" w sierpniu 1962 roku. Jak na pięćdziesięciolatka wciąż świetnie się trzyma - z pewnością to zasługa kuracji odmładzającej, która zafundował mu Joe Quesada w "Brand New Day". Spider-Man na brak zatrudnienia narzekać nie może - już w lipcu stanie się bohaterem letniego blockbustera, a Dom Pomysłów urządzi mu huczne urodziny. W swojej flagowej serii, "The Amazing Spider-Man" odbędą się główne uroczystości, a o zawartości 692. numeru przeczytacie poniżej. Na jego łamach, oprócz stałej ekipy twórców, czyli Dana Slotta i Humberto Ramosa, pojawią się goście specjalni: Dean Haspiel, Joshua Hale Fialkov i Nuno Plati. Oprócz tego, specjalnie z okazji urodzin, na rynku pojawią się trzy bardzo specjalne wydania. W "Peter Parker Spider-Man" Peter i Norah Winters będą musieli rozwiązać zagadkę kryminalną. Historia, w której przewijały będą się zarówno przeszłość, jak i teraźniejszość Pajęczaka stworzona zostanie przez Rogera Sterna, który dla Spidera jest twórcą niezwykle zasłużonym i Roberto De La Torre. W dwuczęściowym "Sensational Spider-Manie" przeniesiemy się do czasów BND, aby zmierzyć się z nowym Vulture`m i spotkać Carlie Cooper. W dorobku scenarzysty Toma DeFalco ma to być niezwykły numer, narysowany przez Carlo Barberiego. I wreszcie w "Web of Spider-Man" cofniemy się nieco w czasie, aby spotkać się z Brooklyn Avengers. Pisze Stuart Moore, rysuje Damion Scotta.

I wracając do #692 zeszytu "AS-M" - to właśnie na jego łamach wyjawiona zostanie tożsamość tajemniczego Alphy. Będzie nim Andy Maguire, piętnastolatek, któremu przytrafił się pewien wypadek w laboratorium. W jego wyniku wszedł w posiadanie niesamowitych mocy. Brzmi znajomo? Dla Petera również - widząc, co się stało weźmie pod skrzydła młodego chłopaka. Jednym słowem - Spider-Man po pięćdziesięciu latach doczeka się swojego side-kicka. Alpha, bo taką ksywkę będzie miał Andy, stanie się pajęczym Robinem. Dan Slott, pomimo podobieństw obu bohaterów, zapewnia, że dynamika ich relacji będzie zupełnie nieprzewidywalna. W niczym ma również nie przypominać związku, który łączy Mrocznego Rycerza i Cudownego Chłopca. Pamiętając o wielkim spider-wydarzeniu, które ma zbiec się z zakończeniem "AvX" już obstawiają, że Alpha/Andy zejdzie na złą drogę, albo, jak to wszyscy bliscy z otoczenia Petera mają w zwyczaju - zginie tragiczną śmiercią, aby przypominać Spiderowi o tym, że z wielką mocą idzie w parze także wielka odpowiedzialność.

Jeśli wierzyć plotkom rozsiewanym na łamach pewnego popkulturowego magazynu, już wkrótce wielkie zmiany czekają uniwersum Marvela. Uporczywość, z jaką bossowie Domu Pomysłów zapewniają, że nie będą one związane z relaunchem zaczyna być nieco irytująca. Czy będzie to związane z resetowaniem continuity czy też nie, wiadomo, że będzie nazywało się Marvel Now!. Będzie pewnie dużo nowych kostiumów, nowych serii, zmian w numeracji i tytułach. Niewykloczone, że niektóre z historii i bohaterów zostaną delikanie wyretuszowane. Pisałem już, że nowy on-going Rick Remandera i Jeromego Openy zastąpi "Secret Avengers", ale nie będzie zatytułowany "Astonishing Avengers", tylko "Uncanny Avengers". W komiksie pierwszoplanowe role mają grać Kapitan Ameryka i Wolverine, prowadzący razem kolejny zespół Mścicieli. Wraz z "Avengers Assemble" Marka Waida i "Avengers" Hickmana i Ribica w komplecie reprezentują linię tytułów z sztandarowym obecnie zespołem superherosów Marvela. Stuart Immonen, Leinil Francis Yu i Brandon Peterson mają stworzyć ekipę grafików, która będzie pracowała z Briana M. Bendisem nad x-tytułem, który ma ukazywać się z regularnością dwutygodnika. Bendis ma również zająć się nowym on-goingiem "Novy" (a jeśli nie on, to Jeph Loeb) wraz z Edem McGuinnessem oraz "Guardians of the Galaxy". Wszyscy przedstawiciele gammaverse mają trafić do jednego miesięcznika, zatytułowanego (prawdopodobnie) "Hulk And The Agents Of Smash" Jeffa Parkera. Autorem "Wolverine`a" ma zostać Frank Cho, a "Captain America" przejmie Remander i John Romita Jr.


Tak, trwające siedem lat przygoda Eda Brubakera ze Steve`em Rogersem dobiega końca. Scenarzysta w wywiadzie dla Toma Spurgeona przyznaje, że w roli autora historii trykociarskich nie ma już nic do powiedzenia. Najprawdopodobniej 19. zeszyt serii "Captain America" będzie jego ostatnim. Jeśli chodzi o "Winter Soldiera" nie widać jeszcze wyraźnych oznak wypalenia i chciałby pociągnąć ten on-going tak długo, jak tylko będzie się dało. Teraz jednak `Bru chce skupić się na swoich autorskich projektach. I to nie tylko tych komiksowych. Wydaje mi się, że jego nowe komiksy niekoniecznie będą ukazywały się pod marvelowskim szyldem Icon. Nie zdziwiłbym się, że dzięki sukcesowi "Fatale", które wraz z Seanem Phillipsem zrobił dla Image Comics, zdecydowałby się na bliższą współpracę z Erickiem Stephensonem.

Niejako w jego ślady (a także Marcosa Martina, który ostatnio podjął podobną decyzje) idzie Paolo Rivera. Artysta z fenomenalną, klasyczną kreska, która cieszyła oczy w "Daredevilu", zdecydował się na ten krok z prostego powodu - prawa autorskie. "Z wyjątkiem kilku pomniejszych projektów, niemal całe moje portfolio należy do Marvela, który może nim rozporządzać niemal do woli" - mówi Rivera. Co więcej - stawki w Domu Pomysłów nie zmieniły się do czasów, kiedy jako 21-latek zaczynał karierę w wielkim, komiksowym biznesie. Rysownik chce spróbować swoich sił w bardziej autorskim komiksie, co jednak wcale nie oznacza, że kończy współpracę z Marvelem. Komplementuje swojego byłego pracodawcę na każdym kroku, podkreślając, że bez jego wsparcia nie miałby szansy zajść tak daleko. Dalej będzie robił okładki i okazjonalne projekty. Jego miejsce na pokładzie "DD" zajmie Chris Samnee wraz z numerem 10 serii.

niedziela, 1 lipca 2012

#1067 - Komix-Express 145

W październiku, nakładem wydawnictwa Centrala ukaże się debiutancki album Olgi Wróbel zatytułowany "Ciemna strona księżyca". Tak prezentuje się opis tej pozycji:

Dziewięciomiesięczne oczekiwanie na dziecko. Czas, w którym wszystko się zmienia. Życie zyskuje nowy wymiar, a myśli zaczynają krążyć po orbicie rosnącego brzucha, zamiast kotłować się wokół kwestii jeszcze do niedawna ważnych, a teraz pozbawionych znaczenia. Okres, w którym kobieta fizycznie rozkwita, znajdując się przecież w stanie błogosławionym. 40 tygodni na ułożenie wewnętrznych demonów do snu i nawiązanie emocjonalnego kontaktu z przyszłym dzieckiem, podczas gdy szczęśliwa rodzina przynosi w darze owoce (bo to samo zdrowie), tłuste morskie ryby (bo wyjątkowo cenne dla rozwoju mózgu) i urocze ubranka (takie niewiarygodnie małe!).

Czy tak to sobie wyobrażacie? Ja pielęgnowałam taki obraz w głowie do 16 listopada 2011, kiedy to na teście pojawiły się klasyczne dwie kreski i okazało się, że oczywiście w prawdziwym życiu wszystko wygląda całkiem inaczej. "Ciemna strona księżyca" to pamiętnik ciążowy, którego obiecałam sobie nie rysować, konfrontacja popkulturowych klisz, ludowych mądrości i zbiorowych wyobrażeń z moją codziennością trzech trymestrów, zbiór impresji ułożonych luźno w trzy rozdziały. To także mój prywatny manifest, głoszący, że prawdziwe zmiany nie mogą być narzucone z zewnątrz i nawet szykując się do najbardziej uniwersalnej roli świata, można nadal pisać własnoręcznie swoje kwestie.


Oprócz tego, w zapowiedziach Centrali, w trakcie Bałtyckiego Festiwalu Komiksu pojawiły się nowe pozycje. Do końca roku mają ukazać się "Dzici i ludzie" (tytuł może się jeszcze zmienić), czyli nowy komiks Marzeny Sowy oraz trylogia "Za imperium" Bastiena Vivesa, który przebojem wdarła się na frankofoński rynek. A kiedy sprawdzałem oficjalną stronę poznańskiego wydawnictwa w zobaczyłem kolejną pozycję. Już we wrześniu do sprzedaży ma trafić album "Goliat" Toma Gaulda. A reklamowany jest w taki sposób:

Goliat z Gat to kiepski wojownik. Bardziej niż do wojska ciągnie go do biurka, a do bójek pała niechęcią. Lecz czy tego chce, czy nie, przez królewską zachciankę dwa razy dziennie musi rzucać wyzwanie oddziałom Izraela: "Wybierzcie spośród siebie człowieka i niech zejdzie do mnie do walki. Jeśli przemoże mnie i zwycięży mnie, zostaniemy waszymi sługami; jeśli zaś ja go przemogę i zwyciężę, wtedy wy zostaniecie naszymi sługami i będziecie nam służyli!".

"Goliat", autorstwa jednego z najsłynniejszych brytyjskich rysowników, wyróżnia się subtelnym dowcipem i surowym stylem, a znaną od wieków historię ukazuje w odmiennym, rewolucyjnym świetle.


W takich, a nie innych warunkach rynkowych Centrala pięknie rozwija swoją komiksową ofertę.

Według swoich najnowszych zapowiedzi Mucha Comics do końca roku chce utrzymać tempo jeden album - jeden miesiąc (z jednym wyjątkiem, kiedy wyda dwie pozycje). Pierwsza pozycja z listy, lipcowy (czerwcowy?) "All Star Superman" miał już swoją premierę. O absolutnie znakomitym komiksie Granta Morrisona i Franka Quitely`ego na Kolorowych już pisaliśmy - recenzję popełnił Janusz Topolnicki w grudniu 2009 roku. Polska edycja w jednym tomie zbierze wszystkie 12 zeszytów (razem - 304 strony), za które zapłacić będzie trzeba 140 złotych. Autorem przekładu jest Michał Zdrojewski, którego nazwisko dla fanów Semika powinno być znane. W sierpniu do sprzedaży trafić ma "Ród M" Briana M. Bendisa i Oliviera Coipela, a we wrześniu - czwarty tom "New Avengers" (w oryginale zatytułowany "The Collective", z rysunkami Steve`a McNivena i Mike`a Deodato). Aż dwie pozycje - "Daytripper" i "War Stories" - ukażą się w październiku, który jak wiadomo jest miesiącem festiwalowym. W listopadzie swoją premierę będzie miał piąty trejd "New Avengers" (związany z "Civil War"), a rok zakończy publikacja głównej mini-serii największego eventu Domu Pomysłów ostatnich lat, czyli "Civil War" Marka Millara i Steve`a McNivena właśnie. Bardzo zachęcające zapowiedzi - fani Marvela powinni być więcej, niż usatysfakcjonowani.

Kolejnym owocem działalności Ośrodka Brama Grodzka - Teatr NN będzie "Poemat o mieście Lublinie" Józefa Czechowicza. To nie tyle adaptacja twórczości jednego z najwybitniejszych polskich poetów, ale licząca 54 strony opowieść powstała w oparciu o przewodnik corocznych wypraw śladami miejsc wyznaczonych przez "Poemat". Przewodnikiem po Lublinie jest tajemniczy Wędrowiec, który przybywa do miasta w pierwszą księżycową letnią noc. W każdym z miejsc opisanych w "Poemacie" uczestnicy spaceru zatrzymują się i wspólnie czytają odpowiadający mu tekst. Stało się tradycją, że "Spacer z Czechowiczem" rozpoczyna się o godzinie 19.00 na północnym stoku rzeki Czechówki przy wejściu na wiadukt Poniatowskiego. Autorami komiksowego "Poematu" są Karol Konwerski i Maciej Pałka, a rzecz pierwotnie ukazała się na łamach "Scriptores" w 2008 roku.

Bohdan Butenko kawalerem Orderem Uśmiechu. Jeden z klasyków polskiej sztuki komiksowej, twórca "Gapiszona", "Kwapiszona", "Gucio i Cezara", ilustrator, grafik i projektant dnia 25 czerwca 2012 dzięki inicjatywie czytelników Miejskiej Biblioteki Publicznej w Lublinie nagrodzony został odznaczeniem nadawanym za działania przynoszące dzieciom radość. Ceremonia odbyła się w Teatrze im. Hansa Christiana Andersena w Lublinie, który dosłownie pękał w szwach. Oprócz tego wydana została okolicznościowa publikacja "Bohdan Butenko Kawalerem Orderu Uśmiechu", zorganizowano wystawę prac laureata oraz niewielkie stoisku, na którym można było nabyć dzieła twórcy, na których wychowało się już niejedno pokolenie Polaków.

Avalon kończy dziesięć lat. 21 czerwca 2002 roku, dokładnie o 23:41 w zasobach internetu pojawiła się jedna z pierwszych stron poświęcona komiksom Marvela. Na początku jej autorzy zajmowali się jedynie X-Men, ale z czasem rozwinęli swoją działalność. Obecnie obejmuje ona całość produkcji największego amerykańskiego wydawnictwa komiksowego. Nie mam wątpliwości, że jest to najlepszy polski serwis poświęcony komiksom z zza granicy. Avalon (czyli MarvelComics.pl) to ponad 8000 newsów, katalog 5000 postaci komiksowych i ponad 150 kompletnych biografii, zbiór sylwetek ponad 600 twórców komiksowych, recenzje, wywiady, serie artykułów i wiele, wiele więcej. Oprócz tego, że Kolorowe Zeszyty serdecznie gratulują tak zacnego jubileuszu, aktywnie dołączamy się do hucznej imprezy tekstami poświęconymi Daredevilowi. W zeszłym tygodniu opublikowano pierwszą część cyklu, poświęconą początkom Człowieka bez Strachu, a w tym tekst zatytułowany "Daredevil według Franka Millera".

Ziniol nie będzie już "Kibicował komiksiarzom". Rubryka, w której polscy twórcy prezentowali swoje postępy w pracy nad nowymi projektami przechodzi (powoli) do historii. Kibicowanie weszło właśnie w ostateczną fazę - komiksiarze, których wspomagał Ziniol przedstawią ostateczne raporty ze swoich prac. Dla mnie to wielka strata - obok nieodżałowanej "Piguły" była to moja ulubiona ziniolowa rubryka. Mam nadzieję, że skończenie z "Kibicowaniem" i odejście Macieja Pałki nie oznacza, że Dominik Szcześniak z wolna zwija swoją działalność. Liczę, że to nie odwrót, tylko taktyczne przegrupowanie. "Osobiście wciąż będę kibicował twórcom, którym chce się coś robić. Jeśli ktokolwiek z komiksiarzy zasiądzie nad nowym projektem, postawi pierwszą krechę na kartce papieru, bądź zacznie pisać kolejny scenariusz w pliku wordowskim, niech ma świadomość tego, że jestem z nim duchem i ściskam kciukasy" - tak redaktor Szcześniak kończy 272. odcinek "Kibicowania".