Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Joel Schumacher. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Joel Schumacher. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 5 lipca 2012

#1070 - Bat-Czwartki 05: Nastolatek do potęgi trzeciej ("Batman i Robin")

"Batman Forever" był udaną próbą odświeżenia wizerunku Człowieka Nietoperza. Film został drugim najbardziej kasowym filmem roku, zarabiając przeszło 100 milionów dolarów więcej niż „Powrót Batmana”. Producenci mieli powody do zadowolenia – Schumacher wywiązał się z powierzonego mu zadania i uczynił Batmana gwiazdą kina akcji, na przekór wizerunkowi odmieńca z filmów Burtona. Mroczny Rycerz stał się idolem nastolatków na całym świecie. Schumacher nie cieszył się jednak długo sympatią studia. Jego zasługi szybko przyćmiła widowiskowa klapa "Batman i Robin", który jednogłośnie okrzyknięto jednym z najgorszych filmów w historii. Publiczność nie zostawiła na reżyserze suchej nitki. Film spotkał się z miażdżącą krytyką i poniósł sromotną porażkę w box office'ie. Efekt: złamane kariery i koniec z kinowymi przygodami Batmana na długie lata.

Przypadek "Batman i Robin" pod wieloma względami przypomina "Powrót Batmana". Na pierwszy rzut oka różni je praktycznie wszystko, ale jedno mają wspólne – oba odniosły porażkę. "Powrót Batman" był bardziej gotycki i mroczny niż poprzednik i to nie spodobało się publiczności; "Batman Forever" był campowy, "Batman i Robin" jest campowy do kwadratu, czym zraził do siebie widzów. Pierwszy okazał się zbyt wykoncypowany dla ówczesnej widowni, drugi zbyt naiwny, by nie powiedzieć - głupi. Jak się więc okazuje publiczność nie lubi przesady ani w jedną, ani w drugą stronę.

W "Batman Forever" Bruce Wayne zostaje postawiony przed wyborem między normalnym życiem, a walką z przestępczością. Najpierw porzuca misję ratowania mieszkańców Gotham. Prędko jednak zostaje zmuszony, by jeszcze raz przywdziać kostium Batmana. Jak się okaże opłaci mu się to z nawiązką. W finale filmu, gdy bohater staje przed Riddlerem po raz pierwszy bowiem jest Batmanem i Wayne'em jednocześnie. Nie musi więcej wybierać. Osiągnął wreszcie upragnioną równowagę i pozbył się dręczącego go poczucia winy. Paradoksalnie, wyzwolony Wayne jest jednak mniej atrakcyjny dla widza niż jego skonfliktowane wcielenie - jest, ale tak jakby go nie było. Schumacher nie zauważył przemiany swojego bohatera i pozwolił, aby Wayne w "Batman i Robin" zmienił się we własną karykaturę.

Wayne u Schumachera jest nieznośny i trudno go znieść, zupełnie jak nastolatka, który wchodzi w ostatni etap okresu dojrzewania. Gdzie podział się ten cichy introweryk z filmów Burtona? Jego miejsce zajął wszystko wiedzący gwiazdor, dzieciak, który zgrywa dorosłego. W "Batmanie" Wayne nie zwracał niczyjej uwagi, nawet goście na jego przyjęciu nie wiedzieli jak wygląda. "Batman Forever" uczynił z niego gwiazdę, rozpoznawalną przez każdego, ale bohater boleśnie odczuł konsekwencje sławy. Chorobliwe uwielbienie Nygmy i obsesja Two Face sprowadziło na niego nie lada kłopoty. Mimo to Wayne polubił światła fleszy i poklask tłumu. Każde jego wystąpienie śledzi teraz stado dziennikarzy i fotoreporterów. O ile jednak w "Batman Forever" bohater trafiał na okładki "Time'a" i "Neesweeka", tak w "Batman i Robin" interesują się nim głównie brukowce - podstarzała dziennikarka rubryki towarzyskiej nie odstępuje bohatera na krok. Zmieniły się media, zmienili się czytelnicy, którzy chcą wiedzieć wszystko o ulubionych gwiazdach - co jedzą, z kim sypiają itp. itp. Edward Nygma, choć szalony, otaczał swojego idola uwielbieniem i nigdy nie zniżyłby się do takiego poziomu.

Wielokrotnie krytykowano wybór George'a Clooney' na głównego bohatera, ale doskonale pasował do roli zakochanego w sobie narcyza, którym de facto był Wayne w "Batman i Robin". Patrząc na niego, można odnieść wrażenie, że nic nie jest w stanie wyprowadzić go z równowagi, jego spokój ducha i samouwielbienie przybiera wręcz karykaturalne rozmiary. Jego Wayne nie musi konfrontować się z samym sobą, nie toczy wewnętrznej walki. W swoim zadufaniu wierzy, że taki jaki jest, będzie już zawsze i to wyróżnia go spośród innych ludzi, którzy wciąż nie mogą się odnaleźć.

W "Batman: Rok Pierwszy" Franka Millera bohater, aby nie budzić podejrzeń, tworzy sobie wizerunek rozkapryszonego bon vivanta i znudzonego arystokraty. W "Batman i Robin" jest nim: nie ma już przed sobą żadnego celu – zrobił wszystko, co można było zrobić, osiągnął więcej niż ktokolwiek. Gotham nie jest już dla niego wyzwaniem. Nic go z nim nie łączy.  Nocne eskapady nie mają już tego samego uroku, co wcześniej; to rutyna, żmudny obowiązek, który nie niesie ze sobą nawet najmniejszej przyjemności.

Schumacher zamknął Wayne`a w krainie wiecznego dzieciństwa – popkulturowej Nibylandii. Gotham City z "Batman i Robin" nie potrzebuje obrońcy. To ono służy Wayne'owi/Batmanowi, dostarczając mu rozrywki w postaci licznych rzezimieszków i barwnych złoczyńców. Bohater stał się zakładnikiem baudrillowskiej symulakry, wiecznym gościem upiornego Disneylandu. Wayne jest dzieckiem uwięzionym w ciele dorosłego.

Schumacher po premierze filmu tłumaczył, że jego intencje były jak najlepsze, chciał bowiem nakręcić film, z którego widzowie wyjdą zadowoleni - "Batman i Robin" miał  rozbawić widza, dostarczyć mu rozrywki. Może więc jesteśmy dla Schumachera zbyt surowi? Może dopiero za kilkanaście lat będziemy w stanie docenić jego dzieło, tak jak ma to miejsce z "Batman: The Movie"? Obawiam się jednak, że nic mu już nie pomoże. O ile bowiem film Leslie'ego Martinsona jest bezpretensjonalny i czarujący to "Batman i Robin" jest jego przeciwieństwem. Film Schumachera wyraża bowiem to, co najgorsze w latach dziewięćdziesiątych – ogłupiający pęd za pieniędzmi i brak szacunku dla widza.

Można pomstować na Schumachera za to, co zrobił Mrocznemu Rycerzowi, ale na szczęście nie ma to już większego znaczenia. Owszem, na kolejny film z Batmanem trzeba było czekać aż osiem lat. To całkiem sporo i nic dziwnego, że niektórzy tracili już nadzieję na powrót Człowieka Nietoperza.  Ale czy znajdzie się ktokolwiek, kto dziś powie, że nie było warto? To trochę jak z okresem dojrzewania. Robiło się wtedy głupie rzeczy, których często się żałuje, ale nie mogło być inaczej. Trzeba było to przeżyć.

czwartek, 28 czerwca 2012

#1065 - Bat-czwartki 04 : Fluorescent Adolescent ("Batman Forever")

W 1995 roku Backstreet Boys szturmowali listy przebojów ze swoim pierwszym singlem. Prym na rynku wydawniczym wiodły magazyny młodzieżowe, które prześcigały się w ilości drukowanych plakatów coraz to nowych idoli, których nazwisk dziś nikt już nie pamięta. Trafiały one na ściany pokoi nastolatków, wpisując się na stałe w krajobraz lat 90-tych. W tych samych kioskach, co "Popcorn", "Dziewczynę", czy "Bravo" można było również kupić komiksy z Batmanem wydawane przez TM-Semic. Zrządzeniem losu rok '95 był dla polskich fanów Mrocznego Rycerza szczególnie dramatyczny – Batman, postrach przestępców, największy detektyw świata, nikł w oczach w serii "Knightfall". Wkrótce mieliśmy zobaczyć go leżącego ze strzaskanym kręgosłupem w kałuży krwi. O ironio, w tym samym czasie na ekrany kin wszedł "Batman Forever".

Batman z filmu Joela Schumachera jest okazem zdrowia. Nie męczą go zawroty głowy, nie słania się na nogach z wyczerpania. W niczym nie przypomina swojego odpowiednika z kart komiksów, który jest bliski załamania nerwowego. W odróżnieniu od niego jest jeszcze młodzikiem, który ledwo co postawił pierwsze kroki w kostiumie nietoperza. Przypomina nastolatka u progu dojrzewania – jest zdezorientowany i zagubiony, obce są mu wybory, jakie niesie ze sobą dorosłe życie. W pierwszej kolejności musi skonfrontować się z samym sobą. Dopiero później przyjdzie pora na psychopatycznych osiłków.

W "Batmanie" Tima Burtona Wayne, zabijając Jokera w symboliczny sposób przecina pępowinę, która łączyła go z nieformalnym "ojcem". Mimo to jest wciąż dzieckiem, które do końca nie rozumie, konsekwencji swoich poczynań. Burton stawia go przed dylematem czy wieść normalne życie, czy poświęcić się walce z przestępczością, ale bohater nie jest jeszcze w stanie wybrać. W "Batmanie" udaje mu się uniknąć konfrontacji z samym sobą  – jako Batman pokonuje Jokera i zostaje zaakceptowany przez mieszkańców Gotham w roli obrońcy miasta; jako Wayne zdobywa serce Vicky Vale, która zgadza się dzielić życie z superbohaterem. Ta idylla nie trwa długo. W "Powrocie Batmana" bohater napomyka jedynie, że związek z blondwłosą dziennikarką się nie udał. Być może Vale miała dość życia z dużym dzieckiem? Wayne musi więc poszukać sobie nowej partnerki. Selina Kyle od razu przyciąga jego uwagę, ponieważ tak, jak on "bawi się" w przebieranki. Przy niej nie będzie musiał więcej udawać, ani ukrywać swoich neuroz. Kyle odrzuca jednak jego awanse, czym robi Wayne'owi przysługę. Ich związek opierałby się bowiem nie na akceptacji i wzajemnym zaufaniu, ale podobieństwie – oboje cierpią na rozszczepienie osobowości, oboje pragną zemścić się za swoje krzywdy. Wayne w dziecinny sposób chciał rozwiązać swój problem wiążąc się z kimś o identycznej osobowości. Jednym słowem, wybrał drogę na skróty. Wayne z "Batman Forever" jest już dojrzalszy i wie, że w ten sposób niczego nie osiągnie.
   
Bohater burtonowski był bardziej Batmanem, niż Wayne`em. W "Batman Forever" proporcje są bardziej wyrównane. Z początku bohater stara się wybrać między jednym, a drugim, ale ta droga prowadzi donikąd. Porzucając kostium Batmana nie pozbędzie się swojego wewnętrznego Nietoperza. Głód wrażeń, pragnienie walki jest w nim głęboko zakorzenione, znacznie głębiej niż trauma spowodowana śmiercią rodziców. Scenarzysta Akiva Goldsman idzie w ślady Franka Millera i powtarza za autorem "Powrotu Mrocznego Rycerza" diagnozę, według której ON był w Wayne'ie od dziecka, tragiczna śmierć rodziców tylko przyśpieszyła JEGO przyjście na świat.
   
W podświadomości bohatera zalęgło się przeświadczenie, że to on jest winien śmierci swoich rodziców i to każe mu co noc występować na ulicach Gotham w przebraniu Batmana. Ale w rzeczywistości prawda jest taka, że Wayne'owi taki tryb życia odpowiada. Lubi, wręcz lubuje się w gromieniu przestępców. Żyje zemstą, to utrzymuje go przy życiu. Śmierć Jokera nie przyniosła mu upragnionej ulgi. Wręcz przeciwnie. Wayne u Schumachera jest znacznie bardziej złożonym bohaterem, niż u Burtona, ale w istocie został obdarzony mentalnością przeciętnego nastolatka, który przeżywa piekło okresu dojrzewania.

W "Batmanie", na chwilę przed pierwszym pojawieniem się bohatera, dwóch złodziejaszków wymienia między sobą plotki o rzekomym pogromcy przestępców przebranym za nietoperza. Nikt nie wie, jak wygląda, a mimo to wszyscy się go boją. W "Batman Forever" bohatera nie otacza już tajemnica, gdy więc Robin poda się za Batmana nikt mu nie uwierzy. Przestępcy wiedzą jak wygląda prawdziwy Rycerz Gotham. Jest teraz gwiazdą.

W filmach Burtona obecność Batmana i jego przeciwników odstrasza ludzi. Gotham pustoszeje, stając się polem walki między zaprzysięgłymi wrogami. Batman, Joker, Pingwin są niczym bogowie z greckiego panteonu, którzy zstąpili na ziemię. Zwykli śmiertelnicy nie są godni ich oglądać. W "Batman Forever" przed budynkiem banku, w którym Two Face przetrzymuje zakładnika, zbiera się tłum gapiów. Gdy Batman pojawia się na miejscu, wpatrują się w niego jak urzeczeni. Wychowani przez media, domagają się spektaklu, rozrywki. Batman jest w ich oczach współczesnym gladiatorem, zakutym w lateksową zbroję. Z cichego introwertyka zmienił się w gwiazdora, symbol seksu. Batman z filmów Burtona był ikoną popkultury, w filmach Schumachera jest  idolem nastolatków – bohaterem na miarę czasów, w których prym będą wiedli Backstreet Boys, Spice Girls i Britney Spears.